Pozłacana dama - Elizabeth Camden

Kup ebooka

39.90 zł
32.46 zł (32,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

30 lipca 1900

W Bia­łym Domu nie było cze­goś ta­kiego jak ty­powy dzień, jed­nak kiedy Ca­ro­line De­la­croix we­szła do swo­jego prze­peł­nio­nego biura, jej po­ra­nek stał się wy­jąt­kowo trudny.

- Wczo­raj wie­czo­rem za­mor­do­wano króla Włoch - oznaj­mił zza biurka jej ko­lega.

Geo­rge Cor­te­lyou peł­nił sta­no­wi­sko oso­bi­stego se­kre­ta­rza pre­zy­denta McKin­leya, a Ca­ro­line pra­co­wała na ana­lo­gicz­nym sta­no­wi­sku dla pierw­szej damy.

- Co się stało? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem.

Geo­rge zre­la­cjo­no­wał prze­ra­ża­jące szcze­góły w ty­po­wym dla sie­bie, zwię­złym stylu. Po wrę­cze­niu me­dali pod­czas za­wo­dów spor­to­wych w po­bliżu Me­dio­lanu król Umberto wsiadł do otwar­tego po­wozu. Ja­kiś anar­chi­sta rzu­cił się za po­jaz­dem i od­dał cztery strzały w kie­runku mo­nar­chy, który zgi­nął na miej­scu.

- Od lat był ce­lem za­ma­chow­ców i w końcu go do­pa­dli - po­wie­dział po­nuro Cor­te­lyou.

Z si­wie­ją­cymi wło­sami, wy­pie­lę­gno­wa­nym wą­sem i nie­ska­zi­tel­nym stro­jem roz­ta­czał aurę nie­złom­nej pew­no­ści sie­bie, jed­nak było wi­dać, że dzi­siej­sze wia­do­mo­ści nim wstrzą­snęły.

- Do­pil­nuję, żeby pierw­sza dama udała się dziś do am­ba­sady wło­skiej z kon­do­len­cjami - od­parła Ca­ro­line.

Geo­rge z wdzięcz­no­ścią ski­nął głową, po­nie­waż nie­wiele osób lu­biło mieć do czy­nie­nia z pa­nią pre­zy­den­tową. Ida McKin­ley była ko­bietą wy­bu­chową, ła­two fe­ru­jącą wy­roki i bez­ce­re­mo­nialną do tego stop­nia, że uzna­wano ją za nie­miłą. Do za­dań Ca­ro­line na­le­żało ocie­ple­nie wi­ze­runku pierw­szej damy. Nie było to ła­twe, ale Ca­ro­line świet­nie so­bie z tym ra­dziła. Jej dzień pracy za­czy­nał się przed śnia­da­niem, a koń­czył tuż po tym, jak pani McKin­ley uda­wała się na nocny spo­czy­nek. Ra­zem z Geo­rge'em przez sie­dem dni w ty­go­dniu zaj­mo­wała się ko­or­dy­no­wa­niem pla­nów i za­rzą­dza­niem ofi­cjal­nymi spra­wami Bia­łego Domu. Było to wy­czer­pu­jące, lecz sta­no­wiło rów­no­cze­śnie za­szczyt i przy­wi­lej.

Dzi­siaj głów­nym za­da­niem panny De­la­croix było za­aran­żo­wa­nie te­le­fonu z kon­do­len­cjami do żony am­ba­sa­dora Włoch, ba­ro­no­wej Vit­tozzi. Ca­ro­line miała po­móc pani McKin­ley zgrab­nie przejść przez szcze­gó­łowe wy­mogi pro­to­kołu dy­plo­ma­tycz­nego, po­nie­waż każde po­tknię­cie mo­głoby mieć ne­ga­tywne kon­se­kwen­cje za­równo dla pre­zy­denta, jak i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie­stety, pierw­sza dama miała skłon­ność do od­bie­ga­nia od te­matu i po­ru­sza­nia się w nie­od­po­wied­nim kie­runku, więc Ca­ro­line mu­siała być czujna.

Dwie go­dziny póź­niej wsia­dła do po­wozu wraz z pierw­szą damą, po czym udały się do am­ba­sady Włoch.

- Do ba­ro­no­wej na­leży się zwra­cać: "lady Vit­tozzi" - do­ra­dzała pre­zy­den­to­wej. - Nie mówi po an­giel­sku, więc będę dla pani tłu­ma­czyć. Są­dząc po tym, ile osób bę­dzie ją dziś od­wie­dzać, na­sza wi­zyta nie po­winna po­trwać dłu­żej niż dzie­sięć mi­nut.

- Do­sko­nale - od­parła pierw­sza dama z de­li­kat­nym, kró­lew­skim kiw­nię­ciem głową.

Jej fry­zura ze sple­cio­nych sre­brzy­stych wło­sów wy­glą­dała jak dia­dem. Kie­dyś była piękną ko­bietą, ale na sku­tek cho­roby miała wiecz­nie skwa­śniałą minę.

