Pozostała rodzina - Lisa Jewell

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

SIER­PIEŃ 2016

Ra­chel po­znała Mi­cha­ela w ap­tece na Mar­tha's Vi­ney­ard pod ko­niec lata w roku dwa ty­siące szes­na­stym. Cze­kała, aż pe­wien młody i nieco osą­dza­jący męż­czy­zna zre­ali­zuje jej re­ceptę na pi­gułkę dzień po. Mi­chael sta­nął przed nią i przy­wi­tał far­ma­ceutę szyb­kim:

- Go­towe?

Kry­tyczny far­ma­ceuta za­mru­gał po­woli i po­wie­dział:

- Nie, pro­szę pana. Czy mógł­bym pro­sić, żeby pan usiadł? To nie zaj­mie długo.

Mi­chael za­jął miej­sce obok Ra­chel. Skrzy­żo­wał ręce na piersi i wes­tchnął. Wy­da­wał się chętny do roz­mowy i fak­tycz­nie za­raz za­gaił.

- Przy­jem­nia­czek - mruk­nął.

Ra­chel za­śmiała się i od­wró­ciła, żeby przyj­rzeć się nie­zna­jo­memu. On był po czter­dzie­stce, ona de­kadę młod­sza. Był też opa­lony, co oczy­wi­ste, w końcu wła­śnie koń­czyło się lato na Mar­tha's Vi­ney­ard i nie ostał się nikt bez opa­le­ni­zny. Jego wło­som przy­da­łoby się strzy­że­nie; pew­nie cze­kał z tym do po­wrotu do mia­sta.

- I tak pa­trzy kry­tycz­nie - od­parła ci­chym szep­tem.

- No - zgo­dził się Mi­chael. - Dziwne, prze­cież jest taki młody.

W tam­tym mo­men­cie Ra­chel zda­wała so­bie sprawę, że do jej skóry przy­warł świeżo zmyty pod prysz­ni­cem pot chło­paka o imie­niu Aiden, że pie­cze ją po­draż­niona skóra po we­wnętrz­nej stro­nie ud, gdzie wpi­jały się jego ko­ści bio­drowe, a w za­ka­mar­kach jej ciała wciąż krył się cu­krowy za­pach od­de­chu tego mło­dego czło­wieka. A te­raz sie­działa tu­taj, cze­ka­jąc na an­ty­kon­cep­cję awa­ryjną, i flir­to­wała z męż­czy­zną, który mógłby być oj­cem Aidena.

Na­prawdę nad­szedł już czas, żeby Ra­chel wró­ciła do domu. Lato było de­spe­rac­kie i brudne, a ona czuła się zu­żyta i zmę­czona.

Far­ma­ceuta ścią­gnął pa­pie­rową to­rebkę z ka­ru­zeli z klip­sami, która znaj­do­wała się za nim, i spoj­rzał na ety­kietę.

- Panna Ra­chel Gold? - za­wo­łał. - Mam pani za­mó­wie­nie.

- Och. - Uśmiech­nęła się do Mi­cha­ela. - To ja. Mam na­dzieję, że nie bę­dziesz mu­siał cze­kać zbyt długo.

- Cwa­niara, prze­sko­czy­łaś ko­lejkę - rzu­cił Mi­chael z sar­do­nicz­nym uśmie­chem.

Wpi­sała swój PIN na czyt­niku kart i ode­brała pi­gułki od far­ma­ceuty. Gdy od­wró­ciła się do wyj­ścia, Mi­chael wciąż na nią pa­trzył.

- Skąd je­steś? - za­py­tał.

- Z An­glii.

- Tak, to oczy­wi­ste, ale z ja­kiej czę­ści An­glii.

- Z Lon­dynu.

- A skąd do­kład­nie?

- A znasz Lon­dyn?

- Mam miesz­ka­nie w Ful­ham.

- Och, no pro­szę. Ja miesz­kam w Cam­den Town.

- A gdzie do­kład­nie?

Ro­ze­śmiała się.

