Rozdział 1 Teriana
Lało.
Z nieba spadały ogromne krople, które boleśnie uderzały w skórę, jakby ktoś rzucał kamykami. Nawałnica sprawiła, że ulice Aracam zmieniły się w rwące potoki, a z dachów spływały wodospady. Pociemniałe niebo przecinały błyskawice, ich grzmoty ogłuszały Terianę.
Jednak mimo gwałtowności burzy Arinoquianie całymi tysiącami, dziesiątkami tysięcy, wylegli na ulice, by zobaczyć egzekucję Urcona.
Podwyższenie umieszczono pośrodku kręgu bogów i wydawało się, że wielkie kamienne wieże poświęcone każdemu z Siedmiorga patrzą, jak ludzie wypełniają przestrzeń. Mężczyźni. Kobiety. Dzieci. Ich twarze były wykrzywione przez nienawiść, wściekłość i niecierpliwość, ich słów nie dało się rozróżnić, ale razem dorównywały głośnością gromom, gdy żądali krwi tyrana.
Ruch sprawił, że Teriana przeniosła wzrok za Marka. Tytus założył ręce na piersi, hełm nie skrywał dezaprobaty malującej się na jego obliczu. Nie po raz pierwszy uderzyło ją, jak bardzo młody dowódca Czterdziestego Pierwszego przypomina swojego ojca Lucjusza Kasjusza. I to nie tylko rysami twarzy.
- Jeśli dojdzie do rozruchów, będziemy mieli więcej ofiar niż podczas zdobywania tego parszywego miasta - mruknął Tytus. - Są tu wszyscy przeklęci mieszkańcy Arinoqui.
- Być świadkiem to jak zadać cios. Ci ludzie nie dostaną innej zemsty. - Głos Marka nadal brzmiał chrapliwie ze względu na obrażenia gardła.
Zaledwie przed dwoma dniami stał wraz z Terianą na szczycie wzgórza nad Aracam. Od tamtej pory w pełni poświęcił się temu, co zaistniało między nimi - kruchemu związkowi opartemu na sympatii, pożądaniu i czymś głębszym, czemu Teriana nie chciała nadawać nazwy. Dwa dni, od kiedy porzuciła resztki zdrowego rozsądku i zrobiła to samo.
Po twarzy Marka spływała woda, ale jego wzrok pozostał skupiony na tłumie. Zaciskał wargi, a jedyną oznaką jego uczuć było lekkie drżenie mięśni szczęki. Jeden z policzków szpeciło zadrapanie, a szyję otaczały ciemne sińce w kształcie palców. Obrażenia, które odniósł po tym, jak wyruszył jej na pomoc, kiedy została porwana w nieudanej próbie powstrzymania celendorskich legionów.
Jakby wyczuwając jej uważne spojrzenie, Marek przekręcił głowę i jego szaroniebieskie oczy wpatrzyły się w nią z taką przenikliwością, że Teriana miała wrażenie, jakby zostali całkiem sami, mimo iż otaczało ich pięćdziesięciu żołnierzy z Trzydziestego Siódmego. Kącik jego ust uniósł się na krótką chwilę, co sprawiło, że zrobiło się jej cieplej na sercu, po czym mężczyzna znów skupił uwagę na tłumie.
Teriana poczuła mrowienie skóry, a kiedy spojrzała w lewo, odkryła, że wpatruje się w nią Feliks. Obojętna mina zastępcy dowódcy nie ukryła jego złości i poczucia krzywdy z powodu utraty miejsca u boku legata. Jeśli wziąć pod uwagę, że potencjalnie to on zapłacił ludziom Urcona, by się jej pozbyli, jego towarzystwo było w najlepszym wypadku niepokojące. "Czy to ty? - spytała bezgłośnie. - Czy to ty jesteś zdrajcą?
A może jedynie kozłem ofiarnym?"
Tłum poruszył się, wyrywając Terianę z zamyślenia. Pośrodku powstał wąski korytarz prowadzący w stronę podwyższenia i pojawiła się grupa uzbrojonych Arinoquian, wlokących między sobą mężczyznę.
Urcon.
Przez ponad dekadę rządził swoimi poddanymi ciężką ręką, odbierał im bogactwa, porywał dzieci do swoich armii, zabijał wszystkich, którzy stanęli mu na drodze, i z przerażającą brutalnością umacniał swoją dominację. Był potworem. Łotrem pierwszej wody.
Trudno było jednak o tym pamiętać, kiedy wpatrywała się w starca, na wpół niesionego przez wojowników, bo nie mógł ustać na nogach.
Rozebrali go; jego nagie ciało było chude, słabe i nosiło ślady podagry. Kilka kosmyków siwych włosów lepiło się do czaszki, a zapadłe oczy były przepełnione strachem i niepewnością. Potykał się o własne nogi i jedynie mocny uścisk wojowników chronił go przed upadkiem.
"Jest mordercą", przypomniała sama sobie, wspominając ludzi z miasteczka cesarzowej Ereni, których żołnierze Urcona wymordowali i zostawili na drodze jako ostrzeżenie dla Marka. Wspominała, jak jej zabandażowane stopy pokryła ich krew, lepka i śmierdząca miedzią. Wspominała świadectwa ofiar ludzi Urcona, którzy w jego imieniu dopuszczali się okrucieństw. Wspominała, że to ten kruchy starzec zatrudnił Ashoka, jednego z zepsutych, by zapanować nad Arinoquią i jej mieszkańcami.
Choć te obrazy sprawiły, że znów poczuła grozę, nadal kłóciły się z tym, co widziała na własne oczy. "Kto służyłby temu mężczyźnie?"
I wtedy Arinoquianie zaczęli rzucać kamykami.
Teriana wzdrygnęła się, kiedy pierwszy trafił w cel, a Urcon krzyknął, gdy z rany na jego skroni popłynęła krew. Inny sprawił, że na jego ramieniu pojawiła się wąska czerwona linia. Kolejny rozciął udo. Teriana szybko straciła rachubę, bo wokół świstały szare pociski - to ludzie, których tyranizował od tak dawna, zarzucali go swoją nienawiścią.
- Zabiją go, zanim Ereni będzie miała szansę zamachnąć się tym toporem - zauważył Tytus. - Co za bałagan. Powinniśmy sami zająć się egzekucją.
- On jest ich łupem - odparł Marek.
Teriana zastanawiała się, czy podjął tę decyzję, dlatego że Ereni była niezadowolona, kiedy odebrał jej zaszczyt stracenia ludzi Urcona w Galinhy; czy była to decyzja polityczna, mająca zaskarbić mu sympatię Arinoquian; czy może powód był zupełnie inny.
Wojownicy zaciągnęli Urcona na podwyższenie, na którym czekała Ereni i inni cesarze, a wtedy kamienie przestały spadać. Starzec krwawił i płakał, i nie podniósł się z ziemi u stóp przywódców klanów.
- Bogowie są świadkami twoich zbrodni, Urconie! - Ereni skinęła głową w stronę każdej z wież. - I o ile jedno z nich nie uzna za stosowne, by powstrzymać moją rękę, niech będą świadkami twojej kary!
Wszyscy w tłumie unieśli dłonie, by nakreślić znak Sześciorga na piersi, a choć Teriana zwykle starała się unikać tego gestu w obecności Celendorczyków, tym razem sama również go zrobiła.
Ereni chwyciła topór, którego ostrze było mokre i błyszczące od deszczu, a tłum zażądał krwi. Usta cesarzowej się poruszały, ale hałas zagłuszał jej słowa.
- Co powiedziała? - spytał Tytus, a Teriana stłumiła pokusę, by kazać mu się uciszyć.
- Zażądała, by wstał. - Głos Marka brzmiał beznamiętnie. - Dla Arinoquian to kwestia honoru, by odważnie stawić czoło własnej egzekucji i w ten sposób zaskarbić sobie łaskę bogów. Ona daje mu szansę, by odzyskał twarz, zanim umrze. By mógł się uchronić przed zabraniem przez Siódmego boga do podziemnego świata.
"Skąd o tym wiesz? - zastanawiała się Teriana. - Kto ci powiedział?
Czy w to wierzysz?"
Tytus splunął na ziemię.
- Pogańskie bzdury. Sukinsyn zasługuje, żeby umrzeć na kolanach.
- Tytusie, zamknij się - polecił Marek.
W każdej innej sytuacji Teriana skwitowałaby to złośliwym uśmieszkiem, teraz jednak z trudem panowała nad zawartością żołądka. Ereni znów wykrzyknęła, każąc Urconowi się podnieść, stary tyran spróbował jednak podczołgać się do skraju podwyższenia i uniknąć egzekucji.
Cesarzowa spochmurniała i wydała rozkaz swoim wojownikom, którzy złapali Urcona za kostki i zaciągnęli go z powrotem na środek podwyższenia. Udało mu się wyrwać z ich uścisku i zwinąć w kłębek jak przerażone dziecko. Wojownicy zmusili go do wyprostowania się i próbowali ustawić w odpowiedniej pozycji, która umożliwiłaby Ereni zadanie ciosu, ale Urcon wił się i szarpał.
"To niewłaściwe".
Stojący obok niej Marek zakołysał się lekko na piętach, a kiedy posłała mu spojrzenie, miał zaciśnięte zęby i zmarszczone czoło. "Powstrzymaj to - błagała go w myślach. - Powstrzymaj, zanim będzie za późno".
Tłum tracił impet, hałas przycichł, gdy kolejni wojownicy wciągnęli na podwyższenie pieniek i przywiązali do niego Urcona w taki sposób, że jego ramiona były rozłożone na boki. Ereni powiedziała coś do innych cesarzy, którzy pokiwali głowami. Później przeniosła wzrok na Marka.
Nawet nie drgnął.
Ostrze topora zabłysło, kiedy Ereni zamachnęła się i przecięła padający deszcz. Wydawało się, że czas zwolnił. Zamiast jednak trafić do celu, ostrze wbiło się w podstawę czaszki Urcona. Starzec wrzasnął z bólu.
Ereni skrzywiła się, wyrwała ostrze i zamachnęła się ponownie, ale tym razem trafiła Urcona w barki i topór ugrzązł w mięśniach. Starzec zawył, a Teriana zasłoniła usta dłonią, z trudem powstrzymując odruch wymiotny.
- Nie zamierzam na to patrzeć - warknął Feliks i odwrócił się, ale Marek sięgnął za Terianę i złapał swojego zastępcę za ramię.
- Pomogliśmy do tego doprowadzić. Dlatego teraz będziemy patrzeć.
Ereni zamachnęła się po raz trzeci, kropelki krwi z ostrza poleciały na tłum, który już nie wiwatował.
Tym razem trafiła i topór oddzielił głowę Urcona od reszty ciała. Cesarzowa pochyliła się i uniosła ją wysoko. Popłynęła krew, błyszczące czerwone krople łączyły się z deszczem na podwyższeniu, a oczy starca patrzyły ślepo.
- Tyran nie żyje!
Tłum wciąż powtarzał słowa Ereni. Teriana zastanawiała się, czy Urcon został zaciągnięty do podziemnego świata z ich krzykami odbijającymi się echem w jego uszach. I czy na to zasłużył.
- Tyran może i nie żyje. - Marek powtórzył słowa tłumu. - Zobaczymy, co z tyranią.
- Dlaczego tak mówisz? - mruknęła cicho.
- Ponieważ - odwrócił się od krwawej sceny - ten tyran nie działał sam.
Rozdział 10 Marek
Marek czuł się oszołomiony i trochę kręciło mu się w głowie, kiedy wracali do obozu, a konie z trudem ciągnęły obładowane wozy przez błoto. Mokre sztabki złota i srebra błyszczały w bladym słonecznym blasku, a jego ludzie wstali od ognisk, gdy szedł w stronę namiotu dowodzenia.
Udało mu się. Wbrew wszystkiemu udało mu się.
Zamieszanie w obozie sprawiło, że Feliks, Tytus i inni zebrani nad mapami i strategiami wyszli na deszcz. Na widok procesji jego zastępca szerzej otworzył niebieskie oczy.
- Co to?
- Mówiłem ci, żebyś nie przejmował się pieniędzmi. - Marek ominął Feliksa i wszedłszy do namiotu, podał swój hełm Amarinowi, który zabrał też jego przemoczony płaszcz. Wziął butelkę rumu i stertę cynowych kubków, po czym okrążył stół zarzucony mapami i papierami i ustawił napełniony kubek przed każdym z zydli.
Zebrani podążyli za nim i zajęli swoje miejsca.
- Byłem pod wrażeniem, że organizujecie podział skarbca Urcona między klanami, panie - odezwał się w końcu Feliks. - Choć wygląda na to, że mieliście inne plany.
Serwiusz prychnął, po czym sięgnął po jeden z kubków, który opróżnił dwoma łykami. Odłożył naczynie na stół z taką siłą, że mebel aż się zatrząsł, i stwierdził:
- Idę się przespać. - Nie czekając na pozwolenie, wyszedł z namiotu.
Teriana podniosła kubek stojący przed nią, pokręciła głową i odłożyła go na stół.
- Idę się zobaczyć z Kwintusem i Mikim.
Była na niego zła. Częściowo miał ochotę pójść za nią, zmusić ją, by zrozumiała, dlaczego tak postąpił. Ale inna, bardziej mściwa część jego osoby pomyślała, że Teriana zasługiwała, by poczuć, jak to jest zostać oszukaną.
- Gibzenie, idź z nią. I zostań z nią.
Prymus skrzywił się, ale opróżnił swój kubek i ruszył za Terianą. Zatrzymał się jednak w wejściu do namiotu i oznajmił:
- Nie nadaję się do tego rodzaju zadań ani nie jestem nimi zainteresowany, panie. Powinniście znaleźć wśród żołnierzy kogoś innego do pilnowania waszych... zasobów.
- Rozważę to. - Marek czuł, że dobry humor szybko go opuszcza. - Ale na razie masz wypełniać rozkazy.
Gibzen zasalutował, po czym zniknął mu z oczu, pozostawiając go sam na sam z Feliksem i Tytusem.
Tytus podniósł trunek i pociągnął łyk, ale nic nie powiedział. Feliks założył ręce na piersi i zrobił ponurą minę, jednak też się nie odezwał.
"Który to z was? - Marek sączył rum, ale nie czuł jego smaku. - Który z was mnie zdradził?"
