Wstęp
Dzień jest bardzo jasny, słońce parzy oczy,
kiedy patrzysz w niebo. Powietrze się nie porusza. Na tle rozpalonych
chmur anioł ze złożonymi skrzydłami wieńczący jeden z grobowców wydaje
się cały czarny. Przypomina drapieżnika, polującego ptaka. Gdyby nie
kamień, który trzyma go w miejscu, rozłożyłby skrzydła i poleciał w dół.
Przed laty tak właśnie przedstawiano zarazę - w postaci mrocznego anioła
odcinającego się na tle popielatego nieba.
Nikt nie wydaje się zwracać na niego uwagi. Uzbrojeni w aparaty turyści
mijają rzeźby, jakby były zwykłymi kamieniami. Na cmentarzu codziennie
powtarzają się te same sceny, chociaż z udziałem innych zwiedzających.
Nie krzyczą, nie śmieją się, mówią szeptem. Okazują szacunek czemuś,
czego nie potrafiliby nazwać, z umiarkowanym zainteresowaniem lawirując
między grobami. Zatrzymują się przy prezydentach, pisarzach, wybitnych
postaciach. Czytają napisy na nagrobkach, jakby brali udział w quizie
historycznym. Inni spacerują po labiryncie, kierując się zmysłem
estetyki - tu skrzydła rozpostarte niczym ramiona baletnicy, tam dłonie
delikatnie podtrzymujące głowę.
Czasami gubią się w alejkach, które dzielą cmentarz na kwatery,
odtwarzając układ miasta. Chociaż jest dość mały, kilka ścieżek
rozchodzących się promieniście z punktu w pobliżu bramy może zmylić
zwiedzających i poprowadzić ich w odległe zakątki. Ale błądzą też
dlatego, że spacerują z zadartymi głowami, w cieniu rzucanym przez
rzeźby, które jak Matka Boska Bolesna zasłaniają twarze, skrywając
cierpienie, choć wydaje się, że ukrywają coś znacznie gorszego.
To najstarszy cmentarz w mieście, jedyny, który zachował dla śmierci
elegancję z innej epoki. Marmurowe marzenie ziszczone dzięki pieniądzom.
Spoczywają tu wyłącznie ci, którzy mogli sobie pozwolić na kupno prawa
do poezji śmierci; reszta leży w zbiorowych mogiłach albo pod płytami,
które ostatecznie przypieczętowały ich nic nieznaczący żywot. Spaceruję
alejkami wyłożonymi szarą kostką, zastanawiając się, gdzie pochowają
mnie - czy będę powoli gnić pod ziemią, czy raczej skończę w jednej z nisz umieszczonych jedna nad drugą niczym półki regału, na przykład tej
na górze, z samotnym zwiędłym goździkiem symbolizującym zapomnienie.
Pozostali zwiedzający wydają się spokojni, wręcz rozbawieni; pstrykają
zdjęcia a to tablicy ze znanym nazwiskiem, a to wyjątkowo okazałemu
grobowcowi.
Oderwanie się od rzeczywistości ułatwia brak fetoru. Robi się wszystko,
żeby zgnilizna nie wypływała ze zwłok, nie wydostawała się z trumien w postaci płynów albo gazów. To jedyny cmentarz w mieście, gdzie nie czuć
stęchłego, słodkawego, uwłaczającego odoru rozkładających się ciał,
którego nie jest w stanie zamaskować nawet woń kwiatów. Wdziera ci się
do nozdrzy i wiesz, że nigdy go nie zapomnisz. Jest bardziej podstępny
niż smród odchodów czy śmieci, może dlatego, że gdybyś nie znał jego
przerażającego źródła, mógłbyś pomylić go z zapachem perfum. Horror
rozgrywa się w ciele; kości, kiedy są czyste, stają się
skamieniałościami, przedmiotem zainteresowania. Jednak w ostatnich
dniach to ciało spędza mi sen z powiek.
Od kilku tygodni kompulsywnie odwiedzam cmentarz, żeby odpędzić dręczącą
mnie myśl. Tym razem przyszłam tu w dzień, z moim synem. Biegnie kilka
metrów przede mną, nie podejrzewając, co mnie trapi. Ma pięć lat.
Początkowo był zachwycony cmentarzem, tym labiryntem, miastem w miniaturze, ale w pewnym momencie poprosił, żebym go tu więcej nie
zabierała. Powiedziałam, że dziś będzie ostatni raz, obiecałam, że kupię
mu jakiś prezent, jeżeli ze mną pójdzie, i ustąpił. Teraz udaje, że
ściga kościotrupa, którego nazwał Juan. Szuka grobowca z czaszką i dwoma
piszczelami wyrytymi na szybie drzwi, przekonany, że to grób pirata.
Chce się bawić w chowanego, krzyczy podekscytowany, ale mówię mu
stanowczym tonem, że tutaj nie wolno hałasować, że nie powinien biegać.
Że może się z kimś zderzyć i że w miejscach, w których są pochowani
ludzie, trzeba okazywać szacunek. O dziwo to rozumie. Mimo młodego wieku
czuje, że powietrze jest tutaj inne, tak jak w muzeach czy kościołach.