- Prze­pra­szam, je­stem an­glo­fi­lem. Mam ob­se­sję na punk­cie An­glii. Nie za­daję wię­cej py­tań i nie za­trzy­muję cię, Ra­chel Gold.

Unio­sła wolną rękę i po­ma­chała mu z roz­tar­gnie­niem, a po­tem wy­szła szybko z ap­teki na ulicę.

Dwa mie­siące póź­niej Ra­chel ja­dła lunch przy biurku w swoim stu­diu, kiedy w jej skrzynce od­bior­czej po­ja­wiła się wia­do­mość z ty­tu­łem "Od ame­ry­kań­skiego an­glo­fila do an­giel­skiej cwa­niary".

Po­trze­bo­wała chwili, żeby jej mózg mógł po­łą­czyć kropki i roz­wi­kłać za­gadkę na pierw­szy rzut oka po­zba­wio­nych sensu słów. A po­tem klik­nęła na e-mail.

Cześć, Ra­chel Gold,

to ja, Mi­chael. Spo­tka­li­śmy się w ap­tece na Mar­tha's Vi­ney­ard w sierp­niu. Pach­nia­łaś dy­mem drzew­nym i pi­wem. W po­zy­tyw­nym sen­sie. Wy­bie­ram się na kilka mie­sięcy do Lon­dynu i za­sta­na­wia­łem się, czy po­le­ci­ła­byś mi ja­kieś cie­kawe miej­sca w Cam­den. Nie by­wa­łem w oko­licy od cza­sów na­sto­let­nich - chcia­łem wtedy ku­pić ha­szysz, a osta­tecz­nie za­miast tego wró­ci­łem stam­tąd z pa­sia­stym ple­ca­kiem i bon­giem. Je­stem pe­wien, że w Cam­den można zna­leźć coś wię­cej niż nar­ko­tyki, i z chę­cią po­słu­chał­bym po­rad ko­goś, kto tam mieszka. Je­śli moja wia­do­mość wzbu­dziła w To­bie prze­ra­że­nie, pro­szę, ska­suj ją, zi­gno­ruj albo od razu za­dzwoń po po­li­cję. (Nie, pro­szę, nie dzwoń!) Je­śli nie, by­łoby mi miło, gdy­byś od­pi­sała. Swoją drogą, to moja nieco ob­se­syjna zna­jo­mość ko­dów pocz­to­wych Lon­dynu na­pro­wa­dziła mnie na Twój ad­res e-mail. Wy­go­oglo­wa­łem "Ra­chel Gold" i "NW1", po czym po­ja­wiła się Twoja strona in­ter­ne­towa. Cóż za do­sko­nały zbieg oko­licz­no­ści, że pro­jek­tantka bi­żu­te­rii ma na na­zwi­sko Gold. Gdy­bym tylko ja na­zy­wał się Dia­mond, stwo­rzy­li­by­śmy ide­alną parę. Nie­stety je­stem Rim­mer. Nie wiem, co Ty na to. Tak czy ina­czej, je­śli się ode­zwiesz, faj­nie, a je­śli nie, ku­pię coś z Two­jej strony i po­da­ruję matce na uro­dziny. Je­steś bar­dzo, bar­dzo uta­len­to­wana.

