Poznam sympatycznego Boga - Eric Weiner

Kup ebooka

54.00 zł
43.20 zł (42,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘPNiewygodne pytanie

Za szpitalami nie przepada nikt, ale ja mam do nich szczególną awersję. Zapewne dlatego, że mój ojciec pracował jako onkolog. Kiedy byłem mały, zabierał mnie na obchód. Siedziałem sam w bufecie, gdzie jaskrawa barwa ścian oraz zapach kawy i strachu dręczyły moje zmysły, a on szedł do swoich pacjentów. "Będę za dwadzieścia minut" - mówił i znikał na dwie godziny, po czym wracał ze skruszoną miną. Okazywało się wtedy, że właśnie zmarł któryś z jego pacjentów. Zawsze ktoś umierał. I zawsze w szpitalu. Jako ośmiolatek wydedukowałem zatem, że jeśli będę trzymać się z dala od szpitali, nie umrę nigdy. I nie licząc złamania, które przytrafiło mi się, kiedy miałem siedemnaście lat, udało mi się zachować bezpieczny dystans.

Aż pewnego ładnego wieczoru w sierpniu, nie tak znów dawno temu, wylądowałem na oddziale ratunkowym. Mój kolega Michael przywiózł mnie tam zgiętego wpół z bólu. Początkowo sądziłem, że to po prostu niestrawność, lecz dolegliwości zdawały się silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Zrobiono mi prześwietlenie i tomografię, a później do gabinetu wszedł lekarz. Miał ponurą minę. Coś było nie tak, ale nie usłyszałem od niego żadnych konkretów. Patrzyłem na zmartwioną twarz doktora, czując narastającą panikę. Wezwano chirurga. Lekarz oznajmił, że musieli go wyciągać z proszonego obiadu, więc do mojego strachu dołączyło poczucie winy. "Niech pan tu poczeka" - powiedział, jakbym miał zamiar wynieść się stamtąd z wenflonem wiszącym u łokcia, zawinięty w szpitalny szlafrok. W zasadzie nie było się nawet w co zawijać, bo ta mizerna szmatka nawet nie zasługiwała na miano szlafroka. Niewielką zatem miałem ochronę przed wysterylizowanym powietrzem w gabinecie.

Trząsłem się, po trosze z zimna, ale głównie ze strachu. Może to rak? Albo coś gorszego? Tylko co jest gorsze niż rak? Kiedy zacząłem się nad tą kwestią zastanawiać, do sali weszła pielęgniarka. Była mniej więcej w moim wieku. Sądząc z akcentu, mogła pochodzić z Karaibów albo z zachodniej Afryki. Nachyliła się nade mną, żeby pobrać krew, i zapewne wyczuła mój strach, bo przysunęła się i powoli, wyraźnie powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę:

- Czy odnalazłeś już swojego Boga?

Był to jeden z tych momentów, kiedy analiza czyichś słów zabiera znacznie więcej czasu niż zwykle. C z y o d n a l a z ł e m j u ż s w o j e g o B o g a?

- Dlaczego pytasz? - wydusiłem w końcu z siebie. - Myślisz, że niedługo się z Nim zobaczę? Widziałaś wyniki mojej tomografii? Wiesz coś?

Nie odpowiedziała. Rzuciła mi tylko długie, wszystkowiedzące spojrzenie i wyszła, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie i marną namiastką szlafroka. Zdawałem sobie sprawę z tego, że takie pytania nie należą do rutynowych w czasie badań, nawet w szpitalu Świętego Krzyża. W głosie pielęgniarki nie było oskarżenia ani złośliwości. Zapytała mnie szczerze i po prostu, może nie tym samym tonem, jakim powiedziałaby: "Czy znalazłeś już kluczyki do swojego samochodu?", ale prawie. Wyczułem w tym pewną dozę matczynej troski i cichą pewność kogoś, kto już s w o j e g o Boga odnalazł.

Moja wizyta na oddziale ratunkowym skończyła się kilkudniowym pobytem w szpitalu. Zrobiono mi badania, pobrano trochę krwi. Okazało się, że nie mam ani raka, ani niczego gorszego (nie udało mi się wymyślić czego). Był to tylko niezwykle ostry i przewlekły przypadek... gazów. Tak, gazów. Ewidentnie moja okrężnica kiepsko znosiła stres związany z niemożliwymi terminami i redaktorem tyranem. Moje problemy, jakby to powiedzieć, szukały ujścia.

Po kilku tygodniach wróciłem do zdrowia, lecz słowa tamtej pielęgniarki zapadły mi w pamięć, wypaliły się w niej niczym obraz, który za długo wyświetlano na ekranie telewizora. C z y o d n a l a z ł e ś j u ż s w o j e g o B o g a? Użyła tych właśnie słów. Nie spytała, czy znalazłem już j a k i e g o ś Boga ani p r a w d z i w e g o Boga, ani nawet Boga po prostu, tylko s w o j e g o Boga, jakby gdzieś czekała istota wyższa zarezerwowana specjalnie dla mnie.

Starałem się o tym zapomnieć. Powiedziałem sobie, że nie ma czego szukać i że nie istnieje żaden Bóg, którego mógłbym odnaleźć. Daj sobie spokój! Wracaj do swoich książek i dobrej whisky. Wracaj do "świata prochu", jak Chińczycy nazywają codzienność. I udawało mi się zapomnieć. Na chwilę.

Pytanie pielęgniarki wracało jednak do mnie, ryjąc w mojej głowie jak kret. Kim lub czym tak naprawdę j e s t mój Bóg? Urodziłem się w żydowskiej rodzinie. Ten fakt ma wpływ na moje religijne korzenie, ale niekoniecznie na moją percepcję Boga. Prawda jest taka, że mam wątpliwości co do istnienia wyższego bytu. Nie nazwałbym się jednak ateistą. Za tą nazwą kryje się zbyt wiele chłodnej pewności siebie, a ja nie mam pewności w ż a d n e j sprawie. Nie wiem, co myśleć o skarpetkach w romby. O mleku sojowym. Skąd mam wiedzieć, czy istnieje jakiś Bóg?

A może jestem agnostykiem? Termin ten znaczy dosłownie: "ktoś, kto nie ma wiedzy" i muszę przyznać, że dość trafnie mnie określa, przynajmniej w kwestii wiary. Niemniej dla mnie agnostyk to tylko nie do końca przekonany ateista, starający się zabezpieczyć, na wypadek gdyby się okazało, że wszechmocny Stwórca, zdolny dać mu wieczne szczęście, jednak istnieje. ("Widzisz, Panie, mam tu napisane "agnostyk". To mnie kwalifikuje do kolejki po wieczne szczęście, prawda?"). Poza tym postawa agnostyczna zakłada nie tylko stwierdzenie: "nie wiem, czy Bóg istnieje", lecz także: "niezbyt mnie to obchodzi". Drobne krople niewiary napędzają młyn samospełniającej się przepowiedni. Niewykluczone, że jeżeli cały czas będziemy wątpić w istnienie Boga, w końcu stanie się to faktem.

Być może zaliczam się do elastycznej kategorii wierzących, ale niepraktykujących. Tacy ludzie śmiało czerpią z rozmaitych tradycji i kultur, jednocześnie odżegnując się od wszystkiego, co trąci indoktrynacją albo - Boże uchowaj - jakimś konkretnym wyznaniem. Wierzącym, ale niepraktykującym smakuje joga bez hinduizmu, medytacja bez buddyzmu, judaizm bez Boga. Takie podejście brzmi bardzo kusząco. Wydaje się proste, a któż z nas nie lubi prostych rozwiązań? Sęk jednak w tym, że wiara bez praktyki jest z b y t łatwa, zbyt wygodna. I jakoś kojarzy się ze zdrową żywnością. A ja nie byłbym w stanie zrezygnować z kofeiny.

Skoro żadna z gotowych kategorii do mnie nie pasuje, to chyba muszę wymyślić nową: dezorientacjonizm. Dezorientacjoniści, jak sama nazwa wskazuje, są kompletnie zdezorientowani w kwestiach dotyczących Boga i religii. Zapewne myślicie sobie teraz, że dezorientacjonizm to tylko bardziej wymyślny synonim agnostycyzmu, ale nie macie racji. Nam, dezorientacjonistom, brakuje zadowolenia z własnej niepewności, które cechuje agnostyków; jesteśmy jakby preagnostykami, niepewnymi nawet tego, c z e g o dokładnie nie jesteśmy pewni. Podnosimy ręce i wołamy ku niebu: "Nie mamy zielonego pojęcia, jakie są nasze poglądy religijne. Nie wiemy nawet, czy w ogóle jakieś mamy, ale jesteśmy otwarci na niespodzianki i wierzymy - albo raczej: żywimy nadzieję - że nasze życie ma jakiś głębszy sens". Tyle jesteśmy w stanie powiedzieć, a jakiekolwiek próby sprecyzowania tej deklaracji dezorientują nas jeszcze bardziej.

Winą za moją dezorientację, jak zresztą za większość moich wad, obarczam rodziców. Wychowałem się w zeświecczonej rodzinie, w której imienia Boga wzywano tylko wtedy, gdy ktoś walnął się w nogę ("Kto, na Boga, postawił tutaj to krzesło?!") lub spróbował czegoś wyjątkowo smacznego ("O Boże, ale to pyszne!"). Byliśmy "żydami kulinarnymi". Jedliśmy bajgle z wędzonym łososiem, sałatkę rybną, chałkę, placki ziemniaczane, hamantasze i rogaliki. Jeśli coś było koszerne, było żydowskie, a zatem miało coś wspólnego z Bogiem. W moim odczuciu nie mieszkał on ani w Niebie, ani w Otchłani, lecz w Lodówce, gdzieś między twarogiem a sosem do sałatek. Nasza duchowość ograniczała się w zasadzie do wiary w jadalne bóstwo.

Oczywiście raz w tygodniu chodziłem na religię (rodzice zapisali mnie na te lekcje w zgodzie z inną żydowską tradycją, którą się u nas praktykowało - poczuciem winy). Odgrywało to jednak znacznie mniej istotną rolę w moim życiu niż, dajmy na to, śniadania. Nie sądziłem, że starożytni żydzi, niemający nawet wystarczającej wiedzy, by wynaleźć kanalizację, mogli mnie czegokolwiek nauczyć. Cała moja rodzina raz w roku, z okazji Jom Kippur, Dnia Pojednania, chodziła do synagogi. Nie bawiło mnie to wcale. Musiałem wkładać niebieski garniturek z poliestru i przypinany krawat, a wszyscy dorośli byli w kiepskich humorach, zapewne z powodu postu. Już sama ta idea wydawała mi się naprawdę dziwna. Jak mówiłem, Bóg kojarzył mi się głównie z jedzeniem, nie mogłem więc zrozumieć, dlaczego podczas największego święta w żydowskim kalendarzu ludzie muszą chodzić głodni.

Lata pracy w charakterze korespondenta National Public Radio również nie przyczyniły się do rehabilitacji Boga w moich oczach. Przekonałem się, jak paskudne czyny są popełniane w Jego imieniu. Przez jakiś czas mieszkałem w Jerozolimie, mieście pokoju, które ani trochę nie zasługuje na tę nazwę. Nawet (czy może raczej s z c z e g ó l n i e) ślepiec dostrzegłby napięcie wiszące nad tym miastem jak smog nad Los Angeles. Potworny huk izraelskich myśliwców przekraczających prędkość dźwięku przeplatał się tam z hukiem towarzyszącym śmierci kolejnego młodego Palestyńczyka, który wyszedł na ulicę owinięty materiałami wybuchowymi. Oba dźwięki były tak podobne, że my, dziennikarze, opracowaliśmy własną technikę ich selekcji, opartą na słuchu. Jeżeli po huku następowało wycie silników, mogliśmy spokojnie cieszyć się poranną kawą. Kombinacja huku i syreny alarmowej rozpoczynała szalony wyścig na miejsce zdarzeń.

Mieszkałem również w Indiach, gdzie bóstwa tłoczą się jak nigdzie indziej (jest ich tu podobno aż trzysta trzydzieści milionów!). Wprawiało mnie to raczej w zakłopotanie. Raz uczestniczyłem w Kumbhameli, hinduistycznym święcie, na którego obchody jakieś osiemnaście milionów ludzi zjeżdża nad rzekę Ganges. Pielgrzymi podróżują kilka dni, aby zanurzyć się w brudnej, słonawej wodzie. Podobno przynosi to szczęście i zdrowie. "Jasne - pomyślałem wtedy - chyba że wcześniej umrze się na czerwonkę". "To kwestia wiary i niczego innego - wyjaśnił mi wówczas jeden z podtopionych pielgrzymów. - Czy to nie wystarczy?" Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przypomniały mi się słowa Hucka Finna: "Nie można kłamać w modlitwie". Lecz jakie miałem prawo wyrokować, co jest kłamstwem - ja, cudzoziemski dziennikarz, dzierżący swój mikrofon niczym karabin? Niedługo później pojechałem z pewnym indyjskim dramatopisarzem z wyższych sfer na obchody święta Aszura, którym szyiccy muzułmanie upamiętniają śmierć Al-Husajna, wnuka proroka Mahometa. Dramaturg wysiadł ze swojej terenówki, zdjął koszulę od Ralpha Laurena (złożył ją starannie i położył na tylnym siedzeniu), po czym wziął długą metalową rózgę i zaczął okładać się po plecach, aby na własnej skórze poczuć ból Al-Husajna. Dziesiątki zgromadzonych tam mężczyzn robiły dokładnie to samo. Poczułem, że na twarzy osadza mi się drobna czerwona mgiełka. To była krew, spadająca z nieba niczym deszcz. W Indiach zatęskniłem za Bogiem z Lodówki.

Zawsze byłem racjonalistą. Wierzę w wartość rozumu i jego owocu - nauki, lecz nie jestem pewien, czy sam rozsądek jest w stanie dać mi radość i spełnienie. Nie wydaje mi się, by ktokolwiek w historii ludzkości logiczną perswazją wprowadził się w stan niczym niezmąconego szczęścia. Rozum jest świetnym narzędziem do rozwiązywania problemów, ale niespecjalnie pomaga w podjęciu decyzji, które problemy wymagają rozwiązania i dlaczego. To doskonały podwładny, lecz kiepski przełożony. Nie jest w stanie wytłumaczyć doznań "zbijających z tropu nasz intelekt, lecz uspokajających serce", jak to ujął filozof Gilbert Keith Chesterton.

Wierzę również w potęgę słowa. Przez wiele lat kierowałem się, o ile w moim przypadku można mówić o jakimś kierunku, tą samą filozofią co słynny amerykański mitoznawca Joseph Campbell. Zapytany kiedyś o swoje praktyki religijne, odpowiedział: "Podkreślam zdania w książkach". Ja też jestem podkreślaczem. Poza tym również zakreślam, zaznaczam na kolorowo, notuję na marginesach oraz zaginam rogi kartek. Nie do końca wiem, dlaczego tak robię - może jestem jak kot, który lubi zaznaczać swoje terytorium? A może dopiero podkreślenie danego fragmentu czyni go prawdziwym w moich oczach i pozwala mi zrozumieć, że od dawna myślałem w ten sposób? Akt podkreślenia czegoś zawsze niesie ze sobą element samopoznania.

Czytam i podkreślam wszystko, co mi wpada w ręce, lecz szczególną słabość mam do poradników. Kocham tego typu książki, chociaż czytając je i kupując, daję światu do zrozumienia, że sam sobie nie radzę. Dlatego właśnie moja żona każe mi trzymać całą kolekcję tego typu literatury w piwnicy, aby goście przypadkiem nie pomyśleli, że wyszła za kogoś, kto potrzebuje porady dosłownie we wszystkich dziedzinach życia.

Mimo ciągłego podkreślania, a może właśnie za jego sprawą, nigdy nie poczułem się bogatszy duchowo. (Już samo to określenie wydaje mi się niewłaściwe, bo czyż życie duchowe nie zakłada oderwania się od takich prozaicznych koncepcji jak majątek?). Owszem, książki dawały mi czasem wspaniałe chwile zrozumienia. Czytałem i podkreślałem jakąś zgrabną sentencję Mistrza Eckharta czy Gandhiego, myśląc: "Jasne, teraz rozumiem! Łącząc się z boskością, wykraczamy poza naszą dwoistość". A później spędzałem dwie godziny, deliberując, czy lepiej zamówić sobie w sklepie internetowym torbę ciemnozieloną czy khaki, albo gapiąc się na pieprzyk na szyi i zastanawiając się, czy to tylko znamię czy ostatnie stadium czerniaka. Książki nie pomogły mi na chorobliwy strach przed śmiercią ani na lekką, choć długotrwałą depresję, aż w końcu zacząłem podejrzewać, że czytam o tych wszystkich mądrych koncepcjach właśnie po to, aby uniknąć prawdziwych duchowych przeżyć. Ta teoria wydawała mi się sensowna. Nawet przeczytałem o tym książkę i podkreśliłem w niej wiele fragmentów.

Nie zrozumcie mnie źle - moje życie nie ogranicza się tylko do książek. Czasem zdarza mi się wyjść z domu i ukradkiem spojrzeć na duchowość innych ludzi. Lubię się przyglądać, aczkolwiek zachowując bezpieczny dystans. Jestem jednym z tych, którzy stają tuż przy drzwiach synagogi albo sali medytacyjnej, planując szybką ewakuację, jeśli tylko zrobi się nudno lub trochę dziwnie. Albo jeśli zaistnieje ryzyko, że poczują coś naprawdę. Tacy jak ja mamroczą modlitwy na tyle wyraźnie, żeby nie zwracać na siebie uwagi, ale wystarczająco niedbale, by nie zastanawiać się nad ich znaczeniem. Nawet gdy modlę się w ciszy, czuję się jak duchowy oszust, czekający tylko, aż ktoś go zdemaskuje.

Taki więc byłem odrobinę ciekawy Boga, lecz nie na tyle, aby cokolwiek z tą ciekawością zrobić. W najlepszym razie duchowy podglądacz, w najgorszym - hipokryta. Ktoś, kto teoretycznie wkroczył już w okres nazywany przez Dantego wiekiem mądrości, zaczynający się jakoby w czterdziestym piątym roku życia. I to mi pasowało. Aż do teraz. Co się zmieniło? Może to przez tę przygodę z gazami albo żałosny stereotyp kryzysu wieku średniego? Niewykluczone, że to przez rodzicielstwo. Wychowywanie dziecka zmusza człowieka do zastanowienia się nad egzystencjalnymi kwestiami, które do tej pory trzymał zamknięte w jakimś ciemnym kącie umysłu. Jak chcę wychować swoją córkę? Na "kulinarną żydówkę", tak jak mnie wychowano? Na kogoś więcej, a może mniej uduchowionego? Dzieci są szczere do bólu i zadają pytania, których dorośli nie mają odwagi lub czelności postawić. Moja córka nie jest tu żadnym wyjątkiem.

- Tato? - zagadnęła mnie pewnego razu, niedługo po moim powrocie ze szpitala.

Jechaliśmy na rodzinnym tandemie. Ja siedziałem z przodu z kierownicą w rękach, a ona z tyłu, pracowicie pedałując.

- Tak, Sonyu? - Właściwie to spodziewałem się kolejnego pytania o pupę. Moja córka weszła właśnie w tę fazę rozwoju, kiedy chce się wiedzieć wszystko na temat tej części ciała. Czekało mnie jednak zaskoczenie, zresztą nie pierwszy raz.

- Czy Bóg jest za nas odpowiedzialny?

Z wrażenia prawie wywiozłem nas na szosę. Do głowy przyszły mi jednocześnie dwie rzeczy. Po pierwsze: skąd u pięciolatki takie poważne teologiczne przemyślenia? Po drugie: oto nadszedł jeden z tych momentów w życiu rodzica, kiedy dostaje się szansę, by przekazać dziecku okruch prawdziwej mądrości, zainspirować i ukształtować jego światopogląd w taki sposób, by w przyszłości zaowocował (albo zrobić z siebie kompletnego idiotę).

- To jak, jest czy nie jest?

- Chwileczkę, daj mi pomyśleć... Bóg dał nam wszystko, czego nam potrzeba, żebyśmy mogli przejąć odpowiedzialność za siebie.

Nie mam pojęcia, skąd to wytrzasnąłem - chyba z tej anatomicznej części ciała, która tak bardzo fascynowała moją córkę - ale w sumie nie zabrzmiało źle. Sonya wydawała się usatysfakcjonowana.

- No jasne, że dał - skwitowała uroczo.

Pedałowałem dalej, zachwycając się jej otwartością, i przypomniał mi się piękny fragment wiersza Stephena Dunna:

"Nie da się dziecka nauczyć niewiary

Ale da się nauczyć wspaniałych opowieści".

Kilka dni później, kiedy kładłem ją spać, oświadczyła, że widziała Boga.

- Naprawdę?

- Tak. Wisiał na niebie jak wielka chmura - powiedziała i wyciągnęła rękę do góry.

- A skąd wiedziałaś, że to Bóg, a nie zwykła chmura?

- Zorientowałam się.

- I co zrobiłaś?

- Pomachałam i powiedziałam: "Cześć, Boże" - odparła tonem sugerującym, że to przecież oczywiste i że jestem nierozgarnięty.

Rzeczywiście jestem. Tamta pielęgniarka z oddziału ratunkowego rzuciła mi rękawicę, zadając pytanie wymagające poważnej odpowiedzi, którego nie mogłem, jak to mam w zwyczaju, zbyć żartem. Kiedy leżałem tam, myśląc, że umieram, kwestia odnalezienia swojego Boga wydawała się pilna. Czy teraz stała się mniej ważna? Sęk w tym, że choć istotnie wybieram się na tamten świat (jak każdy), to nie tak od razu. Świadomie lub nie, pielęgniarka sprawiła, że usłyszałem zew i postanowiłem się na niego stawić. W przeciwnym razie mógłbym skończyć jak "wydrążeni ludzie" z poematu T.S. Eliota, nieszczęsne, żałosne istoty, które słyszą wołanie, ale na nie nie zważają.

Siedemnastowieczny francuski filozof Blaise Pascal wymyślił termin "pustka na kształt Boga", aby nim określić ziejącą przepaść, dziurę, która jest w każdym z nas. To naprawdę mi się podoba. Kojarzy mi się ze słodkimi oponkami i zmusza do zastanowienia nad własnym życiem. Przez lata starałem się zapełnić swoją prywatną pustkę rozmaitymi rzeczami: jedzeniem, seksem, torbami, sukcesem, większą ilością jedzenia, podróżami, narkotykami, książkami, znów jedzeniem, notesami w skórze, czerwonym winem, kubańskimi cygarami, jeszcze większą ilością jedzenia (teraz już żarcia), pretensjonalnymi filmami z zagranicy, a raz - czego długo żałowałem - mieszaniną guinnessa i jacka danielsa wchłanianą przez plastikową rurkę. Nic nie skutkowało. Może zatem spróbuję wypełnić ziejącą we mnie pustkę na kształt Boga... Bogiem?

Niedawno trafiłem na ciekawą myśl hinduistycznego mistyka, nazwiskiem Ramana Maharszi. Dotyczy ona brzemienia, które niesie każdy z nas. Guru pyta: "Czy siedząc w pociągu, trzymasz bagaż na głowie? Nie ulżysz w ten sposób brzemieniu, które niesie pociąg, a tylko niepotrzebnie się zmęczysz". Równie bezowocnie trudzimy się, myśląc, że my i tylko my dźwigamy brzemię zwane życiem. Maharszi radzi, by odłożyć ten tobół. Nic złego się nie stanie, a nam będzie lżej.

Ten fragment ma dla mnie nieodparty urok. (Oczywiście podkreśliłem go sobie). Chciałbym, chyba bardziej niż czegokolwiek wcześniej, mimo wszystkich moich niedociągnięć znaleźć sposób, by go wcielić w życie. Tylko od czego mam zacząć?

BDPM (Biały Dezorientacjonista Płci Męskiej), młody duchem, otwarty, ciekawy Boga, pozna wszechwiedzące bóstwo w celach rozrywkowych i nie tylko. Ja: zabawny, ujmująco znerwicowany; kocham książki i torby; lubię się przyglądać; liczę na coś więcej. Partner: wszechpotężny, ale troskliwy i kochający, z poczuciem humoru; dba o zdrowie; lubi dzieci; chętnie rozmawia. Zwolennicy palenia i karania niemile widziani. Czy to do ciebie się modlę? Rozważę tylko poważne propozycje.

Przyglądam się temu, co właśnie napisałem. Jest nieźle. Ogłoszenie zgrabnie wyjaśnia, o co mi chodzi, a taka forma wydaje się zaskakująco odpowiednia. Bóg to przecież partner na całe życie. Zarówno boskie, jak i ziemskie zaloty wymagają wiele odwagi, odporności na rozczarowania oraz niezłomnej wiary we własne szczęście. Trzeba bowiem brać pod uwagę duchowe pokrewieństwo. Nie wszystkie bóstwa wydadzą się nam równie atrakcyjne, tak jak nie spodoba nam się każdy potencjalny chłopak czy dziewczyna. Podejrzewam więc, że odkrycie odpowiedniego dla siebie Boga jest dokładnie tak samo kłopotliwe, jak znalezienie partnera na stałe. Zamierzam radzić sobie wszystkimi możliwymi środkami. Nie wiem jednak, gdzie miałbym umieścić swoje ogłoszenie, i martwię się, czy przypadkiem nie skusi ono jakiegoś skrywającego mroczne sekrety niezrównoważonego bóstwa, które wcale nie będzie podobne do siebie ze zdjęcia zamieszczonego na profilu społecznościowym. Ostrożności nigdy za wiele.

Tu przyda mi się sztuka flirtu, który pozwala w bezpieczny sposób zabrać potencjalny związek na "jazdę próbną". Flirtujący daje obiektowi flirtu sygnał i czeka na reakcję. Jeżeli takowa nie następuje, obie strony rozchodzą się bez żalu. Jeśli obiekt flirtu również wysyła sygnały, romans rozwija się dalej i może wyewoluować w coś więcej (albo i nie). Podobnie jak gotowanie, flirt zawiera element nieskonsumowanej przyjemności.

Jako Amerykanin muszę przyznać, że nasze flirty z istotami wyższymi stały się ostatnio bardzo śmiałe, czasami wręcz ekspresowe. Jesteśmy narodem religijnie rozwiązłym. Według niedawno przeprowadzonych badań niemal jeden na trzech Amerykanów zmieni przynależność religijną przynajmniej raz w życiu. Nie jest to szczególnie dziwne: nasz naród kocha mieć wybór. Skoro możemy wybrać przywódców, taryfę w telefonii komórkowej i pastę do zębów, czemu nie mielibyśmy wybrać sobie Boga?

Niestety, dokonywanie wyborów nie jest moją mocną stroną. Nie umiem wybierać. Zawsze mam wrażenie, że jest jedna i tylko jedna właściwa decyzja, więc przez cały czas boję się podjąć niewłaściwą. W rezultacie często się waham, sparaliżowany strachem, że wybiorę coś, co nie będzie idealne. Zauważyłem, że pomaga mi zawężenie wyboru do kilku opcji. Od siedemnastu lat jestem wegetarianinem - nie ze względu na swój stosunek do zwierząt (nie leży mi to na sercu) ani nie z uwagi na zdrowie (też mnie to nie obchodzi), lecz dlatego, że łatwiej mi w ten sposób wybrać coś z karty dań w restauracjach. Serio. Zazdroszczę ludziom, którzy bez wahania podejmują decyzje, i zachodzę w głowę: jak ja dam radę wybrać sobie Boga? Postanawiam po prostu zajrzeć do menu. Zobaczyć, jakie są opcje. W końcu ilu może być Bogów do wyboru?

Okazuje się, że jest ich jakieś dziewięć tysięcy dziewięćset, a do tego codziennie powstają jedno lub dwa nowe wyznania. Tak twierdzi David B. Barrett, były anglikański misjonarz, od lat siedemdziesiątych zajmujący się rozwojem religii na świecie (więc z pewnością wie, co mówi). Prawie dziesięć tysięcy wyznań! Jak to w ogóle możliwe? Ogarnia mnie takie samo przerażenie jak to, które czuję, stając przed półką z płatkami śniadaniowymi w supermarkecie. Trop de choix tue le choix - jak mawiają Francuzi. Zbyt duży wybór psuje wybór. Nadmiar opcji ma jeszcze jedną wadę - tworzy złudzenie łatwości. Przykładowo, patrząc na wzrost liczby klubów fitness, możemy sobie pomyśleć, że osiągnięcie idealnej sylwetki nie jest trudne, a jeśli nam się nie udaje, to coś musi być z nami nie tak. Podobnie nagłe rozmnożenie religii i ścieżek duchowych pozwala nam sądzić, że poznanie Boga jest teraz prostsze niż kiedykolwiek. Nic bardziej mylnego.

Trafiłem na tak zwaną teorię racjonalnego wyboru i uznałem, że to dobrze brzmi. (Mam na myśli racjonalne podejście, a nie sam wybór, oczywiście). Jej zwolennicy wierzą, że religię wybiera się tak samo jak nowe auto, mieszkanie albo płatki śniadaniowe. Patrzymy na stosunek korzyści i kosztów, po czym dokonujemy "racjonalnego" wyboru. Nie do końca mnie to przekonuje. Wybór wyznania różni się zdecydowanie od wyboru płatków na śniadanie. Jasne, w przypadku religii także oczekujemy jakichś korzyści, ale chcemy też czegoś więcej, czego pragnienia jeszcze nie jesteśmy świadomi. ("Wejrzyj na moją potrzebę, której nie znam nawet ja sam", jak powiedział francuski teolog François Fénelon). Jak mamy wybrać coś, czego istnienia nie jesteśmy świadomi? Wybór wyznania to akt wiary, ale my jeszcze tej wiary nie mamy - przecież dlatego jej szukamy. Rozumiecie już, na czym polega problem?

A może mój wybór nie ma znaczenia? Może powinienem po prostu rzucić strzałką w listę wyznań i zdać się na ślepy los? Zatwardziali ateiści, tacy jak pisarz i dziennikarz Christopher Hitchens, twierdzą, że jak najbardziej, bo wszystkie religie to bzdety. Możesz bez obaw wybrać swój bzdet lub nawet wymieszać parę różnych - wynikiem tak czy owak będą bzdety. Na drugim końcu tego spektrum jest politycznie poprawny pogląd, że wszystkie wyznania są równie wartościowe. W jednym z badań niemal połowa ankietowanych uznała, że wszystkie religie są tak samo prawdziwe i właściwe. Nie przestaje mnie to dziwić. Czy bylibyśmy w stanie odpowiedzieć tak samo, gdyby chodziło o jakąś inną sprawę? Czy przyznalibyśmy, że wszystkie formy rządów są równie prawdziwe i właściwe? Albo wszystkie duże firmy? Albo, dajmy na to, tostery? Z jakiegoś powodu w kwestii religii wyrzucamy wszelkie rozeznanie do kosza. Powiedzieć, że wszystkie wyznania są równie prawdziwe i właściwe, to prawie jak stwierdzić, że żadne się do niczego nie nadaje. I tym sposobem wracamy do ateizmu.

W sytuacji idealnej religia pomaga człowiekowi postawić trzy wielkie pytania, a może i na nie odpowiedzieć: Skąd pochodzimy? Co się z nami dzieje po śmierci? Jak powinniśmy żyć? Pod tym względem nie różni się od filozofii stosowanej albo - jak to ujął angielski filozof Alfred North Whitehead - od tego, "co człowiek robi ze swą samotnością". Dlatego właśnie wybór "właściwej" religii jest rzeczą tak pilną. "Szukajcie, a znajdziecie" - mówi Biblia, jakby to było takie proste... Poszukiwanie wymaga sporej dozy intuicji, pewnego rodzaju inteligencji duchowej. Czy ja coś takiego w ogóle posiadam?

Drukuję sobie listę wyznań. Drukarka wypluwa stronę po stronie, aż w końcu trzymam w rękach pięćdziesiąt kartek zapisanych maczkiem. Ech, przecież musi być jakiś sposób, żeby zawęzić ten wybór. Niektóre religie mogę wykreślić od razu. Na przykład zoroastryzm - jest bardzo starym i fascynującym kultem, ale nie akceptuje neofitów. Rastafarianie wydają się ciekawi, ale poznanie ich brzmi jak doskonała wymówka, żeby polecieć na Jamajkę, posłuchać reggae i zapalić zioło. Z żalem więc ich wykreślam. Wtedy przypomina mi się rada, której udzielił mi kiedyś ojciec. "Eric - powiedział do mnie - nigdy nie umawiaj się z dziewczyną bardziej pokręconą niż ty sam". W kwestii kobiet miał rację (o czym boleśnie się przekonałem), ale nie wiem, czy można to stwierdzenie odnieść do religii. Coś, co jednemu wydaje się pokręcone, inny uznaje za zwyczajną liturgię. Jak powiedział matematyk Martin Gardner: "Egzotyczne systemy wierzeń i legendy zawsze wydają się śmieszne, tak jak cudzy duży palec u nogi". Zresztą na marginesie życia nierzadko udawało mi się znaleźć perły prawdziwej mądrości. Postanawiam zatem nie dyskwalifikować "pokręconych religii".

Eliminuję jednak pewne kulty, nie z uwagi na ich dziwactwa czy krótką tradycję, lecz z powodu środków nacisku. Wykreślam również parodie religii, na przykład Kościół Latającego Potwora Spaghetti - wyznanie stworzone po to, by kpić z wszystkich pozostałych. Odrzucam kulty wymagające zażywania substancji halucynogennych ze względu na nieprzyjemną przygodę, którą przeżyłem w latach osiemdziesiątych w akademiku w New Jersey (wolałbym o tym nie rozmawiać). Niektóre religie wydają się bardzo zawężone, na przykład węgierski szamanizm; inne - jak uniwersalizm unitariański - są z kolei zbyt ogólne. Wiara we wszystko za bardzo przypomina niewiarę.

W końcu udaje mi się wyselekcjonować osiem wyznań, osiem potencjalnych odpowiedzi na pytanie mojej pielęgniarki. Mała próbka religii monoteistycznych, politeistycznych i ateistycznych. Są wśród nich kulty wyraźnie mainstreamowe, na przykład katolicyzm, oraz leżące daleko poza głównym nurtem, jak neopogańska wicca. Nie wybrałem sobie całych systemów wierzeń, lecz ich małe kawałki. Porcyjki Boga. Doszedłem do wniosku, że łatwiej będzie mi ogarnąć umysłem, dajmy na to, sufizm niż całość islamu. To samo tyczy się kabały i judaizmu. Wyraźnie skłaniam się ku prądom mistycznym, ponieważ sądzę, że mój betonowy racjonalizm potrzebuje jakiejś przeciwwagi.

Każda religia celuje wysoko, lecz jej wyznawcy często nie są w stanie sprostać wszystkim tym górnolotnym ideałom. Wystarczy spojrzeć na nagłówki gazet: tu muzułmańscy terroryści, tam katoliccy księża pedofile, gdzie indziej sekty głoszące koniec świata. To za sprawą takich wypaczeń wielu moich znajomych omija religię, k a ż d ą religię, szerokim łukiem. Ich zdaniem nie warto wierzyć w nic. Wiara jest dla frajerów. Rozmowa o Bogu, która nie ma być ironiczna i prześmiewcza, jest uważana za zabawny atawizm, jak trądzik po czterdziestce. Jeżeli mam znaleźć swojego Boga, muszę zabić w sobie ten złośliwy cynizm, nie robiąc przy tym krzywdy jego syjamskiemu bratu - sceptycyzmowi. I tutaj nie będzie łatwo.

Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, od czego mam zacząć swoje poszukiwania, więc uciekam się do sprawdzonej strategii - czytam. Książki, mówię sobie, zwróciły już wiele osób ku ścieżce wiary. "Weź to i czytaj" - brzmiały słowa dziecka, które skłoniły świętego Augustyna do tego, by zajrzał do Biblii. Czytam Tołstoja, Huxleya i Mertona, Heschela i Gandhiego. Na długo zajmują mnie dzieła Williama Jamesa, brata pisarza Henry'ego, który studiował medycynę, lecz szybko się przekonał, że bardziej interesują go kwestie związane z umysłem i sercem. Został filozofem i jednym z pierwszych psychologów. Do jego największych dzieł należy opasłe tomiszcze zatytułowane Doświadczenia religijne. Jak sugeruje tytuł, James nie interesował się rytuałem ani teologią, chciał jednak wiedzieć, jak religia wpływa na psychikę - nie na to, w co ludzie wierzą, lecz na to, czego doświadczają. Opublikowana w 1902 roku książka Jamesa jest często uznawana za pierwszą naukową pracę z dziedziny religioznawstwa. Mnie urzekła nie tylko taksonomia. Z każdej strony tego dzieła wyziera cicha tęsknota, jakby James zazdrościł swoim rozmówcom, dla których "religia nie jest zwyczajem obojętnym, lecz przejawia się raczej w formie ostrej, powiedzmy zapalnej"[1]. Sam James nigdy jej nie doświadczył. Pisał niczym podróżnik przykuty do łóżka, zmuszony polegać na cudzych opisach miejsc, które tak bardzo chciałby odwiedzić.

James cierpiał, jak cierpię i ja. Przez całe życie zmagał się z powracającą depresją i myślami samobójczymi. Być może tak jak ja wstydził się swojej melancholii, dlatego ukrywał ją przed światem i tylko raz odważył się o niej wspomnieć - a i to pod pseudonimem, jako "francuski korespondent", który miał powiedzieć: "Zawszem myślał, że moja melancholia ma znaczenie religijne".

Tak jak ja, James nie potrafił się modlić. (Czuł się z tym głupio i sztucznie). Tak jak ja, miał obsesję na punkcie śmierci i szarpały nim rozmaite sprzeczne impulsy. Narzekał, że Amerykanie bezmyślnie składają pokłony przed boginią zołzą o imieniu Sukces, lecz śledził wyniki sprzedaży swoich książek pożądliwym okiem. Jak pisze jego biograf Linda Simon, był naukowcem o chłodnym umyśle, ale ciepłym sercu, dogłębnie przekonanym o złożoności własnej natury. Miał, jak to się dzisiaj mówi, skłonność do dramatyzowania - to kolejna cecha, którą z nim dzielę, przynajmniej zdaniem mojej żony. William James zmarł w 1910 roku. Lekarze przeprowadzający sekcję zwłok stwierdzili, że przyczyną śmierci był "wyraźny przerost serca". Od czego innego miałby umrzeć?

Chociaż podziwiam Williama Jamesa, nie zamierzam go naśladować. Był geniuszem, ale nigdy nie wyszedł poza rolę zainteresowanego obserwatora, który przyciska nos do szyby i z bezpiecznej odległości przygląda się duchowym przeżyciom innych. Zrozumiałem, że nigdy nie doświadczę tej "zapalnej formy religii", czytając choćby i najlepsze dzieła. Muszę wyciągnąć nos z książek i wsadzić go do samolotu. Tak zatem czynię. Mój nos i ja lecimy do Kalifornii, skąd zaczniemy naszą duchową podróż. To miejsce równie dobre, jak każde inne.

ROZDZIAŁ 1Bóg jest miłością: sufizm

BDPM poszukuje zakazanego bóstwa. Liczę na szaloną miłość. Zawróć mi w głowie i zobaczmy, dokąd zaprowadzi nas serce. Czy to ty jesteś moim ukrytym skarbem?

Zmierzam na północ, w kierunku Mendocino, zapuszczając się głęboko w kalifornijskie zagłębie marihuany. Słucham sobie Doorsów i zastanawiam się, w co się pakuję. Zapisałem się na tygodniowy obóz sufich. To była spontaniczna decyzja, częściowo zainspirowana fascynującym połączeniem słów "sufi" i "obóz", po części zaś kuszącą broszurką. "Przyjdź i napij się z ukochanym" - głosiło hasło reklamowe umieszczone obok wizerunków przysadzistych kielichów rodem z renesansowej karczmy. Sufizm to nie tylko mistyczne serce islamu - ścieżka poetów i ekstatyków. Jego zwolennicy są również znani jako "islamistyczni pijacy". Liczę na jakieś wino.

Poza tym chcę od razu rzucić się w wir islamu. Religia ta budzi więcej reakcji niż jakiekolwiek wyznanie w moim karnecie. To jedno słowo, które oznacza zarówno "podporządkowanie się", jak i "pokój", wywołuje strach, zmieszanie, dodatkowe kontrole na lotniskach. Islam jest postrzegany jako religia piękna i pokoju bądź wojny i nietolerancji - zależy kogo i kiedy spytać. Nie wszyscy się na nim znają, ale wszyscy mają na jego temat jakąś opinię, nawet jeśli się nią z nikim nie dzielą. Allah jest jak stutonowy wieloryb na środku domu. Trudno Go ignorować.

Jako reporter National Public Radio na własne oczy widziałem ciemne strony tej wiary. I chodzi nie tylko o zamachy terrorystyczne przeprowadzane w imię islamu, lecz także o surowość i twardość serc jego wyznawców, które bardzo mi się nie spodobały. Islam wydawał mi się wtedy równie srogi i bezwzględny jak arabska pustynia, gdzie się narodził. Oczywiście zdarzały się wyjątki. W Indiach natknąłem się na jego delikatniejszy rodzaj. Mieszkałem w Delhi, w muzułmańskiej dzielnicy Nizamuddin, nazwanej na cześć sufickiego świętego z XIII wieku. Nie dostrzegłem tam surowości, tylko spokój i radość. Nizamuddin było niczym kalejdoskop kolorów, muzyki i przyjaznej atmosfery. Ludzie uśmiechali się do siebie. Co więcej, uśmiechali się do mnie, do n i e w i e r n e g o. Czy muzułmanie tam mieszkający byli jacyś niezwykli, czy po prostu ujrzałem wreszcie "prawdziwe oblicze" islamu?

Pytanie to tłucze się w mojej głowie, kiedy sunę wynajętym pt cruiserem, myląc słowa piosenki Jima Morrisona. Cośtam love me gladly, wanna cośtam badly. Zauważam ręcznie malowany drogowskaz z serduszkiem (sufi lubią serca) i strzałką: tędy do obozu. Skręcam w drogę gruntową i wjeżdżam pod sklepienie strzelistych sekwoi. Natychmiast spada mi ciśnienie. Potem dostrzegam, że nie mam zasięgu, więc ciśnienie znów się podnosi. Spokojnie, powtarzam sobie, to nawet lepiej. Nawet bardzo dobrze. Kontakt z przyrodą to od dawna praktykowany sposób na poszukiwanie siebie. Robili tak Thoreau, Gandhi i ten gubernator Karoliny Południowej, który przeszedł Szlak Appalachów. Ci kolesie nie wpadali w panikę, kiedy zabrakło im kresek w telefonie, więc ja też będę twardy. Porozkoszuję się samotnością. Zresztą może w obozie będą mieli WiFi.

Podążam serduszkowym szlakiem po coraz gorszej szosie pomiędzy coraz wyższymi drzewami, aż wreszcie trafiam na miejsce. Parkuję i idę do okienka rejestracji. Jest rześko i chłodno, znacznie chłodniej, niż zakładałem, pakując się na obóz. Zadzieram głowę i przyglądam się sekwojom, które wyciągają się ku niebu, zasłaniając słońce. Te drzewa rosły tu setki lat przed moimi narodzinami i stać będą jeszcze kilka wieków po mojej śmierci.

- Witajcie, obozowicze! - wrzeszczy Richard, komendant obozu, przystojny starszy pan, od stóp do głów ubrany w czerń. Na dźwięk słowa "obozowicze" przypomina mi się podstawówka. Obóz sufich ma jednak inny klimat. Mamy tu poświęcać czas na poznawanie mistycyzmu, własnej duszy i - mam nadzieję - paru butelek kalifornijskiego merlota, albo i zinfandela. Najpierw jednak, wyjaśnia Richard, musimy zająć się kilkoma przyziemnymi zagadnieniami. Każdego ranka o szóstej trzydzieści będziemy się spotykać na wspólnej medytacji. Dzwonek o siódmej sygnalizuje śniadanie. Po posiłku pójdziemy do lasu, aby czytać "święty rękopis natury", cokolwiek to znaczy.

- Zapewniamy środki owadobójcze - dodaje Richard skwapliwie.

Rozglądam się. Większość obozowiczów to podstarzali hipisi w różnym stopniu zakonserwowania. Wciąż noszą długie włosy, lecz kitki mają rzadsze i siwe, a ich nóżki nie chcą się już zgrabnie składać w pozycję lotosu. Część z nich poprzywoziła ze sobą dzieci, które wyglądają, jakby odziedziczyły po rodzicach skłonność do niesubordynacji. Bunt młodzieży wyraża się jednak głównie poprzez kolor włosów. Jeden fioletowowłosy nastolatek ma na szyi coś w rodzaju psiej obroży, inny nosi fryzurę przypominającą lody włoskie. Widzę przedstawicieli wszystkich najpopularniejszych religii - od rozczarowanych judaizmem żydów po byłych katolików. Są zadowoleni, że udało im się znaleźć wiarę, w której "nikt nie mówi im, że robią coś nie tak", jak to ujęła jedna z obozowiczek.

Richard każe nam spojrzeć na tygodniowy plan zajęć. Mówi, że wszystkie są nieobowiązkowe, nie musimy uczestniczyć w żadnych, ale ja czuję presję otoczenia. Zerkam na plan. Istny szwedzki stół ofiar religijnych: hinduistyczna joga, medytacja buddyjska, japońska ceremonia parzenia herbaty, warsztaty literackie, analiza snów według teorii Junga, astrologia. Są też jakieś zajęcia nawiązujące do tradycji sufich, ale niezbyt dużo. Jak biedna Alicja wpadłem do króliczej nory. Mój królik wyznaje New Age.

Następnego ranka o szóstej trzydzieści zbieramy się w przestronnej auli, wyglądającej trochę jak hipisowskie schronisko górskie. Z belek sufitowych zwieszają się flagi reprezentujące dziewięć religii. Nad kominkiem wisi zdjęcie Hindusa z brodą, patrzącego gdzieś w przestrzeń. To Hazrat Inayat Khab, muzyk i mistyk, który w 1910 roku zaszczepi sufizm w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie od zawsze byli narodem niespokojnych dusz, a dziewiętnastowieczni transcendentaliści - Whitman, Emerson i Thoreau - stali się uosobieniem tej duchowej tęsknoty. Czytając ich, można pomyśleć, że ma się przed sobą tłumaczenie z sanskrytu albo z klasycznej chińszczyzny. Świadomie lub nie, naśladowali tradycję Wschodu, a Wschód w końcu zaczął zapożyczać od nich. Pisma Gandhiego są przecież inspirowane dziełami Thoreau.

- Witajcie, święte istoty! - mówi nasz instruktor, facet o imieniu Shabda (dawniej Peter).

Nie czuję się święty i, szczerze mówiąc, o tej porze bez porannej kawy niespecjalnie przypominam jakąkolwiek istotę. Medytujemy. Albo raczej: inni medytują, a ja przyglądam się z boku, z upatrzonego miejsca przy drzwiach. Przysuwa się do mnie jakaś kobieta i mówi:

- Jeśli sam nie spróbujesz, nie załapiesz, o co w tym chodzi.

Wiem, że ma rację, i chcę to przyznać, ale ona natychmiast zmienia temat i zaczyna opowiadać o wędzonej zielonej herbacie z Chin, która podobno pomaga na trawienie, i o przeciwutleniaczach.

- Poczujcie słodki smak powietrza wypełniającego wasze płuca - mówi Shabda. - Napełnijcie serca kochającą łagodnością. (Dobra, jasne, ale ja bym wolał napełnić serce kochającą kofeiną, i to zaraz).

Wreszcie słychać upragniony dzwon. Dostajemy pyszne, obfite śniadanie i mocną czarną kawę. Sufi mawiają: "Kto zasmakuje, ten pozna". Mają na myśli bezpośrednie doświadczanie boskości, ale tę samą koncepcję można odnieść do śniadania. Napełniwszy brzuchy i uzupełniwszy poziom kofeiny we krwi, zdejmujemy buty i ustawiamy się w okręgu. Tutaj nazywa się to "kręgiem samodoskonalenia". Mamy biegać w kółko. Niemal natychmiast łapiemy się za ręce. Tańczymy ku czci bogini Tary, która ma coś wspólnego ze szczęściem i cnotą, ale raczej nie z islamem.

- Modlimy się całym ciałem - zauważa ktoś, a tempo tańca staje się coraz szybsze.

Mylę kroki i udaje mi się kopnąć sąsiada. Jestem wykończony, więc mówię osobie, którą trzymam za rękę, że muszę zrobić sobie przerwę.

- Dobrze - mówi ta osoba. - Jesteś w kontakcie ze swoim ciałem.

Z boku cały krąg wygląda jak jeden wielki organizm, nieustannie rozszerzający się i kurczący. Patrzę na zręczne ruchy obozowiczów, a moje serce z wolna wypełnia zazdrość. Niedobrze. Muszę tam wrócić. Wracam więc i natychmiast żałuję swojej decyzji, bo podczas kolejnego tańca trzeba zajrzeć partnerowi głęboko w oczy i powiedzieć: "Niech obecność Boga oświeci twe serce teraz i na wieki". Czuję się niezręcznie. Nie znam przecież tych ludzi. Jak mam coś takiego powiedzieć? Do tego zawsze miałem problemy z kontaktem wzrokowym i wolę go unikać. Moją partnerką jest nastoletnia dziewczyna z kolczykiem w nosie. Patrzy na mnie i mówi: "Niech obecność Boga oświeci twe serce teraz i na wieki". Jestem całkowicie zaskoczony, bo mówi to zupełnie szczerze. Powtarzam formułkę po niej, ale bez przekonania. Chciałbym naprawdę jej tego życzyć, ale nie potrafię. Czy to znaczy, że jestem zły?

I tak płynie czas na obozie sufich. Zaczynamy dzień buddyjską sutrą, potem ćwiczymy jogę albo parzenie herbaty. W piątkowy wieczór świętujemy żydowski szabat. Mówią nam wtedy, że warkocz na chałce symbolizuje pięć filarów islamu. Ktoś mówi: "Niech Allah obróci się ku tobie i ześle ci shalom. Shabbat shalom (udanego szabatu)". Sufizm od kilkuset lat stanowi mistyczne serce islamu, lecz ta kalifornijska komuna odarła go z islamistycznych korzeni. Wszyscy tu uważają się za sufich, ale mało kto nazywa siebie muzułmaninem. Obija się tu o siebie tyle różnych bóstw, że sam czuję się duchowo posiniaczony. Kiedy pytam o to innego uczestnika obozu, słyszę:

- Sufizm nie każe mi wybierać. Mogę doświadczyć wszystkich tych wspaniałości.

Religijny miszmasz. Trochę tego, trochę tamtego. Byle smakowało. Nie przekonuje mnie takie podejście. Eksperymenty nie są niczym złym - Mahatma Gandhi był wielkim miłośnikiem eksperymentowania, nawet swoją autobiografię zatytułował Dzieje moich poszukiwań prawdy - ale w którymś momencie należy zakończyć doświadczenie, dokonać wyboru i, jak to się mówi w świecie konsumpcjonizmu, udać się do kasy.

Amerykanie tego nie robią, dlatego właśnie szybko stają się narodem ludzi "religijnie niesklasyfikowanych". Badanie przeprowadzone niedawno przez Trinity College wykazało, że najprężniej rozwijająca się grupa religijna to właśnie grono niesklasyfikowanych. Nie chodzi o niewierzących - zaledwie dziesięć procent tych ludzi uważa się za ateistów. Cała reszta przypuszczalnie korzysta z całego dobrodziejstwa religijnego bufetu i jeszcze przychodzi po dokładkę. Bo czemu by nie? Jeszcze nigdy w historii tylu ludzi nie miało dostępu do tak wielu religii naraz, i to praktycznie bez ryzyka. Szanse na śmierć na stosie ostatnio znacznie zmalały. Żyjemy w czasach bezbolesnego nawrócenia. Dwa tysiące lat temu Arystofanes napisał, że "powietrzne Wiry zrzuciły Zeusa z tronu". Wirujemy więc, dobierając i łącząc religie jak rękawiczki czy torebki. Kościoły organizują kursy jogi, w synagogach można się zapisać na medytację. Możemy mieć wszystko, a przynajmniej tak nam się wydaje.

Czując, że tracę kontakt z grupą, dryfuję w kierunku innych trzymających się na uboczu: świeżo rozwiedzionego pediatry, który przyjechał tu potańczyć, afgańskiej królowej piękności i przedsiębiorcy paliwowego o imieniu Hodi vel Marlin. Ten ostatni nosi koszule w szkocką kratę i niemodne grube okulary. Wygląda tu równie nie na miejscu jak ja, jednak w odróżnieniu ode mnie od kilkudziesięciu lat jest praktykującym sufim. Proponuje mi, żebym zabrał się z nim, kiedy będzie jechał do miasta po zaopatrzenie. Z chęcią na to przystaję.

- Czym tak właściwie jest sufizm? - pytam go, kiedy już suniemy jego pikapem.

- Otwarciem drzwi serca - odpowiada. - Miłością Boga.

Brzmi dobrze, ale czy nie można tak określić wszystkich religii? Hodi chyba wyczuwa moje wątpliwości, bo mówi dalej:

- Sufizm to szkoła mądrości. Cała nasza rzeczywistość jest stworzona w taki sposób, by pobudzać nas do zdobywania mądrości, coś jak rosnąca stawka w kasynie.

Później dodaje, że sufi, owszem, istnieją na tym świecie, ale nie są z tego świata. W ciągu najbliższych kilku miesięcy jeszcze nie raz dane mi będzie usłyszeć to zdanie. Hodi twierdzi też, że wbrew powszechnym opiniom, mistycy nie wypisali się ze świata realnego, ale są weń głęboko zaangażowani.

- Rzucają się w rzeczywistość z wielkim rozbryzgiem - wyjaśnia, a ja zaczynam się zastanawiać, jaki to dźwięk.

- To fajnie - mówię - ale możesz mi wyjaśnić, po co te tańce, trzymanie się za ręce i patrzenie sobie prosto w oczy? No wiesz, te wszystkie wariactwa.

- Jasne, wyczyniamy różne wariactwa - mówi bez skrępowania. - Wszystkie religie tak mają.

Nie mogę się z nim nie zgodzić i sądzę, że poprze mnie każdy, kto kiedykolwiek brał udział w katolickiej mszy albo żydowskim weselu.

- Rumi pisze o wyższych przyjemnościach - kontynuuje Hodi, odwołując się do myśli wielkiego sufickiego poety, który tworzył w XIII wieku, lecz ani trochę nie stracił na aktualności. - Musisz je poznać. Sęk w tym, że chrześcijaństwo skręciło w lewo... - peroruje, skręcając w prawo na autostradę Pacific Coast, co na chwilę wybija mnie z rytmu - ...i wpakowało się w schemat winy i wstydu. Ludzie się zniechęcili.

Pytam Hodiego, co mam zrobić, żeby jak najwięcej wynieść z pobytu w obozie sufich.

- Rzucę ci wyzwanie: postaraj się na chwilę przestać myśleć - mówi.

Bardzo mi się nie podoba ta odpowiedź. Wolałbym, żeby powiedział: "Rzucę ci wyzwanie: postaraj się ukończyć zawody triathlonowe", albo nawet: "Postaraj się wyhodować nową kończynę". Wszystko, wszystko byłoby lepsze niż zakaz myślenia. Myślenie jest dla mnie jak oddychanie, choć może bywa mniej produktywne.

- Spróbuj sobie potańczyć - sugeruje Hodi, kiedy zwierzam się z mojego problemu z intelektualnymi przestojami. - To cię natychmiast wyłączy.

Postanawiam nie uświadamiać go, że tancerz ze mnie żaden i że chyba wolę przestać myśleć, niż zacząć tańczyć.

Hodi kupuje prowiant, a ja zaglądam do kawiarni i sprawdzam pocztę. Nic. Wyraźnie świat doskonale radzi sobie beze mnie, co mnie jednocześnie uspokaja i przygnębia. Hodi zabiera mnie z kafejki. Po drodze mówię mu, że miasteczko i nasz obóz to dwa różne światy.

- Tylko w takim stopniu, na jaki się godzisz - stwierdza wesoło, a ja przez resztę podróży jego śmierdzącą papierosami półciężarówką zastanawiam się, co miał na myśli.

Po trzech dniach pobytu na obozie sufich niespodziewanie natykam się na odrobinę islamu pod postacią wielkiego misiowatego faceta imieniem Bilal. Pochodzi z Kalifornii i kiedyś był surferem, ale patrząc na niego, trudno się tego domyślić. Ma długą rudawą brodę i małe oczka, które wyglądają na wiecznie zmrużone. Nosi czapeczkę kufi i długą powiewną szatę, w jakich widuje się imamów na całym świecie. W rękach obraca brązowe paciorki subhy, czyli muzułmańskiego sznura modlitewnego. Wygląda, jakby właśnie wyszedł z meczetu w Kairze, co zresztą nie jest dalekie od prawdy. Bilal studiował sufizm w Sudanie i bardzo to po nim widać. Pięknie mówi po arabsku. Nawet jego gesty - to, jak porusza dłońmi niczym dyrygent - wyraźnie kojarzą mi się z Arabami. Obecnie mieszka w Berkeley, gdzie - mimo jego niezwykłego wyglądu - nikt nie zwraca na niego uwagi. Fakt, w Berkeley trudno zrobić wrażenie czymkolwiek. Trzeba by się chyba podpalić. Albo zostać republikaninem.

Bilal objaśnia, że będziemy odmawiać dhikr, co dosłownie znaczy "wspominanie" albo "powtarzanie", a jest swoistą litanią. Dla sufich to podstawowa forma modlitwy. Nie jest to bezmyślne powtarzanie słów i zwrotów, lecz inwokacja, w którą angażują się całe ciało i dusza. "Przypomnienie wędruje z języka przez umysł do serca, gdzie można je znaleźć zawsze" - pisze Seyyed Hossein Nasr, uczony irańskiego pochodzenia. Dhikr przypomina Modlitwę Pańską: "Bądź wola Twoja". Nasr wyjaśnia, że podczas dhikr należy "poddać całą swoją wolę i umysł Bogu, oddać całą swą istotę w Jego ręce".

Jak wiadomo, Bogiem muzułmanów jest Allah. Imię to często występuje w parze z określeniem hu Akbar ("jest wielki"), a to wyrażenie czasami - chociaż nie zawsze - zwiastuje solidny wybuch. Religię łatwiej przyjmować z otwartym sercem niż z otwartym umysłem. Moja dotychczasowa wiedza, niekompletna i niedoskonała, stoi mi na przeszkodzie. Wiem o islamie wystarczająco wiele, by mnie niepokoił, i niewystarczająco dużo, by mnie zainspirował.

Bilal uczy nas szahady, najważniejszej islamskiej modlitwy, wyznania wiary, którą muzułmanie codziennie powtarzają. Jest dla nich jak oddychanie. Dla mnie to jak oddychanie pod wodą. Modlitwa nie przychodzi mi bez wysiłku. Podejrzewam, że to przez bagaż moich złych doświadczeń. La ilaha illallah, Muhammad rasulu-llah - "Nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest Jego prorokiem" - mówi Bilal, przymykając oczy i pokazując nam otwarte dłonie. Jego arabski jest nienaganny. Powtarzamy za nim. N a s z arabski jest naganny. W języku tym jest dużo wibracji. Dźwięk ma znaczenie. Trochę mi to zajmuje, ale w końcu rozumiem, o co chodzi, i muszę przyznać, że melodia tych słów uspokaja, niemal hipnotyzuje. Powtarzamy ten zwrot w nieskończoność: La ilaha illallah...

Nie ma Boga prócz Allaha. Co to właściwie znaczy? Zawsze wydawało mi się, że słowa te mają potwierdzać jego wyższość nad innymi bóstwami. Nie ma Boga oprócz m o j e g o Boga. Bilal twierdzi coś innego. Ten zwrot znaczy: nie ma n i c oprócz Boga. Sufi widzą Boga wszędzie. Nie są panteistami - nie wierzą, że wszystko jest Bogiem - lecz są zdania, że w otaczającym nas świecie można dostrzec ślady boskości, jeśli tylko się człowiek postara. W Koranie napisano: "I gdziekolwiek się obrócicie, tam jest oblicze Boga". Nie będzie to Jego prawdziwa twarz, ale Bóg w przebraniu, który mówi: "Byłem ukrytym skarbem, nikt mnie nie znał i zapragnąłem, by mnie poznano".

To właśnie starają się zapamiętać sufi. Pamięć to przecież forma wiedzy. Platon twierdził, że prawdziwa wiedza to n i c i n n e g o jak pamięć. Tak więc: nigdy nie nauczymy się niczego, czego byśmy już nie wiedzieli, nawet jeśli nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Wiedza sufich nie pochodzi z książek. Kochają je czytać, ale nie podejrzewam, by byli zwolennikami podkreślania. Oni szukają bezpośredniego wglądu, intuicyjnego pojęcia (mistycy nazwaliby to raczej "niewiedzą"). Chodzi o to uczucie, kiedy wiecie, że piekarnik jest gorący albo że zakochujecie się w osobie po drugiej stronie pokoju, chociaż nikt jej wam jeszcze nie przedstawił. Sufi nie są ruchem antyintelektualnym, ale starają się równoważyć racjonalne odruchy dużą dawką serca.

Bilal to samo serce. Gestykuluje niczym muzułmańska wersja dyrygenta André Previna, przytupuje i zachęca nas do powtarzania wyznania wiary, w kółko i bez przerwy, w różnym tempie i z inną intonacją.

- Musimy robić to z pasją, szaleć i wariować - mówi, dopuszczając do głosu swoją surferską osobowość. - To nie jest zwyczajna miłość. To s z a l o n a miłość. To fatalne zauroczenie. O taką właśnie pasję i szaleństwo mi chodzi.

- La ilaha illallah... - powtarzamy.

- Okej, odetchnijcie pozytywną stroną jedynego Boga - mówi Bilal, sugerując tym samym, że nie wszystkie dziewięćdziesiąt dziewięć imion Stwórcy jest równie atrakcyjne. Sufi nie koncentrują się na Bogu Niszczycielu, tylko na Bogu Miłosiernym - któż może ich za to winić? Bilal zdążył się mocno nakręcić, a kulturowy dysonans robi się coraz bardziej zauważalny. - Powiedzcie to ze wszystkich sił. Włóżcie w to całe wasze aj-waj - mówi, a ja się zastanawiam, do którego z dziewięćdziesięciu dziewięciu imion Allaha teraz nawiązuje, do Boga Koszernego?

- La ilaha illallah - odpowiadamy.

- Włóżcie trochę energii w końcówkę - illallAH - żeby wyrzucić z siebie gniew.

Podążam za jego radą i zauważam, że moje rezerwy gniewu zrobiły się już całkiem pokaźne.

Kiedy kończymy dhikr i sala pogrąża się w błogiej ciszy, nagle czuję za sobą jakiś ruch. Odwracam się i widzę kobietę, która kręci się jak... derwisz. Bo jest derwiszem. Słyszałem o nich, ale nigdy żadnego nie widziałem. Przyglądam się z zapartym tchem, albo raczej z resztką tchu. A ona wiruje i wiruje, jakby mogła to robić przez całą wieczność. Sukienka powiewa wokół niej jak pierścienie planetarne, a stopy ani na chwilę nie odrywają się od podłogi. Obroty to też forma dhikr, przypominania. To modlitwa w ruchu. Jestem oczarowany. Natychmiast postanawiam, że chcę tego spróbować. Choćby nie wiem co, chcę się kręcić.

Piątego dnia na obozie sufich dowiaduję się, że trzymam ludzi za ręce nieprawidłowo. Ktoś wyjaśnia mi, że źle układam palce. Robi to bardzo uprzejmie, ale i tak mnie zawstydza. Nie mogli powiedzieć wcześniej? Nie wiedzieć czemu, wyprowadza mnie to z równowagi. Muszę się stąd wydostać. Już dłużej nie wytrzymam. Nie zniosę tego trzymania się za rączki, przytulania, bezglutenowego żarcia, kręgów samodoskonalenia, wymyślnych imion, włosów jak lody włoskie, relatywizmu kulturowego i kompletnego braku ironii. Z niewiadomych przyczyn czuję się przybity, co w zasadzie jest głupim stwierdzeniem, bo każda depresja wynika z niewiadomych przyczyn. Kiedy doświadczamy smutku z konkretnego powodu, czujemy go, przetwarzamy i żyjemy dalej. Depresja to smutek zakorkowany. Nie wiem, jak go odkorkować, a skoro już o korkach mowa, to chętnie bym się napił. Pytam więc kogoś, gdzie się podziało wino. No wiecie, całe to "napij się z ukochanym".

- Facet, to była metafora - odpowiadają mi.

Żeby nie było niedomówień - jestem wielkim fanem metafor. Kocham je jak foka ryby, jak kot myszy, jak... no dobra, chyba już wiecie, o co mi chodzi. Ale metafory nie da się wypić. Metafora nie rozlewa się po podniebieniu, ciężka i wyrazista, z lekką owocową nutą. Spożywana w rozsądnych ilościach, nie rozgrzeje nikogo od środka. Nawet tak trzeźwy umysł jak William James rozumiał, że od czasu do czasu dobrze jest się napić: "Odurzenie powiększa, jednoczy i mówi - tak! Alkohol jest w rzeczywistości wielkim wywoływaczem potakiwania w człowieku". Tak! I tylko prawdziwy kieliszek wina, nie żadna metafora, pozwala nam osiągnąć ten cudowny stan. Zresztą obóz sufich ma zdecydowanie więcej wspólnego z obozem niż z sufimi. Tutejsze dzieci lat sześćdziesiątych zaimportowały sobie muzułmański sufizm, wyciągnęły z niego część sufistyczną, a wyrzuciły do kosza prawie wszystkie elementy muzułmańskie. Wynikiem jest wesoła i raczej nieszkodliwa mieszanka z dobrym podkładem muzycznym. Ale czy nadal można to nazwać sufizmem?

Ruch New Age potrafi zepsuć nawet najbardziej zdrowe wielowiekowe tradycje. Religia jest jak regionalna potrawa - nie zawsze da się ją odtworzyć poza miejscem, z którego pochodzi. Można ją rozwodnić i trochę odtłuszczyć, po czym nagle się okazuje, że mamy przed sobą duchowy odpowiednik zupki chińskiej. Nie, muszę się znaleźć u źródła. Tylko gdzie to jest? Sufi działają w bardzo wielu krajach. Po krótkiej analizie tego problemu postanawiam spróbować w Turcji. To właśnie tam tworzył Rumi, nadworny poeta islamu. To do tego kraju uciekli wirujący derwisze. Słyszałem też, że tureckie wino nie jest takie złe. Tak, pojadę do Turcji.

Następnego ranka, kiedy cały obóz wyrusza na spotkanie ze swoim sercem, ja wyruszam na spotkanie z główną bramą. Wsiadam do auta, włączam Jima Morrisona, podkręcam dźwięk i tym razem wyraźnie słyszę słowa. Don't you love her madly? Nie ma Boga oprócz Allaha. Don't you need her badly? Nie ma Boga oprócz Allaha. Wjeżdżając na autostradę Pacific Coast, odpalam iPhone'a. Jest zasięg! Nareszcie!