Kiedy zabrałam go do Muzeum Sztuk Pięknych i do katedry, przed wejściem
przyłożyłam palec do ust na znak, że do niektórych miejsc wchodzi się w milczeniu, wolnym krokiem.
Idziemy inną drogą niż grupki turystów, które wloką się, słuchając
objaśnień przewodnika. Wkrótce docieramy w głąb cmentarza. Santi ma
czerwone spodnie, to tutaj najżywszy kolor. Biega pośród marmurów i granitów. Nagle staje jak wryty przed wielką rzeźbą przedstawiającą
kobietę, która opiera miecz na ziemi w geście kapitulacji; musi wysoko
zadzierać głowę, żeby objąć ją wzrokiem. Fascynacja szybko mija, biegnie
dalej. Zatrzymuje się przy wejściu do grobowca, chwyta oburącz kołatkę,
którą trzyma w paszczy lew z brązu, ciągnie, próbując otworzyć drzwi.
Mówię, że nie wolno. Słucha się mnie, rozumie, że w tym miejscu
obowiązują inne zasady, choć nie wie dokładnie, przed czym go chronię.
Przyklęka przy bocznej ścianie innego grobowca i zagląda przez szybkę.
Pokazuje coś palcem. Podchodzę, żeby zobaczyć, co jest w środku. Pyta,
czy w tych małych trumienkach leżą dzieci. Odpowiadam, że niekoniecznie,
że kiedy mija dużo czasu, ze zwłok zostają tylko kości, które można
włożyć do mniejszej trumny. Nie chcę mu mówić, że czasami ciała wkłada
się do pieca, żeby obrócić je w proch.
Kawałek dalej znajduje wreszcie grobowiec z czaszką i piszczelami, siada
na schodkach przed wejściem i prosi, żebym zrobiła mu zdjęcie. Przez
moment zastanawiam się, czy to dobrze, że w wieku pięciu lat jest tak
obeznany ze śmiercią. Czy nie powinnam jej przed nim ukrywać. Nie
zapraszaliśmy jednak śmierci do naszego domu, a mimo to przyszła.
Idziemy dalej, staram się mieć go na oku, ale stale coś odwraca moją
uwagę. Pęknięcia, rysy. Wszystko, na co patrzę, jest zniszczone. Żelazne
dwuskrzydłowe drzwi z wybitymi szybkami, zamknięte byle jak starym
łańcuchem. Grobowce z zapadniętą podłogą, odsłaniającą krypty z rzędami
trumien ułożonych na półkach. Trumny ze zdjętym albo rozwalonym wiekiem,
jakby uderzył w nie nie tylko czas, ale też ostrze siekiery - czasami
faktycznie tak było. Wyobrażam sobie żywe ciała, które pod osłoną nocy
zakradają się tu pośród szeptów i szukają w opuszczonych grobach czegoś,
co można by sprzedać.
Ja także czegoś szukam. Chwilami odnoszę wrażenie, że zabieram ze sobą
Santiaga, aby mieć pewność, że tego nie znajdę. Jakby był moim amuletem.
Wołam go, żeby pokazać mu trumny w grobowcu ze zbitą szybą. Spomiędzy
płytek podłogowych wyrastają chwasty, jakby w przyszłości szarość
cmentarza i solidne kamienie miały zostać zaatakowane przez siłę
pochodzącą z głębi ziemi. Brązowa farba pokrywająca ściany jest
popękana, ze szczeliny wyrasta jakaś roślina. Pachnie wilgocią. Jedna z trumien ma połamane wieko, ze środka wystaje długa kość, może ramienia
albo piszczelowa; nie ma na niej ani śladu ciała, przypomina kość
ogryzioną i wylizaną przez psa, tyle że nie błyszczy. Jest brązowa, ale
na końcu ma dwa różowawe wgłębienia o innej fakturze. Pokazuję ją
Santiemu i wyjaśniam pouczającym tonem:
- Widzisz? Tak wyglądają kości, kiedy minie dużo czasu.
- Mogę dotknąć? - pyta.
- Nie, jest brudna, pewnie są na niej robaki.
Kiwa głową i odchodzi. Przez moment czuję ucisk w gardle. Chcę mu
pokazać, czym naprawdę są kościotrupy z jego wyobraźni, a jednocześnie
nie wiem, o co właściwie mi chodzi, boję się, że tracę wewnętrzną
równowagę. Nie przejmowałabym się tym, gdybym była sama, ale dzieci
zasługują na normalność, potrzebują jej.
Puszczam żelazne pręty, wstaję z kucek i idę za Santiagiem. Przesuwam
dłonią po jego wiecznie potarganych kasztanowych włosach. Podoba mi się
w nim wszystko, co dziecięce - zmierzwione włosy po przebudzeniu, gęste
rzęsy, wielkie oczy. Patrzę na niego, żeby nacieszyć się nim takim, jaki
jest teraz, świadoma, że czas szybko mija.
