Radek Rak
Lekcje obrony przed nowymi technologiami
Zaczęło się od tego, że Noe Skrzydlewski umarł. Zaginął na początku
grudnia, ale przez cztery długie dni wszyscy w szkole mieli nadzieję, że
wkrótce odnajdzie się cały, zdrowy i po łobuzersku z siebie zadowolony.
W końcu taki był Noe. Nigdy wcześniej nie znikał jednak na tak długo. Na
jedną, dwie noce, to tak. O tym Lena Rosiewicz wiedziała od jego matki i od innych uczniów. Matka usprawiedliwiała potem te nieobecności w szkolnym systemie. Niektórzy koledzy i koleżanki, w przeciwieństwie do
niej, najwyraźniej wiedzieli, gdzie Noe znika. Oczywiście Lenie też
nigdy tego nie powiedzieli. Przeczuwała jednak, że pewnego dnia zdradzą
jej ten sekret; prędzej jej niż rodzicom. Przed kimś w końcu trzeba się
czasem otworzyć, a nastoletnie serca są niespokojne i kipią od tajemnic,
dla których muszą znaleźć ujście, aby nie pęknąć i nie rozerwać się na
strzępy. Dopiero z wiekiem serca ludzi stają się zimne i gadzie, zdolne
trzymać w sobie ciemne sekrety przez długie lata, a może i do śmierci.
Tak myślała Lena. Wiedziała, że uczniowie ją lubią. Musiała tylko być
cierpliwa, bo na wszystko trzeba czasu.
Gdy w pewien szary grudniowy poranek wyłowiono Noego kilka kilometrów za
miastem, tam, gdzie rzeka przewala gęste od lodu wody przez betonowy
próg, Lena zrozumiała, że nie ma tego czasu tak wiele, jak się jej
wydawało. Własna cierpliwość ją oszukała. O znalezieniu ciała
dowiedziała się w pokoju nauczycielskim, dziesięć minut przed
rozpoczęciem lekcji z ósmą B. Tą samą, do której chodził Noe. I której
była wychowawczynią.
Drogę do sali numer 12 pokonała, nie wiedząc kiedy i nie wiedząc jak. W głowie miała szumiącą pustkę, a jej ciało szło automatycznie i zupełnie
bez udziału woli. Szesnaście stopni w dół, szerokim korytarzem w lewo,
potem węższym korytarzem znów w lewo, pięć stopni w górę do starego
skrzydła, minąć szkolną bibliotekę, by wreszcie dotrzeć do celu. Ludzkie
ciało ma starą, zwierzęcą mądrość, która ratuje nas, gdy umysł staje się
bezradny lub zaćmiony.
Uczniowie czekali już pod salą. Na widok Leny poderwali się jak
spłoszone przepiórki i ustawili bezkształtnym stadkiem przy drzwiach.
Nauczycielka wzięła głęboki oddech. Musi im powiedzieć, oczywiście, że
musi, to jej obowiązek. Niech to jednak odbędzie się z godnością, gdy
wszyscy zajmą już swoje miejsca.
Ani studia, ani żaden z kilkudziesięciu kursów sfinansowanych z własnej
kieszeni nie przygotował jej na to, co miała teraz uczynić i powiedzieć.
Nie było przecież szkoleń z informowania uczennic i uczniów o śmierci
kolegi. Nie po raz pierwszy Lena czuła, że wszystkie wykłady i szkolenia
w naprawdę ważnych momentach okazują się gówno warte. Pod tym względem
nic chyba nie zmieniło się w szkole od czasu wprowadzenia powszechnego
obowiązku edukacji.
Ledwo Lena zbliżyła się do drzwi, a jedna z dziewcząt, Salka
Wójcikiewicz, na jej widok zasłoniła dłonią usta i załkała, a po
policzkach spłynęły jej dwie łzy. Szum rozmów natychmiast ucichł.
Wszystko wyczytali z twarzy Leny, zanim zdążyła się choćby odezwać. No
to tyle z tego profesjonalizmu.
Pozwoliła czytnikowi na ścianie zeskanować tęczówkę. Zamek kliknął i drzwi uchyliły się nieznacznie.
- Wchodźcie - zarządziła cicho. Cała klasa posłuchała bez szemrania. Jak
nie oni.
Usiedli w ławkach, szurając krzesłami w niemal zupełnej ciszy. Tylko tu
i tam dało się słyszeć stłumiony szept, a Salka chlipała, zasłoniwszy
twarz włosami. Osiemnaście par oczu wbijało się w podłogę, w ścianę albo
w nicość, unikając wzroku Leny. Nie było sensu tego przedłużać.
Wychowawczyni wzięła głęboki oddech.
- Kochani, policja dziś rano odnalazła Noego. Nie żyje. Utonął w rzece.
Nie znamy więcej szczegółów.
Kilku uczniów zatchnęło się. Salka Wójcikiewicz i Juta Nykiel
rozszlochały się na dobre. Jeden chłopak, Oleg Mykhailenko, też płakał
bezgłośnie, łzy ciekły mu po twarzy jedna za drugą. Większość osób
jednak milczała, osłupiała. Lena rozumiała ich. Wciąż byli przecież w wieku, kiedy człowiek jest nieśmiertelny - bo być nieśmiertelnym oznacza
nie myśleć o śmierci. Śmierć to coś, co dzieje się na ekranie, w filmie,
w grze albo gdzieś tak daleko, że sama odległość czyni ją zupełnie
nieprawdziwą. To coś, co dotyczy starszych ludzi, dziadków i innych
krewnych, którzy w nastoletnich oczach są już starzy i mieli
wystarczająco dużo czasu, aby się nażyć.
Tym powinna być śmierć, gdy się ma czternaście lat, pomyślała Lena.
Czymś odległym i nie do końca prawdziwym.
Przełknęła ślinę. Przynajmniej nie załamał jej się głos, gdy
przekazywała im tę straszną nowinę. Przynajmniej z tego jednego mogła
być dumna.
- Jeśli ktoś ma taką potrzebę, może zostać po lekcji w świetlicy aż do
końca zajęć. Usprawiedliwię was przed innymi nauczycielami. Jeśli zaś
chcecie wrócić do domu i macie taką możliwość, skontaktujcie się z opiekunami, aby przesłali wam zwolnienia. Teraz chodźcie. Weźmy się
wszyscy za ręce.
Tak zrobili. Przez moment Lena czuła, że rzeczywiście są jednym. Nawet
Guc, który wszedł do kręgu ostatni i z ociąganiem. Niczego innego
zresztą Lena się po nim nie spodziewała. Nawet on.
Pozwoliła płakać jednym i milczeć innym. Nie mogło być dziś mowy o prowadzeniu zaplanowanych zajęć z cyberzagrożeń. Zsunęli więc
pleksiglasowe ławki pod ściany i ustawili krzesła w koło, tak jak
zalecano na kursach z zaawansowanej empatii. No, nie wyszło z tego
dokładne koło, bardziej takie nierówne jajo. Zaproponowała, by ci
uczniowie, którzy mieli na to ochotę, podzielili się jakimś wspomnieniem
dotyczącym Noego.
Pierwsza odezwała się Juta Nykiel, bo też Juta zawsze była pierwsza.
Łamiącym się głosem opowiedziała o wygłupach podczas ostatniej wycieczki
szkolnej, kiedy Noe i inne chłopaki schowali się późną nocą w szafie w pokoju dziewczyn. Gdy pani Majkowska od wuefu przyszła na kontrolę, z szafy wyleciała ścianka i wszystkie chłopaki wypadły na podłogę.
Mimowolne śmiechy przetoczyły się po sali. Lena śmiała się również, bo
pamiętała tę wycieczkę, a najśmieszniejsze historie to zawsze te, które
znają wszyscy. I potem jakoś poszło. Niektóre z opowieści urywały się w połowie i kończyły szlochem. Nie wszyscy też potrafili dobrze opowiadać,
ale to przecież nic nie szkodzi. Noe był osobą barwną i powszechnie
lubianą.
- A ty? - Lena zapytała wreszcie Guca, siedzącego nieco poza obrębem
koła. No tak, Guc nawet w takiej chwili musiał się izolować i manifestować swoją odrębność. - Chcesz nam coś opowiedzieć? - zachęciła
go, nieco wbrew sobie, bo uczeń budził w niej niezbyt ciepłe uczucia.
Miał lepki wzrok i w skrytości Lena przyznawała rację dziewczętom, które
twierdziły, że jest obleśny. No i ostatnio było z nim sporo problemów.
Guc, jak to Guc, wzruszył tylko ramionami i nawet nie podniósł na
nauczycielkę załzawionych oczu. Dopiero po dłuższej chwili, czując, że
jednak oczekuje się od niego jakiejś odpowiedzi, pociągnął nosem i mruknął:
- Nie, proszę pani.
Lena nieoczekiwanie dla siebie poczuła ulgę. Nie było dla niej
przyjemnością wysłuchiwanie jego mamrotania, stękania i pociągania
nosem.
Prawdziwie złe myśli naszły ją dopiero po pracy, gdy popołudnie
przechodziło w wieczór, a grudniowy mrok gęstniał od deszczu ze
śniegiem. Lena jechała powoli i trochę na pamięć, ledwo widząc cokolwiek
przez marznącą kaszę za szybą samochodu. Gdy jej stara tesla przejechała
obok kładki na Zawierzbie, Lena zwolniła. Drugiego brzegu rzeki nie dało
się dostrzec, lecz wiedziała, że mieszkało tam dwóch jej uczniów.
Pierwszym był Noe Skrzydlewski. Drugim - Guc. Codziennie rano i wieczorem przekraczali rzekę w drodze do szkoły i z powrotem.
Zaparkowała na poboczu, włączyła światła awaryjne i wyszła, by spojrzeć
w wodę, która pochłonęła Noego. Było zimno, zaczynał tężeć mróz i nawet
gruby płaszcz niewiele pomagał. W wieczornej siąpawicy rzekę bardziej
dało się wyczuć, niż zobaczyć. Czarny ruch gdzieś poniżej, pełen
niepokoju i gniewu.
Lenę ogarnął nagle dziecinny strach przed ciemnością i tym, co może się
w niej kryć. Czym prędzej wróciła do auta. Tesla bezszelestnie pomknęła
ku nowemu osiedlu, rozchlapując kałuże na poboczu.
* * *
Tamten wrzesień był ciepły i słoneczny, pamiętała dobrze. Jak mogłaby
zapomnieć pierwszą wycieczkę, w której uczestniczyła jako opiekunka.
Choć pracowała w zawodzie od czterech lat, Lena nie miała dotąd okazji
wziąć udziału w żadnej. Jeszcze do niedawna szkolne wycieczki były dla
nauczycieli dopustem bożym, bo nie wypłacano im za nie wynagrodzenia, za
to ponosili pełną odpowiedzialność za uczniów i za to, co robią - no a co robią, to każdy przecież wie, bo wszyscy przecież kiedyś jeździli na
takie wycieczki. Jednak od kilku lat płacono za nie jak za nadgodziny i to, co dawniej było niechcianą koniecznością, stało się nagle niezwykle
pożądane. Ba, sami nauczyciele domagali się teraz organizowania
kilkudniowych wycieczek dwa lub trzy razy do roku, oczywiście mając na
uwadze ich nieoceniony udział w edukacji dzieci i młodzieży. Młodych i słabo ustosunkowanych nauczycieli trzymano z dala od tego źródełka
dodatkowych dochodów, toteż Lena w żadnych wycieczkach jak dotąd nie
uczestniczyła. Ósma B była jednak jej klasą - na zastępstwie za pana
Przemysława Tomczyka, starszego nauczyciela historii teraźniejszej,
który przebywał od tego roku na urlopie na poratowanie zdrowia.
A więc wrzesień, ciepło, słońce. Autobus kluczył żółtymi drogami wśród
jałowych wzgórz, między jednym zamkiem a drugim. Tak wyglądał pierwszy
dzień wycieczki.
Lena umówiła się z uczniami, że będą sobie wzajemnie ufać: oni nie
zrobią niczego naprawdę głupiego, a ona nie będzie ich specjalnie
kontrolowała. Bo przecież zaufanie jest najlepszą gwarancją
bezpieczeństwa.
- I wierzysz w to? - zapytał pan Kacper, matematyk, który pojechał na
wycieczkę w charakterze kolejnego opiekuna. Z wuefistką Majkowską było
ich razem troje.
- Tak - odrzekła Lena z przekonaniem.
- A co, jeśli na tyłach autobusu już łoją browary? - Pan Kacper, prędki
w ruchach i mowie, wskazał podbródkiem przez ramię.
- Nie łoją - uśmiechnęła się Lena i nawet nie spojrzała za siebie.
Znała przecież tę młodzież, i to od kilku lat, kiedy jeszcze wcale nie
byli młodzieżą, tylko dziećmi. Uczyła ich podstaw informatyki, a od tego
roku prowadziła również lekcje z cyberzagrożeń. Nauczyciele tego
przedmiotu zmieniali się niemal co rok, zupełnie jakby stanowisko było
przeklęte. Rotacja wynikała jednak zapewne z ciągłych zmian w podstawie
programowej, często nawet w ciągu roku szkolnego, aby dostosować się do
wciąż zmieniających się realiów sieci, co z kolei wymagało od
nauczycieli większego zaangażowania i elastyczności, oczywiście za te
same pieniądze. Ale Lenie to nie przeszkadzało.
Koncepcja przeklętego stanowiska mimo wszystko brzmiała o wiele bardziej
interesująco i Lena żartowała, że naucza obrony przed nowymi
technologiami. Uczniowie śmiali się wraz z nią, choć - wychowani w innych kontekstach kulturowych - nie rozumieli już tego żartu. Nie
szkodzi. Wiedziała, że czują do niej sympatię.
Dlatego nocą podczas wycieczki nawet nie zwróciła uwagi na hałasy
dochodzące z jednego z pokoi, gdzie spały dziewczęta. Pani Majkowska,
wuefistka w wieku mocno pobalzakowskim, zaczęła czujnie nasłuchiwać,
wzdychać i stękać. Usiłowała pewnie wywrzeć na Lenie presję i zmusić ją,
jako młodszą wiekiem i stażem, do sprawdzenia, co też wyczynia
rozbrykana młodzież. Ale Lena, przepracowując przez lata przeróżne
osobiste traumy, nauczyła się nie ulegać takim naciskom. Aby zaspokoić
swoją ciekawość, pani Majkowska musiała więc pójść sama.
Hotel młodzieżowy był spory, na piętro szło się dość długo i wuefistka
wróciła dopiero po kwadransie, na nowo budząc Lenę. Włączyła brzęczącą
świetlówkę i mruknęła ponuro:
- Chłopacy byli u dziewczyn.
Lena nakryła się kołdrą. Prawdę mówiąc, oczekiwała nieco bardziej
sensacyjnych rewelacji.
- Siedzieli w szafie - nie ustępowała pani Majkowska.
- Wszyscy?
- Nie, czterech. Kornacki, Skrzydlewski, Mykhailenko i Guc.
- Aha. Pewnie się przyzwyczajają.
- Do czego?
- Mmm, do siedzenia w szafie.
- Jak tylko weszłam, to od razu wiedziałam, że coś jest na rzeczy.
Dziewczyny siedziały jak trusie z dziwnymi minami, tylko
Wójcikiewiczówna chichrała się głupawo, cała czerwona na gębie. Pytam,
co to za hałasy i czemu jeszcze nie śpią, do kurwy nędzy. I zanim mi
gówniary zdążyły coś nakłamać, szafa chrupnęła, wypadła jedna ścianka, a potem to już cała szafa wywróciła się i rozpieprzyła. Trzeba będzie
odkupić.
- Chłopakom nic się nie stało?
- A co mnie to obchodzi. Tę szafę to trzeba zgłosić obsłudze zaraz z samego rana.
Lena z ociąganiem zwlekła się ze skrzypiącego łóżka, ubrała nieco
porządniej i poczłapała do pokoju dziewcząt. Szafa rzeczywiście
wyglądała na rozpieprzoną, choć nie aż tak, by nie można było jej
skręcić i posklejać następnego dnia, przynajmniej na tyle, by na
pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć uszkodzeń.
- Połóżcie całą szafę pod ścianą. Jutro po śniadaniu kupicie klej
montażowy, wkręty i woreczek gwoździ. I śrubokręt. Obejdzie się bez
wkrętarki - zarządziła Lena po oględzinach. Tak jak myślała, po prostu
puściły łączenia. - Sami za wszystko zapłacicie. Ale nie przejmujcie się
zanadto. To są płyty z trocin i tektury. Cały ten hotel jest, widzę,
zrobiony po taniości i z byle gówna. Jakby go kopnąć w odpowiednim
miejscu, złożyłby się jak domek z kart.
Kilkoro uczniów zachichotało z wyraźną ulgą.
- Tylko nie szukajcie tego miejsca do kopnięcia, bo jeszcze znajdziecie.
A szafę złóżcie tak, żeby nie było śladu. I nikomu nic nie mówcie. Jak
się rozniesie, to pani Majkowska i ja będziemy miały przesrane.
- Nigdy w życiu nie chcielibyśmy, żeby miała pani przesrane - zapewnił
Noe Skrzydlewski, potrząsając gęstą czupryną.
- Raczej nie chcielibyście, by to pani Majkowska miała nieprzyjemności.
Dopilnowałaby, aby jej nieprzyjemności okazały się waszymi
nieprzyjemnościami. No, sza. Idźcie teraz spać. - Przyłożyła palec do
ust. Dopiero wtedy dostrzegła spuchniętą wargę Guca i dziwną pręgę na
jego szyi.
- A tobie, Guc, co się stało?
- Nic - odmruknął tamten.
- Spójrz na mnie, gdy do ciebie mówię - zażądała, choć gdy uczeń
podniósł na nią bezbarwne, załzawione oczka, poczuła się dziwnie i odruchowo poprawiła poły szlafroka na dekolcie. Wiedziała, jacy bywają
chłopcy w tym wieku i o czym mogą myśleć, ale taka wiedza wcale nie
pomagała. Na szczęście w klasie były też chłopaki zupełnie innego
rodzaju, jak Noe Skrzydlewski czy Oleg Mykhailenko.
- Potłukłem się. - Guc siąknął nosem, jak to miał w zwyczaju.
- To był Guca pomysł, proszę pani - odezwała się niepewnie Juta Nykiel,
mocna, rudowłosa dziewczyna o szczerej twarzy. - Z tą szafą. Jak pani
Majkowska zaczęła się dobijać, to on zawołał, żeby się schować w środku.
- Co? - zdziwił się Guc.
- I prawie się udało, tylko się kręcił - uzupełnił Noe.
- Po prostu to niesprawiedliwe, żeby karać wszystkich chłopaków i kazać
im płacić - zakończyła Juta pospiesznie.
Lena zawahała się przez moment.
- Rozliczcie się między sobą. Tak, żeby było uczciwie. A teraz idźcie
już wreszcie do łóżek. Żebym was już nie słyszała przez resztę nocy.
Wyszła jeszcze na taras, aby zapalić. Dobrze, że nie dała się wciągnąć w jakieś gierki między uczniami. Lubiła ich, naprawdę lubiła, i nie
podejrzewała Juty o żadne złe zamiary. Już prędzej chodziło o to, by
chronić Noego, który miał średnią sytuację finansową w domu i mieszkał
jedynie z matką, a jego ojciec w ogóle się nim nie interesował. Ale nie
tylko o to: czarnowłosy, błękitnooki Noe o krzywym uśmiechu zwyczajnie
podobał się dziewczynom. Lena była przekonana, że pewnego dnia wyrośnie
na fajnego mężczyznę, jeśli się nim tylko dobrze pokieruje; no a kiedy,
jak nie teraz, nastoletnie doświadczenia rzutują na całe życie.
Noc była przyjemnie chłodna, niebo ciężkie od gwiazd, a w zaroślach nad
pobliską rzeką terkotał jakiś ptak. Choć mogły to być żaby albo jakieś
inne stworzenie mieszkające w ciemnościach. Nigdy się na tym nie znała.
- Palenie szkodzi zdrowiu.
- Nie palę. - Pstryknęła niedopałkiem w rozłożyste iglaki poniżej
tarasu. Maleńki ognik zgasł w połowie drogi. - A ty, Noe, nie miałeś
przypadkiem iść spać?
- Zaraz pójdę. Chciałbym tylko najpierw coś pani pokazać. Żeby wszystko
było jasne i żeby pani nie myślała, że my coś zwalamy na Guca. - Zawahał
się przez moment. - Tylko proszę obiecać, że nikomu pani nie powie.
- Noe. Jeśli wydarzyło się coś naprawdę złego, nie mogę o tym milczeć.
- Nie. Jeszcze nie. - Chłopak przestępował z nogi na nogę, jakby
tańczył. Nigdy nie mógł usiedzieć spokojnie w jednym miejscu, jakby coś
go nieustannie pchało, wewnętrzny niepokój, zew życia; taki był. I jednak okazał Lenie zaufanie, właśnie jej, a nie Majkowskiej, Kacprowi
czy komukolwiek innemu spośród dorosłych. Nie powinna więc go zawieść.
- No dobrze. Obiecuję. Pokaż, co tam masz.
- Niech pani założy oculus.
Założyła więc okular na lewe oko. Nie przepadała za tymi urządzeniami,
choć były użyteczne, wygodne i nie tak szkodliwe dla kręgosłupa jak
powszechne za jej czasów smartfony. Nowsze modele nakładano bezpośrednio
na tęczówkę jak szkła kontaktowe. Jej własny oculus przypominał bardziej
steampunkowy monokl.
Noe błyskawicznie utworzył punktową sieć i obłożył ją zabezpieczeniami,
dopuszczając jedynie konto personalne Leny. Coś, co jej zajęłoby pewnie
kilka minut, chłopak wykonał kilkoma oszczędnymi mrugnięciami i ruchami
gałką oczną. Pływał i nurkował tam, gdzie ona jedynie brodziła niepewnie
przy brzegu, a przecież zawsze pociągały ją nowe technologie i ich
obsługa przychodziła jej łatwiej niż innym osobom w jej wieku. Teraz
jednak, jako nauczycielka cyberzagrożeń, poczuła się głupio i śmiesznie.
Nie mogła przecież nauczyć niczego nowego uczniów takich jak Noe.
Zupełnie jakby młodzi rodzili się teraz z wbudowanymi oculusami.
Uczeń przeprowadził ją przez kilka grup matrioszkowych na jednej z mniej
popularnych platform sieciowych. Grupa w grupie w grupie w grupie, każda
kolejna mniej oczywista i lepiej zabezpieczona przed zewnętrznymi
użytkownikami. Wreszcie w podgrupie opisanej jako
#sekcjamokrychborowikow trafili na nagranie.
Przed oczami Leny pojawił się Guc, siedzący w jakimś ciemnym, bardzo
ciasnym pokoiku z oświetleniem przesuniętym w spektrum czerwieni.
Chłopak był obnażony do pasa, a przynajmniej Lena miała nadzieję, że
tylko do pasa, bo ujęcie z kamerki kończyło się na włosach poniżej
pępka. W zastosowanym filtrze świetlnym był cały czerwony, przypominał
pryszczatego diabła. Mówił szeptem, lecz dzięki amplifikatorom słyszalny
był całkiem dobrze.
- Allo, allo, dzińdybry, tu Komandor Maślak. Dziś śluzimy borowika w szafie. Zaleca się używać techniki dwuręcznej, bo przez dziurkę od
klucza podziwiać będziemy prawdziwe cuda natury, siedem, osiem, osiem i dziewięć. Moi mili, takie rzeczy tylko w damskim buduarze ósmej B...
Lenę zemdliło, gdy Guc zaczął wykonywać ramionami ruchy rzeczywiście
sugerujące stosowanie techniki dwuręcznej. Kamerka odwróciła się o sto
osiemdziesiąt stopni i teraz zamiast Guca dało się ujrzeć maleńki
wycinek pokoju dziewcząt, w którym Lena stała zaledwie przed chwilą.
- Wyłącz to, Noe, wystarczy. - Szarpnięciem zerwała oculus. Nie
rozumiała wiele z tego, co mówił Guc, ale to, co jednak pojęła, zupełnie
jej wystarczyło. No i ten słowotok to było chyba więcej, niż przez
cztery lata słyszała z ust Guca, odzywającego się zwykle monosylabami.
- To się tam wydarzyło, prawda? Guc siedział w szafie, podglądał
dziewczyny i nagrywał... to. A wy się jakoś o tym dowiedzieliście.
- W sieci nie da się ukryć, nawet w prywatnych grupach dla różnych
przegrywów. No i wszyscy podejrzewali, że Guc robi takie rzeczy.
- Zrobiliście mu coś, prawda?
Noe milczał przez chwilę.
- On jest zjebany. Proszę zapytać dziewczyn.
Lena wiedziała, że nie musi o nic pytać.
- Nic nie rób sam. Ani ty, ani żaden z chłopaków. Ze wszystkim
przychodźcie do mnie. Zaufałam ci, teraz ty zaufaj mnie.
W ciemności bardziej wyczuła, niż ujrzała skinięcie kędzierzawej głowy
Noego. Jego twarz tonęła jednak w mroku i nie dało się dostrzec jej
wyrazu.
- Dobranoc, proszę pani. Tylko niech pani pamięta, co obiecała. Ja nie
chcę, by Guc miał jakieś duże problemy. On się jeszcze zdąży ogarnąć,
wszyscy o to zadbamy.
- Dobranoc. Noe, jeszcze jedno.
- Proszę?
- Ty też nie pal. Czuć cię papierosami. Jesteś młody, tobie bardziej
szkodzi niż mnie.
- Postaram się, proszę pani.
Następny dzień upłynął Lenie bez przygód. Z tego, co się dowiedziała,
Guc sam kupił w pobliskim markecie budowlanym wszystkie niezbędne rzeczy
i naprawił rozbitą szafę. A Lena przez cały dzień zastanawiała się nad
złożoną Noemu obietnicą, szarpana sprzecznymi uczuciami. Wreszcie
postanowiła dać Gucowi szansę. Jedną jedyną.
- Nie myśl, że nie wiem o wszystkim - powiedziała mu na stronie, gdy
autobus zatrzymał się przy kolejnym zrujnowanym zamczysku, identycznym z innymi trzema, które zwiedzili poprzedniego dnia. - To się stało po raz
ostatni. Jeśli wydarzy się jeszcze choćby raz, a zapewniam cię, że mam
sposoby, aby się tego dowiedzieć, to wyciągnę wszelkie odpowiednie
konsekwencje. Wszelkie, powiadam.
Guc rzecz jasna nic nie odpowiedział, zrobił za to bardzo dziwną minę, a na jego obliczu mieszały się sprzeczne uczucia. Obawa? Ulga? Lena nie
miała ochoty oglądać tej pryszczatej gęby. Odeszła szybkim krokiem.
* * *
Matkę Noego Lena odwiedziła tydzień po pogrzebie.
Z początku pomyślała, że robi źle, że się naprasza i że kobietę należy
pozostawić z jej żałobą. Niech ją wspierają rodzina albo przyjaciele,
albo ktokolwiek inny. To nie jest zadanie dla wychowawczyni jej syna,
nikt z kadry pedagogicznej takich rzeczy nigdy nie robił, tym razem też
wszyscy ograniczyli się jedynie do złożenia kondolencji na świeckim
pogrzebie.
Tak myślała, stojąc na progu mieszkania i naciskając przycisk dzwonka.
Maria Skrzydlewska prędko rozwiała jej niepokój.
- Proszę, niech pani wejdzie. Pani mu bardzo pomogła.
Maria Skrzydlewska wyglądała jak osoba, dla której wszystko się
skończyło. Codzienne sensy stały się nagle bezsensowne, cele bezcelowe.
Pozostało jedynie tykanie zegara, takiego starego, z tarczą i wskazówkami, dzielące czas na sekundy puste niczym preparowany ryż.
Mieszkanie było niewielkie, w bloku z początku wieku. Kuchniosalon,
łazienka i sypialnia rozmiarów dużej szafy, w której Noe miał akurat
tyle miejsca, by się obrócić. No i obowiązkowy widok na okna sąsiadów,
tak blisko, że można by sobie podać ręce, nie wychylając się nadmiernie.
Ale tak wówczas budowano i Lena też wychowywała się w podobnej klitce,
na którą jej rodzice wzięli kredyt na pół życia.
Przez uchylone drzwi do pokoiku Noego dało się dostrzec nastoletni
bałagan: barwny chaos, z którego dopiero po dłuższych oględzinach można
było wyłowić pojedyncze elementy. Wymiętolone ubrania, kubek po herbacie
z zakrzepłym kożuchem kamienia, jakieś elektroniczne drobiazgi, których
przeznaczenia trudno było dociec nawet nauczycielce obrony przed nowymi
technologiami. Na ścianie zdjęcia w starym stylu, w antyramach. Na
jednym z nich Noe śpiewa do mikrofonu razem z młodą Björk. Tworzą razem
wspaniały duet. Lena nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Noe miał niezły gust muzyczny. Wiadomo, że tak się często mówi, kiedy
młodzi słuchają muzyki z pokolenia ich rodziców albo dziadków. U Noego
szło to jednak głębiej, jakby on sam był muzyką. Uczennice na babskich
pogaduchach po godzinie wychowawczej opowiadały jej, że na imprezach
nikt nie tańczy tak jak on. Sama Lena na wrześniowej wycieczce
przegadała z Noem długie godziny o ambiencie z przełomu wieków, bo
oprócz gustu i naturalnego rozumienia muzyki miał na dodatek sporą
wiedzę.
Popularny, towarzyski, ale trzymający się na pewien dystans, często
wycofujący się we własny złożony świat wewnętrzny - Lena nie dziwiła
się, że dziewczyny natychmiast się w nim zakochiwały. Na dodatek trafił
do jej szkoły dopiero w połowie siódmej klasy, gdy jego matka
zdecydowała się przeprowadzić do mniejszego miasta po nieporozumieniu z poprzednim partnerem. Koleżanki z klasy nie miały zatem okazji dorastać
z Noem, a więc obserwować, jak zachowuje się od siódmego roku życia, nie
doświadczały z jego strony głupawych żartów, nie słuchały jego koncertów
bekania i pierdzenia ani żadnych innych rzeczy, którymi zajmują się
chłopcy podczas bolesnego przepoczwarczania się z dziecięcej larwy w nastolatka.
Te wszystkie myśli przyszły do głowy Lenie, gdy zerknęła ukradkiem do
sypialni chłopca. Skrzydlewska również podążyła za jej spojrzeniem.
- Powinnam posprzątać. Wiem, że tak trzeba. Ale jakoś nie mogę. Nie
potrafię. Kiedy wszystko wygląda tak, jak wygląda, to mam wrażenie, że
on zaraz wróci. - Głos matki załamał się, a oczy zaszkliły.
Lena objęła ją, czując gorącą wilgoć na swoim ramieniu. Skrzydlewską
szarpnęło ciche łkanie. Wysunęła się z uścisku nauczycielki dopiero po
dłuższej chwili. Również spojrzała na zdjęcie Noego i Björk.
- Tak, robił różne awatary, podobno na tyle udane, że jesienią
odwiedziła nas policja. Na kilka dni zarekwirowali mu jakieś sprzęty.
Niech pani sobie wyobrazi: policja - jak u jakichś kryminalistów. Noe
potem długo nie mógł dojść do siebie. Same przesłuchania też przeżył
bardzo mocno, na szczęście nie dałam się wygonić i przez cały czas byłam
przy nim. Podobno robił śmieszne filmiki o tym całym Gucu. Te zarzuty to
jakiś absurd, najpierw rodzice tego Guca złożyli doniesienie, zaraz
potem się wycofali... Koszmar jakiś. Wszystko o jakieś głupie filmiki.
Rodzice nienormalni, i tylko dzieci cierpią. Dziękuję, że pani się ujęła
za Noem. Ja wiem, że panią też w tej sprawie przesłuchiwali. - Umilkła
na chwilę. - Nie myśli pani chyba, że to ten cały Guc... Że on mógłby...?
- Policja z pewnością wszystko wyjaśni i odkryje prawdę - zapewniła
Lena. Zabrzmiało to tak bardzo nieszczerze, że sama poczuła się głupio.
Ale przecież szczerość była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała teraz
matka Noego.
Wychodząc, Lena nie mogła nie odwrócić się ku tonącym w przedwieczornej
mgle domom nad brzegiem rzeki. Zanurzone w siwym oparze, wyglądały jak
siedziby dziwnych istot związanych z wodą, jakichś ludzi-ryb. A w jednej
z takich kostek polskich sprzed kilkudziesięciu lat mieszkali Gucowie.
Otuliła się płaszczem i prędko wsiadła do samochodu, jakby bała się, że
Guc wyłoni się z półmroku i utopi ją w zimnym, rwącym nurcie. Tak, jak
uczynił to z Noem.
* * *
W dwa lub trzy tygodnie po tamtej wycieczce, podczas której rozwalono
szafę, Noe nie pojawił się w szkole. Lena wiedziała, że niekiedy
wagaruje, nie zdziwiła się więc zanadto. Za to po lekcji obrony przed
nowymi technologiami, poświęconej nowym formom hejtu, do Leny podeszła
Salka Wójcikiewicz. Była blada, drżała i gadała coś nieskładnie o Gucu.
Lena zapytała, czy ją skrzywdził.
- Nie - wydukała. - Ale Noego zabrała policja. Napisał mi na heksarze. A teraz nie odpisuje. Piszę do niego bez przerwy, a tu nic.
- To pewnie jakieś rutynowe działania i na pewno nie chodzi o nic
poważnego. Salko, policja ma prawo przesłuchać każdego człowieka w dowolnej sprawie, bo tak działa prawo i dzięki temu wszyscy możemy się
czuć bezpiecznie. A Noe na pewno ma teraz inne rzeczy na głowie. Nie
może siedzieć na komisariacie z założonym oculusem i rozmawiać przez
komunikatory. Jestem pewna, że gdy tylko będzie mógł, odezwie się do
ciebie.
- Tak. Ma pani rację. Dziękuję. - Salka wyglądała na nieco uspokojoną. -
Dziękuję, że można do pani przyjść, pogadać o wszystkim, i w ogóle.
To były chwile, dla których warto być nauczycielką. Nie dla średniej
krajowej, nieosiągalnej na wielu innych państwowych stanowiskach, ale
dla nauczycieli wywalczonej wiele lat wcześniej przez związkowców. Nie
dla zagwarantowanych Kartą nauczyciela przywilejów, które nadal
utrzymywano mimo sprzeciwu dużej części społeczeństwa. I nawet nie dla
uczniowskich osiągnięć, choć każdego roku podopieczni Leny brali udział
w olimpiadach i konkursach, zajmując w nich wysokie miejsca, za czym
również szły gratyfikacje dla nauczycieli. Lena liczyła nawet, że to Noe
będzie w tym roku takim uczniem, bo choć trudny do zdyscyplinowania, był
geniuszem altrelu. To wszystko jednak nic nie znaczyło wobec tego, że
uczniowie najzwyczajniej ją lubili. I nie tylko: oni jej ufali.
Następnego dnia postanowiła więc odwiedzić Noego, który nadal nie
pojawił się w szkole, a także poznać jego matkę, która jak dotąd nie
przyszła na żadne zebranie dla rodziców. Napisała więc do Marii
Skrzydlewskiej przez komunikator szkolnego systemu - miała również numer
jej telefonu, lecz na samą myśl o dzwonieniu do obcej osoby Lenę
ogarniały mdłości.
Na progu mieszkania Lena stanęła o osiemnastej. Maria Skrzydlewska była
wysoką i piękną kobietą, ale na dnie jej oczu czaiła się niepewność,
jakby musiała nieustannie żyć w cieniu jakiegoś zagrożenia.
- Noe, chodź się przywitać - zawołała.
- Zaraz.
- Noe.
- Zaraz!
- Noe, to do ciebie. Masz gościa.
- Idę, idę, idę.
Wreszcie chłopak, niechlujnie ubrany i ze zmierzwionymi włosami, wyłonił
się z zadymionego pokoiku. Szeroko otwarte okno nie wystarczyło, by
pozbyć się gryzącej woni.
- O. Dzień dobry. - Na widok Leny zatrzymał się gwałtownie w progu i przeczesał palcami nieumyte czarne włosy, co oczywiście ani trochę nie
poprawiło jego wyglądu.
- Martwiłam się o ciebie, więc przyszłam. Przepraszam, jeśli sprawiam
kłopot.
- Nie no, gdzież, żaden kłopot. - Chłopak wyjął słuchawkę z ucha i stanął na środku pokoju, czerwony na twarzy, przestępując z nogi na
nogę.
- Może zapytasz panią, czy napije się herbaty? - Matka zmarszczyła brwi
z dezaprobatą.
- Dziękuję, nie ma takiej potrzeby. Słyszałam o przesłuchaniu. To
musiało być dla ciebie bardzo trudne.
Noe ciężko zwalił się na kanapę. Przejechał dłońmi po twarzy.
- Wszystko przez Guca, chuja jebanego.
Maria Skrzydlewska już otwarła usta, by zganić syna, ale Lena tylko
dyskretnie potrząsnęła głową. Matka Noego, zrezygnowana, poszła więc
nastawić wodę na herbatę.
- Doniósł na mnie, konfident. Wie pani, o co poszło? O ten debilny
filmik, który pani ostatnio pokazałem. Kradzież tożsamości, tak
powiedzieli. Że na trzy lata można za to pójść do poprawczaka.
- Spreparowałeś to nagranie, prawda?
- A jeśli nawet, jakie to ma znaczenie? Jest tak zrobiony, że nikt mi
nic nie udowodni, nawet pały. A zresztą usunąłem filmik następnego dnia.
Kurwa, wszystkie dziewczyny mówią, że Guc je podgląda, w szatni i na
wuefie. I co, on nie pójdzie do poprawczaka? Przecież równie dobrze
mógłby naprawdę nagrać ten film. Znalazłem go nawet w takiej altrelowej
enklawie dla różnych przegrywów. Pani się nawet nie domyśla, jaki syf
ludzie wrzucają w takie miejsca.
- Wiem o darkrelu więcej, niż mogłoby ci się wydawać.
- No tak. - Noe uśmiechnął się zawadiacko, po raz pierwszy tego
wieczoru. - To pani profesja. Ale są takie miejsca w altrelu, o których
się nauczycielom nie śniło.
Ściszył głos i zerknął na obróconą plecami matkę. Czajnik szumiał
głośno, Maria Skrzydlewska krzątała się w kuchni. Noe złożył ręce i błagalnym tonem wyszeptał:
- Pamięta pani, co mi pani obiecała, prawda? Prawda?
Lena skinęła głową, patrząc poważnie w jego zaniepokojone oczy.
I gdy kilka dni później również ona znalazła się na posterunku, podczas
przesłuchania przez starszawego policjanta powiedziała:
- Nie sądzi pan chyba, że Noe Skrzydlewski pokazywałby mi taki filmik,
nawet gdyby to rzeczywiście on go sfabrykował. Nie uważa pan, że byłoby
to zupełnie niestosowne?
Policjant spłonił się jak uczniak, bo Lena, jeśli chciała, potrafiła
traktować ludzi z góry, z wyższością, jak dzieci. To bardzo cenna
umiejętność, niezbędna w zawodzie nauczyciela. Wiedziona zaś niechętnym
współczuciem wobec Guca, dodała:
- Zresztą moim zdaniem na tym nagraniu to wcale nie jest Guc. Może
trochę podobny, ale z pewnością nie jest to mój uczeń.
Wychodząc z przesłuchania, Lena czuła się dumna z siebie i swego
moralnego kręgosłupa.
Dopiero później dowiedziała się, że to rodzice Guca zgłosili na policję
sprawę filmiku, ale wycofali ją po kilku dniach, niedługo po
przesłuchaniu ich własnego syna. Lena nie mogła się nadziwić, co trzeba
mieć w głowie, by robić takie rzeczy dzieciom, swoim albo cudzym.
Nocą przyszedł wiatr. Deszcz młócił w szyby w skosach jej mieszkania, co
wcale nie było przyjemne ani nie pozwalało zasnąć. Lena walczyła ze
sprzecznymi myślami, starannie oddzielając je od uczuć, by nie kierować
się uprzedzeniami i zawsze uwzględnić szerszy kontekst. Nie mogła okazać
się niesprawiedliwą. Tak, Noe postąpił niewłaściwie, wykorzystując swój
talent i zdolności do stworzenia awatara Guca, by go zupełnie
skompromitować. Ale też niektóre z dziewcząt - no, w każdym razie Salka
i Juta - zgodnie twierdziły, że Guc próbował je podglądać, że bywa
natarczywy, gapi się na lekcjach, a na Dzień Kobiet przyniósł nawet
Salce bukiecik róż, po szkole, narażając ją na śmieszność. A ona
przecież wcale tych róż nie chciała, a już na pewno nie od niego, kwiaty
zaś wylądowały w śmietniku, tak, aby ofiarodawca dobrze to wszystko
widział.
Sam Guc pasował do pewnego niebezpiecznego profilu psychospołecznego:
pochodził z tak zwanej rodziny tradycyjnej, izolował się od grupy, nie
nawiązywał szkolnych przyjaźni, nie angażował się w koła tematyczne, i w ogóle nie przejawiał żadnych zainteresowań ani pasji, które można by
rozwijać. Lena widziała w tym poważne zaniedbanie ze strony rodziców. W dodatku angażowali oni syna w pracę na prowadzonym przez nich stoisku na
lokalnym bazarze. Sprzedawali tam odzież oraz artykuły sezonowe:
plastikowe dynie i inne szkaradzieństwa na Halloween obok zniczy na
Wszystkich Świętych, chińskie bombki i światełka choinkowe na Boże
Narodzenie, petardy na sylwestra, poduszki i lizaki w kształcie
serduszek na walentynki, a przez resztę roku ubrania z poliestru i drobne sprzęty domowe. Pomaganie małoletnich w rodzinnym
przedsiębiorstwie było prawnie dozwolone, choć niewskazane w świetle
najnowszych zaleceń pedagogicznych. Praca przeszkadza młodym ludziom i blokuje ich rozwój, dlatego też Lena uważała, że osoby niepotrafiące
zapewnić dzieciom optymalnych warunków nie powinny się w ogóle na dzieci
decydować. Ona sama, mimo braku poważniejszych przeszkód finansowych,
nigdy nie chciałaby zostać matką. Miała swoich uczniów, którzy jej
potrzebowali, którym mogła pomóc rozwinąć skrzydła i udzielić wsparcia
tam, gdzie nie potrafili tego uczynić rodzice czy opiekunowie.
Lena czuła problem narastający w jej klasie i wiedziała, że nie może
postąpić zgodnie ze starą szkolną tradycją i udać, że nic się nie
dzieje. Należało ten konflikt rozwiązać na wczesnym etapie i nie
dopuścić do eskalacji. Tym bardziej że Noe Skrzydlewski został już
wystarczająco ukarany: Lena wyobrażała sobie, jak potwornym stresem
musiało być dla niego przesłuchanie na komisariacie. Tak, Noe z nawiązką
zapłacił za swój błąd, wynikający przecież ze szlachetnych pobudek, bo z chęci ochrony koleżanek.
Rozwiązanie tego problemu samo pojawiło się w głowie Leny. Tej nocy
zasnęła spokojniejsza. I nie przeszkadzał jej już ani deszcz, ani wiatr.
* * *
Dwa dni po tej pierwszej wizycie u Skrzydlewskich Lena zamieniła lekcję
cyberzagrożeń na godzinę wychowawczą, do czego w szczególnych
przypadkach miała prawo. A ciąg wydarzeń, które miały miejsce od tamtej
wycieczki, z pewnością mógł uchodzić za taki właśnie przypadek.
- Moi drodzy, jesteście moją klasą, zależy mi na was i po prostu was
lubię - zaczęła, gdy uczniowie usiedli już w ławkach.
- My też panią lubimy - zapewniła Juta.
- Najbardziej ze wszystkich nauczycieli! - dorzucił Noe.
- W takim razie cieszę się, że żadnego z nich tutaj nie ma, bo mogłoby
zrobić im się przykro. Kochani, nie będę przedłużała. Wiem, że pojawił
się konflikt, który skutkował nawet wizytą Noego Skrzydlewskiego na
policji. Mam do siebie żal, że zareagowałam tak późno, ale mam też
nadzieję, że mi wybaczycie. Jest moim błędem i zaniedbaniem, że nie
rozmówiłam się jak należy ze sprawcą tych, hmm, nieporozumień. Bo - i zapamiętajcie to sobie na całe życie - to sprawcę należy ukarać, nie
ofiarę, a niestety to ona zbyt często bywa obciążana podejrzeniami,
stresem, brakiem akceptacji, a nawet prawnymi konsekwencjami. Sprawca -
cóż, sprawcy często udaje się tego wszystkiego uniknąć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki