Pragnienie zemsty. Ofiara - Adriana Tomaszewska

-
Proszę czekać

Prolog

Kapral pospiesznie zmierzał do siedziby straży miejskiej, a jego podekscytowanie rosło z każdym krokiem. Wiedział, że zasłużył na nagrodę za sprawnie przeprowadzone trudne śledztwo i spodziewał się upragnionego awansu. Ten dzień niewątpliwie należał do niego.

Gdy dotarł na miejsce, wbiegł po schodach na piętro, witając się po drodze z kolegami. Zatrzymał się pod jednym z gabinetów i po raz kolejny sprawdził, czy mundur, który miał na sobie, wyglądał nienagannie. Prezentował się bez zarzutu, więc zapukał.

- Wejść - usłyszał nieprzyjemny męski głos.

Bez wahania nacisnął klamkę i otworzył drzwi.

- Dzień dobry - powiedział, z trudem powstrzymując uśmiech.

- Się okaże - mruknął siedzący za biurkiem sierżant. - Wejdź. - Odczekał, aż młody śledczy stanie przed nim na baczność, po czym popatrzył na niego krytycznie. - Przeczytałem twój raport - oznajmił tonem jednoznacznie wskazującym na niezadowolenie.

- Czy coś jest nie tak? - zapytał nieco zdezorientowany kapral. - Wydaje mi się, że opisałem wszystko ze szczegółami, jednak mogę to przejrzeć ponownie i uzupełnić ewentualne braki.

- Nie o to chodzi. - Przełożony pokręcił głową z marsową miną. - Kapitan Schwalb chce cię widzieć.

- Teraz?

- Tak - potwierdził sierżant, przesuwając w stronę rozmówcy skórzaną teczkę z dokumentami. - Zabierz to ze sobą.

- Tak jest. - Kapral wziął z blatu swój raport i natychmiast skierował się do wyjścia.

- Usiądź. - Kapitan wskazał miejsce podwładnemu, gdy tylko ten dotarł do jego gabinetu.

Młody śledczy niepewnie przysiadł na krześle, zerkając na Schwalba, który bez słowa wziął od niego teczkę. Potem przespacerował się z nią po pomieszczeniu, sprawiając wrażenie głęboko zamyślonego.

- Musimy poważnie porozmawiać - zaczął i odwrócił się w stronę kaprala.

Mężczyzna popatrzył na niego w skupieniu.

- Chodzi o twoje śledztwo... - zamilkł, wpatrując się w podwładnego przenikliwym wzrokiem. - Niestety nie mogę tego zaakceptować. - Nieznacznie pomachał dokumentami, które nadal trzymał w dłoni. - Domyślasz się chyba dlaczego?

- Szczerze mówiąc, nie - przyznał otwarcie.

- Napisałeś, że tę dziewczynę zamordował sędzia.

- Tak, ale to prawda - zapewnił kapral. - Nigdy bym się na to nie odważył, gdybym nie zdobył niezbitych dowodów. Udało mi się nawet dotrzeć do świadka tego zabójstwa. Tam jest wszystko. - Wskazał na raport.

- Wiem, co tu napisałeś - oświadczył oficer. - Właśnie dlatego tu jesteś. - Podszedł do biurka i usiadł na swoim krześle. - Powiem wprost... - oparł łokcie na blacie, splótł palce dłoni i pochylił się nieco do przodu - ta wersja jest nie do przyjęcia.

- Ale to nie jest żadna wersja. To prawda. Ten sędzia jest mordercą.

- Rozmawiałeś z kimś o tym? - zapytał Schwalb, uważnie obserwując każdy gest podwładnego.

- Nie, oczywiście, że nie - zaprzeczył od razu. - To by było złamaniem zasad, a...

- Dobrze - przerwał mu kapitan, który wyraźnie rozluźnił się po słowach, jakie usłyszał. - Wobec tego mam dla ciebie propozycję. - Uśmiechnął się przyjacielsko. - Co powiesz na awans, podwyżkę, własny gabinet i podległą tobie grupę śledczych? - Z zadowoleniem założył ręce na piersiach.