Zatrzymujemy się przed aniołem, który z założonymi rękami czeka przed
wejściem do grobowca. Ma plisowaną tunikę i ukruszony nos. Kawałek dalej
przysiadamy, żeby odpocząć przy dziewczynie trzymającej w dłoniach
bukiet róż. Kilka kwiatów spadło, leżą na schodkach u stóp rzeźby.
Skamieniały, zanim ktokolwiek zdążył je podnieść. Stracona szansa.
Niespodziewanie ogarnia mnie smutek z powodu trafności tego obrazu,
głębokie przekonanie, że przedwcześnie przerwane życie jest jak zerwany
kwiat, błąd natury. Fotografujemy rzeźbę przedstawiającą kobietę, która
skromnie patrzy w bok, jej pochylona głowa jest przyciemniona mchem. A potem dziewczynkę trzymającą książkę w dłoniach, z których jedna jest
ukruszona.
Kiedy docieramy na koniec cmentarza, zatrzymujemy się dłużej przy jednej
z moich ulubionych rzeźb - owiniętej płótnem kobiecie, która leży na
grobie Marca Avellanedy. Wyciąga ramiona niczym baletnica naśladująca
ruchy łabędzia, ma splecione dłonie, spomiędzy palców niemal wypada jej
róża. Z boku widać, że spod materiału wystaje duża, jędrna pierś,
odsłonięta prawie do sutka.
Kamień emanuje zmysłowością, ta rzeźba jest hipnotyzująca jak seks.
Nietrudno się domyślić, dlaczego zamożny mężczyzna zapłacił za to, żeby
na jego grobie na wieki wieków pokładała się półnaga kobieta - ma
odwracać uwagę zwiedzających od myśli o gnijącym ciele. Dziki erotyzm
kobiecych posągów robi na mnie wrażenie, bo choć jest całkiem
współczesny, należy do świata, który już przeminął; bogactwo form
pozwala wznosić na rozpadzie budowle z symboli. Tutaj, na powierzchni,
śmierć zostaje wybielona, chroni się przed upływem czasu pod skrzydłami
aniołów stróżów.
Idziemy kawałek dalej, zatrzymujemy się przed kaskadą błyszczącego
bluszczu spływającą po bocznej ścianie jednego z grobowców. Para
cudzoziemców z butelkami wody w dłoniach macha do mnie i pyta po
angielsku, czy wiem, gdzie jest grób Evity. Wskazuję im drogę. Dziękują
i odchodzą. W tym momencie orientuję się, że nie ma przy mnie Santiaga.
Robi to ciągle, chociaż się na niego wściekam - biegnie przodem i znika
gdzieś za rogiem. Ruszam szybkim krokiem w kierunku, w którym szliśmy,
rozglądając się na boki. Nie ma go. Wszędzie widzę ludzi, ale nie mojego
syna. Nie wiem, czy iść prosto, czy skręcić. Postanawiam zostać tu,
gdzie jestem, na wypadek gdyby wrócił, ale nagle przychodzi mi na myśl,
że mógł się wybrać do tej części cmentarza, której staram się unikać, i ogarnia mnie strach.
Jest taki jeden opuszczony grobowiec. Chociaż nie spoczywa w nim nikt,
kogo znałam, nagle dopada mnie strach. Zaczynam się zastanawiać, czy
drzwi, które niedawno otwarto - pierwszy raz od kilkudziesięciu lat - są
teraz zamknięte na klucz.
Wreszcie dociera do mnie, że zabranie syna na cmentarz było szaleństwem;
postanawiam, że kiedy wróci, natychmiast stąd pójdziemy. Ale on nie
wraca. Nie wiem, ile minut mija, może zaledwie jedna. Zaczynam go wołać.
Wkrótce nadbiega zdenerwowany alejką, na której czekam. Wpatruje się we
mnie, próbuje odgadnąć, czy się gniewam. Jestem spięta, szykuję się,
żeby na niego nakrzyczeć, ale rozbraja mnie ten błysk zrozumienia.
Klękam, żeby go przytulić. Mówi, że się przestraszył, odpowiadam, że ja
też i że wracamy do domu. Biorę go za rękę i ruszamy w stronę wyjścia.
Podskakuję wystraszona na dźwięk dzwonów, które uparcie przypominają, że
zbliża się pora zamknięcia cmentarza. Nie zorientowałam się, że
spędziliśmy tu całe popołudnie. Niebo wciąż jest zwarte i zachmurzone,
ale nie będzie padać, po prostu okrywa wszystko niczym gruby płaszcz.
Docieramy do bramy, nie możemy wyjść, bo alejkami napłynęło morze ludzi.
Na fryzie ponad naszymi głowami widnieje napis w martwym języku:
"Czekamy na Pana". Przebywanie w tłumie zaczyna mnie stresować, chcę jak
najszybciej stąd się wydostać. Santi ciągnie mnie za rękę, żeby prędzej
przesunąć się do przodu. Wszystko dzieje się w mgnieniu oka - spomiędzy
obcych twarzy wyłania się jedna, która zwraca moją uwagę, bo na mnie
patrzy. Tak naprawdę się nie wyłania, dociera do mnie, że już tam była.