- Zgodnie ze zwyczajami Arinoquian mieliśmy prawo do bogactw Urcona. A dokładniej do sześćdziesięciu procent.
Tytus uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową.
- Niezły zysk za pół dnia roboty.
- Zakładam, że cesarze nie byli zadowoleni. - Feliks skinął w stronę zakrwawionej szyi Marka. - To będzie wymagało zszycia.
- Ereni nie lubi niespodzianek, ale doszliśmy do porozumienia. - Marek stłumił pragnienie dotknięcia piekącej rany. - Klany opuszczą Aracam najpóźniej jutro. Dostali to, po co przyszli, więc nie ma powodu, by zwlekali. Szczególnie biorąc pod uwagę, ile złota zdobyli.
- Myślisz, że będą o nie walczyć między sobą? - spytał Tytus.
- To nieuniknione. - Marek dopił rum i sięgnął po butelkę, by sobie dolać. - Przez ponad dziesięciolecie mieli wspólnego wroga w osobie Urcona, ale jego już nie ma. Sądzę, że teraz, gdy nic ich nie jednoczy, powrócą do najazdów na siebie nawzajem, jak to mieli w zwyczaju w swojej dawnej ojczyźnie.
- Chyba że udało ci się zmienić nas w ich wspólnego wroga - warknął Feliks. - Wierzyli, że to złoto się im należy, a ty zabrałeś lwią część.
- Jesteśmy zbyt wielcy, żeby jeden klan nas zaatakował.
- A jeśli się zjednoczą? - Feliks odsunął pełny kubek i oparł łokcie na stole. - Nie mówię, że nie zwyciężymy, ale ponieślibyśmy znaczne straty. Nie wspomnę już o tym, że powinniśmy ruszać dalej, jednocześnie szukając ścieżek xenthierów prowadzących do Imperium. Przypomnę, że taki jest nasz cel, na wypadek gdybyście zapomnieli, panie.
Od dłuższego czasu wisiała nad nimi świadomość, że Marek nie próbował odnaleźć rdzeni xenthierów, jednak łatwo dawało się to wytłumaczyć jako mniej ważne od zdobycia przyczółku w Arinoqui.
Ale dlaczego Feliks podniósł tę kwestię właśnie teraz?
Czy dlatego, że jego poprzednia próba pozbycia się Teriany się nie udała i teraz uznał odnalezienie ścieżek xenthierów za najpewniejszy sposób osiągnięcia tego celu?
Znów rozbolała go głowa, a namiot pulsował razem z nią. Marek pociągnął kolejny łyk rumu mimo świadomości, że w ten sposób wzmaga ból. Potrzebował snu, ale wiedział, że będzie leżał i gapił się na płótno. I było tyle do zrobienia.
- I jak?
Zbyt długo zwlekał z odpowiedzią. Wypił kolejny łyk i odstawił kubek.
- Dlatego sprzymierzymy się z największym z nich, zanim przepuszczą całe złoto i zaczną szukać sposobów, by zdobyć go więcej.
Feliks zamrugał.
- Z Ereni? Z kobietą, która najwyraźniej prawie przecięła twoją tętnicę szyjną?
- Tak. Wysłałem posłańca do jej namiotu, powinna wkrótce tu być.
Uszy Feliksa poczerwieniały, a jego szczęka się poruszała, ale to Tytus się odezwał:
- Wydaje się, panie, że macie wiele planów, którymi nie podzieliliście się ze swoimi oficerami.
- Cóż... - Marek przeciągnął się, a jego plecy zatrzeszczały, co poczuł i usłyszał. - Nie mogłem ryzykować, że ktoś się wygada.
- A od kiedy to jest problem? - spytał ostro Feliks. - Co się z tobą dzieje?
Marek nie zdążył odpowiedzieć, bo do środka wszedł jeden z jego ludzi.
- Przybyła cesarzowa Ereni, by się z wami spotkać, panie. Chcecie, bym kazał jej zaczekać?
Marek pokręcił głową.
- Wprowadź ją. - Odwrócił się do Tytusa i Feliksa. - Chcę porozmawiać z nią w cztery oczy.
Tytus wyszedł bez słowa, ale Feliks mruknął:
- Na wszelki wypadek zaczekam na zewnątrz.
Ereni weszła do środka i zdjęła kaptur, który ukrywał jej twarz.
- Ty to masz tupet, chłopcze. Mów szybko, zanim stracę resztki cierpliwości.
- Zaprosiłem cię tutaj, żeby zaproponować sojusz.
Kobieta zaśmiała się chrapliwie.
- Naprawdę? A ile będzie mnie kosztował ten sojusz? Muszę przyznać, że cena naszego ostatniego sojuszu była dość wysoka.
- Sojusz, który sprawi, że całe złoto utracone przez ciebie na moją rzecz wróci do rąk twoich i twojego klanu.
Ereni zmarszczyła czoło.
- Wyjaśnij.
Marek podniósł się, wyjął mapę ze sterty i przywołał cesarzową gestem.
- Zaznaczyłem terytoria klanów. Tutaj widzisz terytorium, które oficjalnie - przechylił głowę z boku na bok, bo klany nie miały stałych granic - należało do klanu Urcona. Proponuję, byś z moją pomocą objęła kontrolę nad jego terytorium, w tym nad portami Galinha i Aracam.
Kobieta prychnęła, po czym cofnęła się o pół kroku.
- To...
- Pozwól mi dokończyć. - Marek skrzywił się, gdy krew płynąca z jego rany zaplamiła mapę. - Źródłem prawdziwego bogactwa nie są najazdy, lecz handel. Ułatwianie wymiany. Urcon utracił tę szansę, sprawiając, że porty w obu największych miastach Arinoqui były niebezpieczne i handel się nie opłacał. Ale kiedy ty przejmiesz kontrolę, to się może zmienić.
- A jaką rolę wy odgrywalibyście w tym sojuszu? - spytała Ereni, kiedy skończył wyjaśniać plany przeobrażenia Aracam w ośrodek handlu.
- Do utrzymania tak wielkiego terytorium, jak również spokoju w jego obrębie, będziecie potrzebować wojska. Mogę to zapewnić, a także pełnić funkcję twojego doradcy.
- W zamian za co?
- W zamian za pięćdziesiąt procent podatków, które zapłacą mieszkańcy twojego terytorium w ciągu następnych dziesięciu lat.
- Dwadzieścia procent.
- Czterdzieści.
- Trzydzieści.
Pokiwał głową.
- Niech będzie trzydzieści. I oczywiście musisz wziąć pod uwagę, że kiedy ustanowimy szlaki handlowe z Imperium, twoja umowa będzie cię wiązać już nie ze mną, ale z Senatem.
Z początku Senat będzie pełen uśmiechów i miłych słów. Ale kiedy umocnią pozycję, zaczną się domagać kolejnych ustępstw od Arinoquian, aż Imperium w pełni zapanuje nad polityką i handlem, a wtedy większość zysków popłynie na wschód do skarbców patrycjuszy.
Ale to byłoby problemem jedynie wówczas, gdyby odnaleziono ścieżki xenthierów.
A gdyby nie konsekwencje dla Teriany, Marek marzyłby, żeby nigdy do tego nie doszło. Marzyłby, żeby dać swoim ludziom szansę na dobre życie z dala od ucisku Imperium. Dobre życie dla niego samego...
Ereni podniosła butelkę rumu i napiła się prosto z niej. Na jej twarzy malował się namysł, gdy rozważała jego propozycję. Nie chodziło jedynie o potencjalny zysk, tylko konsekwencje odrzucenia jego propozycji. Co by się stało z jej klanem, gdyby Marek zaproponował sojusz innemu cesarzowi? Albo co by się stało, gdyby postanowił wykorzystać zdobyte bogactwo i istniejącą siłę do zagarnięcia tego terytorium dla siebie? Nie miała wyboru. Wiedział o tym, i ona też.
Powoli pokiwała głową.
- Dostaniesz swój sojusz, legacie. Ale chcę mieć te warunki i wszystkie szczegóły naszej umowy na piśmie. I podpis Teriany jako świadka. Ponieważ Teriana jest członkiem królewskiego rodu Maarinów, będzie miał dużą wagę.
- Przepraszam? - Zagapił się na nią, nieprzygotowany na takie żądania. I takie informacje.
Ereni zaśmiała się, a błysk w jej szmaragdowych oczach powiedział mu, że choć mogą być sojusznikami, nigdy nie zostaną przyjaciółmi.
- Wygląda na to, że twoja kochanka ma przed tobą tajemnice, Marku. Skoro znów jesteśmy sojusznikami, a wobec tego nasze interesy są zbieżne, pozwól, że cię uświadomię: Teriana jest nie tylko spadkobierczynią Quincense, ale też Triumwiratu.
- Czego?
- Maarinami rządzi konsorcjum handlowe składające się z kapitanów trzech statków eskortowanych przez strażników Madorii. Jednym z tych kapitanów jest triumwir Tesya z Quincense, więc Teriana jest najbliższym odpowiednikiem księżniczki dla Maarinów. Jej głos jest równy głosowi królów.
"Teriana pochodzi z królewskiego rodu?" Wiadomość, którą królowa Katamarki dołączyła na dowód dobrej woli, nabrała nowego sensu. I wyjaśniała, jak kawałek papieru wysłany przez młodą kupczynię w ogóle trafił do rąk królowej.
Ereni pochyliła głowę.
- Życzę miłego dnia, legacie. Nie mogę się doczekać owoców naszego sojuszu.
Rozdział 2 Killian
Mimo zimna w powietrzu unosił się trupi smród. Chorobliwa słodycz rozkładającego się ciała łączyła się z odorem otwartych wnętrzności i coś podpowiadało Killianowi, że to człowiek, nie zwierzę.
Zsunął się z końskiego grzbietu, puścił wodze i dalej ruszył pieszo, ześlizgując się po skarpie w stronę gęstwiny martwych krzewów. Gdy się zbliżał, wyjący wiatr szarpał jego płaszcz, a serce biło mu coraz szybciej i szybciej, aż mógłby przysiąc, że wyrwie się z piersi.
"Proszę, niech to nie będzie ona.
Proszę, niech to będzie ona".
Te myśli następowały jedna po drugiej, tak samo jak zawsze, strach i smutek walczące z pragnieniem, by poszukiwania się zakończyły. By wszystko się zakończyło, nawet jeśli miał zostać z poczuciem winy.
Kiedy dotarł do zagajnika, dostrzegł znajomy kształt w śniegu. Ciało leżące twarzą do ziemi, z rozłożonymi nogami i zadartym płaszczem zasłaniającym głowę. Kobieta, o czym świadczyła spódnica sztywna od zaschłej krwi.
"Proszę, niech to nie będzie ona.
Proszę, niech to będzie ona".
Killian pokręcił głową, pochylił się i przetoczył ciało. Skrzywił się, kiedy zamarznięte włosy martwej oderwały się od ziemi.
Nie ona.
- Tamtego dnia Malahi miała na sobie suknię z czerwonego aksamitu.
Poderwał się do góry na dźwięk głosu dochodzącego zza pleców, i dobył miecza, jednocześnie obracając się gwałtownie. Jego klinga spoczęła na szyi Bercoli.
Po raz ostatni widział ją na polu bitwy pod Brodem Aldera, kiedy trzymała włócznię, za pomocą której zamierzała doprowadzić do końca plan Malahi i zabić jej ojca króla Serricka. Włócznia wbiła się w bok Killiana i prawie doprowadziła do jego śmierci.
- Nie powinnaś wracać.
Olbrzymka przełknęła ślinę, a jej bezbarwne oczy pozostawały nieprzeniknione, gdy się w niego wpatrywała.
- Najpewniej. Ale pomyślałam, że jestem ci winna wyjaśnienia.
- Nie ma wystarczająco dobrych wyjaśnień! - warknął na nią i patrzył, jak po jego klindze spływają kropelki krwi. Choć Bercola nawet nie drgnęła. - Zdradziłaś mnie.
Ponieważ to nie jego zamierzała przebić tą włócznią. Ani nawet króla Serricka.
Chodziło o Lidię. I z tego powodu żadne wyjaśnienie nie było godne wybaczenia.
- Wiem, że tak sądzisz. Ale musisz wiedzieć, że próbowałam cię chronić. I ona też.
- Bzdura! - krzyknął. - Próbowałaś zatrzeć ślady Malahi, by nikt nie odkrył, że nasłała zabójczynię na własnego ojca!
- Nie. - Bercola zaczęła kręcić głową, ale znieruchomiała, kiedy jego ostrze wbiło się głębiej. - Lidia jest zepsuta, Killianie. Malahi widziała, jak w noc balu ukradła życie. A skoro zrobiła to raz, zrobi to ponownie. I po raz kolejny. To jedynie kwestia czasu, aż będziesz musiał ją zabić. A wiem, że to zabije ciebie. Lepiej, żebyś przez resztę życia nienawidził mnie.
- Ona nie jest zepsuta! - wykrzyknął, drżąc na całym ciele. - Jest przeklętą uzdrowicielką i powinnaś się z tego cieszyć, bo inaczej zginąłbym z twojej ręki!
Bercola się wzdrygnęła.
- Lidia poświęciła swoją wolność, by ocalić moje życie. A nie musiałaby tego zrobić, gdyby nie spiski Malahi. Gdyby nie jej kłamstwa. Gdybyś ty jej nie pomogła. - Przepełniła go wściekłość. Opuścił miecz, bo wiedział, że gdyby tego nie zrobił, zabiłby ją. - Ufałem ci.
Cisza.
- Nie przeproszę - powiedziała w końcu Bercola. - Przysięgałam twojemu ojcu, że zapewnię ci bezpieczeństwo, a choć on spoczywa w grobie, moja przysięga pozostaje w mocy. Możesz tego nie widzieć, ale w tej dziewczynie kryje się ciemność zrodzona ze strachu. A strach nigdy nie pozostaje na zawsze w ukryciu.
- Ani nie potrzebuję, ani nie chcę twojej ochrony - wysyczał przez zęby. - Odejdź, Bercolo. Zejdź mi z oczu i wynoś się z Mudamory, bo jeśli znów cię zobaczę, zabiję cię za to, co zrobiłaś.
- Ona jest niebezpieczna, Killianie. A ty i ja jesteśmy jedynymi żyjącymi, którzy o tym wiedzą.
- Nic nie wiemy! To wszystko opiera się na słowach Malahi, a oboje jesteśmy świadomi, że ona nie zawahałaby się skłamać, gdyby posłużyło to jej celom.
- Ja widziałam! - Bercola zacisnęła wielkie ręce w pięści. - Później mnie uzdrowiła, a choć byłam bliska śmierci, ona nie oddała nic z siebie, żeby mnie uleczyć. Ponieważ oddawała jedynie to, co ukradła!
- Jeśli popełniła jakiś błąd, to taki, że nie pozwoliła ci umrzeć!
Bercola zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. A później olbrzymka, która strzegła go przez większość życia, zrobiła krok do tyłu. I następny.
- Powiadają, że w każdym z nas jest trochę z Sześciorga - stwierdziła, kiedy dotarła na szczyt zbocza. - Ale również z Siódmego. Nawet w naznaczonych.
- Odejdź! - krzyknął i sięgnął po miecz. - To twoja ostatnia szansa, Bercolo! I daję ci ją jedynie dlatego, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi!
W oczach miała łzy, ale to tylko utwardziło jego serce.
- Dni robią się coraz ciemniejsze, Killianie. I sądzę, że pod nieobecność światła wszyscy zobaczymy, kim naprawdę jesteśmy.
Nie mówiąc nic więcej, zniknęła.
Rozdział 3 Marek
Głowa mu pękała.
Tępy, bezlitosny ból promieniował od ramion przez szyję i czaszkę aż po skronie, które zaczynał ściskać. Ból był nieustępliwy. I tak bardzo utrudniał mu myślenie.
- Czy życzycie sobie, żebym wysłał ludzi do powstrzymania tłumu, panie? - spytał Feliks, gdy szli ulicami Aracam.
Podobnie jak w Galinhy tak i tutaj budynki były z kamienia, ich otwory wejściowe małe, a uliczki wąskie. Czuć było woń deszczu, kamienia i szczyn, a poza kilkoma psami grzebiącymi w śmieciach ulice świeciły pustkami. Choć ten stan miał się wkrótce zmienić.
- Nie. Niech wypali się samo.
- Będą ofiary.
- Trochę. Ale jeśli uznają, że stoimy im na drodze do zemsty, dojdzie do większego wybuchu przemocy. Daj im godzinę, a później wyślij patrole do miasta. - Odwrócił głowę w stronę wież kręgu bogów. Nie musiał zbytnio wysilać wyobraźni, by domyślić się, co się działo z trupem Urcona. - Egzekucja nie dała ludziom oczekiwanej satysfakcji i wielu będzie szukać ulgi w innych działaniach.
- Bo Ereni ją zepsuła.
Marek zaprzeczył, ponieważ powody były znacznie głębsze.
- Niezależnie od przyczyn nasi żołnierze mają utrzymywać spokój, a nie dokładać się do przemocy.
Mimo że mówienie wywoływało ból uszkodzonego gardła, nadal wydawał rozkazy, z każdą chwilą coraz bardziej szczegółowe, choć Feliks zaciskał zęby i Marek wiedział, że ukryte pod hełmem uszy jego przyjaciela czerwieniały, jak zawsze, gdy się złościł.
"Nie rób niczego, dopóki nie będziesz miał dowodów" - taką obietnicę kazała mu złożyć Teriana. Ale było faktem, że albo Feliks, albo Tytus wbili mu nóż w plecy, co znaczyło, że nie mógł ufać żadnemu z nich.
- Coś jeszcze, panie? - Głos Feliksa był zduszony. - Czy mogę już odejść?
- Idź. - Nie czekając, by upewnić się, że zastępca wypełnił jego polecenie, Marek odwrócił się do Tytusa. - Niech żołnierze zaczną usuwać gruzy w miejscu, gdzie wysadziliśmy mur. Później niech zabiorą się do odbudowy. Chcę, by jutro ogłoszono zapotrzebowanie na murarzy i innych robotników, aby zajęli się naprawą wszystkich budowli uszkodzonych w czasie bitwy. Niech będzie jasne, że dostaną wynagrodzenie.
- Od kogo? Nasze zasoby kurczą się z każdym dniem.
- Ich przychylność będzie tego warta. Kiedy zacznie się praca, chcę, żebyś...
Podobnie jak w przypadku Feliksa, zaczął wchodzić w szczegóły. Częściowo chciał, żeby jeden z nich w jakiś sposób mu się sprzeciwił, bo to pozwoliłoby mu działać.
Ale w przeciwieństwie do Feliksa Tytus jedynie skinął głową, zasalutował i odszedł z eskortą.
- Czekałam, aż zaczniesz ich instruować, jak mają sobie podcierać tyłki.
Na słowa Teriany kilku z jego żołnierzy uśmiechnęło się złośliwie. Marek spojrzał na nich chłodno, po czym odwrócił się do niej.
- Zmiana władzy to trudna chwila w każdym kraju. Lepiej, żebym wydawał szczegółowe rozkazy, bo jeśli coś pójdzie nie tak, cała odpowiedzialność będzie spoczywać na mnie.
- Cóż za wielkoduszność z twojej strony. - Teriana odrzuciła na ramię warkoczyki, które wiatr zepchnął na jej twarz, i odsłoniła sińce na policzkach. Pękniętą wargę. Prawą rękę przyciskała do żeber, a choć Marek wiedział, że są jedynie posiniaczone, doświadczenie mówiło mu, że każdy oddech ją boli, a ucieczkę przed bólem daje jedynie sen.
Na którą to ucieczkę nie mógł jej pozwolić.
- Mam dla ciebie zadanie.
- Ach tak? - Nie wyglądała na zaskoczoną. - Mów więc, legacie. - Jej głos ociekał sarkazmem, ale choć kiedyś z niego szydziła, teraz jej ton miał oszukać wszystkich innych. Ukryć tajemnicę.
- Wyjaśnię, kiedy znajdziemy się w twierdzy Urcona.
Pod czujną strażą Gibzena i jego ludzi udali się do twierdzy w centrum Aracam. Podobnie jak wszystkie inne budowle w mieście była piętrowa, ale brak wysokości nadrabiała rozrośnięciem na boki. Otaczał ją kamienny mur z jednym wejściem, a wewnątrz była labiryntem budynków, które jego ludzie wciąż przeszukiwali - jednak Marka interesowała tylko jedna konstrukcja.
Pochylili się, żeby wejść do środka, i podążyli za Gibzenem wąskimi korytarzami oświetlonymi przez dymiące pochodnie. Bardziej przypominało to wędrówkę przez kilka jaskiń niż dzieło ludzkich rąk. Sklepienie było tak niskie, że Marek musiał się przygarbić i zastanawiał się, jak radził sobie Serwiusz.
Z przodu dwóch jego żołnierzy stało po bokach masywnych drzwi, które otworzyli na jego widok. Korytarz był tak wąski, że musieli przycisnąć się plecami do ściany, by zrobić im przejście.
- Nienawidzę tego miejsca! - wykrzyknął Serwiusz na ich widok. - Jeśli macie choć odrobinę litości w sercu, panie, nie proście mnie, żebym wstał. To przeklęte sklepienie grozi pozbawieniem mnie resztek mózgu.
- Spocznij, ja oprowadzę Terianę.
Bez słowa podążyła za nim do następnej komnaty, wypełnionej złotem, srebrem i klejnotami. Wzdłuż ściany stały przypadkowo rozrzucone skrzynie z monetami, biżuteria i srebrne naczynia mieszały się z rzeźbami z kości słoniowej i brązu - Marek nigdy nie widział takiego bogactwa, a podobnych komnat było jeszcze sześć. Wszystko pokrywała warstwa kurzu. Skradzione, a później zapomniane.
Teriana odchrząknęła.
- Lepiej nie proś mnie, żebym oszukała Ereni i innych cesarzy Arinoqui. Bo odpowiedź brzmi "nie".
- Nie o to chodzi.
Zaprowadził ją w głąb skarbca, zatrzymał się w miejscu, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać, i zamknął drzwi. Jego twarz otoczył kurz i wiedział, że jeśli stąd szybko nie wyjdzie, ryzykuje, że dostanie ataku. Ale chciał się z nią znaleźć sam na sam.
- W takim razie o co? - Ton jej głosu sugerował, że spodziewała się, iż poprosi o coś, czego nie chciałaby mu dać, i Marek poczuł ściskanie w piersi.
Czy to się kiedyś skończy? Czy w ogóle może?
- Chcę, żebyś podliczyła całe to bogactwo. I żebyś zrobiła to w ciągu dwóch dni. - A później, ponieważ nie chciał, żeby zabrzmiało to jak rozkaz, którego nie miał prawa jej wydać, dodał: - Proszę.
Teriana otworzyła szerzej oczy i obrzuciła komnatę spojrzeniem.
- Marku...
- To trzeba zrobić. Pod Aracam stacjonuje obecnie siedem armii...
- Bogowie, nic dziwnego, że potrzebujesz do tego mnie. Nie umiesz liczyć. Pod Aracam jest osiem armii.
Marek roześmiał się wbrew sobie, objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Zarzuciła mu ręce na szyję i na jedno uderzenie serca zapomniał o bólu głowy. Zapomniał o polityce, zdrajcach i krwi.
- Swoją armią się nie przejmuję. Chodzi o pozostałe. - Wsunął palce w jej wilgotne warkoczyki, oparł policzek o jej policzek i wpatrzył się w stertę złotych pucharów. W ustach czuł kurz. - Klany zjednoczyły się, by usunąć Urcona, ale teraz, kiedy zginął, wkrótce znów zaczną walczyć między sobą. Jeśli do tego dojdzie, będę albo musiał zadecydować, po czyjej stronie stanę, albo narzucić im władzę, a żadna z tych możliwości mi się nie podoba.
- Nie widzisz siebie jako nowego władcy Aracam?
Skrzywił się, pokręcił głową i oparł się o ścianę, by móc spojrzeć jej w oczy.
- Nie. Nie interesuje mnie również kolejna bitwa zaraz po tej, w której właśnie zwyciężyliśmy. Moi żołnierze muszą odetchnąć.
A on musiał mieć szansę, by stworzyć dla nich życie w tym miejscu, udając jednocześnie, że wciąż wypełnia rozkazy Senatu - i Kasjusza.
- Klany spodziewają się, że dostaną swoją część łupu - mówił dalej. - Chciałbym, żeby ją otrzymały i odeszły, zanim spróbują odebrać mieszkańcom tego miasta to, co ich zdaniem im się należy. - Miał też inne powody. Bardzo pilne powody, ale nie odważył się ich wyjawić.
- Tu nie ma nic do zabrania. Urcon i jego ludzie wyssali to miasto tak samo jak resztę Arinoqui.
Marek puścił ją, pochylił się i podniósł pleciony koszyk. Cynowy kubek. Skórzany pasek. Żaden skarb, ale te przedmioty miały dla kogoś wartość.
- Zawsze jest coś do zabrania.
Rozległo się pukanie do drzwi, zza których dobiegł głos Serwiusza.
- Przybyli przedstawiciele klanów.
Czas był kluczową kwestią, ale Marek poczuł ukłucie irytacji, że im przerwano. Skradzione chwile - tylko to mieli.
- Każ im zaczekać.
- Masz mi do wyjawienia jeszcze jakieś tajemnice? - Przechyliła głowę, jej czarna jak noc skóra błyszczała w świetle pochodni. W jej tęczówkach falował ocean, były tak granatowe i głębokie, że wyobrażał sobie, jak w nich tonie. Nawet posiniaczona była piękniejsza niż wszystko w tej komnacie. Piękniejsza niż wszystko, co widział.
I wybrała jego.
Pochylił głowę i pocałował ją łagodnie, uważając na jej rany.
- Ty jesteś tajemnicą. To - znów ją pocałował - jest tajemnicą.
Teriana przewróciła oczami.
- Naprawdę musisz się przespać. Tajemnica to coś, o czym nie wiedzą wszyscy. - Dotknęła jego posiniaczonej szyi. - O tym wszyscy wiedzą.
Pewnie miała rację. Miała rację, ale on nie chciał tego przyznać.
- Jeśli nawet moi ludzie mają swoje podejrzenia, to coś zupełnie innego niż podetknięcie im tego pod nos. Ja... - Marek urwał, próbując znaleźć właściwe słowa. To były dla niego nieznane wody i czuł się boleśnie nieświadomy... uczucie, którego nie znał zbyt dobrze. I z pewnością mu się to nie podobało. - To - powiedział w końcu - może mieć miejsce jedynie za zamkniętymi drzwiami.
- Mieszkamy w namiocie. - Mrugnęła. - Nie ma drzwi.
Jęknąwszy z frustracją, oparł się o ścianę i rozmasował skronie.
- Doprowadzasz mnie do szaleństwa.
- A tobie się to podoba.
Podobało mu się. Ona mu się podobała. Ale jego sympatia do niej już została wykorzystana przeciwko niemu z niemal katastrofalnym skutkiem.
Czując ściskanie w żołądku, zmusił się, by spojrzeć jej w oczy.
- Chciałabyś, żeby twoja załoga się dowiedziała?
Fale w jej tęczówkach poruszyły się i przez uderzenie serca myślał, że powie "tak". W końcu jednak odwróciła wzrok.
- Nie. Nie przyjęliby tego dobrze.
Co pewnie było niedopowiedzeniem.
- Choć chciałbym, by było inaczej, moi żołnierze rozmawiają. Między sobą. Z miejscowymi. Z marynarzami na moich okrętach. A to marynarze, którzy dostarczają zapasy twojej załodze, więc sądzę, że jest w najlepszym interesie nas obojga, by zapanować nad tymi pogłoskami.
Teriana pokiwała głową, ale Marek dostrzegł lekkie drżenie jej brody. Okoliczności psuły nawet te skradzione chwile. Sięgnął do otwartej skrzyni i podniósł naszyjnik, który zwrócił jego uwagę - szafiry, diamenty i złoto. Założył jej go na szyję i patrzył, jak klejnoty migoczą na jej delikatnych kościach.
Teriana spojrzała w dół, po czym rozpięła naszyjnik i go oddała.
- To złoto jest zalane krwią. Choć jest śliczny, noszenie go przyniosłoby pecha.
