Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

44.00 zł
37.40 zł (35,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Dziecko

Roz­dział 1

Dziecko

Miranda była pewna, że tak wła­śnie zacznie się koniec świata -?nie będzie ostrze­że­nia, ale wybuch­nie pożar. Nocne niebo za nimi jarzyło się czer­wie­nią, gdy pło­mie­nie i snopy iskier buchały w górę. Pło­nął uni­wer­sy­tet w She­ri­da­nie.

Miranda, która trzy­mała rączkę Mercy, bała się, że może zgu­bić dziew­czynkę w ciem­no­ści. Ucie­kali od wielu godzin, bie­gnąc na oślep przez sosnowy las, prze­dzie­ra­jąc się mię­dzy gałę­ziami. Pod przy­gię­tymi kona­rami leżała gruba war­stwa śniegu. Miranda brnęła przez zaspy się­ga­jące jej powy­żej kolan, toru­jąc drogę dziew­czynce i sta­remu pro­fe­so­rowi.

Arca­dius, usi­łu­jąc z tru­dem za nimi nadą­żyć, zawo­łał:

-?Idź dalej, nie cze­kaj na mnie!

Miranda, dźwi­ga­jąc ciężki tobo­łek i cią­gnąc za sobą dziew­czynkę, poru­szała się naj­szyb­ciej, jak potra­fiła. Za każ­dym razem, gdy sły­szała jakiś dźwięk lub myślała, że widzi poru­sza­jący się cień, siłą woli powstrzy­my­wała się, żeby nie krzyk­nąć. Nie­wiele bra­ko­wało, by wpa­dła w panikę. Śmierć dep­tała im po pię­tach, a Miran­dzie wyda­wało się, że stopy ma cięż­kie jak z oło­wiu.

Dziew­czyna żało­wała dziecka i mar­twiła się, że spra­wia Mercy ból, cią­gnąc ją za rękę. Raz szarp­nęła dziew­czynkę zbyt mocno i ta się prze­wró­ciła. Mercy krzyk­nęła, gdy upa­dła twa­rzą na śnieg, ale od razu wzięła się w garść. Już wcze­śniej prze­stała zada­wać pyta­nia, prze­stała narze­kać, że jest zmę­czona. W ogóle prze­stała się odzy­wać i podą­żała za Mirandą naj­szyb­ciej, jak mogła. Była dzielną dziew­czynką.

Dotarli do drogi i Miranda uklę­kła, żeby przyj­rzeć się Mercy. Dziew­czynce cie­kło z nosa, do rzęs przy­kle­iły jej się płatki śniegu. Miała zaczer­wie­nione policzki, a do czoła przy­warły prze­po­cone czarne włosy. Miranda odgar­nęła jej kilka kosmy­ków za uszy, pod­czas gdy pan Prą­żek bacz­nie ją obser­wo­wał. Szop pracz owi­nął się wokół szyi dziew­czynki, jakby był futrzaną etolą. Mercy nale­gała, żeby przed ucieczką wypu­ścić zwie­rzęta z kla­tek. Uwol­niony szop wdra­pał się na jej ramię i mocno się go ucze­pił. Widocz­nie pan Prą­żek też wyczuł, że dzieje się coś złego.

-?Jak się czu­jesz? -?spy­tała Miranda, zakła­da­jąc dziew­czynce kap­tur i spi­na­jąc jej płaszcz moc­niej klamrą.

-?Zimno mi w stopy -?odparła Mercy szep­tem, wpa­tru­jąc się w śnieg.

-?Mnie też -?odrze­kła Miranda naj­po­god­niej­szym tonem, na jaki potra­fiła się zdo­być.

-?Nie­zły ubaw, co? -?powie­dział stary pro­fe­sor, wspi­na­jąc się po zbo­czu, żeby do nich dołą­czyć. Gdy zdej­mo­wał torbę z ramie­nia, z jego ust wydo­by­wały się duże obłoki pary. Brodę i brwi miał zaskle­pione grubą war­stwą śniegu i lodu.

-?A jak ty się czu­jesz? -?spy­tała Miranda.

-?Świet­nie, dosko­nale. Stary czło­wiek potrze­buje od czasu do czasu tro­chę ruchu, a także odpo­czynku. Musimy jed­nak kon­ty­nu­ować wędrówkę.

-?Dokąd idziemy? -?spy­tała Mercy.

-?Do Aqu­esty -?odparł Arca­dius. -?Wiesz, co to Aqu­esta, prawda, słonko? To wła­śnie tam jest wielki pałac, z któ­rego rzą­dzi impe­ra­torka. Chcia­ła­byś ją poznać, prawda?

-?Czy zdoła ich powstrzy­mać?

Miranda zoba­czyła, że dziew­czynka spo­gląda ponad ramie­niem sta­rego czło­wieka na pło­nący uni­wer­sy­tet. Miranda też spoj­rzała na jaskrawą łunę nad koro­nami drzew. Znaj­do­wali się już w odle­gło­ści wielu mil, a jed­nak świa­tło wciąż wypeł­niało hory­zont. Ponad bla­skiem ognia widać było cie­nie. Nie­które opa­dały pio­nowo, a z innych, krą­żą­cych nad pło­nącym uni­wer­sy­tetem, try­skały stru­mie­nie pło­mieni.

-?Miejmy nadzieję, słonko. Miejmy nadzieję -?odrzekł Arca­dius. - Tym­cza­sem ruszajmy w drogę. Wiem, że jesteś zmę­czona. Wiem, że jesteś zzięb­nięta. Ja też, ale musimy jak naj­szyb­ciej iść dalej. Musimy się stąd odda­lić.

Mercy ski­nęła głową, a może tylko wyko­nała podobny ruch, drżąc z zimna. Trudno to było oce­nić.

Miranda strzep­nęła śnieg z ple­ców i nóg dziew­czynki, żeby uchro­nić ją przed więk­szym prze­mo­cze­niem. Pan Prą­żek obser­wo­wał to z chłodną rezerwą.

-?Myślisz, że wszyst­kie zwie­rzęta się wydo­stały? -?zapy­tała Mercy.

-?Jestem tego pewny -?zapew­niał ją Arca­dius. -?Prze­cież są bystre, prawda? Choć może nie aż tak, jak pan Prą­żek, bo jemu udało się zała­pać na prze­jażdżkę.

Mercy znów ski­nęła głową i dodała z nadzieją w gło­sie:

-?Jestem pewna, że Fili­żance udało się uciec. Umie latać.

Miranda spraw­dziła tobo­łek dziew­czynki i wła­sny, żeby się upew­nić, że oba są zamknięte i mocno zwią­zane. Spoj­rzała na ciemną drogę.

-?Dopro­wa­dzi nas przez Col­norę do samej Aqu­esty -?wyja­śnił stary czar­no­księż­nik.

-?Jak długo będziemy tam szli? -?spy­tała Mercy.

-?Kilka dni, może tydzień. Dłu­żej, jeśli utrzyma się kiep­ska pogoda.

Miranda dostrze­gła nie­za­do­wo­le­nie w oczach Mercy.

-?Nie martw się. Jak będziemy tro­chę dalej, zatrzy­mamy się na odpo­czy­nek i posi­łek. Przy­go­tuję coś gorą­cego, a potem tro­chę się prze­śpimy. Na razie jed­nak musimy iść dalej. Na dro­dze będzie nam łatwiej.

Miranda chwy­ciła rękę dziew­czynki i ruszyli. Z rado­ścią stwier­dziła, że jej prze­wi­dy­wa­nia się spraw­dziły. Wędrówkę uła­twiały pozo­sta­wione przez wozy kole­iny oraz to, że scho­dzili po zbo­czu. Masze­ro­wali raź­nym kro­kiem i nie­ba­wem las za ich ple­cami prze­sło­nił ogni­stą łunę. Wkro­czyli w ciemny i cichy świat, w któ­rym towa­rzy­stwa dotrzy­my­wał im jedy­nie szum zim­nego wia­tru.

Miranda spoj­rzała na sta­rego pro­fe­sora, który szedł, powłó­cząc nogami, i przy­ci­skał płaszcz do szyi. Miał zaczer­wie­nioną i pokrytą kro­stami twarz, i z tru­dem łapał oddech.

-?Na pewno dobrze się czu­jesz?

Arca­dius pod­szedł do Mirandy, zmu­sił się do uśmie­chu i szep­nął jej do ucha:

-?Oba­wiam się, że może będzie­cie musiały dokoń­czyć podróż beze mnie.

-?Co takiego? -?zapy­tała Miranda i zer­k­nęła na dziew­czynkę. Mercy nie unio­sła głowy. -?Wkrótce zro­bimy postój. Odpocz­niemy i jutro pój­dziemy wol­niej. Prze­szli­śmy dziś szmat drogi. Wezmę twoją torbę -?zapro­po­no­wała i wycią­gnęła rękę.

-?Nie, sam ją dalej poniosę. Wiesz, że jest bar­dzo kru­cha... i nie­bez­pieczna. Jeśli ktoś zgi­nie, nio­sąc ją, to ja chcę być tym kimś. W kwe­stii odpo­czynku... nie sądzę, żeby to coś zmie­niło. Nie mam dość sił na taką podróż. Oboje to wiemy.

-?Nie możesz się pod­da­wać.

-?Nie zamie­rzam. Prze­ka­zuję ci zada­nie. Dasz sobie radę.

-?Ale nie wiem, co robić. Nie wyja­wi­łeś mi ni­gdy planu.

Arca­dius zachi­cho­tał.

-?Bo czę­sto się zmie­nia. Mia­łem nadzieję, że regenci zaak­cep­tują Mercy jako spad­ko­bier­czy­nię Modiny, ale odmó­wili.

-?Co teraz?

-?Teraz Modina zasiada na tro­nie, więc mamy drugą szansę. Naj­lep­sze, co możesz zro­bić, to dotrzeć do Aqu­esty i sta­rać się o audien­cję u niej.

-?Ale nie wiem, jak...

-?Znaj­dziesz spo­sób. Przed­staw impe­ra­torce Mercy. To będzie pierw­szy krok w dobrym kie­runku. Wkrótce tylko ty będziesz znała prawdę. Nie podoba mi się, że obar­czam cię tym cię­ża­rem, ale nie mam wyboru.

Miranda pokrę­ciła głową.

-?Nie, to matka obar­czyła mnie tym cię­ża­rem. Nie ty.

-?Wyzna­nie na łożu śmierci to bar­dzo poważna sprawa. -?Stary czło­wiek ski­nął głową. -?Ale dzięki temu mogła odejść w spo­koju.

-?Tak sądzisz? A może jej duch wciąż tu jest? Cza­sami odno­szę wra­że­nie, jakby mnie obser­wo­wała... prze­śla­do­wała. Płacę cenę za jej sła­bość, tchó­rzo­stwo.

-?Twoja matka była młoda, biedna i ciemna. Widziała śmierć dzie­sią­tek ludzi oraz zabój­stwo matki i dziecka. I led­wie uszła z życiem. Żyła w cią­głym stra­chu, że pew­nego dnia ktoś odkryje, że były bliź­niaki i ona ura­to­wała jed­nego z nich.

-?Ale postą­piła nie­wła­ści­wie i okrut­nie -?powie­działa z gory­czą Miranda. -?A naj­gor­sze jest to, że nie mogła zabrać grze­chu ze sobą do grobu. Musiała mi powie­dzieć, obar­czyć mnie odpo­wie­dzial­no­ścią za napra­wie­nie jej błę­dów. Powinna...

Mercy zatrzy­mała się gwał­tow­nie.

-?Kocha­nie, musimy... -?Spoj­rzała na Mirandę. W sła­bym świe­tle wcze­snego poranka zoba­czyła strach na jej twa­rzy, gdy Mercy patrzyła na miej­sce, w któ­rym droga opa­dała ku dużemu mostowi z kamie­nia.

-?Przed nami świa­tło -?oznaj­mił Arca­dius.

-?Czy...? -?spy­tała Miranda.

Stary nauczy­ciel pokrę­cił głową.

-?To ogni­sko, chyba nawet kilka. Podej­rze­wam, że przy­by­wają kolejni uchodźcy. Możemy się do nich przy­łą­czyć i będzie nam się łatwiej szło. Jeśli się nie mylę, obo­zują na dru­gim brzegu Gale­wyru. Nie mia­łem poję­cia, że doj­dziemy tak daleko. Nic dziw­nego, że się zasa­pa­łem.

-?Widzisz? -?powie­działa Miranda do dziew­czynki, gdy znów ruszyli. -?Już po naszych kło­po­tach. Może nawet mają wóz, na któ­rym będzie mógł jechać stary czło­wiek.

Arca­dius uśmiech­nął się do niej z wyż­szo­ścią, ale w duchu ucie­szył się z takiej moż­li­wo­ści.

-?Wtedy nasza sytu­acja może się poprawi -?powie­dział.

-?Będziemy...

Dziew­czynka ści­snęła rękę Mirandy i znów przy­sta­nęła. Zbli­żali się do nich kłu­sem konni. Z noz­drzy zwie­rząt wydo­by­wała się para, gdy pry­chały, ude­rza­jąc kopy­tami o oblo­dzoną zie­mię. Opa­tu­leni ciem­nymi płasz­czami jeźdźcy mieli nacią­gnięte kap­tury i twa­rze owi­nięte czę­ściowo sza­lami, toteż ucie­ki­nie­rzy nie mogli ich roz­po­znać, ale co do jed­nego nie mieli wąt­pli­wo­ści: to byli sami męż­czyźni. Miranda nali­czyła trzech. Jechali od połu­dnia, ale nie od strony ognisk. To nie byli uchodźcy.

-?Co o tym sądzisz? -?spy­tała dziew­czyna. -?Roz­bój­nicy?

Pro­fe­sor pokrę­cił głową.

-?Co zro­bimy?

-?Oby­śmy nic nie musieli robić. Przy odro­bi­nie szczę­ścia to zacni ludzie, któ­rzy przy­cho­dzą nam z pomocą. W prze­ciw­nym razie... -?Pokle­pał torbę. -?Dotrzyj do tych ognisk i poproś o schro­nie­nie i ochronę. A potem zapro­wadź Mercy do Aqu­esty. Uni­kaj regen­tów i spró­buj opo­wie­dzieć impe­ra­torce histo­rię dziew­czynki. Powiedz jej prawdę.

-?Ale co, jeśli...

Jeźdźcy pod­je­chali i zwol­nili tempo.

-?Co my tu mamy? -?spy­tał jeden.

Miranda nie widziała, który się ode­zwał, ale domy­ślała się, że wysoki męż­czy­zna jadący na prze­dzie. Przy­glą­dał się sto­ją­cym nie­ru­chomo ucie­ki­nie­rom, pod­czas gdy oni słu­chali chra­pli­wego sapa­nia koni.

-?Cóż za korzystny zbieg oko­licz­no­ści -?dodał jeź­dziec i zsiadł z wierz­chowca. -?Wła­śnie do cie­bie jecha­łem, star­cze.

Przy­wódca trzy­mał ostroż­nie rękę przy boku i poru­szał się sztywno. Spo­glą­dał na nich groź­nie spod kap­tura, a nos i usta miał zasło­nięte szkar­łat­nym sza­lem.

-?Poranny spa­ce­rek w śnie­życy? -?spy­tał, pod­cho­dząc do pro­fe­sora.

-?By­naj­mniej -?odparł Arca­dius. -?Ucie­kamy.

-?Nie wąt­pię. Naj­wi­docz­niej, gdy­bym zwle­kał jesz­cze choćby dzień, nie spo­tkał­bym cię i mógł­byś się wymknąć. Twoje przyj­ście do pałacu było głu­pim błę­dem. Za dużo powie­dzia­łeś. I co ci to dało? Powi­nie­neś być mądrzej­szy. Ale wraz z wie­kiem przy­cho­dzi despe­ra­cja. -?Spoj­rzał na Mercy. -?To ta dziew­czynka?

-?Guy, She­ri­dan pło­nie -?odrzekł Arca­dius. -?Elfy prze­kro­czyły Nidwal­den i ruszyły do ataku!

Guy! Miranda go znała, a przy­naj­mniej jego repu­ta­cję. Arca­dius nauczył ją nazwisk wszyst­kich war­tow­ni­ków Kościoła. Z punktu widze­nia pro­fe­sora Luis Guy był naj­bar­dziej nie­bez­pieczny. Wszyst­kimi war­tow­ni­kami kie­ro­wała obse­sja, wszyst­kich wybrano ze względu na ich fana­tyczną orto­dok­syj­ność, ale Guy dostał coś w spu­ściź­nie. Jego matka, któ­rej panień­skie nazwi­sko brzmiało Evone, była pobożną dziew­czyną. Poślu­biła lorda Jar­reda Sereta, bez­po­śred­niego potomka lorda Dariusa Sereta, któ­remu patriar­cha Ven­lin zle­cił zada­nie odna­le­zie­nia spad­ko­biercy sta­rego impe­rium. Wśród poszu­ki­wa­czy spad­ko­biercy Luis Guy był naj­więk­szym fana­ty­kiem.

-?Nie rób ze mnie głupca. To o tej dziew­czynce mówi­łeś Sal­du­rowi i Ethel­re­dowi, prawda? To ją chcia­łeś przy­go­to­wać jako następną impe­ra­torkę? Czemu miał­byś to robić, star­cze? Dla­czego aku­rat ta dziew­czynka? To kolejny pod­stęp? A może chcia­łeś nam ją pod­rzu­cić? Żeby odpo­ku­to­wać za swój błąd? -?Guy przy­kuc­nął, żeby lepiej przyj­rzeć się twa­rzy Mercy. -?Podejdź, dziecko.

-?Nie! -?wark­nęła Miranda, przy­cią­ga­jąc Mercy do sie­bie.

Guy powoli wstał.

-?Puść ją -?roz­ka­zał.

-?Nie.

