Pragnienie (Tom 3). Oczarowanie - Carrie Jones

-
Proszę czekać

Podziękowania

Piksowe pocałunki (te dobre) dla Bruce'a Barnarda, Lew Barnarda, Betty Morse, Reny Morse i Debbie Gelinas za to, że są najlepszą i najzabawniejszą rodziną na świecie. Dzięki, że jesteś taka cudowna, Mamo.

Dziękuję Emily, że wybór między Nickiem a Astleyem uczyniła takim trudnym. Jesteś niezwykła. Pamiętaj o Heppy! Kocham cię. Jesteś najlepszym dzieciakiem na świecie. I tak, wiem, jaką jestem szczęściarą.

Dziękuję mojemu osobistemu Johnowi Wayne'owi. Jesteś jedynym kowbojem, jakiego pragnę, i najlepszym człowiekiem we wszechświecie. Dziękuję, że pokazałeś mi, jak dobrzy mogą być ludzie.

Podziękowania dla Shauna Farrara, że nauczył mnie wszystkiego o boskich frytkach z chili i serem.

Dziękuję cudownym Jennifer Osborn, Lori Bartlett, Melodye Shore, Kelly Fineman, Stevenowi Wedelowi, Tami Lewis Brown, Devynowi Burtonowi i Carrie Randall - wszyscy otrzymujecie miejsce wojowników w Walhalli za to, że dawaliście mi siłę, by dalej pisać. Szczególne podziękowania wędrują do Steve'a, bo pozwolił mi na nowo zakochać się w pisaniu. I potem raz jeszcze!

Dziękuję Perry'emu Moore'owi za magiczny kowbojski kapelusz, który pomógł mi kontynuować tę serię. Naprawdę - czasem pisarz potrzebuje po prostu kowbojskiego kapelusza, by dalej pracować.

Dziękuję Marie Overlock za najlepszy na świecie niespodziewany koci prezent retro i za to, że rozśmieszała mnie, gdy zachowywałam się jak obsesyjna perfekcjonistka. Oto pozostali, którym jestem wdzięczna: Amelie Bacon, Jim Willis, Ken Mitchell, Travis Frost, Lorraine Bracey, Leigh Guildford, Kevin Edgecomb, Ryan Lawson, Jack Raymond, Debbie Hogan, Alice Dow, Callie Cox, Matt Heel, Chad Campbell, Dotty Vachon, Evelyn Foster, Bethany Reynolds, Stephanie Preble Vickburg, Bubba Duncan, Caroline ­Peters, Belinda Albee, Lea Feldman, Megan Kelley Hall, Rod O'Connor, Will Rice, Dale Jackson i Karen Heaney. Wszyscy zrobiliście albo powiedzieliście coś, co sprawiło, że ta książka jest, jaka jest. I że ja jestem, jaka jestem. Choć pewnie tego nie wiecie. A zatem - cicho sza.

Podziękowania dla pań z punktu opłat przy autostradzie oraz dla wszystkich z Vermont College of Fine Arts: jesteście najlepsi na świecie. Dzięki, że pomogliście mi stać się lepszą pisarką. Specjalne oklaski dla Chrisa Masellego i Nieziemskiej Emily Wing Smith, dla Whirligigs, PW, Tamry Wright i Robin MacCready.

Nikomu nie powinnam bardziej dziękować niż Edwardowi Necarsulmerowi. Tym razem za to, że był niezmordowany, pozwolił mi prawie się zabić na wycieczce w Australii, za to, że nosi flanelkę, za to, że jest najlepszym rycerzem i agentem, o jakim może marzyć pisarz, i że naprawdę jest ze mnie dumny, jak pochwalił się pewnej kelnerce. Jesteś złotem. "Myśl o mnie jak o miejscu". Dziękuję jego wspaniałej, cudownej współpracowniczce i asystentce oraz osobie Chriście Heschke, najlepszej na świecie.

Podziękowania silnej baby wędrują do Michelle Nagler, genialnej redaktorki, za to, że uczyniła tę książkę prawdziwą książką, z prawdziwą konstrukcją, i za to, że w prawdziwym życiu jest zachwycająca. Jestem chorobliwie zazdrosna o twój głos, ale i tak cię uwielbiam.

Pozostałym z nieopisanej, zadziwiającej, wyjątkowej i troskliwej załogi Bloomsbury U.S. - Deb Shapiro, Melanie Cecka, Caroline Abbey, Beth Eller, Kate Lied, Katie Fee i tym, których nazwisk nie znam. Jesteście niesamowici. Dziękuję, że dbacie o mnie i moje książki. Przepraszam, jeśli czasem sprawiam problemy. Dziękuję również świetnej ekipie Bloomsbury UK. Ale przede wszystkim - Deb - za to, że strzegła mojego serca.

Wyjątkowe podziękowania dla Nicole Gastonguay, która tworzy tak wspaniałe okładki, sprawiające, że czytelnicy biorą książkę do ręki. Jesteś prawdziwą artystką. Podziwiam cię.

Dziękuję wam wszystkim, którzy czytacie moje książki i lubicie je, wysyłacie do mnie e-maile i wiadomości na Facebooku. Dzięki wam każdego dnia wiem, że warto.

Lokalne władze wciąż badają dziwny wypadek autobusowy, w którym zginęli uczniowie liceum Sumner High. Jednocześnie policja w Bedford donosi, że zgłoszono zniknięcie kolejnego chłopca z tego miasta, co oznacza, że całkowita liczba zaginionych sięgnęła ośmiu (wiadomości Kanału 8).

- Naprawdę nie wolno mi narzekać, że muszę tu być? - pytam, gdy wchodzimy do naszego liceum w Bedford spóźnieni mniej więcej godzinę na zimowy bal. Aby wzmocnić wrażenie, że to bardziej sala balowa niż szkolna aula, przygaszono światła, a na suficie zawieszono wielkie białe płatki śniegu oraz błyszczące lampki. Widok miał być zapewne świąteczny, ale dekoracje wyglądają już na bardzo zużyte. Biel jest raczej żółtawa i bardziej przypomina poplamione herbatą zęby.

Cassidy, moja wysoka, na wpół elfia przyjaciółka z warkoczami, obejmuje mnie ramionami:

- Jeśli nam nie wolno narzekać z powodu twojej nowej piksopostaci, tobie nie wolno narzekać na tańce.

Issie strąca prawdziwy śnieg z różowo-złotych pantofelków i wtrąca śpiewnym głosem:

- Wiesz, myślę, że chyba trochę możesz ponarzekać, ale nie...

- Nie przesadnie? - wtrąca Devyn, prostując swe podobne do ptaka ciało. Chyba chce mi tym gestem pokazać, że ochrania Issie. Ciągle patrzy na mnie kątem oka, jakby się bał, że nagle zaatakuję. Ale tego nie zrobię... Przynajmniej tak mi się wydaje.

- No właśnie. Nie przesadnie. - Issie uśmiecha się do niego szeroko, a Dev odwzajemnia ten uśmiech tak czule, że niemal serce mi pęka. Nick i ja też kiedyś tacy byliśmy. Ale potem on umarł. W pewnym sensie. Zabił go król piksów. Umarł w moich ramionach, a potem kobieta ze skrzydłami zabrała go w jakieś mityczne miejsce, do którego trafiają wyłącznie wojownicy polegli w bitwie. Na samo wspomnienie - krwi i tego, jak zniknął - zapiera mi dech w piersi.

- Zaro? - Ręka Cassidy mocniej zaciska się na moim ramieniu, gdy ruszamy do przodu. Chyba dlatego, że Cass jest po części medium i może zajrzeć w moją duszę, tylko ona ufa mi bezgranicznie, chociaż sama sobie aż tak bardzo nie wierzę. - Wszystko dobrze?

Kiwam głową. Nie zepsuję im wieczoru swoim marudzeniem. Ale nagle coś wyczuwam... Mydło Dove, metaliczny zapach krwi.

- Coś jest nie tak.

Issie podchodzi bliżej.

- Wiem, że tęsknisz za Nickiem, ale znajdziemy jakiś sposób, by go odszukać.

Potrząsam głową, nasłuchując.

- Nie o to chodzi. Coś jest nie tak w szkole. Czuję krew... krew i strach.

Issie puszcza moją rękę, a Devyn zatrzymuje się i potwierdza:

- Ja też to czuję.

Wymieniamy spojrzenia i biegiem ruszamy korytarzem. Wołam jeszcze przez ramię do Issie i Cass:

- Schowajcie się, dobrze?

Wpadamy do ciemnej udekorowanej auli. Wzdłuż ścian stoją białe choinkopodobne drzewka wystrojone w niebieskie lampki. Wszędzie rozlega się mocna hip-hopowa muzyka. Ludzie poruszają się nerwowo, ale raczej tańczą, niż walczą o życie. Devyn i ja zatrzymujemy się, przyglądając się kolejnym smokingom i sukniom, czując głównie pot i zbyt intensywne perfumy.

- Widzisz coś? - pytam.

Wygląda, jakby miał pokręcić głową, ale nagle wskazuje na najciemniejszy kąt sali, w którym sztuczne bożonarodzeniowe drzewka nie do końca zasłaniają jakiś ruch w miejscu, gdzie stoi automat z napojami. Dwie dziewczyny w dziwacznych sukniach szarpią nieznanego mi chłopaka, ciągną go za krawat, próbują wypchnąć przez wyjście awaryjne. Ofiara krwawi z nosa i nadgarstka. A więc to, co wyczuwam, to krew, i chociaż od razu wiem, że chłopak pił alkohol, to oprócz wszystkiego unosi się wokół niego aromat strachu. Spływa z niego prawie namacalny, jakby jego aura stawała się żółta i ciemnobrązowa.

- Dev... - zaczynam.

Przerywa mi od razu.

- Nie mogę się tu przemienić. Ludzie zauważą.

Devyn jest zmiennokształtny. Może przeobrażać się w orła.

- Wspieraj mnie tylko - rzucam, co zresztą powoduje nagłe odwrócenie ról. Zwykle to ja osłaniam innych. A jednak mówię te słowa i wpadam między tańczące grupki oraz pary, tak sobą zajęte, że i tak mnie nie dostrzegają.

Devyn mruczy mi do ucha:

- Są dwie.

- Devyn... Pozwól mi iść pierwszej - powtarzam, próbując się pospieszyć, lecz nie zwracać na siebie uwagi. Dziwne dziewczyny ciągną chłopaka w stronę drzwi z napisem Wyjście awaryjne. Poruszają się bardzo szybko i wiem, że jeśli wyjdą ze szkoły, to będzie koniec. Nie są to bowiem zwykłe dziewczyny. To piksy. Będą gryźć swoją ofiarę, torturować ją i wysysać jej duszę, aż biedak albo oszaleje, albo umrze.

Skąd o tym wiem? Ja także jestem teraz piksem.

Wpadam pomiędzy nich i ustawiam się, blokując drzwi. Podobnie jak ja, obie wyglądają na ludzi, ukrywając niebieską skórę i przerażająco ostre zęby pod tak zwanym urokiem. Jedna ma na sobie czerwoną suknię, która wygląda i zalatuje tak, jakby wisiała w lumpeksie od lat osiemdziesiątych. Bufiaste rękawy i poduszki uwydatniają kwadratowe ramiona dziewczyny, a gigantyczne falbanki na dole bynajmniej nie dodają jej wdzięku. Druga włożyła czarną obcisłą sukienkę, na którą miałyby prawo spoglądać wyłącznie supermodelki. Włosy splotła w dobierany warkocz.

- Przestańcie - mówię.

Czarna sukienka unosi brew.

- Za dobrze się bawimy, żeby przestać.

No tak, bardzo oryginalne.

Druga dziewczyna, przypominająca nieco rudowłosą lalkę Barbie, szczerzy zęby i jednocześnie trzepocze rzęsami, co byłoby wystarczająco dziwne, nawet gdyby nie miała krwi na zębach.

Próbuję zgrywać twardzielkę.

- Kazałam wam przestać.

Śmieją się.

Przyznaję, że może nie należę do jakichś bardzo onieśmielających osób... piksów - nieważne - ale bardzo nie lubię, gdy się ze mnie śmieją. Ogarnia mnie nagle ogromny gniew, robię więc krok do przodu, a chłopak trzymany przez dziewczyny zatacza się w tył, uderzając o ścianę. Osuwa się powoli, marszcząc elegancką marynarkę na pupie. Devyn rzuca się, by mu pomóc, ale Zła Ruda Barbie popycha go prosto na mnie. Chwytam go w pasie i omijam jednym susem.

- Musicie się uspokoić - grożę palcem niczym jakaś zdenerwowana nauczycielka - i musicie stąd wyjść. To moja szkoła i nie pozwolę, żebyście robiły tu zamieszanie.

- A co, powstrzymacie nas z panem Chudzielcem? - Barbie zakłada włosy za ucho, wyraźnie niewzruszona.

- Fuj. Kto chciałby rządzić taką szkołą? Śmierdzi tu jak w centrum handlowym - ocenia druga.

Nie odpowiadam, tylko intensywnie wpatruję się w tę rudą, podczas gdy nasz pijaczyna opada na podłogę i zaczyna oddalać się na czworakach.

- Nie chcę wam zrobić krzywdy - oznajmiam, robiąc kolejny krok w przód. - Daję wam więc ostatnią szansę.

- Ona jest pacyfistką - odzywa się stojący za mną Devyn. Ciekawe, po co to mówi. Chce przypomnieć, kim byłam, mnie czy może sobie? - Wiecie, co to znaczy?

Patrzą na nas tępo.

- To znaczy, że nie wierzę w siłową metodę rozwiązywania konfliktów - wyjaśniam, przybliżając się jeszcze trochę. Napięcie wisi w powietrzu. Wiem, że obie są gotowe, by zaatakować, walczyć zębami i pazurami. Ja za to nie wiem, czy dam im radę. Co prawda jako piks jestem silniejsza, ale te wszystkie burzące się we mnie emocje... Nie wiem, czy potrafię nad nimi panować.

Nick zająłby się najpierw silniejszą z nich, żeby dać pokaz siły. Tak więc robię. Wyciągam rękę i chwytam Barbie za nadgarstek. Ściskam go mocno i podcinam jej nogi. Dziewczyna jednak się nie przewraca i odskakuje w tył. Wolną ręką uderza mnie w brzuch. Zwijam się z bólu, ale nie upadam. Zamiast tego robię pierwsze, co przychodzi mi do głowy, czyli znów ją kopię - i tym razem chyba coś zaskakuje. Jestem dużo szybsza, niż mi się zdawało. Kopnięcie trafia dziewczynę w goleń. Kolejne uderza w udo i widzę, że Barbie zaczyna się zataczać.

Potem łapię ją za włosy, palcami wplątując się w nie i zawijając je na supeł. Przyciągam jej głowę do swojego ucha i mówię:

- Zjeżdżaj stąd, zanim zniszczę ci pantofelki, sukienkę oraz buzię.

Warczy złowieszczo, odsłaniając zęby, ale nie może nawet drgnąć.

- Devyn, ktoś nas widzi? - pytam.

- Nie - pada odpowiedź.

Druga dziewczyna charczy w końcu:

- Dobra. Idziemy. Możemy zabrać mięso?

Wskazuje gestem pijanego chłopaka, próbującego doczołgać się do stołu z ponczem.

- Nie - rzucam. - I ostrzegam was. Zmiatajcie stąd, zanim skończą się moje pacyfistyczne zapędy i was zabiję. Powiedzcie też waszemu nędznemu królowi... Kto jest waszym królem?

- Frank - odpowiada Barbie.

- Frank - powtarzam, przyjmując to do wiadomości. Nie mój ojciec. Frank, który uwolnił piksy mojego ojca z miejsca, gdzie je uwięziliśmy, w starym wiktoriańskim domu w lasach. Frank, który zabił mojego chłopaka Nicka. - Cóż, powiedzcie Frankowi, że jak na złego króla piksów ma zupełnie absurdalne imię, i powiedzcie mu też, że nie waham się załatwić żadnego z jego poddanych, którzy zaatakują kogoś w mojej szkole. Jasne?

- I niech zwróci tych, których porwał - dodaje Devyn.

Czuję ucisk w żołądku. To strach. Spoglądam na Deva. Co się wydarzyło, od kiedy się przemieniłam?

- Ile osób?

- Zbyt wiele, by liczyć - odpowiada Sukienka z Poduszkami. - Bardzo łatwo tu porywać ludzi. I zabijać. A straszenie ich? Pyszota.

Gniew chwyta mnie za gardło.

- Dość już! Przestań. Ludzie to nie zabawki.

Nawet ja słyszę groźbę we własnym głosie, stanowczym, mocnym, jakby w powietrzu rozlegał się dźwięk werbla.

Sukienka z Poduszkami nie odpowiada. Odzywa się za to Barbie.

- A kimże ty jesteś, by mówić Frankowi, co ma robić?

Dobre pytanie. Popycham Barbie w stronę wyjścia pożarowego i próbuję wymyślić jakąś sensowną odpowiedź, która mogłaby się w znaleźć w kultowym filmie albo w telewizyjnym serialu. Jednak zanim uda mi się odezwać, robi to za mnie Devyn - prawie tak, jakby był bardziej ze mnie dumny niż przerażony, że niedawno przemieniłam się w jednego z nich.

- To jest Zara White, królowa piksów.

Życie toczy się normalnie w małym nadmorskim miasteczku w Maine. Mimo zaginięcia ośmiu chłopców miejscowe nastolatki uczestniczą dziś wieczorem w dorocznym zimowym balu licealnym (wiadomości Kanału 8).

Kiedy udaje się nam wygonić piksy na zewnątrz, Devyn i ja wracamy do Issie i Cassidy, które czekają przy toaletach. Dev nie przestaje zerkać na mnie podejrzliwie kątem oka, ale mam nadzieję, że skoro pozbyłam się piksów, zaufa mi trochę bardziej. Zrobiłam to, nie nabierając niebieskiej barwy i nie wystawiając zębów - dzięki temu czuję się odrobinę pewniej w skórze swego nowego gatunku, jednak mimo wszystko nie wiem do końca, co znaczy być piksem. Nie wiem, jak dalece ta przemiana zmieniła moje wnętrze, moją duszę, moją pacyfistyczną cząstkę.

- Czy tam się wydarzyła jakaś apokalipsa? - pyta Is, gdy we trzy wchodzimy do pustej damskiej toalety. - Wszyscy zginęli? Błagam, tylko nie mów, że wszyscy zginęli!

- Nikt nie zginął - wyjaśniam, wzdychając, i podnoszę rękę. - Może z wyjątkiem mojej fryzury.

Dziewczyny popychają mnie do lustra i tam opowiadam im, co się stało. Cassidy związuje mi włosy w byle jaki węzeł, a Issie próbuje zetrzeć z mojej ręki plamę krwi. Gapię się w swoje odbicie, dostrzegając cienie pod oczami i ogólnie obrzydliwy wygląd.

