Pozłacany róg. Tom II - Doda Około-Kułak

Kup ebooka

29.00 zł
23.19 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Eliza otworzyła oczy ze świadomością, że ma za sobą daleką, męczącą drogę długiej choroby, w której miewała chwile przytomności i zapaści, słyszała zdyszane głosy pełne niepokoju, trwogi, nadziei. Nie musiała się zastanawiać, gdzie jest - świadomość, że znajduje się w rodzinnym domu swojej, matki trwała w niej cały czas i niosła otuchę. Pamiętała, jak dotarły tu z Martą pewnego marcowego wieczora, jak dawno temu? Nie wiedziała. I że nazajutrz była zbyt słaba, żeby wstać z łóżka. Teraz przebudziła się z pełnego koszmarów snu i była zdrowa, wiedziała o tym, czuła to. Leniwie rozglądała się po pokoju - staromodne biurko, szafa, wyściełane krzesło, prymitywna umywalnia z porcelanową miednicą i dzbanem, pod nią nachtop. Była sama. To dziwne - dotąd w jej pokoju zawsze ktoś był, i w dzień, i w nocy. Przez zaciągnięte portiery przebijał wyraźnie słoneczny blask. Okno nie było daleko. Uniosła się z wysiłkiem i sięgnęła do zasłony. Jej oczy poraziła biel za oknem. Puściła zasłonę i opadła z powrotem na poduszki. Śnieg? To chyba niemożliwe...

Do pokoju weszła służąca z naręczem bielizny. Podeszła do komody i wysunęła szufladę.

- Co to, Ludko, za oknem? Śnieg?

Dziewczyna odwróciła się zaskoczona. Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem.

- Gdzie tam śnieg, panienko. - Podeszła do okna i odchyliła ostrożnie portierę. - To sady płoszowskie kwitną.

- Sady... Muszę to zobaczyć! Pomóż mi wstać.

Ludka była natychmiast przy niej, przestraszona.

- Nie wolno, panienko! Doktor nie pozwolił wstawać...

Ale Elza już siedziała, już opuściła stopy na podłogę. Ludka pochwyciła ją za ramiona i przytrzymała.

- Panienko! Ja proszę... Obiją mnie!

- Za cóż ciebie? Mnie najwyżej. - Była jednak zbyt słaba, by pokonać opór służącej. - No dobrze. Daj poduszek, stąd sobie popatrzę.

Podparta poduszkami chwilę trwała oślepiona nagłym blaskiem odsłoniętego okna, potem z wolna kontury obrazu zaczęły się wyostrzać. Zobaczyła gałęzie oblepione bielą jak śniegiem i złoto-błękitne niebo. Tylko tyle. Ludka, która stała przy oknie, widziała więcej.

- Jakby lawina między tymi wzgórzami ku rzece idzie - rzekła i opuściła zasłonę. - Już więcej nie wolno, panienko. Doktor kazał okno zakryte trzymać.

Elza zamknęła oczy. Świetlisty obraz pod powiekami trwał. Jasne, niebieskie krainy... Miałaś rację, Marto.

*

Elza była oczarowana urodą okolicy. Kiedy wyszła z Ukleją na pierwszy spacer, sady stały jeszcze w rozkwicie, choć ze śliw i wiśni wiatr zwiewał już białe tumany i ogarniał ich nimi jak śniegiem. Nad pagórkami i lasami trwała wielka, dzwoniąca cisza, mącona tylko delikatnym brzęczeniem pszczół, świergotem ptaków i daleką grą bystrej wody Białej na kamieniach. Powietrze miało zapach nasyconych słońcem sadów i łąk. Szli w poprzek łagodnego stoku, aż do miejsca, gdzie załamywał się, tworząc rozległą dolinę otoczoną od zachodu bukowym lasem. Rozciągał się stąd szeroki widok na dolinę Białej, pobliski Płoszów, a dalej na osnute mgiełką wieże kościoła i klasztoru w Głuchowie. Elza wdrapała się na skraj kamiennego fundamentu i patrzyła zachłannie. Niejednokrotnie później się zastanawiała, czy stryj umyślnie ją tu przyprowadził? Ukleja przysiadł obok.

- Te lasy nasze, stryju?

- Nasze, Elżuniu.

- A tamte?

- Dawniej płoszowskie, teraz do kamieńskiego ordynata się należą. Twój dziad sprzedał w czterdziestym piątym.

- Szkoda.

- I tak Płoszów największy w okolicy. Stamtąd granica za tymi lasami, potem do wsi się zawraca i idzie do rzeki. Dalej nad rzeką w górę, z wyjęciem upłazu, aż do traktu i tamtych lasów. To wszystko w jednym cale. Jest jeszcze ze czterysta mórg rozrzuconych we dwa folwarki, te puszczone w dzierżawę. Są u mnie w kancelarii plany, jak Elżunia ma życzenie, może obejrzeć.

- A tamta wioska?

- To Mierszówka Żaryńskich. Nędzna wioszczyna, ale dwór pański, cztery kolumny w ganku. Tam dalej poczyna się Łąkta, dawniej państwa Piszczatów, po rabacji przez Kamieńską zakupiona. Budynki ze szczętem spalone były, ona odbudowała i w dzierżawę puszcza.

- A tam?

- To Wierpsze. - Ukleja westchnął ciężko, jakby jakieś przykre wspomnienie wiązało się z tym miejscem. - Niejaki Błażewski tam gospodarzy od dwunastu lat. I kiepsko gospodarzy, bo długów ma więcej, niż mu włosów na głowie zostało.

Elza zeskoczyła z fundamentu i przysiadła obok Uklei.

- Muszę to wszystko obejrzeć w planach, a potem objechać. Ty, stryju, konia dosiadasz?

- A jakże. Bez tego nie mógłbym pracować. Tu bryczka często nieużyteczna, z powodu stromizny.

- Więc pojedziemy razem. W poniedziałek.

- Nie za wcześnie to? Jeszcześ nie ze wszystkim zdrowa.

- Zdrowa, zdrowa. - Elza podniosła się i przyjrzała fundamentowi. - A to co, stryju? Dom tu kiedyś stał, czy co?

Ukleja położył dłoń na kamieniach.

- Tu dwór dla ciebie miał stanąć.

- Dla mnie? - zdumiała się. - Jak to: dla mnie...

- Ano - dla ciebie. Pamiętasz, jak byłaś z matką w Płoszowie?

- Tak...

- Kiedyście tylko odjechały, Hieronim, znaczy się twój dziad, powiada: "Pytałem Elżuni, jak jej się dwór płoszowski podoba, a ona, że stary i ciemny. Trzeba, Piotrusiu, nowy dwór zbudować. Długośmy łazili, szukając miejsca, aż tu przyszliśmy. Widok szeroki, z tyłu góra osłania to miejsce od wiatrów, a na stoku ogród założyć można. Tu będzie dobrze". Sprowadził budowniczych z Krakowa, oni sporządzili piękne plany budowli i położyli fundament.

Westchnął ciężko i umilkł.

- I co?

- Ano, nie zdążył. Wiosną szlag go z jasnego nieba trafił. Pojechałem do Wiednia twojemu ojcu sprawy majątkowe zdać, a on kazał mi dalej Płoszów trzymać i do doktora Bleiberga składać raporty. To i robię, jak kazał.

- A dwór?

- No cóż... Fräulein Elise ma już wiele domów, powiada, i jeszcze jeden jej niepotrzebny. Tak się to skończyło.

Elza miała ochotę zapłakać. Pamiętała dobrze swojego dziadka, jego potężną postać, szare, łagodne spojrzenie, głęboki głos... Kochał ją, kochał ją cały czas, chciał dla niej zbudować dom... I nie zdążył. A ona nic o tym nie wiedziała...

- Zbudujemy ten dwór, stryju - powiedziała przez ściśnięte gardło.

