ROZDZIAŁ 3
Moja młodsza siostra?
Riley
Deszcz? Jak to możliwe? Przecież gdy wiozłam Bryony na wózku do parku, świeciło piękne słońce. Zaraz potem, ni stąd, ni zowąd, lunęło jak z cebra. Na dodatek mama nie odbierała ode mnie telefonów. Choć to i tak nie miało znaczenia, przecież nie mogła zostawić babci samej w domu i po nas przyjechać.
Na szczęście spacerówka miała budkę. Pogodziłam się z myślą, że przemoknę do suchej nitki, kiedy wyszłyśmy spod drzew, gdzie wcześniej schowałyśmy się na chwilę przed deszczem. Przynajmniej Bryony będzie miała jaką taką osłonę.
- Ada! - zapiszczała Bryony, wystawiając rączki na deszcz. Nie wyglądała na przestraszoną, wręcz przeciwnie, uznała ulewę za świetną przygodę. Starałam się traktować tego typu wspólne przeżycia jako okazje do wspomnień. Dzięki temu łatwiej mi było radzić sobie w naprawdę trudnych chwilach. Zanim pojawiła się Bryony, byłam zupełnie innym człowiekiem. Wszystkim się przejmowałam, a każdy drobiazg urastał w moich oczach do rangi wielkiego problemu. Przeżywałam, gdy chłopak nie zaprosił mnie na bal albo przyjaciółka ośmieliła się flirtować z moją sympatią. Z perspektywy czasu wszystko to wydawało mi się kompletnie pozbawione sensu.
Kiedy po raz pierwszy wzięłam w ramiona swoją nowo narodzoną córeczkę, cały mój świat w jednej chwili się zmienił. Moje życie już nigdy nie miało być takie, jak kiedyś. W jednej chwili zniknął ból, który towarzyszył jej narodzinom. Oprócz niej nic nie miało dla mnie znaczenia. Przestało mnie obchodzić, kto jest jej ojcem i jak bardzo mnie skrzywdził. Nie myślałam o tym ani w tamtej chwili, ani nigdy potem. Miałam zdrową córeczkę i tylko to się dla mnie w życiu liczyło. Nieprzespane noce jeszcze bardziej zacieśniły naszą więź. Niekończący się płacz był okazją do nauki, jak uspokoić i rozweselić malutką. Nic innego nie było ważne, tylko nasza dwójka.
- Tak, deszcz pada, kochanie. A teraz biegniemy szybciutko do domu - powiedziałam dziarskim głosem.
Bryony klasnęła radośnie w łapki. Naciągnęłam kaptur na głowę w nadziei, że ochroni mnie przed deszczem chociaż przez kilka minut, zanim dotrę do chodnika prowadzącego do domu babci.
Nie było tak źle, jak mi się początkowo wydawało. Jesienne powietrze pachniało deszczem, przypominając mi dzieciństwo. To były dobre wspomnienia. Zależało mi, żeby Bryony miała podobne, choć wiedziałam, że nie możemy zamieszkać w Lawton na stałe. Tęskniłam za miastem, w którym dorastałam, ale musiałam pogodzić się z faktem, że nie jestem w nim mile widziana. Przez jakiś czas będę tu mieszkać, trzymając się na uboczu i ciesząc wspólnymi chwilami z córeczką, ale nie możemy zostać na zawsze.
Biegłam chodnikiem, ile sił w nogach, gdy mijający mnie pikap nagle zwolnił. Nie podniosłam wzroku, zbyt skupiona na tym, by jak najprędzej dotrzeć do domu.
- Podwieźć cię? - zawołał znajomy głos.
Nie musiałam nawet odwracać głowy, od razu poznałam Brady'ego Higgensa. Pamiętałam ten głos równie dobrze, jak jego nienawistne spojrzenia i oskarżenia, które usłyszałam od niego jakiś czas temu. Dlatego nie zatrzymałam się, tylko pędziłam bez słowa, z wzrokiem wbitym wprost przed siebie.
- Rany, Riley, leje jak z cebra i mała zaraz będzie cała mokra. Pomyśl chociaż o niej. Jeszcze się przeziębi.
W jego głosie pobrzmiewała irytacja. Nie spodobał mi się ani jego ton, ani sugestia, że źle zajmuję się własnym dzieckiem. Trochę deszczu na pewno jej nie zaszkodzi. Bez przesady, przecież nie jesteśmy na pustkowiu.
