WSTĘPDO DRUGIEGO WYDANIA
Dziś już nie napisałabym takiej książki jak Pra. Nie miałabym jak. Po latach widać, że zabrałam się do niej w ostatnim możliwym momencie. Był koniec 2010 roku, dokładnie dekadę temu zaczęłam zbieranie rodzinnych wspomnień, których efektem jest Pra. Obie córki Jarosława, moja babcia Marysia i jej siostra Teresa, były wtedy jeszcze w świetnej formie intelektualnej. Rozmawiając z nimi wówczas, nie zdawałam sobie do końca sprawy, jak ogromny mam przywilej.
Przywilej i szczęście, że mogę ich wysłuchać, że są ze mną szczere, że dzielą się ze mną intymnymi wspomnieniami. Mam wrażenie, że powiedziały mi rzeczy, których nigdy wcześniej publicznie nie mówiły, na przykład o tym, jak rodzice byli rozczarowani ich związkami, jak ojciec niesprawiedliwie je osądzał, z moralnego punktu widzenia, podczas gdy, jak to ujęła moja babcia, "sam robił rzeczy dużo bardziej niemoralne". A najważniejsze jest dla mnie to, że nic mi z tej książki nie kazały wykreślić, niczego nie chciały zataić. Zwłaszcza babci oddałam wydruk z drżeniem serca. Bałam się, że, choć starałam się być delikatna wobec niej, przeczytawszy go, obrazi się na mnie. Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie i powiedziała:
- Przeczytałam. To jest bardzo dobre.
Miała tylko kilka nieznaczących uwag, które dziś mnie bawią. Na przykład że nie mogę porównywać domu Teresy w Rzepiskach do Stawiska, bo "na Stawisku bywała elita intelektualna Polski". Najważniejsze jednak, że nie chciała, żebym wyrzuciła fragmenty dla niej na pewno trudne, o jej relacji z dziećmi, o jej nieudanych małżeństwach czy jej stosunkach z rodzicami, które przecież nie przedstawiały się tak różowo, jak to może wyglądać po lekturze kilku okolicznościowych wywiadów, jakich udzieliła kolorowym pismom.
Tej odwagi intelektualnej Teresa i Marysia dowiodły także przy publikacji dziennika ojca. Jego wydanie zbiegło się z moją pracą nad Pra. W tamten tekst też nie ingerowały, zdecydowały się go wydać bez jednego nawet skreślenia, co musiało być dla nich próbą charakteru.
Ile moja babcia zrobiła dla popularyzacji twórczości ojca, zrozumiałam, dopiero kiedy przejęłam od niej część tych obowiązków. Już wiele lat po ukazaniu się Pra. Przejęcie to nastąpiło, bo zdaliśmy sobie rodzinnie sprawę, że forma intelektualna babci zaczyna podupadać. Najpierw jednak pogorszył się stan Teresy.
Jeszcze zanim książka wyszła, ale jak już była napisana, kontakty z nią stały się trudniejsze. Bywały dni, kiedy miała świetny nastrój: wesoła, zgryźliwie dowcipna po swojemu, ale bywały takie, kiedy zapadała się głęboko we własne myśli i trudno nawiązywała porozumienie z otoczeniem. Z wydanym Pra przyszłam już do niej do szpitala, późną wiosną 2012 roku. Umarła kilka tygodni później.
Dzień jej pogrzebu, na samym początku lipca, był chyba najgorętszym dniem tamtego lata. Pamiętam, jak staliśmy wszyscy na cmentarzu w Brwinowie, nie do końca jeszcze rozumiejąc, co się stało, a po całym ciele spływały mi strużki potu. Teresa pochowana jest w grobie swojej matki chrzestnej, tak zwanej cioci Maniusi, i spokrewnionej z nią swojej praprababki Anieli Petzoldt. W książce opisuję tragiczny los Anieli, która nie chciała wychodzić za starego Petzoldta, a w młodości kochała się w poecie romantycznym Bohdanie Zaleskim.