-?War­tow­niku Guy! -?krzyk­nął Arca­dius. -?To zwy­kła wiej­ska dziew­czynka. Sie­rota, którą przy­gar­ną­łem.

-?Czyżby? -?Wyjął miecz.

-?Bądź roz­sądny. Nie masz poję­cia, co robisz.

-?Wręcz prze­ciw­nie. Wszy­scy tak się sku­pili na Esra­had­do­nie, że pozo­sta­wa­łeś nie­zau­wa­żony. Kto by pomy­ślał, że wska­żesz drogę do spad­ko­biercy nie raz, ale dwa razy?

-?Spad­ko­biercy? Spad­ko­biercy Novrona? Osza­la­łeś? Sądzisz, że dla­tego roz­ma­wia­łem z regen­tami?

-?A nie?

-?Nie. -?Pokrę­cił głową, uśmie­cha­jąc się z roz­ba­wie­niem. -?Przy­sze­dłem, bo podej­rze­wa­łem, że nie pomy­śleli o kwe­stii suk­ce­sji, i chcia­łem pomóc w wyedu­ko­wa­niu następ­nego impe­rial­nego przy­wódcy.

-?Ale upie­ra­łeś się przy tej dziew­czynce. Tylko tej dziew­czynce. Czemu miał­byś to robić, gdyby nie była praw­dziwą spad­ko­bier­czy­nią?

-?To nie ma sensu. Skąd mógł­bym wie­dzieć, kto jest spad­ko­biercą? Albo nawet czy spad­ko­bierca żyje?

-?Rze­czy­wi­ście, skąd? To był bra­ku­jący ele­ment. Wła­ści­wie to jesteś jedyną osobą, która mogłaby wie­dzieć. Powiedz, Arca­diu­sie Lati­me­rze, kim był twój ojciec?

-?Tka­czem, ale nie rozu­miem...

-?A więc jak ubogi syn tka­cza z małej wio­ski został magi­strem wie­dzy na uni­wer­sy­te­cie w She­ri­da­nie? Wąt­pię, czy twój ojciec w ogóle umiał czy­tać, a jed­nak jego syn jest jed­nym z naj­zna­mie­nit­szych uczo­nych na świe­cie? Jak to się stało?

-?Doprawdy, Guy, nie sądzi­łem, że będę musiał wyja­śniać zalety ambi­cji i cięż­kiej pracy komuś takiemu jak ty.

War­tow­nik uśmiech­nął się szy­der­czo.

-?Znik­ną­łeś na dzie­sięć lat, a po powro­cie mia­łeś znacz­nie bogat­szą wie­dzę.

-?Zmy­ślasz.

Na twa­rzy Guya poja­wił się uśmie­szek.

-?Kościół nie pozwala byle komu nauczać na swoim uni­wer­sy­te­cie. Sądzi­łeś, że nie prze­cho­wują doku­men­tów?

-?Skądże. Po pro­stu nie myśla­łem, że je zoba­czysz. -?Stary czło­wiek się uśmiech­nął.

-?Jestem war­tow­ni­kiem, idioto! Mam dostęp do wszyst­kich archi­wów Kościoła.

-?Tak, ale nie przy­pusz­cza­łem, że moje bada­nia naukowe kogo­kol­wiek zain­te­re­sują. Za młodu byłem bun­tow­ni­kiem, na doda­tek przy­stoj­nym. Czy w doku­men­tach to odno­to­wano?

-?Natkną­łem się na infor­ma­cję, że zna­la­złeś gro­bo­wiec Yol­rica. Kto to był?

-?A już myśla­łem, że wiesz wszystko.

-?Nie mia­łem czasu na ślę­cze­nie w biblio­te­kach. Śpie­szy­łem się, żeby cię zała­pać.

-?Ale dla­czego? Czemu mnie ści­gasz? Czemu wyją­łeś miecz?

-?Bo spad­ko­bier­czyni Novrona musi umrzeć.

-?Nie jest spad­ko­bier­czy­nią. Czemu tak uwa­żasz? Skąd mógł­bym w ogóle wie­dzieć, kim jest spad­ko­bierca?

-?Bo to jedna z tajem­nic, z któ­rymi wró­ci­łeś. Odkry­łeś, jak odszu­kać spad­ko­biercę.

-?Ba! Naprawdę, Guy, masz bujną wyobraź­nię.

-?Natra­fi­łem na inne zapi­ski. Kościół wezwał cię na prze­słu­cha­nie. Sądzili, że może uda­łeś się do Per­ce­pli­quis, tak jak Edmund Hall. A potem, led­wie kilka dni po tam­tym spo­tka­niu, w Rati­bo­rze doszło do walki. Zabito cię­żarną matkę i jej męża. Zostali ziden­ty­fi­ko­wani jako Lini­tha i Naron Brow­no­wie i uśmier­ceni wraz z dziec­kiem przez ryce­rzy Sereta. To cie­kawe, że po stu­le­ciach poszu­ki­wań mój poprzed­nik zdo­łał odna­leźć spad­ko­biercę Novrona zaled­wie kilka dni po twoim prze­słu­cha­niu. -?Guy spio­ru­no­wał pro­fe­sora wzro­kiem. -?Zawar­łeś układ z Kościo­łem? Poda­łeś infor­ma­cje w zamian za wol­ność? Na pewno powie­dzieli ci, że chcą odna­leźć spad­ko­biercę, żeby posa­dzić go na kró­lew­skim tro­nie. Gdy odkry­łeś, co naprawdę zro­bili, wyobra­żam sobie, że poczu­łeś się wyko­rzy­stany. Musia­łeś mieć straszne poczu­cie winy.

Guy prze­rwał, żeby Arca­dius mógł odpo­wie­dzieć, ale pro­fe­sor mil­czał.

-?Wszy­scy myśleli, że to koniec rodu, prawda? Nawet patriar­cha nie miał poję­cia, że jesz­cze żyje drugi spad­ko­bierca. A potem Esra­had­don uciekł i poszedł pro­sto do Degana Gaunta. Tyle że Degan nie jest spad­ko­biercą. Ja też dałem się nabrać i długo tkwi­łem w błę­dzie, ale wyobraź sobie wstrząs, jakiego dozna­łem, kiedy Gaunt nie prze­szedł pomyśl­nie powtór­nej próby krwi. To był bez wąt­pie­nia sku­tek tego samego elik­siru, któ­rego Esra­had­don użył na królu Amra­cie i Ari­ście, wzbu­dza­jąc podej­rze­nia Bragi co do Essen­do­nów. Gdy wra­cam do tego pamię­cią, przy­pusz­czam, że powin­ni­śmy się domy­ślić, że czar­no­księż­nik sta­rego impe­rium nie jest głup­cem i ni­gdy nie dopro­wa­dzi nas do praw­dzi­wego spad­ko­biercy. Ale była jesz­cze jedna, prawda? I odna­la­złeś ją, sto­su­jąc tę samą sztuczkę co za pierw­szym razem. -?Spoj­rzał na Mercy. -?Kim ona jest? Bękar­tem? Bra­ta­nicą? -?Ruszył do Mirandy. -?Oddaj ją.

-?Nie! -?krzyk­nął stary pro­fe­sor.

Jeden z żoł­nie­rzy chwy­cił Mirandę, a drugi odcią­gnął od niej dziew­czynkę.

-?Ale lepiej się upew­nić. Nie popeł­nię drugi raz tego samego błędu. - Wyko­nał zwinny ruch nad­garstka i roz­ciął dłoń Mercy. Dziew­czynka wrza­snęła, a pan Prą­żek syk­nął.

-?To nie­po­trzebne! -?powie­dział Arca­dius.

-?Pil­nuj­cie ich -?roz­ka­zał Guy swoim ludziom i poszedł do wierz­chowca.

-?Sza, bądź dzielną dziew­czynką -?powie­działa Miranda do Mercy.

Guy poło­żył ostroż­nie miecz na ziemi, po czym wyjął z sakwy małe skó­rzane etui, a z niego zestaw trzech fio­lek. Odkor­ko­wał pierw­szą, prze­chy­lił lekko i postu­kał w nią pal­cem, aż tro­chę proszku spa­dło na pokryty krwią czu­bek mie­cza.

-?Chcę już stąd odejść -?pochli­py­wała Mercy, pod­czas gdy straż­nik mocno ją trzy­mał. -?Pro­szę, możemy iść?

-?Cie­kawe -?wymam­ro­tał Guy, po czym opróż­nił następną fiolkę. W tej był płyn, który zasy­czał po zetknię­ciu się z ostrzem.

-?Guy! -?krzyk­nął do niego Arca­dius.

-?Bar­dzo cie­kawe -?cią­gnął rycerz Sereta. Odkor­ko­wał ostat­nią bute­leczkę.

-?Guy, nie rób tego! -?ryk­nął stary czło­wiek.

Wylał jedną kro­plę na koń­cówkę klingi.

Puk!

Roz­legł się odgłos jak przy odkor­ko­wy­wa­niu butelki wina i poja­wił się jaskrawy roz­błysk podobny do bły­ska­wicy.

War­tow­nik wstał, wpa­tru­jąc się w koniec swo­jego mie­cza, i wybuch­nął śmie­chem, który brzmiał dziw­nie i upior­nie, jak śpiew sza­leńca.

-?Wresz­cie zna­la­złem spad­ko­biercę Novrona. Poszu­ki­wa­nia pro­wa­dzone przez moich przod­ków dobie­gną końca za moją sprawą.

-?Mirando, sama już nic nie zro­bisz -?szep­nął Arca­dius i spoj­rzał w stronę obozu uchodź­ców.

W poran­nym świe­tle Miranda zoba­czyła kilka słu­pów dymu. Moż­liwa pomoc była bole­śnie bli­sko. W odle­gło­ści naj­wy­żej kil­ku­set metrów.

-?Poświę­ci­łem życie napra­wie­niu swo­jego błędu. Ale teraz do cie­bie należy zro­bie­nie tego, co konieczne -?wyja­śnił stary pro­fe­sor.

Luis Guy chwy­cił dziew­czynkę i posa­dził ją na grzbie­cie swo­jego wierz­chowca.

-?Zabie­rzemy ją do patriar­chy.

-?A co z nimi, sir? -?spy­tał jeden z zakap­tu­rzo­nych męż­czyzn.

-?Bierz­cie sta­rego. Zabij­cie kobietę.

Miran­dzie serce na chwilę zamarło, gdy żoł­nierz się­gnął po miecz.

-?Cze­kaj! -?powie­dział Arca­dius. -?A co z rogiem? -?Stary pro­fe­sor cofał się, ści­ska­jąc w rękach torbę. -?Patriar­cha będzie też chciał dostać róg, prawda?

Guy zer­k­nął szybko na torbę Arca­diusa.

-?Masz go? -?spy­tał war­tow­nik.

Arca­dius rzu­cił Miran­dzie roz­pacz­liwe spoj­rze­nie, po czym odwró­cił się i rzu­cił do ucieczki.

-?Pil­nuj dziecka -?roz­ka­zał Guy swo­jemu żoł­nie­rzowi.

Odwró­cił się, ski­nął na dru­giego i razem ruszyli w pogoń za Arca­diu­sem, który biegł szyb­ciej, niż Miranda mogłaby sobie wyobra­żać.

Obser­wo­wała go -?swo­jego naj­bliż­szego przy­ja­ciela -?jak pędzi drogą, którą przy­szli, a za ple­cami powiewa mu płaszcz. Mogłaby uznać ten widok za komiczny, ale wie­działa, co Arca­dius ma w tor­bie. Wie­działa, dla­czego ucieka, co to ozna­cza i co pro­fe­sor chce, żeby zro­biła.

Miranda się­gnęła po ukryty pod płasz­czem szty­let. Ni­gdy nikogo nie zabiła, ale jaki miała wybór? Czło­wiek sto­jący mię­dzy nią a Mercy był żoł­nie­rzem, i to praw­do­po­dob­nie ryce­rzem Sereta. Odwró­cił się do niej ple­cami, żeby lepiej chwy­cić konia Guya, sku­pia­jąc uwagę na Mercy i syczą­cym szo­pie, który kłap­nął zębami w jego stronę.

Miranda miała led­wie kilka sekund, zanim Guy i żoł­nierz dogo­nią Arca­diusa. Chciało jej się pła­kać, ponie­waż wie­działa, co się sta­nie. Razem zaszli tak daleko, tak wiele poświę­cili, i gdy już się wyda­wało, że w końcu są bli­sko celu... Zostaną powstrzy­mani w taki spo­sób... zamor­do­wani na pobo­czu drogi... "Tra­giczne" było zbyt sła­bym sło­wem na okre­śle­nie tej nie­spra­wie­dli­wo­ści. Na łzy będzie czas póź­niej. Pro­fe­sor liczył na nią i ona go nie zawie­dzie. To jedno spoj­rze­nie wszystko jej powie­działo. To było osta­teczne ryzy­kowne przed­się­wzię­cie. Gdyby udało im się zapro­wa­dzić Mercy do Modiny, wszystko mogłoby wró­cić do porządku.

Wyjęła szty­let i popę­dziła naprzód. Z całych sił wbiła nóż żoł­nie­rzowi w plecy. Męż­czy­zna nie nosił kol­czugi ani skó­rza­nej zbroi i ostra głow­nia weszła głę­boko, prze­bi­ja­jąc ubra­nie, skórę i mię­śnie.

Żoł­nierz obró­cił się na pię­cie i ude­rzył Mirandę, tra­fia­jąc ją grzbie­tem dłoni w poli­czek. Dziew­czyna zachwiała się, a następ­nie upa­dła na śnieg, wciąż trzy­ma­jąc szty­let, któ­rego rączka była śli­ska od krwi.

Mercy na koniu chwy­ciła się mocno sio­dła i wrza­snęła. Szop zaświer­go­tał, stro­sząc futerko.

Miranda wstała, gdy żoł­nierz wyj­mo­wał miecz. Męż­czy­zna był poważ­nie ranny. Miał nogawkę prze­siąk­niętą krwią. Ruszył chwiej­nie w stronę dziew­czyny. Pró­bo­wała uciec i wycią­gnęła rękę w stronę Mercy i konia, ale seret był szyb­szy. Miecz ryce­rza prze­bił jej bok w oko­li­cach talii. Poczuła, jak metal wcho­dzi w ciało. Ból był pie­kący, ale po chwili ogar­nął ją chłód. Kolana się pod nią ugięły. Zdo­łała przy­trzy­mać się sio­dła, gdy koń, prze­stra­szony gwał­tow­nymi ruchami i krzy­kami Mercy, ruszył szybko, cią­gnąc Mirandę za sobą.

Żoł­nierz, który pozo­stał za nimi, upadł na kolana, a z jego ust pocie­kła krew.

Miranda usi­ło­wała się pod­cią­gnąć, ale nie mogła sobie pomóc nogami, ponie­waż były bez­władne. Czuła, jak traci siłę w ramio­nach.

-?Chwyć wodze, Mercy, i trzy­maj się mocno.

Guy i żoł­nierz dogo­nili Arca­diusa. War­tow­nik, sły­sząc wrza­ski dziew­czynki, zatrzy­mał się, ale jego towa­rzysz prze­wró­cił sta­rego pro­fe­sora na śnieg.

-?Mercy, musisz jechać dalej -?powie­działa Miranda. -?Dotrzyj do ognisk i poproś o pomoc. Jedź.

Ostat­kiem sił ude­rzyła konia w bok. Zwie­rzę sko­czyło naprzód. Sio­dło wyśli­zgnęło się z rąk Mirandy i dziew­czyna znów upa­dła na śnieg. Leżąc na ple­cach, słu­chała tętentu kopyt, gdy koń szybko się odda­lał.

-?Wsta­waj! -?usły­szała krzyk Guya, ale było za późno.

Arca­dius otwo­rzył torbę.

Nawet w odle­gło­ści kil­ku­set metrów Miranda poczuła, jak zie­mia zatrzę­sła się wsku­tek wybu­chu. Chwilę póź­niej podmuch powie­trza rzu­cił jej szczy­piący śnieg w twarz, gdy w stronę poran­nego nieba unio­sła się biała chmura. Arca­dius i wal­czący z nim męż­czy­zna zgi­nęli na miej­scu. Guy zwa­lił się z nóg. Pozo­stałe konie się roz­pierz­chły.

Gdy śnieżna chmura opa­dła, Miranda spoj­rzała na niebo wsta­ją­cego świtu. Już nie czuła zimna. Wraz z nara­sta­ją­cym odrę­twie­niem w rękach i nogach słabł ból w boku. Poczuła wie­trzyk na policzku i dostrze­gła, że jej nogi i talia są mokre, a suk­nia prze­siąk­nięta. Poczuła smak żelaza na języku. Miała kło­poty z oddy­cha­niem -?jakby się topiła.

Guy żył. Usły­szała, jak war­tow­nik prze­klina sta­rego pro­fe­sora i woła do koni jak do nie­po­słusz­nych psów. Dobie­gły do niej odgłosy skrzy­pie­nia śniegu, tar­cia skó­rza­nej zbroi, a potem szybko odda­la­ją­cego się tętentu kopyt.

Była sama w ciszy zim­nego zimo­wego poranka.

Pano­wał spo­kój.

-?Dobry Mari­bo­rze, usłysz mnie -?modliła się do roz­ja­śnia­ją­cego się nieba. -?Ojcze Novrona, stwo­rzy­cielu ludzi. -?Wzięła ostatni oddech i powie­działa: -?Zaopie­kuj się swoją jedyną córką.

***

Alenda Lana­klin wyszła z namiotu na rześ­kie poranne powie­trze. Nosiła swoją naj­grub­szą weł­nianą suk­nię i dwie war­stwy futra, ale i tak się trzę­sła. Słońce dopiero co wsta­wało -?zimna mleczna mgiełka w zupie cięż­kiego zimo­wego powie­trza. Zachmu­rze­nie utrzy­my­wało się od ponad tygo­dnia i Alenda zasta­na­wiała się, czy jesz­cze kie­dyś znów zoba­czy jasną tar­czę słońca.