Ser­decz­no­ści,

Mi­chael

Ra­chel sie­działa przez chwilę, wstrzy­mu­jąc od­dech i za­sta­na­wia­jąc się, czy chce się te­raz uśmiech­nąć, czy skrzy­wić. Przy­wo­łała w pa­mięci twarz tam­tego męż­czy­zny, ale nie do końca po­tra­fiła. Cały czas wra­cał do niej ob­raz Mi­cha­ela C. Halla. Na dole e-ma­ila znaj­do­wał się pod­pis z na­zwą firmy. MCR In­ter­na­tio­nal. Wpi­sała ją w wy­szu­ki­warkę i zna­la­zła dość ano­ni­mową stronę, naj­wy­raź­niej na­le­żącą do ja­kie­goś ro­dzaju lo­gi­styczno-trans­por­to­wej or­ga­ni­za­cji, z ad­re­sem w An­ti­bes na po­łu­dniu Fran­cji. Wy­go­oglo­wała "Mi­chael Rim­mer An­ti­bes" i po chwili grze­ba­nia wresz­cie zna­la­zła go w lo­kal­nym ser­wi­sie in­for­ma­cyj­nym, jak trzyma kie­li­szek szam­pana na przy­ję­ciu z oka­zji otwar­cia no­wej re­stau­ra­cji. Po­więk­szyła jego twarz i ga­piła się na nią przez mo­ment. W ni­czym nie przy­po­mi­nał Mi­cha­ela C. Halla. Wy­glą­dał... przy­stoj­nie w ta­kim kla­sycz­nym stylu, tak by to okre­śliła. Kla­syczny przy­stoj­niak. Jed­nak w tym, jak jego biały pod­ko­szu­lek spo­ty­kał się z pa­skiem pary nie­bie­skich dżin­sów, było coś po­cią­ga­ją­cego. Nie był scho­wany. Nie wi­siał. Dwa brzegi de­li­kat­nie się do­ty­kały. Jakby za­pra­sza­jąco. Ra­chel po­czuła nie­spo­dzie­waną i na­głą eks­cy­ta­cję, a kiedy jej wzrok wró­cił na jego twarz, wy­da­wał się już wię­cej niż kla­sycz­nie przy­stojny. Wy­da­wał się twardy. Nie­mal okrutny. Jed­nak Ra­chel nie prze­szka­dzały ta­kie ce­chy w męż­czyź­nie. Mo­gła to wy­ko­rzy­stać, gdyby chciała.

Wy­łą­czyła pocztę. Pod­jęła de­cy­zję, że od­po­wie. Spo­tka się z nim. Bę­dzie upra­wiać z nim seks. Tylko że jesz­cze nie te­raz. Niech chwilę po­czeka. W końcu nie śpie­szyło jej się.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pro­log

CZER­WIEC 2019

Sa­muel

- Ja­son Mott?

- Tak. Tu­taj. To ja.

Pa­trzę na mło­dego czło­wieka, który stoi ni­żej, po kostki w bło­cie na brzegu Ta­mizy. Ma włosy pia­sko­wego ko­loru, które wi­szą po obu stro­nach jego de­li­kat­nej, pie­go­wa­tej twa­rzy. Na nogi wcią­gnął się­ga­jące ko­lan gu­miaki, do tego wło­żył ka­mi­zelkę ko­loru khaki z licz­nymi kie­sze­niami, a ota­cza go krąg ga­piów. Pod­cho­dzę do niego, sta­ra­jąc się nie ubru­dzić bu­tów.

- Dzień do­bry - mó­wię. - Je­stem in­spek­tor Sa­muel Owusu. A to Saf­fron Brown z na­szego ze­społu tech­ni­ków me­dy­cyny są­do­wej. - Wi­dzę, że Ja­son Mott bar­dzo się stara ukryć swoją eks­cy­ta­cję obec­no­ścią dwojga praw­dzi­wych de­tek­ty­wów. Nie idzie mu to naj­le­piej. - Sły­sza­łem, że coś pan zna­lazł. Może mógłby pan wy­tłu­ma­czyć?

Ja­son kiwa z za­pa­łem głową.

- Tak. No więc, jak już mó­wi­łem przez te­le­fon, je­stem prze­wod­ni­kiem zbie­ra­czy. Pro­fe­sjo­nal­nym. I by­łem tu dzi­siaj rano ze swoją grupą, kiedy ten młody czło­wiek - wska­zuje chło­paka, na oko dwu­na­sto­let­niego - grze­bał w bło­cie i otwo­rzył tę torbę. - Te­raz kie­ruje na­szą uwagę na czarny wo­rek sto­jący na ja­kimś ka­mie­niu. - Pierw­szą za­sadą zbie­ra­czy jest nie do­ty­kać, ale to tak so­bie le­żało, jakby ktoś to tu­taj przed chwilą wy­rzu­cił, więc chyba mógł to otwo­rzyć.