- Masz jeszcze prawie trzy kilometry do domu, a coraz mocniej pada. Nie wygłupiaj się, podwiozę cię. Robię to dla dziecka.
Ton, jakim wymawiał słowo "dziecko", strasznie mnie rozzłościł. A więc jeszcze do niego nie dotarło, skąd się wzięła Bryony? Podobnie jak reszta idiotów z tego miasta sądził, że nie powiedziałam wtedy prawdy. Wszyscy zarzucali mi kłamstwo, co ostatecznie zmusiło mnie do wyjazdu. Bo przecież taki złoty chłopak jak Rhett Lawton nie mógł mnie zgwałcić. Niemożliwe, to ja musiałam za nim biegać i go prowokować, a on tylko się ode mnie opędzał. Poza tym byłam dziewczyną jego brata - dlaczego miałby zrobić coś takiego? Każdy uważał, że najwyraźniej mam coś z głową.
Zatrzymałam się i spojrzałam w stronę Brady'ego. Zawsze był z niego Pan Przyzwoity. Chętny do pomocy, dopatrywał się w ludziach wyłącznie dobrych cech. Jedynie ja byłam wyjątkiem. Odwrócił się ode mnie tak samo jak wszyscy. Dlatego już miałam otworzyć usta i oznajmić mu dobitnie, gdzie może sobie wsadzić swoją propozycję, gdy rozległ się grzmot i niebo rozświetliła błyskawica. Nie przeszkadzał mi deszcz, ale Bryony na pewno nie powinna przebywać na dworze podczas burzy. Darowałam więc sobie ciętą ripostę i tylko odezwałam się krótko:
- Dobra.
Brady pokiwał głową z wyraźną ulgą, że wreszcie dałam za wygraną. Potem wyskoczył z auta i złapał wózek, z którego zdążyłam już wyjąć Bryony.
- Wrzuć go na pakę, bo i tak jest cały mokry. Jutro wysuszę go na słońcu.
Nie czekałam na jego odpowiedź, tylko obiegłam pikap, trzymając w ramionach uśmiechniętą Bryony, która z upodobaniem wystawiała buzię na deszcz, i wdrapałam się do środka. W samochodzie było włączone ogrzewanie i po chwili poczułam, jak mała lekko drży w moich ramionach. Wtedy zaczęłam się martwić, czy Brady rzeczywiście nie ma racji, że może się przeziębić. Postanowiłam, że gdy tylko wrócimy do domu, napoję ją sokiem pomarańczowym i przygotuję dla niej ciepłą kąpiel.
Kiedy Brady usiadł za kierownicą, spojrzałam na niego i z ociąganiem wydusiłam z siebie:
- Dziękuję.
Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś podziękuję komukolwiek w tym mieście.
Brady spojrzał na Bryony.
- Twoi rodzice na pewno nie byliby zadowoleni, że spacerujesz z siostrą w taką paskudną pogodę. Dobrze, że się zgodziłaś na podwózkę.
Siostrą? Serio? Więc takie plotki krążyły o mnie w mieście? Zmarszczyłam czoło, odwróciłam głowę i wbiłam wzrok w szybę. Mogłam zaprotestować, tylko co by to dało? Nic, kompletnie. Brady od razu założyłby, że wpadłam już po wyjeździe z miasta. Nic go nie przekona, że moja wersja wydarzeń jest prawdziwa. Choć gdyby ktokolwiek zadał sobie choć odrobinę trudu i przyjrzał się Bryony, od razu zauważyłby podobieństwo do Lawtonów. Szczególnie z twarzy bardzo przypominała swojego biologicznego ojca. Nie zamierzałam jednak wysuwać tego argumentu, bo za nic nie chciałam, żeby moja córka kiedykolwiek miała do czynienia z Lawtonami. Wolałam ochronić ją przed tymi potworami.
Mój brat, Vance, został w mieście, gdy wyjechaliśmy, i musiał radzić sobie sam. Nie miał łatwo, ale tu było jego miejsce. Kiedy zniknęłam wszystkim z oczu, plotki ucichły, więc mógł w miarę normalnie żyć - do czasu, aż rozeszła się wiadomość o moim powrocie. Od tego momentu dwa razy zawieszono go w szkole za bójki. Na szczęście gdy wprowadziliśmy się do domu babci, zgodził się przenieść do prywatnej szkoły niedaleko od nas. Nie był tym faktem zachwycony, ale rodzice uważali, że powinien skończyć szkołę poza Lawton. Zwłaszcza że był nieprzeciętnie inteligentny, choć straszliwie narwany. Miałam wyrzuty sumienia, że przeze mnie wpadł w kłopoty. Kiedy wyjeżdżał w ubiegłym tygodniu, powiedział mi, że robi to z własnej woli i żebym nie czuła się winna. Ale ja i tak się popłakałam.
Bryony wyciągnęła swoje pulchne rączki w kierunku nawiewu ciepłego powietrza, a potem odwróciła się do Brady'ego i uśmiechnęła. Nie miała pojęcia, że to nasz wróg. Wolałabym nigdy jej nie uświadamiać, że na świecie istnieje zło i nienawistni ludzie.
- Jak jej na imię? - spytał Brady.
- Bryony.
Nie miałam ochoty z nim przebywać w takim samym stopniu jak on ze mną. Gdyby ulicą przejeżdżał jakiś inny kolega Gunnera Lawtona, nadal zasuwałabym spanikowana ulicą w deszczu i burzy. Brady Higgens był inny. Zobaczył dziecko w potrzebie i nie mógł zostawić go bez pomocy.
- Masz ładne oczy, Bryony - zwrócił się do niej Brady.
Malutka zadarła głowę i spojrzała na mnie. Mokre od deszczu, blond loki przykleiły jej się do czoła. Pochyliłam się, nie mogąc się powstrzymać, żeby jej nie pocałować.
- Ile ma lat?
Nie chciało mi się wdawać z Bradym w rozmowę, ale miałam świadomość, że robi nam przysługę, podwożąc nas do domu. Skoro chciał udawać, że obchodzi go cokolwiek związanego z nami, w porządku. Byłam gotowa podjąć tę grę.
- Piętnaście miesięcy.
- Ada! - ucieszyła się mała, gdy rozległ się grzmot pioruna.
Brady zaśmiał się. Nic dziwnego, bo Bryony była przeurocza. Podejrzewałam, że całkiem go zawojuje, jeszcze zanim dotrzemy do domu babci.
- To z ciebie już duża panna - zagadnął ją Brady.
Mała pokiwała ochoczo głową. Uwielbiała, gdy ktoś nazywał ją dużą dziewczynkę, choć ciągle jeszcze domagała się ode mnie, żeby kołysać ją do snu i tulić jak niemowlaka.
- Twoja babcia nadal mieszka tam, gdzie wcześniej? - spytał Brady, skręcając w naszą ulicę.
- Tak.
Znał drogę na pamięć, bo razem dorastaliśmy w tym mieście. Bawiliśmy się w parku, chodziliśmy do jednej szkoły i na te same imprezy.
Kiedy wjechaliśmy na nasz podjazd, objęłam mocniej Bryony. Postanowiłam, że najpierw zaniosę ją do domu, a potem wrócę po wózek.
- Pobiegnę z nią do środka i zaraz przyjdę po wózek - oznajmiłam.
- Ja go wezmę, a wy biegnijcie do domu.
Bez słowa protestu otworzyłam drzwi auta i puściłam się biegiem do wejścia, żeby jak najprędzej schować się przed deszczem. Gdy znalazłyśmy się w środku, zawołałam mamę, ale się nie odezwała. Chciałam oddać jej Bryony i pobiec z powrotem po wózek. Musiałam więc postawić córeczkę na podłodze.
- Poczekaj tu na mnie. Pójdę tylko po wózek - przykazałam.
Pokiwała głową, a ja odwróciłam się do wyjścia. Brady zdążył już jednak dotrzeć do drzwi i wręczył mi kompletnie przemoczony wózek.
- Dziękuję - powiedziałam jeszcze raz.
Pokiwał głową
- Nie ma za co.
W tym momencie mała rączka Bryony pociągnęła mnie za nogawkę spodni.
- Mama mokla.
Dopiero na widok szeroko otwartych ze zdumienia oczu Brady'ego zdałam sobie sprawę z sensu jej słów. Tak oto Brady dowiedział się, że mała wcale nie jest moją młodszą siostrą.
Posłałam mu wymuszony uśmiech i zamknęłam przed nosem drzwi wejściowe, zanim zdążył cokolwiek z siebie wykrztusić.