Nietakt pedikiurzysty
Czasem prosta i błaha na pozór sprawa sądowa może się stać przyczyną kompromitacji wytwornej kobiety, uchodzącej w szerokich kołach swych znajomych za nieprzystępną piękność.
Wypadek taki zaszedł właśnie wczoraj w XI oddziale sądu grodzkiego przy ul. Długiej podczas procesu pana Teofila Pietrasika o kradzież źrebakowej kurtki, sześciu par jedwabnych pończoch "cztery ósemki" oraz pół tuzina srebrnych łyżeczek do kawy.
Przyznać trzeba, że pan Pietrasik, posądzony o tę kradzież, z początku usiłował zachować dyskrecję i nie wyjawiać intymnych szczegółów, które mogły rzucić jakiś cień na zamieszaną w to damę, panią Genowefę Karaluch, ale pod koniec załamał się psychicznie i wszystko powiedział.
Zresztą nie uprzedzajmy wypadków, które w opowiadaniu oskarżonego wyglądały następująco:
- Pokłóciłem się, proszę sądu wysokiego, z żoną i poszłem się użalić do swojej cioci, ale cioci nie było w domu. Tu mnie żal serce ściska, tu ciocia nieobecna, nie wiem, co robić, aż w końcu pomyślałem sobie, że może ciocia bawi u pani Karaluch, bo są, jak to się mówi, serdeczne przyjaciółki. No to ma się rozumieć, idę do pani Karaluch.
- A ta pani Karaluch jest służącą u państwa O., gdzie popełniono kradzież? - pyta sędzia.
- Właśnie poniekąd tak jest. Przychodze, dzwonie i pytam się przez łańcuch, czy nie ma tu mojej cioci. Pani Karaluch mówi, że nie ma, ale wpuściła mnie do mieszkania i pyta się, jaki mam interes do cioci. Wtenczas opowiedziałem jej o swojej miłosnej tragedii, a pani Karaluch zaznacza, że także samo kochała się w jednem panu, któren potem kuferek jej oderwał, wziął 950 złotych i zegarek z bransoletką. Pani Karaluch z początku chciała go oddać w ręce policji, ale miłość przemogła i wzięła od niego 38 weksli po 25 złotych. Ma się rozumieć ani jednego łobuz nie wykupił.
Jak tak sobie opowiadamy, pani Karaluch nareszcie mówi:
"Panie Teoś, jeżeli tak się stało, że oboje za ofiary sercowego zawodu się zostaliśmy, to może pan się u mnie przenocować."
- No i nocował pan tam cały tydzień - przerywa sędzia, zaglądając do akt.
- Detalicznie osiem dni, ale najmniejsza szczegóła z mojej ręki tam nie zginęła.
- No więc gdzież się podziało to futro, pończochy i łyżeczki?
- Nie moja rzecz, proszę sądu najwyższego. Tam po dwadzieścia osób dziennie nocowało, bo te państwo, gdzie pani Karaluch służy, wyjechali za granice i pani Karaluch całe towarzystwo znajomych na noclegi zapraszała.
W tym miejscu oskarżycielka, pani Genowefa, osóbka licząca na oko lat około pięćdziesięciu, imponującego wzrostu, spogląda z żalem na pana Pietrasika i mówi:
- I za co pan mnie tak obczernia, panie Teoś, za moje miętkie serce, za to, że zlitowałam się nad panem, jeść i pić dałam i te pare groszy na papierosy?
Niemile dotknięty w swej męskiej ambicji pan Teoś nie wytrzymał, podniósł dumnie głowę i odrzekł:
- No, ja się tam pani za to odwdzięczyłem, pedikur musiałem pani robić, bańki stawiać, smarować panią szanowną i w... ogólności.
Rewelacja z życia buduarowego pani Genowefy jest tak niespodziewana, że sala wybucha śmiechem, nawet sędzia z trudnością powstrzymuje uśmiech.
Nie chcąc wystawiać na widok publiczny dalszych przeżyć prywatnych oskarżycielki, sąd szybko kończy przewód, który wyjaśnia, że futro itd. ulotniło się z mieszkania razem z uprzejmym pedikiurzystą. Wyrok zapada łagodny, 6 miesięcy z zawieszeniem.
Ta ostatnia okoliczność była potem komentowana w kuluarach, jak następuje:
- Łagodny wyrok dostał, bo faktycznie dosyć się młodziak nacierpiał. Pedikur takiej cholerze robić, bańkamy takiego drakona od stóp do głów obstawić i jeszcze potem żywokostem ją nacierać... to męczące.