Cho­ciaż nie mam bla­dego po­ję­cia o za­sa­dach zbie­ra­czy, rzu­cam chło­pa­kowi po­krze­pia­jące spoj­rze­nie, a on wzdy­cha z ulgą.

- Tak czy ina­czej, nie wiem, to zna­czy ża­den ze mnie eks­pert... - Ja­son Mott uśmie­cha się ner­wowo do Saf­fron i tro­chę się przy tym ru­mieni. - Ale po­my­śla­łem, że wy­glą­dają, jakby, no, były ludz­kie.

Pod­cho­dzę ostroż­nie do ka­mie­nia i roz­chy­lam lekko wo­rek. Saf­fron po­dąża za mną i za­gląda mi przez ra­mię. Pierw­sze, co nam się rzuca w oczy, to ludzka szczęka. Od­wra­cam się i pa­trzę na tech­niczkę. Ona kiwa głową, po czym wciąga rę­ka­wiczki i roz­kłada fo­lię.

- Cóż - rzu­cam, wsta­jąc i spo­glą­da­jąc na grupkę sto­jącą w bło­cie. - Mu­simy wszyst­kich stąd wy­pro­sić. Był­bym wdzięczny za współ­pracę.

Przez chwilę nikt się nie ru­sza. Po­tem Ja­son Mott na­gle ożywa i udaje mu się spra­wić, by wszy­scy wy­co­fali się z plaży na dal­szą część na­brzeża, gdzie stoją i da­lej się ga­pią. Za­raz w ich rę­kach po­ja­wiają się smart­fony, więc wo­łam:

- Pro­szę. Żad­nego fil­mo­wa­nia. To bar­dzo de­li­katna sprawa po­li­cji. Z góry dzię­kuję.

Te­le­fony zni­kają.

Ja­son Mott za­trzy­muje się w po­ło­wie scho­dów pro­wa­dzą­cych na brzeg i od­wraca do mnie.

- Czy to... - za­czyna. - To ludz­kie?

- Na to wy­gląda - od­po­wia­dam. - Ale nie bę­dziemy wie­dzieć na pewno, do­póki nie zo­staną zba­dane. Dzię­kuję za po­moc, pa­nie Mott. - Uśmie­cham się do niego cie­pło, li­cząc, że w ten spo­sób dam mu znak, by prze­stał za­da­wać py­ta­nia i od­szedł.

Saf­fron od­wraca się z po­wro­tem do ko­ści i za­czyna je wyj­mo­wać z worka na fo­lię.

- Małe - mówi. - Moż­liwe, że na­le­żały do dziecka. Albo drob­nej osoby do­ro­słej.

- Lecz zde­cy­do­wa­nie czło­wieka?

- Tak, zde­cy­do­wa­nie.

Sły­szę czyjś głos wo­ła­jący z na­brzeża. To Ja­son Mott. Wzdy­cham i spo­koj­nie zwra­cam się ku niemu.

- Wia­domo, ile mają lat? - krzy­czy Ja­son. - Tak na pierw­szy rzut oka?

Saf­fron uśmie­cha się do mnie cierpko, po czym mówi do Ja­sona:

- W tej chwili trudno oce­nić. Pro­szę prze­ka­zać swoje dane funk­cjo­na­riu­szowi przy ra­dio­wo­zie. Bę­dziemy pana in­for­mo­wać.

- Dzię­kuję. Na­prawdę dzię­kuję. Su­per.

Chwilę póź­niej Saf­fron wyj­muje z czar­nego worka nie­dużą czaszkę. Ob­raca ją i kła­dzie na fo­lii.

- Tu­taj - wska­zuje. - Spójrz. Wi­dzisz? Pęk­nię­cie na li­nii wło­sów.

Ku­cam. I wi­dzę to. Praw­do­po­dobna przy­czyna śmierci.

Uno­szę wzrok i wo­dzę nim po plaży aż do za­krętu rzeki, jakby za­bójca mógł w tej chwili biec tam­tędy z na­rzę­dziem zbrodni w ręce. A po­tem znowu spo­glą­dam na ma­leńką czaszkę w ko­lo­rze po­piołu i moje serce wy­peł­nia się za­równo smut­kiem, jak i de­ter­mi­na­cją.

W tym ma­łym worku ko­ści znaj­duje się cały świat.

Czuję, jak pro­wa­dzące do niego drzwi wła­śnie się otwie­rają, a ja wcho­dzę do środka.

2

CZER­WIEC 2019

Je­stem Henry Lamb. Mam czter­dzie­ści dwa lata. Miesz­kam w naj­lep­szym apar­ta­men­cie w ele­ganc­kim bloku art déco tuż za ro­giem od Har­ley Street. Skąd wiem, że to naj­lep­szy apar­ta­ment? Bo tak mi po­wie­dział por­tier. Kiedy przy­nosi mi na górę paczkę - nie musi tego ro­bić, ale jest cie­kaw­ski - za­gląda mi przez ra­mię i oczy mu błysz­czą na wi­dok tego frag­mentu wnę­trza miesz­ka­nia, który wi­dzi z progu. Sko­rzy­sta­łem z usług pro­jek­tanta. Mam do­sko­nały gust, jed­nak zwy­czaj­nie nie wiem, jak po­łą­czyć ze sobą gu­stowne rze­czy, by stwo­rzyć choć cień wi­zu­al­nej har­mo­nii. Nie. Nie na­daję się do two­rze­nia wi­zu­al­nej har­mo­nii. To nic, je­stem do­bry w wielu in­nych rze­czach.

W tej chwili nie miesz­kam sam i od­czu­wam to na każ­dym kroku. Przed ich przy­by­ciem za­wsze mi się wy­da­wało, że je­stem sa­motny. Wra­ca­łem do swo­jego nie­ska­zi­tel­nego, bo­gato wy­po­sa­żo­nego miesz­ka­nia i na­dą­sa­nych per­sów, my­śląc: och, jak miło by­łoby po­roz­ma­wiać z kimś o tym, jak mi mi­nął dzień. Albo jak miło by było, gdyby ktoś te­raz przy­go­to­wy­wał w kuchni smaczny obiad, otwie­rał bu­telkę cze­goś zim­nego czy, jesz­cze le­piej, szy­ko­wał ja­kiś kok­tajl. Bar­dzo długo uża­la­łem się nad sobą. Jed­nak już od roku mam go­ści - swoją sio­strę Lucy i dwójkę jej dzieci - i ni­gdy, prze­nigdy nie je­stem sam.

W mo­jej kuchni nie­ustan­nie kręcą się lu­dzie, ale nikt nie mie­sza kok­tajli ani nie otwiera ostryg, nie pyta mnie, jak mi­nął dzień; za­miast tego ko­rzy­stają z grilla do pa­nini, żeby przy­go­to­wać coś, co na­zy­wają "to­stecz­kami", pod­grze­wają cze­ko­ladę w złym garnku, wrzu­cają nie­se­gre­go­wane śmieci do po­jem­nika na se­gre­go­wane i od­wrot­nie. Oglą­dają ha­ła­śliwe, nie­mą­dre rze­czy na smart­fo­nach, które im ku­pi­łem, i krzy­czą do sie­bie zu­peł­nie bez po­wodu. No i jesz­cze jest pies. W ty­pie jack rus­sell te­riera, moja sio­stra zna­la­zła go na ni­cej­skiej ulicy pięć lat temu, kiedy grze­bał w śmiet­ni­kach. Na­zywa się Fitz i mnie uwiel­bia. Z wza­jem­no­ścią. W sercu je­stem psia­rzem, a koty wzią­łem tylko dla­tego, że są ła­twiej­sze w opiece dla ego­istycz­nych lu­dzi. Roz­wią­za­łem test w in­ter­ne­cie - Jaka jest twoja ide­alna ko­cia rasa? - i po od­po­wie­dze­niu na trzy­dzie­ści py­tań do­wie­dzia­łem się, że to pers. Wy­daje mi się, że słusz­nie. Wcze­śniej, jesz­cze jako dziecko, zna­łem tylko jed­nego kota, to było wredne stwo­rze­nie z ostrymi pa­zu­rami. Jed­nak te persy są zu­peł­nie inne. Żą­dają mi­ło­ści i nie ma wyj­ścia, trzeba je ko­chać. Nie­stety nie prze­pa­dają za Fit­zem i nie po­doba im się to, że ja za nim prze­pa­dam, więc at­mos­fera mię­dzy zwie­rzę­tami jest prze­okrop­nie na­pięta.

