2
CZERWIEC 2019
Jestem Henry Lamb. Mam czterdzieści dwa lata. Mieszkam w najlepszym apartamencie w eleganckim bloku art déco tuż za rogiem od Harley Street. Skąd wiem, że to najlepszy apartament? Bo tak mi powiedział portier. Kiedy przynosi mi na górę paczkę - nie musi tego robić, ale jest ciekawski - zagląda mi przez ramię i oczy mu błyszczą na widok tego fragmentu wnętrza mieszkania, który widzi z progu. Skorzystałem z usług projektanta. Mam doskonały gust, jednak zwyczajnie nie wiem, jak połączyć ze sobą gustowne rzeczy, by stworzyć choć cień wizualnej harmonii. Nie. Nie nadaję się do tworzenia wizualnej harmonii. To nic, jestem dobry w wielu innych rzeczach.
W tej chwili nie mieszkam sam i odczuwam to na każdym kroku. Przed ich przybyciem zawsze mi się wydawało, że jestem samotny. Wracałem do swojego nieskazitelnego, bogato wyposażonego mieszkania i nadąsanych persów, myśląc: och, jak miło byłoby porozmawiać z kimś o tym, jak mi minął dzień. Albo jak miło by było, gdyby ktoś teraz przygotowywał w kuchni smaczny obiad, otwierał butelkę czegoś zimnego czy, jeszcze lepiej, szykował jakiś koktajl. Bardzo długo użalałem się nad sobą. Jednak już od roku mam gości - swoją siostrę Lucy i dwójkę jej dzieci - i nigdy, przenigdy nie jestem sam.
W mojej kuchni nieustannie kręcą się ludzie, ale nikt nie miesza koktajli ani nie otwiera ostryg, nie pyta mnie, jak minął dzień; zamiast tego korzystają z grilla do panini, żeby przygotować coś, co nazywają "tosteczkami", podgrzewają czekoladę w złym garnku, wrzucają niesegregowane śmieci do pojemnika na segregowane i odwrotnie. Oglądają hałaśliwe, niemądre rzeczy na smartfonach, które im kupiłem, i krzyczą do siebie zupełnie bez powodu. No i jeszcze jest pies. W typie jack russell teriera, moja siostra znalazła go na nicejskiej ulicy pięć lat temu, kiedy grzebał w śmietnikach. Nazywa się Fitz i mnie uwielbia. Z wzajemnością. W sercu jestem psiarzem, a koty wziąłem tylko dlatego, że są łatwiejsze w opiece dla egoistycznych ludzi. Rozwiązałem test w internecie - Jaka jest twoja idealna kocia rasa? - i po odpowiedzeniu na trzydzieści pytań dowiedziałem się, że to pers. Wydaje mi się, że słusznie. Wcześniej, jeszcze jako dziecko, znałem tylko jednego kota, to było wredne stworzenie z ostrymi pazurami. Jednak te persy są zupełnie inne. Żądają miłości i nie ma wyjścia, trzeba je kochać. Niestety nie przepadają za Fitzem i nie podoba im się to, że ja za nim przepadam, więc atmosfera między zwierzętami jest przeokropnie napięta.
Moja siostra wprowadziła się rok temu z powodów, których chyba nie umiałbym wytłumaczyć. Krótsza wersja jest taka, że była bezdomna. Bardziej skomplikowana wersja wymagałaby napisania całego wypracowania. Gdzieś między jedną i drugą znajduje się opowieść o tym, jak miałem dziesięć lat, a nasz (bardzo duży) dom został przejęty przez sadystycznego oszusta i jego rodzinę. Przez ponad pięć lat ten człowiek zdołał opanować umysły moich rodziców i stopniowo pozbawić ich wszystkiego, co posiadali. Wykorzystał nasz dom jako osobiste więzienie i plac zabaw, bez skrupułów zdobywając dokładnie to, czego chciał, od ludzi dokoła, w tym swojej żony i dzieci. Przez ten czas wydarzyła się niezliczona ilość niemożliwych do opisania rzeczy, na przykład moja siostra zaszła w ciążę jako trzynastolatka, urodziła jako czternastolatka, a potem zostawiła swoje dziesięciomiesięczne dziecko w Londynie i uciekła do południowej Francji, kiedy miała zaledwie piętnaście lat. Później urodziła dwójkę kolejnych dzieci, spłodzonych przez dwóch mężczyzn, zarabiając na ich utrzymanie grą na skrzypcach na ulicach Nicei, spędziła kilka nocy bez dachu nad głową i w końcu postanowiła wrócić do domu, kiedy (pomijając parę innych rzeczy) wyczuła, że może dostać całkiem pokaźny spadek z funduszu powierniczego założonego przez naszych rodziców.
Dobre wieści są takie, że w zeszłym tygodniu te pieniądze zostały wypłacone w pełnej kwocie - przydałyby się tutaj jakieś fanfary - i teraz oboje jesteśmy milionerami, co oznacza, że ona może kupić swój własny dom i przeprowadzić się tam z dziećmi i psem, a ja ponownie zostanę sam.
I wtedy będę musiał stawić czoła kolejnej fazie swojego życia.
Czterdzieści dwa lata to dziwny wiek. Ani się nie jest młodym, ani starym. Gdybym był hetero, pewnie właśnie rozpaczliwie szukałbym żony z funkcjonującymi jajnikami. Jednak hetero nie jestem i nie jestem też kimś, z kim inni mężczyźni chcieliby się wiązać na stałe, więc pozostaję w najgorszej sytuacji z możliwych - niekochanego geja z gasnącą urodą.
Dobijcie mnie.
Ale pojawiła się iskierka czegoś nowego. Pieniądze są przyjemne, lecz pieniądze nie iskrzą. Iskrzy zaginiony fragment układanki mojej przeszłości; mężczyzna, którego kochałem, gdy byliśmy jeszcze chłopcami w moim rodzinnym domu grozy. Mężczyzna, który teraz ma czterdzieści trzy lata, rzadką brodę i głębokie zmarszczki mimiczne, a pracuje w rezerwacie przyrody w Botswanie. Mężczyzna, który jest - niespodzianka - synem oszusta, tego który zniszczył moje dzieciństwo. A także - druga niespodzianka - ojcem mojej siostrzenicy, Libby. Tak, Phineas zapłodnił Lucy, kiedy miał szesnaście lat, a ona trzynaście, i tak, to niewłaściwe pod wieloma względami i można by pomyśleć, że z tego powodu poczuję niechęć, i faktycznie przez jakiś czas tak było. Tylko że wszyscy robiliśmy złe rzeczy w tamtym domu, nikt nie wyszedł stamtąd nieskazitelny. Nauczyłem się traktować nasze grzechy jako strategie przetrwania.
Nie widziałem Phineasa Thomsena od czasu, kiedy ja miałem szesnaście, a on osiemnaście lat. Jednak w zeszłym tygodniu na przyjęciu urodzinowym mojej siostrzenicy jej chłopak, który pracuje jako dziennikarz śledczy, powiedział, że go dla niej namierzył. Taki niezwykły prezent urodzinowy dla dziewczyny. Patrz! Mam dla ciebie zaginionego ojca!
I w taki oto sposób znalazłem się tutaj, w ten jasny środowy poranek w czerwcu, skryty w cichej sypialni, z otwartym laptopem, opuszkami palców głaszczę touchpad, delikatnie prowadząc kursor po stronie poświęconej rezerwatowi, dla którego pracuje Phin i który zamierzam odwiedzić bardzo, bardzo niedługo.
Znałem go jako Phina Thomsena, kiedy mieszkaliśmy razem w dzieciństwie.
Finn Thomsen to pseudonim, za którym ukrywał się przez te wszystkie lata.
Byłem tak blisko. F zamiast Ph. Tyle czasu i mógłbym go znaleźć, gdybym tylko wpadł na to, by pobawić się alfabetem. Sprytne. Bardzo sprytne. Phin zawsze był najbardziej błyskotliwą osobą, jaką znałem. Cóż, poza mną, oczywiście.
Podskakuję, słysząc pukanie do drzwi. Wzdycham.
- Tak?
- Henry, to ja. Mogę wejść?
Moja siostra. Wzdycham jeszcze raz i zamykam laptopa.
- Tak, pewnie.
Otwiera drzwi na tyle, by wślizgnąć się do środka, a potem ostrożnie zamyka je za sobą.
Lucy jest piękną kobietą. Kiedy zobaczyłem ją w zeszłym roku pierwszy raz, odkąd byliśmy nastolatkami, zaskoczyła mnie jej uroda. Jej twarz opowiada wiele historii, odbiło się na niej każde z czterdziestu lat, Lucy prawie o siebie nie dba, ubiera się w szmaty, a jednak zawsze jakoś udaje jej się wyglądać bardziej uroczo niż wszystkim innym kobietom w otoczeniu. Rzecz chyba w połączeniu jej bursztynowo-orzechowych oczu ze złocistymi pasmami brudnego blondu we włosach, jej nieważkości, słodkiego głosu i tego, w jaki sposób dotyka, patrzy i się porusza. Mój ojciec wyglądał jak chodzący kawałek wieprzowiny w cieście, a siostra miała fart odziedziczyć wygląd po naszej eleganckiej matce pół-Turczynce. Ja plasuję się gdzieś pośrodku. Też dopisało mi szczęście i cieszę się dobrym wyglądem matki, lecz dostałem także w spadku całkiem sporo grubo ciosanych rysów ojca. Zrobiłem, co w mojej mocy, by wykorzystać do cna, co dała mi natura. Pieniądze może nie kupią miłości, ale za to wyrzeźbioną szczękę, idealnie równe zęby i pełne usta - owszem.
Moja sypialnia wypełnia się zapachem olejku do włosów z brązowej buteleczki, która wygląda tak, jakby siostra kupiła ją na wiejskim targu.
- Chciałam pogadać - mówi, zdejmując marynarkę z krzesła na środku pokoju, żeby móc tam usiąść. - O tym, co było w zeszłym tygodniu na urodzinach Libby.
Posyłam jej spojrzenie, które mówi "tak, słucham, kontynuuj".
- O czym rozmawiałeś z Libby i Millerem?
Libby to moja siostrzenica. Córka Lucy i Phina. Miller to jej chłopak, dziennikarz. Kiwam głową.
- O tym, że polecisz z nimi do Botswany, prawda?
Znowu potwierdzam. Wiem, co zaraz usłyszę.
- Rzeczywiście zamierzasz?
- Tak, oczywiście.
- I myślisz... myślisz, że to dobry pomysł?
- Tak. Uważam, że to wspaniały pomysł. Dlaczego nie?
- Nie wiem. To chyba miał być romantyczny wyjazd tylko dla dwojga...
Cmokam.
- Miller wspominał o zabraniu swojej matki, więc chyba jednak nie taki romantyczny.
Oczywiście gadam głupoty, ale czuję potrzebę, żeby się bronić. Miller chce zabrać Libby do Botswany, żeby spotkała ojca, który ostatni raz widział ją, kiedy była niemowlęciem. Jednak Phin jest też częścią mnie. Nie tylko częścią mnie, lecz niemal całym mną. Myślałem o nim dosłownie (i używam tutaj tego słowa w najbardziej dosłownym sensie) przynajmniej raz w każdej godzinie, odkąd skończyłem szesnaście lat. Jak miałbym nie lecieć do niego teraz, natychmiast?
- Nie będę im wchodził w drogę - rzucam. - Dam im pełną swobodę.
- Jasne - odpowiada Lucy z powątpiewaniem. - A co będziesz robił?
- No... - Waham się. Co będę robił? Nie mam pojęcia. Po prostu będę z Phinem.
A potem, cóż, potem zobaczymy, prawda?