- Wątpię, by na Reath była choć uncja złota, której nie splamiła krew w taki czy inny sposób. - Wrzucił naszyjnik z powrotem do skrzyni. Wiedział, że Teriana ma rację, ale wiedział również, że zasługiwała na znacznie więcej, niż jej dawał. - Jednak niezależnie od krwi, muszę oszacować wartość tego wszystkiego. Przez ten cały czas będziesz musiała pozostać tutaj, ale przydzielę ci stałą ochronę. I będzie ci towarzyszył Serwiusz.
Otworzywszy drzwi, zaprowadził ją ponownie w stronę wejścia. Skinął głową siedmiorgu Arinoquianom, czterem mężczyznom i trzem kobietom, którzy stali z Serwiuszem i Gibzenem. Zaczął mówić w ich języku.
- Jesteście tutaj, by dopilnować, aby bogactwo Urcona zostało zabrane uczciwie i bez faworyzowania kogokolwiek. Wszyscy opuszczający to pomieszczenie zostaną przeszukani, a karą za kradzież będzie obcięcie palca. Zrozumiano?
Pokiwali głowami, a wtedy stwierdził:
- Dobrze. Moją przedstawicielką będzie Teriana, a ze względu na jej doświadczenie jej słowo będzie ostateczne. Zgoda?
Wszyscy potaknęli, ale on wciąż się wahał, szukając powodu, by zostać. Powodu, by jej nie opuszczać. Jednak ani Teriana, ani to zadanie nie wymagały jego obecności, a setki innych spraw tak.
- Zostawiam was z tym. - I wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Rozdział 4 Lidia
Kiedy zbliżyli się do Mudaire, dostrzegła, że jego wrota są szeroko otwarte, a miękkie płatki śniegu spadające z nieba uzupełniają biały dywan. Okolica powinna wyglądać pięknie, ale przez niekończące się czarne strumienie przecinające okolicę i unoszący się w powietrzu smród rozkładu widok kojarzył się Lidii z ciałem ofiary zarazy.
Lub też zaraźnika, jak ich nazywano, czego dowiedziała się w drodze powrotnej z pola bitwy pod Brodem Aldera.
Ciche odgłosy kopyt ich koni zmieniły się w głośny stukot, kiedy przejechali pod podniesioną broną i znaleźli się w mieście, którego nie strzegł już żaden wartownik. Drzwi jednego z domów otwierały się i zamykały na wietrze, zawiasy zgrzytały, a okiennice grzechotały z każdym podmuchem. Choć jeszcze niedawno Mudaire wypełniały wonie ludzi - gotowanego jedzenia, potu i uryny - teraz czuło się jedynie zgniliznę, jakby samo miasto było trupem, porzuconym, by się rozłożył.
A jednak nie było całkowicie pozbawione życia.
Lidia dostrzegła na śniegu ludzkie ślady, zbyt liczne, by odpowiadała za nie garstka osób, i odwróciła się do Quindora, który jechał w milczeniu u jej boku. Jako wielki mistrz świątyni Hegerii miał władzę nad wszystkimi uzdrowicielami Mudamory i posłuch u króla. Znał odpowiedzi.
- Wydawało mi się, że lady Calorian udało się ewakuować miasto.
Na wzmiankę o matce Killiana serce jej zadrżało, a jej myśli natychmiast zwróciły się w jego stronę, co zdarzało się jej często, od kiedy odwróciła się do niego plecami w Brodzie Aldera.
Quindor przeniósł wzrok na ślady i zacisnął zęby.
- Wielu odmówiło odejścia, a brakowało nam sił, żeby ich zmusić. Teraz, po zwycięstwie w bitwie, spodziewamy się, że powrócą kolejni.
- Dlaczego ktoś przy zdrowych zmysłach chciałby tu zostać?
Nie pozostało nic do jedzenia poza szkodnikami i rybami złowionymi w morzu, a większość studni w mieście była zatruta.
- Nadzieja. Upór. Strach. - Wpatrzył się w cienie, a Lidia podążyła za jego spojrzeniem i dostrzegła ruch, czegoś kształtem przypominającego człowieka.
Poczuła ściskanie w piersi, narastające, kiedy zorientowała się, że to coś za nimi podąża.
- Zaraźnik - powiedział cicho Quindor do swoich żołnierzy.
- Mamy to uśmiercić, wielki mistrzu? - spytał jeden z mężczyzn. - Czy wolicie, żeby to złapać?
Zanim Quindor zdołał odpowiedzieć, to wyłoniło się z cieni.
- Macie miedziaka? - spytało dziecko wysokim słodkim głosem. - Skórkę od chleba?
Lidia odruchowo sięgnęła do juków, żeby znaleźć dziewczynce coś do jedzenia, ale Quindor złapał ją za nadgarstek.
- Popatrz. Pozwól, by znak Hegerii ukazał ci prawdę.
Lidia odwróciła głowę w stronę dziecka i zobaczyła, że dziewczynka wpatruje się w nią ciemnymi oczami. Jej skóra była blada, ale na twarzy nie dostrzegła czarnych żył, szpecących zarażonych, którzy zaatakowali w trakcie balu Malahi. Nie była też bezmyślnym stworzeniem jak te, które goniły ich w tunelach pod pałacem, a pragnęły jedynie zabijać. W oczach dziewczynki Lidia widziała inteligencję. Namysł.
- Popatrz - powtórzył Quindor.
Lidia wpatrzyła się w oczy dziecka i poczuła, że robi jej się zimno. Wszystkie żywe istoty emanowały eteryczną mgiełką życia, którą widzieli jedynie naznaczeni Hegerii. Quindor i jego żołnierze, jak również ich konie promienieli, jednak stojąca przed nimi dziewczynka nie miała w sobie więcej życia niż kamienie pod jej stopami. Chodzący trup.
- Zaraza się rozwija. - Quindor skinął na strażnika. - Uśmierć to.
- Nie! - sprzeciwiła się Lidia, ale wielki mistrz złapał wodze jej konia, by powstrzymać ją przed interwencją, kiedy żołnierz uniósł miecz.
Dziewczynka otworzyła szerzej oczy, odwróciła się i pobiegła w stronę bocznej uliczki. Jednak koń żołnierza był szybszy. Błysk ostrza. Strumień krwi.
Głowa dziecka tocząca się po śniegu.
- Spalcie to. - Głos Quindora brzmiał beznamiętnie.
Inny żołnierz zsiadł z konia, zalał trupa - w tym głowę - oliwą i przyłożył do niej pochodnię. W niebo wystrzeliły płomienie.
Lidii zrobiło się niedobrze, było jej jednocześnie zimno i gorąco, ale słowa Quindora sprawiły, że oderwała wzrok od tego widoku.
- Wojna się nie skończyła. Dopiero się zaczęła. A to - wskazał na płomienie - jest bitwa, w której muszą walczyć naznaczeni Hegerii. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Dlatego tu jesteś.
Zsiedli z koni pośrodku miejskiego kręgu bogów, a wtedy grupa żołnierzy wzięła wodze, by zaprowadzić zwierzęta do stajni w pałacu, jedynego miejsca, w którym były bezpieczne przed zarżnięciem.
Drzwi świątyni otworzyły się, kiedy do nich podeszli. Grupa zbrojnych, którym towarzyszyło dwoje młodych uzdrowicieli, przyjrzała im się uważnie, zanim pozwolono im wejść.
- Witajcie z powrotem, wielki mistrzu - powiedzieli młodzi uzdrowiciele i z szacunkiem pochylili głowy, a Quindor odpowiedział im ciepłym uśmiechem, po czym wprowadził Lidię do środka.
Ostatni raz odwiedziła świątynię, gdy zabrała do niej ranną Gwen, ale teraz wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Przedsionka nie wypełniały rzędy posłań, był całkowicie pusty z wyjątkiem żołnierzy, którzy nosili płaszcze z półksiężycem, symbolem Hegerii. Wszystkie okna na parterze zostały zamurowane. Świątynia zmieniła się w twierdzę.
- Czy zaraźnicy próbują się tu dostać? - Serce Lidii zabiło gorączkowo, gdy przypominała sobie całe ich rzesze wpadające przez klapę do tunelu pod pałacem, ich niekończący się pościg.
- Jeszcze nie - powiedział młody uzdrowiciel. - Ale jedynie naznaczeni Hegerii umieją ich rozpoznać, więc zabicie nas jest w ich najlepszym interesie. Sądzimy, że czekają na dogodną chwilę.
- Cicho - polecił Quindor. - Chciałbym usłyszeć raport, nie rozdmuchane pogłoski. Chodź, Lidio. Pokażę ci twoją kwaterę, a kiedy już poczujesz się swobodniej, omówimy kwestię zarażonych.
"Zaraza się rozwija". Słowa Quindora odbijały się echem w jej myślach, kiedy ruszyła za nim w górę spiralnych schodów. Wspięli się na czwarte piętro, po czym skręcili w korytarz okrążający wieżę.
- Sypialnie. - Poprowadził ją obok szeregu zamkniętych drzwi i zatrzymał się przed tymi oznaczonymi liczbą 37. - To będzie twoja komnata. Musisz utrzymywać ją w czystości i sama prać swoje rzeczy. Przyjdź za godzinę do mojego gabinetu, żebyśmy mogli omówić twoją rolę.
- Tak, wielki mistrzu - odparła, ale Quindor już oddalał się korytarzem, więc weszła do środka.
Komnata była niewielka - jej zdaniem przypominała raczej celę - i wyposażona w wąskie posłanie pod jedną ścianą, rozchwierutaną szafę na ubrania pod drugą, jak również umywalnię z misą na wodę. Na szarej kamiennej podłodze leżał przetarty dywan, ale koce na łóżku wyglądały na grube i ciepłe. Na nich spoczywał komplet złożonych białych ubrań - Lidia je podniosła. Gruba wierzchnia szata. Biała bawełniana koszulka. Tkany pas. A na podłodze trzy pary czarnych butów z cholewami w różnych rozmiarach.
Lidia metodycznie zdejmowała z siebie brudne ubranie, po czym rzuciła je na stertę. Kiedy przeszła po lodowatej podłodze i stanęła nago przed umywalnią, dostała gęsiej skórki. Wpatrzyła się w swoje odbicie w lustrze - kawałku wypolerowanego metalu - wiszącym na ścianie. Włosy miała splątane i brudne, na skórze błoto. A pod warstwą brudu jej policzki były zapadnięte, oczy podkrążone z wyczerpania, smutku i żalu. Jednak jej spojrzenie przyciągnął półksiężyc, który Quindor osobiście wytatuował na jej czole w drodze powrotnej z Brodu Aldera. Zobaczyła go po raz pierwszy i przeciągnęła paznokciem po symbolu. Przypomniał jej się sposób, w jaki imperium znaczyło swoich legionistów.
A wspomnienie legionów sprawiło, że pomyślała o Terianie. Przyjaciółce, obecnie znajdującej się w rękach młodego mężczyzny, który na rozkaz Lucjusza Kasjusza próbował zamordować ją samą. "Proszę, strzeżcie jej - modliła się do Sześciorga. - Nie pozwólcie, by zrobił jej krzywdę".
Nalała wody do misy, sięgnęła po leżącą obok kostkę mydła i kawałek materiału i zaczęła szorować twarz, a później ciało, aż woda zmętniała i nabrała brązowego odcienia. Wylała brudną do nocnika pod łóżkiem, po czym znów napełniła misę. Pochyliwszy się do przodu, zamoczyła włosy najlepiej, jak mogła, i zaciskając powieki, namydliła głowę, a później wylała resztę wody z dzbana, by ją spłukać. Sięgnęła na ślepo po ręcznik, wytarła twarz i owinęła nim mokre pasma. Otworzyła oczy i chwyciła misę.
Woda nie była mętna i brązowa od błota, lecz ciemnordzawa.
Krew.
Krew Killiana.
Lidia zaczęła oddychać coraz szybciej, aż zakręciło jej się w głowie. Kucnęła, przycisnęła dłonie do podłogi, by zachować równowagę, i zadrżała gwałtownie, bo jej skóra była zimna jak lód.
- On żyje - szepnęła. - Ty żyjesz. I oboje wypełniacie zadania, do których jesteście przeznaczeni.
Ale prawda wcale nie odpędziła chłodu.
Rozdział 5 Teriana
- To będzie trwało wiecznie - mruknął Serwiusz, ocierając pot z czoła. Ciemnobrązowe oczy miał podkrążone, co nie było dla niego typowe.
Teriana nie wiedziała, czy wynikało to z braku snu, czy z innych trosk.
- Będziemy potrzebować pojemników. Połowa tych skrzyń zbutwiała.
W chwili, gdy te słowa opuściły jego usta, dno skrzyni, którą trzymał, odpadło i na ziemię posypały się monety. Wszystkie były złote, ze skorpionem Rowenesów.
- To dziwne - wymamrotała Teriana, pochylając się, by przyjrzeć się uważniej.
Serwiusz wziął garść do ręki i obrzucił je wprawnym okiem.
- To najcięższe monety, na jakie natrafiłem. I wyglądają na czyste złoto. Skąd pochodzą?
- Z Północnego Kontynentu, z Mudamory. - Teriana przetarła monetę kciukiem.
Największe kopalnie złota na Reath znajdowały się na ziemiach Rowenesów, w pobliżu granicy Mudamory z Anukastre.
- Ale oni nie handlują z Arinoquią, więc to dziwne, że znaleźliśmy tutaj tak wiele ich monet.
I wszystkie były świeżo wybite, bez śladu zużycia. Co sugerowało drogi zakup, na który mógł sobie pozwolić jedynie arcylord - a może nawet sam król. Wzruszyła ramionami, rzuciła monetę z powrotem na stertę i zabrała się do pracy.
Była brudna i nużąca, ale miała też w sobie coś uspokajającego. Właśnie tego uczono ją przez większość życia - nie żeglowania, ale bycia kupcem, który znał towary na tyle dobrze, by każda transakcja przynosiła zysk. Teriana uznała, że gdyby nie okoliczności, matka byłaby z niej dumna.
Na myśl o niej poczuła bolesne ściskanie w piersi. Czy ojciec Lidii zatroszczył się o jej bezpieczeństwo? Zawsze uważała senatora Waleriusza za życzliwego i honorowego człowieka, ale to samo myślała o Lidii. A nie mogła się bardziej mylić. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie miała okazję znów ją zobaczyć. I co by jej powiedziała, gdyby miała taką możliwość. I czy Lidia w ogóle przejmowała się tym, do jak wielkich cierpień doprowadziła.