Moja sio­stra wpro­wa­dziła się rok temu z po­wo­dów, któ­rych chyba nie umiał­bym wy­tłu­ma­czyć. Krót­sza wer­sja jest taka, że była bez­domna. Bar­dziej skom­pli­ko­wana wer­sja wy­ma­ga­łaby na­pi­sa­nia ca­łego wy­pra­co­wa­nia. Gdzieś mię­dzy jedną i drugą znaj­duje się opo­wieść o tym, jak mia­łem dzie­sięć lat, a nasz (bar­dzo duży) dom zo­stał prze­jęty przez sa­dy­stycz­nego oszu­sta i jego ro­dzinę. Przez po­nad pięć lat ten czło­wiek zdo­łał opa­no­wać umy­sły mo­ich ro­dzi­ców i stop­niowo po­zba­wić ich wszyst­kiego, co po­sia­dali. Wy­ko­rzy­stał nasz dom jako oso­bi­ste wię­zie­nie i plac za­baw, bez skru­pu­łów zdo­by­wa­jąc do­kład­nie to, czego chciał, od lu­dzi do­koła, w tym swo­jej żony i dzieci. Przez ten czas wy­da­rzyła się nie­zli­czona ilość nie­moż­li­wych do opi­sa­nia rze­czy, na przy­kład moja sio­stra za­szła w ciążę jako trzy­na­sto­latka, uro­dziła jako czter­na­sto­latka, a po­tem zo­sta­wiła swoje dzie­się­cio­mie­sięczne dziecko w Lon­dy­nie i ucie­kła do po­łu­dnio­wej Fran­cji, kiedy miała za­le­d­wie pięt­na­ście lat. Póź­niej uro­dziła dwójkę ko­lej­nych dzieci, spło­dzo­nych przez dwóch męż­czyzn, za­ra­bia­jąc na ich utrzy­ma­nie grą na skrzyp­cach na uli­cach Ni­cei, spę­dziła kilka nocy bez da­chu nad głową i w końcu po­sta­no­wiła wró­cić do domu, kiedy (po­mi­ja­jąc parę in­nych rze­czy) wy­czuła, że może do­stać cał­kiem po­kaźny spa­dek z fun­du­szu po­wier­ni­czego za­ło­żo­nego przez na­szych ro­dzi­ców.

Do­bre wie­ści są ta­kie, że w ze­szłym ty­go­dniu te pie­nią­dze zo­stały wy­pła­cone w peł­nej kwo­cie - przy­da­łyby się tu­taj ja­kieś fan­fary - i te­raz oboje je­ste­śmy mi­lio­ne­rami, co ozna­cza, że ona może ku­pić swój wła­sny dom i prze­pro­wa­dzić się tam z dziećmi i psem, a ja po­now­nie zo­stanę sam.

I wtedy będę mu­siał sta­wić czoła ko­lej­nej fa­zie swo­jego ży­cia.

Czter­dzie­ści dwa lata to dziwny wiek. Ani się nie jest mło­dym, ani sta­rym. Gdy­bym był he­tero, pew­nie wła­śnie roz­pacz­li­wie szu­kał­bym żony z funk­cjo­nu­ją­cymi jaj­ni­kami. Jed­nak he­tero nie je­stem i nie je­stem też kimś, z kim inni męż­czyźni chcie­liby się wią­zać na stałe, więc po­zo­staję w naj­gor­szej sy­tu­acji z moż­li­wych - nie­ko­cha­nego geja z ga­snącą urodą.

Do­bij­cie mnie.