Po­wozy stały je­den za dru­gim w po­bliżu bo­gato zdo­bio­nego bu­dynku wło­skiej am­ba­sady, któ­rego wszyst­kie okna były już po­za­sła­niane czarną ża­łobną tka­niną. W peł­nym prze­py­chu sa­lo­nie zgro­ma­dziło się kil­ku­na­stu go­ści i cze­kało na swoją ko­lej, by zło­żyć ba­ro­no­wej kon­do­len­cje w jej pry­wat­nym ga­bi­ne­cie. Ca­ro­line za­pro­wa­dziła pa­nią McKin­ley na miękką sofę. Nie miały ocze­ki­wać zbyt długo, po­nie­waż pro­to­kół dy­plo­ma­tyczny za­pew­niał, że pierw­sza dama trafi na po­czą­tek ko­lejki.

In­kru­sto­wane zło­tem drzwi na dru­gim końcu sa­lonu otwo­rzyły się, a z ga­bi­netu ba­ro­no­wej po za­koń­czo­nej wi­zy­cie wy­szedł ar­cy­bi­skup Wa­szyng­tonu. Kiedy mi­jał wol­nym kro­kiem zgro­ma­dzo­nych ża­łob­ni­ków, jego szkar­łatno-czarne szaty ma­je­sta­tycz­nie się ko­ły­sały. Słu­żący wpusz­cza­jący go­ści ski­nął do Ca­ro­line, a ona po­chy­liła się, by po­móc wstać pani pre­zy­den­to­wej. Ida McKin­ley miała do­piero pięć­dzie­siąt trzy lata, ale jej wcze­śnie po­si­wiałe włosy i la­ska, którą się pod­pie­rała, by wspo­ma­gać nogę z uszko­dzo­nym ner­wem, spra­wiały, że wy­glą­dała po­waż­niej.

Ba­ro­nowa miała na so­bie ża­łobny strój. Jej czarna je­dwabna suk­nia roz­po­ście­rała się gu­stow­nie na sie­dze­niu, a twarz za­kry­wał prze­zro­czy­sty czarny we­lon. Ski­nęła głową na po­wi­ta­nie.

- Avete le no­stre pi? sen­tite con­do­glianze1 - po­wie­działa Ca­ro­line, wcho­dząc i ni­sko się kła­nia­jąc.

Ba­ro­nowa od­po­wie­działa ci­cho, a Ca­ro­line prze­tłu­ma­czyła jej słowa dla pani McKin­ley.

- Lady Vit­tozzi do­ce­nia pani współ­czu­cie. Od­kąd wczo­raj wie­czo­rem do­tarły te okropne wie­ści, wszy­scy są nie­zmier­nie uprzejmi.

Pierw­sza dama ski­nęła głową i usia­dła.

- Po­wiedz jej, że je­śli jest coś, co nasz na­ród może zro­bić, by po­móc w tym trud­nym dla Włoch cza­sie, wy­star­czy tylko wspo­mnieć.

Ca­ro­line tłu­ma­czyła, a pani McKin­ley wy­po­wia­dała ide­al­nie po­prawne ogól­niki o nie­zna­nych dro­gach, ja­kimi pro­wa­dzi Bóg, a także po­chwały świę­tej pa­mięci króla Umberto. Wszystko prze­bie­gało bez za­rzutu, co w jej przy­padku ni­gdy nie było pewne.

W pew­nym mo­men­cie Ida McKin­ley za­częła wspo­mi­nać swoją wi­zytę we Wło­szech, którą od­była pod­czas po­dróży po Eu­ro­pie kilka lat wcze­śniej.

- Po­do­bał się nam Rzym, szcze­gól­nie sta­ro­żytne ru­iny i gmach opery. Sy­cy­lia była jed­nak okropna. Brak elek­trycz­no­ści, prze­cie­ka­jące da­chy, a ka­na­li­za­cja chyba z epoki re­ne­sansu. Nie­wy­obra­żalne.

Ca­ro­line za­marła. Miała na­dzieję, że ba­ro­nowa na­prawdę nie znała an­giel­skiego, po­nie­waż ro­dzina am­ba­sa­dora po­cho­dziła z Sy­cy­lii. Pani Vit­tozzi zer­k­nęła spod we­lonu z ab­so­lut­nie nie­wzru­szoną miną, ocze­ku­jąc na tłu­ma­cze­nie. Ca­ro­line nie po­winna była skła­mać, ale nie mo­gła rów­nież prze­tłu­ma­czyć tego, co wła­śnie po­wie­działa pierw­sza dama. Oby­dwie ko­biety pa­trzyły na nią wy­cze­ku­jąco, a ona ostroż­nie do­bie­rała słowa.

- Pani McKin­ley po­dzi­wiała ar­chi­tek­turę Włoch - re­la­cjo­no­wała. - Miesz­kańcy tego kraju są nie­sa­mo­wi­cie za­radni, skoro z pew­nych wy­gód sto­so­wa­nych współ­cze­śnie ko­rzy­stali już w re­ne­san­sie. To było na­prawdę nie­sa­mo­wite.

Ba­ro­nowa uśmiech­nęła się i ski­nęła głową, a po­zo­stałe kilka mi­nut upły­nęło już bez żad­nych in­cy­den­tów. Ca­ro­line de­li­kat­nie po­stu­kała pierw­szą damę w stopę ukrytą pod war­stwami spód­nic, da­jąc jej w ten spo­sób znać, że nad­szedł czas, by wstać i za­koń­czyć wi­zytę.

- Po­szło cał­kiem do­brze, prawda? - stwier­dziła pani McKin­ley, kiedy już sie­działy w po­wo­zie i je­chały w kie­runku Bia­łego Domu. Nie cze­kała na od­po­wiedź, tylko cią­gnęła swój mo­no­log. - Straszna tra­ge­dia z tym kró­lem. Po pro­stu straszna. Ale prze­cież Ma­jo­rowi nie przy­da­rzy­łoby się nic ta­kiego.

Pani McKin­ley za­wsze mó­wiła w ten spo­sób o swoim mężu, po­nie­waż po­znali się nie­długo po woj­nie se­ce­syj­nej, kiedy ma­jor Wil­liam McKin­ley no­sił jesz­cze mun­dur. W ko­lej­nych la­tach dzia­łał jako kon­gres­men, gu­ber­na­tor, a w końcu pre­zy­dent, jed­nak żona cią­gle na­zy­wała go Ma­jo­rem. Ca­ro­line uwa­żała, że to uro­cze.

- Ma­jor cie­szy się zbyt dużą sym­pa­tią, żeby na­ra­zić się na aż taką agre­sję - cią­gnęła pre­zy­den­towa. - Wszy­scy go lu­bią.

- O ile to, że wszy­scy go lu­bią, jest prawdą, nie ozna­cza to, że będą na niego gło­so­wać - od­parła Ca­ro­line.

Wpły­wała w ten spo­sób na nie­bez­pieczne wody, ale trzeba było to zro­bić. Wy­bory pre­zy­denc­kie miały się od­być za cztery mie­siące, a mimo po­pu­lar­no­ści Wil­liama McKin­leya nic nie można było uwa­żać za oczy­wi­stość. Był zbyt za­jęty obo­wiąz­kami zwią­za­nymi z peł­nie­niem urzędu, aby pro­wa­dzić kam­pa­nię, a żona nie ofe­ro­wała mu po­mocy. Była naj­mniej lu­bianą pierw­szą damą w hi­sto­rii, a Ca­ro­line zo­stała za­trud­niona, aby po­móc po­pra­wić jej wi­ze­ru­nek.

Praca dla pani McKin­ley była jak cho­dze­nie po li­nie. W każ­dej chwili mo­gła się ze­rwać, ale jak do­tąd Ca­ro­line udało się wspie­rać słynną z trud­nego cha­rak­teru mał­żonkę pre­zy­denta, nie po­zwa­la­jąc rów­no­cze­śnie, by ta ją stra­to­wała. Gdy obie pa­nie po­ja­wiały się w to­wa­rzy­stwie, Ca­ro­line sta­no­wiła uoso­bie­nie po­wa­ża­nia i sza­cunku, jed­nak na osob­no­ści ich re­la­cja się zmie­niała. Sprze­czały się, plot­ko­wały, śmiały i kłó­ciły. Pierw­sza dama na­le­gała, żeby Ca­ro­line w ta­kich sy­tu­acjach mó­wiła do niej po imie­niu.

- Chcę dziś wie­czo­rem za­ło­żyć twoje sza­fi­rowe kol­czyki - oznaj­miła Ida McKin­ley.

- Dla­czego? - spy­tała Ca­ro­line pro­wo­ku­jąco.

Re­gu­lar­nie wy­po­ży­czały so­bie na­wza­jem roz­ma­ite do­datki, po­nie­waż oby­dwie uwiel­biały modę. Jed­nak je­śli pierw­sza dama chciała pro­sić o przy­sługę, po­winna to zro­bić w bar­dziej uprzejmy spo­sób.

- Po­nie­waż ostat­nio, kiedy je za­ło­ży­łam, Ma­jor po­wie­dział, że pod­kre­ślają moje oczy.

- To spraw so­bie wła­sne kol­czyki z sza­fi­rami.

Ida par­sk­nęła ze śmie­chu.

- Nie masz po­wa­ża­nia wo­bec star­szych.

- Dla­czego po­win­nam mieć? - od­gry­zła się Ca­ro­line. - To do mnie na­leżą sza­fi­rowe kol­czyki, na któ­rych tak bar­dzo ci za­leży.

Gdyby ustą­piła pani McKin­ley choćby odro­binę, ta się­gnę­łaby po znacz­nie wię­cej. Jed­no­cze­śnie Ca­ro­line ży­wiła wo­bec niej dys­kretny sza­cu­nek, po­nie­waż znała ją od strony, od któ­rej mo­gło po­znać ją nie­wielu lu­dzi. Zdro­wie pierw­szej damy było mocno nad­szarp­nięte przez na­pady epi­lep­sji, nie­sprawną nogę, mi­greny i po­wra­ca­jące okresy me­lan­cho­lii, które unie­moż­li­wiały jej wsta­wa­nie z łóżka. Z po­wodu do­le­gli­wo­ści za­gra­żało jej to, że zo­sta­nie pu­stel­nicą. Czę­sto za­my­kała się w swo­jej sy­pialni i ob­se­syj­nie ro­biła na dru­tach bu­ciki dla nie­mow­ląt.

Za­równo pre­zy­dent, jak i le­karz pani McKin­ley za­le­cali jej wię­cej in­te­rak­cji ze świa­tem ze­wnętrz­nym, Ca­ro­line za­częła więc or­ga­ni­zo­wać re­gu­larne her­batki z gru­pami do­bro­czyn­nymi i żo­nami urzęd­ni­ków rzą­do­wych. Je­śli wy­po­ży­cze­nie pary błysz­czą­cych kol­czy­ków spra­wi­łoby, że pierw­sza dama po­czu­łaby się le­piej, Ca­ro­line była go­towa to zrobić.