W zeszłe wakacje odkryłam, że ten sam Zaleski bywał częstym gościem na dworze Tetmajerów w Łopusznej. Miał tam nawet swój mały domeczek, zwany od jego pseudonimu Gackiem. Dwór położony jest pół godziny jazdy od domu Teresy w Rzepiskach, na Spiszu. Niby nic nieznaczący zbieg okoliczności, ale jakoś lubię takie zbiegi. Pokazują złożoność świata i gęstość występujących w nim wzajemnych powiązań. Bawią mnie, być może czasami aż nadto, bo część czytelników skarżyła się, że książka Pra bywa miejscami skomplikowana ze względu na liczbę przewijających się w niej osób i powiązania między nimi. Nie zamierzam jednak tego zmieniać. Odkrywanie kto, z kim, kiedy i przez kogo, jest chyba właśnie w pisaniu, a potem także w czytaniu historii najciekawsze.
Babcia dzielnie się jeszcze trzymała przez kilka lat po śmierci młodszej siostry. Jej stan pogarszał się powoli. Byłam zdziwiona, kiedy pewnego razu przyznała, że nie pamięta jakiejś kwestii, którą jeszcze kilka lat wcześniej opisywała mi z najdrobniejszymi szczegółami, właśnie na potrzeby Pra.
Na dobre zrozumieliśmy, że babcia się posunęła (jak to się u nas w rodzinie określało), kiedy zaczęła nam, odwiedzającym ją w jej mieszkaniu na Ursynowie, opowiadać, że cała dzielnica jest przebudowywana, że ona ciągle słyszy huk młotów pneumatycznych, a wieczorami awantury wszczynane przez pracujących przy budowie robotników, którzy są zakwaterowani w jej bloku. Zapewniała nas, że robotnicy urządzają sobie popijawy i śpiewają na cały głos Wróć do Sorrento. Wstyd się przyznać, bo sprawa dotyczy jednak nieszczęścia mojej kochanej babci, ale wizja robotników budowlanych śpiewających na cały głos ckliwy przebój Anny German śmieszy mnie do łez.
Umarła pod koniec marca 2019 roku. Wraz z nią odeszła cała epoka. Niektóre historie, pamięć o pewnych osobach, szczegółach z życia własnego i innych zabrała ze sobą do grobu. Cieszę się, że część tego, co przeżyła i zapamiętała, udało się jednak ocalić. Na przykład w zredagowanych przez Agnieszkę Papieską Portretach. Ale też właśnie w Pra.
W 2017 roku odeszła także inna moja informatorka, Zosia Dzięcioł. Nie umiem myśleć o niej inaczej jak o członkini naszej rodziny. Zaczęła pracować na Stawisku jako młoda dziewczyna, a mieszkała tam jeszcze długo po śmierci moich pradziadków, póki sama nie umarła. Bez niej ten dom nie jest tym, czym był wcześniej. Razem z jej śmiercią pękła ostatnia nić łącząca żywe Stawisko ze Stawiskiem muzeum. Do dziś nie mogę się pogodzić z tym, że już jej tam nie ma.
Pra, oprócz tego, że jest moją rodzinną historią, jest także świadectwem. Razem z losami Iwaszkiewiczów, ich przyjaciół, krewnych i znajomych opowiada kawałek dziejów. Odzwierciedla też, siłą rzeczy, nie tylko klimat czasów, o których opowiada, ale również tych, w których powstało. Dziś, po dziesięciu latach, pewne rzeczy napisałabym zapewne inaczej. Inaczej rozłożyłabym akcenty, co innego bardziej zajęłoby moją uwagę. Są to głównie rzeczy związane z moją osobistą sytuacją i nastrojem, tak dziś, jak i wtedy, i jako takie dla szerszego grona czytelników nie mają większego znaczenia.