Stała na udep­ta­nym śniegu i patrzyła na kil­ka­dzie­siąt namio­tów roz­bi­tych w sosno­wym lesie. Z ognisk w poczer­nia­łych dołach uno­siły się wstęgi sza­rego dymu, który zabie­rał ze sobą wiatr. Pomię­dzy nimi cho­dzili ludzie, ale trudno byłoby odróż­nić męż­czyzn od kobiet, ponie­waż wszy­scy wło­żyli kap­tury i się opa­tu­lili. W tym przy­padku jed­nak nie sta­no­wiło to pro­blemu -?były tam pra­wie same kobiety. Oprócz nich w obo­zie prze­by­wały dzieci i osoby w pode­szłym wieku. Ludzie cho­dzili ze spusz­czo­nymi gło­wami, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki na ubi­tym śniegu.

W świe­tle wszystko wyda­wało się inne -?ciche, spo­kojne. Poprzed­nia noc była kosz­marna -?pożar, krzyki i ucieczka drogą West­field. Zatrzy­mali się jedy­nie na krótko, by poli­czyć obec­nych. Alenda była taka zmę­czona, że nie pamię­tała roz­bi­ja­nia obozu.

-?Dzień dobry, pani -?przy­wi­tała ją Emi­lia spod koca, który narzu­ciła na płaszcz. Tym sło­wom bra­ko­wało typo­wej dla niej weso­ło­ści. Rano słu­żąca Alendy zawsze była oży­wiona i rado­sna. Teraz stała z posępną miną, zaczer­wie­nione ręce jej drżały, a żuchwa trzę­sła się z zimna.

-?Naprawdę, Emmy? -?Alenda się rozej­rzała. -?Skąd możesz wie­dzieć?

-?Poszu­kajmy dla cie­bie śnia­da­nia. Po czymś cie­płym poczu­jesz się lepiej.

-?Mój ojciec i bra­cia nie żyją -?odparła Alenda. -?Zbliża się koniec świata. Śnia­da­nie coś tu pomoże?

-?Nie wiem, pani, ale musimy spró­bo­wać. Tego chciał twój ojciec. To zna­czy, żebyś prze­żyła. Dla­tego tam pozo­stał, prawda?

Z pół­nocy dobiegł huk podobny do grzmotu. Ludzie obró­cili głowy, żeby spoj­rzeć w dal ponad ośnie­żo­nymi polami. Na wszyst­kich twa­rzach odma­lo­wał się wyraz prze­ra­że­nia, że oto wła­śnie w końcu nad­cho­dzi kres.

Alenda, dotarł­szy na śro­dek obozu, zastała tam Belindę Pic­ke­ring, jej córkę Lenare, sta­rego Juliana -?lorda szam­be­lana Melen­garu, i lorda Valina -?jedy­nego obrońcę grupy. Star­szawy rycerz prze­pro­wa­dził ich przez chaos poprzed­niej nocy. Jako ostatni, któ­rzy pozo­stali w Melen­ga­rze, two­rzyli szcząt­kowy dwór kró­lew­ski. Król Alric był w Aqu­eście, udzie­la­jąc pomocy w krót­kiej woj­nie domo­wej i ratu­jąc sio­strę Ari­stę przed stra­ce­niem. Wła­śnie do niego teraz ucie­kali.

-?Nie mamy pomy­słu, ale głu­potą jest dłu­żej tu pozo­sta­wać -?orzekł lord Valin.

-?Tak, zga­dzam się -?odparła Belinda.

Lord Valin odwró­cił się do mło­dego chłopca.

-?Roz­głoś, żeby budzić wszyst­kich. Natych­miast zwi­jamy obóz.

-?Emmy -?powie­działa Alenda, odwra­ca­jąc się do słu­żą­cej. -?Spa­kuj szybko nasze rze­czy.

-?Oczy­wi­ście, milady. -?Emily dygnęła i poszła do ich namiotu.

-?Co to był za odgłos? -?spy­tała Alenda Lenare, która jedy­nie wzru­szyła ramio­nami, z wyra­zem prze­stra­chu na twa­rzy.

Lenare Pic­ke­ring jak zawsze wyglą­dała uro­czo. Pomimo okro­pieństw, ucieczki i pry­mi­tyw­nych obo­zo­wych warun­ków pro­mie­niała. Nawet zanie­dbana w pospiesz­nie narzu­co­nym na ramiona płasz­czu, z wło­sami wyle­wa­ją­cymi się spod kap­tura, wciąż była osza­ła­mia­jąco piękna, tak jak śpiące nie­mowlę jest zawsze naj­ślicz­niej­sze. Odzie­dzi­czyła to po matce. W rodzie Pic­ke­ringów męż­czyźni znani byli z umie­jęt­no­ści szer­mier­czych, kobiety zaś zwra­cały uwagę swą urodą. Matka Lenare, Belinda, wręcz z niej sły­nęła.

Wszystko to nale­żało już do prze­szło­ści. Rze­czy, które zale­d­wie dzień wcze­śniej były pewne, teraz pozo­sta­wały utra­cone za prze­pa­ścią zbyt sze­roką, by móc dostrzec coś po dru­giej stro­nie, choć nie­kiedy wyda­wało się, że Lenare pró­buje. Alenda czę­sto widziała, jak córka Pic­ke­rin­gów wpa­truje się w hory­zont na pół­nocy, z wyra­zem twa­rzy oscy­lu­ją­cym mię­dzy despe­ra­cją a żalem, szu­ka­jąc duchów.

Lenare wciąż trzy­mała w rękach legen­darny miecz ojca. Gdy hra­bia go jej wrę­czał, popro­sił, żeby dostar­czyła go bez­piecz­nie bratu, Mau­vi­nowi. Następ­nie poca­ło­wał po kolei wszyst­kich człon­ków rodziny i wró­cił do sze­regu, w któ­rym ojciec i bra­cia Alendy cze­kali wraz z resztą armii. Od tam­tej pory Lenare nie roz­sta­wała się z rapie­rem. Owi­nęła go w ciemny weł­niany koc i obwią­zała wstążką. W trak­cie kosz­mar­nej ucieczki przy­ci­skała długi paku­nek do piersi, cza­sami uży­wa­jąc go do wycie­ra­nia łez.

-?Jeśli się dziś sprę­żymy, może dotrzemy do Col­nory przed zacho­dem słońca -?powie­dział im lord Valin. -?Przy zało­że­niu, że pogoda się poprawi. -?Stary rycerz spoj­rzał groź­nie na niebo, jakby tylko ono było ich wro­giem.

-?Lor­dzie Julia­nie -?powie­działa Belinda. -?Insy­gnia... berło i pie­częć...

-?Są bez­pieczne, pani -?odparł bar­dzo stary szam­be­lan. -?Scho­wane na wozie. Poza samą zie­mią kró­le­stwo pozo­staje w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. - Sta­rzec spoj­rzał w kie­runku, z któ­rego dobiegł dziwny dźwięk, w stronę brze­gów rzeki Gale­wyr i mostu, który prze­kro­czyli poprzed­niej nocy.

-?Pomogą nam w Col­no­rze? -?spy­tała Belinda. -?Mamy nie­wiele jedze­nia.

-?Jeśli dotarła do nich wia­do­mość o udziale króla Alrica w uwol­nie­niu impe­ra­torki, powinni być do nas życz­li­wie nasta­wieni -?stwier­dził lord Valin. -?A nawet jeśli nie dotarła, Col­nora jest kupiec­kim mia­stem, a kup­com służy zysk, nie rycer­skość.

-?Mam tro­chę biżu­te­rii -?poin­for­mo­wała go Belinda. -?W razie potrzeby możesz ją sprze­dać za... -?Hra­bina urwała, gdy dostrze­gła, że Julian wciąż patrzy na most.

Nie­ba­wem pozo­stali unie­śli głowy, a na koniec Alenda spoj­rzała w tamtą stronę i zoba­czyła zbli­ża­ją­cego się jeźdźca.

-?Czy to... ? -?zaczęła Lenare.

-?To dziecko -?orze­kła Belinda.

Alenda szybko zoba­czyła, że matka Lenare ma rację.

W ich kie­runku pędziła dziew­czynka, która trzy­mała się kur­czowo grzbietu spo­co­nego konia. Kap­tur zsu­nął jej się z głowy, odsła­nia­jąc dłu­gie czarne włosy i różowe policzki. Miała około sze­ściu lat i tak jak ona trzy­mała się mocno konia, tak do niej przy­warł szop pracz. Samotni na dro­dze, sta­no­wili dziwną parę, ale Alenda przy­po­mniała sobie, że już nic nie jest nor­malne. Widok jadą­cego na kur­czaku niedź­wie­dzia w czapce z pió­rem też mógłby teraz ucho­dzić za nor­malny.

Koń wje­chał do obozu i lord Valin chwy­cił za wędzi­dło, zatrzy­mu­jąc zwie­rzę wraz z jeźdź­cem.

-?Nic ci nie jest, skar­bie? -?spy­tała Belinda.

-?Na sio­dle jest krew -?zauwa­żył lord Valin.

-?Jesteś ranna? -?spy­tała hra­bina dziecko. -?Gdzie są twoi rodzice?

Dziew­czynka zadrżała i zamru­gała, ale nie odpo­wie­działa. Wciąż ści­skała w piąst­kach wodze.

-?Jest zimna jak lód -?powie­działa Belinda, doty­ka­jąc policzka dziecka. -?Pomóż­cie mi ją zsa­dzić.

-?Jak masz na imię? -?spy­tała Alenda.

Dziew­czynka na­dal mil­czała. Gdy ode­brano jej konia, przy­tu­liła szopa.

-?Kolejny jeź­dziec -?oznaj­mił lord Valin.

Alenda pod­nio­sła głowę i zoba­czyła męż­czy­znę prze­jeż­dża­ją­cego przez most i pędzą­cego w ich stronę.

Przy­bysz wpadł do obozu i zrzu­cił kap­tur, uka­zu­jąc dłu­gie czarne włosy, bladą skórę i prze­ni­kliwe oczy, wąsik i krótką bródkę przy­strzy­żoną w szpic. Zmie­rzył ich pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem, aż dostrzegł dziew­czynkę.

-?Ona! -?powie­dział, wska­zu­jąc pal­cem. -?Natych­miast mi ją oddaj­cie.

Dziecko wykrzyk­nęło prze­stra­szone, krę­cąc głową.

-?Nie! -?krzyk­nęła Belinda i pchnęła dziew­czynkę w ręce Alendy.

-?Pani -?powie­dział lord Valin. -?Jeśli dziecko jest jego...

-?To dziecko nie należy do niego -?oświad­czyła hra­bina nie­na­wist­nym tonem.

-?Jestem war­tow­ni­kiem Nyph­rona! -?krzyk­nął męż­czy­zna, żeby wszy­scy go usły­szeli. -?Żądam tego dziecka w imię Kościoła. Macie w tej chwili mi ją oddać. Kto się sprze­ciwi, zgi­nie.

-?Dosko­nale wiem, kim jesteś, Luisie Guy -?powie­działa kipiąca gnie­wem Belinda. -?Nie dopusz­czę, żebyś zamor­do­wał wię­cej dzieci.

War­tow­nik spoj­rzał na nią.

-?Hra­bina Pic­ke­ring? -?Zlu­stro­wał wzro­kiem obóz z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. -?Gdzie twój mąż? Gdzie twój syn-ucie­ki­nier?

-?Nie jestem ucie­ki­nie­rem -?ode­zwał się Denek, wystę­pu­jąc krok naprzód. Naj­młod­szy syn Belindy nie­dawno ukoń­czył trzy­na­ście lat i urósł oraz wyszczu­plał. Upo­dab­niał się do swo­ich star­szych braci.

-?Cho­dzi mu o Mau­vina -?wyja­śniła Belinda. -?Ten czło­wiek zamor­do­wał Fanena.

-?Pytam jesz­cze raz -?naci­skał Guy. -?Gdzie twój mąż?

-?Nie żyje, a Mau­vin jest poza twoim zasię­giem.

War­tow­nik rozej­rzał się po tłu­mie, a potem spoj­rzał na lorda Valina.

-?I zosta­wił ci lichą ochronę. Oddaj dziecko.

-?Nie -?sprze­ci­wiła się Belinda.

Guy zsiadł z konia i pod­szedł do lorda Valina.

-?Oddaj dziecko albo odbiorę je siłą.

Stary rycerz spoj­rzał na Belindę. Na twa­rzy kobiety wciąż malo­wał się wyraz nie­na­wi­ści.

-?Moja pani nie życzy sobie tego i będę bro­nił jej decy­zji. -?Sta­rzec wyjął miecz. -?Odejdź stąd.

Alenda pod­sko­czyła, sły­sząc zgrzyt stali, gdy Guy dobył mie­cza i zro­bił wypad. Po ułamku sekundy lord Valin trzy­mał się za krwa­wiący bok i drżała mu ręka, w któ­rej trzy­mał miecz. War­tow­nik, krę­cąc głową, odbił klingę starca na bok i prze­bił mu szyję.

Guy ruszył w stronę dziew­czynki, a w jego oczach pło­nął prze­ra­ża­jący gniew. Zanim jed­nak do niej dotarł, na dro­dze sta­nęła mu Belinda.

-?Nie mam w zwy­czaju zabi­jać kobiet -?powie­dział do niej war­tow­nik. - Ale przed tą zdo­by­czą nic mnie nie powstrzyma.

-?Po co ci ona?

-?Sama powie­dzia­łaś: żeby ją zabić. Zabiorę ją do patriar­chy, a potem będzie musiała zgi­nąć, z mojej ręki.

-?Prze­nigdy.

-?Nie możesz mnie powstrzy­mać. Rozej­rzyj się. Masz wokół sie­bie tylko kobiety i dzieci. Nikt nie może zawal­czyć za cie­bie. Oddaj mi dziecko!

-?Mamo? -?powie­działa cicho Lenare. -?On ma rację. Nie ma nikogo innego. Pro­szę.

-?Mamo, pozwól mi -?pro­sił Denek.

-?Nie. Jesteś za młody. Twoja sio­stra ma rację. Nie ma nikogo innego. - Hra­bina ski­nęła głową w stronę córki.

-?Miło mi widzieć kogoś, kto... -?Prze­rwał, gdy wystą­piła Lenare.

Zsu­nęła płaszcz z ramion i roz­wią­zała tobo­łek, odsła­nia­jąc miecz swo­jego ojca. Wyjęła rapier i wysu­nęła go przed sie­bie. Gdy mgli­ste zimowe świa­tło padło na klingę, odbił się od niej jaskrawy pro­mień.

Zdzi­wiony Guy patrzył przez chwilę na dziew­czynę.

-?Co to ma być?

-?Zabi­łeś mojego brata -?powie­działa Lenare.

Guy spoj­rzał na Belindę.

-?To jakiś żart.

-?Tylko ten jeden raz, Lenare -?powie­działa Belinda do córki.

-?Pozwo­lisz, żeby twoja córka zgi­nęła za to dziecko? Jeśli będę musiał zabić wszyst­kie wasze dzieci, zro­bię to.

Alenda patrzyła z prze­ra­że­niem, jak wszy­scy się cofają, two­rząc krąg wokół war­tow­nika Guya i Lenare. Pory­wi­sty wiatr szarp­nął bre­zen­to­wymi ścia­nami namio­tów i odrzu­cił złote włosy Lenare do tyłu. Sto­jąca samot­nie na śniegu dziew­czyna, ubrana w białe podróżne rze­czy i trzy­ma­jąca w ręku rapier, przy­po­mi­nała mityczne stwo­rze­nie, kró­lową wró­żek lub bogi­nię -?piękną i ele­gancką.

Luis Guy zmarsz­czył brwi i zro­bił wypad. Gdy Lenare z zaska­ku­jącą szyb­ko­ścią i gra­cją odpa­ro­wała atak, rapier jej ojca zadźwię­czał melo­dyj­nie.

-?Już wła­da­łaś mie­czem -?stwier­dził zasko­czony Guy.

-?Pocho­dzę z rodu Pic­ke­rin­gów.

Zamach­nął się na nią. Zablo­ko­wała cios. Zamie­rzył się, ale odpa­ro­wała ude­rze­nie, a następ­nie roz­cięła Guy­owi poli­czek.

-?Lenare -?powie­działa jej matka suro­wym tonem. -?Nie baw się w gry.

Guy przy­sta­nął, przy­kła­da­jąc dłoń do krwa­wią­cej twa­rzy.

-?On zabił Fanena, mamo -?powie­działa dziew­czyna ozię­błym tonem. - Powi­nien cier­pieć. Powi­nien zostać uka­rany dla przy­kładu.

-?Nie -?sprze­ci­wiła się Belinda. -?My tak nie postę­pu­jemy. Twój ojciec by tego nie pochwa­lał. Wiesz o tym. Po pro­stu zakończ sprawę.

-?Co to ma zna­czyć? -?dopy­ty­wał się Guy, ale w jego gło­sie sły­chać było nutę waha­nia. -?Jesteś kobietą.

-?Powie­dzia­łam ci: pocho­dzę z rodu Pic­ke­rin­gów, a ty zabi­łeś mojego brata.

Guy zaczął uno­sić miecz.

Lenare zro­biła krok do przodu i wyko­nała pchnię­cie. Cienki rapier prze­bił serce war­tow­nika i został wyjęty z jego ciała, zanim rycerz dokoń­czył swój cios.

Luis Guy padł mar­twy, twa­rzą na prze­siąk­nięty krwią śnieg.