Choć kapral właśnie o tym marzył, to pytanie go nie ucieszyło. Domyślał się, że nie jest to nagroda za jego nienaganną służbę. Nie odezwał się.

- Wydawało mi się, że należysz do ludzi z ambicjami i moja propozycja ci się spodoba - powiedział Schwalb. - To jest wynik twojego śledztwa. - Sięgnął do szuflady po kilka zapisanych kartek, po czym podał je podwładnemu. - Zapoznaj się z tym, podpisz, a wtedy będę mógł cię awansować.

Kapral przez chwilę wahał się, lecz w końcu zaczął czytać. Każde kolejne zdanie wywoływało u niego coraz większe zdumienie. W pewnym momencie wierzchem dłoni otarł pot z czoła i z niedowierzaniem zerknął na przełożonego. Gdy skończył, wiedział już, że nie zrobi kariery w straży miejskiej.

- Nie podpiszę się pod tym - oznajmił, odkładając dokumenty na biurku.

- Chyba nie zdajesz sobie sprawy, z jakimi konsekwencjami wiąże się twoja odmowa. - Kapitan emanował spokojem i pewnością siebie.

- Podejrzewam, że zostanę zwolniony... Mimo to nie mogę tego podpisać. - Spojrzał Schwalbowi prosto w oczy.

- To na początek. Zaraz po tym zostaniesz aresztowany za zabójstwo.

- Co? - Poruszony gwałtownie podniósł się z krzesła. - Ja przecież nigdy...

- Siadaj! - rozkazał oficer i kontynuował, gdy tylko kapral wykonał jego polecenie: - Dotarłem do dwóch świadków o nieposzlakowanej opinii, gotowych zeznać, że widzieli, jak katowałeś tę dziewczynę.

Młody śledczy nagle zbladł.

- Sprawą zajmie się sędzia, którego usiłowałeś wrobić w to morderstwo - ciągnął Schwalb. - Chyba się domyślasz, że po tym wszystkim nie możesz liczyć na jego litość? - zapytał, jednak nie czekał na odpowiedź. - Podpisz to, a od jutra twoje życie zmieni się na lepsze. - Przesunął w jego stronę pióro i kałamarz z inkaustem.

Rozdział 6

Zirytowana Valeria po raz kolejny pukała do drzwi domu Delfholta. Nasłuchiwała, jednak, podobnie jak poprzedniego dnia, ze środka nie dochodziły żadne odgłosy.

Nie zamierzała tracić więcej czasu. Odeszła kilka kroków od budynku, by popatrzeć kolejno na wszystkie frontowe okna, które niezmiennie pozostawały zamknięte. W końcu dosiadła pożyczonego wierzchowca i skierowała się w stronę północnej bramy Gustov.

Późnym popołudniem zbliżała się do celu. Z każdą chwilą coraz wyraźniej widziała ludzi krzątających się po posiadłości należącej do hrabiego Leopolda Bischofa. Kilku z nich przerwało swoją pracę i zaczęło przyglądać się kobiecie, gdy zorientowali się, że zmierzała w ich kierunku.

Valeria minęła wszystkich, nie poświęcając im uwagi. Zatrzymała się dopiero pod okazałym domem i tam zsiadła z konia. Zanim ruszyła do drzwi, pojawił się w nich mężczyzna w średnim wieku, w uniformie typowym dla sługi.

- Dzień dobry. - Wyszedł jej naprzeciw.

- Dzień dobry - odpowiedziała z uśmiechem. - Chciałabym spotkać się z hrabią Bischofem. Zastałam go?

- Tak - potwierdził. - Hrabia obecnie przebywa w ogrodzie. Zaprowadzę panią - zaproponował uprzejmie.

- Dziękuję - dotknęła dłonią jego ramienia - trafię. - Nie czekając na reakcję służącego, poszła na tyły domu.

Po chwili dostrzegła Leopolda siedzącego na ławce w pobliżu niewysokiego drzewa obsypanego jasnoróżowymi kwiatami. Popijał wino z eleganckiego kielicha i w zamyśleniu spoglądał w dal. Poczuła, że jej serce zaczęło mocniej bić. Na moment przystanęła, zerknęła na swoją koszulę i palcami przeczesała blond loki, które nieco się zmierzwiły podczas podróży. Wtedy sługa ją wyprzedził, pospiesznie zmierzając w stronę pana. Dopiero gdy zostało mu zaledwie kilka kroków do ławki, Bischof zwrócił na niego uwagę. Prawie natychmiast przeniósł wzrok na zbliżającą się kobietę, wstał i oddał służącemu puchar. Powiedział coś do pracownika, po czym ten nieznacznie się skłonił i ruszył w kierunku domu.

Hrabia uśmiechnął się, gdy rozpromieniona Valeria zatrzymała się przed nim.

- Ogród wyraźnie wypiękniał od mojej ostatniej wizyty - stwierdziła.

Leopold rozejrzał się odruchowo.

- Zarządca w końcu zatrudnił ogrodnika, który zna się na rzeczy. - Zmierzył ją wzrokiem. - Wyglądasz jak zwykle olśniewająco. Co cię...

- Dziękuję - przerwała mu, postąpiła krok do przodu i stanęła na palcach, by go pocałować.

Nieznacznie odwrócił głowę, przez co jej usta dotknęły policzka.

- Nic się nie zmieniłeś - wyszeptała niezrażona, delektując się zapachem drogich perfum Bischofa.

- Minęło zbyt wiele lat, bym mógł uwierzyć w te słowa. - Odsunął się od niej. - Co cię do mnie sprowadza? - Gestem wskazał ławkę, a gdy Valeria usiadła, zajął miejsce obok.

- Wiem, że dawno się nie widzieliśmy i jest mi trochę niezręcznie... - przyznała. - Potrzebuję pomocy. - Spojrzała w jego szarobłękitne oczy, uśmiechając się przy tym uroczo.

- Chętnie pomogę, jeśli tylko będę w stanie - zapewnił. - Czego ci trzeba?

- Muszę wyjechać i ta podróż prawdopodobnie trochę potrwa... Potrzebuję wierzchowca - powiedziała nieśmiało. - Nie znam nikogo, kto mógłby pożyczyć mi konia na dłużej, a...

- Nie ma problemu.

- Naprawdę? - Wyraźnie się ucieszyła. - Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. - Przysunęła się bliżej, by go pocałować, a wtedy on chwycił ją za ramiona i odchylił się nieco do tyłu, tym samym zwiększając dystans między nimi.

W jej lśniących oczach dostrzegł niezrozumienie.

- Sporo się zmieniło. - Uwolnił ją z uścisku. - Ożeniłem się.

- Rozumiem... - Spuściła wzrok. - Wybacz, nie wiedziałam... - tłumaczyła zmieszana. - Nie chciałam... - Wstała, nie patrząc na niego. - Chyba nie powinnam była tu przyjeżdżać... - Zamierzała ruszyć w stronę domu, jednak w ostatniej chwili złapał ją za rękę i delikatnie pociągnął, sugerując tym samym, by z powrotem usiadła.

- Nie zachowuj się, jakbym ci oznajmił, że zostałem wampirem. Mam żonę, ale to nie znaczy, że ci nie pomogę. Co to za podróż? - zapytał. - Dokąd się wybierasz?

Spojrzała na niego niepewnie, a on zachęcił ją do odpowiedzi skinieniem głowy i uśmiechem, któremu nigdy nie potrafiła się oprzeć. Jej serce znów mocniej zabiło.

- Jeszcze nie wiem - odparła. - Ktoś dopiero ma mi wskazać kierunek. Na razie wiem tylko tyle, że to może być długa podróż.

- Przyznam, że brzmi to dość dziwnie. Jeśli nie chcesz mówić o szczegółach...

- Nie, nie o to chodzi. Chętnie ci o wszystkim opowiem. Może słyszałeś o tym, że Salina, ta moja przyjaciółka, została zamordowana?

- Nie - zaprzeczył - nic mi o tym nie wiadomo. Przykro mi.