Kobieta stoi nieruchomo pośród ludzi, którzy wymijają ją, pchając się do
wyjścia. Jest w niej coś prowokującego, nie odwraca oczu, kiedy wbijam w nią wzrok. Ma długie ciemne włosy, pozlepiane, jakby była bezdomna, nie
to jednak budzi mój niepokój; odnoszę wrażenie, że tu nie pasuje. Nie do
tego miejsca, ale... Jakby to powiedzieć? Do tej rzeczywistości. Moje
serce uderza w żebra, kiedy odkrywam, dlaczego wydaje mi się znajoma.
Lęk drąży mi dziurę w piersi. Ściskam dłoń Santiaga i zaczynam
przeciskać się do bramy. Musimy natychmiast stąd wyjść. Toruję sobie
drogę ramionami i łokciami; żeby tłum nie zmiażdżył Santiaga, ciągnę go
za sobą. Kilka osób patrzy na mnie z nienawiścią, jedna mi ubliża. Kiedy
przechodzimy przez bramę, odwracam się zdesperowana, żeby sprawdzić, czy
kobieta nadal tam jest. Napotykam jej dzikie, zdeterminowane spojrzenie.
Stoi nieruchomo, wymijana przez ostatnich turystów. Wszyscy opuszczają
cmentarz, tylko ona odwraca się i rusza w stronę grobów.
Rozdział 1
Pamiętam tamto popołudnie, kiedy dotarłam
do Buenos Aires. Statek ślizgał się po bezkresnej tafli brązowej wody,
którą nazywają tutaj rzeką. Zdziwiło mnie, że podróż dobiegła końca.
Marynarze przekrzykiwali się na pokładzie, pilnując, żebyśmy nie osiedli
na mieliźnie. Światło było tak mocne, że wszystko zdawało się unosić w powietrzu. Dopiero kiedy podpłynęliśmy bliżej brzegu, udało mi się
zobaczyć między zasłaniającymi widok masztami zatrważająco wyraźny zarys
miasta. Niskie prostopadłościenne budynki ciągnęły się wzdłuż rzeki
przypominającej otwarte morze. Wystawały zza nich kopuły kościołów i dzwonnice, jednak dominującym elementem krajobrazu była kilkupiętrowa
półkolista budowla zwieńczona latarnią morską, jeszcze niedokończona.
Potem dowiedziałam się, że to siedziba urzędu celnego. Nadawał Buenos
Aires wygląd starożytnego miasta, przeniesionego przez pomyłkę na
najnowszy kraniec świata.
Na rzece tłoczyły się bezładnie szkunery i brygantyny. Niektóre miały
podniesione żagle, inne kołysały się jak w letargu. Wzrok na próżno
szukał portu. Miasto ciągnęło się w obie strony, ale od pewnego miejsca
wybrzeże stawało się błotniste. Odniosłam wrażenie, że poza
kilkutygodniową podróżą w przestrzeni odbyłam też podróż w czasie. Do
przeszłości, ale też do czegoś zbyt nowego. Do czego? Później
dowiedziałam się, że po drugiej stronie miasto ustępuje miejsca polom,
rzeźniom, grzęzawiskom i cmentarzom, za nimi zaś ciągnie się bezkresna
równina, na której spoczywają kości z innych epok.
Miałam czas wszystkiemu się przyjrzeć, kiedy w gasnącym popołudniowym
świetle czekaliśmy w kolejce, żeby dobić do brzegu. W oddali, tam gdzie
wybrzeże było błotniste i kamieniste, grupka kobiet oddawała się
czynności, która początkowo wydawała mi się niezrozumiała; szły powoli,
jedną dłonią trzymały rąbki spódnic, w drugiej zaś niosły coś, co
musiało być ciężkie, bo chwiały się, próbując utrzymać równowagę na
kamieniach. Wskazówką okazały się łopoczące białe płótna - kobiety
dźwigały bieliznę, którą wcześniej uprały w rzece, a teraz suszyły na
słońcu. Kiedy statek podpłynął bliżej brzegu, apatycznie ślizgając się
po wodzie, dostrzegłam, że mają białe fartuchy i czepce w jasnych
barwach, które kontrastowały z czarnymi twarzami. Pierwszy raz widziałam
ciemnoskórych ludzi.
Chwilę później niebem zawładnął przesłonięty przez chmury księżyc o kolorze blaknącego ognia. Na łodziach i czekających na brzegu wozach
zapalono światła.
Okazało się, że statki nie mogą podpływać do brzegu i że w Buenos Aires
nie ma pomostu, na który można by wysadzić podróżnych i wyładować
bagaże. Przyzwyczajona do europejskich miast, nie zdołałam sobie
przypomnieć, kiedy ostatnio widziałam tak prymitywne przedstawienie.
Marynarze zaczęli wynosić z ładowni kufry i skrzynie, nieliczni
pasażerowie - którzy wkrótce mieli stać się imigrantami - rozmawiali
między sobą po polsku i po niemiecku. Byłam pewna, że żaden z nich nie
zająknie się słowem o dziwnych śladach na szyi, zasłoniętych apaszkami i kołnierzami koszul. Na statku zostało ich niewielu; większość wysiadła
kilka tygodni wcześniej, w innych równie obcych portach, po podróży,
podczas której najciekawszymi wydarzeniami były dwa sztormy i jeden
złamany maszt.
Obserwowałam to wszystko przez okno pustej kajuty, ukryta przed
spojrzeniami innych. Pasażerowie i skrzynie z towarami były ładowane na
łódki, które dopływały niemal do samego brzegu. Wozy o wielkich
chybotliwych kołach z trudem wjeżdżały na płyciznę, żeby zabrać
podróżnych, którzy próbowali chronić ubranie i bagaże przed pryskającą
brązową wodą. Na lądzie czekały na nich furmanki ciągnięte przez konie,
które miały dowieźć ich do celu.
Wykorzystałam panujące na zewnątrz zamieszanie, żeby ostatni raz
wychynąć ze swojego ciemnego kąta ładowni. W czasie rejsu opuszczałam go
tylko po to, żeby się pożywić. Wynajdowanie i uwodzenie ofiar
przychodziło mi z łatwością, trudniejsze było czekanie. Nie mogłam
atakować zbyt często, żeby pasażerowie i załoga nie zorientowali się, że
ktoś ich gryzie.
Teraz musiałam być ostrożna, żeby nikt mnie nie zobaczył. Nierozważnie
byłoby pojawić się nagle pod koniec podróży - nowa pasażerka, której
nikt nie zauważył przez ostatnie tygodnie. Jeszcze przez kilka minut
obserwowałam miasto, po czym wróciłam do ładowni. Wybrałam największy
kufer, zerwałam kłódkę i przełożyłam część zawartości do innej dużej
skrzyni. Schowałam się do środka. Pozostawało czekać. Nie wiedziałam, co
szykuje dla mnie ten nieznany kraj. Przynajmniej miałam pewność, że
jestem bezpieczna. Próbowałam dodać sobie odwagi, myśląc o zagrożeniu,
które zostawiłam za sobą w momencie, gdy statek wypłynął z portu w Bremie.
Przeszłość jawiła mi się jako rysunek oświetlony płomieniami. Nie
chciałam na niego patrzeć. Pościg, pragnienie. Krzyki. Niezbita pewność,
że coś się skończyło, że czas odejść. Przez wieki mogłam najadać się do
syta, najpierw na zamku, potem w lasach. Kiedy byłam mała, oszalała z głodu matka sprzedała mnie za kilka monet. Zaciągnęła mnie do ogromnych
dębowych drzwi, które otworzyły się przed nami z piekielnym
skrzypieniem. Wszyscy w wiosce wiedzieli, co dzieje się tam, na górze,
ale nikt nie miał odwagi się temu przeciwstawić. Niemowlaki znikały z kołysek, większe dzieci wchodziły do lasu, żeby już z niego nie wrócić.
Ciał nigdy nie znajdowano. Drżąc ze strachu, przeszłam przez wysokie
drzwi prowadzące do domu Pana. Matka kazała mi przysiąc, że nie odwrócę
się, żeby na nią spojrzeć. Nie odwróciłam się.
Trafiłam do mrocznego świata, jakby pochłonęło mnie piekło. Było tam
dużo takich jak ja, dziewczynek i chłopców uwięzionych w lodowatych
izbach, oblepionych własnym brudem. Od czasu do czasu wrzucano nam
resztki jedzenia, żeby utrzymać nas przy życiu. Ta złowroga granica
między życiem i śmiercią była królestwem tego, który stał się moim
Stwórcą. Część z nas umierała z wycieńczenia. Byliśmy do dyspozycji
Pana, mieliśmy zaspokajać jego ciągoty - zawsze mordercze. Niektórych
się pozbywał, wyssawszy z nich ostatnią kroplę krwi, innym pozwalał
przeżyć. Ja miałam szczęście. Dorastałam sparaliżowana strachem i targana tłumionym gniewem. Moją jedyną pociechą były inne dziewczynki,
do których przytulałam się nocą, żeby się ogrzać. Spałam z palcami
wplecionymi we włosy moich towarzyszek. Zrywałam się na dźwięk
najmniejszego hałasu. Przez te wszystkie lata strzegłyśmy niczym skarbu
resztki człowieczeństwa, która nam pozostała. Ale i ją nam odebrano.
Kiedy stałyśmy się kobietami, Pan nas przemienił, jedna po drugiej.
Powinnyśmy być mu wdzięczne - służenie mu nobilitowało, bycie jego
kochanką stanowiło wyróżnienie.
Przez lata pałałam żądzą zemsty. Wyłam nocami, spoglądając z zamkowej
wieży na wioskę - kilkanaście domów oświetlonych blaskiem ognia. W jednym z nich być może nadal mieszkała kobieta, którą kiedyś nazywałam
matką.
Ocaliła mnie krew. Oszalałam na jej punkcie od pierwszej kropli,
stopniowo zamieniła mnie w bestię. Przeszłość odeszła, zapomniałam, jak
się nazywam. W swoim czasie dostałam nowe imię, w przeklętym języku.
