2
Nathaniel Trask był szczęściarzem. Wracał właśnie do Waszyngtonu po tym, jak osiągnął znaczący sukces i zapewnienie awansu. Energicznie wbiegł po schodach do Departamentu Skarbu. Euforia z powodu zwycięstwa odniesionego w Bostonie nadal pulsowała w jego żyłach, ponieważ uwielbiał rozwiązywanie skomplikowanych zagadek kryminalnych.
Była już dziewiętnasta, czwartkowy wieczór, ale Nathaniel wiedział, że zastanie swojego przełożonego w pracy, ponieważ on i John Wilkie mieli podobny sposób myślenia. Przyjaźnili się od czasów chicagowskich, kiedy John był zaangażowanym dziennikarzem, a Nathaniel - pozbawionym sentymentów detektywem działającym w południowej części miasta. Kiedy John Wilkie na skutek nieszablonowej decyzji został powołany na stanowisko szefa służb specjalnych, zabrał ze sobą Nathaniela i od tego czasu pracowali razem nad tym, żeby naprawić zszarganą reputację tej agencji rządowej.
Nathaniel zmierzał w kierunku skrzydła budynku, gdzie mieściły się biura wywiadu, a jego kroki odbijały się echem po pustych korytarzach.
Wilkie powitał go szerokim uśmiechem. Miał czterdzieści lat, więc zaledwie o dwa lata więcej niż on, a zapisał się już w historii służb jako najmłodsza osoba, która do tej pory stała na czele tej jednostki. Ubierał się zupełnie zwyczajnie, a jego włosy wyglądały nijako. Jedynie zuchwały błysk brązowych oczu wskazywał na to, że jest żądny przygód.
- O, proszę, bohater dnia - odezwał się Wilkie, mocno ściskając rękę Nathaniela.
Ten odwzajemnił uścisk i uśmiech, a napięcie związane z pięciomiesięczną misją w Bostonie zaczęło ustępować. Teraz, kiedy już wrócił, miał się zająć porządkowaniem dokumentów, które przedstawiały, w jaki sposób gang fałszerzy dokonał oszustwa na wartość miliona dolarów poprzez podrabianie znaczków pocztowych. Był to sprytny plan. Banknoty nieustannie sprawdzano pod kątem fałszerstw, ale kto pomyślałby o znaczkach? Gang utrzymywał się z tego procederu przez kilka lat, do czasu, gdy Nathanielowi udało się ich zlokalizować w Bostonie.
- Wiadomości o aresztowaniach dotarły już do miejscowej prasy. Popatrz tylko na to - powiedział Wilkie, rzucając Nathanielowi gazetę złożoną tak, że było widać wspomniany artykuł.
Agent rządowy udaremnia działania gangu oszustów i ich pocztowe malwersacje
- Pocztowe malwersacje? - spytał Nathaniel. - Kto pisze taki chłam?
Niespieszny uśmiech na twarzy przełożonego stanowił odpowiedź, jakiej poszukiwał. Wilkie był swego czasu znany w Chicago, na Dzikim Zachodzie sensacyjnego dziennikarstwa, i wiedział, jak manipulować prasą.
- Zaproponowałem reporterowi kilka barwnych zdań. Cieszę się, że z nich skorzystał. Jesteś bohaterem.
- Byle tylko nie wymieniano mojego nazwiska - ostrzegł Nathaniel. Praca w służbach specjalnych nie była odpowiednim miejscem dla ludzi spragnionych sławy czy bogactwa. On sam, mimo że uwielbiał wyzwania związane ze ściganiem przestępców i doprowadzaniem ich przed sąd, nie chciał skupiać na sobie zainteresowania.
- Żadnych nazwisk - zapewnił go Wilkie. - W każdym razie to była genialna robota. Dzięki tobie rząd zaoszczędził fortunę. Dosłownie. Powinniśmy pójść się napić.
- Powinniśmy. Tyle że ja nie piję, a ty nigdy nie wychodzisz na miasto o tak wczesnej porze.
Wilkie pstryknął palcami z udawaną konsternacją.
- Racja. Znowu pokrzyżowałeś mi plany.
