SŁOMIANY
Powiedzmy sobie szczerze: lubiłem wujka Słomianego, nie lubiłem, kiedy mnie wujek Słomiany całował. Wujek golił się rzadko, pił często. A jak wypił, to rozczulał się nade mną kilkuletnim, przygarniał mnie do serca i całował czule. Byłem dobrze wychowanym dzieckiem, nie wyrywałem się. Rozpaczliwie zaciskałem oczy i usta, starałem się przetrwać. Ale te pieszczoty to jedyne nieprzyjemne wspomnienie związane z wujkiem. Bo poza tym, to z wujkiem Słomianym było sto pociech. A już najśmieszniej było, jak się wujek wieszał. Wujek Słomiany wieszał się zawsze w niedzielę, po mszy świętej. Konkretnie po sumie. W każdą niedzielę wujenka chodziła na sumę, a wujek zabierał z kuchni taboret i szedł na strych. Przerzucał sznur przez belkę, wiązał pętlę, stawał na taborecie i... No nie, nie aż tak, żeby zaraz ten taboret wykopywał spod siebie. Aż tak to wujek za tym wieszaniem nie był. Wieszanie wujka Słomianego to był cały, niezmienny rytuał. Więc stawał wujek na taborecie i czekał, aż wujenka wróci z kościoła. Wujenka wracała i oczywiście wiedziała, że wujek już tam czeka na strychu z pętlą na szyi. Wiedziała, ale udawała, że nie wie. Zaczynało się wielkie szukanie wujka. Wujenka szukała w domu, szukała w obejściu. Nawet u sąsiadów szukała. Dopiero na koniec, jakby tknięta złym przeczuciem, szła na strych. I dopiero wtedy, dopiero kiedy słyszał kroki wujenki na schodach, dopiero wtedy wujek wykopywał spod siebie taboret. Wujenka wchodziła na strych, widziała dyndającego na sznurze wujka, krzyczała przeraźliwie i rzucała się ratować. Jakoś tak się składało, że zawsze miała ze sobą nóż, ten największy, do mięsa. Odcinała tym nożem sznur, rozluźniała pętlę. Wujek opierał się rozpaczliwie, wujenka rozpaczliwie z nim walczyła... Dopiero po tych potwornych zmaganiach wujence udawało się wujka uratować. Oczywiście w ostatniej chwili... Przekomarzali się później przyjaźnie.
- Zobaczysz, dziadu! Ostatni raz cię odcinam! Ostatni raz!
- A prosił cię kto, żebyś odcinała?! Prosił cię kto?!
- A obwieś się wreszcie w cholerę i będzie święty spokój!
- To po cholerę lazłaś na strych?! Nawet powiesić się człowiek spokojnie nie może!
I tak gawędząc, wchodzili do sypialni i bardzo długo z niej nie wychodzili. Później przez kilka dni wujenka trochę mniej narzekała na wujkowe picie, czasami to nawet jakąś zakąskę mu zrobiła, żuru na rano nagotowała. I pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby jej wujek kur nie upijał. A już szczególnie koguta.
A wszystko przez ten denaturat. Bo pod koniec to wujek już głównie denaturat pijał. Zaczęło się od tego, że wujek Słomiany dokonał odkrycia. Odkrył mianowicie, że jak taki denaturat przez pszenicę przesączyć, to wcale nie capi. A jak dwa razy przesączyć, to i kolor całkiem traci, i w ogóle, czysty jest jak ta łza serdeczna. No więc przesączał wujek przez pszenicę, a później tę pszenicę kurom rzucał. Ziarno było wprawdzie niebieskie i strasznie dyktą je było czuć, ale kurom jakoś to nie przeszkadzało. Żarły je jak głupie i później zataczały się po podwórku. Nawalone były równo! A już najbardziej kogut. Darł mordę od rana do nocy i dupczył wszystko, co się ruszało. Nawet kotu nie przepuścił. Biedne kocisko wcale na podwórek bało się wychodzić. Ale co tam kot bury, ten wrzask był najgorszy. Nienawidziła wujenka tego koguta straszliwie. Nie raz i nie dwa z siekierką za bydlakiem biegała, ale gdzie tam! Bo wujek z kolei bardzo tego koguta polubił i za nic nie dał go skrzywdzić. Zaprzyjaźnił się z nim bardziej nawet niż ze starym Borowcem ze Stróży, z którym przez pół wieku bimber, wódkę, tanie wino pijał. Ale denaturatu Borowiec nie ruszył. A kogut owszem, kogut jak najbardziej. Siadywał wujek przed domem z garnuszkiem w dłoni, przepijał do koguta i coś tam do niego gadał. Kogut żarł niebieską pszenicę i darł mordę. Wujek się śmiał, coś tam mu przygadywał. Tak sobie gadali. I tak razem z tym kogutem pili. Czasami myślę, że to wujka najszczęśliwsze chwile były. Może jedyne szczęśliwe...
Tylko że od tej fraternizacji z gospodarzem strasznie się kogut rozzuchwalił i już mu się chyba zdawało, że w ogóle na całym podwórku jest najważniejszy, już nawet wujence zaczął na plecy skakać. Wujenka była niewiastą w latach, pobożna jak mało która i wcale nie była za tym, żeby ją jakieś bydlę na jej własnym podwórku dupczyło. Tym bardziej że już i po wsi o kogucie Słomianych było głośno. I jak wujenka szła do spółdzielni po sól czy po cukier, to ludzie tak jakoś na nią patrzyli, coś tam szeptali, podśmichujki sobie robili. Jednym słowem wstyd był na całą wieś. Tego już wujence było za wiele. Teraz to już naprawdę czarna godzina na koguta nastała. Akurat niedziela była. Słomiany wypił swoje i poszedł się wieszać. Wujenka z kościoła wróciła i zamiast jak zwykle udawać, że szuka wujka, to nawet sukienki kościelnej nie zdjęła, tylko od razu łaps za koguta. Kogut pijany był już jak bela, zataczał się po całym podwórku, nawet drzeć mordy nie miał siły. Żeby śladów nijakich nie było, łeb mu wujenka ukręciła, do stodoły zaniosła i z mściwą satysfakcją z piór zaczęła obdzierać. Z tego wszystkiego całkiem o wujku zapomniała. Na strychu wujek z pętlą na szyi stoi, stoi i czeka. A wujenki nie ma. Nogi wujkowi całkiem ścierpły, chwiać już się na tym taborecie zaczął. Jeszcze chwila i nieszczęście gotowe. Tylko tego wujkowi brakowało, żeby po tylu latach wieszania naprawdę miał się powiesić! Zaczął ściągać pętlę, nie chciała cholera puścić. Od tego ciągłego odcinania tyle węzłów na sznurze było, że pętla całkiem się zakleszczyła. Chyba z godzinę walczył ze sznurem. Z tego wszystkiego wujek całkiem wytrzeźwiał i strachu się najadł jak nigdy. Ale przecież uwolnił się wreszcie, zszedł na dół. Wujenka akurat makaron do rosołu kroiła. Inny by może stłukł starą, że tylko by dym po chałupie poszedł, ale wujek nie, wujek swojej kobiety nigdy nie uderzył. Popatrzył na nią bez słowa, poszedł spać. A jak wstał, to zjadł rosół. Nie wiedział, że zupę z przyjaciela je. Dopiero rano, kiedy już jak zwykle denaturat przez pszenicę przesączył, poszedł pić z kogutem. Rzuca niebieskie ziarno, skacowane kury żrą, że tylko im grdyki latają. Wujek woła koguta, koguta nie ma. Zaczął go szukać, nie znalazł. Straszne podejrzenie zaczęło się w głowie wujkowej rodzić. Poszedł do kuchni, pyta wujenki.
- Z czego ty mi wczoraj tego rosołu nagotowałaś?
- No przecież, że z kury. A niby z czego się rosół gotuje?
- Nie z mojego koguta przypadkiem?
- A co mnie tam do tego pierdolca! On dyktą tak nasączony, że nawet na rosół niezdatny.
Nie cyganiła wcale wujenka, rosół podwójnie musiała przyprawiać, bo strasznie go denaturatem czuć było. A mięso to już całkiem na nic było. Nawet psy go nie chciały. I tak przez to wujka Słomianego picie poszedł na zmarnowanie wcale piękny kogut. Wujek nie poznał nigdy prawdy, ale od tego czasu stał się innym człowiekiem. Nie miał z kim pić, więc przestał pić wcale. A po roku wziął i umarł. Bez Pana Boga umarł, bo na Pana Boga już dawno, w 43 roku się obraził. I nigdy Bogu nie wybaczył. Wierzę, że Pan Bóg mu wybaczył.
Ojciec nie mógł pojechać na pogrzeb, ja pojechałem. Wujenka strasznie płakała, nieprzytomna od tego płaczu była. Żyła jeszcze długo, do końca życia nie zdjęła żałoby.
Wróciłem z pogrzebu, ojciec wyjął butelkę. Wcześniej gadaliśmy czasem o ekscesach wujka, ojciec uśmiechał się tylko. Nie opowiadał, nie lubił mówić o tamtych czasach. Teraz, kiedy zacząłem wspominać wujkowe całowanie, wieszanie i wreszcie koguta, ojciec zaczął mówić.
Byli sąsiadami na Wołyniu, na Lackiej Kolonii. Słomiany był największym we wsi gospodarzem. Z mego dziadka był człowiek lekki, cała gospodarka na głowie babci Anieli była. Wujek Słomiany pomagał babci. Dla jej dzieci jak ten drugi ojciec był. Bo swoich dzieci Słomiani nie mieli. Dopiero we wojnę, zaraz tak na początku Pan Bóg im poszczęścił, synek im się urodził. Oleś mu dali. Jak mojemu ojcu, bo z całej czwórki babci Anieli to właśnie Olesia lubili najmocniej. Może dlatego, że Oleś się kształcił i już wiadomo było, że on jeden na pewno na ludzi wyjdzie.
Wojna, nie wojna, wojska różne wte i wewte szły, a oni tam jakoś na tej Kolonii żyli. Szczęśliwie żyli. Aż przyszedł rok 43.
Sąsiad, Ukrainiec ich ostrzegł. W nocy, po kryjomu. Swoich się bał. Jakby się dowiedzieli, to i jego, i całą jego rodzinę by wyrżnęli. Od razu w nocy uciekali. Słomiani i babcia Aniela z dwójką młodszych. Oleś Słomianych miał dwa latka. Na zmianę go nieśli. Akurat przed żniwami było, zboże na człowieka wysokie. Kryli się w tym zbożu. Strzelcy na drzewach siedzieli, strzelali, gdzie się zboże ruszało. W południe zatrzymali się odpocząć. Strzelec tylko raz wystrzelił. Słomiani więcej dzieci nie mieli, we dwójkę tylko żyli.
To pewnie dlatego wujek Słomiany tak mocno przygarniał mnie do serca. I dlatego pijana łza spływała po szczeciniastym policzku wujka.
Doprowadził Słomiany żonę, babcię Anielę i dzieci babci Anieli do Bugu, przeprawił przez rzekę, zostawił wśród swoich. Wrócił na Wołyń. To właśnie Słomiany był dowódcą ojca w zwiadzie konnym 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Ojciec nie lubił wielkich słów, nie używał ich nigdy. Tylko o Słomianym powiedział wtedy: był bohaterem.
Pijackie czułości, wieszanie, kogut. Sto pociech. Bohater.
Lubię ten kraj.