Jedyną prawdą była potrzeba zaspokajania pragnienia, raz za razem. Nasz
Stwórca hojnie użyczał nam swoich ofiar. Nagie, oblepione zaschniętą
krwią czołgałyśmy się w mroku, czekając na noc, kiedy zaprosi nas do
udziału w krwawej orgii i dzikim spółkowaniu. Mogłyśmy jeść, dopóki
byłyśmy jego. Żyłam dla chwili, kiedy wbijałam zęby w pulsującą szyję, a usta wypełniał mi czerwony płyn.
Ale z biegiem stuleci ludzie na dole przestali się bać. Musiałyśmy się
ukryć, kiedy zabrali naszego Stwórcę, z głową odciętą od ciała ostrzem
miecza. Wiedziałyśmy, że po nas przyjdą. Instynkt poprowadził nas w głąb
lasu. Wyłyśmy jak wilczyce. Nie nauczyłyśmy się polować, bo zawsze
dawano nam pokarm. Kobiety, dzieci, czasem mężczyźni zjawiali się ni
stąd, ni zowąd, wystarczyło zaczekać na znak od Pana, żeby osaczyć i ugryźć ofiarę. Mogłyśmy się najadać do syta. Ta obfitość nas
rozleniwiła, zrozumiałyśmy to w lesie, kiedy dopadł nas głód. Musiałyśmy
nauczyć się techniki polowania, jakbyśmy wymyślały ją na nowo. Czekanie
w absolutnej ciszy, skradanie się. Błyskawiczny atak. Wykorzystanie
momentu zaskoczenia na wbicie kłów, nieraz pod spojrzeniem szeroko
otwartych oczu.
To były chaotyczne rzezie, zostawiałyśmy na ziemi resztki. Jeżeli
znajdował je jakiś wieśniak, który jak my zapuszczał się w głąb lasu,
żeby zapolować, myślał, że to pozostałości po wilczej uczcie. Mimo mgły
spowijającej nasze umysły przed oczami nadal stał nam wyraźny obraz
masakry, której byłyśmy świadkami. Szczęk mieczy, włócznie przeszywające
nagie piersi, rzeka krwi, która omal nas nie porwała. Nie mogłyśmy
dłużej żywić się zgodnie z zasadami, których przez wieki przestrzegał
nasz Stwórca, sprawując ze swojego wysokiego zamku rządy naznaczone
milczeniem i terrorem. Jeżeli miałyśmy przeżyć, musiałyśmy wmieszać się
między ludzi.
Z czasem udoskonaliłyśmy swoją technikę, do przemocy dodałyśmy
uwodzenie. Już nie wyglądałyśmy jak zwierzęta. Plotłyśmy sobie nawzajem
warkocze, przestrzegałyśmy dobrych manier, stroiłyśmy się. W każdym
miejscu, do którego się udawałyśmy, uczyłyśmy się języka ludzi, ich mowa
od pierwszej chwili była dla nas zrozumiała. Odwiedzałyśmy miasteczka i wsie, nigdzie nie zabawiałyśmy dłużej, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Zaspokajałyśmy pragnienie, a zrozpaczone matki mogły jedynie opłakiwać
dzieci, które zabrała tajemnicza choroba. Jadłyśmy, a lekarze nie
potrafili nazwać agonii, która kończyła się w skleconej z desek skrzynce
wiezionej na cmentarz. Potem z grobów dochodziły dziwne odgłosy i tak
rodziły się legendy.
Zbyt długo byłyśmy plagą. Nazywano nas różnie. Ludzie próbowali chronić
się przed nami za pomocą amuletów i krucyfiksów, warkoczy czosnku
wiszących w drzwiach, przez które przechodziłyśmy ze śmiechem. Z czasem
nauczyłyśmy się, że ofiary można zjadać powoli, osłabiać je bez
zabijania, wysysać tylko tyle, ile trzeba, i czekać, aż krew się odnowi.
Ale później wszystko zaczęło się zmieniać. Zanim zdołałyśmy to
zrozumieć, straciłam swoje siostry. To, co się wydarzyło... Nie mogłyśmy
tego przewidzieć. Legendy stały się wiadomościami. Zaczęto w nas
wierzyć.
Akurat byłyśmy w lesie, do którego od czasu do czasu wracałyśmy, żeby
rozebrać się do naga i przypomnieć sobie o swojej dzikiej naturze.
Gałęzie drzew nad naszymi głowami wyglądały jak czarne kości, ręce
szkieletów wyciągnięte w błagalnym geście; ziemię pokrywał śnieg. Na
niebie nie było nawet śladu księżyca. Nagle w mroku pojawiły się ognie.