Trask i Wilkie stanowili zupełne przeciwieństwa, ale nigdy nie było to przeszkodą dla ich przyjaźni. Nathaniel był obsesyjnie porządny, poważny i przestrzegał wszelkich zasad, tymczasem John Wilkie żył według własnych przekonań i lubił wypić, ale obaj mężczyźni szanowali się nawzajem.
- A teraz - odezwał się Wilkie, wracając za biurko - pomówmy o tym awansie, o którym wspominałem.
- Tak, właśnie.
Trudno było zgadnąć, co przełożony miał na myśli, ponieważ Nathaniel zajmował najwyższe stanowisko w wydziale do spraw fałszerstw.
- Wiem, że nie zniósłbyś perspektywy stanowiska kierowniczego - stwierdził Wilkie.
Nathaniel zamarł.
- Tak.
- Dlatego myślę o czymś zupełnie innym. Spodoba ci się. Nowe wyzwanie. Poznasz ciekawych ludzi i będziesz miał olbrzymią odpowiedzialność.
Tylko dlaczego John z takim entuzjazmem zachwalał to stanowisko? Nathaniel nigdy wcześniej nie wzbraniał się przed żadnym zadaniem. Ciężko pracował w kopalni miedzi w Nowym Meksyku, jeździł pociągami konwojującymi gotówkę przez opustoszałe równiny na zachodzie, a nawet mieszkał przez pół roku nad przetwórnią rybną, żeby zbierać tajne informacje na temat handlu międzynarodowego.
- Co to za praca? - spytał cicho.
- Najważniejsza w naszej agencji. Dobrze płatna, z porządnym mieszkaniem.
- Co to za praca?
- Ochrona prezydenta.
Nathaniel zerwał się z krzesła.
- Absolutnie nie. Nigdy nie będę pracował jako ochroniarz. Wiesz o tym.
Wilkie wyciągnął ręce w łagodzącym geście.
- Uspokój się. Prezydent McKinley nie chce ochroniarzy. Uważa, że to trąci europejską arystokracją, i nie chce mieć z tym nic wspólnego.
- W takim razie po co w ogóle o tym rozmawiamy?
- Bo potrzebuję detektywa w Białym Domu. Kogoś, kto nie przeoczy żadnych szczegółów, nawet jeśli jest na służbie przez całą dobę. Nie musisz być przyklejony do prezydenta. On tego nie chce, podobnie jak ty. Ale potrzebny jest ktoś, kto nadzorowałby dostęp do niego. Wczoraj został zamordowany włoski król Umberto, a człowiek, który go zastrzelił, był znanym anarchistą. Powinien zostać wprowadzony jakiś system, żeby zwracać uwagę na takich wichrzycieli. Chcę, żebyś wymyślił takiego rodzaju plan dla Białego Domu.
- Znajdź kogoś innego do tej roboty.
Wilkie potrząsnął głową.
- Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego mamy, a problemy tylko narastają - stwierdził. - W ciągu ostatnich dziesięciu lat zamordowano więcej głów państw niż kiedykolwiek wcześniej w historii.
Nathaniel podszedł powolnym krokiem do okna i zaciskając pięści, wpatrywał się w Biały Dom znajdujący się po drugiej stronie ulicy. Nie chciał być ochroniarzem. Nie mógł być ochroniarzem. Ostatnim razem, kiedy zostało mu powierzone zadanie pilnowania kogoś, ta osoba poniosła śmierć, a to wspomnienie nadal go prześladowało. Koszmary ustąpiły, ale myśl o odpowiedzialności za czyjeś życie sprawiała, że ściskał mu się żołądek.
- Zajmuję się fałszerstwami. Znam się na rytownictwie i mam dyplom z historii sztuki, a to wszystko po to, żebym umiał rozpoznawać falsyfikaty. Nie będę ochroniarzem. Dlaczego nie dasz tego zadania Sullivanowi?
- Sullivan nie ma takiego oka do szczegółów jak ty. Zresztą nie będziesz ochroniarzem.
Wilkie opowiedział dokładnie, na czym miała polegać ta praca, a Nathaniel musiał przyznać, że faktycznie nie były to zadania dla ochroniarza, ale raczej detektywa, który miał wyszukiwać niedociągnięcia w zabezpieczeniu Białego Domu. Dokładnie tak jak wcześniej twierdził jego przyjaciel.
- Nie zaproponowałbym ci tego, gdybym nie uważał, że jesteś najlepszym człowiekiem do tego zadania. Z McKinleyem będzie łatwo pracować. Wszyscy go lubią. Spędzisz najbliższe cztery miesiące, przyglądając się wszystkiemu, co się dzieje w Białym Domu i zaprojektujesz ulepszony system ochrony. Po wyborach w listopadzie znajdę dla ciebie zadanie, które bardziej ci się spodoba.
- Tylko cztery miesiące?
- Cztery miesiące - potwierdził Wilkie. - Opracuj nowy plan zabezpieczeń, a potem będziesz wolny.
Nathaniel przechadzał się po pomieszczeniu, rozmyślając nad otrzymaną propozycją. Cztery miesiące nie zapowiadały się aż tak okropnie, a musiał przyznać, że ochrona prezydenta naprawdę była w fatalnym stanie. Było również prawdą, że świetnie nadawał się do tej pracy, i nie mógł odmówić podjęcia takiej służby.
Zamierzał przyjąć to zadanie. Oznaczałoby to zamieszkanie wraz z innymi pracownikami we wspólnym pokoju na najwyższym piętrze Białego Domu. Musiałby również niemal przez cały czas być skoncentrowany. Kiedy tylko nie będzie spał, siedem dni w tygodniu, aż do listopadowych wyborów. Byłoby to wyzwanie, ale być może również sposób, by się wykazać i odkupić niepowodzenia z przeszłości.
Tej nocy powrócił dawny sen. Nathaniel podniósł ciało Molly, zupełnie mokre i poturbowane od rwącego nurtu, z pustym spojrzeniem skierowanym w nicość.
- Proszę, Molly - szlochał, ale ona już nie żyła, a zwłoki były zimne.
Zabrał ją do domu. Jechał tramwajem przez Chicago z martwym dzieckiem ułożonym na kolanach. Ludzie mu się przyglądali, a on nie zwracał na to uwagi. Był jakby nieobecny.
Wybudził się gwałtownie. Jego pościel była mokra od potu. Ten koszmar prześladował go już wiele lat temu, a teraz wrócił, przerażający i sugestywny jak zawsze. Do tej pory pamiętał nasiąkniętą wodą suknię młodszej siostry, która przemoczyła mu koszulę.
Nie powinien był się zgodzić na to zadanie w Białym Domu. Tak bardzo chciał się teraz z tego wycofać, ale już dał słowo.
Kolejny ranek rozpoczął na kolanach w kaplicy w pobliżu pensjonatu, gdzie się zatrzymał. Od śmierci Molly minęło już dwadzieścia lat, a to wydarzenie nadal go prześladowało. Błąd, który popełnił, kiedy miał osiemnaście lat, był dla niego jak rana, która nie mogła się zagoić, ale nie zamierzał pozwolić, by paraliżowało go to do końca życia. Nadszedł czas, by się od tego uwolnić. Oparł czoło na ławce znajdującej się przed nim.
- Molly, tak mi przykro - szepnął. - Powinienem był cię lepiej chronić. Uczczę twoją pamięć, wypełniając to zadanie z największą pieczołowitością. Zrobię wszystko, żeby je porządnie wykonać.
Po raz tysięczny zastanawiał się, dlaczego Bóg zabrał niewinne dziecko. Aby ukarać go za to, że miłość do sztuki postawił wyżej niż zobowiązania wobec rodziny? Dwie dekady przemyśleń nie przyniosły mu zadowalającej odpowiedzi.
"Panie Jezu, wiem, że stoi za tym jakiś powód, ale go nie rozumiem. Czy może być tak, że tym razem nie uśpię mojej czujności? Każdego dnia będę się starał służyć mojemu krajowi i czcić pamięć o Molly. Proszę Cię o prowadzenie. Jeśli dasz mi znak, pójdę za Tobą".
Nasłuchiwał, mając nadzieję, że dostanie jakąś odpowiedź, która pozwoli mu uciec przed tym zadaniem, ale niczego nie usłyszał.
I to właśnie było znakiem. Miał rozkaz do wypełnienia, a teraz był czas, żeby zabrać się do pracy.