Szcze­gól­nie ze względu na uprzej­mość, jaką oka­zali jej pań­stwo McKin­ley­owie. W ze­szłym mie­siącu brat Ca­ro­line zo­stał aresz­to­wany na Ku­bie pod za­rzu­tem zdrady stanu. Ca­ro­line na­tych­miast zło­żyła re­zy­gna­cję, jed­nak pre­zy­dent jej nie przy­jął. Luke nie zo­stał jak do­tąd uznany za win­nego, a woj­sko trzy­mało całą tę sprawę w ta­jem­nicy do czasu pod­ję­cia de­cy­zji o jego lo­sie.

Jej bliź­niak za­wsze był lek­ko­myśl­nym ry­zy­kan­tem, ku­sił los i wie­lo­krot­nie wpa­dał w ta­ra­paty. Ale żeby był zdrajcą? Ca­ro­line nie po­tra­fiła w to uwie­rzyć. W ja­kiś spo­sób wplą­tał się na Ku­bie w nie­bez­pieczną in­trygę, a ona za­mie­rzała zro­bić, co w jej mocy, by roz­wi­kłać tę sprawę.

Jed­nak na wy­pa­dek, gdyby się to nie po­wio­dło, mu­siała za­dbać o swoje zna­jo­mo­ści w Bia­łym Domu z na­dzieją, że kie­dyś może bę­dzie mo­gła się wy­sta­rać o uła­ska­wie­nie dla brata. Zdrada stanu była wy­stęp­kiem, za który ka­rano śmier­cią, a gdyby Luke zo­stał uznany za win­nego, re­la­cje z McKin­ley­ami mo­gły być dla niej je­dyną szansą na oca­le­nie jego ży­cia.

2

Na­tha­niel Trask był szczę­ścia­rzem. Wra­cał wła­śnie do Wa­szyng­tonu po tym, jak osią­gnął zna­czący suk­ces i za­pew­nie­nie awansu. Ener­gicz­nie wbiegł po scho­dach do De­par­ta­mentu Skarbu. Eu­fo­ria z po­wodu zwy­cię­stwa od­nie­sio­nego w Bo­sto­nie na­dal pul­so­wała w jego ży­łach, po­nie­waż uwiel­biał roz­wią­zy­wa­nie skom­pli­ko­wa­nych za­ga­dek kry­mi­nal­nych.

Była już dzie­więt­na­sta, czwart­kowy wie­czór, ale Na­tha­niel wie­dział, że za­sta­nie swo­jego prze­ło­żo­nego w pracy, po­nie­waż on i John Wil­kie mieli po­dobny spo­sób my­śle­nia. Przy­jaź­nili się od cza­sów chi­ca­gow­skich, kiedy John był za­an­ga­żo­wa­nym dzien­ni­ka­rzem, a Na­tha­niel - po­zba­wio­nym sen­ty­men­tów de­tek­ty­wem dzia­ła­ją­cym w po­łu­dnio­wej czę­ści mia­sta. Kiedy John Wil­kie na sku­tek nie­sza­blo­no­wej de­cy­zji zo­stał po­wo­łany na sta­no­wi­sko szefa służb spe­cjal­nych, za­brał ze sobą Na­tha­niela i od tego czasu pra­co­wali ra­zem nad tym, żeby na­pra­wić zszar­ganą re­pu­ta­cję tej agen­cji rzą­do­wej.

Na­tha­niel zmie­rzał w kie­runku skrzy­dła bu­dynku, gdzie mie­ściły się biura wy­wiadu, a jego kroki od­bi­jały się echem po pu­stych ko­ry­ta­rzach.

Wil­kie po­wi­tał go sze­ro­kim uśmie­chem. Miał czter­dzie­ści lat, więc za­le­d­wie o dwa lata wię­cej niż on, a za­pi­sał się już w hi­sto­rii służb jako naj­młod­sza osoba, która do tej pory stała na czele tej jed­nostki. Ubie­rał się zu­peł­nie zwy­czaj­nie, a jego włosy wy­glą­dały ni­jako. Je­dy­nie zu­chwały błysk brą­zo­wych oczu wska­zy­wał na to, że jest żądny przy­gód.

- O, pro­szę, bo­ha­ter dnia - ode­zwał się Wil­kie, mocno ści­ska­jąc rękę Na­tha­niela.

Ten od­wza­jem­nił uścisk i uśmiech, a na­pię­cie zwią­zane z pię­cio­mie­sięczną mi­sją w Bo­sto­nie za­częło ustę­po­wać. Te­raz, kiedy już wró­cił, miał się za­jąć po­rząd­ko­wa­niem do­ku­men­tów, które przed­sta­wiały, w jaki spo­sób gang fał­sze­rzy do­ko­nał oszu­stwa na war­tość mi­liona do­la­rów po­przez pod­ra­bia­nie znaczków pocz­to­wych. Był to sprytny plan. Bank­noty nie­ustan­nie spraw­dzano pod ką­tem fał­szerstw, ale kto po­my­ślałby o znacz­kach? Gang utrzy­my­wał się z tego pro­ce­deru przez kilka lat, do czasu, gdy Na­tha­nie­lowi udało się ich zlo­ka­li­zo­wać w Bo­sto­nie.

- Wia­do­mo­ści o aresz­to­wa­niach do­tarły już do miej­sco­wej prasy. Po­patrz tylko na to - po­wie­dział Wil­kie, rzu­ca­jąc Na­tha­nie­lowi ga­zetę zło­żoną tak, że było wi­dać wspo­mniany ar­ty­kuł.

Agent rzą­dowy uda­rem­nia dzia­ła­nia gangu oszu­stów i ich pocz­towe mal­wer­sa­cje

- Pocz­towe mal­wer­sa­cje? - spy­tał Na­tha­niel. - Kto pi­sze taki chłam?

Nie­spieszny uśmiech na twa­rzy prze­ło­żo­nego sta­no­wił od­po­wiedź, ja­kiej po­szu­ki­wał. Wil­kie był swego czasu znany w Chi­cago, na Dzi­kim Za­cho­dzie sen­sa­cyj­nego dzien­ni­kar­stwa, i wie­dział, jak ma­ni­pu­lo­wać prasą.

- Za­pro­po­no­wa­łem re­por­te­rowi kilka barw­nych zdań. Cie­szę się, że z nich sko­rzy­stał. Je­steś bo­ha­te­rem.

- Byle tylko nie wy­mie­niano mo­jego na­zwi­ska - ostrzegł Na­tha­niel. Praca w służ­bach spe­cjal­nych nie była od­po­wied­nim miej­scem dla lu­dzi spra­gnio­nych sławy czy bo­gac­twa. On sam, mimo że uwiel­biał wy­zwa­nia zwią­zane ze ści­ga­niem prze­stęp­ców i do­pro­wa­dza­niem ich przed sąd, nie chciał sku­piać na so­bie za­in­te­re­so­wa­nia.

- Żad­nych na­zwisk - za­pew­nił go Wil­kie. - W każ­dym ra­zie to była ge­nialna ro­bota. Dzięki to­bie rząd za­osz­czę­dził for­tunę. Do­słow­nie. Po­win­ni­śmy pójść się na­pić.

- Po­win­ni­śmy. Tyle że ja nie piję, a ty ni­gdy nie wy­cho­dzisz na mia­sto o tak wcze­snej po­rze.

Wil­kie pstryk­nął pal­cami z uda­waną kon­ster­na­cją.

- Ra­cja. Znowu po­krzy­żo­wa­łeś mi plany.

Trask i Wil­kie sta­no­wili zu­pełne prze­ci­wień­stwa, ale ni­gdy nie było to prze­szkodą dla ich przy­jaźni. Na­tha­niel był ob­se­syj­nie po­rządny, po­ważny i prze­strze­gał wszel­kich za­sad, tym­cza­sem John Wil­kie żył we­dług wła­snych prze­ko­nań i lu­bił wy­pić, ale obaj męż­czyźni sza­no­wali się na­wza­jem.

- A te­raz - ode­zwał się Wil­kie, wra­ca­jąc za biurko - po­mówmy o tym awan­sie, o któ­rym wspo­mi­na­łem.

- Tak, wła­śnie.

Trudno było zgad­nąć, co prze­ło­żony miał na my­śli, po­nie­waż Na­tha­niel zaj­mo­wał naj­wyż­sze sta­no­wi­sko w wy­dziale do spraw fał­szerstw.

- Wiem, że nie zniósł­byś per­spek­tywy sta­no­wi­ska kie­row­ni­czego - stwier­dził Wil­kie.

Na­tha­niel za­marł.

- Tak.

- Dla­tego my­ślę o czymś zu­peł­nie in­nym. Spodoba ci się. Nowe wy­zwa­nie. Po­znasz cie­ka­wych lu­dzi i bę­dziesz miał ol­brzy­mią od­po­wie­dzial­ność.

Tylko dla­czego John z ta­kim en­tu­zja­zmem za­chwa­lał to sta­no­wi­sko? Na­tha­niel ni­gdy wcze­śniej nie wzbra­niał się przed żad­nym za­da­niem. Ciężko pra­co­wał w ko­palni mie­dzi w No­wym Mek­syku, jeź­dził po­cią­gami kon­wo­ju­ją­cymi go­tówkę przez opu­sto­szałe rów­niny na za­cho­dzie, a na­wet miesz­kał przez pół roku nad prze­twór­nią rybną, żeby zbie­rać tajne in­for­ma­cje na te­mat han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wego.

- Co to za praca? - spy­tał ci­cho.

- Naj­waż­niej­sza w na­szej agen­cji. Do­brze płatna, z po­rząd­nym miesz­ka­niem.

- Co to za praca?

- Ochrona pre­zy­denta.

Na­tha­niel ze­rwał się z krze­sła.

- Ab­so­lut­nie nie. Ni­gdy nie będę pra­co­wał jako ochro­niarz. Wiesz o tym.

Wil­kie wy­cią­gnął ręce w ła­go­dzą­cym ge­ście.

- Uspo­kój się. Pre­zy­dent McKin­ley nie chce ochro­nia­rzy. Uważa, że to trąci eu­ro­pej­ską ary­sto­kra­cją, i nie chce mieć z tym nic wspól­nego.

- W ta­kim ra­zie po co w ogóle o tym roz­ma­wiamy?

- Bo po­trze­buję de­tek­tywa w Bia­łym Domu. Ko­goś, kto nie prze­oczy żad­nych szcze­gó­łów, na­wet je­śli jest na służ­bie przez całą dobę. Nie mu­sisz być przy­kle­jony do pre­zy­denta. On tego nie chce, po­dob­nie jak ty. Ale po­trzebny jest ktoś, kto nad­zo­ro­wałby do­stęp do niego. Wczo­raj zo­stał za­mor­do­wany wło­ski król Umberto, a czło­wiek, który go za­strze­lił, był zna­nym anar­chi­stą. Po­wi­nien zo­stać wpro­wa­dzony ja­kiś sys­tem, żeby zwra­cać uwagę na ta­kich wi­chrzy­cieli. Chcę, że­byś wy­my­ślił ta­kiego ro­dzaju plan dla Bia­łego Domu.

- Znajdź ko­goś in­nego do tej ro­boty.

Wil­kie po­trzą­snął głową.

- Je­steś naj­lep­szym czło­wie­kiem, ja­kiego mamy, a pro­blemy tylko na­ra­stają - stwier­dził. - W ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat za­mor­do­wano wię­cej głów państw niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej w hi­sto­rii.

Na­tha­niel pod­szedł po­wol­nym kro­kiem do okna i za­ci­ska­jąc pię­ści, wpa­try­wał się w Biały Dom znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie ulicy. Nie chciał być ochro­nia­rzem. Nie mógł być ochro­nia­rzem. Ostat­nim ra­zem, kiedy zo­stało mu po­wie­rzone za­da­nie pil­no­wa­nia ko­goś, ta osoba po­nio­sła śmierć, a to wspo­mnie­nie na­dal go prze­śla­do­wało. Kosz­mary ustą­piły, ale myśl o od­po­wie­dzial­no­ści za czy­jeś ży­cie spra­wiała, że ści­skał mu się żo­łą­dek.

- Zaj­muję się fał­szer­stwami. Znam się na ry­tow­nic­twie i mam dy­plom z hi­sto­rii sztuki, a to wszystko po to, że­bym umiał roz­po­zna­wać fal­sy­fi­katy. Nie będę ochro­nia­rzem. Dla­czego nie dasz tego za­da­nia Sul­li­va­nowi?

- Sul­li­van nie ma ta­kiego oka do szcze­gó­łów jak ty. Zresztą nie bę­dziesz ochro­nia­rzem.

Wil­kie opo­wie­dział do­kład­nie, na czym miała po­le­gać ta praca, a Na­tha­niel mu­siał przy­znać, że fak­tycz­nie nie były to za­da­nia dla ochro­nia­rza, ale ra­czej de­tek­tywa, który miał wy­szu­ki­wać nie­do­cią­gnię­cia w za­bez­pie­cze­niu Bia­łego Domu. Do­kład­nie tak jak wcze­śniej twier­dził jego przy­ja­ciel.

- Nie za­pro­po­no­wał­bym ci tego, gdy­bym nie uwa­żał, że je­steś naj­lep­szym czło­wie­kiem do tego za­da­nia. Z McKin­leyem bę­dzie ła­two pra­co­wać. Wszy­scy go lu­bią. Spę­dzisz naj­bliż­sze cztery mie­siące, przy­glą­da­jąc się wszyst­kiemu, co się dzieje w Bia­łym Domu i za­pro­jek­tu­jesz ulep­szony sys­tem ochrony. Po wy­bo­rach w li­sto­pa­dzie znajdę dla cie­bie za­da­nie, które bar­dziej ci się spodoba.

- Tylko cztery mie­siące?

- Cztery mie­siące - po­twier­dził Wil­kie. - Opra­cuj nowy plan za­bez­pie­czeń, a po­tem bę­dziesz wolny.

Na­tha­niel prze­cha­dzał się po po­miesz­cze­niu, roz­my­ślając nad otrzy­maną pro­po­zy­cją. Cztery mie­siące nie za­po­wia­dały się aż tak okrop­nie, a mu­siał przy­znać, że ochrona pre­zy­denta na­prawdę była w fa­tal­nym sta­nie. Było rów­nież prawdą, że świet­nie nada­wał się do tej pracy, i nie mógł od­mó­wić pod­ję­cia ta­kiej służby.

Za­mie­rzał przy­jąć to za­da­nie. Ozna­cza­łoby to za­miesz­ka­nie wraz z in­nymi pra­cow­ni­kami we wspól­nym po­koju na naj­wyż­szym pię­trze Bia­łego Domu. Mu­siałby rów­nież nie­mal przez cały czas być skon­cen­tro­wany. Kiedy tylko nie bę­dzie spał, sie­dem dni w ty­go­dniu, aż do li­sto­pa­do­wych wy­bo­rów. By­łoby to wy­zwa­nie, ale być może rów­nież spo­sób, by się wy­ka­zać i od­ku­pić nie­po­wo­dze­nia z prze­szło­ści.

Tej nocy po­wró­cił dawny sen. Na­tha­niel pod­niósł ciało Molly, zu­peł­nie mo­kre i po­tur­bo­wane od rwą­cego nurtu, z pu­stym spoj­rze­niem skie­ro­wa­nym w ni­cość.

- Pro­szę, Molly - szlo­chał, ale ona już nie żyła, a zwłoki były zimne.

Za­brał ją do domu. Je­chał tram­wa­jem przez Chi­cago z mar­twym dziec­kiem uło­żo­nym na ko­la­nach. Lu­dzie mu się przy­glą­dali, a on nie zwra­cał na to uwagi. Był jakby nie­obecny.

Wy­bu­dził się gwał­tow­nie. Jego po­ściel była mo­kra od potu. Ten kosz­mar prze­śla­do­wał go już wiele lat temu, a te­raz wró­cił, prze­ra­ża­jący i su­ge­stywny jak za­wsze. Do tej pory pa­mię­tał na­siąk­niętą wodą suk­nię młod­szej sio­stry, która prze­mo­czyła mu ko­szulę.

Nie po­wi­nien był się zgo­dzić na to za­da­nie w Bia­łym Domu. Tak bar­dzo chciał się te­raz z tego wy­co­fać, ale już dał słowo.

Ko­lejny ra­nek roz­po­czął na ko­la­nach w ka­plicy w po­bliżu pen­sjo­natu, gdzie się za­trzy­mał. Od śmierci Molly mi­nęło już dwa­dzie­ścia lat, a to wy­da­rze­nie na­dal go prze­śla­do­wało. Błąd, który po­peł­nił, kiedy miał osiem­na­ście lat, był dla niego jak rana, która nie mo­gła się za­goić, ale nie za­mie­rzał po­zwo­lić, by pa­ra­li­żo­wało go to do końca ży­cia. Nad­szedł czas, by się od tego uwol­nić. Oparł czoło na ławce znaj­du­ją­cej się przed nim.

- Molly, tak mi przy­kro - szep­nął. - Po­wi­nie­nem był cię le­piej chro­nić. Uczczę twoją pa­mięć, wy­peł­nia­jąc to za­da­nie z naj­więk­szą pie­czo­ło­wi­to­ścią. Zro­bię wszystko, żeby je po­rząd­nie wy­ko­nać.

Po raz ty­sięczny za­sta­na­wiał się, dla­czego Bóg za­brał nie­winne dziecko. Aby uka­rać go za to, że mi­łość do sztuki po­sta­wił wy­żej niż zo­bo­wią­za­nia wo­bec ro­dziny? Dwie de­kady przemyśleń nie przy­nio­sły mu za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi.

"Pa­nie Jezu, wiem, że stoi za tym ja­kiś po­wód, ale go nie ro­zu­miem. Czy może być tak, że tym ra­zem nie uśpię mo­jej czuj­no­ści? Każ­dego dnia będę się sta­rał słu­żyć mo­jemu kra­jowi i czcić pa­mięć o Molly. Pro­szę Cię o pro­wa­dze­nie. Je­śli dasz mi znak, pójdę za Tobą".

Na­słu­chi­wał, ma­jąc na­dzieję, że do­sta­nie ja­kąś od­po­wiedź, która po­zwoli mu uciec przed tym za­da­niem, ale ni­czego nie usły­szał.

I to wła­śnie było zna­kiem. Miał roz­kaz do wy­peł­nie­nia, a te­raz był czas, żeby za­brać się do pracy.

3

Dla pra­cow­ni­ków Bia­łego Domu, któ­rzy tam miesz­kali, nie ist­niało coś ta­kiego jak pry­wat­ność. Ca­ro­line, za­nim przy­jęła sta­no­wi­sko se­kre­tarki pierw­szej damy, nie mu­siała dzie­lić z ni­kim sy­pialni, a te­raz miesz­kała z dzie­wię­cioma in­nymi ko­bie­tami. Dwie ku­charki, dwie te­le­fo­nistki, trzy po­ko­jówki, kraw­cowa i praczka zaj­mo­wały ra­zem długi, wą­ski po­kój na naj­wyż­szej kon­dy­gna­cji, a ich łóżka stały tuż obok sie­bie - pra­wie jak sar­dynki w puszce.

Była czter­na­sta, więc więk­szość ko­biet znaj­do­wała się na dole. Ca­ro­line miała wła­śnie wy­jąt­kową chwilę na osob­no­ści z Lud­milą Vu­ko­vić, młodą ko­bietą z Chor­wa­cji, która pra­co­wała w pralni. Lud­mila była by­stra i am­bitna, i miała do­piero dwa­dzie­ścia sześć lat. Chciała od ży­cia wię­cej niż tylko pra­nie i pra­so­wa­nie cu­dzej po­ścieli, a Ca­ro­line za­mie­rzała jej po­móc.

- Szkoła za­cznie dzia­łać za dwa mie­siące - mó­wiła, sie­dząc na kra­wę­dzi łóżka, w cza­sie gdy Lud­mila od­kła­dała świeżo wy­praną bie­li­znę.

W ich sy­pialni nie było na­wet miej­sca na szafy czy schowki. Znaj­do­wały się tam je­dy­nie rzędy od­sło­nię­tych pó­łek, na któ­rych ko­biety prze­cho­wy­wały swoje rze­czy. Lud­mila nie od­zy­wała się, tylko ukła­dała ubra­nia, więc Ca­ro­line mó­wiła da­lej:

- Spo­dzie­wamy się, że miej­sca w szkole od razu się wy­peł­nią, ale mogę jedno dla cie­bie za­re­zer­wo­wać. Będą tam za­ję­cia z ma­szy­no­pi­sa­nia, księ­go­wo­ści i tłu­ma­cze­nia. Mo­żesz wy­brać coś dla sie­bie.