Dostrzegłyśmy je zbyt późno. Próbowałyśmy uciec, ale zostałyśmy
otoczone. Oświetlił nas blask pochodni. Zanim zdążyłyśmy zaatakować,
złapali nas za włosy i zaciągnęli do miejsca, gdzie czekał człowiek
Kościoła, ksiądz. Nie rozumiałam jego misji. Mógł nas albo ocalić, albo
wtrącić do piekieł. Był ubrany cały na czarno, łącznie z nakryciem
głowy. Na szyi miał złoty krzyż. Jego oczy przypominały dwa węgle, ich
czerń kontrastowała z długą białą brodą. Podniósł ręce, wyglądał jak
sęp, który zaraz się na nas rzuci. To on kierował tym polowaniem, jego
oczy płonęły żądzą zniszczenia. Najsilniejsi spośród mężczyzn powalili
moje siostry na ziemię, przytrzymali im ręce i nogi, żeby je
unieruchomić. Wyrywały się, mężczyźni ledwo byli w stanie nad nimi
zapanować. Ksiądz robił znak krzyża, wbijał im w piersi drewniany kołek
i spuszczał na szyje siekierę. Ostatni raz spojrzałam na twarze swoich
sióstr, ich włosy mokre od błota i śniegu, przerażenie wyryte w ich
szeroko otwartych oczach. Kiedy ciała bez głów barwiły ziemię na
czerwono, pomyślałam, że zbliża się koniec. Nie czułam smutku. Chciałam
umrzeć razem z nimi, były moją jedyną rodziną. Ale mężczyźni związali
mnie i zabrali do miasteczka.
Głupcy. Zamierzali poddać badaniom przedstawiciela mojego gatunku. Było
jeszcze ciemno, kiedy dotarliśmy do domu doktora. Wepchnęli mnie do
oświetlonej świecami izby i przywiązali do łóżka. Po wyjściu
barbarzyńców, którzy mnie tu przywlekli, rozejrzałam się po pokoju.
Krzyż na ścianie, otwarty zeszyt na stole, czekający na poświęcone mi
zapiski, Biblia. Drzwi otworzyły się gwałtownie, stanęła w nich czarna
postać księdza, który zabił moje siostry. Obrzucił mnie wyniosłym
spojrzeniem i podszedł do łóżka. Powiedział, że Święty Kościół
wyeliminował tysiące takich jak ja - pomiotów Szatana - i że najwyższa
pora ocalić moją duszę. Wykrzyczałam, że ten sam Kościół przez wieki
chronił mojego Stwórcę, ignorując setki jego zbrodni. Nie było ratunku
ani litości dla dzieci, których ciała zrzucano na pastwę padlinożerców w przepaść u stóp zamku. Pamiętałam wszystko. Księdza, który odwiedzał
ubogie chaty i radził matkom zadręczającym się, że nie są w stanie
wyżywić dzieci, jak mogą pomóc swojej rodzinie. Prośby, żeby były silne
i pogodziły się z losem, kiedy przypadkiem dowiadywały się, co spotkało
ich pociechy.
W odpowiedzi kapłan uniósł ręce, rękawy czarnej sutanny zamieniły się w skrzydła nietoperza. Zaczął się modlić, jego wibrujący głos wypełnił
izbę, zagłuszając moje słowa. Sprawdzał, czy działają na mnie jego moce
i autorytet. Może naprawdę wierzył w istnienie swojego boga. Roześmiałam
się głośno, wstałam i przysunęłam do niego swoje nagie ciało; wciąż
odmawiał swoją modlitwę, z coraz szerzej otwartymi oczami, wyraźnie
zbulwersowany. Wreszcie zorientował się, że jego wysiłki są daremne.
Wtedy złapał mnie za szyję i zaczął dusić. Był silny i przepełniony
nienawiścią, ale ja również. Spojrzałam na niego z wściekłością,
próbując uwolnić się od uścisku. Przecięłam mu twarz ostrym jak szpon
paznokciem kciuka.
Kiedy podniósł dłonie do twarzy, wyswobodziłam się i uciekłam z domu
doktora. Pobiegłam do lasu. Pragnęłam jak najszybciej wrócić do miejsca,
gdzie zmasakrowano moje siostry. Chciałam je zobaczyć. Prowadził mnie
zapach dymu z dogasającego ogniska. Leżały na tej samej polanie, gdzie
minionej nocy wykrwawiły się na śmierć, podczas gdy ja patrzyłam na nie
ze związanymi rękami. Ich ciała były częściowo spalone, ale głów nie
tknięto, oczy wpatrywały się w jakiś punkt ponad czarnymi gałęziami
drzew. Może zostawiono je tu ku przestrodze dla innych przedstawicieli
naszego gatunku. Oczyściłam głowy z błota; pomyślałam, że skoro tylko
one mi zostały, zabiorę je ze sobą. Usta były otwarte, jakby zaraz miał
się z nich wydobyć krzyk. Ale nie - wokół panowała kompletna cisza.
Nosiłam je ze sobą przez lata. Miałam wrażenie, że wszystko, co się
dzieje, to tylko przerwa między momentem, w którym otworzyły usta, a krzykiem, który nigdy się z nich nie wydobył. Dla mnie świat zamilkł.
Nie wiedziałam, dokąd iść. Żerowanie w pobliżu wsi i miasteczek stało
się zbyt niebezpieczne, z kolei na polach czy w górach brakowało
pożywienia. Powrót w głąb lasu też nie wydawał się dobrym rozwiązaniem.
Postanowiłam ruszyć w przeciwną stronę, przemieszczałam się w nocy, a dnie spędzałam w ukryciu. W razie potrzeby mogłam nie jeść. Byłam
osłabiona, ale jakoś sobie radziłam.
W ten sposób poznałam miasta i odkryłam, że nie ma lepszej kryjówki.
Bezdomna kobieta nie zwracała niczyjej uwagi. Kiedy przemykałam nocami
po brukowanych ulicach, byłam jedną z wielu zagubionych dusz szukających
schronienia. Po jakimś czasie odważyłam się pokazywać w ciągu dnia,
zasłonięta czarnym żałobnym welonem. Niektórzy przechodnie zatrzymywali
na mnie wzrok, jakbym skrywała nie straszną, ale słodką tajemnicę.
Wkrótce zrozumiałam, że znacznie łatwiej podróżuje się kobietom z wyższych sfer. Bez trudu znajdowałam chętnych, którzy podwozili mnie, by
cieszyć się towarzystwem tajemniczej cudzoziemki znającej wszystkie
języki. W Warszawie nauczyłam się grać na pianinie, w Wiedniu pierwszy
raz odwiedziłam muzea i biblioteki. Chociaż we wspomnieniach wciąż
wracałam do czasów, kiedy błąkałyśmy się z siostrami jak zwierzęta,
myśląc wyłącznie o tym, żeby się najeść, zrozumiałam, dlaczego ludzie
pragną być czymś więcej niż tylko ciałem drżącym w moich ustach. Ta
wiedza uczyniła mnie jeszcze bardziej potworną - polowałam jak wilk, ale
teraz byłam świadoma, że potrzeba jedzenia nigdy nie ustanie; będzie
stale powracać, bez innego celu niż ten, który sama jej wyznaczę. Kiedy
wokół jest spokojnie, ta świadomość nadal przeszywa mi pierś niczym
szpony.
Przedstawiałam się jako hrabina, baronowa albo jaśnie pani, kiedy
przemierzałam Europę z dwiema głowami ukrytymi w torbie podróżnej.
Zabijałam wszędzie, gdzie się znalazłam, bo nie chciałam, żeby moje
ofiary żyły ze śladami zębów na szyi. Pozbywanie się ciał było coraz
trudniejsze. Za każdym razem zmieniałam imię. Nie odpuszczałam nawet
tym, którzy okazali mi życzliwość. Wszyscy mieli tę samą wadę - w ich
żyłach płynęła ciepła krew. Kazałam kochankom wozić się pociągami i karocami, gościć mnie w luksusowych hotelach, a potem porzucałam ich na
obrzeżach miasta albo w ciemnym zaułku, jak puste skorupy. Z Bratysławy
do Pragi przejechałam tak szybko, jakby ktoś mnie ścigał, potem dotarłam
do Drezna i popłynęłam Łabą do Hamburga, gdzie znalazłam sobie kochankę,
która zabrała mnie do Bremy.
To tam zaczęłam się bać. Pewnej nocy weszłam nago do pokoju przyjaciółki
i dałam się ponieść szaleństwu; zapominając o ostrożności, pożywiłam się
nią na hotelowym łóżku. Może dlatego, że była piękna, a może uwiodło
mnie jej blade ciało, tak podobne do mojego. Ubrałam się w jej szaty i wyszłam. Ponieważ była wpływową kobietą, policja szybko zaczęła szukać
mordercy, który zostawił ją na łóżku z dziwnymi śladami na szyi. W naszych bagażach znaleźli głowy moich sióstr i zabrali je jako dowód.
Żeby je odzyskać, musiałam przelać dużo krwi. W ciągu jednej nocy
zaprzepaściłam lata dyskrecji. Rozjuszona wpadłam na posterunek,
unicestwiałam każdego, kto stawał mi na drodze, dopóki nie odzyskałam
szczątków. Należały do mnie, nie zamierzałam pozwolić, żeby zatrzymali
je niczym trofea. Potem nie było już odwrotu. Ledwo umknęłam strażnikom
i oszołomiona trafiłam do portu. Na widok statków zrozumiałam, że jedyną
deską ratunku jest ucieczka na drugi koniec świata, gdzie nie dosięgnie
mnie kara za zbrodnie, których krwawy ślad ciągnął się za mną przez pół
kontynentu. Do tej pory nie natknęłam się na innego przedstawiciela
swojego gatunku, podejrzewałam, że większość zginęła podczas polowania,
ale tak długo żyłam w zamknięciu, że nie wiedziałam, ilu dokładnie nas
było. Uważano nas za pradawną legendę, niepasującą do nowoczesnego
świata, dlatego wyobrażałam sobie, że zostało nas niewielu, a ci, którzy
przetrwali, żyją w odosobnieniu, tak jak ja. Wyglądało na to, że Europa
uwolniła się od plagi. Jej uwagę pochłaniały teraz rewolucje i wojny
imperiów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki