Październik 2011
RODZINA
Najtrudniejsze były poranki. Kolejne dni, w których musiałam sobie udowadniać, że życie toczy się zgodnie z moją wolą.
- Mamo, mam na ósmą, pośpiesz się. - To Kajetan.
- Mami kończę basen o szóstej, pamiętasz? - To Rozalia.
- Martusiu, jedziesz do Gdyni? - Moja mama.
- Tak, mamo. Jak co dzień.
- Co się tak denerwujesz od rana? Chciałam cię prosić o wykupienie recepty, ale widzę, że nie będziesz miała czasu.
- Mamo, kupię te lekarstwa. Zawsze kupuję. Połóż receptę na stole na ganku. - Próbowałam powstrzymać zniecierpliwienie. Jeszcze za życia taty wydawało mi się, że mama jest trochę zbyt absorbująca, jednak teraz, po jego śmierci, stawała się wręcz nieznośna. Moją opiekuńczą obecność w okresie żałoby, która powinna zakończyć się ze dwa lata temu (tata zmarł przed trzema), odebrała jako przyzwolenie na wejście w moje życie. Byłam jej ojcem, matką, córką, opoką, tym gorszą, że bliską. Byłam zawsze pod ręką, dom w dom. Jedno podwórko, wygodny ganek, ta sama kwiatowa rabata, ten sam samochodowy podjazd. Zdawało się, że trudny czas po śmierci taty minął po mniej więcej roku, ale hołubiona przez nas mama za nic nie chciała dać się pozbawić specjalnego traktowania. Zbolały wzrok i zmęczona przeżyciami twarz wracała wraz z nią do naszego wspólnego siedliska. Lądowała w nim wieczorami po spotkaniu z koleżankami lub po lekcjach angielskiego, które rozpoczęła niedawno. Czasem myślałam, że nie ma kąta, w którym mogę się przed nią ukryć...
- A i wiesz, Martusiu, Kajetan powinien już chyba włożyć kurtkę. Może być zimno.
- Kajetan! - drę się wniebogłosy. - Weź kurtkę, może być zimno!
- Mamo, daj spokój. Świeci słońce, a my nie mieszkamy na Syberii.
- Kajtek! Co ja mówię?
- Nic cię nie słucha. - Mama twardo pilnuje, żeby rodzina wyjechała na czas i w kurtkach założonych moimi rękami.
- Jeśli chcemy zdążyć... - Nie kończę. Otwieram samochód i całuję mamę w policzek. Dzieciaki pakują się do auta.
- Nie zapomnij o recepcie.
- Będziemy wieczorem, mamo.
Jechałam niezbyt szybko, pokonując liczne zakręty i niewielkie wioski. Mieszkowickie krajobrazy ustępowały miejsca okolicom Rumi, skąd mieliśmy do Gdyni żabi skok. Korki czyniły z żółwiego tempa ślimaczy chód. Od kilku lat, gdy zdecydowaliśmy się wybudować dom na działce kupionej przez rodziców w zamierzchłych czasach, przemierzaliśmy trasę z Mieszkowic do Gdyni, i z powrotem, każdego dnia. Dzieciaki do szkoły, ja do pracy. Moi rodzice, mimo wybudowania letniej hacjendy, czujnie zachowali w centrum miasta niewielkie mieszkanko, choć mające, jak na ich starsze lata, coraz mniejsze zastosowanie. My nie mogliśmy pochwalić się podobną czujnością: sprzedaliśmy nasze i z dobrodziejstwem inwentarza przenieśmy życie do Mieszkowic. Odkąd z Rafałem postawiliśmy na działce rodziców stuczterdziestometrowy dom z dwoma garażami, czas pobytu dziadków na wsi znacznie się wydłużył. Okazało się, że jesień wcale nie jest taka chłodna i deszczowa, a wczesna wiosna potrafi nadejść nawet w lutym... Szafa grała dla wszystkich. Jedenastoletnie wówczas dzieciaki miały własne pokoje, ja mogłam wyżyć się w ogrodzie, który w oczach całej rodziny, a na początku poniekąd i w moich, stanowił istne błogosławieństwo dla nienasyconej duszy absolwentki "organizacji terenów zielonych", chłonnej na korzystanie z możliwości projektowania, nasadzania, przesadzania, nawożenia, szczepienia. Jednym słowem: dbania o ogród. Rodzice osiedli w sąsiedztwie dzieci i wnuków, grzejąc się w ich rodzinnym cieple, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku trzymania rodziny w przytulnym kłębuszku, który z czasem miał się zmienić w węzeł gordyjski. Rafał, pozostawiając mi przyjemność zajmowania się domem i ogrodem, a nawet wspaniałomyślnie oddając we władanie kosiarkę zakupioną za niemałe pieniądze jako gwiazdkowy prezent, cieszył się z mojego komfortu przebywania z rodzicami i dziećmi na łonie natury, podczas gdy on sam ciężko pracował na rodzinę. Nigdy nie miał nic przeciwko mojej pracy w redakcji "Lubię swój ogród", traktował ją jako wspaniały sposób na zaspokojenie zawodowych potrzeb żony. Zachowywał się wspaniale, do czasu gdy zorientowałam się, że coś jest nie tak. Był wspaniałym zięciem, który wprawdzie nie zawsze ma czas, by pogadać z teściem, jako że musi odpocząć po ciężkim dniu czy wykupić leki dla teściowej ("mamo, dziś mam ważne spotkanie"). Ja w oczach rodziców go nie doceniałam.