Rozdział 2. Koszmary

Roz­dział 2

Kosz­mary

Ari­sta obu­dziła się z krzy­kiem. Drżała na całym ciele i ssało ją w żołądku -?pozo­sta­łość po śnie, któ­rego nie mogła sobie przy­po­mnieć. Usia­dła i przy­ło­żyła rękę do piersi, czu­jąc łomot serca. Waliło jej tak mocno, tak szybko, jakby chciało wydo­stać się z klatki pier­sio­wej. Usi­ło­wała sobie przy­po­mnieć, ale w pamięci wra­cały jedy­nie krót­kie urywki, maleń­kie strzępy, cha­otyczne i nie­zwią­zane ze sobą. Jed­nym sta­łym ele­men­tem był Esra­had­don, któ­rego głos docho­dził z takiej odle­gło­ści i był taki słaby, że nie sły­szała, co mówi.

Cienka płó­cienna koszula nocna przy­warła jej do ciała prze­siąk­nięta potem. Prze­ście­ra­dło, zsu­nięte z mate­raca, spa­dło na pod­łogę. Koł­dra z wyha­fto­wa­nymi wio­sen­nymi kwia­tami leżała sko­tło­wana pra­wie na dru­gim końcu pokoju. Szata Esra­had­dona była jed­nak porząd­nie zło­żona obok Ari­sty i emi­to­wała słaby nie­bie­ski blask. Mogło się wyda­wać, że słu­żąca przy­go­to­wała ją dla księż­niczki do wło­że­nia rano. Ari­sta dotknęła szaty.

Jakim cudem zna­la­zła się na łóżku? Spoj­rzała na szafę. Drzwi były otwarte, a Ari­sta pamię­tała, że je wcze­śniej zamy­kała. Po jej ciele prze­biegł dreszcz. Była sama.

Usły­szała ciche puka­nie do drzwi i się prze­stra­szyła.

-?Ari­sto? -?roz­legł się głos Alrica.

Zarzu­ciła szatę na ramiona. Od razu zro­biło jej się cie­plej i poczuła się bez­piecz­niej.

-?Wejdź! -?zawo­łała.

Brat otwo­rzył drzwi i zaj­rzał do środka, trzy­ma­jąc świeczkę nie­znacz­nie nad głową. Miał na sobie bor­dową szatę prze­pa­saną grubą szarfą. U jego boku wisiał miecz Essen­do­nów. Broń była olbrzy­mia i gdy Alric wszedł, jedną ręką naci­skał na ręko­jeść, żeby sztych nie prze­su­wał się po pod­ło­dze. Widok ten przy­po­mniał Ari­ście noc, kiedy ich ojciec został zamor­do­wany -?noc, kiedy Alric został kró­lem.

-?Usły­sza­łem krzyk. Dobrze się czu­jesz? -?spy­tał, lustru­jąc wzro­kiem pokój i zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na jarzą­cej się sza­cie.

-?Nic mi nie jest. To był tylko kosz­mar.

-?Kolejny? -?Wes­tchnął. -?Wiesz, może by pomo­gło, gdy­byś nie spała w tym czymś. -?Wska­zał na szatę. -?Spa­nie w rze­czach nie­bosz­czyka... przy­pra­wia o gęsią skórkę, a wła­ści­wie jest nie­nor­malne. Nie zapo­mi­naj, że był czar­no­księż­ni­kiem. Ta rzecz może być... Cóż, nie będę owi­jał w bawełnę: ona jest zacza­ro­wana. Jestem pewny, że to przez nią masz te kosz­mary. Chcesz poroz­ma­wiać o śnie?

-?Nie­wiele pamię­tam. Podob­nie jak z pozo­sta­łych, ja tylko... Sama nie wiem. Trudno to opi­sać. Mam prze­możne poczu­cie naglą­cej potrzeby. Czuję, że muszę coś odna­leźć, bo w prze­ciw­nym razie zginę. Zawsze budzę się prze­ra­żona, jak­bym scho­dziła z urwi­ska w prze­paść i tego nie widziała.

-?Przy­nieść ci coś? -?spy­tał. -?Wody? Her­baty? Zupy?

-?Zupy? Skąd weź­miesz zupę w środku nocy?

Wzru­szył ramio­nami.

-?Po pro­stu pomy­śla­łem, że zapy­tam. Nie musisz mnie za to bić. Sły­szę twój krzyk, wyska­kuję z łóżka i bie­gnę do two­ich drzwi, ofe­ruję ci usługi słu­żą­cego i dostaję takie podzię­ko­wa­nia?

-?Prze­pra­szam. -?Zmarsz­czyła figlar­nie czoło, ale prze­pro­siny były szczere. Jego obec­ność odpę­dzała cie­nie i odry­wała jej myśli od szafy. Pokle­pała łóżko. -?Usiądź.

Alric zawa­hał się, po czym posta­wił świeczkę na sto­liku noc­nym i usiadł obok sio­stry.

-?Co się stało z prze­ście­ra­dłem i koł­drą? Wyglą­dają, jak­byś się z nimi moco­wała.

-?Może tak było. Nie pamię­tam.

-?Strasz­nie wyglą­dasz -?stwier­dził.

-?Dzięki.

Wes­tchnął.

-?Prze­pra­szam. Ale wciąż jesteś moim małym bra­cisz­kiem i trudno mi przy­wyk­nąć do tej nowej u cie­bie opie­kuń­czo­ści. Pamię­tasz, jak spa­dłam z Tama­ryszka i zła­ma­łam kostkę? Bolało tak bar­dzo, że do oczu napły­nęły mi łzy. Kiedy popro­si­łam cię o pomoc, ty tylko tam sta­łeś, śmia­łeś się i wska­zy­wa­łeś mnie pal­cem.

-?Mia­łem dwa­na­ście lat.

-?Byłeś bacho­rem.

Spoj­rzał na nią, marsz­cząc brwi.

-?Ale już nie jesteś. -?Wzięła jego rękę i objęła ją swo­imi dłońmi. - Dzię­kuję, że przy­sze­dłeś. Nawet wzią­łeś ze sobą miecz.

Alric spoj­rzał w dół.

-?Nie wie­dzia­łem, jaka bestia czy łaj­dak mogą ata­ko­wać księż­niczkę. Musia­łem przyjść przy­go­to­wany do walki.

-?Umiesz w ogóle doby­wać mie­cza?

Znów spoj­rzał na nią z mar­sową miną.

-?Prze­stań, dobrze? Mówią, że w bitwie o Med­ford wal­czy­łem po mistrzow­sku.

-?Po mistrzow­sku?

Usi­ło­wał powstrzy­mać się od uśmie­chu.

-?Tak, nie­któ­rzy mogliby nawet powie­dzieć, że boha­ter­sko. Prawdę mówiąc, nie­któ­rzy rze­czy­wi­ście tak powie­dzieli.

-?Za wiele razy oglą­da­łeś tę głu­pią sztukę.

-?To teatr na dobrym pozio­mie, a ja lubię wspie­rać ogól­nie pojętą sztukę.

-?Sztukę. -?Prze­wró­ciła oczami. -?Lubisz ten spek­takl, bo wszyst­kie dziew­czyny mdleją na nim z zachwytu, i uwiel­biasz być w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia.

-?Cóż... -?Wzru­szył ramio­nami z poczu­ciem winy.

-?Nie zaprze­czaj! Widzia­łam, jak tłum­nie krą­żyły wokół cie­bie niczym sępy, a ty się szcze­rzy­łeś i para­do­wa­łeś niczym wspa­niały okaz byczka na targu. Zro­bi­łeś listę? Julian przy­syła ci je do kom­nat według koloru wło­sów, wzro­stu czy zwy­czaj­nie w porządku alfa­be­tycz­nym?

-?To nie tak.

-?Wiesz, musisz się oże­nić. Im szyb­ciej, tym lepiej. Musisz zadbać o ród. Kró­lo­wie bez potom­ków przy­czy­niają się do wojen domo­wych.

-?Mówisz jak ojciec. Broń Mari­bo­rze, żebym miał jakąś przy­jem­ność w życiu. Muszę być kró­lem -?nie każ mi być także mężem i ojcem. Rów­nie dobrze mogła­byś zamknąć mnie pod klu­czem i mieć sprawę z głowy. Zresztą mam sporo czasu. Jestem jesz­cze młody. Mówisz, jak­bym stał już nad gro­bem. A ty? Nie­długo będziesz starą panną. Nie powin­ni­śmy szu­kać odpo­wied­nich szlach­ci­ców? Pamię­tasz, kiedy myśla­łaś, że zaaran­żo­wa­łem twoje mał­żeń­stwo z księ­ciem Rudol­fem i... Ari­sto? Dobrze się czu­jesz?

Odwró­ciła się, wycie­ra­jąc oczy.

-?Nic mi nie jest.

-?Prze­pra­szam.

Poczuła jego rękę na ramie­niu.

-?Nic nie szko­dzi -?odparła i odchrząk­nęła.

-?Wiesz, że ja bym ni­gdy...

-?Wiem. Wszystko w porządku, naprawdę. -?Pocią­gnęła nosem i go wytarła. Przez kilka minut sie­dzieli w mil­cze­niu, po czym Ari­sta powie­działa: - Wiesz, poślu­bi­ła­bym Hil­freda. Nie obcho­dzi mnie, co ty lub rada byście powie­dzieli.

Na jego twa­rzy odma­lo­wało się zdzi­wie­nie.

-?Od kiedy zale­żało ci na... Hil­fre­dzie? -?Uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią i pokrę­cił głową.

Spio­ru­no­wała go wzro­kiem.

-?To nie to, co myślisz -?powie­dział.

-?A co? -?spy­tała oskar­ży­ciel­skim tonem. Przy­szło jej do głowy, że powró­cił chło­piec, który naśmie­wał się z niej, gdy spa­dła z konia.

-?Bez obrazy dla Hil­freda. Lubi­łem go. Był dobrym czło­wie­kiem i bar­dzo cię kochał.

-?Ale nie był szlach­ci­cem -?prze­rwała mu. -?Cóż, posłu­chaj...

-?Cze­kaj. -?Uniósł rękę. -?Pozwól mi dokoń­czyć. Nie obcho­dzi mnie, czy był szlach­ci­cem, czy nie. Prawda jest taka, że był szla­chet­niej­szy od wszyst­kich ludzi, któ­rzy przy­cho­dzą mi na myśl, z wyjąt­kiem może tego Breck­tona. To, jak codzien­nie stał u twego boku i nic nie mówił -?to był prze­jaw praw­dzi­wej rycer­sko­ści. Nie był ryce­rzem, ale nie widzia­łem ni­gdy nikogo, kto bar­dziej by na ten tytuł zasłu­gi­wał. Nie cho­dzi o to, że nie był szla­chet­nie uro­dzony, ani o to, że nie był wspa­nia­łym czło­wie­kiem. Bar­dzo bym chciał go mieć za szwa­gra.

-?A więc o co cho­dzi? -?spy­tała, tym razem skon­fun­do­wana.

Alric spoj­rzał na nią z takim samym wyra­zem w oczach, jaki widziała u niego, gdy zna­lazł ją w ciem­no­ści impe­rial­nego wię­zie­nia.

-?Nie kocha­łaś go -?stwier­dził po pro­stu.

Te słowa nią wstrzą­snęły. Nic nie powie­działa. Nie mogła nic powie­dzieć.

-?Nie sądzę, by ktoś w zamku Essen­do­nów nie wie­dział, co Hil­fred czuje. A czemu ty nie wie­działaś? -?spy­tał.

Nie mogła się powstrzy­mać. Zaczęła pła­kać.

-?Ari­sto, prze­pra­szam. Ja tylko...

Pokrę­ciła głową, usi­łu­jąc zaczerp­nąć dość powie­trza, by móc odpo­wie­dzieć.

-?Nie... Masz rację... Masz rację. -?Nie potra­fiła opa­no­wać drże­nia warg. - Ale i tak bym go poślu­biła. Uszczę­śli­wi­ła­bym go.

Alric wycią­gnął ręce i przy­tu­lił sio­strę. Scho­wała twarz w gru­bych fał­dach jego szaty i uści­snęła. Przez długi czas nic nie mówili, po czym Ari­sta wypro­sto­wała się i wytarła twarz.

Wzięła głęb­szy oddech i spy­tała:

-?Kiedy sta­łeś się taki roman­tyczny? Od kiedy miłość ma coś wspól­nego z mał­żeń­stwem? Nie kochasz żad­nej z dziew­czyn, z któ­rymi spę­dzasz czas.

-?Dla­tego nie jestem żonaty.

-?Naprawdę?

-?Zdzi­wiona? Chyba po pro­stu pamię­tam mamę i tatę, wiesz?

Ari­sta spoj­rzała na niego zmru­żo­nymi oczami.

-?Poślu­bił ją dla­tego, że była bra­ta­nicą Ethel­reda, a on potrze­bo­wał wspar­cia kró­le­stwa War­ric, żeby pro­wa­dzić wojnę han­dlową z Cha­dwick i Glo­uston.

-?Może na początku, ale póź­niej się poko­chali. Ojciec mi mówił, że każde miej­sce, w któ­rym był z mamą, uwa­żał za dom. Zapa­mię­ta­łem to na zawsze. Nie pozna­łem jesz­cze nikogo, przy kim czuł­bym się podob­nie. A ty?

Zawa­hała się. Przez chwilę roz­wa­żała, czy powie­dzieć mu prawdę, po czym pokrę­ciła głową.

Znów sie­dzieli w mil­cze­niu. W końcu Alric wstał.

-?Na pewno nie chcesz, żebym coś ci przy­niósł?

-?Nie, ale dzię­kuję. Twoja tro­ska wiele dla mnie zna­czy.

Ruszył do wyj­ścia. Gdy był przy drzwiach, Ari­sta się ode­zwała:

-?Alricu?

-?Hm?

-?Pamię­tasz, jak ty i Mau­vin pla­no­wa­li­ście wyru­szyć do Per­ce­pli­quis?

-?O tak. Wierz mi, ostat­nio czę­sto o tym myślę. Wiele bym dał, żeby móc...

-?Wiesz, gdzie to jest?

-?Per­ce­pli­quis? Nie. Nikt nie wie. Mau­vin i ja po pro­stu mie­li­śmy nadzieję, że natkniemy się na nie. Typowe dzie­cięce marze­nie, jak zabi­cie smoka czy wygra­nie tur­nieju pod­czas zimo­na­liów. Choć na pewno zoba­cze­nie mia­sta byłoby frajdą. Zamiast tego muszę wra­cać do domu i szu­kać panny mło­dej. Będzie mnie zmu­szała, żebym wkła­dał trze­wiki do kola­cji; wiem, że tak będzie.

Wyszedł, zamy­ka­jąc za sobą cicho drzwi i pozo­sta­wia­jąc sio­strę ską­paną w nie­bie­skim bla­sku roz­ta­cza­nym przez szatę. Ari­sta poło­żyła się z otwar­tymi oczami i przy­glą­dała się kamie­niowi i zapra­wie nad łóż­kiem. Widziała pozo­sta­wione przez mura­rza ślady kielni, które zasty­gły w cza­sie. Świa­tło szaty zmie­niało się wraz z jej odde­chami, stwa­rza­jąc złu­dze­nie ruchu i wywo­łu­jąc u niej poczu­cie prze­by­wa­nia pod wodą, jakby sufit sta­no­wił oświe­tloną powierzch­nię zimo­wego stawu. Miała wra­że­nie, że się topi, uwię­ziona pod grubą taflą lodu.

Przy­mknęła oczy. Nic to nie pomo­gło.

Zupa, pomy­ślała. Cie­pła, smaczna, pokrze­pia­jąca zupa. Może nie był to wcale taki zły pomysł. Może ktoś będzie w kuchni. Nie miała poję­cia, która jest godzina. Pano­wała ciem­ność, ale była prze­cież zima. Mimo wszystko musiało być wcze­śnie, ponie­waż za drzwiami nie sły­szała krzą­ta­niny słu­żą­cych. Nie miało to zna­cze­nia. Wie­działa, że nie zaśnie ponow­nie, więc rów­nie dobrze mogła wstać. Jeśli wszy­scy spali, może sama sobie pora­dzi.

Pomysł zro­bie­nia cze­goś dla sie­bie, cze­goś poży­tecz­nego, dodał jej ener­gii. Była wręcz pod­eks­cy­to­wana, gdy posta­wiła stopy na zim­nym kamie­niu i rozej­rzała się za pan­to­flami. Szata jarzyła się jaśniej, jakby wyczu­wała jej potrzebę. Kiedy Ari­sta wyszła na ciemny kory­tarz, mate­riał dalej świe­cił się jasno. Dopiero gdy zeszła po scho­dach i zna­la­zła się w bla­sku pochodni, szata pociem­niała, aż odbi­jała tylko świa­tło kominka.

Ku swemu roz­cza­ro­wa­niu zastała tam już kil­koro ludzi przy pracy. Cora, przy­sa­dzi­sta dojarka z krza­cza­stymi brwiami i różo­wymi policz­kami, ubi­jała masło przy drzwiach. Opusz­czała i uno­siła bijak w rów­no­mier­nym ryt­mie, zmie­nia­jąc za każ­dym razem rękę. Z ciem­nego dzie­dzińca wszedł do środka młody chło­pak, Nip­per, z narę­czem drewna. Miał ramiona przy­pró­szone śnie­giem. Tup­nął kilka razy i potrzą­snął głową jak pies, roz­sy­pu­jąc na boki biały puch, a Cora zaklęła. Leif i Ibis roz­pa­lali w pie­cach, narze­ka­jąc na wil­gotną pod­pałkę. Lila stała na dra­bi­nie jak artystka cyr­kowa, zdej­mu­jąc z naj­wyż­szej półki uło­żone w stos pół­mi­ski. Edith Mon zawsze nale­gała, żeby odku­rzać je na początku każ­dego mie­siąca. Choć samej herod-baby już nie było, pozo­stały zwy­czaje po jej tyra­nii.

Ari­sta wcze­śniej nie mogła się docze­kać, kiedy zacznie buszo­wać po ciem­nej kuchni, szu­ka­jąc jedze­nia jak myszka. Teraz zoba­czyła, że nic nie wyj­dzie z jej przy­gody, i zasta­na­wiała się, czy nie wró­cić na górę, żeby unik­nąć nie­zręcz­nego spo­tka­nia. Znała wszyst­kich pra­cu­ją­cych w kuchni słu­żą­cych z okresu, kiedy uda­wała poko­jówkę Ellę. Mogła być księż­niczką, ale była też kłam­czy­nią, szpie­giem i, oczy­wi­ście, wiedźmą.

Nie­na­wi­dzą mnie? Boją się mnie?

Kie­dyś nie zaprzą­tała sobie głowy słu­żą­cymi, pra­wie w ogóle ich nie zauwa­żała. Teraz, gdy stała u dołu scho­dów i obser­wo­wała, jak kręcą się po chłod­na­wej kuchni, nie potra­fiła osą­dzić, czy zyskała mądrość, czy utra­ciła nie­win­ność.

Zaczęła się odwra­cać, licząc, że wróci nie­po­strze­że­nie do swo­jej kom­naty, w któ­rej czuła się bez­piecz­nie, gdy nagle dostrze­gła mni­cha. Sie­dział przy zle­wach, gdzie kamienna pod­łoga była mokra z powodu nie­szczel­nego korka. Opie­rał się ple­cami o beczkę ługu. Był mały i chudy. Nosił tra­dy­cyjny rudo­bru­natny habit zakonu mni­chów Mari­bora. Uśmie­chał się sze­roko, zachwy­cony gła­ska­niem kudła­tych boków Reda, wiel­kiego elkhunda, który przed nim sie­dział. Pies był sta­łym bywal­cem kuchni, gdzie regu­lar­nie poże­rał resztki jedze­nia. Miał przy­mknięte oczy, wywie­szony język, z któ­rego kapała ślina, i koły­sał się, gdy mnich go dra­pał.

Odkąd przy­był do zamku, Ari­sta rzadko widy­wała Myrona. Tyle się wyda­rzyło od tam­tej pory, że zapo­mniała o jego obec­no­ści.

Ruszyła naprzód, wygła­dza­jąc suk­nię i popra­wia­jąc koł­nierz. Ludzie unie­śli głowy. Pierw­sza zauwa­żyła ją Cora. Zwol­niła tempo ubi­ja­nia masła. Śle­dziła z zain­te­re­so­wa­niem ruchy Ari­sty. Nip­per, który po odło­że­niu drewna stał i strze­py­wał śnieg z ubra­nia, znie­ru­cho­miał.

-?Ella... aa, wybacz mi, Wasza Wyso­kość. -?Pierw­szy ode­zwał się Ibis Thinly.

-?Wła­ści­wie to wola­ła­bym Ari­stę -?odparła. -?Nie mogłam spać. Liczy­łam, że może dostanę tro­chę zupy?

Ibis uśmiech­nął się poro­zu­mie­waw­czo.

-?W wie­żach potrafi zro­bić się zimno, prawda? Tak się składa, że zosta­wi­łem wczo­raj­szy gulasz z sar­niny i zamro­zi­łem go w śniegu. Jeśli masz ochotę, to każę Nip­pe­rowi go przy­nieść. Mogę go w mig pod­grzać, przy­jem­nie cię roz­grzeje. Może do tego tro­chę gorą­cego cydru z cyna­mo­nem? Mam jesz­cze odro­binę, która nie cał­kiem skwa­śniała. Będzie tro­chę cierpki, ale mimo to sma­kuje dobrze.

-?Tak, dzię­kuję. Byłoby cudow­nie.

-?Wyślę kogoś, żeby zaniósł do two­ich kom­nat. Miesz­kasz na trze­cim pię­trze, tak?

-?Ach nie. Wła­ści­wie to myśla­łam, żeby zjeść tutaj. Jeśli to nie kło­pot?

Ibis zachi­cho­tał.

-?Oczy­wi­ście, że nie. Ludzie ostat­nio czę­sto tak robią i jestem pewny, że możesz jeść, gdzie ci się podoba, z wyjąt­kiem może sypialni impe­ra­torki, rzecz jasna. Krążą pogło­ski, że już tam jadłaś. - Zachi­cho­tał.

-?Pomy­śla­łam tylko... -?zoba­czyła, że wszy­scy patrzą i słu­chają -?...że mogę nie być mile widziana po tym, jak... was okła­ma­łam.

Kucharz zbył to par­sk­nię­ciem.

-?Zapo­mi­nasz, że pra­co­wa­li­śmy dla Sal­dura i Ethel­reda. Oni tylko kła­mali, a na pewno nie szo­ro­wali pod­łóg ani nie opróż­niali noc­ni­ków. Usiądź przy stole, Wasza Wyso­kość. Przy­go­tuję ci ten gulasz. Nip­per, weź gar­nek i przy­nieś mi też dzba­nek jabłecz­nika!

Ari­sta zajęła wska­zane miej­sce i, czy pozo­stali podzie­lali zda­nie Ibisa, czy nie, nikt się nie ode­zwał. Wró­cili do pracy i tylko spo­ra­dycz­nie zer­kali na księż­niczkę. Lila nawet odwa­żyła się na nie­znaczny uśmiech i poma­chała lekko ręką w geście powi­ta­nia, zanim wró­ciła do zma­gań z pół­mi­skami.

-?Jesteś Myron Lana­klin, prawda? -?spy­tała Ari­sta, odwra­ca­jąc się na tabo­re­cie przo­dem do mni­cha i psa.

Uniósł głowę, zdzi­wiony.

-?Tak.

-?Miło mi cię poznać. Jestem Ari­sta. Przy­pusz­czam, że znasz mojego brata, Alrica?

-?Oczy­wi­ście! Co u niego?

-?Wszystko dobrze. Nie widzia­łeś się z nim? Jest na górze.

Zakon­nik pokrę­cił głową.

Gdy Red poczuł, że już nikt go nie dra­pie, otwo­rzył oczy i spoj­rzał na Myrona wyraź­nie nie­za­do­wo­lony.

-?Cudowny, prawda? -?zachwy­cał się mnich. -?Ni­gdy nie widzia­łem takiego dużego psa. Z początku nie wie­dzia­łem, co to jest. Myśla­łem, że może kudłata odmiana jele­nia, któ­rego ulo­ko­wali w kuchni, podob­nie jak my trzy­ma­li­śmy świ­nie i kur­czaki w opac­twie. Bar­dzo się ucie­szy­łem, kiedy odkry­łem, że nie jest prze­zna­czony na przy­szły posi­łek. Wabi się Red. To elkhund. Sądzę jed­nak, że dni polo­wa­nia na wilki i dziki ma już za sobą. Wie­dzia­łaś, że te psy w cza­sie wojny potra­fią ścią­gać ryce­rzy z koni? Zabi­jają ofiary, prze­gry­za­jąc im karki i miaż­dżąc krę­go­słup, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie są wcale złe. Przy­cho­dzę tu codzien­nie, żeby się z nim zoba­czyć.

-?Zawsze wsta­jesz tak wcze­śnie?

-?To wcale nie jest wcze­śnie. W opac­twie uznano by to za leni­stwo.

-?Zatem pew­nie cho­dzisz wcze­śnie spać.

-?Prawdę mówiąc, nie­wiele sypiam -?odparł i zaczął ponow­nie gła­skać psa.

-?Ja też -?przy­znała się księż­niczka. -?Mam kosz­mary.

Myron spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem. Znów prze­stał pie­ścić Reda, który zapro­te­sto­wał, ocie­ra­jąc się nosem o jego rękę. Ari­sta myślała, że mnich coś powie, ale skie­ro­wał uwagę z powro­tem na psa.

-?Myro­nie, cie­kawa jestem, czy możesz mi pomóc? -?spy­tała.

-?Oczy­wi­ście. Czego doty­czą kosz­mary?

-?Nie o to mi cho­dzi. Brat wspo­mniał mi, że sporo czy­tasz.

Zakon­nik wzru­szył ramio­nami.

-?Zna­la­złem nie­wielką biblio­tekę na trze­cim pię­trze, ale jest tam zale­d­wie około dwu­dzie­stu ksią­żek. Czy­tam je po raz trzeci.

-?Prze­czy­ta­łeś wszyst­kie książki w biblio­tece trzy razy?

-?Pra­wie. Zawsze mam trud­no­ści z Gene­alo­gią monar­chów War­ric Har­ten­forda. To nie­mal wyłącz­nie nazwi­ska i muszę więk­szość z nich prze­czy­tać na głos. Jakich potrze­bu­jesz infor­ma­cji?

-?Wła­ści­wie to myśla­łam o rze­czach, o któ­rych być może czy­ta­łeś w Wichro­wym Opac­twie. Sły­sza­łeś kie­dyś o mie­ście Per­ce­pli­quis?

Ski­nął głową.

-?To sto­lica pierw­szego impe­rium Novrona.

-?Tak -?potwier­dziła z prze­ję­ciem. -?Znasz jej loka­li­za­cję?

Zasta­na­wiał się przez chwilę, po czym się uśmiech­nął.

-?We wszyst­kich tek­stach sta­nowi ona punkt odnie­sie­nia dla każ­dego innego miej­sca. Hash­ton znaj­do­wało się dwa­dzie­ścia pięć mil na połu­dniowy wschód od Per­ce­pli­quis. Fairing­ton, sto mil na pół­noc. Nikt ni­gdy nie podał poło­że­nia Per­ce­pli­quis. Przy­pusz­czam, że wszy­scy je znali.

-?Gdy­bym przy­nio­sła ci mapę, mógł­byś zlo­ka­li­zo­wać to mia­sto na pod­sta­wie odno­śni­ków do innych miejsc?

-?Być może. Jestem prze­ko­nany, że w ten spo­sób odna­lazł je Edmund Hall. W sumie to wystar­czy mieć jego dzien­nik. Zawsze chcia­łem go prze­czy­tać.

-?Myśla­łam, że czy­ta­nie jego dzien­nika uważa się za here­zję. Czy to nie z tego powodu uwię­ziono Halla wraz z jego dzien­ni­kiem w Wieży Koron­nej?

-?Tak.

-?Ale ty byś go prze­czy­tał? Alric nie wspo­mi­nał, że masz naturę bun­tow­nika.

Myron spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem, a potem się uśmiech­nął.

-?Czło­nek Kościoła Nyph­rona, który czyta dzien­nik, dopusz­cza się here­zji.

-?No wła­śnie. Jesteś mni­chem Mari­bora.

-?Na szczę­ście nie zaka­zano nam czy­tać róż­nych rze­czy.

-?To pod­syca cie­ka­wość -?powie­działa Ari­sta. -?Kiedy się pomy­śli o wszyst­kich rze­czach, które mogą być ukryte na szczy­cie Wieży Koron­nej.

-?Chcia­łoby się tam wejść, prawda?

-?Tak, nie­wąt­pli­wie.

***

Przy­je­chali póź­nym wie­czo­rem i od razu wieść roze­szła się po całym zamku. Zagrały trąbki, słu­żący popę­dzili na dwór i zanim Ari­sta zdą­żyła się ubrać, dwie słu­żące oraz Alric i Mau­vin przy­szli powia­do­mić ją o przy­by­ciu kara­wany z pół­nocy. Sym­bo­lami przy­by­łej grupy były herb z soko­łem i złoto-zie­lone cho­rą­gwie.

Księż­niczka unio­sła brzeg szla­froka i zbie­gła razem z pozo­sta­łymi. Na fron­to­wych scho­dach zebrał się tłum. Słu­żący, rze­mieśl­nicy, urzęd­nicy i szlach­cice wymie­szali się ze sobą i prze­py­chali, żeby lepiej widzieć. Straż­nicy utwo­rzyli szpa­ler, umoż­li­wia­jąc jej przej­ście na przód, gdzie sta­nęła obok Mau­vina i Alrica. Po lewej stro­nie dostrze­gła Nim­busa, który okry­wał swoim płasz­czem ramiona Ami­lii. Bez okry­cia chudy dwo­rza­nin wyglą­dał jak gałązka na wie­trze. Nie widziała impe­ra­torki.

Gdy kara­wana wjeż­dżała, dzie­dzi­niec oświe­tlały tar­gane wia­trem pło­mie­nie pochodni i mlecz­no­biały księ­życ. Nie było żoł­nie­rzy, jedy­nie starsi męż­czyźni, któ­rzy szli za powo­zami. Na końcu jechały wozy, na któ­rych cia­sno stło­czone kobiety i dzieci przy­tu­lały się do sie­bie pod wspól­nymi kocami, żeby się ogrzać. Pierw­szy powóz dotarł do pod­nóża scho­dów i wysia­dły z niego Belinda i Lenare Pic­ke­ring, a za nimi Alenda Lana­klin. Wszyst­kie spoj­rzały z waha­niem na tłum przed sobą.

Mau­vin wybiegł, żeby uści­snąć matkę.

-?Co wy wszy­scy tu robi­cie?! -?wykrzyk­nął pod­nie­co­nym gło­sem. -?Gdzie jest ojciec? A może on nie... -?Ari­sta zoba­czyła, jak Mau­vin sztyw­nieje i odsuwa się od matki.

To nie było rado­sne spo­tka­nie. Na bla­dych i wymi­ze­ro­wa­nych twa­rzach kobiet malo­wał się wyraz smutku, ich oczy i nosy były zaczer­wie­nione i obo­lałe od pła­czu i prze­ni­kli­wego wia­tru. Belinda przy­tu­lała syna, zaci­ska­jąc dło­nie na jego ubra­niu.

-?Twój ojciec nie żyje. -?Roz­pła­kała się i ukryła twarz na jego piersi.

Powol­niej­szy od pozo­sta­łych przy­by­szów Julian Tem­pest, star­szawy lord szam­be­lan Melen­garu, wysiadł ostroż­nie z powozu. Gdy Ari­sta go zoba­czyła, poczuła ucisk w dołku. Przy­cho­dziło jej do głowy nie­wiele powo­dów, które mogły skło­nić Juliana do opusz­cze­nia Melen­garu, i żaden z nich nie był dobry.

-?Elfy prze­kro­czyły rzekę Nidwal­den -?oznaj­mił zebra­nym ludziom Julian, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć huk wia­tru, który zacie­kle łopo­tał fla­gami i sztan­da­rami. Stary szam­be­lan sta­wiał ostrożne kroki na zmar­z­nię­tej ziemi, jakby ta mogła wyśli­zgnąć się mu spod stóp. Wytworne szaty trze­po­tały wokół niego niczym żywe istoty, jego nakry­cie głowy mógł lada chwila porwać wiatr. -?Naje­chały i zajęły cały Dun­more i Ghent. - Prze­rwał, spoj­rzał na króla Alrica, wziął oddech i dodał: -?I Melen­gar.

-?Pół­nocne kró­le­stwa wpa­dły w ręce elfów? -?spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Alric. -?Jakim cudem?

-?To nie są miry, Wasza Wyso­kość, to nie mie­szańcy, któ­rych znamy. Najeźdź­cami są strasz­liwe, dzi­kie i bez­li­to­sne elfy czy­stej krwi z impe­rium Eri­vanu. Przy­szły ze wschodu, nisz­cząc wszystko na swo­jej dro­dze. -?Wiatr zerwał czapkę z głowy sta­rego czło­wieka, odsła­nia­jąc jego łysie­jącą czaszkę oko­loną wia­nusz­kiem rzad­kich siwych wło­sów, i poku­lał ją po podwó­rzu. Szam­be­lan nada­remno uniósł drżące ręce, zatrzy­mu­jąc je na wyso­ko­ści twa­rzy. -?Biada rodowi Essen­do­nów, kró­le­stwo prze­pa­dło!

Alric spoj­rzał na kara­wanę. Stał wpa­trzony w długi rząd wozów, sza­cu­jąc jego dłu­gość i liczbę scho­dzą­cych z nich ludzi. Ari­sta wie­działa, o czym jej brat myśli.

To wszystko?

Juliana i damy wpro­wa­dzono do środka. Ari­sta patrzyła, jak wcho­dzą, ale sama pozo­stała na scho­dach. Roz­po­znała kilka twa­rzy. Jedną z uchodź­czyń była bar­manka z gospody Pod Różą z Cier­niem, inną szwaczka z zamku. Ari­sta czę­sto widy­wała, jak jej córka bawi się przy fosie lalką, którą matka zro­biła jej z gał­gan­ków. Nie miała teraz lalki i Ari­sta się zasta­na­wiała: co się z nią stało? Co się stało ze wszyst­kim?

-?Nie jest ich tak wielu -?powie­działa Ami­lia do Seba­stiana. Był wyso­kim rangą straż­ni­kiem zam­ko­wym, ale nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, jakie kon­kret­nie zaj­mo­wał sta­no­wi­sko. -?Na razie znajdź dla nich miej­sce na gale­rii.

Żoł­nierz zasa­lu­to­wał, trza­ska­jąc obca­sami.

-?I wyślij kogoś do Ibisa, żeby kazał mu przy­szy­ko­wać tro­chę jedze­nia. Wyglą­dają na głod­nych.

Gdy Ami­lia odwró­ciła się w stronę drzwi zamku, napo­tkała spoj­rze­nie Ari­sty. Przy­gry­zła dolną wargę z wyra­zem smutku na twa­rzy.

-?Przy­kro mi -?zdo­łała powie­dzieć, po czym ode­szła.

Ari­sta pozo­stała na scho­dach, pod­czas gdy sta­jenni zdej­mo­wali uprzęże z koni i roz­ła­do­wy­wali wozy. Minął ją rząd uchodź­ców, któ­rzy zmie­rzali do środka.

-?Melissa! -?zawo­łała Ari­sta.

-?Wasza Wyso­kość. -?Słu­żąca dygnęła.

-?Daruj to sobie. -?Zbie­gła po scho­dach i uści­skała dziew­czynę. -?Bar­dzo się cie­szę, że nic ci nie jest.

-?Jesteś impe­ra­torką? -?spy­tała dziew­czynka trzy­ma­jąca Melissę za rękę.

