Rozdział 2
Jestem zaspana, widzę niewyraźnie, ale jakoś udaje mi się przeciągnąć palcem po ekranie telefonu, aby wyłączyć budzik. Mrugam, zmuszając się, by nie nacisnąć drzemki. Nie mam na nią czasu. Czeka mnie zbyt wiele zadań.
Najpierw myję i ubieram mamę. Nie lubi wcześnie wstawać, ale skoro wymaga opieki z zewnątrz, wyciągam ją z łóżka już o szóstej. Każdego ranka zostaję przez to zwyzywana. O tej porze mama jest bardziej zdezorientowana niż zwykle. Macha szczupłymi rękami, drapie mnie, syczy przez zęby. Nawet niezbyt świadoma potrafi odnaleźć stare rany. Najbardziej lubi docinać mi z powodu żuchwy. Mówi, że muszę ćwiczyć, bo jestem za gruba i że nigdy nie znajdę sobie faceta. Obwinia mnie też o śmierć taty i twierdzi, że nigdy niczego nie osiągnę.
Jestem jej rozczarowaniem.
O wpół do siódmej przygotowuję nam śniadanie. Czasami zjada ze smakiem swoje ulubione poranne danie, to znaczy tosta z dżemem truskawkowym. Innymi razy go nie cierpi. Udaje mi się zjeść swoją porcję i wypić herbatę, przyglądając się jej uważnie. Pilnuję, by odpowiednio się posiliła. O siódmej przychodzi Erin, więc pędzę na górę, by wziąć szybki prysznic i przygotować się do pracy. Czasami uda mi się sprawdzić nawet kilka klasówek dzieci, jeśli opiekunka dotrze do nas wcześniej.
Jeśli mama sprawia problemy, ciężko mi wyjść z domu. Wiem, że Erin dostaje pensję za opiekę nad nią, ale mam świadomość, że to nie jest lekka praca, nawet kiedy mama jest bardziej świadoma. Zawsze miała trudny charakter, ale chyba szybko nauczyłam się sobie z tym radzić. Przyswajałam wiedzę ze szkoły lub czytałam.
Mama nie chciała, abym wyjechała na studia. Pragnęła, bym była w domu. Wydaje mi się, że obawiała się zostać sama. Poszłyśmy na kompromis, według którego mieszkałam w domu i dojeżdżałam na uczelnię w Derby. Udało mi się znaleźć pracę na obrzeżach miasta, następnie pojawiła się propozycja pracy w tutejszej podstawówce. Wszystko się ładnie zgrało, więc zostałam blisko matki. Zawsze byłyśmy tylko we dwie.
Aż pojawił się Jamie. Poznałam go w pubie w piątkowy wieczór, na imprezie z okazji końca semestru. Można powiedzieć, że byłam spóźniona z życiem. Na studiach z nikim się nie spotykałam, nie wychodziłam się bawić. Wstyd się przyznać, ale dopiero w wieku dwudziestu pięciu lat straciłam dziewictwo. Jamie był pierwszym facetem, który się mną zainteresował, więc dałam mu szansę po kilku tygodniach, gdy nie dawał mi spokoju.
Był bratem jednego z kolegów z pracy, pracował jako elektryk w tutejszej firmie. Początkowo nie byłam nim zainteresowana. Był cichym, niskim, niewyróżniającym się mężczyzną. Miał włosy jasne jak mleko i małe, niebieskie oczy. Zaproponował, że postawi mi drinka. Zgodziłam się tylko dlatego, że byłam pijana. Tej samej nocy się całowaliśmy, ale dałam mu swój numer i poszłam do domu.
Alisha, moja współpracowniczka w szkole i przyjaciółka, uparła się, że powinnam się z nim umówić, ale nie odbierałam od niego telefonu przez kilka dni, aż ponownie spotkaliśmy się w pubie i znów uparł się, by postawić mi drinka. Kiedy zaszumiało mi w głowie, zgodziłam się pójść z nim na kolację i do kina.
Jamie nigdy się nie poddał. Przynosił mi kwiaty, czekoladki, wino. Mama wmawiała mi, że interesuje go jedynie szybki numerek i że kiedy już do tego dopuszczę, więcej o nim nie usłyszę. Jednak tak się nie stało. Trwał przy mnie przez siedem lat i w końcu go pokochałam. Ale mama odpychała go ode mnie złośliwymi uwagami i podszytymi jadem sarkastycznymi komplementami. Każda nasza kłótnia dotyczyła matki: tego, co powiedziała, by nas rozdzielić, tego, że nie chciałam wyprowadzić się z domu, a kiedy już się wyprowadziłam, tego że spędzamy z nią za dużo czasu. Jamie chciał się ze mną ożenić i mieć dzieci, ale mnie zawsze coś wstrzymywało. Teraz wydaje mi się, że był to wpływ matki. Jej drobne uwagi, zasiewające ziarno zwątpienia. Pozwoliłam jednak, by wyrosły z nich chwasty duszące nasz związek.
- Jeśli za niego wyjdziesz, już go nie porzucisz. Małżeństwo jest na całe życie - mawiała. - Naprawdę chcesz spędzić z tym kmiotem resztę swoich dni? A jeśli poznasz kogoś lepszego? Jamie jest tępy jak noga stołowa. Naprawdę chcesz żyć z takim człowiekiem?
Gdzieś pod tymi wszystkimi obelgami kryła się krztyna prawdy, która mnie zaskoczyła. Nie chciałam poślubić Jamiego. Martwiłam się, że gdzieś na świecie jest ktoś inny mi przeznaczony. Po siedmiu latach w końcu daliśmy sobie spokój. Wciąż winię matkę, ale może to niesprawiedliwe. Chociaż rzadko jej się sprzeciwiałam, wydaje mi się, że postawiłabym na swoim, gdyby Jamie naprawdę był mi pisany.
Przynajmniej tak sobie wmawiam.
Wiem tylko, że Peter też nie jest dla mnie.
Punktualnie o siódmej wchodzi Erin i macha nam wesoło. Siedzę obok mamy, pilnując, by zjadła płatki. W obu dłoniach ściskam kubek ze stygnącą herbatą. Mama przygląda się opiekunce i marszczy brwi.
- To znowu ty - mówi. - Lepiej tym razem nie podawaj mi trucizny.
- Mamo, to przecież Erin...
- Wiem, kim ona jest - warczy. - Nie jestem dzieckiem.
Przewracam oczami.
- Dzień dobry, pani Howland. Dobrze dziś pani wygląda - chwali Erin, wiedząc, że w przypadku mamy sprawdzają się komplementy.
- Niemal udało jej się mnie uczesać - mówi mama.
Mimowolnie się uśmiecham. Jeśli chodzi o komplementy od mamy, ten jest jednym z lepszych.
- Lepiej pójdę do pracy - stwierdzam. - W lodówce jest szynka na kanapki, w szafce czekolada. Częstuj się tym, na co masz ochotę.
- Miłego dnia - mówi Erin. - Nie pracuj zbyt ciężko. I dopilnuj, by mój bratanek nie sprawiał problemów!
Śmieję się.
- Jest pyskaty, ale słodki. Powiem, że ciocia z nim porozmawia, jeśli posunie się za daleko.
Eddington to mała mieścina, gdzie wszyscy się znają, a pracując w szkole, można poznać wszystkie nazwiska i twarze. To miejsce z tradycją, gdzie nadal odbywa się festyn, w którym udział biorą wszyscy mieszkańcy - część kultury angielskiej, której odejście wszyscy opłakują, choć nikt nie jest skłonny ją wskrzesić. Mam w klasie bratanka Erin, Noaha. To słodkie dziecko z takimi samymi niebieskimi oczami jak jej. Jednak dziewczyna ma rację, potrafi przysporzyć kłopotów. Wszyscy uczniowie potrafią, ale mi to nie przeszkadza. Ludzie spodziewają się, że szczęśliwy dziesięciolatek będzie wygadany. Martwią nas te ciche dzieciaki.
Zostawiam mamę z Erin, wskakuję do fiesty, kładę klasówki na fotelu pasażera. Za kwadrans ósma parkuję, biorę sprawdziany do klasy, siadam za biurkiem i po raz pierwszy dziś mogę swobodnie odetchnąć. Napełniam płuca powietrzem, zamykam oczy i po prostu spokojnie łapię oddech. Pomieszczenie pachnie mazakami ścieralnymi i klejem, ale uwielbiam to. To moje wytchnienie i tak, szkoła jest stresująca, głośna i chaotyczna, ale stanowi część życia, którą potrafię kontrolować. Jest moja.
Mam robotę. Muszę zrobić ksero, powiesić plakaty, wykonać notatki i dokończyć sprawdzanie klasówek, zanim pojawią się dzieciaki. Najpierw ksero. Jeśli je odłożę, będzie kolejka. Biorę plan lekcji, ćwiczenia i idę do pokoju nauczycielskiego. Przydałby się też kubek kawy.
- Soph!
Uśmiecham się.
- Dobry, Lish. Widzę, że wcześnie rano dopadłaś do kserokopiarki.
- Unikam tłumów. - Alisha przesadnie przewraca oczami. Pracujemy razem już niemal dekadę, obie zaczynałyśmy pół roku po kursie pedagogicznym. Pomagałyśmy sobie, walcząc ramię w ramię.
- Co za cholerstwo. Dziś już dwa razy zmieniałam toner i musiałam ją odblokować. - Kopie starożytną maszynę. - Jeśli chcesz, jest świeża kawa.
- Ratujesz mi życie. Ledwie wygramoliłam się z łóżka.
Idę do niewielkiego aneksu kuchennego, aby nalać naparu do mojego ulubionego kubka - z popiersiem Szekspira z angielskim cytatem: "2B or not 2B" - stanowiącego prezent od Alishy, który wręczyła mi, gdy zaczęłam uczyć klasę 2B.
- Jak tam wiedźma? - Koleżanka zmienia postawę, gdy pyta o moją matkę. Krzyżuje ręce na piersi i mruży oczy.
Alisha spotkała się z nią tylko raz, gdy mama odbierała nas ze zjazdu nauczycieli w Nottingham. Niestety przez całą drogę do domu mama mówiła do niej jak do dziecka, podnosząc głos i wypowiadając słowa powoli, jakby dziewczyna nie rozumiała po angielsku. Alisha wywodząca się z Indii, ale urodzona i wychowana w Manchesterze, zacisnęła wtedy zęby i odpowiadała z przesadnym indyjskim akcentem, aby wprowadzić humor w całą tę sytuację. Jednak wiem, że była wkurzona - do czego miała prawo - od tamtej pory nie znosi mojej mamy.
Nigdy nie rozwodziłam się nad swoim dzieciństwem, ale wydaje mi się, że Alisha dostrzegła prawdziwą naturę mojej matki. Zdałam sobie z tego sprawę po reakcji koleżanki i zaniepokoiło mnie to.
Po tym incydencie niemal przestałyśmy się przyjaźnić. W tym samym czasie Alisha zaszła w pierwszą ciążę. Poza tym czułam się niesamowicie niezręcznie z powodu tego, jak mama ją potraktowała i jak ponownie nie postawiłam się własnej rodzicielce. Widok przyjaciółki w ciąży był niemal nie do zniesienia. Upłynęło sporo czasu, nim uświadomiłam sobie, że byłam o nią zazdrosna, po czym poczułam się jak najbardziej małostkowa osoba na świecie. Zdusiłam ból i kupiłam prezenty dla noworodka. Pojechałam do szpitala z kwiatami i trzymałam na rękach jej dziecko. Widziałam jej szczęście, cieszyłam się, że może go doświadczać. Byłam tym zachwycona.
Staram się otrząsnąć ze wspomnień.
- Zdezorientowana, sfrustrowana, trudna. Choroba Alzheimera szybko postępuje. Mama ma dobre chwile, jest wtedy taka jak kiedyś, ale czasami, kiedy na mnie patrzy, nie jestem pewna, czy wie, kim jestem.
Wyraz twarzy przyjaciółki staje się miękki.
- Musi ci być bardzo ciężko. - Przestępuje z nogi na nogę, gdy następuje krępująca cisza. Wiem, co zaraz powie, instynktownie się spinam. - Zastanawiałaś się nad tym? - Unosi brwi, spoglądając na mnie poważnie.
- Myślałam - mówię - ale nie mogę.
To niemal niezauważalne, ale Alisha zaciska usta, jakby spodziewała się tych słów i była mną rozczarowana.
- Po prostu to powiem. Wiem, że nie powinnam, ale jesteś moją przyjaciółką i nie mogę dłużej milczeć. Dlaczego wciąż dbasz o tę kobietę, choć przez całe życie była dla ciebie niedobra? - Kiedy chcę jej przerwać, unosi ręce. - Nie trzeba geniusza, by to zobaczyć. Ta kobieta dręczy cię psychicznie. Próbowała wybić ci z głowy studia, wytyka twój wygląd przy innych, sprawiła, że rozpadł się twój związek z Jamiem. Bóg jeden wie, co robiła, gdy byłaś dzieckiem. To szansa, by się jej pozbyć na dobre i w końcu zacząć żyć po swojemu. Skorzystaj z niej. Sprzedaj dom, przenieś ją do ośrodka pomocy i w końcu żyj szczęśliwie, jak na to zasługujesz.
Staję prosto.
- Szansa? Trudno tak nazwać przyglądanie się, jak mama zmienia się w dziecko.
Alisha wzdycha.
- Masz rację. Przepraszam. Źle się wyraziłam. - Zbiera swoje papiery, wyrównuje je, stukając o kserokopiarkę. - Może przesadziłam. Nie wiem. Chcę jedynie mieć pewność, że masz kogoś po swojej stronie. Chcę cię wspierać, pragnę twojego szczęścia. Wiesz, że na nie zasługujesz, prawda?
Mrugam, próbując przetworzyć to, co się dzieje - kłopoty z mamą w domu, nagłą interwencję przyjaciółki. To wszystko dzieje się za szybko. Kilka miesięcy temu mama zaczęła lekko tracić pamięć, koncentrację, ale teraz choroba posuwa się szybciej, niż przewidywali lekarze.
- Wiem - mówię cicho, bez przekonania.
Alisha kładzie dłoń na mojej ręce.
- Jestem, gdybyś mnie potrzebowała.
Wierzę jej, ale zastanawiam się, jak wiele pomocy jest skłonna ofiarować. W takiej sytuacji niewiele można zrobić. Nikt nie umyje mamy, która się posikała. Nie położy jej spać. Nie wypełni wniosków o pomoc finansową. Nie dopełni testamentu. Nie będzie pilnował jej dwadzieścia cztery godziny na dobę, aby nie spaliła domu, czy nie zjadła surowego mięsa z lodówki. Nie, nikt tego za mnie nie zrobi.
O to właśnie jej chodzi, prawda? Nie poradzę sobie sama, więc powinnam oddać mamę do domu opieki. Wkładam kartkę do kserokopiarki. Nie. Nie mogę tego zrobić. Mama załamałaby się w takim miejscu. Nie stać by mnie było na najlepsze warunki, musiałabym zostawić matkę na łasce ludzi, którzy najpewniej mają gdzieś swoich pacjentów. Ciągle słyszy się przerażające historie o takich ośrodkach, o tym jak opiekunowie znęcają się nad podopiecznymi. Nie mogę pozwolić, by spotkało to mamę, bez względu na to, jak trudne będą nadchodzące lata.
*
Klasa to jedno z niewielu miejsc, gdzie mogę nie myśleć o pomocy matce. Tu liczą się tylko dzieci i zapewnienie im dobrego startu w życiu. Muszę jednak przyznać, że nie mam dziś do tego głowy. Mieszam nawet na prostej lekcji gramatyki, co skłania Isaaca - który jest dość rozwinięty jak na swój wiek - do zadawania mi pytań. Czerwienię się, uświadamiając sobie błąd, a wszystkie dzieci wzdychają. Bratanek Erin woła:
- Proszę pani, pomyliła się pani! - Jest zachwycony, że dorosłej osobie również zdarza się coś sknocić.
Przerwa na lunch upływa na jedzeniu kanapki przy biurku i dyżurze na placu zabaw. Szybko sprawdzam telefon, czy nie mam jakichś wiadomości. Erin napisała: "Mama ma dziś dobry dzień. Zjadła lunch, ogląda program Loose Women! Do zobaczenia:-*" Nie mogłabym prosić o lepszą opiekunkę. Naprawdę została zesłana mi przez Boga.
Mam również wiadomość od Petera: "Podobało mi się nasze spotkanie przy kawie (coli dla mnie!). Mam nadzieję, że z mamą wszystko dobrze. Może ponownie się zobaczymy?". Mam także nieodebrane połączenie od niego. Sporo się wysila, choć graniczy to z prześladowaniem. Czy powinnam dać mu kolejną szansę? Zastanawiam się nad tym, przypominając sobie to, co mówił o książkach. To stanowi pewien problem. Chyba lepiej się nie spotykać. Chociaż wydawał się dość bystry, co może prowadzić do niezręcznej rozmowy telefonicznej. Krzywię się na samą myśl.
Odzywa się dzwonek kończący przerwę, dzieci wracają do budynku. Jedna z dziewczynek się ociąga. Chloe jest słodka, ale na każdej przerwie bawi się sama. Serce mi pęka, gdy inne dzieci jej dokuczają. Nie jest tak rozwinięta, jak jej rówieśnicy. Ma problemy z czytaniem. Przyglądam się jej, gdy człapie do szkoły. Jest w niej też coś innego... dziwnego.
- Chodź, Jessie - mówi, wyciągając rękę, jakby kogoś za sobą ciągnęła, choć nikogo tam nie ma. Potrząsa lekko nadgarstkiem, jakby szarpała jakąś osobę. - Idziesz za wolno! Muszę wracać na lekcję.
- Cześć, Chloe. Gotowa na popołudniowe zajęcia? - pytam, próbując odciągnąć jej uwagę od wyimaginowanej przyjaciółki. Na kursie pedagogicznym czytałam książkę na temat dziecięcej psychologii, więc wiem, że to dość normalne mieć wymyśloną kumpelkę, ale raczej niespotykane, by chodząca do szkoły dziewczynka w wieku dziesięciu lat wolała nadal ją, zamiast nawiązać prawdziwe przyjaźnie.
- Tak - szepcze. Mija mnie mała, jasna główka, zaraz dziecko odchodzi korytarzem. Marszczę brwi, znów martwiąc się o cichą uczennicę, która jest zapominana i ignorowana. Moim obowiązkiem jest jej pilnować. Tak właśnie to działa. Ci z nas, którzy to przeżyli i dorośli, muszą pomagać, bo wiedzą, jakie to trudne.
Wciąż myślę o Chloe, gdy jadę z pracy do domu ze stosem nowych wypracowań do sprawdzenia. Większość nauczycieli nie znosi tego, ile testów piszą tak małe dzieci, ile przygotowują zadań domowych. Nie znosimy statystyk i wymogów kuratorium. Chcemy zapewnić dzieciom najlepszą edukację, ale system zmusza nas, byśmy byli swoimi klonami, przekazującymi wiedzę miniklonom.
Zatrzymuję się przy drzwiach, spodziewając się krzyków lub dźwięku tłuczonego szkła, ale w domu panuje cisza. Kiedy wchodzę do przedpokoju i wieszam płaszcz, wydaje się tu dziwnie spokojnie.
- To ty, Sophie? - pyta Erin.
- Tak. Wszystko w porządku? Wydaje się bardzo... - Kiedy wchodzę do salonu, mama siedzi na kanapie z filiżanką herbaty w dłoni. Jej twarz pozbawiona jest wyrazu. Bez względu na to, ile razy widzę ją w takim stanie, nie potrafię przywyknąć. To jakby widzieć jedynie skorupę człowieka.
- Wszystko dobrze - mówi Erin. - Wyglądasz na zdenerwowaną. Noah sprawiał kłopoty?
Śmieję się, ale wychodzi to oschle.
- Był aniołkiem.
- Tak, dobrze. Herbatki?
- Z chęcią.
Idę za Erin do kuchni, co stanowi nasz rytuał po pracy. Mogłybyśmy zostać przyjaciółkami po... Po czym? Po śmierci mamy? Tylko tak się to skończy.
- Niedawno nastawiłam czajnik - mówi. - Wiedziałam, że niedługo przyjedziesz.
- Też jesteś aniołem jak twój bratanek!
Śmieje się, jej twarz się rozjaśnia, oczy błyszczą. Jestem w tej chwili zazdrosna. Wróci do domu, zrelaksuje się z chłopakiem. Zapomni o dzisiejszym dniu i mojej matce. A ja muszę myśleć o niej cały czas i to mnie wykańcza.
- Och, niemal zapomniałam. - Kładę torebkę na blacie i grzebię w niej. - Wieczorem znalazłam to w ogrodzie, przy tylnych drzwiach. Musi być twój, bo nie należy do mnie ani do mamy. - Podaję jej guzik.
Erin bierze go w palce i marszczy brwi.
- Chyba pomyliłaś osoby. Nie jest mój. Nie mam nic w tym kolorze, a poza tym i tak zawsze chodzę tu w fartuszku.
Oddaje mi guzik, następnie zalewa wrzątkiem herbatę.
Obracam gładki okrągły przedmiot w palcach. Jeśli guzik nie jest ani mój, ani mamy, czy Erin, oznacza to, że ktoś był w naszym ogrodzie.