- Zobacz, jaki on ma wspaniały kontakt z dziećmi! - chwaliła mama.
- Rafał, co sądzisz o tej lokacie? Warto? - radził się tato.
Cieszyłam się. Kosiłam, woziłam dzieciaki do szkoły, czekałam z kolacją, która robiła się w piętnaście minut, bo Rafał zaraz będzie. Do czasu. Cholera, do czasu kiedy mnie zdradził! Kiedy olał wszystko to, na co rzekomo stawiał. Byłam wściekła, że wcześniej się nie zorientowałam, nie wyczułam. Kochał we mnie wygodę, w moich rodzicach akceptację, a w dzieciach zadowolenie po spełnieniu ich zachcianek.
- Mamo, uważaj! - Rozalka wybudziła mnie z zadumy, która niemal wtłoczyła nas pod koła tira.
- Co ty robisz?! - Kajetan nie krył złości. Nie obudziłaś się jeszcze?
Przetarłam oczy, znajdując właściwy pas ruchu. Jeszcze się nie obudziłam, przeszło mi przez myśl. Jeszcze nie.
Wyrzuciłam oboje przed szkołą. Liceum miało opinię najlepszego w Gdyni, co dawało mi nadzieję, że pomoże moim dzieciakom dostać się na studia. Na kierunki, o których jeszcze nie zaczęły myśleć.
- Mamuś, mamy jeszcze dwa lata, nie panikuj. - Kajetan odrzucał wszelkie próby nawiązania z nim dialogu na ten temat.
- Mami, daj spokój, jesteś taka zestresowana. - Roza powłóczyście spoglądała znad tygodnika. - Czy ty w moim wieku zastanawiałaś się nad tym, co będziesz studiować?
Faktycznie, chyba się nie zastanawiałam. Jestem jakaś niecierpliwa, przyznałam w duchu rację mojej córce. Chyba przytłacza mnie nadmiar odpowiedzialności za dzieciaki po rozstaniu z Rafałem. W końcu rzeczywiście mają jeszcze dwa lata...
Renata też próbowała bagatelizować temat.
- Siostra, lubisz się zadręczać. Przyjdzie czas, to coś wybiorą - komentowała wszelkie próby zwrócenia uwagi na temat. - Ja tam dam Michalinie prawo wyboru.
- Pogadamy, kiedy Michasia będzie miała tyle lat, co moje - próbowałam się odgryźć. Ja też nie interesowałam się studiami moich dzieci, kiedy były w przedszkolu.
Moja młodsza siostra generalnie niczym nie lubiła się zadręczać. Krzyś, jej mąż (należy dodać: najbardziej przykładny mąż na świecie i ojciec pełną gębą), był niewysokim, łysiejącym mężczyzną, dyrektorem finansowym dużej spółki, którego władza w domu kurczyła się po kwestii: "Kochanie, tak długo siedzisz w tej pracy, córka zapomni, że ma ojca". Dlatego bardzo ważny pan dyrektor finansowy w domowych pieleszach zamieniał się w przykładną nianię. Kąpanie, karmienie, czytanie bajeczek przed zaśnięciem, zmywarka, kieliszek wina dla żony. O nieba! Czy zazdrościć Renacie, czy współczuć Krzysiowi? Ich szczęście aż biło po oczach, chociaż... Zastanawiałam się, czyje to szczęście: mojej siostry czy Krzysia? Może każdy w życiu powinien trafić na swoją rolę? Gwiazdy i pazia? Gwiazdy niechętnej zawodowym obowiązkom i zapobiegliwego, dobrze zarabiającego męża? A gdzie miłość? Gdzie kolacja dla Krzysia, który ma chyba na nią ochotę przed wykąpaniem córki po pracy? Spędził w niej w końcu kilkanaście godzin i być może jest zmęczony. Nie, nie jest zmęczony w oczach Renaty, która udręczona siedzeniem w piaskownicy (rzadko) czy w centrum handlowym (często) ma "prawo do odpoczynku".