- Nie mam czasu - od­parła Lud­mila, się­ga­jąc do ko­lej­nej sterty pra­nia.

- Za­ję­cia będą się od­by­wać wie­czo­rami i nie wi­dzę po­wodu, dla któ­rego nie mo­gła­byś jeź­dzić tram­wa­jem do szkoły trzy razy w ty­go­dniu. To na pewno wy­zwa­nie, ale z cza­sem te trzy wie­czory ty­go­dniowo mogą zmie­nić cały twój świat.

Jakże inna była edu­ka­cja, jaką ode­brała Ca­ro­line. Eli­tarna szkoła z in­ter­na­tem w Bo­sto­nie, a po­tem rok w Pa­ryżu i rok w Rzy­mie. Wró­ciła do Wir­gi­nii, kiedy miała osiem­na­ście lat, ale nie wy­szło jej to na do­bre. Ona i Luke wpa­dali raz za ra­zem w ta­ra­paty, co skło­niło ich ojca do wy­sła­nia jej do Szwaj­ca­rii - na tyle da­leko, żeby jej bun­tow­ni­cze za­cho­wa­nia nie po­psuły na za­wsze jej re­pu­ta­cji w Ame­ryce. Wtedy miała do ojca żal z po­wodu tego ze­sła­nia, jed­nak miał ra­cję. Dwa lata w Szwaj­ca­rii nieco ją uspo­ko­iły, dzięki czemu mo­gła wró­cić do Wir­gi­nii i cie­szyć się więk­szym po­wa­ża­niem.

Lud­mila skoń­czyła od­kła­dać pra­nie, a Ca­ro­line sta­nęła obok niej przy rzę­dzie pó­łek.

- Wy­kształ­ce­nie da ci wol­ność - po­wie­działa, kła­dąc dłoń na spra­co­wa­nej, szorst­kiej dłoni ko­biety.

Ta od­wró­ciła wzrok, za­wsty­dzona tym, jak róż­niła się ich skóra. Lud­mila była o dwa lata młod­sza od Ca­ro­line, ale jej ręce wy­glą­dały jak u sta­ruszki.

- Mo­żesz zo­stać, kim tylko chcesz - mó­wiła da­lej. - Ste­no­ty­pistką, tłu­maczką... Wiem, że dwie go­dziny każ­dego wie­czoru będą do­dat­ko­wym ob­cią­że­niem, ale to się osta­tecz­nie opłaci.

- Męż­czy­zna na pię­trze! - Gło­śny okrzyk od­bi­ja­jący się echem po ko­ry­ta­rzu gwał­tow­nie prze­rwał ich roz­mowę.

Ca­ro­line wes­tchnęła, a po szyb­kim stuk­nię­ciu w drzwiach uka­zała się głowa star­szego woź­nego z Bia­łego Domu.

- Ze­bra­nie na dole, w sali od­praw. - Twarz męż­czy­zny spo­chmur­niała w wy­ra­zie dez­apro­baty. - Jest ktoś nowy, kto bę­dzie od­po­wia­dał za bez­pie­czeń­stwo, i wszy­scy pra­cow­nicy obo­wiąz­kowo mu­szą się sta­wić.

Na­wet Lud­mila wy­czuła nie­chęć w jego to­nie głosu.

- Co jest z nim nie tak?

- Jest tu nowy - od­parł woźny, po czym za­mknął za sobą drzwi.

To wy­ra­żało wszystko. Więk­szość osób za­trud­nio­nych w Bia­łym Domu była tam od dawna, a na osoby z ze­wnątrz pa­trzono po­dejrz­li­wie. Je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­rego miło przy­jęto Ca­ro­line, był fakt, że sta­no­wiła sku­teczny bu­for mię­dzy służbą a trud­nym cha­rak­te­rem pierw­szej damy.

- Le­piej chodźmy - stwier­dziła Lud­mila, się­ga­jąc po kosz na pra­nie, ale Ca­ro­line po­ło­żyła jej dłoń na ra­mie­niu.

- Po­myśl, pro­szę, o tej szkole - po­wie­działa. - Nie bę­dzie ła­twiej­szego mo­mentu niż te­raz. Nie masz jesz­cze męża ani dzieci, które za­biegałyby o twój czas. Wiem, że to trudne, ale prze­cież to z trud­nych rze­czy w ży­ciu je­ste­śmy po­tem naj­bar­dziej dumni. Sko­rzy­staj z tych za­jęć, żeby za­wal­czyć o swoją przy­szłość. Nie po­ża­łu­jesz tego.

- Je­stem taka zmę­czona - od­parła Lud­mila, opie­ra­jąc kosz na bio­drze. - Szkoła jesz­cze to po­gor­szy.

Ca­ro­line za­uwa­żyła jed­nak na jej twa­rzy prze­błysk na­dziei. Nie­ważne, ile trudu miało to wy­ma­gać, Ca­ro­line za­mie­rzała jej po­móc, żeby tę iskierkę roz­ża­rzyć i zmie­nić w pło­mień.