- Ależ jestem paskudna!

- Skąd - kłamie Issie. Od razu wiem, że kłamie, bo drży jej dolna warga.

Cassidy obejmuje mnie ramionami, staje za mną i opiera głowę na czubku mojej.

- Wyglądasz jak wojowniczka.

- Właśnie! - zgadza się Issie. - Trochę niska wojowniczka. Piksowa wojowniczka.

Zapada niezręczna cisza.

- A czujesz się inaczej? - ciągnie Is już spokojniejszym tonem. - Teraz, gdy jesteś... no wiesz...

- Tak - kiwam głową. - Jestem silniejsza. Czuję... Mam lepszy węch. Moje zmysły chyba się wyostrzyły, ale jednocześnie stałam się jakaś taka... niezrównoważona. Jakbym w każdej chwili mogła wpaść w furię.

- Szczególnie z powodu złych piksów próbujących wykraść męskich członków naszej licealnej populacji? - podpowiada Issie.

- Szczególnie - potwierdzam i pożyczam od Cassidy tusz do rzęs, czego nie powinno się robić z powodu bakterii, ale biorąc pod uwagę resztę mojego wariackiego życia, równie dobrze mogę podjąć to szalone, zagrażające zdrowiu ryzyko. - Nie wierzę, że aż tak wielu chłopców zaginęło. Ośmiu? To okropne, Is. Musimy odzyskać Nicka i położyć temu kres.

Cierra wpada do łazienki razem z Callie, która w jaskrawobłękitnego irokeza ma wplecione kokardki. Uśmiechają się na przywitanie, komplementujemy nawzajem swoje sukienki, a gdy one wchodzą do kabin, Issie pochyla się i szepcze:

- Co chcesz zrobić? Powinniśmy wszyscy wracać do domu?

Chciałabym, ale to by było samolubne.

- E tam, chcę zobaczyć, jak tańczysz z Devsterem i inne takie.

Is staje na palcach z ekscytacji.

- Naprawdę?

- Przysięgam - podnoszę rękę w skautowskiej obietnicy. - Będziemy udawać, że wszystko jest w porządku i żadne koszmarne istoty nie czają się za wyjściem awaryjnym.

- A więc stosujemy wyparcie - dodaje Cassidy z uśmiechem, drapiąc się w okolicach talii.

- Tak jest. - Wyciągam rękę i wycieram grudkę tuszu, która przykleiła się koło jej oka. - Ale tylko do końca balu. Potem zaczniemy działać.

Wszędzie dokoła ludzie tańczą, śmieją się, wirują, bawiąc się jak na wszystkich kiczowatych szkolnych balach, podczas których wszyscy wiedzą, że sytuacja jest totalnie żenująca, ale ta szkolna "spinka" sprawia, iż robi się prawie fajnie. Wzdłuż ściany w małych grupkach stoją dziewczyny bez pary, obserwując facetów bez pary. Teraz ja jestem jedną z takich dziewczyn, bo Nicka nie ma. Zniknął na zawsze.

Issie na moment przestaje tańczyć z Devynem, by objąć mnie za ramiona. Nachyla się i wrzeszczy mi do ucha, bo tylko w ten sposób jej cieniutki głosik może zagłuszyć głośną muzykę:

- Tęsknisz za nim, co?

Czuję ucisk w żołądku.

- Tak - rzucam tylko.

- Znajdziemy go - odpowiada stanowczo. - Sprowadzimy go z powrotem.

Uśmiecham się słabo i kiwam głową, bo w końcu muszę wierzyć w to, co mówi Is. Muszę wierzyć, że Nick żyje w Walhalli i że w jakiś sposób możemy sprowadzić go z powrotem tu, gdzie jego miejsce.

- Sprowadzimy! - odkrzykuję, siląc się na zdecydowany i pozytywnie nastawiony ton. Ustami dotykam w przelocie wiszących kolczyków Is z różowymi flamingami. Pachnie kokosem.

Teraz to ona energicznie kiwa głową.

- No pewnie! Tak zrobimy!

Devyn przygląda się uważnie nam obu. Zaciska usta w typowy dla siebie sposób i wiem już, że ma wątpliwości.

W tej samej chwili muzyka zmienia się z głośnej, energetycznej i fajowej na pościelową. Wydaję głośny jęk. Devyn przyciąga Issie do siebie. Wygląda na zmęczonego po tych wszystkich wygibasach. Widzę to w zmarszczkach koło oczu, zaciśniętych ustach, jakby ukrywał ból, byle tylko Issie dobrze się bawiła i nie martwiła. Ale w końcu dopiero niedawno zaczął znów chodzić. Został ranny podczas ataku piksów, był sparaliżowany i przykuty do wózka inwalidzkiego.

Cassidy i ja stoimy razem, podczas gdy Is i Devyn kołyszą się, przytuleni, z boku na bok. Oboje wyglądają na kruchych, delikatnych jak ptaki, które łatwo zranić.

- Są uroczy - szepcze mi do ucha Cassidy.

Przytakuję. Czuję od niej zapach lawendy i ziół.

- Dajesz radę? - po chwili dochodzi do mnie pytanie.

Przytakuję raz jeszcze.

Ale tym razem Cass już mi nie uwierzy. Szturchając mnie biodrem, rzuca:

- Kłamczucha.

Schylam się i bawię bransoletką na kostkę, którą dostałam od Nicka. Jest cienka, srebrna, jej dotyk na skórze przypomina mi go. Sprawdzam, czy zapięcie mocno się trzyma, i mówię:

- Powiedzieć, że jest do bani, to zdecydowanie za mało.

Cassidy głaszcze mnie po głowie jak szczeniaka.

- Wiem, kochana. Wiem. Widać, jaka jesteś nieszczęśliwa.

Callie i Paul, jak zwykle z dopasowanymi irokezami (są parą od zawsze), mijają nas tanecznym krokiem tanga, choć piosence akurat do tanga bardzo daleko. Oboje się uśmiechają, a Callie macha nam lekko uniesioną dłonią.

Obok nas pojawia się Jay Dahlberg, gnąc się w udawanym ukłonie. Gdy się prostuje, gęste blond włosy spadają mu na oczy. Wyciąga dłoń niczym jakiś osiemnastowieczny hrabia i pyta:

- Panno Cassidy, czy zaszczyci mnie pani tym tańcem?

Cass drapie się po szyi i jednocześnie odpowiada nienaturalnie pretensjonalnym tonem:

- Będę zaszczycona, panie Dahlberg.

On bierze ją w ramiona, a Cassidy spogląda jeszcze przez ramię Jaya, jakby pytając mnie o zgodę. Podnoszę kciuki do góry i wracam pod ścianę.

Nick i ja tańczyliśmy kiedyś wolny kawałek. Pewnego wieczoru, gdy wróciliśmy z kina po obejrzeniu naprawdę kiepskiego filmu o duchu dziewczyny, która właściwie nic nie mówiła, tylko blado wyglądała i chodziła bez celu, a ludzie wrzeszczeli, gdy ją widzieli. Gdy stało się to po raz dwudziesty siódmy, Nick zauważył: "Nic dziwnego, że ona ma ochotę zabijać. Ludzie wpędzają ją w kompleksy".

Po kinie Nick wyciągnął mnie ze swojego czerwonego mini morrisa i postawił pod gwiazdami. Pod naszymi stopami chrzęścił śnieg.

- Co ty wyrabiasz? - śmiałam się, gdy mnie obejmował.

- Ratuję naszą randkę. - Przytulił mnie do siebie tak, bym mogła wdychać jego sosnowy aromat i zapach skórzanej kurtki. Był taki ciepły. Zawsze był taki ciepły.

Muzyka z iPoda podłączonego w aucie zmieniła się na wolną piosenkę U2. Nick nie przepadał za U2. Ja owszem, ale tylko za starymi kawałkami z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To był jeden z takich utworów - smutny rytm piosenki o miłości i wojnie.

- Nie znosisz tej piosenki - wymruczałam w jego sweter. Nick jest dużo wyższy ode mnie. Stawałam na palcach, by się do niego zbliżyć.

Schylił głowę i się uśmiechnął.

- Ale ty ją uwielbiasz.

Zapewne ściągnął ten kawałek specjalnie dla mnie, co zresztą było urocze. Przytuliłam się jeszcze mocniej, tak blisko, jak się dało.

- Wiesz, że opowiada o polskiej Solidarności?

- Poważnie? - udawał zaskoczenie. A potem się pocałowaliśmy. Jego usta idealnie pasowały do moich.

- Zaro - męski głos przy moim uchu sprawia, że podskakuję zaskoczona. Czysty zapach mydła Dove i grzybów atakuje moje nozdrza. Ja też tak teraz pachnę. To zapach specyficzny wyłącznie dla królów i królowych piksów.

Przede mną stoi Astley - wysoki, z włosami ciemnoblond, dużo silniejszy niż wtedy, gdy ledwie kilka tygodni temu znalazłam go na wpół żywego przywiązanego do drzewa. Dostaję gęsiej skórki. Tak wiele wydarzyło się w tak krótkim czasie. Straciłam Nicka. Straciłam swoje człowieczeństwo. A co zyskałam? Stałam się piksem.

Chwytam Astleya za wystrojony łokieć i szybko prowadzę go na bok, w miejsce, gdzie stoją automaty z napojami, i przyglądam się tłumowi. Ludzie już zauważyli, że tu jest. Devyn zbiera się, by podejść, Cassidy także, ale odganiam ich machnięciem ręki i głośnym szeptem zwracam się do Astleya:

- Co ty tu robisz? Dzisiaj już dość namęczyłam się z piksami, dziękuję bardzo. Bez urazy.

Nie odpowiada na moje pytanie. Zamiast tego chwali mój strój.

- Wyglądasz ślicznie. Przyzwyczaiłem się do ciebie w tych podartych dżinsach z namalowanymi pacyfkami. Przypominają spodnie bezdomnego, ale...

Urywa, jakby poczuł się niezręcznie, i wiem już, że przypomina sobie mnie w dniu, gdy przemieniłam się w piksa - po tym, jak mnie pocałował i stałam się pokrwawioną istotą w dziwnym napadzie szału, niebezpieczną, na wpół przytomną. Od razu zaczynam się rumienić ze wstydu na samo wspomnienie. Nie wiem, skąd wiem, o czym myśli Astley, ale wiem...

- Tak... Cóż... Issie i Cassidy mnie przebrały, więc dziś nie wyglądam jak bezdomna - wyjaśniam, dziwnie skrępowana. Puszczam jego łokieć i poprawiam dekolt sukienki, żeby nie odsłaniać zbyt wiele. A potem zdaję sobie sprawę, że to bez sensu, bo Astley widział mnie prawie nagą wtedy, gdy mnie przemieniał. Opieram się o ścianę i powtarzam sobie: Nie myśl o tym. NIE MYŚL o tym...

Przysuwa się bliżej mnie, opiera rękę o ścianę, tuż obok mojej głowy, i pyta:

- Jak przyjęli wiadomość, że się przemieniłaś?

- Najpierw byli podejrzliwi - odpowiadam dość oględnie. Nie opowiadam, jak przyjaciele nie chcieli wpuścić mnie do domu Issie i jak Devyn właściwie zaczął mnie straszyć. - Ale chyba już to zaakceptowali. Tak mi się zdaje.

Przez moment zastanawiam się, czy wspomnieć i o tym, że Is i Dev zaakceptowali mnie wyłącznie dzięki temu, że Cassidy sprawdziła, czy nie mam złych intencji, a mogła to zrobić, bo w przeciwieństwie do mnie ma przodków w linii elfów. Jednak nie wierzę jeszcze Astleyowi w stu procentach, mimo że zaufałam mu wystarczająco mocno, by pozwolić się odczłowieczyć i przemienić w piksa. Dziwne, ale prawdziwe, jak wszystko w moim życiu.

- Słyszałeś, co mówiłam o piksach? Devyn i ja musieliś­my wywalić stąd dwie dziewczyny, które chciały nakarmić się pijanym chłopakiem - opowiadam.

- Wywalić? - Astley unosi brew. Gdy nie jest czegoś pewien, zaczyna mówić ciszej. Do tej pory tego nie zauważyłam.

Opowiadam więc całą historię. Astley przez chwilę się nie odzywa, a potem delikatnie dotyka mojej ręki, muska ją tylko palcami, jakby bał się mnie za bardzo zaskoczyć. To ledwie przelotne dotknięcie, a po kilku sekundach tą samą dłonią wskazuje tańczących.

- Są tacy niewinni, prawda?

- Niewinni? - Trudno mi myśleć o Cierrze i jej aktualnym (chwilowym) chłoptasiu, Jake'u, jako o niewinnych, bo właśnie obściskują się i obśliniają w kącie. Jeden z nauczycieli, pan Burns, rusza w tamtą stronę. Idzie zdecydowanie, pełna profeska.

- Nie mają pojęcia o magii, która istnieje między nimi. Jesteśmy my, piksy. Twój przyjaciel Devyn jest zmiennokształtny. Na zewnątrz, w lesie, czają się hordy innych piksów, które przegrupowują się, głodne i przepełnione pragnieniem.

Odwracam się gwałtownie.

- Musimy chronić ludzi.

Astley ledwo zauważalnie przechyla głowę. Włosy spadają mu na oczy, a potem wracają na miejsce. Stoi tak blisko. Robię krok w tył i słyszę, jak mówi superspokojnym głosem:

- Oczywiście. A ty musisz poznać naszych poddanych, Zaro. Muszą spotkać swoją królową. Będą walczyć u twojego boku.

- I musimy znaleźć Nicka - dodaję. - Musimy w końcu zacząć szukać.

Nie odpowiada, tylko wyciąga ręce. Muzyka zmienia się w kolejną balladę o miłości i utracie.

- Zatańczysz ze mną, Zaro?

- Ja... - Szukam słów. - Nie mogę... Nick...

Astley porywa mnie w ramiona, zanim udaje mi się sklecić zdanie. Tańczy formalnie, z wdziękiem, bynajmniej nie jak licealista, bo zapewne odzywa się w nim król piksów. Przypomina bardziej zawodowego tancerza na parkiecie występującego w telewizyjnym show. Ma wyprostowaną sylwetkę i płynne ruchy. Tak bardzo różni się od Nicka, który przypomina raczej ciapowatego wielkiego psa. Taniec z Astleyem jest łatwy. Jakbym robiła to od zawsze.

- Nie jest źle, prawda? - szepcze mi do ucha.

Odsuwam się, nieco zmieszana.

- Tak. Tak. Nie... To znaczy...

Uśmiecha się, widząc moje zażenowanie, ale mnie nie puszcza. Przesuwa dłoń, kładąc ją na moich plecach. Zdaje mi się, że jestem superwyczulona na każdy ruch, który robi. Nie wiem, czy to kwestia zmysłów naturalnych dla piksów, czy może tego, że Astley jest królem.

Obaj noszą też inne ubrania. Nick ubiera się jak chłopak z Maine - martensy albo adidasy, dżinsy, ciuchy z przyzwoitego sklepu w centrum handlowym. Astley - ubrania z drogich, najlepszych materiałów, które są grubsze i mocniejsze. Przypominają mi Szkocję.

Postanawiam wykorzystać chwilę i zadać kilka pytań, które wciąż krążą po mojej głowie.

- Dowiedziałeś się czegoś? Rozmawiałeś z matką?

Matka Astleya podobno wie, jak dostać się do Walhalli, tego niedostępnego mitologicznego miejsca, w którym ponoć przebywa Nick. W odpowiedzi Astley marszczy czoło i przyciąga mnie jeszcze bliżej do piersi, która porusza się z każdym jego oddechem.

- W tej chwili jest nieosiągalna.

- Nieosiągalna! - Tym razem odsuwam się prawie całkowicie. - Bardzo wygodna wymówka.

Astley wyciąga rękę i chwyta moją dłoń, zanim mam czas zareagować.

- Nie okłamuję cię, Zaro. Moja matka często znika.

- No jasne - rzucam, gdy znów mnie przyciąga. Ale się nie dam. Opieram się i zaciskając zęby ze złości, syczę: - Nie będę z tobą tańczyć.

- Mogę cię zmusić.

- Ale nie zmusisz - mówię pewnie, zdecydowanie, jakbym wiedziała dobrze, kim jest, choć tak naprawdę niczego nie jestem pewna.

Stoimy przez chwilę w milczeniu, mierząc się wzrokiem, a pozostali balowicze w sali wirują, tańczą i się zakochują. Sytuacja jest patowa. Spojrzenie Astleya łagodnieje. Pozwala mi się odsunąć, opuszcza ręce, a ja nagle czuję porażającą samotność. Prawie chcę, by znów ze mną zatańczył, choć to niewłaściwe, wiem to na pewno.

Przez moment ma smutną twarz, ale szybko przysłania ją uśmiechem.

- Przepraszam. Zdenerwowałem cię. Wyjdę na zewnątrz na patrol, upewnię się, czy uczniowie mogą spokojnie opuścić szkołę.

Skłania się i wycofuje, zostawiając mnie na środku parkietu. Z łatwością przemyka przez tłumy ludzi, nikogo nie potrącając, nie dotykając; mógłby to chyba robić z zamkniętymi oczami.

Schylam się i sprawdzam zapięcie bransoletki na kostce. Trzyma się mocno. Nie jestem sama. Nie, dopóki jest jeszcze nadzieja na odnalezienie Nicka. Nie, dopóki mam przy sobie przyjaciół. Moja wola zaczyna się kształtować. Tyle do zrobienia i tak mało czasu.

Mimo absolutnego przerażenia przed spotkaniem z wielką Babcią Betty, które mnie czeka, po czterdziestu pięciu minutach tanecznego piekła wychodzę na zewnątrz i patroluję okolicę, szukając piksów. Pragnę upewnić się, że wszystkie radosne ludzkie istoty będą mogły spokojnie wrócić do domów.

Taki jest świat piksa - wygląda na to, że to także mój świat: chodzić, polować, wąchać i szukać zagrożenia. Szukam niebezpieczeństw, bo muszę zapewnić bezpieczeństwo ludziom. Szukam niebezpieczeństw, bo sama nie chcę być jednym z nich. A linia między dobrem a złem, między wybawcą a drapieżnikiem, między bohaterem a złoczyńcą jest bardzo cienka. Nie chcę być złoczyńcą i nie chcę, by ludzie umierali, ani na mojej zmianie, ani w ogóle. Muszę wierzyć, że każdy zrobiony przeze mnie krok to krok w kierunku dobra. Jeśli nie uwierzę - jeśli nie będę przekonana - wtedy wszystko, absolutnie wszystko przepadnie.

Coś uderza o śnieg. Rzucam się w tamtym kierunku, a moje dłonie automatycznie zwijają się w pięści, gdy tylko w głowie pojawia się myśl, że to Frank.

- To tylko błoto - mówię sobie. I mam rację. Zmrożony śnieg przyczepiony do opon ciężarówki odpadł i uderzył o ziemię.

Każdy hałas, który słyszę, to potencjalne zagrożenie. Każdy zapach, który do mnie dociera, może być ostrzeżeniem. Każda wiewiórka przeskakująca z gałęzi na gałąź może nie być wiewiórką, lecz piksem. Teraz, gdy sama nim jestem, słyszę dużo lepiej i wzmocnił się mój węch - pociągam więc nosem. Choć nie, to nie jest pociągnięcie - ono przychodzi samoistnie, tymczasem ja - z premedytacją - węszę.

I cały czas myślę: jak dostaniemy się do Walhalli? Jak odnajdziemy Nicka?

Chodzę po szkolnym parkingu tam i z powrotem, nasłuchuję piksów i nagle do moich nozdrzy dociera jakiś zapach. Spinam mięśnie, a gdy przechodzę tuż obok auta Issie, z wielkiej latarni tuż przede mną zeskakuje Astley. Staje w świetle, w którym jego włosy wyglądają na bardziej złote niż zwykle. Gruba warstwa złotego pyłu miesza się ze śniegiem.

- Myślałam, że sobie poszedłeś.

- Czemu? - rzuca oschle. - Mówiłem, że idę na patrol. Nie uwierzyłaś? - Ściąga ramiona i odwraca ode mnie wzrok.

- Uznałam, że się poddałeś. Zbyt wiele złych piksów, zbyt wielu ludzi, których trzeba chronić.

- Nie jestem z tych, co się poddają. - Wzrusza lekko ramionami. Wydają się rozciągać grube płótno marynarki. Z tymi złotymi włosami i taką samą skórą Astley wygląda, jakby lśnił. Ale tak nie jest. Jednakże wszędzie, dokąd pójdzie, zostawia drobinki złotego pyłu. Znak króla piksów. Mrużąc oczy, wpatruje się w przestrzeń i dodaje: - Postanowiłem, że zostanę i upewnię się, iż bezpiecznie dotarłaś do domu. Wychodzisz teraz, bez przyjaciół?

Kucam, przeciągając palcem po grubej warstwie śniegu.

- Nie. Ja też patroluję okolicę. Nie chcę, by ktokolwiek został zaatakowany przez... - urywam, nie wiedząc, jak ująć to grzecznie.

- ...przez piksy, takie jak my? - Astley ni to pyta, ni to kończy moje zdanie.

Nie odpowiadam, jedynie spuszczam wzrok. Rysowałam w śniegu literę N. "N" jak "Nick", po wielekroć przejechałam te trzy grube linie i nawet nie zauważyłam, co robię. Wstaję i pytam:

- Widziałeś tu jakieś?

- Całkiem sporo. Niedaleko stąd patroluje Amelie. We dwójkę pozbyliśmy się dość licznej gromadki. - Astley pociera policzek, jakby szukał na nim zarostu. - Ona uwielbia prawdziwą walkę. Czasem przeraża mnie jak bardzo.

Amelie jest jedną z poddanych Astleya. Wysoka, z dredami, wygląda na dużo starszą od nas. Może koło trzydziestki. Nie wiem o niej zbyt wiele. W ogóle nie wiem zbyt wiele o niczym, co dotyczy piksów - na przykład jak jest zorganizowane ich społeczeństwo i skąd w ogóle się wzięły. Tak wiele sekretów krąży dokoła mnie niczym wirujące płatki śniegu. Próbuję złapać je w dłonie, rozróżnić kształt, opisać, ale topią się i tworzą małe kałuże. Mam tylko tyle czasu, by dostrzec, że istnieją, ale nie dość, by je zbadać.

- Zaro? Co się stało? - Astley wyciąga rękę. Palcami dotyka mojego podbródka i podnosi głowę tak, by spojrzeć mi w oczy. Robię krok w tył, by trochę się odsunąć, ale nie odwracam wzroku.

- Martwię się.

- O co? - pyta.

- Że nie znajdziemy Walhalli i Nicka. - Pokazuję na siebie. - I że to wszystko pójdzie na marne, a babcia albo mnie zabije, albo wyrzuci z domu, gdy dowie się, że jestem piksem.

Zakładam ręce na piersi, a Astley kiwa głową. Ze szkoły zaczynają wychodzić uczniowie.

- To akurat mogę zrozumieć. Jest gwałtowna... - Urywa i otwiera usta, jakby ważył słowa... a może chce beknąć, sama nie wiem. Z drzewa spada kupka śniegu i ląduje na masce subaru. Astley spina się na chwilę i ciągnie: - Ale jeśli cię kocha, wciąż tak będzie, mimo gatunku, do którego teraz należysz.

No jasne. Krzywię się.

- Zmienni nie lubią piksów.

- Nie wszędzie tak jest. Nie zawsze jesteśmy wrogami.

- Tutaj jesteśmy.

- Tutaj sprawy wyglądają inaczej, niż powinny. Twój ojciec był słabym królem. Słabym człowiekiem. Nie wszyscy jesteśmy tacy.

Nie chcę tego słuchać. Już zbyt wiele razy słyszałam, że mój ojciec piks jest słaby.

- Chodzi o to, że... - Próbując znaleźć odpowiednie słowa, wydymam na chwilę usta i zaczynam ponownie. - Chodzi o to, że chcę być tą samą osobą, którą byłam przedtem. Nie chcę niczego ci zawdzięczać dlatego, że jesteś moim królem - bez urazy. Nie chcę myśleć, że fajnie jest torturować ludzi. Chcę być dobra. Chcę mieć duszę. - Kopię śnieg dokoła mojej litery N, niszcząc gdzieniegdzie jej kontury. - Wiem, że to głupie - mruczę pod nosem.

Schylam się, by naprawić N, ale wcześniej Astley chwyta mnie za ramiona.

- Posłuchaj mnie, Zaro. Nie wiem, w co wierzysz. Ja wierzę, że każde z nas jest repliką. Tak jak chrześcijanie wierzą, że Adam powstał na obraz Boga, został zreplikowany. - Bierze głęboki wdech i słyszymy, jak otwierają się drzwi samochodów. Widzę, że szuka wzrokiem niebezpieczeństwa. Ja także, ale nie widzę nic oprócz tego tutaj: Astley, mój król, mężczyzna, którego pocałowałam, ten, któremu pozwoliłam się przemienić. Teraz mówi dalej, wyraźnie uspokojony brakiem nagłego zagrożenia. - Tak samo piksy wierzą, że jesteśmy stworzeni na wzór Odyna...

- Tego nordyckiego boga? - Czuję, jak z nerwów automatycznie unosi się moja brew. - Chcesz powiedzieć, że istnieją jacyś inni bogowie? Nie wierzę w innych bogów.

- "Bogowie" to być może niewłaściwe słowo. Są istotami takimi jak my, ale nie do końca, choć również nie takimi jak wasz Bóg. - Astley wsadza ręce do kieszeni. - Chodzi mi o to, że wierzymy, iż jesteśmy odbiciem Odyna - tyle że jako piksy, nie jako ludzie. Stworzono nas na jego obraz, a on nie jest zły, Zaro. Mówi się, że jest mądry, dobry i litościwy.

- "Mówi się"?

- Cóż, nigdy go nie poznałem. - Astley się uśmiecha. - Ale Odyn to także wskazówka, by odnaleźć Walhallę, bo ona jest jego domem.

- Musimy więc "tylko" go znaleźć, a to jest równie trudne co znalezienie nieba, tak? - pytam, czując, że opuszcza mnie nadzieja. - I niby jak mamy to zrobić, skoro nie potrafisz nawet znaleźć swojej mamy, ponoć naszej pierwszej najważniejszej wskazówki?

Astley zaciska usta w linijkę pasującą do wyrazu oczu.

- Przepraszam. Za ostro się wyraziłam. Po prostu boję się, że go nie znajdziemy. - Na moment chowam twarz w dłoniach. - Doceniam twoją pomoc. Proszę, nie myśl, że jest inaczej.

Delikatnie odsuwa moje ręce i mówi:

- Nie jest ci łatwo, Zaro. Mam tego świadomość. Straciłaś swojego wilka. Straciłaś swoje człowieczeństwo. Twoja rzeczywistość się zmieniła, a twojemu miastu grozi niebezpieczeństwo. To, co się tu dzieje, nie ma precedensu.

Słyszymy dźwięk zapalanego silnika, jednego, potem kolejnego. Ktoś wrzeszczy:

- Cholernie zimno!

- Szlag! Znów pada! - woła Sam.

Słyszę też inne głosy - gadają o brzydkich sukienkach, o tym, że jakaś Stephanie podrywała chłopaka innej dziewczyny, o tym, kto z kim flirtował...

- Nie wierzę jej - odzywa się damski głos. - Prawie się na nim uwiesiła.

Nagle czuję w powietrzu jakąś zmianę. Spinam mięśnie.

Astley przechyla głowę.

- Co?

Wyciągam rękę, by chwycić jego dłoń, i zaczyna mi się kręcić w głowie od nadmiaru tego, co się wokół mnie dzieje.

- Masz rację - mówię. - Oni wszyscy są tacy niewinni. Też kiedyś taka byłam. A teraz nie pasuję. - Otwiera usta, by coś powiedzieć, ale nie pozwalam. - Tylko nie mów, że pasuję do ciebie, bo to będzie nieznośnie sentymentalne.

Astley kiwa głową, puszczam więc rękaw jego skórzanej kurtki. Stoimy w milczeniu przez moment, w końcu pytam:

- Możesz patrolować z powietrza? Zasłonić się czarem tak, by nikt nie widział, że krążysz w górze? Ja zostanę na ziemi. Kurczę, chciałabym umieć latać.

- Niektóre królowe potrafią. Moja matka na przykład. Porozmawiamy z nią o Walhalli, gdy tylko ją znajdę, a zrobię to - podkreśla. Patrzy na mnie jakby wyczekująco, ale nie wiem, o co chodzi. - Już poprosiłem Vandera, jednego z moich najlepszych poruczników, by się tym zajął.

I nagle w mgnieniu oka unosi się w niebo i znika, osłonięty czarem.

- Dzięki! - wołam za nim, wpatrując się w ciemność i drobne płatki śniegu lecące w moim kierunku. Wysuwam język i łapię jeden. Topi się natychmiast, zimny i mokry.

I wtedy je wyczuwam. Dwa piksy. Jeden wychodzi z lasu tuż przy krawędzi parkingu. Drugi idzie po prostu drogą w stronę szkoły.

- Astley! - wrzeszczę.

Jakiś pierwszoroczniak patrzy na mnie, unosząc brew.

- Sorry - mruczę, kiedy mnie mija. - Szukam znajomego.

Astley pojawia się nade mną ułamek sekundy później i szepcze:

- Ty bierz tego z lasu, a ja załatwię drugiego.

Znika, zanim mam okazję odpowiedzieć. Ale - o rany! Astley uważa, że sobie poradzę. To mi schlebia, nie ukrywam. Nick nigdy nie pozwalał mi walczyć samej. Zawsze bał się, że coś mi się stanie, zresztą w istocie kiepsko sobie radziłam. Ale teraz jestem mocna, prawda? W szkole załatwiłam przecież dwie dziewczyny. Szybkim krokiem idę w kierunku lasu, próbując nie zwracać na siebie uwagi i podążać za zapachem, jednocześnie machając na pożegnanie uczniom wychodzącym z balu. W głowie powtarzam sobie idiotyczny monolog, jakby filmowy głos spoza kadru:

Nazywam się Zara White i mam prawie siedemnaście lat. Jestem piksem, a mojego chłopaka zabił król piksów o idiotycznym imieniu - Frank.

Czasem martwię się o swoje zdrowie psychiczne.

Przed linią lasu stoi rząd zaparkowanych aut, dostrzegam też wąski pasek trawy oddzielający te samochody od drzew. Wpatruję się w ciemność, próbując dostrzec w niej piksa. Nie jest to łatwe.

Za mną rozmawiają ludzie, odwracając moją uwagę. Nie chcę, by coś im się stało. Chciałabym siłą woli kazać im się oddalić, gdy nagle piks wyłania się z mroku, prześlizgując się między drzewami. Chyba mnie nie wyczuwa. Rusza w kierunku dziewczyny należącej do szkolnej drużyny siatkarskiej, która skocznym krokiem idzie przez parking z koleżanką, a ich partnerzy wloką się z tyłu. Piks ma na sobie dżinsy, zimową kurtkę i czerwoną wełnianą czapkę naciąg­niętą nisko na uszy - ludzkie ubrania, ale jednocześnie nie nałożył uroku, więc wygląda niczym niebieski humanoidalny diabeł. W świetle latarni lśnią jego zęby. Uśmiecha się powoli, a do mnie dociera, że zamierza zaatakować chłopaków. Piksy wolą torturować i wysysać krew z chłopców. Nie jestem pewna dlaczego - to kolejna z ich tajemnic.

Dwoma dużymi susami podbiegam pod górkę i z impetem podcinam piksa na wysokości kolan. Jego ciało z tąpnięciem uderza o ziemię, jakby uszło z niego powietrze, ale prawie natychmiast się podnosi. Jego ręce sięgają do mojego gardła. Moje - w stronę jego gardła. Próbuję go na powrót powalić. Jednak udaje się mu mnie obrócić, więc uderzam go łokciem w twarz, co wydaje mi się okropne i strasznie bolesne. W nocnym powietrzu rozlega się chrzęst pękających kości. Uścisk piksa traci na sile. Korzystam z okazji, łapię go za gardło i naciskam wystarczająco mocno, by ścisnąć struny głosowe i odciąć powietrze, ale nie zabić. Próbuje warknąć, lecz z ust dobywa się raczej skowyt.

Zbliżając twarz do jego twarzy, szepczę:

- Nie waż się tknąć ludzi. Jasne? Żadnego zabijania. Żadnego wysysania krwi. Ani tortur. Inaczej zginiesz.

Nie mogę uwierzyć, że coś takiego powiedziałam. Ścis­kam odrobinę mocniej i puszczam, wpychając mu głowę w śnieg. Warczy, ale w jego oczach widzę przegraną. Ledwie staje na nogi i ucieka. Wycieram ręce o sukienkę, odwracam się i spoglądam za siebie. Callie i Paul - z irokezami zasłoniętymi takimi samymi pomarańczowymi czapkami - stoją tam z szeroko otwartymi ustami. Dużymi, lekko przerażonymi oczami spoglądają zdezorientowani. Cholercia.

- Co, do diabła...? - wydusza z siebie Paul. Palce ma zaciśnięte na przedramieniu Callie, jakby próbował ją zatrzymać, a ona stoi krok z przodu, jakby go chroniła, miała zamiar interweniować albo coś podobnego. Wokół nich wirują białe płatki śniegu.

- Ja tylko... Hej, cześć. On tylko... Chciałam... Mogłam popisać się swoimi zapaśniczymi talentami. No wiecie, mistrzowski pas dla mnie! Bo... chłopcy... - bełkoczę bez sensu. Kiepsko mi idzie, bo Paul i Callie wciąż się gapią.

Ona otwiera usta, potem zamyka je, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie słyszę żadnych słów. Cisza jest co najmniej niezręczna.

Próbuję raz jeszcze:

- Dobrze się bawiliście na balu? Chcecie, żebym pokazała wam jakieś zapaśnicze numery? O, idzie Issie. Muszę lecieć.

Odbiegam w stronę samochodu Issie, zanim zdążą zadać mi jakieś pytanie. Nie jestem pewna, od kiedy oficjalnie jestem piksem, ale to nie więcej niż kilka dni, a ja już się zdradziłam. Cudownie. Podbiegam do przyjaciół i zatrzymuję się. Stoję, próbując wyczuć obecność piksów. Ale jest tu tylko Astley.

Is chwyta mnie za rękę.

- Gdzieś ty była? Nie zmuszaj mnie, żebym karciła cię jak matka. Nie możesz sobie tak po prostu znikać. Ostatnio, kiedy zniknęłaś...

- Issie, ona była na patrolu. Mówiłam ci - odzywa się Cassidy, naciągając na ramiona bolerko, które od razu zaczyna spadać. Devyn łapie je i poprawia.

Issie puszcza moją rękę i otwiera drzwi swojej toyoty.

- Moje serce nie zniesie całego tego patrolowania, znikania, umierania, przemieniania się w nowe stwory...

- Callie i Paul przed chwilą widzieli, jak powaliłam piksa - przerywam jej, gdy wszyscy gramolimy się do auta. Cassidy i ja siadamy razem z tyłu.

- No przestań! - woła Issie, siadając za kierownicę. Niechcący naciska na klakson i od razu zaczyna bełkotać, jak zawsze, kiedy jest zdenerwowana. - O mój Boże! Co my teraz zrobimy? Co my teraz... Tak samo było w Buffy, kiedy ona...

- Is... - Devyn próbuje ją uspokoić i zmusić, by przestała gadać, tak mi się przynajmniej wydaje. Dłonią gładzi ją po plecach.

- Powiedziałam im, że się do mnie przystawiał, i musiałam użyć swoich zapaśniczych zdolności. Może uwierzyli. - Zapinam pas i otwieram okno, mimo że jest zimno. Muszę mieć nosa na piksy. - Nie możemy odjechać, dopóki wszyscy nie wyjdą. Chcę się upewnić, że nic się nie wydarzy.

- Naprawdę ci uwierzyli? - pyta Devyn.

Zdając sobie sprawę z realiów, wydaję jedynie przeciągłe westchnienie i poprawiam się:

- Raczej nie.

- Cóż, kolejna urocza komplikacja - jęczy Dev. - Musisz być ostrożniejsza.

- Devyn! - odkrzykuję. - Nie wymyślam sobie komplikacji dla przyjemności. Ten piks chciał zaatakować kogoś na parkingu. Nie mogłam tego zignorować.

- Racja - przyznaje.

Issie wyraźnie się wzdryga.

- Hej, nie kłóćcie się. Wszyscy jesteśmy po tej samej stronie. Rany, ale zimno. Podkręcę ogrzewanie.

Issie nie znosi konfliktów, więc z szacunku dla niej wszyscy milkniemy i czekamy. Ja i Devyn prawie wysuwamy nosy przez okna, szukając niebezpieczeństwa, a kolejni balowicze ruszają do swoich samochodów w eleganckich ubraniach i pięknych butach. Serce prawie pęka mi ze zmartwienia, gdy na nich patrzę - nawet na tych, których niespecjalnie lubię. Na przykład Brittney, która dręczy mnie, odkąd się tu przeniosłam. Bezustannie kpi z moich dżinsów z pacyfkami i mojej miłości do Amnesty International, międzynarodowej organizacji praw człowieka.

W końcu wszyscy oprócz woźnego odjeżdżają. Ich półciężarówki i auta toczą się w różne strony, kierując się do odległych punktów Bedford i sąsiadujących miast.

Wzdycham, a Issie wyjeżdża na dojazdówkę do naszego liceum.

- O co chodzi, Zaro? - pyta Devyn. Za pomocą jakichś przycisków z przodu zamyka nasze okna. Przez małe kratki wywiewów uderza nas podmuch gorącego powietrza, który z trudem ogrzewa wnętrze auta do plusowej temperatury.

- Nie mogę ich wszystkich ochronić - wyjaśniam. - To mnie dobija.

W oczach Cassidy widzę zrozumienie, ale nic więcej nie mówię, nie ma bowiem sensu kontynuowanie tego wywodu. Jak niby mam ochronić wszystkich w tym mieście? Nie potrafiłam nawet ochronić Nicka! Serce zamiera mi w piersi na samo wspomnienie.

- Chcesz powiedzieć, że "my" nie możemy - prostuje sztywno Devyn.

Odsuwam od siebie obraz Nicka krwawiącego na śniegu i pochylam się w przód.

- Co?

- Powinnaś mówić "my", to znaczy "nie możemy ich wszystkich ochronić" - wyjaśnia. Otwiera odrobinę okno i do środka wpada lodowaty podmuch.

- Chodzi mu oto, że nie siedzisz w tym sama, że jesteś­my bandą czworga, jak w Buffy, w Scooby Doo, w Heroes albo innych takich - dodaje Issie, nieco za ostro biorąc zakręt. Samochodem zarzuca. Cassidy wpada na mnie, a Devyn przytrzymuje się drzwi, wychylając odrobinę przez okno, by lepiej widzieć.

- On śledzi nasze auto - mówi.

- No jasne! - parska Issie. - Moment. Jaki "on"?

- Król piksów. - Devyn wraca do środka, zamyka okno i siada prosto. - Co za dureń. Jak on śmie...

- Hej, on pozwala, byśmy go widzieli - zauważam. - Gdyby tego nie chciał, okryłby się czarem. Nie próbuje się kryć.

Devyn obraca się, by na mnie spojrzeć. Nawet w ciemności widzę błysk w jego oczach.

- Co? Oni mogą stawać się niewidzialni? Wszystkie piksy czy tylko królowie?

- Chyba tylko królowie. - Sama nie jestem pewna. - Ale wszyscy potrafią dobrze chować się w lasach.

- A czemu nam o tym nie powiedziałaś? - pyta Dev.

Odnoszę wrażenie, że jako takie porozumienie, które osiągnęliśmy, zaraz może zostać złamane.

- Dopiero co się dowiedziałam, Devyn.

Nie odpowiada. Wszyscy milczą. Skubię postrzępioną krawędź pasa i próbuję sobie wyobrazić, że jestem na ich miejscu i muszę zmagać się ze sobą - nowo stworzonym piksem. Jak bym się czuła? Martwiłabym się i jednocześnie czułabym obrzydzenie. Chciałabym sobie ufać, ale bałabym się, prawda? Martwiłabym się i szukałabym jakiegokolwiek podejrzanego znaku, by nie narażać się na niebezpieczeństwo. To nie są proste problemy, które można łatwo rozwiązać. Nie chodzi o to, że pożyczyłam sukienkę od Issie i zapomniałam ją oddać albo że ściągałam od Devyna na teście. Zmieniłam się w piksa. Gdybym chciała, z łatwością mogłabym ich wszystkich zabić - choć oczywiście nigdy nie będę chciała. Tak mi się zdaje. Prawda?

- Niczego przed wami nie ukrywam - wyjaśniam, próbując brzmieć przekonująco. - Wciąż jestem sobą. Jestem Zarą, zakochaną w Nicku, waszą przyjaciółką, członkinią gangu czworga. Okej?

Cassidy wzdycha przeciągle.

- Oni się denerwują, bo...

- Bo się przemieniłam. Wiem - mówię spokojnie. - Ale myślałam, że mi ufacie.

- Ufamy, kochana. Ufamy - ćwierka Issie. - Po prostu nie wiemy, jak wielki on ma na ciebie wpływ. - Zdejmuje jedną rękę z kierownicy i macha gdzieś w kierunku Astleya.

- Żadnego - odpowiadam. - Nie ma żadnego wpływu.

Nie wiem jednak, czy to w stu procentach prawda. Bo kimże ja jestem? Czy pozostałam tą samą osobą, choć formalnie biorąc, w ogóle nie jestem już "osobą"? Czy bycie silniejszą mnie zmieniło? Czy zmieni? Przecież zawsze myślałam, że wysocy ludzie mają zupełnie inne spojrzenie na świat niż niscy, a kultura, okoliczności i wybory, których dokonujemy, czynią z nas tych, kim jesteśmy. A więc będąc piksem bardziej niż człowiekiem, zmieniłam to, kim jestem w środku - a przynajmniej to, kim się stanę. Opieram głowę o siedzenie i zamykam oczy.

- Ooo, Zara przeżywa moment egzystencjalny - odzywa się Cassidy.

Natychmiast otwieram oczy.

- Skąd wiesz?

- Elfia krew. - Uśmiecha się i puka w skroń jednym z długich paznokci.

- Przepraszam, co to jest "egzystencjalny"? - pyta Issie.

- Cóż, według Kierkegaarda... - zaczyna Devyn swoim nadętym nauczycielskim tonem - wyłącznie człowiek jest odpowiedzialny za nadawanie sensu swojemu życiu. Dlatego ona/on powinni owo życie przeżywać z pasją i szczerością pomimo koszmarnych przeszkód, jakie napotykają, takich jak rozpacz, nuda, gniew, piksy...

- Nie znoszę, kiedy Dev mówi "ona/on" - mruczę do Cassidy. Parska ze śmiechu.

- A co to ma wspólnego z Zarą? - pyta znów Issie.

- Chodzi mi o to, że w tej chwili Zara koncentruje się na sobie i swoim miejscu we wszechświecie - wyjaśnia Cassidy, obejmując mnie. - Co jest absolutnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę okoliczności.

- Zgadza się - przytakuje Is. - Na dodatek straciłaś kilka dni szkoły i masz straszne zaległości z biologii. A drużyna lekkoatletyczna się rozsypała. Po tym, jak odeszli Ian i Megan, a Nick zaginął, i ty...

Milczymy zgodnie. Jedziemy w ciemności po nierównych drogach, podskakując na każdym wyboju i zmrożonym śniegu. Drogi powinny być przecież jak gładkie, proste tory prowadzące do miejsca przeznaczenia, a tak wcale nie jest, prawda? Życie też nie jest proste. Kładę głowę na ramieniu Cassidy i pozwalam, by Issie wiozła nas dalej po nierównościach aż do domu mojej babci.

- Musimy odnaleźć matkę Astleya - mówię w końcu. - Ona wie, jak dostać się do Walhalli.

Cassidy głaszcze mnie po głowie.

- Super. Poszukamy w Internecie.

- Przydałoby się nazwisko - sugeruje Devyn.

Nazwisko. No jasne. Potrzebujemy nazwiska.

To były potwory. Zaatakowały nas potwory. Pamiętam tylko zęby i kolor niebieski (uczeń liceum Sumner na portalu społecznościowym).

Przez większość drogi do domu rozmawiamy o eskalacji przemocy, o tym, że w mieście pojawili się agenci FBI, którzy mają pomóc lokalnej policji, i o tym, że ludzie nie mają pojęcia, iż sprawcą nie jest seryjny morderca, lecz grupa nieludzkich stworzeń. A ponieważ cały czas rozmawiamy, że musimy je powstrzymać, zacząć działać, chociaż czujemy się właściwe bezsilni, jakoś udaje mi się oddalić od siebie myśl, że zaraz spotkam się z Betty.

- Może powinnam najpierw zadzwonić? - pytam, gdy Issie parkuje na naszym podjeździe. W moim głosie słychać panikę, staje się piskliwy. Z Betty niełatwo się żyje: jest nieustępliwa, wspaniała i szczera, ale... niełatwa. I bardzo sprzeciwiała się mojej przemianie w piksa. - Powinnam zadzwonić i ją uprzedzić.

- Zaro, jesteś pod domem. Nie ma sensu dzwonić - odpowiada Issie, zatrzymując się.

- To prawda - dodaje Cassidy, gładząc mnie po nodze. Materiał sukienki lekko szeleści, a ja patrzę na należący do babci typowy dla Maine domek z uroczym gankiem, cały otoczony drzewami. Wydaje się taki spokojny i radosny, jakby nie mieszkał tam tygrołak i jakby nie splądrował go w swoim czasie król piksów.

- Ona mnie zabije - mówię.

Issie wyłącza silnik i mruczy pod nosem jakieś słowa pocieszenia, za to Devyn stanowczo potwierdza:

- Z pewnością. Chcesz, żebyśmy weszli z tobą?

Przez chwilę to rozważam.

- Chcę i nie chcę. Nie chcę, żebyście byli świadkami tego, jak na mnie wrzeszczy, ale nie chcę także, by rozdarła mnie na strzępy. Rozumiecie? Dosłownie rozdarła na strzępy. Bo to robi z piksami.

- Wiemy. - Wzdryga się Issie.

Otwieram drzwi auta, ale Cassidy chwyta mnie za nadgarstek.

- Jesteś pewna, Zaro?

Kiwam głową.

- Jestem. Wracajcie bezpiecznie do domu, okej?

- Jasne - odpowiada Issie dźwięcznym, pewnym głosem. - W końcu ja prowadzę.

Mam na końcu języka, że w takim razie muszą być wyjątkowo ostrożni, ale wyczuwam Astleya. Ląduje na śniegu tuż przede mną, wysoki i dostojny. Jeśli Issie chce się nauczyć pewności siebie, powinna się jemu przyglądać. To podręcznikowy przykład. Widząc mój wzrok, przechyla głowę i mówi:

- Spodziewam się, że nie będzie ci łatwo, Zaro. Chcesz, bym ci towarzyszył?