- Są jakieś wieści od mojej załogi? - spytała Serwiusza. - Wiesz, czy dobrze się mają?
Quincense najwyraźniej stał na kotwicy u wybrzeży niewielkiej wysepki, a załogi pilnowali żołnierze z Trzydziestego Siódmego, jak również część celendorskich marynarzy. Zanim Teriana wysłała Przynętę na północ, on i Magnius przekazywali wiadomości w obie strony, jednak teraz nie miała z nimi żadnego kontaktu poza tym, co Celendorczycy raczyli jej powiedzieć.
- Nic nowego. Ale wkrótce wyślemy tam zapasy i część naszych rannych. Jeśli dowiem się czegoś ważnego, dam ci znać.
Teriana owinęła jeden z warkoczyków wokół palca i skrzywiła się na myśl o tym, w jakim stanie znajdowały się jej włosy pod nieobecność ciotki Yeddy, która regularnie zaplatała jej warkoczyki. Były kędzierzawe i rozczochrane, ale nie przejmowała się wyglądem. Co by powiedziała jej ciotka, gdyby dowiedziała się o wszystkim, co zrobiła Teriana? Gdyby dowiedziała się o Terianie i Marku? Czy by zrozumiała, albo ktokolwiek inny z załogi?
Czy miała prawo ich o to prosić?
Pracowali przez cały dzień, przerwali dopiero, kiedy Serwiuszowi głośno zaburczało w brzuchu.
- Umieram z głodu - powiedział legionistom pełniącym straż. - Niech któryś z was przyniesie nam coś do żarcia. Kupcie od cywilów... mam już dość tych pomyj, które podają w koszarach. - Rzucił monetę jednemu z nich. - Tyle, żeby starczyło dla nas wszystkich i jeszcze dla trzech. Jestem naprawdę bardzo głodny.
Teriana potrząsnęła głową, żeby oczyścić umysł, po czym spojrzała na trzymaną w ręku księgę rachunkową i w myślach dodała liczby. Suma już była ogromna, a nie uwzględniała sztabek metali szlachetnych, które leżały na wysokiej stercie w budynku w pobliżu kuźni.
Kiedy dotarło jedzenie, Serwiusz ogłosił koniec pracy, oparł się o butwiejący gobelin i położył stopy na belach jedwabiu. Tkaninę znaczyły ciemne plamy, podejrzanie przypominające krew. Serwiusz był jednym z najpotężniejszych mężczyzn, jakich poznała, jeśli nie liczyć olbrzymów, rękawy jego tuniki opinały ramiona grubsze od jej uda. Nawet bardziej niż brązowy odcień skóry świadczyło to o jego pochodzeniu z Atlii, wyspiarskiej prowincji słynącej z imponującej postury jej mieszkańców. Jeśli dodać do tego niewątpliwie atrakcyjne rysy twarzy, nie można się było dziwić, że ma duże powodzenie u Arinoquianek.
- Powiesz mi w końcu, co się wydarzyło w drodze z Galinhy? Wiemy jedynie tyle, ile udało się nam wywnioskować z pozostałości, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
Czyli trupów. Młodych mężczyzn, którzy ją strzegli, w tym Kwintusa i Mikiego. Poczuła łzy w oczach na myśl, że zginęli w jej obronie.
- Dostaliśmy wiadomość od Marka, wzywającą nas do powrotu do obozu. Wyruszyliśmy następnego ranka. Byliśmy w połowie drogi, kiedy Kwintus zauważył, że coś jest nie w porządku. - Pokręciła głową, próbując się pozbyć wspomnienia strachu, które ścisnęło jej pierś. - Było za cicho. I wtedy zaczęły spadać strzały.
Zadrżała jej broda. Wzięła kolejny kęs jedzenia, żeby to ukryć, choć straciła apetyt.
- Kwintus został trafiony jako pierwszy, a później zaczęło się szaleństwo. Było ich tak wielu, atakowali ze wszystkich stron.
- Jak wielu?
- Nie wiem... Pięćdziesięciu. Może więcej. Wszyscy nosili barwy Urcona.
- Duże siły, żeby złapać jedną dziewczynę o niepewnej wartości, nie? - Serwiusz przyglądał się jej uważnie, a ona przypomniała sobie, że nie został trzecim rangą oficerem Trzydziestego Siódmego jedynie dlatego, że żołnierze go lubili. - Szczególnie kiedy na progu Urcona rozbiły obóz dwa legiony.
Musiała zachować ostrożność. Nikt poza nią i Markiem nie wiedział o zdrajcy, a choć ufała Serwiuszowi, wyjawienie tej tajemnicy należało do Marka. Wzruszyła ramionami.
- Zostałam trafiona strzałką w szyję i straciłam przytomność. Kiedy się obudziłam, byłam w chacie, w której znaleźli mnie Marek i Gibzen. Ich przywódca...
- To ten Ashok, którego szukamy?
Teriana zmusiła się, by pokiwać głową, choć zrobiło jej się zimno, gdy oczyma duszy ujrzała twarz zepsutego.
- Powiedział mi, że zamierzali mnie wykorzystać, by wynegocjować wycofanie się, ale i tak byłam już martwa. Kupowali jedynie czas, by najemnicy zdążyli dotrzeć na miejsce.
- To zawsze pomaga, kiedy wróg lubi gadać. - Serwiusz sięgnął po kolejny szaszłyk. - Jak wyglądał? Marek przekazał nam kilka informacji, ale sukinsyn okazał się nieuchwytny.
- Gamdeshanin. Skóra trochę ciemniejsza od twojej. Czarne włosy, obcięte na wysokości brody. Srebrne kolczyki wzdłuż lewego ucha. - Z łatwością mogła podać szczegóły, bo wspomnienie Ashoka było tak wyraźne, jakby mężczyzna stał przed nią.
- Kolor oczu?
Czarne otchłanie otoczone płomieniem. Jak wpatrywanie się w serce podziemnego świata.
Ale tego nie mogła mu powiedzieć - nie, skoro utrzymała istnienie zepsutych w tajemnicy przed Markiem. Już wiedział o uzdrowicielach, a gdyby usłyszał o mocach zepsutych, nieuchronnie zacząłby się zastanawiać, jakie jeszcze tajemnice ukrywała.
- Ciemne.
- Przekażę szczegóły Gibzenowi. To jego żołnierze zginęli, więc traktuje to polowanie osobiście.
Nie tylko on. Marek nie przyjął dobrze wiadomości, że został zdradzony przez jednego ze swoich ludzi, a to, że zdrajca mógł być jednym z jego najbliższych przyjaciół, jeszcze pogarszało sytuację. Ale choć to Marek został zdradzony, Teriana również pragnęła zemsty.
- Przykro mi z powodu tego, co się wydarzyło. - Przetarła oczy, w piersi czuła ściskanie. - Kwintus i Miki byli moimi przyjaciółmi. Ostatnie, czego chciałam, to ich śmierć.
- Cóż, w takim razie masz szczęście. - Serwiusz wytarł ręce o belę zbutwiałego jedwabiu, na której siedział. - Ponieważ kiedy usłyszałem tę historię od nich, obaj byli bardzo żywi.
Rozdział 6 Lidia
Umyta i spokojniejsza, Lidia szła w milczeniu korytarzami świątyni, kierując się wskazówkami, których udzielił jej służący, aż trafiła na poziom z bardziej luksusowym wyposażeniem. Jej nowe buty tonęły w grubych dywanach, a powietrze było o wiele cieplejsze niż w sypialniach. Zatrzymała się przed bogato zdobionymi drewnianymi drzwiami i zapukała.
- Wejść - odpowiedział stłumiony głos, więc Lidia pchnęła drzwi i weszła do środka.
Komnata była duża, podłogę pokrywał gruby dywan, a ogień płonący w kominku po lewej ogrzewał powietrze. Ściana naprzeciwko wejścia składała się głównie z okien, zasłony odsunięto, by wpuścić do środka stłumiony blask słońca. Quindor siedział odwrócony plecami do Lidii, pochylony nad masywnym biurkiem, którego blat zasłaniały papiery.
- Usiądź, Lidio. - Popchnął dużą skrzynkę w jej stronę. - Zbiór szkieł. Mam nadzieję, że uda ci się znaleźć parę, która będzie ci pasować, bo obawiam się, że w Mudaire nie ma wytwórców soczewek.
- Skąd one się wzięły? - Wypróbowała parę w złotych oprawkach, ale szybko odłożyła ją na bok, bo widziała jeszcze bardziej niewyraźnie.
Quindor zakaszlał cicho.
- Od tych, którzy już ich nie potrzebują.
Zmarłych. Poczuła, że zawartość żołądka podjeżdża jej do gardła, ale zmusiła się, by znów ją przełknąć. To nie był czas na delikatność.
- Musimy omówić twoją rolę w patrolach.
- Patrolach? - Wypróbowała jeszcze trzy pary szkieł, zanim zdecydowała się na te, które zadowalająco poprawiały jej wzrok.
- Zaraźników nie potrafi zidentyfikować właściwie nikt poza jednym z naznaczonych Hegerii. Uczniowie dołączają do strażników na patrolach, by rozpoznawać i uśmiercać tych, którzy zostali zmienieni w zaraźników.
- Uśmiercać? - Nie udało jej się ukryć jadu w głosie. - To istoty ludzkie, nie wściekłe psy.
- To były istoty ludzkie - poprawił ją wielki mistrz. - Teraz są trupami poruszanymi mocą Siódmego. Musisz pozbyć się przekonania, że są kimś innym, Lidio, albo ryzykujesz, że popadniesz w szaleństwo.
- Czy to dlatego tu jestem? Aby wykorzystywano mnie w polowaniach na ludzi, których powinniśmy próbować ocalić? - Na udział w takiej walce nie wyraziła zgody. Przybyła przekonana, że spróbuje znaleźć lekarstwo, sposób na ocalenie ludzi. Nie... to.
Quindor odchylił się do tyłu na krześle.
- Nie da się ich ocalić. Myślisz, że nie próbowaliśmy?
- Najwyraźniej nie dość się staraliście! - Wbiła paznokcie w podłokietniki. - Zaraza wciąż szpeci krajobraz, co oznacza, że ludzie nadal będą chorować. Jeśli odpowiedzią jest zabicie ich wszystkich, wkrótce w Mudamorze pozostaną jedynie trupy.
Quindor spoglądał na nią przez dłuższą chwilę.
- Twoja żarliwość jest godna pochwały, Lidio, nawet jeśli niewłaściwie spożytkowana. Królewska armia zajmuje się oczyszczaniem królestwa z pozostałości armii Derinu, ale kiedy zakończą to zadanie, możemy zacząć rozmowy o tym, jak powstrzymać zarazę przed atakowaniem kolejnych ludzi.
- A co z opiekunami? - Przypomniała sobie rozmowę, którą przeprowadziła kiedyś z Killianem. Jego teorię, że zaraza mogła być dziełem jednostek naznaczonych przez Siódmego. - Dlaczego nie sprowadzono ich, by zajęli się tym problemem?
- Bo wszyscy są martwi.
- Wszyscy? - Poczuła ściskanie w żołądku. - Jak to możliwe?
Wielki mistrz westchnął.
- Nieustanny mozół zmuszania ziemi, by rodziła, aby zapewnić żywność królewskiej armii. Nasze własne szeregi zostały zdziesiątkowane przez wojnę. W świątyni jest więcej uczniów niż pozostało żywych uzdrowicieli w Mudamorze.
Tak niewielu... I przypomniała sobie wyjaśnienia, że jeśli naznaczeni nie byli obecni, by chronić zwykłych ludzi, to podkopywało wiarę w Sześcioro. I to właśnie dawało Zepsuciu jego moc.
- Jeśli tak jest, musimy znaleźć lekarstwo, zanim to się rozprzestrzeni.
Quindor splótł dłonie i patrzył na Lidię ponad nimi.
- Widzę, że nie dasz się przekonać, dopóki na własne oczy nie zobaczysz dowodu. Chodź.
Powiódł ją do podziemi wieży. Migotliwy blask świec sprawiał, że na kamienne stopnie kręconych schodów padały roztańczone cienie. Podobnie jak w przypadku pięter nad ziemią, tak i tutaj korytarz biegł dookoła, z drzwiami po zewnętrznej stronie, choć Lidia nie miała pojęcia, co znajdowało się w pomieszczeniach za nimi. Z przodu dostrzegła dwóch strażników pełniących wartę przed drzwiami. Obaj skłonili głowy przed Quindorem, kiedy się do nich zbliżył.
- Wielki mistrzu.
- To Lidia - wyjaśnił im. - Jedna z naznaczonych Hegerii, która niedawno do nas dołączyła.
Z szacunkiem pochylili głowy.
- Naznaczona.
Lidia z trudem powstrzymała grymas, gdy usłyszała ten tytuł grzecznościowy, i w zamian uśmiechnęła się do nich.
- Zanim wejdziemy do środka, przypomnę ci, że to, co usłyszysz, nie będzie głosem dziecka, ale głosem Siódmego boga. A Zepsucie jest doskonałym kłamcą.
Kiedy potaknęła głową, wyjął klucz spomiędzy fałdów szaty, wsunął go do zamka, a później otworzył drzwi i pozwolił Lidii wejść.
Spodziewała się ujrzeć celę w lochu. Łańcuchy. Klatkę.
Tymczasem jej wzrok padł na komnatę wyposażoną wygodniej niż jej własna. Ściany były pokryte gobelinami przedstawiającymi każde z Sześciorga, podłoga dywanami, a łóżko grubymi kocami. Kilka lamp płonęło jasno, a mały piecyk emanował potrzebnym ciepłem.
Na podłodze zaś siedziała mała czarnowłosa dziewczynka w różowej wełnianej sukience i bawiła się układanką. Kiedy ich usłyszała, odwróciła się, a wtedy Lidia westchnęła wbrew sobie, bo rozpoznała w niej jedną z sierot, które mieszkały z Finnem w kanałach. Dziewczynkę, którą uleczyła z choroby.
Dziewczynkę mającą teraz w sobie tyle samo życia, co kamienna podłoga, na której siedziała.
- Wielki mistrz Quindor. - Dziecko uśmiechnęło się szeroko. - Dawno mnie nie odwiedzaliście.
- Wyjechałem, Emmy. Dopiero wróciłem. Jak się czujesz?
- Dobrze. - Dziewczynka... Emmy... uśmiechnęła się promiennie. Później jej lekko skośne szare oczy zwróciły się w stronę Lidii. Delikatnie przechyliła głowę. - Znam cię.
Lidii zrobiło się zimno, jej umysł wzdragał się na myśl, że te słowa pochodzą nie od dziecka, ale od mrocznego bóstwa.
- Byłaś jedną ze strażniczek księżniczki!
- Tak - wychrypiała Lidia. Odchrząknęła. - Uratowałam ci też życie w kanałach. Pamiętasz to?
- To byłaś ty! - Emmy poderwała się na równe nogi, różowe wstążeczki na jej warkoczach podskakiwały na ramionach, a Lidia z trudem powstrzymała się przed zrobieniem kroku do tyłu. - Finn mówił, że to była Hegeria we własnej osobie.
- Finn lubi zmyślać historie. To byłam ja.
- Och! - Dziewczynka przebiegła przez komnatę, objęła Lidię w pasie i mocno ścisnęła. - Pamiętam, że twoja twarz migotała jak diamenty. Wyglądałaś jak księżniczka z Północy.
Serce Lidii waliło w piersiach, palce miała zimne jak lód, kiedy położyła dłoń na plecach dziewczynki i poczuła, jak podnoszą się i opadają w rytm oddechu. Była pewna, że gdyby przycisnęła ucho do piersi Emmy, usłyszałaby bicie serca. Wszystko w niej wydawało się żywe i pełne energii.
Ale znak Lidii mówił coś zupełnie innego.
Nie można było uzdrowić zmarłych, wiedziała o tym. Jednak myśl o porzuceniu Emmy, by spotkał ją los dziecka, które na jej oczach zamordowano na ulicy, sprawiała, że Lidii zrobiło się niedobrze.
Quindor patrzył na nią z ponurą miną.
- Spróbuj, jeśli musisz.
Musiała. Musiała wiedzieć.
- Emmy, usiądziesz na chwilę?
Kiedy dziewczynka pokiwała głową, Lidia zaprowadziła ją do łóżka, pomogła jej usiąść i sama usiadła obok niej. Później głęboko odetchnęła, wzięła Emmy za rękę i poczuła ciepło skóry dziewczynki.
I popchnęła.
Miała wrażenie, że coś zatopiło w niej szpony i szarpnęło, z bolesną gwałtownością wyrywając jej życie. Z jej gardła wydobył się krzyk, a później upadła na plecy na podłogę. Quindor ukląkł obok niej.
- Wielu innych, w tym ja, próbowało sprowadzić ją z powrotem. Ale śmierci nie da się uzdrowić. - Spojrzał na dziewczynkę. - Dziękuję ci, Emmy.
Lidia usłyszała odgłos pociągania nosem, a kiedy podniosła wzrok, odkryła, że mała płacze. Wstała i znów usiadła obok Emmy, ale tym razem trzymała ręce w bezpiecznej odległości.
- To nie twoja wina.
- Wielki mistrz mówił mi, że jestem martwa - szepnęła Emmy. - Ale ja nie czuję się martwa. - Spojrzała na Lidię. - Czy on mówi prawdę?
Lidia zagryzła dolną wargę.
- Nie ma w tobie życia.
Broda Emmy zadrżała. Dziewczynka sięgnęła do kieszeni i wyjęła coś, co błyszczało w blasku lamp.
Spinka do mankietów ze złota i onyksu w kształcie galopującego konia.
- On powiedział mi, że mnie ochroni - szepnęła dziewczynka, po czym upuściła spinkę na ziemię. - Skłamał.
"On cię ochronił!", chciała krzyknąć Lidia, ale zamiast tego zagryzła policzki, aż poczuła smak krwi.
- Uspokój się, Emmy. Zostawimy cię z twoimi zabawkami. - Quindor gestem wezwał Lidię, by podążyła za nim, po czym zamknął drzwi.
- To - Lidia wskazała na komnatę, w której przebywała Emmy - jest okrucieństwo w najczystszej formie. Niezależnie od tego, co zrobiono z jej ciałem, jej umysł pozostał nietknięty. To mała dziewczynka, która nie rozumie, co się z nią dzieje.
Quindor westchnął.
- To, z czym rozmawiałaś, nie było człowiekiem, Lidio.
- Ale ona ma wspomnienia Emmy - sprzeciwiła się, próbując bezskutecznie zapanować nad przyspieszonym biciem serca. - Jak to możliwe...
- Że Zepsucie wie takie rzeczy? - przerwał jej Quindor. - Ponieważ on jest bogiem.
- Ale ona wcale nie przypomina tych potworów, które zaatakowały w noc balu Malahi. One były gwałtowne, bezmyślne i przerażające. Emmy... - Przerwała na widok wyrazu twarzy wielkiego mistrza.
- Jest martwa. - Złapał ją za łokieć i poprowadził korytarzem. - A to, co widzimy, to jedynie zmiana strategii Zepsucia w tej wojnie. Wcześniej zarażeni mieli przerażać i zabijać, ale teraz służą bardziej podstępnemu celowi: mają zniszczyć od środka wiarę w Sześcioro, rujnując reputację naznaczonych. Sprawiając, by żyjący wyznawcy Sześciorga uwierzyli, że naznaczeni ich zawiedli.
Odgłos spinki Killiana, kiedy uderzyła o ziemię, odbił się echem w jej głowie i Lidia poczuła, że robi jej się zimno.
- Tak, spinka do mankietu. - Quindor wspinał się po schodach, jego buty cicho stukały o kamień. - Powiedziała mi to samo, kiedy ją tu sprowadziliśmy. Prawda wypaczona, by stała się trucizną w uszach tych, którzy słuchają. Jak wielu to opowiedziała, zanim ją złapaliśmy? Jak wielu uważa teraz, że lord Calorian nie dopełnił obowiązku ochrony królestwa i jego mieszkańców? Jak wielu w rezultacie utraciło wiarę w Tremona?
Przerażające pytania, ale Lidia myślała jedynie o tym, jak bardzo zabolałoby Killiana, gdyby to usłyszał. Obwiniałby siebie nawet bardziej niż wszyscy inni, którzy to usłyszeli.
- Zaraza przestała się rozprzestrzeniać, ale nie mamy pojęcia, ilu zarażonym udało się uciec w czasie ewakuacji. Nawet teraz dziesiątki, być może więcej, mogą rozpuszczać trujące wieści po całym królestwie... po całej Reath!... i nikt nie ma o tym pojęcia. Należy ich powstrzymać, a naznaczeni Hegerii są jedynymi, którzy to potrafią.
Jego słowa brzmiały logicznie, ale za każdym razem, kiedy Lidia przymknęła oczy, przypominała sobie Emmy w kanałach tamtej pierwszej nocy, gdy wraz z Killianem zaczęła uzdrawiać sieroty. Jak dziewczynka podniosła się z choroby pod dotykiem Lidii. Jak pierwszą rzeczą, którą zrobiła, kiedy odzyskała zdrowie, było przytulenie się do Killiana, bo jej wiara w niego była absolutna. Trudno było uwierzyć, że dziewczynka umarła, ale znak nie kłamał.
- Jeśli zaraźnicy są tak niebezpieczni, dlaczego utrzymujecie Emmy przy życiu? Dlaczego jej po prostu - przypomniała sobie jego wcześniejsze słowa - nie uśmiercicie?
- Ponieważ dzięki temu widzimy, czy zaraza dalej się rozwija - odparł wielki mistrz, kiedy opuścili schody i znaleźli się na parterze, pełnym żołnierzy i młodych uzdrowicieli w białych szatach i płaszczach. - I ponieważ przypomina mi zarówno o tym, jakiemu złu stawiamy czoło, jak i o tym, jakie dobro utraciliśmy. Powinnaś zapamiętać moje słowa, bo jutro rano dołączysz do polowania.
Rozdział 7 Killian
- Wyglądasz koszmarnie.
Killian nie odpowiedział, tylko wepchnął kij w ognisko, gdy arcydama Dareena Falorn usiadła na ziemi obok niego. Po zakończeniu bitwy ich zadaniem było wypędzenie resztek armii Derinu, ale nie miał zbyt wielu okazji, by porozmawiać z kobietą, która odpowiadała za większość jego szkolenia. Która bardziej niż ktokolwiek inny była jego mentorką. I która uratowała mu tyłek, przybywając do Brodu Aldera w chwili, gdy siły Rufiny prawie zmiażdżyły jego ludzi.
- Sonia mówiła mi, że źle sypiasz.
- Nie wiedziałem, że się znacie. - Jego głos zabrzmiał chrapliwie. Odchrząknął. Po jego policzkach spływały topiące się płatki śniegu.
- Zatrudniłam wszystkie dawne strażniczki Malahi, bo ty byłeś gotów je porzucić. Ale Sonia postanowiła pozostać jako twoja porucznik.
- Jeśli nie chce stracić pracy, lepiej niech zajmuje się swoimi sprawami.
- Ona się o ciebie martwi, więc może postaraj się nie być idiotą. - Dareena uniosła dłonie do ognia. - Myślała, że może uda mi się przemówić ci do rozumu. Odpowiedziałam jej, że to będzie trudne, bo zawsze ci go brakowało, ale ona jest uparta. Mam zakładać, że chodzi o dziewczynę?
- Którą? - Gwałtownie rozgarnął ogień, aż poleciały iskry, i pomyślał o Bercoli. - Wydaje się, że mam w zwyczaju doprowadzać do śmierci dziewczyn, które powinienem chronić.
- Lidia nie umarła.
- To kwestia czasu. - Killian odrzucił kij na bok. Żałował, że nie ma trunku, ale zapasy w obozie królewskiej armii były raczej skromne. - W całej Mudamorze pozostało mniej niż stu uzdrowicieli, a sama dobrze wiesz, że Serrick wykorzystuje ich bez skrupułów.
- W takim razie dlaczego nie powstrzymałeś ich przed zabraniem jej?
Wiatr zmienił kierunek i sprawił, że dym leciał mu w oczy, więc Killian je zamknął. I ujrzał przed sobą Lidię na końskim grzbiecie. Jej wargi wypowiadające słowa "wybrałam to", a później jej oddalającą się sylwetkę.
- Poprosiła mnie, żebym tego nie robił.
- Zatem sama zdecydowała o swoim losie.
- Nie miała wyboru - warknął. - Wiedziała, co by się stało, gdybym spróbował ją uwolnić, i poświęciła się, żeby mnie przed tym powstrzymać. Aby mnie chronić.
- Zawsze miałeś powodzenie u kobiet.
Przepełniła go złość. Odwrócił się do Dareeny.
- Myślisz, że to temat do żartów? Coś, z czego można się pośmiać? Ja... - Urwał, ale nie mógł uciszyć słów we własnej głowie. "Ja ją kocham".
Arcydama rodu Falornów wpatrywała się w niego spokojnymi zielonymi oczami, kosmyki czarnych jak noc włosów otaczały jej bladą twarz. Miała na sobie zbroję, na jej srebrnych naramiennikach zbierał się śnieg, a miecz spoczywał na kolanach. Naznaczona przez Tremona tak samo jak on. Jedyna osoba, która powinna zrozumieć.
- Naprawdę wierzysz, że Lidia udała się z Quindorem jedynie po to, by cię chronić? Hegeria postanowiła ją naznaczyć, Killianie. A wybory bogów nie są przypadkowe. Przyszło ci na myśl, że to może być los, którego ona pragnie?
Odwrócił wzrok, nie mogąc pozbyć się z głowy obrazów Lidii uzdrawiającej dzieci w kanałach pod Mudaire. Jej niechęci, by pozwolić któremuś z nich cierpieć, póki miała siłę, by je ocalić. Hegeria dokonała dobrego wyboru, kiedy naznaczyła Lidię, ale Killiana bardziej martwili otaczający ją mężczyźni u władzy.
- Została naznaczona, by służyć wyznawcom Sześciorga - powiedziała cicho Dareena. - Podobnie jak ty. I wiem, że smuci cię, iż jej ścieżka nie biegnie przy twojej, ale to nie oznacza, że masz przestać iść. Serrick dał ci szansę, byś naprawdę zmienił sytuację w Mudamorze. Nie zmarnuj jej.
Nim Killian zdołał odpowiedzieć, do ogniska podeszła grupka zbrojnych. Ich szeregi rozstąpiły się, ukazując króla we własnej osobie. Killian nie widział go od czasu, gdy Serrick zaproponował mu, by podobnie jak jego ojciec przed nim został dowódcą królewskiej armii. Marzył o tym od dzieciństwa, ale żałował, że nie doszło do tego pod rządami innego króla.
Albo królowej.
Dareena wstała, Killian także i złożył głęboki ukłon.
- Oboje dobrze posłużyliście Mudamorze - stwierdził Serrick. - Z armii Derinu pozostały trupy, a ci, którzy uszli z życiem, uciekli z powrotem za mur. Wojna została wygrana.
"Ale wcale tego nie czuć".
Killian odchrząknął.
- Chciałbym wziąć pięć setek żołnierzy i wkroczyć na terytorium Derinu, Wasza Łaskawość. To, że Rufinie udało się przeprowadzić tak wielu ludzi przez Liratory, sugeruje, że ma do dyspozycji rdzeń xenthiera, który musimy zabezpieczyć, by nie udało jej się powtórzyć tej próby.
- Wątpię, by po śmierci trzydziestu tysięcy żołnierzy nawet ta wiedźma potrafiła szybko zgromadzić kolejne zastępy. I mamy pilniejsze sprawy.
Killian nie miał pojęcia, jak cokolwiek mogło być pilniejszego.
- Wasza Łaskawość...
- Anukastre wykorzystało to odwrócenie uwagi i ich oddziały skutecznie ukradły dużo złota z jednej z naszych kopalni - przerwał mu Serrick. - Dostaniesz pięć setek ludzi, ale po to, by poprowadzić ich na południe i powstrzymać napastników.
Killian wpatrzył się w niego.
- Chcecie, żebym strzegł waszych kopalni złota?
Kopalni złota, które znajdowały się wzdłuż południowej granicy Mudamory z Anukastre, co oznaczało, że leżały najdalej od Mudaire - i Lidii - jak to tylko możliwe.
- Kopalni złota Mudamory. - Na twarzy króla nie malowały się żadne emocje. - Złota, którego królestwo potrzebuje do odbudowy. W przeciwieństwie do żałosnych resztek armii Derinu Anukowie są prawdziwym zagrożeniem, co oznacza, że muszę wysłać swoje najsilniejsze oddziały, by odpowiedzieli na atak.
- Ale...
- Bogowie wybrali mnie, bym władał tym królestwem, lordzie Calorianie. I przewodził jego naznaczonym. Dobierz żołnierzy i zrób to szybko, bo jutro o świcie wyruszysz do Rotahn, twierdzy Rowenesów.
Rozdział 8 Marek
Siedząc na zydlu w namiocie, Marek wpatrywał się pustym wzrokiem w trzy skrzynie monet, które mu pozostały. Dwie srebra. Jedną złota.
Srebro zużyje na wypłacenie swoim ludziom kolejnego żołdu, żałosnej sumy, którą otrzymywali za bezustanne ryzykowanie życia w imię Imperium. Miał prawo wstrzymać wypłatę, gdyby potrzebował monet na inne wydatki, ale nigdy wcześniej tego nie zrobił i teraz też nie zamierzał.
- Panie?
Odwrócił się i zobaczył, że do środka wchodzi jeden z jego ludzi, w ręku ściskał papier.
- Tak?
- Racker wysłał podsumowanie. - Młody mężczyzna podszedł, by podać Markowi papiery. - Przybył też do was list, pochodzenie nieznane.
Marek zaczekał, aż żołnierz wyjdzie z namiotu, po czym rozwinął pierwszą kartkę. Bez trudu rozpoznawał precyzyjne pismo naczelnego chirurga Trzydziestego Siódmego.
Dwustu trzydziestu trzech.
Poczuł ściskanie w piersi, ale zwalczył smutek i wziął ze stołu kawałek papieru, który zapisał własną ręką. Dodał do niego liczbę i zakończył obliczenia.
To był początek. Właściwie lepszy początek niż wydawało mu się to możliwe, ale tylko jeśli ta zagrywka się powiedzie.
Pociągnął kilka łyków wody ze stojącego obok kubka i zamierzał wstać, gdy jego spojrzenie padło na drugi list. A dokładniej na fioletową pieczęć w kształcie kwiatu.
Podniósł wiadomość, złamał pieczęć i rozwinął gruby papier, a wtedy na stół spadła druga, mniejsza kartka. List napisano w języku handlu, czy też po mudamorsku, jak się dowiedział - w języku, który dzięki Maarinom rozpowszechnił się na całej Reath. Posługiwał się nim całkiem nieźle, ale czytanie w nim było zupełnie inną kwestią, więc bardzo żałował, że nie ma przy nim Teriany. Nie tylko dlatego, że potrzebował tłumaczki.
Pozdrowienia dla Marka, Dowódcy armii Imperium Celendoru.
Niedawno dowiedzieliśmy się o Waszym przybyciu na wybrzeża Arinoqui i pragnieniu, by ułatwić handel między narodami Zachodu i Waszej ojczyzny. Jest naszym najszczerszym pragnieniem, by doprowadzić do zawarcia pokojowego i wzajemnie korzystnego traktatu między naszymi narodami. Pragniemy spotkać się z Wami twarzą w twarz, by omówić warunki - z niecierpliwością oczekujemy na to spotkanie.
Jej Królewska Wysokość Erdene, królowa Katamarki
Na to liczył. Katamarca nie była potęgą militarną, ale żywiła Południowy Kontynent. Sojusz z nimi byłby korzystny z wielu różnych powodów. I wtedy jego wzrok padł na postscriptum.
Załączamy dowód naszej dobrej woli.
Zmarszczywszy czoło, podniósł kawałek papieru, który dołączono do listu, i obrócił go w dłoniach. Zapisano go w nieznanym języku, najpewniej katamarkańskim. Nie musiał jednak go rozumieć, by rozpoznać pismo. I imię, którym go podpisano.
Poczuł ściskanie w żołądku, jego palce rozpoznawały fakturę papieru, takiego samego jak ten, który wykorzystywały legiony. I zapisanego ołówkiem, nie atramentem. Zabrane z jego namiotu dowodzenia, co znaczyło, że nie mógł liczyć, iż list pochodził z czasów, zanim Kasjusz ją pojmał.
"Co w nim jest?"
Nic dobrego. Bo jak lepiej zaskarbić sobie życzliwość obcego mocarstwa, jeśli nie ujawniając obecność zdrajcy?
"A czego się spodziewałeś? - szepnął pełen goryczy głos w jego umyśle. - Nie przybyła tu z własnej woli. Wiesz, że chce, by ci się nie udało, żebyście musieli powrócić do Celendoru. Wiesz, że jesteście wrogami".
Jednak ta świadomość nie wystarczała, by złagodzić ból, który zastąpił ściskanie w żołądku. Nawet jeśli wysłała tę wiadomość tuż po przybyciu do Arinoqui, zanim się ze sobą związali, wciąż mu tego nie wyjawiła. Czekała, aż jej plan przyniesie owoce.
"Nie możesz jej ufać".
- Masz czas porozmawiać? - Dobiegł go głos Feliksa.
Marek podniósł głowę i zobaczył zastępcę stojącego w wejściu do namiotu.
- O czym? - Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzał, i Feliks skrzywił się, zanim wszedł do środka.
- Powinieneś się przespać.
- Przyjąłem do wiadomości. Coś jeszcze?
Zapanowała cisza, napięcie było dziwne i nieznajome. Choć on i Feliks przez te wszystkie lata często kłócili się o różne rzeczy, to nigdy w taki sposób. Ale też niezależnie od tego, jak bardzo się spierali, nigdy wcześniej nie miał powodów, by wątpić w lojalność najlepszego przyjaciela.
- No tak, ja... - Feliks zmarszczył czoło. - Czy między nami wszystko w porządku? - Gwałtownie pokręcił głową. - Nie odpowiadaj. Wiem, że jesteś na mnie zły, bo radziłem ci, byś zaczął bitwę, zamiast negocjować z wrogiem.
- Radziłeś mi, żebym pozwolił im na porąbanie Teriany na kawałki, zamiast postąpić zgodnie z inną strategią.
- Ano. - Feliks zakołysał się na piętach. Czubki jego uszu, ledwie widoczne pod włosami, które wymagały już przycięcia, były jaskrawoczerwone. - Skłamałbym, gdybym powiedział, że uważam twoje postępowanie za właściwe. Tamten udawany odwrót sprawił, że niemal zostaliśmy zmiażdżeni między dwiema armiami, a choć i tak zwyciężylibyśmy, zginęłoby wielu z naszych braci. Mieliśmy szczęście, że wróciłeś na czas, a wiesz, co Wex mówi o szczęściu.
Wex był dowódcą Campus Lescendor i mentorem Marka. Słynął również z powtarzania, że dobry dowódca nie powinien liczyć na szczęście, bo szczęście zawsze się kończy, gdy jest najbardziej potrzebne.
- Postawiłeś Terianę ponad własnymi braćmi i wszyscy o tym wiedzą, Marku. Wiedzą, że ryzykowałeś ich życie, by uratować dziewczynę.
To była prawda, choć kiedy rzucił kości, nie uświadamiał sobie, o jak wysoką stawkę toczy się gra. Jednak nawet gdyby wiedział, podjąłby taką samą decyzję.
- Do czego zmierzasz?
- Żołnierze nie robią afery, bo udało ci się cudem doprowadzić do zwycięstwa, jak to zwykle robisz. Ale nie możesz znów postawić jej nad nimi. Po prostu... nie możesz.
Marek nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w Feliksa i nie zamierzał się ugiąć. "Jesteś zdrajcą?"
- Nie lubię jej. - Feliks wbijał wzrok w blat stołu między nimi. - Myślę, że jest spryciarą, która uważa, że może mówić i robić, co tylko zechce, bo ją chronisz.
To prawda, tyle że Teriana mówiłaby i robiłaby, co tylko zechce, nawet gdyby była osamotniona.
- Ale to nie znaczy, że chcę, by stało się jej coś złego. Wiem, że nie prosiła, by znaleźć się w tej sytuacji, i robi to, co musi, by przeżyć.
Feliks starał się zatrzeć ślady. Jaki inny cel mogły mieć te słowa? Próba pokazania, że wcale nie byłby zachwycony, gdyby Terianę spotkała śmierć z rąk Ashoka? A później próba zrzucenia na Marka winy za to, że najemnicy prawie ich zaskoczyli, choć to jego czyny postawiły ich w tej sytuacji. Marek poczuł, że przepełnia go złość, ale zapanował nad nią, bo nie mógł działać bez dowodu.
Feliks westchnął ciężko.
- Wygląda to tak, jakbyś zapomniał, że ona walczy dla drugiej strony. Postaraj się pamiętać, że jeśli owinie sobie ciebie wokół małego palca, przyniesie to korzyść jej, nie nam.
Marek mocno zacisnął dłoń, miażdżąc kartkę zapisaną przez Terianę.
- Przyjąłem do wiadomości. Coś jeszcze?
- Nie. - Feliks poruszał szczęką. - Wszystko, o co prosiłeś, zostało wykonane lub jest wykonywane. Mamy oko na klany, aby przypilnować, by nie próbowali zwrócić się przeciwko nam albo sobie nawzajem, ale wygląda na to, że na razie spokojnie czekają na wypłatę.
- Dobrze. Możesz odejść.
- Panie. - Feliks zasalutował i odwrócił się, żeby wyjść. Później jednak się zawahał. - Nie mogę cię chronić, jeśli wciąż mnie odpychasz.
- W takim razie to dobrze, że umiem sam zadbać o siebie.
Feliks się wzdrygnął, ale nie powiedział już nic więcej i wyszedł z namiotu, pozostawiając Marka samego.
"Nie możesz ufać nikomu".
Ta myśl wypełniła jego umysł, obciążając go bardziej niż wyczerpanie. Amarin wybrał ten moment, by wejść do namiotu, i zaczął się kręcić, odkładając różne rzeczy na miejsce. Niepotrzebna robota, a po ośmiu latach spędzonych ze służącym Marek dobrze wiedział, że Amarin zaraz zacznie mu matkować.
I rzeczywiście mężczyzna odezwał się po chwili:
- Wasz pancerz wymaga naprawy. Zrobię to teraz, byście mieli go w gotowości, kiedy będzie potrzebny.
Wciąż ściskając wiadomość Teriany, Marek wstał i pozwolił, by sługa zdjął jego pancerz, który znaczyło kilka wgnieceń.
- Na tyłach czeka woda do mycia. - Amarin zebrał części zbroi i zmarszczył czoło na widok jednego z wgnieceń. - Kiedy mam was obudzić?
- Za trzy godziny. - Nawet we własnych uszach jego głos brzmiał odlegle. Udał się na tył namiotu i spojrzał na posłanie Teriany. Stertę jej rzeczy.
Poruszając się powoli ze względu na naciągnięte mięśnie, zdjął ubranie, rzucił je w kąt i obejrzał swoje ciało. Pokrywały je fioletowe sińce, a żebra pulsowały bólem, ale najgorsze było gardło, które prawie zostało zmiażdżone. Bolało, kiedy mówił. Kiedy przełykał. Kiedy oddychał.
Ignorując wodę do mycia, położył się na boku, który mniej mu dokuczał, i wpatrzył w kostki posiniaczonej dłoni. Skóra popękała w czasie walki, a teraz pokrywały ją strupy.
I jeszcze głowa. Miał wrażenie, że miażdżą ją ręce olbrzyma, a każde uderzenie serca brzmiało w jego uszach jak grzmot.
"Idź spać".
Tylko że wszystko go bolało, a umysł przeskakiwał od problemu do problemu i nie chciał się zatrzymać. Nie chciał się uspokoić.
Sięgnąwszy do rzeczy Teriany, zdjął leżącą na wierzchu niedużą jedwabną torebkę. Tego dnia przybył statek z wyspy, przy której zakotwiczono Quincense, a na nim paczka ubrań wysłana jej przez ciotkę Yeddę. Przyciskając torebkę do nosa, odetchnął wonią cedru, kwiatów pomarańczy i morza. Zapachami, które kojarzył z Terianą.
Ale jej wspomnienie sprawiło, że poczuł się jeszcze gorzej.
Czy mógł jej zaufać? Czy też Feliks miał rację i tylko manipulowała jego uczuciami, by osiągnąć własne cele? Czy cokolwiek z tego, w co wierzył, było prawdziwe?
Rzuciwszy torebkę z powrotem na stertę jej ubrań, zacisnął powieki i przeszedł przez rozliczne ćwiczenia, których nauczył się, by móc zasnąć nawet w najgorszych warunkach.
Jego umysł nie dał się jednak uciszyć.
Przetoczył się i wzdrygnął z bólu, który przeszył jego bok, ale wtedy jego spojrzenie padło na stos broni i wplątany między nią pas. Wyciągnął rękę, złapał go i otworzył sakiewkę. Przeszukiwał jej zawartość, aż natrafił na niedużą szklaną fiolkę na dnie.
Wpatrywał się w jej mętną zawartość, z której nie korzystał już od dawna. Narkotyki tłumiące ból, które przyzwyczaił się mieć przy sobie, kiedy Trzydziesty Siódmy stacjonował w Bardeen. Kiedy kończyli szkolenie pod przewodnictwem Dwudziestego Dziewiątego i jego legata Hostusa.
Gdy przypomniał sobie starszego legata, dawna nienawiść i strach powróciły.
- Już nie masz szesnastu lat - mruknął pod nosem. - A Dwudziesty Dziewiąty przebywa po drugiej stronie świata.
Odepchnąwszy te myśli, odkręcił flakonik. Racker bardzo pilnował narkotyków, szczególnie tego, ale bycie dowódcą miało swoje zalety i gdyby Marek potrzebował więcej środka, dostałby go.
Przetoczywszy się na plecy, odmierzył dwie krople na język, a po chwili wahania dodał trzecią. Ledwie zdążył wrzucić flakonik z powrotem do sakiewki, zanim zaczął widzieć podwójnie. A później potrójnie.
Zwinął się w kłębek i odetchnął powoli. Jego ciało rozluźniło się, gdy ból obrażeń złagodniał, gdy jego myśli wypełniła mgiełka, powoli uciszając gadaninę, tłumiąc emocje. Ale kiedy prawie stracił przytomność, wciąż pozostała jedna myśl, głośna i rozpaczliwa.
"Proszę, niech to będzie prawdziwe".
Rozdział 9 Teriana
Przygotowali się do podziału skarbów na polu tuż za granią nad Aracam. Na tym samym polu, na którym Marek pokonał armię najemników Urcona, kiedy próbowała zaatakować go od tyłu.
"Wyrżnął" byłoby pewnie lepszym określeniem.
Choć minęło wiele dni, sterty trupów nadal się tliły, padający deszcz utrudniał spalenie tysięcy ciał, a w powietrzu wisiał smród zgnilizny. Błoto pod butami Teriany miało czerwonawy odcień od przelanej krwi, a gdziekolwiek spojrzała, dostrzegała fragmenty, które przegapiono. Rozkładające się palce i kawałki trupów zmieszane z grotami strzał i połamaną bronią, a wszystko to tonące w wilgotnym gruncie.
To miejsce powinno być zrównane z ziemią i opuszczone do czasu, aż natura wymaże wszystkie ślady grozy, tymczasem Marek rozkazał swoim ludziom, by pośrodku pola rozbili namiot, a przed nim ustawili długi stół. Siedem krzeseł po jednej stronie, samotne krzesło po drugiej. Skarby, które pomagała oszacować, leżały z boku stołu, sterty sztabek złota i srebra, otwarte skrzynie pełne migoczących klejnotów i dzieła sztuki owinięte woskowaną tkaniną, by ochronić je przed nieustającym deszczem.
Ona, Marek i Serwiusz stali pod osłoną namiotu, a za nimi jeszcze pięćdziesięciu żołnierzy z Trzydziestego Siódmego. Legioniści ustawili się w równych szeregach, z uniesionymi włóczniami i tarczami. Pod hełmami ich twarze były pozbawione wyrazu, a choć Teriana znała imiona większości z nich, już nie przypominali młodych mężczyzn, z którymi zasiadała przy ognisku, a raczej pięćdziesiąt maszyn do zabijania.
- Dziękuję - Marek zwrócił się do niej i Serwiusza - za szybkie wypełnienie tego zadania.
Zobaczyła go po raz pierwszy od czasu, kiedy zostawił ją w skarbcu z Serwiuszem, i dostrzegła, że oczy ma podkrążone bardziej niż kiedykolwiek, a jego złocista skóra jest blada i woskowata. "Czy on w ogóle spał?"
- Jaki mamy plan? - W głosie Serwiusza zabrzmiało napięcie. Jakby, choć było to nieprawdopodobne, miał jeszcze mniejsze niż ona pojęcie o tym, co się działo.
- Zgadzamy się na podział bogactw. A potem, na co liczę, wszyscy biorą swoją część i wracają na swoje ziemie.
"A później co?", chciała spytać, ale zanim zdążyła, Serwiusz wskazał głową.
- Oto nadchodzą.
Teriana dostrzegła poruszenie po drugiej stronie pola. Cesarze Arinoqui wyszli spomiędzy drzew, za każdym podążało pięćdziesięcioro wojowników. Jako pierwsza do stołu dotarła Ereni. Spojrzenie jej zielonych oczu skupiło się na Marku, nie na błyszczącym skarbie.
Tego samego nie dało się jednak powiedzieć o pozostałych, a Teriana nie mogła mieć o to do nich pretensji. To było ich bogactwo. Bogactwo, które im ukradziono w czasie długich lat tyranii Urcona i o którego zwrot walczyli. Zmieni życie wszystkich w klanach, pozwoli im handlować z innymi nacjami. Pozwoli im rozkwitnąć, jeśli mądrze je wykorzystają.
Kiedy wszyscy cesarze dotarli do stołu, Marek zaproponował:
- Usiądziemy?
Odsunął krzesło i usadowił się na nim. Jego metalowy pancerz zabrzęczał, kiedy oparł przedramiona na stole, wyglądał przy tym całkowicie swobodnie. Cesarze podążyli za jego przykładem, a ich przedstawiciele, którzy pomagali w przeliczeniu, stanęli za swoimi przywódcami. Teriana spojrzała na Serwiusza, a kiedy potężny legionista skinął głową, zrobiła kilka kroków do przodu, by stanąć u boku Marka.
- Wszyscy otrzymaliście sprawozdanie na temat stanu skarbca Urcona? - Kiedy Arinoquianie potaknęli, Marek podniósł kartkę ze stołu. - W takim razie potwierdźmy. Sto sześćdziesiąt sztabek złota. Dwieście czterdzieści trzy sztabki srebra... - Czytał dalej głosem równie pełnym emocji, co gdyby odczytywał listę zakupów. - Czy wasi przedstawiciele przysięgają, że te liczby są dokładne?
- Przysięgam - powiedział przedstawiciel Ereni i wycofał się, podobnie zrobili wszyscy pozostali wzdłuż stołu, a później przenieśli wzrok na nią.
- Teriano? - Marek nawet na nią nie spojrzał. - Czy to dokładne liczby?
Czuła, że pocą jej się dłonie, a w gardle ma sucho, choć przecież nie było ku temu powodu. Skarb został starannie oszacowany. Patrzyła, jak go ładowano, przeliczyła raz jeszcze po rozładunku, a jednak niepokój sprawiał, że ściskało ją w żołądku jak po nadpsutej rybnej potrawce.
- Przysięgam.
- Dobrze. - Marek odłożył kartkę i podniósł kolejną. - Zgodnie z waszym zwyczajem zyski z tego przedsięwzięcia zostaną podzielone według liczby wojowników i wojowniczek, którzy byli częścią zjednoczonych sił. Czy to się zgadza?
- Wiesz, że tak jest. - Ereni przerzuciła siwiejący warkocz przez ramię. - Sama ci to powiedziałam, więc nie ma powodu zwlekać. - Podniosła się i obszedłszy krzesło, oparła się o nie z tyłu, po czym przeniosła wzrok na pozostałych cesarzy. - Jak uzgodniliśmy, wszystko dzielimy przez piętnaście. - Wyrecytowała liczby. - Wszystko ustalone?
Marek zakaszlał.
- Z całym szacunkiem, Ereni, obawiam się, że nie zgadzam się z waszymi obliczeniami.
Wszyscy cesarze odwrócili się, by spiorunować go wzrokiem, a Teriana poczuła, że żołądek podjeżdża jej do gardła.
Marek podniósł kolejną kartkę papieru i spojrzał na nią.
- Każde z was podało mi liczby przed bitwą i zgodnie z moimi obliczeniami mam prawo do dziewięciu piętnastych, czyli sześćdziesięciu procent zysków ze zdobycia Aracam. Ereni, masz prawo do...
Ereni dobyła miecza.
Nim Teriana zdążyła sięgnąć po własną broń, cesarzowa przyłożyła klingę do szyi legata, jej żylasta ręka była spokojna.
- Zostań na miejscu, dziewczyno. A ty - przycisnęła ostrze mocniej, aż po szyi Marka popłynęła krew - każ swoim ludziom się zatrzymać.
Teriana słyszała, jak legioniści za jej plecami się poruszają, ale nie miała odwagi obejrzeć się za siebie.
- Serwiuszu. - Głos Marka brzmiał spokojnie. - Stój.
Mężczyźni z tyłu znieruchomieli. Choć znajdowali się blisko, nic nie mogliby poradzić, gdyby Ereni stwierdziła, że pragnie śmierci ich dowódcy.
Teriana uniosła ręce i zrobiła ostrożny krok do przodu, aż spojrzenie cesarzowej kazało jej się zatrzymać.
- Ereni, proszę, nie rób tego. Wiem, że jesteś pełna wściekłości, i rozumiem dlaczego, ale zabicie go nie jest rozwiązaniem. Odłóż miecz i negocjujmy.
- Czemu nie jestem zaskoczona, że spróbowałabyś negocjować w sprawie życia tego złodzieja?
- Złodzieja?
W głosie Marka brzmiała złość, pierwsze uczucie, jakie okazał po sobie w czasie tego przeklętego spotkania. Poderwał się na równe nogi i jedynie to, że Ereni cofnęła miecz, uchroniło go przed przecięciem tętnicy szyjnej. Oparł dłonie na stole, pochylił się. A choć deszcz uderzał w płótno nad ich głowami, Teriana słyszała jedynie kapanie jego krwi na papiery.
- Pozwól, że przypomnę wam, iż nie mielibyście niczego, gdyby nie moi żołnierze. Że gdybyśmy nie przybili do waszych brzegów i nie zaproponowali wam sojuszu, wszystko to - wskazał na skarby - wciąż zbierałoby kurz w pałacu Urcona.
- Nie potrzebowaliśmy was, żeby pokonać Urcona - warknęła Ereni, ale Teriana nie przegapiła tego, że cesarzowa przenosiła wzrok na stół za każdym razem, kiedy na papiery spadała kropla krwi.
- A jednak chętnie nas wykorzystaliście, żeby osiągnąć to szybciej. - Marek przechylił głowę. - Z desperacji? Ze strachu? Z chciwości? - Zaśmiał się, ale ten dźwięk tak bardzo różnił się od tego, co Teriana znała, że przeszedł ją dreszcz. - A może dlatego, że było wam łatwiej pozwolić, by to moi ludzie ponieśli ryzyko, podczas gdy planowaliście, by to wasi ludzie wzięli sobie całą nagrodę.
Jeden z cesarzy poderwał się na równe nogi.
- Masz czelność, chłopcze...
- Siadaj.
Choć cesarz był doświadczonym wojownikiem, jego opalona skóra pobladła, gdy napotkał spojrzenie Marka.
Kap.
Mężczyzna usiadł, mimo że Ereni wciąż stała i nadal trzymała w dłoniach nagie ostrze.
- Od kiedy przybiliśmy do waszych brzegów - mówił dalej Marek - moi ludzie walczyli w obronie waszych ziem i waszych poddanych przed Urconem i jego napaściami. Krwawili, by osiągnąć pokój, którego pragnęliście. Choć patrząc z perspektywy, zastanawiam się, czy wasze cele naprawdę były takie wzniosłe. - Znacząco przeniósł spojrzenie na skarby, po czym znów spojrzał w twarz Ereni.
Kap.
- Pozwól mi przypomnieć, że ty również pragnąłeś pokoju. Że chciałeś zapewnić spokój na naszych wybrzeżach, by umożliwić handel ze swoim Imperium. Ty również możesz wiele na tym zyskać.
- Pragnę pokoju w Arinoqui. - Marek powoli przesuwał wzrokiem po cesarzach. - A jednak nie czuję, że go mam.
Teriana słyszała szum krwi w uszach i czuła ściskanie w piersiach, gdy napięcie wśród zgromadzonych wzrosło dziesięciokrotnie, a atmosfera stała się tak gęsta, że trudno było oddychać. Teraz zrozumiała, dlaczego Marek wybrał na spotkanie to miejsce, w otoczeniu śmierdzących, tlących się stert trupów tych, których zarżnęły jego legiony. Dlaczego stali na ziemi przesiąkniętej krwią.
Kilkoro cesarzy spojrzało w stronę odległej linii drzew. Teriana wiedziała, czego szukają, bo rozglądała się za tym samym. Poruszenia. Oznaki, że to pułapka, by ściągnąć przywódców klanów w jedno miejsce i zabić ich wszystkich.
W obozie w Aracam nie widziała śladów mobilizacji Trzydziestego Siódmego, ale aż za dobrze wiedziała, jak szybko mogło się to zmienić. Że tysiące mężczyzn mogły stać poza zasięgiem ich wzroku na równinie za granią, czekając na rozkaz ataku.
I cesarze też to wiedzieli.
- Zgodnie z waszymi zwyczajami jako sojusznicy, którzy walczyli u waszego boku na równi z wami, mamy prawo do udziału w bogactwach pokonanego. Zgodnie z waszymi prawami suma, do jakiej mamy prawo, jest zależna od liczb. Skoro stoicie tutaj i mówicie, że jest inaczej, świadczy to o tym, że nie tylko nie uważacie nas za swoich sojuszników, ale też że uznajecie życie dwustu trzydziestu trzech braci, których utraciłem w tej walce, za bezwartościowe.
Kap.
Nikt się nie odzywał. Nikt nawet nie oddychał. Cesarz, który się sprzeciwił, odkaszlnął.
- Może się pospieszyliśmy. Ereni, usiądź. Negocjujmy, byśmy mogli pozostać przyjaciółmi.
Ani Marek, ani cesarzowa się nie poruszyli, na stole między nimi zbierała się krew.
"Siadaj - chciała krzyknąć do Marka. - Nie bądź taki!"
Wydawało się, że pojedynek woli doszedł do pata, kiedy nagle Ereni schowała miecz i usiadła. Marek zaczekał jeszcze uderzenie serca, po czym usiadł, ukazując szyję zalaną krwią. Częściowo martwiła się jego raną, a częściowo miała ochotę go spoliczkować, bo to wszystko mogło pójść inaczej.
- Jaką kwotę bylibyście skłonni zaakceptować jako rekompensatę? - spytała chłodno Ereni.
- Potraktowalibyście nas jako najemników? - Marek prychnął z obrzydzeniem. - Jesteśmy legionami Imperium Celendoru. Nie najmujemy się. A ty, Ereni, powinnaś być za to wdzięczna, bo inaczej byłabyś moją wielką dłużniczką.
Teriana zamknęła oczy i z trudem zapanowała nad sobą, gdy uświadomiła sobie jego strategię. Legiony płaciły za wszystko, co brały w czasie pobytu tutaj, nie miały żadnych długów, a jednocześnie pracowały dla klanu Ereni, nie żądając zapłaty. Arinoquianie nie mogli nie uznać ich za sojuszników idealnych.
Czy wiedział, że ta chwila nadejdzie?
Czy to zaplanował?
I co by zrobił, gdyby Arinoquianie nie uznali go za sojusznika, a on odmawiał potraktowania go jako najemnika?
Ten pat musiał się zakończyć rozlewem krwi, gdyby jedno z nich nie ustąpiło, a instynkt podpowiadał Terianie, że Marek nie zamierzał się wycofać. Mina Ereni świadczyła o tym, że ona też nie.
Kap.