O tym, że niektórym sprawom powinnam była poświęcić może bardziej wyczerpujący komentarz, wiem dopiero dzięki reakcjom na Pra. Na pewno należało wyraźniej podkreślić, jak brzydzi mnie pasja łowiecka, której oddawał się mój prapradziadek Stanisław Wilhelm Lilpop, a także wcześniej jego teść Władysław Stankiewicz. Oczywiście polowanie wtedy było trochę czym innym niż dziś. W przypadku mojego prapradziadka na pewno pełniło ważne funkcje społeczne. Polując, jednał się ze światem ziemian, a nawet arystokratów, do których pasował majątkiem, ale od których odstawał pochodzeniem. Myślę, że polowanie było dla niego jednym ze sposobów, by tę różnicę zamazać. Koniec XIX wieku widział wiele takich awansów społecznych ludzi wywodzących się z burżuazji. Bogacąc się, przejmowali zwyczaje ziemiaństwa: kupowali majątki na wsi, polowali, jeździli do wód. Powoli, dzięki zmianie stylu życia na ten charakterystyczny dla klas, do których aspirowali, mieszczanie tacy jak Lilpopowie zmniejszali przepaść, jaka jeszcze kilka pokoleń wcześniej dzieliła ich od arystokracji. Stawisko, mimo że było domem zbudowanym przez mieszczanina, wygląda jak typowa rezydencja ziemiańska. Trofea myśliwskie, które niestety po dziś dzień szpecą tamtejsze wnętrza, są elementem tego snobowania się na szlachtę. Warto jednak pamiętać, że ani Jarosław, ani Anna Iwaszkiewiczowie nie mieli z ich tam pojawieniem się absolutnie nic wspólnego. Wszystkie te biedne zwierzęta zamordował bowiem fundator domu, ojciec Anny i teść Jarosława, mój prapradziadek. Dziś te trofea są świadectwem tamtej epoki, odzwierciedleniem pewnych procesów społecznych, które przykład mojej rodziny doskonale tłumaczy. Na pewno jednak nie mogą stanowić argumentu we współczesnej dyskusji na temat zasadności łowiectwa, w której ja opowiadam się zdecydowanie po stronie zwierząt, nie myśliwych.
Jest jeszcze jedna rzecz, której teraz z pewnością poświęciłabym więcej miejsca: homoseksualność mojego pradziadka. Właśnie ze względu na to, że obecna atmosfera wokół osób homoseksualnych, i szerzej LGBT+, jest inna, niż była dziesięć lat temu. To, co kiedyś wydawało mi się tylko bardzo prywatną sprawą Jarosława Iwaszkiewicza i jego najbliższych, dziś na skutek nagonki, jaką obóz rządzący i powolne mu media oraz część hierarchów Kościoła katolickiego urządziły na osoby homoseksualne, stało się kwestią publiczną i wartą omówienia. Przekonała mnie o tym wizyta w Szczecinie jesienią 2020 roku i reakcje na wpis na Facebooku, jaki temu wydarzeniu poświęciłam. Zdobył blisko tysiąc lajków i dwieście udostępnień. Nigdy żaden inny mój wpis nie był tak popularny. Myślę, że to, o czym w nim piszę, zainteresuje też czytelników Pra, dlatego przytaczam go w całości.
Kiedy napisała do mnie Monika Tichy, szefowa Lambda Szczecin, z pytaniem, czy nie przyjechałabym wziąć udziału w ponownym odsłonięciu muralu upamiętniającego miłość Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego, poczułam najpierw zdziwienie, a potem wzruszenie. Nigdy wcześniej nikt w tym kontekście, w kontekście homoseksualności Iwaszkiewicza, nie proponował mi, żebym zabierała głos.
Może uważano, że dla mnie jako prawnuczki pisarza to temat trudny czy wręcz wstydliwy. W rzeczywistości wstydliwy na pewno nie jest. Trudny oczywiście tak, tak jak trudne są wszystkie tematy związane z życiem intymnym bliskiej rodziny, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi niewierność.
Wbrew temu, co sugerowała na przykład Ania Król w swoim wstępie do listów Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego, pisząc: "Ani dzieci Iwaszkiewicza, ani inne osoby z najbliższego otoczenia nie chcą wracać w rozmowie do tamtego czasu. Żadnych opisów, wspomnień, drobnych opowieści. Jakby człowieka [chodzi o Błeszyńskiego] nigdy nie było", ani temat homoseksualności ogólnie, ani temat Błeszyńskiego konkretnie nie był w mojej rodzinie tabu.
Sama wielokrotnie rozmawiałam z moją babcią Marią Iwaszkiewicz, z jej siostrą Teresą i z moim tatą, Maciejem Włodkiem, na ten temat. Moja babcia chciała wydać listy Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego, miała już nawet podpisaną umowę w tej sprawie z Zeszytami Literackimi. Wydała te listy ostatecznie jednak Anna Król ze względu na uchybienia formalne, jakich dopuściła się moja babcia, podpisując umowę z Zeszytami. Zadziałała tu nieznajomość prawa, niezrozumienie umowy agencyjnej podpisanej z wydawnictwem Czytelnik, a nie niechęć do upubliczniania treści listów.
Przecież to nikt inny jak właśnie moja babcia i Teresa zadecydowały kilka lat wcześniej o tym, żeby dzienniki Iwaszkiewicza wydać bez ani jednego skreślenia. W tomie drugim tych dzienników pisze Iwaszkiewicz o Błeszyńskim bardzo dużo i bardzo szczerze. Nie szczędząc żadnych intymnych szczegółów niepozostawiających wątpliwości co do charakteru ich związku. Jedną ze spędzonych z Jurkiem Błeszyńskim nocy Iwaszkiewicz opisywał tak:
"Jurek zasnął oczywiście zaraz, a ja nie mogłem spać, czując to piękne, a przede wszystkim kochane ciało obok siebie. Przed zaśnięciem Jurek się tak przytulił (głową), jak dziecko do matki, a potem spał, nie budząc się, do rana. [...] Chuda, owłosiona noga Jurka (nie ma ładnych nóg i w owłosieniu ich wyraża się gruźlicze usposobienie), którą w pewnym momencie poczułem przy sobie, nie wzbudzała we mnie ani wstrętu, ani żadnych pożądań, tylko ogromną miłość do cierpiącego człowieka i żałość nad wspólnym naszym losem"[1].
Po lekturze takich fragmentów nikt chyba nie może sądzić, że była to jedynie przyjaźń, męska fascynacja czy jakie tam jeszcze eufemizmy stosuje się do homoseksualnej miłości (cielesnej i duchowej zarazem).
Jeśli moja babcia, czy ktokolwiek inny z rodziny, kiedykolwiek odmówiła odpowiedzi na pytania związane z życiem intymnym swojego ojca, to zapewne dlatego, że były to pytania głupio postawione, a nie dlatego, że wstydziła się przyznać do tego, że Jarosław Iwaszkiewicz sypiał z kimkolwiek poza swoją żoną Anną.
Homoseksualność Iwaszkiewicza jest sprawą powszechnie znaną. Można o niej przeczytać w kilku poświęconych mu książkach (na przykład w Innym życiu Radosława Romaniuka czy w mojej Pra), a także w tych napisanych przez niego samego. Oczywiście za życia Iwaszkiewicza nie wychodziły jego dzieła, w których otwarcie przyznawałby swoją homoseksualność, ale też specjalnie jej nie ukrywał. Każdy, kto czytał opowiadania Nauczyciel czy Wzlot, musiał rozumieć, że autorowi doświadczenia homoseksualne nie są obce.
O homoseksualności męża wiedziała, i to przed ślubem, jego żona, a moja prababcia, Anna Lilpop, potem Iwaszkiewiczowa. Czy było to dla niej trudne? Myślę, że na pewno czasami tak. Czy jest to jednak powód, żeby ze względu na nią, ze względu na pamięć o niej, jak sugerowała jedna osoba pod moim wpisem o podróży do Szczecina, o tym nie mówić?
Na pewno nie. Od zamiatania pod dywan sprawy nie stają się prostsze czy mniej bolesne.
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie nie żyją od ponad 40 lat. Ich małżeństwo było jedną z piękniejszych historii, także historii miłosnych, w dziejach polskiej kultury. Nie było "przykrywką", jak sugerowało i nadal sugeruje wielu postronnych obserwatorów. Nie widzę jednak powodów, żeby na siłę udawać, że nie było w tym małżeństwie problemów, spraw trudnych i niewierności. Ileż było niewierności w różnych znanych małżeństwach heteroseksualnych. A jakoś nikt nie obejmuje ich takim tabu ze względu na "pamięć o żonie".
Nie wiem, jak wyglądałoby życie moich pradziadków w innych czasach, czasach, których niestety jeszcze w Polsce nie dożyliśmy, czyli bez homofobii. Być może nigdy by się nie pobrali. A może jednak tak. Trudno nasze dzisiejsze myślenie o świecie nakładać na wydarzenia sprzed stu lat.
Jedno jest dla mnie oczywiste: homoseksualności znanych osób nie należy ukrywać, homoseksualnych związków nie należy eufemistycznie nazywać przyjaźniami. Zwłaszcza teraz, w dobie tej ohydnej nagonki na osoby LGBT+, w czasie gdy w kościołach i w mediach publicznych trwa kampania nienawiści przeciwko wszystkiemu, co wychodzi poza heteronormatywne standardy.
O uczuciach, także tych przykrych, jak poczucie osamotnienia, odrzucenia, zawodu, należy mówić. Miłość ma różne formy, każda ma w sobie elementy piękne, ale też okrutne. Jest w miłości również element pychy, egoizmu, nawet przy jednoczesnym poświęceniu i oddaniu. Kochając jednych, krzywdzimy drugich. Ogrom tych wszystkich uczuć na pewno jednak nie mieści się ani w szafie, ani pod dywanem.
Dlatego tak bardzo jestem wdzięczna Lambdzie Szczecin i Trafostacji Sztuki za ten mural i za dyskusję, jaka odbyła się po jego odsłonięciu. Oby więcej takich pomysłów, oby więcej takich rozmów.
Kilka dni po opublikowaniu powyższego wpisu w folderze "Inne" znalazłam wzruszającą wiadomość. Jej fragment też przytaczam, za zgodą autorki.
[...] Iwaszkiewicz to patron mojej szkoły. I chyba jedyny, który wydaje mi się człowiekiem z krwi i kości, a nie odległą figurą, którą to niby się lubi, ale tak naprawdę średnio jest się nią zainteresowanym. Pomijając moje zainteresowanie historią wieku XX, naprawdę cytaty z jego tekstów z miejsca uznałam za przepiękne. Mamy u nas w szkole uczniów LGBT+. Jednych znam, innych nie, sama do tego grona także należę. I o ironio, homofobicznych katechetów fanatyków. Różne cytaty na lekcjach padały. Sama wywalczyłam wypisanie się z zajęć, bo nie mogłam słuchać bzdur o tym, że jeżeli nie ma się ojca, to ma się zaburzone poczucie bezpieczeństwa, czy o tym, że płeć jest jak elektrony i tylko elektrony ujemne oraz dodatnie (pomijając fakt, że to ładunek, który jest tylko ujemny) się przyciągają. I to naprawdę jest dla mnie ogromna ironia. Mam wrażenie, że ci ludzie w ogóle nie znają życiorysu Pani pradziadka. A mnie jakoś ta świadomość, jakiego mam patrona, krzepi.
Listów po opublikowaniu Pra dostałam mnóstwo. W tym miejscu mam okazję za nie wszystkie bardzo podziękować. Także za te, na które nigdy nie byłam w stanie odpowiedzieć. Ludzie pisali do mnie o własnych przodkach, część zapewniała, że moja książka stała się dla nich inspiracją do zgłębienia historii ich rodzin. Inni chwalili się autografami Iwaszkiewicza złożonymi na wyczytanych egzemplarzach jego książek. Niektórzy posyłali mi ksero listów otrzymanych od mojego pradziadka.
Swoją drogą nie mogę wyjść z podziwu nad tym, z iloma osobami on korespondował. I nie były to przecież zdawkowe wiadomości w rodzaju tych, jakie my dziś wysyłamy sobie Messengerem, a naprawdę długie, wyczerpujące listy, czasem pisane do osób, z którymi zaledwie się minął w życiu. Nauczycielek poznanych w czasie wieczorków autorskich, młodych poetek i poetów piszących nierzadko jedynie do szuflady, a w listach proszących starszego kolegę o rady.
Od jednej pary dostałam nawet zaproszenie do willi Kadenówka w Rabce, gdzie urodził się mój tata. Ciągle z niego nie skorzystałam. Może pojadę tam z tym, drugim wydaniem Pra. Będzie dobre na prezent.
30 grudnia 2020, Rzepiska