*

Plany były staranne, dokładne. Kartony, przez wiele lat zwinięte w rulon, nie chciały leżeć płasko, trzeba było przycisnąć brzegi książkami. Elza spędziła nad nimi cały dzień, oglądając je i popłakując na przemian. Ukazywał się na tych arkuszach obszerny dwór, z oficyną i ogrodem zimowym, parterowy, z łamanym polskim dachem, regularnie pociętym mansardami. Kreślarz precyzyjnie wyrysował dachówki, ościeżnice i szprosy w elewacjach, pochyłym ozdobnym pismem opisał każde pomieszczenie na rzutach. Była więc duża sień w samym środku, ze schodami na piętro, salon zajmujący cały południowy narożnik, jadalnia, biblioteka, a po drugiej stronie sieni palarnia, gabinet, kancelarie. Piętro pod dachem mieściło sześć pokojów sypialnych i dwa kąpielowe. Kuchnie i kredensy zajmowały parter oficyny, nad nimi zaś mieszkania służby i oficjalistów, z osobnym gankiem.

Budowla, stateczna i rozłożysta, miała w sobie ciężkawą urodę dobrze wyważonych proporcji. Elza uznała, że jest piękna, i niczego w planach zmieniać nie trzeba. Wezwany przez Ukleję pan Tomasz Weintraub przybył do Płoszowa bez zwłoki. Jego semicki nos podpowiedział mu, że to zlecenie będzie prawdziwą gratką. Nie był już nieśmiałym i przestraszonym uczniem swojego mistrza. W ciągu czternastu lat praktyki w zawodzie usamodzielnił się, założył własną firmę, przystąpił do intratnej spółki dzierżawiącej dużą cegielnię. Nabrał doświadczenia, pewności siebie, a nawet nie można mu było odmówić pewnej elegancji. Był teraz kimś i był tego świadomy - rozmawiając w kancelarii z Ukleją, założył swobodnie nogę na nogę. Ludka z szacunkiem umieściła jego szary cylinder na jelenich rogach służących od wieków w sieni za wieszadło.

- Bardzo podobają mi się plany dworu i akceptuję je do wykonania bez żadnych zmian - rzekła Elza, po przywitaniu się z obu panami. - Jedną mam tylko prośbę: żebyś mi pan uczynił w oknach szerokie parapety, bo mam zwyczaj na nich siadywać.

- Parapety... - powtórzył pan Tomasz, nieco zdezorientowany. - To bez żadnej trudności, panno baronówno... Kiedy życzy pani rozpocząć prace?

- Od razu. Masz pan teraz jakie zobowiązania?

- Nie... To jest tak, kilka prac, ale stąd je mogę prowadzić, bywając przy nich raz, dwa razy w miesiącu.

- Jak prędko dwór stanie?

- O... to zależy. Przede wszystkim od nakładów. Nie wiem, czy się pani orientujesz, że kosztorys uczyniony czternaście lat temu nie może być aktualny. Mam na myśli podrożenie materiałów i robocizny. Ja to wprędce poprawię, ale już przyjąć można, że się koszt zwiększy o piętnaście do dwudziestu procentów.

- O to się pan nie kłopocz. Wskażesz mi swój bank i kredyt się tam we dwa tygodnie otworzy. Mój radca finansowy prosi, żebyś pan dla niego kopie faktur po niemiecku sporządzał... czy to kłopot?

- Żaden. Ja zwykle z usług towarzystwa kredytowego pana Bochenka korzystam.

Weintraub wyszedł nieco oszołomiony. Zaproszono go wprawdzie na nocleg, ale podziękował. Chciał jeszcze obejrzeć fundament i wrócić do Krakowa, by zabrać się do dzieła, zanim się obudzi. Gdyby nie to, że otrzymawszy wezwanie od Uklei, zasięgnął pośpiesznie informacji o majątku baronówny, nie uwierzyłby. Ale wiedział, wiedział na pewno, że to prawda.

*

Przybycie obu pań wzbudziło w całej okolicy zrozumiałe zaciekawienie, ożywiło obywatelstwo nadzieją na nowe stosunki towarzyskie. Nikt nie znał dokładnie wielkości posagu Elizy von Bruhn, wiedziano tylko, że jest to liczba "bajeczna". Jedynymi osobami znającymi ją w przybliżeniu byli mecenas Szczepiński i hrabina, ale Szczepiński, zagadywany w swej kancelarii, odpowiadał enigmatycznie: niemało, niemało... A hrabiny nikt nie śmiałby zapytać. Zresztą nie byłoby jak, bo nie opuszczała od dawna pałacu, a z bliska widywali ją tylko zarządca Madeyski i proboszcz. Równe zaciekawienie wzbudzała osoba Marty. Wiedziano powszechnie, że to ona ocaliła życie hrabiemu w styczniowej potrzebie, a później pozostawała z nim w grzesznym związku. Nie było pewne, czy nowe mieszkanki Płoszowa złożą pierwsze sąsiedzkie wizyty, a przynajmniej trudno byłoby się tego doczekać. Państwo Błażewscy, którzy prócz krociowych długów mieli trzydziestoletniego syna w stanie kawalerskim, za nic nie pozwoliliby uprzedzić się, i złożyli wizytę w Płoszowie na pierwszą wieść, że baronówna wstała po chorobie. Elza przyjęła ich gościnnie i serdecznie. Chciała utrzymywać dobre stosunki z wszystkimi sąsiadami. Ku jej rozczarowaniu Błażewscy nie znali jej dziadka, gdyż osiedli w okolicy już po jego śmierci. Uroczyście zapowiedzieli przyjazd swojego syna na letnie wakacje.

- Jerzyk przebywa stale we Lwowie, gdzie piastuje posadę przy Sejmie Krajowym. - Rozpływali się nad ogładą i wykształceniem jedynaka, a Ukleja mrugał chytrze do Elżuni.

- Czy co dobrego może się wziąć z Wierpszów? - rzekł zagadkowo, gdy Elza po odjeździe gości zapytała go o owego Jerzyka.

- Niech sobie Elżunia nim głowy nie zawraca, bo się rozczaruje.

Oboje Błażewscy byli zresztą dość ograniczeni, co Elza mogła zauważyć już przy powitaniu.

- Zapewne państwo Żaryńscy złożą wkrótce uszanowanie wybawicielce swego krewnego i dobrodzieja - rzekła, krygując się, Błażewska do Marty.

- Ależ duby smalone, moja duszko - sprostował Błażewski. - Oni by chętnie hrabiego na marach widzieli. Hrabia jedynak, a oni najbliżsi spadkobiercy - dodał wyjaśniająco.

Do Szczepińskich Elza wybrała się z Martą następnego dnia. Nie chciała stwarzać wrażenia, że czeka na ich wizytę, poza tym znała ich przecież osobiście. Szczepińscy już dawno przeprowadzili się z wynajętego mieszkania do własnego domu położonego na peryferiach Głuchowa, czyli pięć minut piechotą z rynku. Po stoczeniu krótkiej, ale bardzo głośnej batalii z kompletnie głuchą służącą, dostały się do środka.

- Panna Elżunia! Pani pułkownikowa! Co za radość! Proszę wybaczyć Anielci, ona głucha jak pień.

Szczepińska wprowadziła je do jadalni, gdzie rejent w obszernym fotelu drzemał nad gazetą. Na widok gości odłożył gazetę i wstał.

- Elżunia - ucieszył się. Poznał ją od razu, była żywym portretem swojej babki Eleonory.

- Nie wiem, czy dobrze, że pannę baronównę Elżunią tytułujesz, Władziu. To już nie ta dziewczynka w sukience do kolan.

- Taki już stary jestem, Helciu, że i to mnie wypada. - Szczepiński należał do gatunku tych chytrych staruszków, którzy chętnie robią użytek z przywilejów podeszłego wieku.

Wyszli wszyscy do małego ogródka, gdzie kwitło mnóstwo wiosennych kwiatów, a pośrodku okrągłego klombu królowała w drewnianej donicy kolczasta agawa.

- Dziwne i niewiarygodne plotki nas tu o tobie, Elżuniu, dochodziły. Czy to prawda, żeś wyższe studia odbywała?

- Tak. Trzy lata studiowałam europejską literaturę w Akademii w Lozannie.

- To znaczy tam się kobietom zezwala na studia?

- Oczywiście.

- Ale chyba nie tyczy się to prawa czy medycyny?

- Owszem, tak.

- Coś podobnego... - Szczepiński był poruszony. - To musi być nie lada dziwo - baba doktor czy baba rejent. Za nic nie chciałbym takiej spotkać!

- Już tobie to, Władziu, nie grozi. - Szczepińska uśmiechnęła się i wrzasnęła niespodziewanie głosem sierżanta artylerii: - Zaparz herbaty, Anielciu!

Elza i Marta omal nie spadły z krzeseł, Szczepińska zaś ciągnęła dalej cichym, kulturalnym głosem:

- Są przecie i dobre strony podeszłego wieku, ot choćby to, że się nie dożyje upowszechnienia tych wszystkich nowomodnych wynalazków.

Szczepiński był dla Elzy prawdziwą kopalnią informacji na temat jej dziadka Hieronima, dziejów okolicy, jej dawnych i obecnych mieszkańców. Nie tylko siedział tu od czterdziestego siódmego roku, ale również spędził dzieciństwo w domu stryjostwa. Miał wyborną pamięć, był inteligentny i uszczypliwy. Z racji pełnionego urzędu notariusza znał wszystkich i wiedział wszystko; obecność młodych dam dodała mu polotu i werwy.

Z wolna w umyśle Elzy kształtował się obraz tej ziemi, tak pięknej i tak niewdzięcznej. Szczepiński uświadomił jej, jaką tragedią dla okolicy były wypadki czterdziestego szóstego roku i jak haniebną rolę odegrali w nich Austriacy. Elza nie miała dotąd pojęcia o rabacji - podręczniki historii zbywały ten żenujący incydent krótko i stronniczo. Kiedy rejent opowiedział dowcip o głowie swojego stryja, Elza, zamiast śmiać się, zbladła, i Helcia Szczepińska szybko zmieniła temat. Ale Elza nie chciała już słuchać o niczym innym. Zdawała sobie sprawę, że z punktu widzenia polityki wielkiego mocarstwa ta sprawa była tylko incydentem, konsekwencją rebelii peryferyjnej prowincji. Słuchając Szczepińskiego, pomyślała dokładnie to samo, co jej dziadek Hieronim dwadzieścia siedem lat temu: czy Austria nie miała dość własnej siły i musiała uciekać się do demoralizowania plebsu? Wstyd...

- Piszczatowie z początku podnieśli się - mówił Szczepiński - bo primo, rodzina w tym czasie była we Lwowie, secundo, krestencję z dawna mieli wyprzedaną, tertio, hołota ich nie spaliła, kontentując się rabunkiem. Sąsiedzi dobrzy, a wśród nich twój dziadek pieniędzmi i inwentarzem ich wspomogli. Cóż z tego, skoro na jesieni własne chłopstwo puściło ich z dymem. Poszli na los do krewnych pod Jasło i do dziś po dzierżawach się tułają. Ale ostatnio bywa u mnie zięć Piszczatów, pan Straba, który o dzierżawę Łąkty się ubiega.

- Więc będzie naszym sąsiadem?

- Wątpię. Kaucja za Łąktę naznaczona wysoka, a hrabina twarda jak głaz, nic upuścić nie chce. Będzie się musiał za czymś mniejszym oglądać.

- Hrabina? Kamieńska? - spytała zaciekawiona Marta.

- Tak jest. Po rabacji kupiła Łąktę i w dzierżawę puszcza.

- Czy to jej własny majątek?

- Nie, do substancji hrabiego się należy. Ale ona Madeyskim, to jest plenipotentem hrabiego, jak chce, obraca i w terrorze go trzyma. Już on bez jej błogosławieństwa o niczym stanowić nie śmie. Zresztą Łąkta swoje warta, budynki w czterdziestym dziewiątym stawione od nowa.

Ciężki los dawnych sąsiadów Płoszowa poruszył obie panie. Ukleja, zagadnięty na ten temat, opisał im straszny pożar, którego był naocznym świadkiem.

- Nie było jak ratować, Elżuniu. Budynki drewniane gorzały jeden za drugim. Trochę sprzętów zaledwie zdołaliśmy wynieść, a hołota w tym czasie dzieliła się w sadzie jabłkami. Tak było - zakończył z westchnieniem.

Elza źle spała tej nocy, a rankiem stawiła się w kancelarii Szczepińskiego.

- Proszę pana Strabę zawiadomić, że ja mu pieniędzy na kaucję pożyczę - rzekła stanowczo.

Szczepiński się zdumiał.

- Ty, Elżuniu? Dlaczego?

- Bo wiem, że gdyby mój dziadek żył i miał pieniądze, toby mu pożyczył.

Nie wspomniała o dziwnym przekonaniu, że ona sama, jako wierna poddana cesarza, córka jego wysokiego urzędnika, czuje się współwinna nieszczęściu okolicy. To było śmieszne - przecież kiedy to się stało, jej jeszcze nie było na świecie, a ojciec zajmował mało znaczące stanowisko w służbie zagranicznej... Ale naprawdę tak to czuła.

- Jeszcze jedną mam sprawę, panie Władysławie, gdzie liczę na pańską pomoc. Jest w naszych gruntach taki plac... miejsce, stryj nazywa je upłazem. Są tam dwie włościańskie zagrody, które rzeka niemal rok w rok znosi. Chcę tym włościanom wymienić grunty.

- Jak to, wymienić?

- Dać im wyżej tyle, ile tu mają, a w zamian przyszyć upłaz do majątku. Jużeśmy ze stryjem miejsce wybrali, wysoko pod lasem, bardzo ładne.

- Hm... bardzo pięknie. Ale czy oni się zgodzą? Co pan Piotr o tym myśli?

- Stryj nic nie mówi... Ale czemu by się mieli nie zgodzić? Przecie to korzyść dla nich.

- O ile wiem, pomoc ze dworu mają przy powodzi.

- Tak. Mój dziadek dawał im zawsze pomoc i budulec, i tak zostało. Ale po co co rok byle jak klecić, skoro można to zrobić raz i dobrze?

- Niby racja. No cóż, spróbować można, czemu nie? - mruknął bez przekonania.

- Ja tu trudności żadnej nie widzę, panie Władysławie.

Szczepiński widział, ale zmilczał. Ho, ho - pomyślał - zanosi się na rewolucję w okolicy. Hrabinie zrzednie mina, kiedy się dowie, że są jeszcze dobrzy sąsiedzi, którzy Strabie pieniędzy na kaucję pożyczą. Nie było na razie innych chętnych na dzierżawę i Łąkta od jesieni stała pustką, mimo to stara była nieugięta. Szczepiński pertraktował z Madeyskim od listopada, ale bez skutku. Początkowo sądził, że im bliżej wiosennych zasiewów, tym łatwiej hrabina ustąpi, ale nic z tego. Zasiała sama i podwyższyła kaucję. Żydzi kusili pożyczką, Szczepiński odradzał, Straba, mimo nacisku swej żony, która chciała powrócić do rodzinnego majątku, odstąpił. Stanął w Tarnowie i rozglądał się za inną dzierżawą. Szczepiński napisał do niego natychmiast po wyjściu Elzy.

*

Marta bardzo opóźniła się w korespondencji. Początkowo zajęta była pielęgnowaniem chorej przyjaciółki, później pochłonęły ją całkowicie sprawy domowe. Kawalerskie gospodarstwo Uklei, zaniedbane od lat, stanowiło wymarzone pole dla jej długo uśpionej aktywności. Wieczorami była zmęczona, za to dom nabierał zupełnie nowego wyglądu. Najtrafniej byłoby go przyrównać do psa podwórzowego, którego raptem wykąpano i wyczesano - piękny, lśniący i trochę nieswój. Ale teraz już koniecznie trzeba napisać do Krzysztofa, prócz mnóstwa ciekawych spostrzeżeń musi przekazać mu pilną prośbę...

Od swego przyjazdu do Płoszowa Marta zaczęła podejrzewać, że historia opisana przez Kamieńskiego w jego powieści łączy się z domem Śmiłowiczów, ostatnio zaś nabrała co do tego pewności. Potwierdzały to dziesiątki szczegółów i dawnych zdarzeń, o których na żądanie Elzy szeroko opowiadali Szczepiński i Ukleja. Teraz dopiero Marta zdała sobie sprawę, jak bardzo ta historia była prawdziwa, jak dalece musi się odsłonić ten, który pisze... Gdyby ta powieść została wydana, wielu żyjących odnalazłoby w niej swoje portrety: Ukleja, hrabina, proboszcz, Szczepiński. Wielu rozpoznałoby portrety tych, którzy już odeszli: rejenta, barona, Teodory. Nawet Elza została tam sportretowana - jako mała, tłusta dziewczynka.

Marta nie znała zakończenia powieści. Kamieński o tym nie wspominał, a ona nie pytała. Wiedziała tylko, że próba jej wydania nie powiodła się. Ciekawe, co on zrobił z rękopisem? Zachował czy spalił? Wiedziała, że jest człowiekiem gwałtownym, więc bardziej prawdopodobne, że spalił go lub wyrzucił.

Ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę!

Do pokoju weszła Ludka.

- Tyle razy mówiłam ci, że pukać nie trzeba!

- Przepraszam, pani pułkownikowo. Przyjechał pan Madeyski do pani. W pokoju czeka.

- Dobrze, już idę.

Madeyski stał przy oknie. Był średniego wzrostu, przysadzisty, z jasnym, obfitym wąsem. Wymienili ukłony i nazwiska.

- Przybywam od pani hrabiny Kamieńskiej - wyjaśnił i podał Marcie kopertę.

- Proszę siadać. Może co do picia?

- Dziękuję, pani pułkownikowo. Śpieszno mi wracać do pracy.

Marta skinęła głową i otworzyła list. Hrabina pisała po swojemu, krótko, rozkazująco: "Czekam na panią. Proszę się zabrać z Madeyskim. Kamieńska".

Jeżeli Marta była zaskoczona, to nie tym, że hrabina ją wzywa, ale formą zaproszenia. Od początku obawiała się, że hrabina ją zaprosi, a ponieważ nie chciała wcale jej poznać, zastanawiała się nad dopuszczalną formą odmowy. Ten świstek był wystarczająco niegrzeczny, by Marta mogła odmówić.

- Proszę powiedzieć hrabinie, że dziękuję za zaproszenie, ale do Kamienia się nie wybieram.

Madeyski nie zrozumiał.

- Jak to? Hrabina kazała mi panią do pałacu przywieźć...

- Odmawiam, panie Madeyski. To chyba jasne?

- Ależ pani pułkownikowo... Tak nie można! Jej się nie odmawia! - Był wyraźnie zakłopotany.

- Znasz pan lepiej ode mnie swoją dobrodziejkę - odrzekła rozdrażniona Marta. - Możesz się pan domyślić, że ten list nie prośbę zawiera, a rozkaz. A ja się pod jurysdykcję pani hrabiny nie liczę.

- Jezus Maria... Co ja jej powiem? - Madeyski, przestraszony, szarpał bezwiednie wąsa.

- Że odmówiłam. Co tu kombinować?

- Może pani pułkownikowa choć słowo przeproszenia napisze?

Marta patrzyła na niego ze współczuciem. Kiedy Krzysztof opowiadał jej o swojej matce, często nie wierzyła, była pewna, że urażony i rozżalony przesadza. Teraz uwierzyła we wszystko.

- Nie, panie. Musiałabym jej odpisać w podobnym tonie, a moje wychowanie nie pozwala mi być niegrzeczną wobec starszej osoby. Żegnam.

Wróciwszy do swego pokoju, Marta zasiadła z powrotem do listu. Spostrzegła, że jej ręka drży. Ze zbyt głęboko umoczonej stalówki spadła na papier kropla atramentu. Marta wysuszyła ją bibułą, odsunęła splamiony arkusz, sięgnęła po czysty i zaczęła starannie przepisywać list swym pięknym, okrągłym pismem pensjonarki.

ROZDZIAŁ II

Miejscem w naturalny sposób ogniskującym życie publiczne okolicy był kościół parafialny w Głuchowie. Tam spotykano się raz w tygodniu, oglądano wzajemnie, wymieniano wiadomości i plotki, narzekano na podatki i złą pogodę - włościanie po mszy porannej, obywatele po sumie. Kościół był murowany, siedemnastowieczny, otoczony wysokim murem obejmującym również cmentarz. Pamiętał lepsze czasy i pobożniejszych kolatorów niż hrabina Kamieńska - mury kruszyły się w wielu miejscach, tynki zżerane wodą z dziurawych rynien odpadały, a dach przeciekał. Ale mimo tych niedostatków budowla zachowała swój majestatyczny barokowy wdzięk, a dzwon, który nie poddał się czasowi, miał piękne, donośne brzmienie. Dziwnym kaprysem budowniczego dzwonnica wystawiona była w koronie muru i zdarzało się czasem w karnawale, że powracająca z hulanki młodzież obywatelska chwytała się sznura, budząc dla facecji dzwonem uśpioną okolicę. Było to przestępstwo karane bardzo srogo: jeżeli księdzu lub kościelnemu udało się rozpoznać któregoś z figlarzy, jego nazwisko padało z ambony na najbliższej sumie.

Oczywiście przybycie nowych parafianek było wydarzeniem doniosłym, i ksiądz Kraska już dawno nie odnotował takiej frekwencji jak w ową niedzielę, kiedy już było wiadomo, że baronówna wstała po chorobie i złożyła pierwsze wizyty. Po odprawieniu mszy ksiądz obszedł kościół, żeby osobiście powitać swoje nowe parafianki.

- Ksiądz już ciebie zna, Elzo - rzekła Marta, widząc zbliżającego się Kraskę. - Kiedyś leżała chora, pan chorąży chciał ciebie za jego protekcją do nieba ekspediować.

Ukleja zdążył tylko rzucić Marcie groźne spojrzenie.

Kraska przywitał się i zabawiał przez chwilę panie, objaśniając nazwiska i koligacje stojących grupkami i przechodzących mimo osób. Przywitali się Błażewscy, Szczepińscy, doktor Leśniewicz przedstawił swoją żonę, przyjął podziękowanie Elzy za opiekę w chorobie i zaproszenie do Płoszowa. Ksiądz przedstawił państwa Łękawskich i ich dwie córki, Łucję i Helenę. Ci mieszkali dość daleko od Płoszowa, mimo to zapowiedzieli się z wizytą.

- Łękawscy mają jeszcze dwóch synów - objaśnił ksiądz, kiedy odeszli. - Bardzo majętna rodzina. Rzadko tu bywają, mają kaplicę u siebie.

Wiedział, że przybyli z ciekawości. Elza z zazdrością odprowadziła wzrokiem postać starszej panny Łękawskiej. Była ona ucieleśnieniem jej ideału kobiecej urody - pulchna, senna, płowowłosa. Państwa Żaryńskich ksiądz nie przedstawił. Przeszli szybko, patrząc bezmyślnie ponad głowami tłumu, jakby się bali, że ktoś ich zaczepi. Oboje tędzy, wystrojeni, z nosami uniesionymi wysoko; Elzie zdali się postaciami z operetki. Żaryński miał na sobie kontusz, jego żona kapelusik o wiele za mały na tak wczesną porę dnia. Tuż za nimi postępowały ich dzieci - siedemnastoletnia Klarcia i dziewiętnastoletni Henryczek. Ci mieliby ochotę zawrzeć znajomość. Uśmiechnęli się i ukłonili niepewnie, ale pod ostrym spojrzeniem ojca poszli dalej, nie zatrzymując się.

- Dziwnie nieprzystępni to ludzie - objaśnił Kraska. - Już nad dwadzieścia lat siedzą w okolicy, a mało z kim choćby się kłaniają.

Marta patrzyła za Żaryńskimi ciekawie, Ukleja zaśmiał się pogardliwie.

- Wiadomo, że na Kamień zęby ostrzą - powiedział. - Nie będą się z byle kim zadawać.

- Hrabia młody jeszcze - odrzekł ksiądz. - Da Bóg, to się obejdą smakiem.

- Amen. - Ukleja nie miał wielu powodów, by lubić tę rodzinę.

- Może ksiądz do nas na obiad pozwoli? - zaprosiła Elza. - Nie wiem, co Marta dziś szykuje, ale zapewniam księdza, że to coś ma wyborny zapach pieczeni.

- Ho, ho! Dziękuję, panno baronówno. Zaproszenie przyjmuję i na później zachowam, bo na dziś już z dawna do klasztoru jestem zaproszony.

- To będziesz ksiądz skakał po kamieniach?

- Ano, przyjdzie zakasać sutanny.

*

Fortepian, który Hieronim nabył trzydzieści lat temu na życzenie Doroty Święckiej, był niemożliwie rozstrojony. Nikt na nim przez owe trzydzieści lat nie grywał. Kiedy Marta uniosła skrzydło i uderzyła w klawisze, wydobył się zeń tuman kurzu i rój zdumionych moli. No tak... Ukleja nie miał pojęcia, skąd wziąć stroiciela, a Marta obawiała się, że instrument trzeba będzie remontować. Ależ to żaden problem! Pani Szczepińska obiecała bezzwłocznie przysłać stroiciela. Zanim fortepian będzie mógł służyć, należało Marcie zapewnić inne rozrywki, i Elza zadbała o to sumiennie.

Marta dosiadła konia odważnie i pewnie. Nie było w jeździe konnej niczego trudnego - tyle razy widziała, jak inni to robią! Koń pod nią wiercił się chwilę w miejscu, a potem zaczął powoli obracać się w lewo. Był to ruch zupełnie wbrew woli Marty. Myślała, że pewnie mu zaraz przejdzie i stanie spokojnie, ale on obracał się i obracał.

- Co mam zrobić?! - zawołała niecierpliwie do Elzy.

- Poluzuj lewą tręzlę i przyciągnij prawą.

Marta poszła za jej radą i koń zaczął teraz obracać się w prawo. Aha... trzeba poluzować prawą tręzlę i przyciągnąć lewą. Zwierzę zatrzymało się i natychmiast zaczęło obracać w lewo. Ze stajen wychynęło kilku parobków i stanęło, trącając się łokciami, a Marta, ku ich uciesze, wirowała to w tę, to z powrotem.

- Nie macie nic do roboty?! - wrzasnęła na nich wściekle.

Zdumiony koń położył po sobie uszy i stanął. Był to stary wałach, któremu na szczęście już dawno wywietrzały ze łba źrebięce figle. Zauważył, że jego towarzysz pod Elzą oddala się, i ruszył za nim rozkolebanym kłusem.

To były dla Marty bardzo trudne chwile. Jej koń od razu zorientował się, że nie ma co na nią liczyć, i powtarzał wszystko za kolegą. Marta stwierdziła, że ona sama tłucze pupą o siodło w sposób niekontrolowany, podczas gdy Elza robi to jakoś płynnie i z mniejszą częstotliwością. To zapewne sprawa sposobu dosiadania - Elza oparta równomiernie na obu nogach znajduje się w wygodniejszej pozycji... Po cóż uparła się przy damskim siodle? Nie poprawi ono i tak jej zszarganej reputacji! Jeszcze w cztery dni później odczuwała skutki tej przejażdżki we wszystkich mięśniach i ścięgnach, jakimi Pan Bóg ją obdarzył.

*

Józiek, powróciwszy z tarnowskiej kolei, zajechał przed ganek frontowy. Nigdy nie ośmieliłby się tego zrobić bez ważnego powodu, najwidoczniej uznał, że taki powód istnieje. Ukleja wyszedł z domu i patrzył zdumiony.

- A to co?

- Cudactwo jakieś, z Widnia do panienki przyjechało - objaśnił Józiek. - Nie wiem, gdzie toto położyć.

Elza wyjrzała zza pleców Uklei.

- Są nareszcie! Postaw tu, koło ganku, i zaraz wypakuj.

Józiek wywlókł toto i oparł o balustradę ganku. Szybko, nie skrywając ciekawości, wyjął kozik, przeciął sznury i odrzuciwszy kartony, aż westchnął z podziwu. Elza podeszła i ujęła pewnie rogatą kierownicę jednego z rowerów. Schyliła się i pokręciła pedałem.

- Chyba nie chcesz, Elżuniu, tego dosiąść? - zaniepokoił się Ukleja.

- To bardzo nowoczesny model, stryju - pouczyła go. - Równe koła, łańcuch drabinkowy. I ma nad koniem tę przewagę, że się nie narowi.

Wyprowadziła rower na środek podwórza, wsiadła nań, uniósłszy halek, i przed zdumionym audytorium zrobiła wolne koło. Byli już wszyscy, parobcy, dziewczyny z kuchni, obaj oficjaliści, Marta, Agnieszka, Ludka... Elza, zadowolona z podziwu, okrążyła raz jeszcze majdan, po czym ruszyła ku bramie. Minęła czworaki i pomknęła ku wysadzie. Było cudownie, tylko... czy aby nie za prędko? Droga opadała łagodnie.

Ukleja przebiegł na drugą stronę ganku i osłonił oczy dłonią. Sukienka Elżuni migała pomiędzy drzewami wysady coraz prędzej...

- Jezus Maria! Łapcie ją! - ryknął. - Wykolei się i zabije!

Ruszyli hurmem. Ale gdzie tam! Elza dojeżdżała już do wsi. Pedały szarpały obszycie jej sukni, stopy wirowały w szaleńczym tempie. Całą przytomność umysłu Elza skupiła na trzymaniu się drogi. Udało jej się przemknąć łagodny zakręt na trakt i zaczęła już trochę wytracać prędkość, gdy raptem zza zakrętu wybiegła wesoło młoda kobyłka pana Żaryńskiego, ciągnąc za sobą bryczkę i samego panicza... Ujrzawszy coś, czego jeszcze nigdy nie widziała, i stwierdziwszy, że to coś pędzi ku niej z szybkością pocisku, stanęła dęba i zarżała przerażona. Rower wykonał podobną akrobację. Przednie koło wpadło w rów, a Elza wywinęła kozła i wylądowała w zagonie świeżo okopanych kartofli. Tkwiła tam oszołomiona, a przed jej nosem wirowało koło roweru.

- Czy pani zdrowa? - Pochylał się nad nią zaniepokojony Henryczek Żaryński - elegancki, pachnący i śliczny, a ona uświadomiła sobie, że jej halki zadarły się stanowczo za wysoko.

- Pojęcia nie mam - rzekła zawstydzona i usiadła, obciągając suknię na kolana. - Ale chyba zdrowa.

- Proszę wybaczyć mojej kobyle - sumitował się, podnosząc ją ostrożnie. - Jeszcze nie widziała nigdy bicykla...

- To moja wina - przyznała uczciwie, próbując otrzepać się z miękkiej, gliniastej ziemi. - Chyba za duży wzięłam rozpęd.

"Pewnie wyglądam jak straszydło" - pomyślała. I rzeczywiście tak było. Suknia poszarpana, twarz i ręce utarzane w ziemi, włosy w nieładzie.

Henryczek podniósł to, co zostało z roweru.

- Nie wiem, czy co z tego jeszcze będzie - powiedział z żalem. - Może tutejszy kowal coś poradzi? Choć pewnie, podobnie jak moja kobyła, jeszcze bicykla nie widział.

Oboje wybuchnęli śmiechem. Henryczek wsadził do swej bryczki pogięty rower, potem przedstawił się ceremonialnie i pomógł Elzie wsiąść. Elza dopiero teraz poczuła, jak mocno pieką ją łokcie. "Pewnie obdarte" - pomyślała, ale nie próbowała ich obejrzeć. Chyba wypada zaprosić Henryczka na podwieczorek?

*

Przybycie pań Przeździeckich zdziwiło Elzę, zmieszało i wprawiło w zakłopotanie. Nie miała pojęcia, kto zacz przybywa i po co, ubogim żydowskim wózkiem. Stryja nie było w pobliżu, by mógł tę nagłą wizytę objaśnić. Zbiegła z kilku stopni ganku i uśmiechnęła się do przybywających. Starsza z pań była drobnej budowy, sztywna, o zaciętych ustach i urażonym spojrzeniu chłodnych, niebieskich oczu, młodsza wysoka, dorodna... właściwie piękna. Obie ubrane schludnie, obie z wysoko podniesionymi głowami. Starsza odprawiła machnięciem ręki Szmulka i odwróciwszy się do Elzy, rzekła wysokim, ostrym głosem:

- Jestem Przeździecka Aleksandra, a to jest moja córka Julia. Przybywamy z polecenia pani Szczepińskiej.

- Eliza Essig - odrzekła i wyciągnęła rękę, ale Przeździecka, jakby nie widząc tego gestu, wyminęła ją i ruszyła na ganek. Za nią podążyła jej córka.

Elza stała chwilę skonsternowana, po czym ruszyła za nimi. Ki diabeł? W pokoju panna Julia zdejmowała z fortepianu wazon z bzem, ściągała serwetę, a pani Przeździecka, rozsiadłszy się w krześle, wyjęła z woreczka robótkę i binokle.

Elza wodziła osłupiałym spojrzeniem od matki do córki.

- To potrwa parę godzin - rzekła Przeździecka. - Nie musi pani dotrzymywać nam towarzystwa.

Teraz dopiero Elza dostrzegła, że panna Julia przyniosła ze sobą spory czarny kuferek. Coś podobnego...

- Pani jest stroicielką fortepianów? - spytała ze zdumieniem.

- Oczywiście - odrzekła matka. - Przecie Helcia Szczepińska musiała pani powiedzieć, że przyjdziemy?

Elza nie mogła zapanować nad śmiechem.

- Obiecała przysłać stroiciela, ale nie mówiła, że to będzie młoda i piękna panna!

- Ha, cóż. Dowcip sobie tedy urządziła i z pani, i z nas. Ale my przywykłyśmy, że się tu z nas bezkarnie urządza dowcipy, prawda, Julko?

- Tak, proszę mamy - mruknęła niechętnie Julia, unosząc skrzydło fortepianu.

Elza od razu pojęła gorycz i szorstkość osób zdeklasowanych. Oto kobiety nawykłe do lepszego życia, do tego, by je szanowano, objeżdżają domy dla zarobku. Tylko że tym razem trafiły na kogoś o demokratycznych poglądach... Szarpnęła taśmę dzwonka.

- Jest bardzo dobre, zimne piwo, a także napój z cytryn i źródlanej wody. Chyba że panie wolą herbatę lub kawę?

Pojawiła się Ludka.

- Napiłabyś się, Julko, zimnego piwa? - spytała Przeździecka córkę.

- O, chętnie...

Piwo, choć zimne, rozpuściło nieco lody. Teraz Elza przypomniała sobie, że stryj mówił kiedyś o tej rodzinie: wdowa i sieroty po powstańcu sześćdziesiątego trzeciego roku. Po stracie majątku przyjechały tu, gdzie daleki krewny dał im mieszkanie. Powinny chodzić w glorii!

- Panny Przeździeckie są dwie? - spytała.

- Trzy. Julka, najstarsza, już dwadzieścia pięć lat sobie liczy, potem Cecylia i Hanusia dwudziestoletnia. Miały jeszcze dwóch braci, ale obu wojna zabrała. Młodsze w pasiece pracują, Julka, że zdążyła odebrać wykształcenie, lekcyj francuskiego i fortepianu udziela progeniturze tutejszych notabli, jako to pan aptekarz, pan przedsiębiorca pogrzebowy, pan poborca podatków, i tam dalej. Nie wiem zgoła, po co aptekarzównom francuska mowa, ale póki płacą, to nie mój interes. Przeszłego roku chcieli naszą Julkę do Stogów wziąć za guwernantkę, ale nie pozwoliłam. Tu, chociaż małomieszczaństwo, ale nas przecie szanują, a tam... Wiadomo, jak pańskie bachory potrafią nauczycielkę sponiewierać, a przy jej urodzie jeszcze więcej jaśnie państwa obawiać by się trzeba.

- Mamo... - jęknęła zaczerwieniona Julia.

- Wiem, co mówię, aniele. Przepraszam, jeśli panią zgorszyłam, panno baronówno.

- Ani trochę - roześmiała się Elza. - Jak to się stało, panno Julio, że się pani wyuczyła tak rzadkiego zawodu?

- Wyuczył ją tutejszy stroiciel, Żyd - odrzekła za córkę Przeździecka. - Stary już był i synów nie miał. Umarł cztery lata temu, zostawiwszy Julce swoje narzędzia i klientelę. To zajęcie z wszystkich najbardziej intratne, o czym się pani na własnej kieszeni przekonasz. Szkoda, że w okolicy tak mało jest fortepianów, a te, co są, niewiele używane. Jeśli tutejsze pannice umieją odrąbać polkę czy krakowiaka, już się mają za muzycznie wykształcone. Oczywiście pani w ich poczet nie wliczam... Pewnie grasz pani pięknie.

- W ogóle nie gram. Jestem słuchu muzycznego pozbawiona zupełnie. Za to moja przyjaciółka, Marta Zdarowiczowa, gra rzeczywiście pięknie. To zresztą nie tylko moja opinia, ale i tych, co się na tym znają. Tu, na tym fortepianie, trzydzieści lat nie grano. Pewnie nie tak łatwo będzie go nastroić.

Julia otarła twarz chusteczką i przysiadła nieśmiało naprzeciw Elzy.

- To racja, panno baronówno. Filce zjedzone ze szczętem... trzeba nowe kleić. Kilka dni to zajmie.

- Ale do soboty da się ukończyć?

- Do soboty... dziś wtorek. Chyba tak.

- Zatem zapraszam na sobotni wieczór. Mając aż dwie wyborne pianistki, urządzimy prawdziwy koncert.

- Nas? Na wieczór? - zdziwiła się chłodno Przeździecka. - Pewnie zbyt krótko pani tu przebywasz, żeby wiedzieć, że nas się na wieczór nie prosi. Co innego dla nastrojenia fortepianu albo dostawy miodu.

- Pani Aleksandro... Przybyłam tu bez żadnych uprzedzeń i nie zamierzam ich nabywać ani obserwować, jeśli są - odrzekła poważnie Elza. - Jeśli pani pozwolisz, dziś jeszcze wybiorę się z Martą do pań, żeby młodsze panny poznać i osobiście zaprosić.

Udało jej się wprawić Przeździecką w zakłopotanie, co nie było łatwe. Po raz pierwszy od lat zapomniała języka.

- Będzie nam bardzo miło, panno Elizo - szepnęła Julia.

- Tak, oczywiście - podjęła szybko Przeździecka. - Bardzo prosimy. No cóż, dziewczęta młode, każdej rozrywce chętne... a wiele jej nie mają.

*

Ksiądz Kraska rzeczywiście dość szybko skorzystał z zaproszenia i już w środę wybrał się do Płoszowa w porze obiadowej. Był ciekaw, ile też prawdy jest w tych wszystkich plotkach, które ostatnio kursują po okolicy. Mógł się na własne oczy przekonać, że rzeczywiście stary dwór lśni czystością, baronówna pali cygaretki, a z Krakowa zjechali budowniczowie. Po obiedzie wszyscy poszli na spacer w stronę budowy i patrzyli z zainteresowaniem, jak robotnicy odkopują fundament i klecą szopę na narzędzia i mieszkanie.

- Ja tę budowę w pięćdziesiątym dziewiątym roku święciłem - rzekł zadowolony.

- Myślisz ksiądz, że to dosyć, czy też trzeba raz jeszcze poświęcić? - spytała z udanym niepokojem Marta.

- A nie zaszkodziłoby, pani pułkownikowo - odrzekł zupełnie serio ksiądz. - Benedictiones numquam nimiae [1].

Podszedł Weintraub przywitać się i ksiądz przyjrzał mu się obcesowo.

- Zmężniałeś pan, panie Tomaszu. Jak tu pierwszy raz przyjechał - zwrócił się do Elzy i Marty - świętej pamięci pan Hieronim myślał, że Bocheński żart sobie urządza. A okazało się, że piękną budowlę wyrysował, i jak przyszedł czas, to wybuduje. Co się odwlecze, to nie uciecze. Szkoda, że pan Hieronim nie dożył.

- Pan Tomasz twierdzi, że do jesieni dwór stanie.

- Jeśli tylko pogoda dopisze, panno baronówno.

- Tedy będziemy się modlić o pogodę - obiecał Kraska.

- No, zobaczymy, co te modły pomogą - westchnął sceptycznie Weintraub.

Ksiądz powrócił z wizyty bardzo zadowolony. Obiad, mimo że powszedni, był doskonały, wino przednie, cygaretki baronówny wyborne, a koniak chorążego znakomity. W klasztorze, gdzie bywał na obiedzie raz w miesiącu, również dobrze dawano jeść, ale wino siostrzyczek to zwykły cienkusz, o cygarze nie ma co marzyć i rozmowa jakaś mdła. Te dwie kobiety, jego nowe parafianki, były jakieś inne od tutejszych niewiast. Ksiądz w prostocie swego umysłu nie umiał tej inności zdefiniować, ale czuł ją dobrze. Pułkownikowa w niczym nie przypominała tutejszych matron, a baronówna panien na wydaniu. Chorążemu posłużyła odmiana, wyprostował się, poweselał. Obietnica baronówny, że dach na kościele każe swym budowniczym przełożyć, trochę jakby na wyrost, ale kto wie? Kto wie? Nowa miotła. Już cztery razy Kraska odgrażał się hrabinie, że o ten dach do Komisji napisze, a ona za każdym razem wpadała w gniew, a potem zapominała o wszystkim. Gdyby jej samej za kołnierz ciekło, to co innego, zaraz kazałaby przełożyć.

Tymczasem nie upłynął tydzień, kiedy pojawiła się w jego ogródku pułkownikowa. Ksiądz plewił właśnie grzędę marchewki.

- Szczęść Boże - rzekła.

- Daj Boże. - Kraska wyprostował się i otarł ręce o sutannę. - Proszę do domu, pani pułkownikowo.

- Nie, dziękuję. Tylko słowo. Co to, ksiądz, osobiście marchewkę plewisz? Nie możesz do tej roboty swoich zbłąkanych owieczek napędzić?

- Już bym tej marchewki nie skosztował - roześmiał się.

- Prosi pan Tomasz, żebyś ksiądz w środę na południe kościół otworzył. Przyjdzie obejrzeć robotę.

- Oho! Widzę, że dla panny Elżuni obiecać i dotrzymać to jedno. A moja kolatorka, hrabina Kamieńska, nasz kościół jak niedochodowy folwark traktuje, wpada w gniew, kiedy coś wymaga nakładów.

- Może jej to nie będzie w smak, jeśli kto inny dach przełoży?

- O, na pewno nie będzie! - zachichotał. - Ale niech tylko burczeć zacznie, zaraz jej powiem: dziesięć lat prosiłem i nie doprosiłem się. Już mi jej humorzyska niestraszne, pani pułkownikowo. Przyzwyczaiłem się.

*

Ujrzawszy z okna swej kancelarii Elżunię wysiadającą z płoszowskiego kocza, Szczepiński westchnął ciężko. Nie miał dla niej dobrych wiadomości.

- Wszystko już było na najlepszej drodze, Elżuniu, nawet kontrakt gotów. - Wyjął z szuflady papiery i położył na biurku. - Aż tu raptem wraca się Madeyski i powiada, że sprawa nieaktualna, bo ona, znaczy się hrabina, za żadne pieniądze panu Strabie Łąkty nie puści.

- Niby czemu...?

- Ba... wszystko moja wina, Elżuniu. Niepotrzebnie wygadałem się Madeyskiemu, że są jeszcze dobrzy sąsiedzi, którzy panu Strabie pieniędzy pożyczą. A ona zaraz się domyśliła, że to ty, bo i kto tu mógłby dziesięć tysięcy gotówką na stół położyć?

- A co to ma do rzeczy, kto?

- Widać ma...

- Nie rozumiem, panie Władysławie! Nie znam tej kobiety, anim ją na oczy widziała. Co ona do mnie może mieć?

- Młoda jesteś, życia nie znasz. Widać jej to kością w gardle stoi, że ktoś w okolicy nad Kamieńskich może urosnąć.

- Ha! To megiera... Wie pan co? Ja panu Strabie i tak pieniędzy pożyczę, jakąkolwiek by wziął dzierżawę.

- Już lepiej zostaw, Elżuniu... Ona przez to gotowa mu i u innych szkodzić.

- Co takiego? O nie, panie Władysławie. Przecie się nie dam tej babie pognębić! - Przebiegła parę razy kancelarię tam i z powrotem. - Wie pan co? Niech Straba majątku do kupna poszuka i zda się na moją pożyczkę. Dam mu dogodne warunki i na pewno nie zlicytuję, jeśli się ze spłatą opóźni!

- Ależ dziecko... Nie bierzże takiego rozpędu! Przecie twój radca finansowy może odmówić.

- Niechby spróbował.

"No, no" - pomyślał Szczepiński. Ale nic nie powiedział. Pożegnał się z Elżunią, po czym zasiadł za biurkiem i sięgnął po papier listowy.

*

Elzę mocno trapiła dysproporcja panien i kawalerów na sobotni wieczór muzyczny - właściwie był tylko jeden kawaler: Ukleja. Chciała zaprosić państwa Błażewskich z przybyłym właśnie Jerzykiem, ale stryj jej to odradził.

- Był czas, że Jerzyk dla Julii głowę stracił, a starzy Przeździeckiej afront uczynili. Lepiej nie, Elżuniu.

Po naradzie z Martą zaprosiła Weintrauba. Był to gest śmiały, z czego Marta zdawała sobie sprawę, Elza mniej. Pan Tomasz we dworze już nie mieszkał, kiedy tylko sklecono barak u budowy przeniósł się tam mimo protestów Elzy i chorążego. Stołował się u nich wprawdzie, ale zwykle zbyt zajęty, by chodzić do dworu, jadał "u siebie", od czasu do czasu bywając w sprawach budowy w kancelarii. Marta nie miała pojęcia, czy pan Tomasz jest ochrzczony i na wszelki wypadek wyeliminowała z jadłospisu wieprzowinę. Nikt z domowników tego nie zauważył, nawet Agnieszka.

Mimo niechęci do niespodziewanego zwierzchnictwa Marty nad kuchnią i całym domem Agnieszka zdawała sobie sprawę, że dużo korzysta. Z przejęciem uczyła się przyrządzać pulardy, pieczenie i zrazy, faszerować podrobami indyki, a jabłkami gęsi. W istocie w ciągu paru miesięcy nauczyła się od Marty więcej niż przez dwadzieścia pięć lat służby we dworze.

Aby urządzić przyjęcie trzeba jednak było wybrać się na zakupy do Głuchowa. Piwniczka płoszowska prócz kilku słojów miodu i antałka swojskiej śliwowicy nie zawierała dosłownie nic. Dla nienawykłej do robienia zakupów Elzy była to prawdziwa frajda. Chodziły wraz z Martą od handlu do handlu, wybierając bakalie, pomarańcze, złociste bajgiełki, ciemne, wilgotne pierniki. Na targu zakupiły kilka par kurcząt.

- Znasz drogę na Kamień? - spytała Marta Jóźka, kiedy już usadowiły się w koczu z pełnymi koszykami.

- A jakże, pani pułkownikowo.

- To jedź.

Elza rzuciła na Martę szybkie spojrzenie, ale się nie odezwała. Czyżby Marta chciała złożyć uszanowanie hrabinie? Jej sprawa, Elza z pewnością nie będzie jej towarzyszyć do pałacu. Ale nie. Po kwadransie Marta uniosła się i, osłoniwszy dłonią oczy, wypatrywała pilnie.

- Musi tu gdzieś być gruba lipa, a na niej kapliczka ze świętym Antonim - rzekła do Jóźka.

- A jest, zaraz tu. - Wskazał batem.

- Zatrzymaj się.

Wzięła Elzę za rękę i poprowadziła ją miedzą ku lasowi.

- Dokąd idziemy?

- Tu niedaleko w lesie jest staw, latem bagienko. O tej porze już powinny kwitnąć kosaćce.

- Byłaś kiedyś tutaj?

- Nie.

Elza szła opornie. W pierwszej chwili chciała zapytać, skąd Marta o tym wie, ale pomyślała, że pewnie od hrabiego.

- To kamieńskie grunta? - upewniła się.

Marta skinęła głową.

- No... jak nas pani hrabina w szkodzie przyłapie...

- Najwyżej leśniczy. Jak się boisz, zaczekaj u kapliczki.

Ale Elza, która nigdy w dzieciństwie nie chadzała na cudze jabłka, raptem poczuła złodziejskie podniecenie. Przedzierała się pośpiesznie za Martą i nie zważając na czepiające się jej sukni długie bicze jeżyn, zwinnie przeskakiwała wykroty.

- Jest - powiedziała Marta, zatrzymując się.

- Och...

To był staw, ale tak gęsto zarośnięty, że wody niemal nie było widać, jedynie lśniące jej pobłyski gdzieniegdzie pośród gęstego szuwaru. I setki, może tysiące płomiennych kwiatów, rozsiewających słodki, korzenny zapach.

- Jeszcze czegoś takiego nie widziałam - wyszeptała oszołomiona Elza. - To aż boli...

- Trzeba zdjąć trzewiki i dobrze zakasać suknie - odrzekła trzeźwo Marta.

Usiadły w trawie, zdjęły trzewiki, zrolowały pończochy.

- Nie potopimy się?

- Nie, bagienko nie wyżej kolan. Tylko nie łam, a wyciągaj od dna.

Pracowały z zapałem, w pośpiechu. Oczywiście suknie bardzo prędko wymknęły się i opadły w błoto, ale nie zważały na to. W końcu Elza stwierdziła, że już więcej kwiatów nie utrzyma - były ciężkie, o grubych, nasiąkniętych wodą łodygach. Dosyć. Ubłocone po pas, z trzewikami w ręku i ogromnymi snopami kosaćców, pognały na przełaj, z powrotem.

- Widział cię kto? - spytała Marta czekającego spokojnie u kapliczki Jóźka.

- Ano, ksiądz jegomość. Akurat do pałacu szedł.

- To źle. Pytał, co tu robisz?

- A jakże, pytał.

- I coś mu powiedział?

- Ano, żem tu przyjechał świętemu Antoniemu podziękować, że mi zgubioną złotówkę odnalazł.

- Toś go ocyganił - zachichotała Marta. - I to grzech podwójny, bo on ksiądz.

- No, to już będzie potrójny, bo mi święty Antoni tej złotówki wcale nie znalazł.

Roześmiały się obie.

- Dostaniesz dwie - obiecała Elza.

*

Przyjęcie wypadło znakomicie, choć tego wieczora miały zajść pewne wypadki, które zrazu zdawały się błahe, później okazały się brzemienne konsekwencjami.

Kiedy Elza i Marta, ubłocone i rozchichotane, wysiadły przed gankiem z kocza, pochłonięte taszczeniem łupów i sprawunków nie zauważyły dużego, płaskiego kosza wypełnionego sadzonkami. Elza chciała już biec umyć się i ogarnąć, kiedy Ludka poprosiła ją, by stawiła się niezwłocznie u pana chorążego. Poszła trochę zdziwiona do kancelarii, upinając po drodze pasma rozburzonych włosów.

- Czy prosiłaś pana Żaryńskiego o sadzonki?

- Sadzonki? - zdumiała się.

- Przed gankiem kosz stoi, nie widziałaś?

- Nie zauważyłam... Przywiózł sadzonki?

- Tak. Róże i azalie. Powiada, że do nowego ogrodu dla ciebie. Prosiłaś go o to?

- Nie... Mówiliśmy o urządzeniu ogrodu przy nowym dworze, ale na pewno go o nic nie prosiłam, stryju. Nie wiem, czemu to zrobił...

- Och, nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, Elżuniu. Młody jest, a ty mu się podobasz. Jedno ci tylko muszę powiedzieć: nie wygląda to dobrze. Kawaler bywa, a dla rodziców za duża fatyga. Już bym mu dzisiaj powiedział, że to nie karczma, żeby sobie tu bywał, kiedy mu przyjdzie ochota... - Ukleja z trudem hamował wybuch złości. - Ale że się zapowiedział drugi raz po południu, zostawiłem na razie. Muszę wpierw wiedzieć, czy go Elżunia do bywania nie zachęca?

- Nie... to jest... nawet mi do głowy nie przyszło, że to coś złego. Nie zachęcałam go, ale też nie robiłam mu wstrętów.

- Tedy ja go dziś odprawię - rzekł stanowczo, a Elzie zrobiło się przykro.

Henryczek był sympatyczny, no i akurat dziś...

- To się nam wieczór popsuje - szepnęła, pochylając głowę.

Ukleja zmiękł. Rzeczywiście, tyle było radości w przygotowaniach do dzisiejszego wieczoru...

- Niech będzie na dziś wieczór dyspensa. Ale niech Elżunia pamięta, że on tu będzie ostatni raz.

Henryczek jednak na wieczór nie został. Czuł, że ojciec z nieznanych mu przyczyn patrzy wrogo w kierunku płoszowskiego dworu, i obawiał się, że może mu wizyt zabronić. Trzymał je więc w tajemnicy, wykradając czas przeznaczony na załatwianie spraw gospodarskich. Od dzieciństwa nie słyszał w domu dobrego słowa ani o rejencie, ani o chorążym, a ostatnio rodzice bezprzykładnie oczerniali w swych rozmowach obyczaje zarówno pułkownikowej, jak baronówny. Ich zajadłość sprawiła, że Henryczek, który zawsze uważał ich za najmądrzejszych i najszlachetniejszych ludzi na świecie, teraz zaczął wątpić w ich nieomylność. Tego wieczora jednakże jego wyrzeczenie nie zostało nagrodzone. Ojciec wiedział od początku, gdzie jego syn przepędza kradzione gospodarstwu chwile, nie był jednak pewny, czy należy mu tego zabronić. Ponoć baronówna ma ogromny majątek... Postanowił poradzić się swoich dobrodziei i tego właśnie dnia otrzymał gniewną odpowiedź. Nie mogąc zaś równie ostro odpisać autorowi listu, całą swą złość wywarł na synu.

- Gdzie żeś to bywał, mój panie?! - zapytał ostro powracającego z Płoszowa Henryczka.

- U pana Lisieckiego byłem.

- Ha! Właśnie pan Lisiecki odjechał. Już cztery tygodnie ciebie nie widział!

- Bo i go nie zastałem w domu...

- Nie kłam! Wiem, że w Płoszowie bywasz!

- Przecie czasem wstąpię... Co w tym złego?

- A to, że my z Płoszowem stosunków nie mamy i mieć nie będziemy! Zakonotuj to sobie dobrze, mój panie, i wiedz, że jak jeszcze kiedy się tam wybierzesz, to ja za tobą pojadę i za kołnierz ciebie stamtąd sprowadzę, ot co!

Tymczasem w Płoszowie bawiono się naprawdę dobrze. Nie była to zabawa w pospolitym znaczeniu tego słowa - panna domu była przecież w żałobie. Ale cóż w tym złego, że kolacja była pyszna, obie pianistki świetne w swoim rzemiośle i słuchanie ich sprawiło radość nawet głuchym na dźwięki chorążemu i Elzie? Wszystkie trzy panny Przeździeckie miały na sobie suknie nieustępujące szykiem paryskim toaletom i nic w tym dziwnego, były kryptomistrzyniami kroju i szycia.

Nie wiadomo, czy to majowe powietrze, czy piękna muzyka sprawiły, że pan Weintraub, początkowo zjeżony i lekko przestraszony, poczuł się nagle wesoły i lekki. Stwierdził, że baronówna jest bezpośrednia i miła, panna Julia bardzo piękna, panna Hanusia trzpiotowata, zaś panna Cecylia... Panna Cecylia... musiał przyznać, że tak dorodnych kobiecych kształtów jeszcze z bliska nie widział. Nie odzywała się prawie, nieśmiała i cicha. Jej ruchy, sposób pochylenia głowy, smukłe dłonie, szyja podobna do jońskiej kolumny, budziły w nim taki podziw i taką tęsknotę, że w końcu musiał sobie zakazać na nią patrzeć. I może dlatego, że starał się nie patrzeć, to kiedy już spojrzał...

Biedna Cela czuła na sobie palące gorąco tych spojrzeń i modliła się w duchu, by matka ich nie dostrzegła. Mogłaby się zamiast tego modlić, żeby on tak nie patrzył, ale to jakoś nie przyszło jej do głowy.