Ari­sta prze­by­wała pra­wie od roku poza Melen­ga­rem, ale to nie mogło być dziecko Melissy. Dziew­czynka miała sześć lub sie­dem lat. Stała na stop­niu za ple­cami słu­żą­cej księż­niczki, prze­stę­pu­jąc nie­cier­pli­wie z nogi na nogę. Drugą ręką przy­ci­skała do piersi jakieś zawi­niątko.

-?To jest Mercy -?przed­sta­wiła ją Melissa. -?Zna­leź­li­śmy ją po dro­dze - wyja­śniła, a następ­nie dodała szep­tem: -?Jest sie­rotą.

Dziew­czynka wyda­wała się Ari­ście zna­joma. Księż­niczka była pewna, że już ją widziała.

-?Nie, przy­kro mi, ale nie jestem impe­ra­torką. Mam na imię Ari­sta.

-?Czy mogę zoba­czyć impe­ra­torkę?

-?Nie­stety nie. Jest bar­dzo zajęta.

Wyraz pod­eks­cy­to­wa­nia na twa­rzy dziecka zastą­piła nie­za­do­wo­lona mina i dziew­czynka spu­ściła głowę.

-?Arca­dius powie­dział, że w Aqu­eście zoba­czę impe­ra­torkę.

Ari­sta przez chwilę przy­glą­dała się jej twa­rzy.

-?Arca­dius? Ach tak, teraz sobie przy­po­mi­nam. Spo­tka­ły­śmy się zeszłego lata, prawda? -?Rozej­rzała się po gar­stce pozo­sta­łych uchodź­ców, ale nie zoba­czyła wśród nich swo­jego sta­rego nauczy­ciela. Wtem dostrze­gła, że zawi­niątko się poru­szyło. -?Co tam masz?

Zanim dziew­czynka zdą­żyła odpo­wie­dzieć, z tobołka wychy­nęła głowa szopa pra­cza.

-?Nazywa się pan Prą­żek.

Ari­sta pochy­liła się i w tym momen­cie szata się lekko roz­ja­śniła. Pod­eks­cy­to­wana dziew­czynka otwo­rzyła sze­roko oczy.

-?Magia! -?wykrzyk­nęła. Wycią­gnęła rękę, po czym znie­ru­cho­miała i unio­sła głowę.

-?Możesz jej dotknąć -?powie­działa Ari­sta.

-?Jest śli­ska -?stwier­dziła Mercy, pocie­ra­jąc mate­riał mię­dzy pal­cami. - Arca­dius też umiał robić magiczne rze­czy.

-?Gdzie on teraz jest? -?Dziew­czynka nie odpo­wie­działa, drżała z zimna. -?Och, prze­pra­szam, na pewno jeste­ście prze­mar­z­nięci. Chodźmy do środka.

Weszli z zala­nego bla­do­nie­bie­skim zimo­wym świa­tłem dzie­dzińca do ciem­nego holu ską­pa­nego w bla­sku ognia. Wycie wia­tru uci­chło, gdy drzwi zatrza­snęły się z hukiem, który odbił się echem w skle­pio­nej kom­na­cie. Dziew­czynka spoj­rzała z podzi­wem na schody, kamienne kolumny i łuki. Wielu oku­ta­nych w koce uchodź­ców drżało, cze­ka­jąc na wska­zówki, co mają dalej robić.

-?Wasza Wyso­kość -?szep­nęła Melissa. -?Mercy przy­je­chała do nas sama na koniu.

-?Sama? Gdzie jest... -?Zawa­hała się, widząc, że Melissa spusz­cza wzrok.

-?Mercy nie­wiele powie­działa, ale... Cóż, przy­kro mi.

Świa­tło szaty pociem­niało, zro­biło się nie­bie­skie.

-?Nie żyje?

Naj­pierw Esra­had­don, a teraz Arca­dius.

-?Elfy spa­liły Ghent -?powie­działa Melissa. -?Już nie ma She­ri­danu i Erva­nonu.

-?Nie ma?

-?Zostały spa­lone.

-?Ale wieża Glen­mor­gana, Wieża Koronna...

Melissa pokrę­ciła głową.

-?Przy­łą­czy­li­śmy się do grupy ludzi ucie­ka­ją­cych na połu­dnie. Kilka osób widziało, jak wieża się zapada. Ktoś powie­dział, że wyglą­dało to tak, jakby prze­wró­ciła się dzie­cięca zabawka. Wszystko prze­pa­dło. -?Oczy Melissy się zaszkliły. -?Ich... nie można zatrzy­mać.

Ari­sta spo­dzie­wała się, że sama też się roz­pła­cze, lecz poczuła jedy­nie odrę­twie­nie -?to była zbyt wielka strata. Dotknęła deli­kat­nie policzka Mercy.

-?Czy pan Prą­żek może się tu poba­wić? -?spy­tała dziew­czynka.

-?Słu­cham? Tak sądzę, jeśli będziesz go dobrze pil­no­wać -?odparła Ari­sta. -?Kręci się tu pies, który mógłby go pożreć, jeśli pan Prą­żek zapu­ści się za daleko.

Mercy posta­wiła szopa na ziemi. Zwie­rzątko pową­chało pod­łogę i ostroż­nie pobie­gło do ściany przy scho­dach, gdzie zaczęło sys­te­ma­tycz­nie obwą­chi­wać wszyst­kie listwy przy­po­dło­gowe. Mercy poszła za panem Prąż­kiem i usia­dła na naj­niż­szym stop­niu.

-?Nie mogę uwie­rzyć, że Arca­dius nie żyje.

"...Pod­czas zimo­na­liów koń­czy się Uli Ver­mar. Przyjdą... Bez rogu wszy­scy zginą". Ari­sta sły­szała w myślach słowa Esra­had­dona. Słowa prze­strogi wymie­szane ze sło­wami, które nie w pełni rozu­miała.

Mercy ziew­nęła i oparła brodę na rękach, pod­czas gdy pan Prą­żek prze­su­wał się powoli wzdłuż stop­nia, eks­plo­ru­jąc świat.

-?Jest zmę­czona -?powie­działa Ari­sta. -?W wiel­kiej sali chyba wydają zupę. Chcia­ła­byś tro­chę, Mercy?

Dziew­czynka unio­sła głowę, uśmiech­nęła się i przy­tak­nęła, po czym dodała:

-?Pan Prą­żek też jest głodny, prawda, panie Prążku?

***

Mia­sto było pięk­niej­sze od wszyst­kiego, co Ari­sta w życiu widziała. Białe budynki, wyż­sze od naj­więk­szych drzew, wyż­sze od wszyst­kich budyn­ków, jakie kie­dy­kol­wiek widziała, wzno­siły się niczym smu­kłe palce się­ga­jące nieba. Na ich pina­klach zatknięto oka­załe zie­lono-nie­bie­skie sztan­dary, które łopo­tały na wie­trze i mie­niły się jak krysz­tał. Do mia­sta pro­wa­dziła droga -?sze­roka na cztery powozy, pro­sta jak strzała i wybru­ko­wana gład­kimi kamie­niami. Poru­szało się na niej mnó­stwo wozów, fur, fur­ma­nek, karet i powo­zi­ków. Ruchu nie utrud­niała żadna ściana czy brama. Pojazdy nie musiały zatrzy­my­wać się przy żad­nej straż­nicy. W mie­ście nie było wież, bar­ba­kanu i fosy. Metro­po­lia stała naga i piękna, nie­ustra­szona i dumna. Były w niej jedy­nie dwie rzeźby lwów, które miały wzbu­dzać strach u przy­by­szów. Mia­sto wyda­wało się Ari­ście nie­wia­ry­god­nie sze­ro­kie, zaj­mo­wało trzy całe wzgó­rza i ogromną dolinę, w któ­rej pły­nęła spo­kojna rzeka. To było śliczne miej­sce -?i wyglą­dało bar­dzo zna­jomo.

Ari­sto, musisz sobie przy­po­mnieć.

Czuła nie­po­kój, ści­ska­nie w dołku, zimny dreszcz na ple­cach. Musiała się zasta­no­wić, roz­wią­zać zagadkę. Pozo­stało nie­wiele czasu. Takiego widoku na pewno by nie zapo­mniała, więc nie mogła tego wcze­śniej widzieć.

Już tu byłaś.

Nie była. Takie miej­sce nie mogło w ogóle ist­nieć. To był sen, złu­dze­nie.

Musisz mi zaufać. Już tu byłaś. Przyj­rzyj się dokład­nie.

Ari­sta krę­ciła głową. To było nie­do­rzeczne... A jed­nak... Coś zwią­zane z rzeką, spo­sób, w jaki zakrzy­wiała się u pod­nóża pół­noc­nego wzgó­rza... Tak, wzgó­rze. Wyglą­dało zna­jomo. I droga -?nie taka sze­roka. Była zaro­śnięta i ukryta. Ari­sta przy­po­mniała sobie, że zna­la­zła ją w ciem­no­ści, że zasta­na­wiała się, skąd ona tam się wzięła.

Tak, już tu byłaś. Na wzgó­rzu, spójrz na Agu­anon.

Ari­sta nie zro­zu­miała.

Pół­nocne wzgó­rze, spójrz na świą­ty­nię na szczy­cie.

Dostrze­gła ją. Tak, wyda­wała się zna­joma, ale w pamięci księż­niczki nie wyglą­dała tak samo. Była roz­bita, poprzew­ra­cana, w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze pogrze­bana w ziemi, ale ta sama. Ari­sta już tam była i to wspo­mnie­nie ją prze­ra­żało. Tu stało jej się coś złego. Omal nie zgi­nęła na tym wzgó­rzu, pośród popę­ka­nych kamieni, odłam­ków strza­ska­nych słu­pów i poła­ma­nych płyt. Ale nie zgi­nęła. Coś zro­biła na tym wzgó­rzu, coś strasz­nego, coś, przez co wyry­wała gar­ściami wil­gotną trawę i bła­gała Mari­bora o wyba­cze­nie.

Wresz­cie Ari­sta zro­zu­miała, gdzie się znaj­duje, co widzi.

O to cho­dzi. To był mój dom. Idź tam, kop, znajdź gro­bo­wiec i róg. Zrób to, Ari­sto! Musisz! Nie ma już czasu! Wszy­scy zginą! Wszy­scy zginą! WSZY­SCY...

***

Ari­sta obu­dziła się z krzy­kiem.

Rozdział 3. Więzienia

Roz­dział 3

Wię­zie­nia

-?Z drogi! -?krzyk­nął Hadrian na kory­ta­rzu.

Stał zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od straż­nika gapią­cego się na niego i chu­cha­ją­cego mu w twarz. Dwaj straż­nicy, któ­rzy patrzyli z dru­giego końca kory­ta­rza, ruszyli pędem naprzód. Najem­nik usły­szał brzęk kol­czugi i ude­rze­nia pustych pochew o uda żoł­nie­rzy. Obaj zatrzy­mali się gwał­tow­nie w odle­gło­ści wycią­gnię­tego mie­cza.

-?To Tesh­lor -?prze­strzegł jeden swo­jego kolegę szep­tem.

Żoł­nierz, który zagra­dzał drzwi, nie chciał ustą­pić. Hadrian wyczuł u niego napię­cie, strach i brak pew­no­ści sie­bie, lecz rów­nież odwagę i lojal­ność nie­po­zwa­la­jące mu się ugiąć. Zwy­kle sza­no­wał takie cechy u czło­wieka, ale nie tym razem. Ten straż­nik po pro­stu stał mu na dro­dze.

Za jego ple­cami roz­legł się odgłos pod­no­sze­nia zasuwy i zaskrzy­piały drzwi.

-?Co się stało? -?roz­legł się głos zdez­o­rien­to­wa­nej kobiety.

Hadrian obej­rzał się i zoba­czył Ami­lię. Ruszyła naprzód, powłó­cząc nogami. Prze­tarła oczy, a potem zawią­zała pasek szla­froka.

-?Muszę poroz­ma­wiać z impe­ra­torką -?wark­nął. -?Powiedz im, żeby się odsu­nęli.

-?Jest śro­dek nocy! -?powie­działa gło­śnym szep­tem. -?Nie możesz się z nią zoba­czyć. Jeśli chcesz, spró­buję umó­wić spo­tka­nie na rano, ale wiedz, że Jej Impe­rialna Mość jest bar­dzo zajęta. Wia­do­mość...

Hadrian chwy­cił ręko­je­ści swo­ich mie­czy. Wszy­scy żoł­nie­rze napięli się i oprócz straż­nika przy drzwiach pozo­stali dwaj zro­bili krok do tyłu. Męż­czy­zna przed Hadria­nem poło­żył powoli rękę na wła­snym mie­czu, ale go nie wyjął.

Ma mocne nerwy, pomy­ślał Hadrian i zro­bił jesz­cze pół kroku do przodu, aż pra­wie zetknęli się nosami.

-?Zejdź mi z drogi -?powie­dział Blac­kwa­ter.

-?Hadrian? Co robisz? -?Tym razem na kory­ta­rzu roz­legł się głos Ari­sty.

-?Sta­ram się o audien­cję u impe­ra­torki -?odparł przez zaci­śnięte zęby.

Odwró­cił się od straż­nika i zoba­czył księż­niczkę bie­gnącą kory­ta­rzem na pią­tym pię­trze. Jak zawsze ostat­nimi czasy, nosiła szatę Esra­had­dona, która miała ciem­no­nie­bie­ski kolor i w tej chwili odbi­jała jedy­nie świa­tło pochodni w lich­ta­rzach na ścia­nach.

-?Zamknęli go w wię­zie­niu -?wyja­śnił Hadrian. -?Nie chcą mi nawet pozwo­lić, żebym go zoba­czył.

-?Royce'a?

-?Nie chciał upro­wa­dzić impe­ra­torki, ale zro­biłby wszystko, żeby odzy­skać Gwen. Powinni mu dać medal za zabi­cie Sal­dura i Mer­ricka. - Wes­tchnął. -?Gwen umarła mu na rękach i nie myślał trzeźwo. Nie zamie­rzał skrzyw­dzić Modiny. Dowie­dzia­łem się, że jest prze­trzy­my­wany w pół­noc­nej wieży. Nie sądzę, żeby Modina nawet o tym wie­działa. Tak więc mam zamiar jej powie­dzieć. Nie pró­buj mnie powstrzy­mać.

-?Nie zamie­rzam -?odrze­kła. -?Ja też muszę się z nią zoba­czyć.

-?Po co?

Księż­niczka wyda­wała się skrę­po­wana.

-?Mia­łam zły sen.

-?Co takiego?

-?Dzi­siaj nikt się nie zoba­czy z impe­ra­torką! -?oświad­czyła Ami­lia. Pod­bie­gło do nich kolej­nych sze­ściu żoł­nie­rzy. -?Jeśli będę musiała, to wezwę wszyst­kich straż­ni­ków zam­ko­wych!

Hadrian spoj­rzał na impe­rialną asy­stentkę.

-?Myślisz, że zdo­łają mnie powstrzy­mać?

-?Drzwi mają rygiel od wewnętrz­nej strony -?powie­dział straż­nik przy kom­na­cie impe­ra­torki. -?Nawet gdy­byś nas poko­nał, będziesz musiał sfor­so­wać grube drzwi z litego dębu.

-?Nie będzie z tym pro­blemu -?zapew­niła ich Ari­sta. -?Ale powin­nam was ostrzec, że nie odpo­wia­dam za rany powstałe od fru­wa­ją­cych drzazg.

Jej szata zaczęła jarzyć się mgli­stym sza­rym świa­tłem, które powoli robiło się coraz jaśniej­sze, oble­wa­jąc ich twa­rze bla­dym bla­skiem i roz­pra­sza­jąc cie­nie. Hadrian wyczuł lekki powiew na kory­ta­rzu. Cie­pły wiatr nasi­lał się, wiru­jąc wokół Ari­sty jak minia­tu­rowy cyklon, szar­piąc brzeg jej sukni i poru­sza­jąc koń­cami wło­sów.

Ami­lia patrzyła na to prze­ra­żona.

-?Otwórz drzwi, Ami­lio, albo je wyważę.

Wyda­wało się, że Ami­lia za chwilę krzyk­nie.

-?Wpuść ich, Geral­dzie -?dobiegł głos zza drzwi.

-?Wasza Impe­rialna Mość?

-?Tak, Geral­dzie. Nie są zary­glo­wane. Pozwól im wejść.

Straż­nik pod­niósł zasuwę i pchnął drzwi do środka, odsła­nia­jąc ciemne wnę­trze sypialni impe­ra­torki. Ami­lia mil­czała. Miała przy­spie­szony oddech, a przy bokach trzy­mała dło­nie zaci­śnięte w pię­ści. Hadrian wszedł pierw­szy, za nim Ari­sta, a następ­nie Ami­lia i Gerald.

W sypialni pano­wał chłód. Komi­nek był ciemny, a jedyne świa­tło wpa­dało przez otwarte okno w prze­ciw­le­głej ścia­nie, po któ­rego bokach falo­wały białe firanki, tań­cząc w sła­bym świe­tle księ­życa jak para duchów. Impe­ra­torka Modina, ubrana jedy­nie w koszulę nocną, sie­działa na pię­tach na pod­ło­dze i patrzyła na gwiazdy. Dło­nie trzy­mała na kola­nach, a łok­cie przy­ci­snęła do boków, chro­niąc się przed zim­nem. Spod bia­łego płótna koszuli wysta­wały gołe palce u stóp. Jasne włosy spły­wały jej splą­tane na plecy. Przy­po­mi­nała dziew­czynę, którą Hadrian zoba­czył kie­dyś pod Łukiem Skle­pi­ka­rzy w Col­no­rze.

-?Aresz­to­wali Royce'a -?powie­dział do niej Blac­kwa­ter. -?Zamknęli go w celi w wieży.

-?Wiem.