Jakkolwiek by na tę sprawę patrzeć, Krzyś jednak był szczęśliwy, a Renata miała wygodne życie. Wszystkie próby podejmowania przez nią pracy kończyły się tak samo: jej rezygnacją. Widać nie miała szczęścia do dobrych szefów, satysfakcjonujących zarobków, dogodnego dojazdu, fajnych współpracowników, interesujących wyzwań zawodowych. Krzysztof nie miał nic przeciwko takiemu stanowi rzeczy, zadowolony, że żona po dwunastu latach małżeństwa "dała" mu córeczkę. Najwyraźniej dostatecznie się zasłużyła, by wymagać od niej czegoś więcej.
Z przykrością stwierdzam, że mówię o własnej siostrze. W końcu o co mi chodzi?! Przecież ja urodziłam przed trzydziestką, kiedy kobieta ma dużo sił, i nie mogę sobie wyobrazić, jak trudno jest tej, która zostaje matką przed czterdziestką. Należy jej przecież pomóc, odciążyć, nawet jeśli nie pracuje zawodowo. Mama nieraz powtarza, że ja co prawda pracowałam, ale czymże jest praca w tygodniku? Te moje rady-porady... W końcu się na nich znam i na pewno nie sprawia mi kłopotu naskrobanie kilku wersów raz na tydzień. A poza wszystkim, mam już duże dzieci.
- Rafał, powiedz im coś - błagałam, umęczona kolejną wizytą Renaty z dziećmi "u babci" w Mieszkowicach, sprzątając z podwórka porozrzucane zabawki, zwijając hamak, wylewając wodę z basenu, zmywając po grillu.
- Prawda, jak Michasia ładnie rysuje? - Mama, nakładając sobie sałatkę, którą przygotowałam na kolację, zachwycała się kawałkiem kartki z domkiem w prawym dolnym rogu i słoneczkiem w lewym górnym, który dostała w prezencie od starszej wnuczki. - Renatka może być dumna. Powiedziałam jej, że ma przywieźć małą na weekend. Pogoda nie najgorsza, co będzie siedzieć w Gdańsku?
Mój mąż pozostawał bezstronny.
- To twoja rodzina, nie będę się wtrącał. To twoja matka i twoja siostra. Powiem ci coś: wy się pogodzicie, a potem będzie na mnie. Nie masz ochoty robić za gospodynię, to nie rób. W końcu mama ma rację, wnuczka przyjeżdża do niej, a ty sama się wychylasz. Masz ochotę robić za harcerkę, twoja sprawa.
- Jak to sobie wyobrażasz?! - Wściekłość odebrała mi zdolność logicznego myślenia. - Będę udawała, że mnie nie ma w domu?
- Nie wiem, sama musisz to jakoś poukładać. Pogadaj z mamą albo wyjedź gdzieś, gdy przyjeżdżają. Niech raz obsłużą się sami. Prawdę powiedziawszy, ja też nie zawsze mam ochotę na grille. Dla nich to weekend, a my tu żyjemy.
- Musiałabym chyba zamordować własną matkę. Ona uważa, że mam obowiązki wobec Renaty i jej dzieci.
- Nie przesadzaj. - Rafał najwyraźniej nie miał ochoty na dalszą pogawędkę. Dał mi to jasno do zrozumienia, sięgając po gazetę. - Przecież lubicie się z Renatą?
- To nie ma nic do rzeczy! - niemal krzyczałam. - Tu chodzi o zachowanie mamy.
Rafał jednak oddał się lekturze. Jak zwykle zostałam z poczuciem krzywdy. Mama, zadowolona z wizyty wnuczki, oglądała ulubiony serial w swoim domu, Rafał czytał, ja siedziałam przy sprzątniętym po gościach kuchennym stole, Renata pewnie piła winko u siebie, Krzyś krzątał się przy kąpieli Michasi.
- Mamo, będzie jakaś kolacja? - Kajtek wyrwał mnie z zadumy.
- A co byś chciał? Przecież był grill.
- Jestem jeszcze głodny. Masz kabanosy?
- Synuś, weź sobie, są w lodówce.
- Pamiętasz, że jutro musimy wyjechać godzinę wcześniej?
- Dlaczego? - Nie pamiętałam.
- No, mamy to wyjście do teatru. Potrzebuję białej koszuli.
- Tak, tak, przypomniałam sobie.
Jeszcze prasowanie i jutro, po weekendzie, do pracy. Nie ma, jak wypocząć w wolne dni...
Tak było i jest nadal, tyle że zabrakło mistrza od rozpalania grilla. Rafał był w tym naprawdę dobry...