- Już jej to proponowaliśmy - wyjaśnia Devyn nieco ironicznym tonem, wyglądając przez znowu otwarte okno. - Może lepiej odejdziesz, zanim wyrządzisz więcej krzywdy? Aha, jak się nazywa twoja matka?

Astley kompletnie ignoruje obecność i pytanie Devyna. Nie spuszcza wzroku z mojej twarzy. Kręcę więc głową.

- Muszę sama stawić jej czoło - odpowiadam w końcu i ściszam głos tak, by pozostali mnie nie słyszeli. - Możesz ich śledzić? Upewnij się, że wrócą bezpiecznie, szczególnie Issie, kiedy wysadzi pozostałych. Tylko się ukryj, żeby cię nie dostrzegli, dobrze?

Astley zaciska usta, ale powoli kiwa głową na zgodę.

Macham do Issie i rzucam:

- Wszystko okej! Możecie jechać.

Is cofa samochód, a Devyn woła przez okno:

- Nie rób głupstw, piksie!

- On ma na imię Astley! - odkrzykuję, ale Dev tylko unosi lekko brew i zamyka okno od strony pasażera. W tej samej chwili otwierają się frontowe drzwi domu. Stoi w nich Betty. Jej ciemnoniebieska flanelowa piżama w kratę zwisa z szerokich ramion, a siwe, krótko ostrzyżone włosy są potargane. Serce prawie zamiera mi w piersi. Astley wyciąga rękę, aby mnie uspokoić.

- Jesteś pewna, że nie chcesz, bym z tobą został? - pyta cichym, schrypniętym głosem.

- Nie. Proszę, zajmij się pozostałymi. Z tym muszę poradzić sobie sama. - Przełykam ślinę i robię krok naprzód. - Ale dzięki.

Astley wznosi się do góry i znika w mieszaninie ciemności i białych płatków. Gdy przedzieram się przez śnieg w stronę ganku, wydaje mi się, że wieczór stał się jeszcze zimniejszy. Betty stoi tam w żółtym świetle lampy, ale nic nie mówi. Tylko patrzy. Nie odzywa się, co jeszcze pogarsza sprawę, bo Betty zawsze coś mówi - rzuca przysłowiami, sprośnymi kawałami i tak dalej.

Wtedy właśnie zaczynam rozumieć, co jej zrobiłam. Przeze mnie musiała czekać, zupełnie bezradna, a ja zniknęłam, by stać się piksem - a potem poszłam sobie na nieszczęsny zimowy bal. Przez cały ten czas Betty czekała, mając świadomość, że mogłam umrzeć, a ona nie była w stanie temu zaradzić. Zrobiłam jej to, bo tak bardzo zafiksowałam się na swojej bezradności w sprawie Nicka, na jakimś działaniu, na byciu bohaterką.

Wszystko we mnie zdaje się zamarzać, by po chwili rozbić się na małe lodowe kryształki. Oddech więźnie mi w piersi, ale udaje mi się zrobić jeszcze jeden krok. I następny. Stopy uderzają w końcu o deski ganku. Betty przełyka ślinę tak głośno, że to słyszę, choć może zawdzięczam to mojemu nowemu, lepszemu słuchowi piksów. Z nieba spadają mokre, ciapowate płatki śniegu.

- Babciu... - zaczynam, wchodząc na ganek, stawiając tam obie stopy. - Przepraszam. Tak bardzo...

Rozkłada ramiona i doskakuje do mnie, przekraczając dzielącą nas przestrzeń jednym sprężystym krokiem. W tej chwili jest jeszcze człowiekiem, w stu procentach, i przytula mnie - nie z tygrysim gniewem, ale z miłością. Moja twarz dotyka miękkiej flaneli. Betty podnosi dłoń do moich włosów i odzywa się:

- Nic nie mów, Zaro. Pozwól mi się cieszyć, że jesteś w domu.

Bez wahania wpuszcza mnie do środka i delikatnie sadza na kanapie, a potem opada obok. Nasze nogi się stykają. Rozmawiamy bardzo długo. Wszystko jej opowiadam, a Betty co jakiś czas warczy. Wiem, że jest mną rozczarowana, ale także w jakiś dziwny sposób - dumna.

Po kilku godzinach idziemy na górę, do naszych sypialni. Babcia całuje mnie na dobranoc i mówi:

- Jesteś taka jak twój ojciec.

Cofam się do ściany, uderzając tyłem głowy o zdjęcie, na którym widnieję jako trzylatka ubrana w kostium małej baletnicy.

- To okrutne.

- Nie twój biologiczny ojciec, ten piks - wyrzuca z siebie słowo "piks" prawie tak, jakby chciała splunąć, i wyciera ręce o piżamę, jakby były brudne. Błyskając spojrzeniem, wyjaśnia: - Jesteś jak twój prawdziwy ojciec, mój syn. Uparta. Dobra. Zawsze chcesz wszystkich ratować. Naiwna. Urocza.

- Aha... - Mój ojczym, tata, który mnie wychował, zmarł niecały rok temu na zawał - być może wywołany widokiem piksa. Dlatego między innymi wylądowałam w Maine, by zamieszkać z jego mamą, babcią Betty, gdy tymczasem moja mama kończy wypełniać swój kontrakt w szpitalu w Charlestonie.

Betty prostuje zdjęcie, które przesunęłam głową, i odzywa się z cmoknięciem:

- Lubię, kiedy się uśmiechasz.

- Mimo że jestem piksem. - Żałuję tych słów, gdy tylko wychodzą z moich ust.

Betty chwyta mnie za ramiona, nagle gwałtowniejsza i silna.

- Nigdy nie będziesz piksem. Zawsze pozostaniesz moją wnuczką, Zarą. Tym jesteś, niech to szlag! I nie zapominaj. Gatunek nie definiuje nas bardziej niż narodowość czy płeć. Określa nas to, co robimy, wybory, których dokonujemy.

Z trudem zmuszam się, by spojrzeć jej w oczy. Ja też zawsze w to wierzyłam, ale teraz, po przemianie, jakoś zapomniałam. Jakbym nie miała prawa korzystać z życiowych zasad, które wymyśliłam dla innych ludzi.

- Dobrze - szepczę.

Betty oddycha nierówno, niespokojnie, ale pochyla się i znów całuje mnie w czoło. Chyba nigdy tyle mnie nie całowała.

- Wyśpij się - mówi - a rano spróbujemy wymyślić, jak pozbyć się złych piksów z naszego miasteczka.

Zegar wybija nagle pełną godzinę i czuję przechodzący mnie dreszcz.

- A jeśli on nie żyje? Naprawdę nie żyje? - Łapię powietrze, próbując się nie łamać i nie rozpłakać. - I odszedł na zawsze? No wiesz. A ja zmieniłam się na darmo.

Betty unosi brew, pewnie zaskoczona nagłą zmianą tematu. Zegar na dole wciąż wybija północ.

- Chyba w to nie wierzysz, co?

Potrząsam zdecydowanie głową, jak robią to dzieci, kiedy próbują przekonać same siebie o czymś ważnym. Cassidy użyła swoich elfich mocy, by pokazać mi żyjącego Nicka. Leżał w łóżku, nie ruszał się, ale żył. Wszyscy to widzieliś­my. Był prawdziwy.

Głos Betty dźwięczy w powietrzu.

- A więc tak nie mów. Gdy coś wypowiadasz, nadajesz temu moc. Dobrej nocy.

Babcia jest chyba na mnie zirytowana, bo to dość nagłe zakończenie rozmowy, nawet jak na nią. Idę do swojego pokoju i zdejmuję tę śmieszną sukienkę, którą kazały mi włożyć Issie i Cass, a potem wkładam flanelowe bokserki i starą koszulkę. Naciągam kołdrę po samą brodę i wpatruję się w plakat Amnesty wiszący na suficie. Słyszę, jak na dole Betty pociąga nosem. Płacze cicho, bym jej nie usłyszała, ale teraz jestem piksem - i słyszę. Słyszę ją. Słyszę i wiem tak wiele rzeczy, których wolałabym nie słyszeć i nie wiedzieć... słabość, którą ludzie ukrywają w środku, miękkie opadanie płatków śniegu uderzających o dach, ból w sercu mojej babci i ból w moim sercu.

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Lokalne władze wciąż badają dziwny wypadek autobusowy

Życie toczy się normalnie

To były potwory

Lokalne władze ustanowiły godzinę policyjną

Jednego z zaginionych chłopców z Maine znaleziono żywego

Pewne grupy ewangeliczne

Nie wyobrażacie sobie, jak tu jest strasznie

Chyba wyjadę z tego miasta

Życie tutaj jest kompletnie odjechane

W małym Bedford w stanie Maine rośnie napięcie

Thomas Steffan

Chłopcy w Bedford w stanie Maine wciąż giną

Policja otrzymała dziś zgłoszenie o bójce w barze

Nastolatka z Bedford, postrzelona w miejscowym barze

Policja stanowa potwierdziła

Na zwołanym w trybie pilnym spotkaniu

Agenci federalni potwierdzają

Koleś, to miejsce jest porąbane

Napięcie w Bedford rośnie

Znalezione niedawno ślady

Koleś, czasem mi się zdaje

Kościoły w Bedford

Policja w Bedford

Ile jeszcze osób musimy stracić

Władze liceum zawiadamiają

Tego ranka jeden z zaginionych

Podziękowania

Wydawnictwo Bukowy Las poleca

Skrzydełko

Okładka