-?Wiesz? -?spy­tał z nie­do­wie­rza­niem. -?Od jak dawna...

-?To ja wyda­łam taki roz­kaz.

Hadrian patrzył na nią onie­miały.

-?Thrace... To zna­czy, Modino -?powie­dział cicho. -?Nie rozu­miesz. Nie zamie­rzał cię skrzyw­dzić. Zro­bił tylko to, co musiał. Usi­ło­wał ura­to­wać osobę, którą kochał naj­bar­dziej na świe­cie. Jak mogłaś tak z nim postą­pić?

W końcu się odwró­ciła.

-?Czy stra­ci­łeś kie­dyś osobę, która zna­czyła dla cie­bie wszystko? Patrzy­łeś, jak umiera, wie­dząc, że to twoja wina?

Hadrian nie odpo­wie­dział.

-?Gdy mój ojciec został zabity, pamię­tam, że oddy­cha­nie spra­wiało mi ból pra­wie nie do znie­sie­nia -?cią­gnęła, wyglą­da­jąc przez okno. -?Stra­ci­łam nie tylko ojca. To było tak, jakby runął cały świat, lecz ja jakimś cudem na nim pozo­sta­łam -?sama. Chcia­łam jedy­nie, żeby to się skoń­czyło. Byłam zmę­czona. Pra­gnę­łam, by ból ustał. Gdy­bym miała spo­sob­ność, gdyby mnie nie zabrali, gdyby mnie nie zamknęli w odosob­nie­niu, rzu­ci­ła­bym się do wodo­spadu. -?Odwró­ciła się i znów spoj­rzała na Hadriana. -?Wierz mi. Jest pod dobrą opieką -?przy­naj­mniej w takim stop­niu, w jakim sam na to pozwala. Ibis przy­rzą­dza mu dobre posiłki, któ­rych nie chce jeść. Znasz miej­sce, które byłoby teraz dla Royce'a lep­sze?

Hadrian przy­gar­bił ramiona i opu­ścił ręce luźno przy bokach.

-?Mogę go cho­ciaż zoba­czyć?

Modina zasta­na­wiała się przez chwilę.

-?Tak, ale tylko ty. W jego obec­nym sta­nie sta­nowi zagro­że­nie dla wszyst­kich innych ludzi. Nie jestem jed­nak pewna, czy będzie cię sły­szał. Możesz go odwie­dzić rano. -?Prze­chy­liła się, żeby widzieć Ami­lię. -?Możesz dopil­no­wać, by go wpusz­czono?

-?Tak, Wasza Impe­rialna Mość.

-?Świet­nie -?powie­działa impe­ra­torka, a następ­nie spoj­rzała na Ari­stę. - Co to za sprawa, która nie może zacze­kać do rana?

Księż­niczka Melen­garu prze­stą­piła z nogi na nogę, spla­ta­jąc i roz­pla­ta­jąc ręce przed sobą. Szata jarzyła się spo­koj­nym ciem­no­nie­bie­skim świa­tłem. Ari­sta spoj­rzała na impe­ra­torkę, a potem na Hadriana, Ami­lię, a nawet Geralda, który stał sztywno w wej­ściu. Skie­ro­wała wzrok z powro­tem na Modinę i powie­działa:

-?Chyba wiem, jak powstrzy­mać elfy.

***

Hadrian zszedł na trze­cie pię­tro, gdzie kil­koro ludzi wra­cało do swo­ich poko­jów po tym, jak uci­chły krzyki. Dostrzegł Degana Gaunta. Były przy­wódca nacjo­na­li­stów stał w koszuli noc­nej i spo­glą­dał w górę scho­dów, zarówno z zacie­ka­wie­niem, jak i poiry­to­wa­niem. Hadrian widział go po raz pierw­szy, odkąd obaj zostali uwol­nieni z lochu. Szyja i nos Gaunta były wąskie, a jego usta takie cien­kie, że pra­wie nie­wi­doczne. Zmarszczki na czole i wokół oczu świad­czyły, że miał trudne życie. Hadrian, widząc jego spo­sób cho­dze­nia i ruchy, zorien­to­wał się, że Degan czuje się nie­swojo, jakby był zagu­biony we wła­snej skó­rze. Miał nie­obecne spoj­rze­nie, dwu­dniowy zarost i odsta­jące w różne strony włosy. Gdyby Hadrian musiał zga­dy­wać, mógłby przy­piąć mu ety­kietę ubo­giego poety. Gaunt zupeł­nie nie wyglą­dał jak poto­mek impe­ra­to­rów.

-?Co tam się dzieje? -?spy­tał Degan prze­cho­dzą­cego słu­żą­cego.

-?Ktoś przy­szedł do impe­ra­torki, sir. Już po wszyst­kim.

Gaunt spo­glą­dał z powąt­pie­wa­niem.

Nie tak Hadrian pla­no­wał pozna­nie Gaunta. Wcze­śniej cze­kał, dając im obu czas na doj­ście do pełni zdro­wia. Potem wahał się ze zde­ner­wo­wa­nia. Chciał, żeby ich spo­tka­nie prze­bie­gło dobrze, żeby było dosko­nałe. Takie oko­licz­no­ści nie zali­czały się do dosko­na­łych, ale skoro już stali naprze­ciwko sie­bie, nie mógł się odwró­cić i odejść.

-?Witam, panie Gaunt, jestem Hadrian Blac­kwa­ter -?przed­sta­wił się, skła­da­jąc ukłon.

Degan Gaunt na powi­ta­nie zmarsz­czył nos, jakby poczuł nie­przy­jemny zapach. Przyj­rzał się kry­tycz­nie Hadria­nowi, po czym zmarsz­czył brwi.

-?Myśla­łem, że będziesz wyż­szy.

-?Przy­kro mi -?prze­pro­sił Hadrian.

-?Masz być moim słu­żą­cym, tak? -?spy­tał Gaunt. Zaczął okrą­żać Hadriana powoli, leni­wie, wciąż marsz­cząc czoło.

-?Prawdę mówiąc, jestem twoim straż­ni­kiem przy­bocz­nym.

-?Ile mam ci pła­cić za ten przy­wi­lej?

-?Nie pro­szę o pie­nią­dze.

-?Nie? A więc o co? Chcesz, żebym zro­bił z cie­bie diuka albo coś w tym guście? Dla­tego tu jesteś? O kur­czę, jak się ma pie­nią­dze i wła­dzę, to ludzie wyłażą ze wszyst­kich kątów. Nawet cię nie znam, a oto przy­cho­dzisz i pro­sisz o przy­wi­leje, jesz­cze zanim koro­no­wano mnie na impe­ra­tora.

-?To nie tak. Jesteś spad­ko­biercą Novrona. Ja jestem obrońcą spad­ko­biercy, tak jak przede mną był mój ojciec. To... tra­dy­cja.

-?Aha.

Gaunt stał przy­gar­biony i przez chwilę wcią­gał powie­trze przez zęby, po czym wło­żył mały palec do ust, żeby coś spo­mię­dzy nich usu­nąć. Po dłuż­szej chwili zre­zy­gno­wał.

-?W porządku, powiem, czego nie łapię. Jestem spad­ko­biercą, co czyni ze mnie przy­wódcę impe­rium i głowę Kościoła. Jeśli się nie mylę, to jestem nawet czę­ściowo bogiem -?pra­pra­wnu­kiem Mari­bora albo kimś w tym guście. Jeśli więc mam zostać impe­ra­to­rem posia­da­ją­cym cały zamek straż­ni­ków i armię żoł­nie­rzy, któ­rzy będą mnie bro­nić, to po co potrzebny mi jesteś ty?

Hadrian nie odpo­wie­dział. Nie wie­dział, co może powie­dzieć. Gaunt miał rację. Rola Hadriana jako straż­nika przy­bocz­nego była istotna tylko dopóty, dopóki spad­ko­bierca się ukry­wał.

-?Cóż, zapew­nia­nie ci ochrony to ponie­kąd rodzinna tra­dy­cja, z którą nie chciał­bym zry­wać -?odparł w końcu. Nawet jemu te słowa wydały się nie­do­rzeczne.

-?Umiesz wal­czyć mie­czem?

-?Cał­kiem nie­źle.

Gaunt podra­pał się po nie­ogo­lo­nym pod­bródku.

-?Skoro nie chcesz zapłaty, to chyba był­bym głupi, gdy­bym cię nie przy­jął. Dobra, możesz być moim sługą.

-?Straż­ni­kiem przy­bocz­nym.

-?Nie­ważne. -?Mach­nął ręką w jego stronę, jakby odga­niał nie­zno­śną muchę. -?Wra­cam do łóżka. Jeśli chcesz, to możesz cze­kać pod drzwiami i odgry­wać straż­nika.

Gaunt wró­cił do swo­jej kom­naty, a Hadrian został przed drzwiami, czu­jąc się zde­cy­do­wa­nie głu­pio. Spo­tka­nie nie wyszło tak dobrze, jak na to liczył. Nie zro­bił wra­że­nia na Gaun­cie i musiał przy­znać, że Gaunt nie uczy­nił nic, czym mógłby zaim­po­no­wać jemu. Hadrian nie wie­dział dokład­nie, czego się spo­dzie­wał. Może sądził, że Gaunt będzie wcie­le­niem szla­chet­nego bie­daka. Czło­wie­kiem zdu­mie­wa­jąco pra­wym, piewcą oświe­ce­nia, który wyrósł z soli ziemi i dotarł na szczyty. Pew­nie, stan­dardy Hadriana były wyso­kie, ale w końcu Degan miał być czę­ściowo bogiem. Zamiast tego samo prze­by­wa­nie w pobliżu Gaunta wzbu­dzało u Blac­kwa­tera chęć do wzię­cia kąpieli.

Oparł się o ścianę i spoj­rzał w jedną, a potem w drugą stronę kory­ta­rza.

To absurd. Co ja robię?

Odpo­wiedź była oczy­wi­sta -?nic. Ale nie było nic do zro­bie­nia. Prze­ga­pił oka­zję i teraz był bez­u­ży­teczny.

Zza drzwi dotarł do niego odgłos chra­pa­nia Gaunta.

***

Naza­jutrz rano Hadrian zastał Royce'a sie­dzą­cego na pod­ło­dze w celi, opar­tego ple­cami o ścianę, z jed­nym kola­nem pod­cią­gnię­tym do góry i nogą prze­chy­loną na bok jak maszt namiotu. Przy­ja­ciel Blac­kwa­tera oparł na tym kola­nie prawą rękę, któ­rej dłoń zwi­sała swo­bod­nie. Miał na sobie jedy­nie czarną tunikę i spodnie. Był bez pasa i butów. Pode­szwy jego bosych stóp poczer­niały od kon­taktu z zie­mią. Sie­dział z głową odchy­loną do tyłu i opartą o ścianę, uka­zu­jąc tygo­dniowy ciemny zarost na policz­kach, pod­bródku i szyi. We włosy i ubra­nie miał wplą­tane kawałki słomy, ale na jego podołku leżał sta­ran­nie zło­żony, nie­na­gan­nie czy­sty szal.

Nie spoj­rzał, gdy Hadrian poja­wił się w wej­ściu do celi. Nie spał -?nikt nie mógł podejść tak bli­sko do Royce'a i go nie obu­dzić, ale o czuj­no­ści elfa naj­do­bit­niej świad­czyły jego otwarte oczy. Gapił się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w sufit.

-?Cześć, stary -?ode­zwał się Hadrian, wcho­dząc do celi.

Straż­nik zamknął za nim drzwi. Hadrian usły­szał, jak zamek się zatrza­skuje.

-?Zawo­łaj, jak będziesz chciał wyjść -?powie­dział męż­czy­zna do Hadriana.

W celi było okienko przy sufi­cie, przez które wpa­dał snop świa­tła w kształ­cie kwa­dratu, oświe­tla­jąc miej­sce styku ściany z pod­łogą. Na tle wpa­da­ją­cych pro­mieni Hadrian zoba­czył wiszący w powie­trzu sło­miany pył. Przy drzwiach stały kubek wody, kie­li­szek wina i talerz potrawy z mar­chwi i ziem­nia­ków. Wszystko było nie­tknięte. Gulasz wysechł i stward­niał.

-?Prze­szka­dzam w śnia­da­niu?

-?To był obiad -?odrzekł Royce.

-?Kiep­sko, hę?

Hadrian usiadł obok przy­ja­ciela na łóżku z gru­bym mate­ra­cem, na któ­rym było kilka cie­płych koców, trzy mięk­kie poduszki i pościel z cien­kiego płótna. Widać było, że Royce w nim nie spał.

-?Nie jest tu aż tak źle -?powie­dział, uda­jąc, że się roz­gląda. -?Bywało już z nami gorzej, ale wiesz, to ostat­nie miej­sce, w jakim się cie­bie spo­dzie­wa­łem. Myśla­łem, że znik­niesz i dasz mi czas na wyja­śnie­nie, dla­czego upro­wa­dzi­łeś impe­ra­torkę. Co się stało?

-?Odda­łem się w ich ręce.

Hadrian uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią.

-?Jak widać.

-?Po co przy­sze­dłeś? -?spy­tał Royce. Jego spoj­rze­nie było przy­ga­szone i puste.

-?Skoro już wiem, że tu jesteś, pomy­śla­łem, że przyda ci się towa­rzy­stwo. No wiesz, ktoś do roz­mowy, ktoś, kto może prze­my­cić ci budyń figowy i od czasu do czasu udko kur­czaka. Mógł­bym przy­nieść karty. Prze­cież uwiel­biasz ogry­wać mnie w... Cóż, po pro­stu lubisz mi doło­żyć.

Royce uśmiech­nął się nie­znacz­nie. Wycią­gnął lewą rękę i chwy­cił garść słomy. Roz­gniótł ją w zaci­śnię­tej dłoni, pozwa­la­jąc, by kawa­łeczki prze­le­ciały mu mię­dzy pal­cami; obser­wo­wał je pod świa­tło. Gdy już wszyst­kie spa­dły, otwo­rzył dłoń i wpa­try­wał się w nią, obra­ca­jąc ją grzbie­tem do góry i z powro­tem, jakby ni­gdy wcze­śniej jej nie widział.

-?Chcę ci podzię­ko­wać, Hadria­nie -?powie­dział, wciąż patrząc na swoją rękę. Mówił cicho, powoli, apa­tycz­nie.

-?Mówisz strasz­nie for­mal­nie, co? To tylko gra kar­ciana -?powie­dział Hadrian i się uśmiech­nął.

Royce opu­ścił rękę, kła­dąc ją na pod­ło­dze, jak zapo­mnianą zabawkę. Znów skie­ro­wał uwagę na sufit.

-?Nie­na­wi­dzi­łem cię przy naszym pierw­szym spo­tka­niu. Wie­dzia­łeś o tym? Pomy­śla­łem, że Arca­dius zwa­rio­wał, każąc mi zabrać cie­bie na tamtą robotę.

-?Czemu więc to zro­bi­łeś?

-?Szcze­rze? Spo­dzie­wa­łem się, że cię zabiją. Wtedy mógł­bym iść do stuk­nię­tego czar­no­księż­nika, roze­śmiać się i powie­dzieć: "Widzisz? Co ci mówi­łem? Nie­zdarny głu­piec zgi­nął". Tyle że ty prze­ży­łeś. Dotar­łeś na sam szczyt Wieży Koron­nej, i to bez narze­ka­nia, bez skom­le­nia.

-?Wtedy zaczą­łeś mnie sza­no­wać?

-?Nie. Pomy­śla­łem, że mia­łeś szczę­ście nowi­cju­sza. Ocze­ki­wa­łem, że zgi­niesz pod­czas powrot­nej wyprawy następ­nej nocy, gdy zmu­sił nas, żeby­śmy zwró­cili skra­dziony łup.

-?Tylko że znów prze­ży­łem.

-?Szcze­rze mówiąc, to mnie roz­wście­czyło. Wiesz, zwy­kle nie mylę się co do ludzi. I umia­łeś świet­nie wal­czyć. Myśla­łem, że Arca­dius wci­skał mi kit, kiedy opo­wia­dał o two­ich zdol­no­ściach. "Naj­lep­szy żyjący wojow­nik", powie­dział. "W uczci­wej walce Hadrian pokona każ­dego". To było zna­mienne -?uczciwa walka. Wie­dział, że nie wszyst­kie twoje walki będą uczciwe. Chciał, żebym pod­szko­lił cię we wbi­ja­niu noża w plecy, oszu­stwie i zdra­dzie. Chyba domy­ślał się, że coś o tym wiem.

-?A ja mia­łem nauczyć honoru, przy­zwo­ito­ści i życz­li­wo­ści, czło­wieka wycho­wa­nego przez wilki.

Royce obró­cił głowę i spoj­rzał na przy­ja­ciela.

-?Powie­dział ci o mnie?

-?Nie wszystko, tylko nie­które okropne rze­czy.

-?O moim poby­cie w Man­zan­cie?

-?Tylko to, że tam byłeś, że to cię pra­wie zabiło i że cię stam­tąd wydo­stał.

Royce ski­nął głową. Twarz mu się wycią­gnęła, znów patrzył nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, z roz­tar­gnie­niem zgar­nął kolejną garść słomy, żeby ją zgnieść.

Hadrian omiótł spoj­rze­niem celę. Wszyst­kie kamie­nie tro­chę powy­żej połowy jej wyso­ko­ści były ciemne i gład­kie, two­rząc coś w rodzaju linii powo­dzi. Na prze­ciw­nej ścia­nie najem­nik zoba­czył stare wydra­pane kre­ski, które ukła­dały się we wzór przy­po­mi­na­jący rząd bel psze­nicy. W naroż­niku zewnętrz­nego para­petu okienka jakiś ptak zbu­do­wał sobie gniazdo, które było teraz puste i zasy­pane śnie­giem. Od czasu do czasu Blac­kwa­ter sły­szał odgłosy fur­manki, konia lub ludzi na dzie­dzińcu, ale prze­waż­nie pano­wała tam cmen­tarna cisza.