Ale po­ja­wiła się iskierka cze­goś no­wego. Pie­nią­dze są przy­jemne, lecz pie­nią­dze nie iskrzą. Iskrzy za­gi­niony frag­ment ukła­danki mo­jej prze­szło­ści; męż­czy­zna, któ­rego ko­cha­łem, gdy by­li­śmy jesz­cze chłop­cami w moim ro­dzin­nym domu grozy. Męż­czy­zna, który te­raz ma czter­dzie­ści trzy lata, rzadką brodę i głę­bo­kie zmarszczki mi­miczne, a pra­cuje w re­zer­wa­cie przy­rody w Bot­swa­nie. Męż­czy­zna, który jest - nie­spo­dzianka - sy­nem oszu­sta, tego który znisz­czył moje dzie­ciń­stwo. A także - druga nie­spo­dzianka - oj­cem mo­jej sio­strze­nicy, Libby. Tak, Phi­neas za­płod­nił Lucy, kiedy miał szes­na­ście lat, a ona trzy­na­ście, i tak, to nie­wła­ściwe pod wie­loma wzglę­dami i można by po­my­śleć, że z tego po­wodu po­czuję nie­chęć, i fak­tycz­nie przez ja­kiś czas tak było. Tylko że wszy­scy ro­bi­li­śmy złe rze­czy w tam­tym domu, nikt nie wy­szedł stam­tąd nie­ska­zi­telny. Na­uczy­łem się trak­to­wać na­sze grze­chy jako stra­te­gie prze­trwa­nia.

Nie wi­dzia­łem Phi­ne­asa Thom­sena od czasu, kiedy ja mia­łem szes­na­ście, a on osiem­na­ście lat. Jed­nak w ze­szłym ty­go­dniu na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym mo­jej sio­strze­nicy jej chło­pak, który pra­cuje jako dzien­ni­karz śled­czy, po­wie­dział, że go dla niej na­mie­rzył. Taki nie­zwy­kły pre­zent uro­dzi­nowy dla dziew­czyny. Patrz! Mam dla cie­bie za­gi­nio­nego ojca!

I w taki oto spo­sób zna­la­złem się tu­taj, w ten ja­sny śro­dowy po­ra­nek w czerwcu, skryty w ci­chej sy­pialni, z otwar­tym lap­to­pem, opusz­kami pal­ców głasz­czę to­uch­pad, de­li­kat­nie pro­wa­dząc kur­sor po stro­nie po­świę­co­nej re­zer­wa­towi, dla któ­rego pra­cuje Phin i który za­mie­rzam od­wie­dzić bar­dzo, bar­dzo nie­długo.

Zna­łem go jako Phina Thom­sena, kiedy miesz­ka­li­śmy ra­zem w dzie­ciń­stwie.

Finn Thom­sen to pseu­do­nim, za któ­rym ukry­wał się przez te wszyst­kie lata.

By­łem tak bli­sko. F za­miast Ph. Tyle czasu i mógł­bym go zna­leźć, gdy­bym tylko wpadł na to, by po­ba­wić się al­fa­be­tem. Sprytne. Bar­dzo sprytne. Phin za­wsze był naj­bar­dziej bły­sko­tliwą osobą, jaką zna­łem. Cóż, poza mną, oczy­wi­ście.

Pod­ska­kuję, sły­sząc pu­ka­nie do drzwi. Wzdy­cham.

- Tak?

- Henry, to ja. Mogę wejść?

Moja sio­stra. Wzdy­cham jesz­cze raz i za­my­kam lap­topa.

- Tak, pew­nie.

Otwiera drzwi na tyle, by wśli­zgnąć się do środka, a po­tem ostroż­nie za­myka je za sobą.

Lucy jest piękną ko­bietą. Kiedy zo­ba­czy­łem ją w ze­szłym roku pierw­szy raz, od­kąd by­li­śmy na­sto­lat­kami, za­sko­czyła mnie jej uroda. Jej twarz opo­wiada wiele hi­sto­rii, od­biło się na niej każde z czter­dzie­stu lat, Lucy pra­wie o sie­bie nie dba, ubiera się w szmaty, a jed­nak za­wsze ja­koś udaje jej się wy­glą­dać bar­dziej uro­czo niż wszyst­kim in­nym ko­bie­tom w oto­cze­niu. Rzecz chyba w po­łą­cze­niu jej bursz­ty­nowo-orze­cho­wych oczu ze zło­ci­stymi pa­smami brud­nego blondu we wło­sach, jej nie­waż­ko­ści, słod­kiego głosu i tego, w jaki spo­sób do­tyka, pa­trzy i się po­ru­sza. Mój oj­ciec wy­glą­dał jak cho­dzący ka­wa­łek wie­przo­winy w cie­ście, a sio­stra miała fart odzie­dzi­czyć wy­gląd po na­szej ele­ganc­kiej matce pół-Tur­czynce. Ja pla­suję się gdzieś po­środku. Też do­pi­sało mi szczę­ście i cie­szę się do­brym wy­glą­dem matki, lecz do­sta­łem także w spadku cał­kiem sporo grubo cio­sa­nych ry­sów ojca. Zro­bi­łem, co w mo­jej mocy, by wy­ko­rzy­stać do cna, co dała mi na­tura. Pie­nią­dze może nie ku­pią mi­ło­ści, ale za to wy­rzeź­bioną szczękę, ide­al­nie równe zęby i pełne usta - ow­szem.

Moja sy­pial­nia wy­peł­nia się za­pa­chem olejku do wło­sów z brą­zo­wej bu­te­leczki, która wy­gląda tak, jakby sio­stra ku­piła ją na wiej­skim targu.

- Chcia­łam po­ga­dać - mówi, zdej­mu­jąc ma­ry­narkę z krze­sła na środku po­koju, żeby móc tam usiąść. - O tym, co było w ze­szłym ty­go­dniu na uro­dzi­nach Libby.

Po­sy­łam jej spoj­rze­nie, które mówi "tak, słu­cham, kon­ty­nuuj".

- O czym roz­ma­wia­łeś z Libby i Mil­le­rem?

Libby to moja sio­strze­nica. Córka Lucy i Phina. Mil­ler to jej chło­pak, dzien­ni­karz. Ki­wam głową.

- O tym, że po­le­cisz z nimi do Bot­swany, prawda?

Znowu po­twier­dzam. Wiem, co za­raz usły­szę.

- Rze­czy­wi­ście za­mie­rzasz?

- Tak, oczy­wi­ście.

- I my­ślisz... my­ślisz, że to do­bry po­mysł?

- Tak. Uwa­żam, że to wspa­niały po­mysł. Dla­czego nie?

- Nie wiem. To chyba miał być ro­man­tyczny wy­jazd tylko dla dwojga...

Cmo­kam.

- Mil­ler wspo­mi­nał o za­bra­niu swo­jej matki, więc chyba jed­nak nie taki ro­man­tyczny.

Oczy­wi­ście ga­dam głu­poty, ale czuję po­trzebę, żeby się bro­nić. Mil­ler chce za­brać Libby do Bot­swany, żeby spo­tkała ojca, który ostatni raz wi­dział ją, kiedy była nie­mow­lę­ciem. Jed­nak Phin jest też czę­ścią mnie. Nie tylko czę­ścią mnie, lecz nie­mal ca­łym mną. My­śla­łem o nim do­słow­nie (i uży­wam tu­taj tego słowa w naj­bar­dziej do­słow­nym sen­sie) przy­naj­mniej raz w każ­dej go­dzi­nie, od­kąd skoń­czy­łem szes­na­ście lat. Jak miał­bym nie le­cieć do niego te­raz, na­tych­miast?

- Nie będę im wcho­dził w drogę - rzu­cam. - Dam im pełną swo­bodę.

- Ja­sne - od­po­wiada Lucy z po­wąt­pie­wa­niem. - A co bę­dziesz ro­bił?

- No... - Wa­ham się. Co będę ro­bił? Nie mam po­ję­cia. Po pro­stu będę z Phi­nem.

A po­tem, cóż, po­tem zo­ba­czymy, prawda?