-?Hadria­nie... -?zaczął Royce. Prze­stał bawić się słomą, roz­pro­sto­wu­jąc palce rąk, i wpa­trzył się w ścianę. Mówił sła­bym i nie­pew­nym gło­sem. - Ty i Arca­dius... jeste­ście jedyną rodziną, jaką kie­dy­kol­wiek zna­łem. Jeste­ście jedy­nymi ludźmi na tym świe­cie... -?Prze­rwał, prze­ły­ka­jąc ślinę i przy­gry­za­jąc dolną wargę.

Hadrian cze­kał.

W końcu Royce pod­jął:

-?Chcę, żebyś wie­dział... To ważne, abyś... -?Odwró­cił się twa­rzą do ściany. -?Chcia­łem podzię­ko­wać ci za to, że byłeś przy mnie, że tu przy­sze­dłeś. Za to, że byłeś mi bli­ski jak brat. Ja po pro­stu... Chcę, żebyś to wie­dział.

Hadrian się nie ode­zwał. Cze­kał, aż Royce odwróci się i spoj­rzy na niego. I gdy po kilku minu­tach mil­cze­nia tak się stało, Hadrian spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

-?Dla­czego? Czemu chcesz, żebym to wie­dział?

-?Jak to?

-?Powiedz mi. Nie, nie patrz na ścianę, spójrz na mnie. Czemu to takie ważne, żebym wie­dział?

-?Po pro­stu tak jest, dobrze? -?odparł Royce.

-?Nie, tak nie jest dobrze. Nie wci­skaj mi kitu, Royce. Jeste­śmy razem od dwu­na­stu lat. Wiele razy sta­li­śmy w obli­czu śmierci. Czemu mi to teraz mówisz?

-?Jestem przy­gnę­biony. Jestem zroz­pa­czony. Czego ode mnie chcesz?

Hadrian dalej patrzył na przy­ja­ciela, ale powoli zaczął kiwać głową.

-?Cze­ka­łeś, prawda? Sie­dzia­łeś tu, opie­ra­łeś się o ścianę, cze­ka­łeś... Cze­ka­łeś, aż się zja­wię.

-?Przy­po­mi­nam ci, że mnie aresz­to­wali. Jestem w zamknię­tej celi. Nie mogę wiele zdzia­łać.

Hadrian par­sk­nął.

-?O co cho­dzi?

Hadrian wstał. Potrze­bo­wał ruchu. W klitce było mało miej­sca, ale i tak cho­dził tam i z powro­tem mię­dzy ścianą a drzwiami. Trzy kroki w każdą stronę.

-?Kiedy zamie­rzasz to zro­bić? Jak tylko wyjdę? Dziś wie­czo­rem? A może zde­cy­du­jesz się na miłe samo­bój­stwo o poranku? Hę, Royce? Mógł­byś to dla efektu zgrać ze wscho­dem słońca albo zadbać o dra­ma­tur­gię i ode­brać sobie życie o pół­nocy. Co wybie­rasz?

Royce się nachmu­rzył.

-?Jak to zro­bisz? Prze­tniesz sobie żyły? Pode­rżniesz gar­dło? Wdasz się w bójkę ze straż­ni­kiem, kiedy przy­nie­sie obiad? Obrzu­cisz go wyzwi­skami? A może zro­bisz coś jesz­cze bar­dziej spek­ta­ku­lar­nego? Pobie­gniesz do pokoju Modiny i znów zagro­zisz, że ją zabi­jesz. Natra­fisz na jakie­goś mło­dego, rosłego idiotę o wybu­ja­łym ego. Wycią­gniesz broń, coś małego, nie­zbyt groź­nie wyglą­da­ją­cego. On dobę­dzie swo­jego mie­cza. Udasz, że ata­ku­jesz, ale on nie będzie wie­dział, że to blef.

-?Nie zacho­wuj się w ten spo­sób.

-?W ten spo­sób? -?Hadrian prze­rwał i odwró­cił się od przy­ja­ciela. Musiał wziąć oddech, żeby się uspo­koić. -?A jak mam się zacho­wy­wać? Twoim zda­niem powi­nie­nem być... Co? Może szczę­śliwy? Sądzi­łeś, że to mnie nie obej­dzie? Myśla­łem, że jesteś sil­niej­szy. Jeśli ktoś zdo­łał prze­żyć...

-?No wła­śnie! Nie chcę! Zawsze uda­wało mi się prze­żyć. Życie jest jak tyran, któ­remu frajdę spra­wia spraw­dza­nie, jak bar­dzo dasz się poni­żyć. Grozi, że cię zabije, jeśli nie zjesz błota. Zabiera wszystko, na czym ci zależy -?nie dla­tego, że chce lub potrze­buje tego, co masz, lecz tylko po to, żeby zoba­czyć, czy to znie­siesz. Od dziecka pozwa­la­łem, żeby ten despota mną ponie­wie­rał. Robi­łem wszystko, czego chciał, tylko po to, żeby prze­żyć. Ale z wie­kiem dosze­dłem do wnio­sku, że ist­nieją gra­nice. Ty mi to poka­za­łeś. Na wię­cej już nie pozwolę, tylko tyle mogę znieść. Nie zamie­rzam tego dłu­żej tole­ro­wać. Nie będę jadł błota tylko po to, żeby prze­żyć.

-?A więc to moja wina? -?Hadrian znów usiadł ciężko na mate­racu. Przez chwilę prze­cze­sy­wał ręką włosy, po czym powie­dział: -?Tak dla two­jej wia­do­mo­ści, nie tylko tobie jej bra­kuje. Ja też ją kocha­łem.

Royce uniósł głowę.

-?Nie w taki spo­sób. Wiesz, co mam na myśli. Naj­gor­sze jest to, że... - Hadria­nowi zała­mał się głos. -?To wła­ści­wie moja wina i będę musiał z tym żyć. Pomy­śla­łeś o tym? Ty mia­łeś rację, ja się myli­łem. Powie­dzia­łeś, żeby nie brać zle­ce­nia od DeWitta, ale ja cię namó­wi­łem. Powie­dzia­łeś, żeby­śmy wyje­chali z Dahl­grenu, że to nie nasza walka, ale ja cię nakło­ni­łem do pozo­sta­nia. Powie­dzia­łeś, że nie wygram z Mer­ric­kiem, więc poje­cha­łeś, żeby mnie chro­nić. Powie­dzia­łeś mi, że Degan Gaunt okaże się dup­kiem, i co do tego też mia­łeś rację. Z mojego powodu nie zro­bi­łeś tego, co wie­dzia­łeś, że jest słuszne. Cią­gną­łem cię ze sobą, pró­bu­jąc zre­ha­bi­li­to­wać się przez wzgląd na pamięć o nie­ży­ją­cym ojcu. Gwen zgi­nęła przeze mnie. Znisz­czy­łem tę odro­binę dobra, które spo­tkało cię w życiu, pró­bu­jąc osią­gnąć coś, co w osta­tecz­nym roz­ra­chunku nic nie zna­czy. Nie jestem boha­te­rem, który ocala kró­le­stwo i zdo­bywa księż­niczkę. Życie tak nie wygląda. -?Roze­śmiał się gorzko. - W końcu mnie tego nauczy­łeś, przy­ja­cielu. Tak. Życie to nie bajka. Boha­te­ro­wie nie jeż­dżą na bia­łych koniach i dobro nie zawsze zwy­cięża. Ja po pro­stu... Chyba chcia­łem, żeby tak było. Uwa­ża­łem, że nic nie zaszko­dzi uwie­rze­nie w to. Nie wie­dzia­łem, że ty i Gwen ponie­sie­cie kon­se­kwen­cje.

-?To nie twoja wina -?zaprze­czył Royce.

-?Powtórz mi to jesz­cze milion razy, a może uwie­rzę. Tylko że tak się nie sta­nie, prawda? Nie będzie cię w pobliżu, żeby mi o tym przy­po­mnieć, prawda? Zamie­rzasz się pod­dać. Zamie­rzasz mnie zosta­wić i to też będzie moja wina. Do dia­bła, Royce! Masz wybór. Wiem, że tak ci się nie wydaje, i wiem, że jestem głup­cem, który wie­rzy w świat fan­ta­zji, gdzie dobrym ludziom mogą przy­da­rzać się dobre rze­czy, ale wiem też jedno. Możesz skie­ro­wać się albo w stronę ciem­no­ści i roz­pa­czy, albo pra­wo­ści i świa­tła. To zależy od cie­bie.

Royce uniósł gwał­tow­nie głowę i z wyra­zem szoku na twa­rzy spoj­rzał na Hadriana. Szok szybko zastą­piła podejrz­li­wość.

-?O co cho­dzi? -?zanie­po­koił się Hadrian.

-?Jak to robisz? -?spy­tał Royce i Hadrian po raz pierw­szy od chwili wej­ścia do celi zoba­czył daw­nego Royce'a: zim­nego, mrocz­nego i roz­gnie­wa­nego.

-?Co masz na myśli?

-?Po raz drugi zacy­to­wa­łeś Gwen. Za pierw­szym razem to było na moście. Kie­dyś powie­działa mi to samo, dokład­nie takimi sło­wami.

-?Hę?

-?Obej­rzała linie na mojej dłoni i powie­działa, że widzi roz­wi­dle­nie, punkt pod­ję­cia decy­zji. Że będę musiał posta­no­wić, czy skie­ruję się w stronę ciem­no­ści i roz­pa­czy, czy pra­wo­ści i świa­tła.

-?Gwen tak powie­działa?

Ski­nął głową.

-?Ale cie­bie przy tym nie było. Nie mogłeś sły­szeć, jak to mówi. Byli­śmy sami w jej biu­rze w Domu. To było rok temu. Pamię­tam tylko dla­tego, że tego wie­czoru Ari­sta przy­szła do gospody Pod Różą z Cier­niem, a ty się upi­ja­łeś i roz­pra­wia­łeś o tym, że jesteś paso­ży­tem. Skąd zatem wie­dzia­łeś?

Hadrian wzru­szył ramio­nami.

-?Nie wie­dzia­łem, ale... -?Po ple­cach prze­szedł mu dreszcz. -?A jeśli to ona wie­działa? A jeśli to nie ja ją cytuję, tylko ona mnie?

-?Co takiego?

-?Gwen miała dar jasno­wi­dze­nia -?wyja­śnił Hadrian. -?A jeśli widziała frag­menty two­jej przy­szło­ści, tak jak Fan Irlanu w ten­kiń­skiej wio­sce? - Zasta­na­wiał się, błą­dząc wzro­kiem po ścia­nie. -?Mogła widzieć nas na moście i tutaj w tej celi. Wie­działa, co powiem, a także to, że nie będziesz mnie słu­chał. Musiała wie­dzieć, że na moście też mnie nie posłu­chasz. Dla­tego to powie­działa. -?Teraz mówił szybko, widząc to wszystko w wyobraźni. -?Wie­działa, że mnie zigno­ru­jesz, ale jej nie możesz zlek­ce­wa­żyć. Royce, Gwen nie chce, żebyś zgi­nął. Ona zga­dza się ze mną. Może myli­łem się w prze­szło­ści, ale nie tym razem. Gwen zoba­czyła przy­szłość i mnie wspiera. -?Oparł się o ścianę, spla­ta­jąc ręce za głową w geście zwy­cię­stwa. -?Nie możesz się zabić -?powie­dział try­um­fal­nie, jakby wygrał jakiś zakład. -?Jeśli to zro­bisz, postą­pisz wbrew jej woli!

Royce wyglą­dał na skon­fun­do­wa­nego.

-?Ale jeśli wie­działa, to dla­czego temu nie zapo­bie­gła? Czemu pozwo­liła mi z tobą jechać? Czemu mi nie powie­działa?

-?To oczy­wi­ste. Chciała, żeby­śmy poje­chali i albo nie mogła unik­nąć śmierci, albo...

-?Albo co? Chciała umrzeć? -?zapy­tał sar­ka­stycz­nym tonem.

-?Nie, chcia­łem powie­dzieć, że wie­działa, że musi zgi­nąć.

-?Dla­czego?

-?Nie wiem. Może zoba­czyła coś innego, coś, co się jesz­cze nie wyda­rzyło. Coś tak waż­nego, że warto było za to umrzeć na moście. Jed­nak cokol­wiek to jest, nie obej­muje two­jego samo­bój­stwa. Sądzę, że wyra­ziła się jasno.

Royce odrzu­cił głowę do tyłu, ude­rza­jąc nią o ścianę dosta­tecz­nie mocno, by roz­legł się głu­chy odgłos, i zaci­snął powieki.

-?Niech to dia­bli.

***

Mau­vin Pic­ke­ring stał na bal­ko­nie na czwar­tym pię­trze i spo­glą­dał na pała­cowy dzie­dzi­niec. Znów śnie­żyło. Gęste mokre płatki wypeł­niały powoli błot­ni­ste głę­bo­kie kole­iny wyżło­bione przez koła wozów. Płatki spa­dały po kolei na zie­mię i od razu top­niały, ale jakimś cudem nie wszyst­kie spo­ty­kał ten los. Kałuże się pomniej­szyły, brud znik­nął, świat jesz­cze raz stał się biały i czy­sty.

Za murem mło­dzie­niec widział dachy domów. W dole roz­cią­gała się Aqu­esta, setki ośnie­żo­nych strzech, które znaj­do­wały się bli­sko sie­bie, jakby sku­lone przed burzą śnieżną. Budynki cią­gnęły się do morza i w górę wzgó­rza na pół­noc. Mau­vin uniósł głowę, spo­glą­da­jąc na szcze­linę, która według jego wie­dzy była pla­cem Impe­rial­nym, i dalej na plac Bin­ghama, gdzie dostrzegł Wieżę Kup­ców, wska­zu­jącą dziel­nicę rze­mieśl­ni­ków. Pod­niósł wzrok jesz­cze wyżej, się­ga­jąc spoj­rze­niem poza otwarte pola gospo­darstw do zale­sio­nych wzgórz -?zamglo­nej sza­rej linii w oddali, za którą maja­czyły wyż­sze wznie­sie­nia -?prze­sło­nię­tych śnieżną kur­tyną. Wyobra­żał sobie, że widzi Glo­uston, i jesz­cze dalej, za rzeką, Melen­gar -?kró­le­stwo z soko­łem w her­bie, kra­inę, w któ­rej się uro­dził, swój dom. Pola Dron­dila na pewno pokrył śnieg, sad był oszro­niony, fosa zamar­z­nięta. Vern roz­bi­jał lód w studni cięż­kim mło­tem przy­wią­za­nym do końca sznura, bojąc się, że, tak jak pięć lat wcze­śniej, węzeł się roz­wiąże i ulu­bione narzę­dzie męż­czy­zny spad­nie na dno szybu. Ono wciąż tam jest, pomy­ślał Mau­vin, leży w wodzie i czeka, aż Vern je wycią­gnie, ale teraz już tego nie zrobi.

-?Prze­zię­bisz się na śmierć -?powie­działa matka.

Odwró­cił się i zoba­czył ją, jak stoi w wej­ściu w swo­jej ciem­no­nie­bie­skiej sukni -?stroju o kolo­rze naj­bar­dziej zbli­żo­nym do czar­nego. Na ramio­nach miała bor­dowy szal, który Fanen poda­ro­wał jej na zimo­na­lia trzy lata wcze­śniej -?w tym samym roku, w któ­rym zgi­nął. Stał się on jej sta­łym ele­men­tem ubioru i nosiła go przez cały rok, wyja­śnia­jąc, że w zimie ją grzeje, a w lecie chroni ramiona przed słoń­cem. Tego ranka zoba­czył także, że matka zało­żyła naszyj­nik. Trudno było nie zauwa­żyć nie­zgrab­nego, dużego łań­cu­cha obcią­żo­nego olbrzy­mim wisio­rem, który miał wyglą­dać jak słońce -?wielki szma­ragd wci­śnięty w złotą oprawę i rzędy rubi­nów two­rzące pro­mie­nie świa­tła. Klej­not był brzydki, bez gustu. Mau­vin widział go wcze­śniej jedy­nie kilka razy na dnie szka­tułki matki. To był pre­zent od jego ojca.

Nawet po uro­dze­niu czworga dzieci męż­czyźni wciąż oglą­dali się za Belindą Pic­ke­ring. Jeśli wie­rzyć opo­wie­ściom, zbyt wielu jak na gust jego ojca. Od dzie­sią­tek lat krą­żyły plotki o licz­nych poje­dyn­kach o jej honor. Według legend odbyło się aż dwa­dzie­ścia, a doszło do nich z powodu tego, że jakiś męż­czy­zna zbyt długo wpa­try­wał się w hra­binę. Wszyst­kie koń­czyły się tak samo -?śmier­cią wino­wajcy od ciosu magicz­nego mie­cza hra­biego Pic­ke­ringa. Tak gło­siła legenda, ale Mau­vin wie­dział tylko o dwóch takich zda­rze­niach.

Pierw­szy incy­dent miał miej­sce jesz­cze przed jego naro­dzi­nami. Ojciec opo­wie­dział mu całą histo­rię w trzy­na­ste uro­dziny Mau­vina, w dniu, w któ­rym chło­pak opa­no­wał pierw­szy poziom Tek'chin. Wyja­śnił, że on i matka Mau­vina jechali sami do domu i zostali napad­nięci przez roz­bój­ni­ków. Oprysz­ków było czte­rech i hra­bia chciał oddać konie, sakiewkę, a nawet biżu­te­rię Belindy, żeby unik­nąć kon­fliktu. Zauwa­żył jed­nak, w jaki spo­sób zło­dzieje łypali na Belindę. Kiedy szep­tali mię­dzy sobą, widział pożą­da­nie w ich oczach. Zabił dwóch, trze­ciego ranił, a ostat­niemu pozwo­lił uciec. Po walce została mu bli­zna długa na jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki