Taksówkarz
Tego feralnego dnia Marian Stanisławski nie mógł przypuszczać, co się wydarzy. Jak co rano, w drodze na postój taksówek wypił w pośpiechu kawę z mlekiem. Jego żona Basia, jak to miała w zwyczaju, uszykowała mu dwie bułki pszenne z jajkiem i sałatą. Stanowczo groziła, by ze względu na wysoki poziom cholesterolu skończył kupować wędlinę podsuszaną.
Marian lata młodzieńcze miał dawno za sobą, a jego obwód w pasie poszybował powyżej setki. Razem z Basią mieli świętować w grudniu dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Z tej okazji oddany mąż kupił wybrance zegarek ze srebrnym cyferblatem wysadzany cyrkoniami.
*
- Wracałem do domu, było już późno - relacjonował zajście policjantowi. - Nagle nie wiedzieć skąd, wyrosła mi przed maską, niemal spod ziemi! Jestem pewien, że nie było jej tam chwilę wcześniej. Musiała wypełznąć z rowu, niepostrzeżenie z rosłej trawy, o tam!
Wskazał palcem.
- Trochę padało, więc koła chwyciły pobocze - kontynuował. - Z trudem nie wziąłem jej na maskę! Myślałem, że serce mi wyskoczy! Prawie ją przejechałem. Zapaliłem papierosa i obserwowałem ją w lusterku. Padał deszcz, a ona stała jak upiór. Zmoczona kompletnie, przegięta, jakby obolała. Zapytałem, czy ją podwieźć. Gdy tak stała z rękami opasającymi brzuch... O, w taki sposób, jak pokazuję... Do głowy by mi nie przyszło, że ona... Ech, zresztą podszedłem i okryłem ją kurtką. Miała na sobie tylko sukienkę. Cieniuchną, niemal przeźroczystą. I wtedy spojrzałem na jej twarz. Popatrzyłem w oczy tej kobiecie. Zobaczyłem w nich małą zagubioną dziewczynkę, przerażoną kompletnie. Pomyślałem, że straciła pamięć albo jest na coś chora. "Pomogę ci", rzekłem, biorąc ją za rękę, a ona rozpłakała się, jakbym ze skóry żywcem ją obdzierał. Uchyliłem drzwi taksówki. Wsunęła się na tylną kanapę. Cały czas śledziłem jej ruchy w lusterku. Wyglądała gorzej niż mizernie. Gotowa była osunąć się i nie wstać. Miała sine oczy i nadgarstki wielokrotnie pocięte nożem. Widziałem już takich ludzi, oni cierpią w inny sposób. Wszystko pan to zapisuje? Nasz syn odszedł w ten sposób. - Pociągnął nosem, nie potrafiąc ukryć wzruszenia.
- Co było dalej? Proszę mówić!
- Dalej otworzyło się piekło normalnie. Kobieta dostała konwulsji, potów, drgawek. Miotało nią na wszystkie strony. Siedziała o tu, w tym miejscu na kanapie. Jakby jakie opętanie albo ból straszliwy... Zaczęła krzyczeć, wyć z bólu! Odwróciłem głowę i mym oczom ukazały się rozpostarte kolana oraz uda, po których lała się krew. To wszystko było jak w horrorze. Nie wiedziałem, co robić, co się, u diabła, dzieje! Spanikowałem! Stanąłem na poboczu. Lało okropnie, a wokoło żywej duszy, tylko ona i ja. Rozumie pan?
Wstrząśnięty taksówkarz nerwowo odpalił papierosa i splunął na ziemię.
- Próbowałem odpiąć pas i wyciągnąć ją z auta, ale ze zdenerwowania nie umiałem odpiąć tej cholernej klamry. Trwało to dłuższą chwilę, a gdy otworzyłem szeroko drzwi, oniemiałem. Pewien byłem, że ona tam z tyłu w moim wozie pocięła się albo ugodziła nożem w brzuch. Czy ona w ogóle miała nóż? Na widok krwi jakoś mną wzdrygnęło, poczułem w ustach słodko-rdzawy smak, a nogi miałem jak z waty.
- To jak to w końcu było? Widział pan nóż czy nie? - ponaglał policjant. - Co było dalej?
- Trzepnąłem się w twarz, o tak, otwartą ręką, żeby oprzytomnieć i nie zemdleć chyba. I wtedy pod sukienką, gdzie krwi było co niemiara, zobaczyłem coś czarnego, jakby główkę dziecka. Ona tam, znaczy w moim wozie, na kanapie z tyłu, rodziła! W sekundzie rzuciłem się, by pomóc, choć raz po raz odwracałem głowę i wymiotowałem. I kiedy po jakiejś dłuższej chwili dziecko było na zewnątrz, dziewczyna pobladła, a usta jej zsiniały okropnie. Nie krzyczała, słabła. Umazany jej krwią, trzymając dziecko, zacząłem krzyczeć o pomoc!
- Czy ktoś może potwierdzić pańskie słowa? - dopytywał się funkcjonariusz.
- Wokół żywej duszy. Czułem, że ona zaraz będzie trupem. Oto zza zakrętu dostrzegłem światła. Wybiegłem jak szaleniec, prosiłem o pomoc. Ktoś zadzwonił po karetkę. Jakaś kobieta, chyba pasażerka tego auta, które się zatrzymało. Podbiegła, krzycząc coś o kursie medycznym. Pomyślałem, że jesteśmy uratowani! Szybkim ruchem szarpnąłem półprzytomną matkę dziecka. Mijały sekundy, minuty i znów jakiś wstrząs, to drgawki wygięły jej ciało. Karetki ciągle nie było! Czułem, jakby trwało to wieczność.
- Zapisałem w ten sposób - wtrącił policjant. - Kierowca po wezwaniu pomocy stwierdził obecność kobiety, to jest świadka zdarzenia, która zaoferowała pomoc, gdyż ma przeszkolenie medyczne.
- W końcu zobaczyliśmy coś niepokojącego, nie, to nie mogła być prawda. Kolejne dziecko! Mniejsze, dużo mniejsze, w kolorze sinopurpurowym. Nie ruszało się, nie płakało! Stałem za kobietą, trzymałem ją za ramiona, jakbym kierował jakimś robotem. I nagle dostrzegłem dłonie w rękawiczkach, usłyszałem "proszę się odsunąć". To był lekarz. W tym wszystkim nie zauważyłem, kiedy nadjechała karetka. Wszystko odbyło się sprawnie, choć to drugie dziecko pewnie nie przeżyło. Matka wyglądała dramatycznie.
Nieprzytomna Teresa, umazana we krwi, jak ofiara ciężkiego wypadku, została w porę przetransportowana do ambulansu.
- Kanapa... cóż, chyba ją wymontuję i porządnie wypiorę. Wie pan, zawsze myślałem, że takie akcje odchodzą tylko w amerykańskich filmach. A tu popatrz panie, Stasieńkowi taki numer wycieli! Kto by się spodziewał? Ba! Kto da wiarę, że to naprawdę się wydarzyło? Poproszę ja Basię, to jest moja żona, żeby na urodziny, które mam za tydzień, kupiła dobry odplamiacz do tapicerki. Tylko tyle mogę zrobić, bo za szkody i tak pewnie nikt nie odda. Zresztą pal licho pieniądze, oby ta mała wyszła z tego żywa! Co za czasy, panie władzo! Co za czasy!
- Co by nie mówić, oby więcej takich postaw było wśród społeczeństwa - rzucił w stronę Mariana chowający notes policjant. - Należy się panu order, i to bez dwóch zdań!
*
Obudziła się nazajutrz. Sennym wzrokiem wodziła po białej ścianie sali szpitalnej. Chciała się odezwać i zapytać o coś, ale podane jej leki spowodowały narastającą senność. Nie czuła języka, tak więc wyartykułowanie jakiegokolwiek słowa przychodziło z trudem. Mocnym szarpnięciem starała się uwolnić przywiązane do balustrady łóżka nadgarstki. Raz i dwa szarpała zaciekle. Zachowywała się, jakby krępujące ją bandaże paliły skórę. Konwulsje wyginały jej ciało, aż w końcu ryknęła na cały oddział jak ranne zwierzę.
- Potworny to był krzyk - relacjonowała pacjentka leżąca naprzeciwko. - Nigdy, jak żyję, nie słyszałam czegoś takiego. Panika, furia, sama nie wiem. Było w tym zachowaniu coś nieludzkiego. Jakby przypalali ją żywym ogniem, tak darła się wniebogłosy. I ten wzrok, doktorze... dziki taki, jakby uciekała przed czymś, co próbuje ją dopaść!
Lekarz dyżurny szybko podał zastrzyk i młoda kobieta po chwili zasnęła. Gdy kilka godzin późnej na powrót otworzyła oczy, stała nad nią lekarka przykładająca do ust palec wskazujący, nakazując tym samym, by dziewczyna nie krzyczała. Z drugiej strony łóżka znajdowała się kobieta o długich do ramion blond włosach, skrzętnie zapisując w zeszycie swoje spostrzeżenia i raz po raz zerkając na przerażoną pacjentkę, która zeszłej nocy urodziła w taksówce dwójkę dzieci.
- Dzień dobry, nazywam się Anna Tomaszewska i jestem lekarzem, a to jest nasza pani psycholog. Chciałyśmy z tobą porozmawiać wcześniej, ale stan, w jakim się znajdowałaś, wykluczał taką możliwość. Czy wiesz, dlaczego znalazłaś się w szpitalu?
Kobieta nie zareagowała. Anna podeszła i niewielką latarką poświeciła jej w oczy.
- Czy potrafisz odpowiedzieć nam, co się wczoraj stało? Dlaczego znalazłaś się w taksówce? Spójrz na mnie, nie musisz się chować, jesteśmy tutaj, by ci pomóc, z nami jesteś bezpieczna.
Pacjentka zdawała się nie rozumieć, o co pyta ją lekarka. Błądzącym wzrokiem nieprzytomnie lustrowała salę, raz po raz wzdrygając się i zasłaniając twarz, jakby bała się, że spadnie na nią wymierzony w głowę cios.
- Wszystko pani zapisała? - zapytała stojącą nieopodal psycholożkę doktor Anna.
- Naturalnie, notuję obraz kliniczny pacjentki - odparła stażystka.
- Spróbujmy więc raz jeszcze, nie bój się mojej dłoni. - Tomaszewska usiadła na skraju łóżka kobiety o nieznanej tożsamości. - Mam na imię Anna, a ty?
- Teresa - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Teresa? Naprawdę ładnie. Skoro już wiemy, jak masz na imię, może opowiesz nam coś więcej?
Kobieta zmarszczyła brwi. Była bliska płaczu. Odsunęła nogami kołdrę i z niedowierzaniem popatrzyła na swój brzuch. Jej stan z każdą sekundą się pogarszał. Wybuchnęła płaczem. Spazmy wyginały jej ciałem. Miotało nią z taką siłą, że niezbędna była pomoc sanitariusza.
Mijały kolejne minuty. Kroplówka goniła kroplówkę, leki wyciszające powolnie dostawały się do krwiobiegu Teresy.
Dotąd napięte ciało młodej kobiety się rozluźniało.
- Odwiążę ci te bandaże. Musisz jednak obiecać mi, że będziesz grzeczna.
Dziewczyna kiwnęła głową, raz po raz łapiąc haust powietrza.
- Niech pani szybko otworzy okno na oścież! - zawołała Anna, zwracając się do psycholożki.
Przecięła bandaże i ręce Teresy znów były wolne.
- Posłuchaj, Tereso, czy wiesz, dlaczego znalazłaś się w szpitalu?
Dziewczyna pokręciła głową.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że wczoraj urodziłaś dzieci?
Młoda kobieta uniosła głowę, jakby nie dowierzała temu, co usłyszała.
Wzrokiem błądziła po sali. Sprawiała wrażenie nieobecnej.
- Masz rodzinę? Czy mamy kogoś powiadomić? Pewnie twoja nieobecność ich zmartwi.
Teresa uniosła rękę, by ukazać bliznę na przedramieniu.
- Ktoś wyciął jej numer telefonu - mruknęła pod nosem Anna, wymownie spoglądając na psycholożkę, a potem znów na Teresę. - Możesz być pewna - zwróciła się bezpośrednio do Teresy - że dołożymy wszelkich starań, by powiadomić, kogo trzeba. To, o co teraz zapytam, może być trudne, ale musisz mi odpowiedzieć na to pytanie. Czy ktoś zrobił ci coś złego? Skrzywdził w jakiś sposób? Tereso, popatrz na mnie! Nie chowaj głowy, nie odwracaj się, my chcemy ci pomóc. Zapytam raz jeszcze, czy te wszystkie sińce, blizny, skaleczenia są celowym działaniem kogoś, kto cię skrzywdził?
- Prosił, bym była cicho.
- Kto taki?
- Rysiek, on bardzo nie lubi, jak krzyczę.
- Czy ten Rysiek to twój mąż?
- Nie, to mój facet, ale on byłby zły, że rozmawiamy o nim.
- Posłuchaj, Tereso! On się nad tobą znęca! To niedopuszczalne! Musimy zawiadomić policję! Czy pamiętasz, jak znalazłaś się wczoraj w taksówce?
- Źle się czułam, nie miałam siły iść dalej, pamiętam, że padało okropnie i nagle zrobiło się ciemno.
- Gdyby nie ten taksówkarz, mogło być dużo gorzej. Tereso, spójrz na mnie! Zostałaś mamą dwójki dzieci, rozumiesz, co do ciebie mówię? Wczoraj w taksówce, którą jechałaś, urodziłaś dwójkę dzieci, to chłopcy. Drugie dziecko jest nieco słabsze, więc wspomagamy je respiratorem, mamy jednak nadzieję, że z tego wyjdzie i wszystko się ułoży.
Stan, w jakim znajdowała się Teresa, mocno zastanawiał lekarzy. Wieść o tym, że na świat przyszła dwójka jej dzieci, nie zrobił na kobiecie najmniejszego wrażenia. Zupełnie jakby nie zdawała sobie sprawy ze swojego położenia.
Nieobecna i oszołomiona dużą dawką leków, przyłożyła głowę do poduszki i zasnęła. Zaniepokoiło to Annę. Rozważała, czy Teresa nie padła ofiarą gwałtu, i domniemała, co mogło się wydarzyć, nim taksówkarz odnalazł kobietę.
- Co o niej wiemy? - spytał ordynator Kuryłowicz.
- Pacjentka trafiła do nas wczoraj wieczorem - odparła Tomaszewska. - Pierwsze rozpoznanie to krwotok poporodowy. Ciąża bliźniacza, obaj chłopcy żyją, choć jeden z nich jest w poważnym stanie. Pacjentka wyraźnie zaniedbana, odwodniona, niedożywiona. Przetoczyliśmy dwie jednostki krwi. Z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć mogę, że ktoś się nad nią znęcał. Kontakt z pacjentką pozostaje wyraźnie utrudniony. Nie rozumie, gdzie jest i dlaczego znalazła się w szpitalu.
- Jakieś informacje na temat rodziny? - dopytywał się zdziwiony profesor. - Ktoś jej poszukuje? Może na izbie przyjęć o nią wypytywali? Przecież to niemożliwe, by ledwie odziana kobieta w zaawansowanej ciąży wypełzła ot tak z lasu! - obruszył się ordynator.
- Na razie nikt się nie zgłosił. Policja również o nią nie rozpytywała. Mam podejrzenie, choć to oczywiście hipoteza, że kobieta może być ograniczona intelektualnie. Możliwe też, że podejmowała wcześniej próby samobójcze. Ma poranione nadgarstki, pełne starych blizn po cięciu. Zapytana, czy chce obejrzeć dzieci, milczy. Przy pacjentce nie znaleziono żadnych dokumentów stwierdzających tożsamość. Dzwoniłam na policję, nikt nie zgłosił zaginięcia. Jutro będę zmuszona powiadomić odpowiednie służby, w tym opiekę społeczną!
- Nietuzinkowy przypadek, nie sądzisz, Anno? I pomyśleć, że tylu ludzi oddałoby wszystko, by mieć dziecko, a ona urodziła dwójkę, na której jej totalnie nie zależy. Paradoks?
- Ta kobieta mnie przeraża. W jej wzroku jest coś niepokojącego. Do jak krańcowego momentu doprowadzić trzeba człowieka, by nie interesował go los własnych pociech?!
- Anna sądzi, że ciąża była wynikiem przemocy? - zapytał, spoglądając na nią spod opuszczonych nisko na nosie okularów.
- Niewykluczone, ordynatorze, z doświadczenia wiem jednak, że po takiej traumie kobiety przechodzą ciężką depresję, są płaczliwe, emocje z nich kipią. W tym przypadku nic, pacjentka wydaje się ostoją spokoju, a informacja o porodzie zupełnie nie wywarła na niej wrażenia. A może my zwariowaliśmy, wmawiając jej tę ciążę?
- Nonsens! To przecież bzdura - obruszył się wyraźnie Kuryłowicz. - Fakty mówią same za siebie.
- Całkiem możliwe, że gdy sąd uzna, iż matka jest osobą niezrównoważoną, będzie decydował o prawie do opieki nad dziećmi.
- Pani doktor, proszę dołożyć wszelkich starań, by znaleźć jej rodzinę. Dzieci nie powinny wychowywać się w sierocińcu.
- Proszę mi wierzyć, że stanę na głowie, jeśli będę musiała. Nie daje mi spokoju jeden szczegół.
- A mianowicie? - spytał ordynator.
- Nigdy nie widziałam aż tak paskudnych otarć w okolicy kostki. To wygląda, jakby kobieta była zakuwana w kajdany!
- Więźniarka - spytał zdziwiony. - Na Boga, mamy dwudziesty pierwszy wiek! W dzisiejszych czasach takich metod się nie stosuje. Skąd wniosek, że to kajdany?
- Sama nie wiem, może jestem przewrażliwiona albo naczytałam się za dużo książek.
*
Rankiem następnego dnia jedna z pacjentek leżących w sali obok rozpoznała w kobiecie niejaką Teresę Wang.
- Twierdzi, że kiedyś była jej nauczycielką, stąd bez trudu wskazała tożsamość - poinformowała pielęgniarka, która właśnie weszła do dyżurki lekarzy.
- To naprawdę świetna wiadomość! - skwitowała Anna.
W sekundzie zerwała się na równe nogi i czym prędzej ruszyła do sali, w której znajdowało się łóżko Teresy.
- Na szczęście już wiemy, kim jesteś, Tereso! - wykrzyknęła uradowana. - Zobaczysz, teraz wszystko się ułoży. Proszę cię, spójrz na mnie, porozmawiajmy! Domyślam się, że przytrafiło ci się coś złego. Na litość boską, daj sobie pomóc, kobieto! Zaufaj mi. Ten, kto cię skrzywdził, powinien ponieść za to surową karę.
- Pani doktor - wtrąciła pielęgniarka - przepraszam bardzo, ale na oddziale pojawił się mężczyzna, który twierdzi, że jest mężem tej pani. Awanturuje się! Chce w tej chwili zabrać ją do domu.
- Zostaw to mnie, już ja rozmówię się z tym damskim bokserem!
- Dzień dobry, przejdę od razu do konkretów. Stan, w jakim żona trafiła do nas na oddział, mówiąc kolokwialnie, był opłakany i nie wynikało to z faktu, że podczas akcji porodowej pańska żona nie była otoczona właściwą opieką medyczną. Mam nadzieję, że wie pan, o czym mówię!
Ubrany w zielone ogrodniczki i flanelową koszulę, wysoki brunet badawczym wzrokiem lustrował Annę.
Nie sprawiał wrażenia zdziwionego sytuacją. Nie przerywał, gdy ta w sposób bezkompromisowy starała się wypunktować zaniedbania. W rękach miętolił zdjętą uprzednio z głowy czerwoną bejsbolówkę brudną od smaru.
- Teresa jest histeryczką - odparł nader spokojnie - ale w sposób przebiegły potrafi manipulować ludźmi. Gdyby te jej umiejętności aktorskie można by spieniężyć, bylibyśmy bogaci.
- Jak pan śmie?! - uniosła się z nagła, aż z nerwów zakręciło jej się w głowie. - Teresa jest najpewniej ofiarą przemocy! Proszę nie udawać, że nic pan o tym nie wie!
- Jak to powiedzieć, żeby zrozumiała pani, co mam na myśli...? Teresa to manipulantka, nie można jej wierzyć w żadne, powtarzam, w absolutnie żadne słowo. Czy pani to rozumie?
- Czy pan oszalał?! Albo próbuje pan zrobić ze mnie wariatkę! Na jej ciele są liczne siniaki, jest niedożywiona, to są jednoznaczne ślady przemocy!
- Wmówiła to pani! A może udawała niemowę? Teresa to chora osoba, która część swojego dorosłego życia spędziła w ośrodkach zamkniętych. Zwróciła pani zapewne uwagę na jej pocięte nadgarstki. To efekt czterech prób samobójczych. Doprawdy nie wiem, jakie oskarżenia wysnuła pod moim adresem, ale mogę być pewnym tego, że uczyniła ze mnie tyrana. Pokazywała pani rany na plecach?
- Na plecach? - spytała Anna. - Nie - odparła zdziwiona.
- Po tym, jak Teresa się nawróciła, poszła do kościoła i wyznała swoje grzechy. Ksiądz w ramach pokuty nakazał jej umartwianie ciała, oddanie się Bogu, wyjście mu naprzeciw. Miała wykazać żal i skruchę za grzechy. Teresa te słowa potraktowała w sposób dosłowny. Zamknęła się w stodole i zrobionym z rzemyków biczem dzień i noc okładała swoje plecy. Rany były tak potworne i krwawe, że lekarz pogotowia bał się do niej zbliżyć. Sądzi pani, że to zachowanie było przejawem zdrowego umysłu? Trudno mówić źle o własnej żonie, ale ona jest pomylona! Nic więcej nie mogę powiedzieć.
- Gdy bodaj dwa lata temu Teresa dowiedziała się, że najpewniej nie będzie mogła mieć dzieci, w akcie szaleństwa wybiegła z domu w środku nocy. Mijały godziny, potem dni. W końcu czwartego dnia zadzwonił telefon. Znaleźli ją nieprzytomną i zakrwawioną.
- Miała wypadek? Co się stało?
- W akcie desperacji kupiła żyletkę i obcięła nią sutki, twierdząc, że i tak nie będą jej do niczego potrzebne. A teraz, na litość boską, pozwólcie mi zabrać ją do domu! Ta choroba to przekleństwo naszej rodziny.
- Sugeruje pan, że stan, w jakim znajduje się Teresa, jest wynikiem choroby psychicznej? Czy ona została zdiagnozowana?
- Schizofrenia z podejrzeniem zespołu Münchhausena. Taki człowiek jest w stanie wmówić sobie wszystko. Mało tego: gdy tylko zapragnie, jego wizje stają się jak najbardziej realne. To chora i nieszczęśliwa kobieta, a ta ciąża... nie jestem nawet pewien, czy te dzieci są moje. Z dużym prawdopodobieństwem sądzić mogę, że to wynik jej wielokrotnych ucieczek. Równie dobrze mógł ją ktoś wykorzystać! Stan, w którym znajduje się Teresa, czyni z niej potencjalnie łatwą ofiarę.
- Potencjalnie? - zapytała zaniepokojona Anna.
- Niewykluczone, że ona tego chciała, mogła dla przykładu sprowokować kogoś, uwieść!
- Uważa pan, że mogła zrobić to świadomie?
- W jej przypadku myślenie działała często w sposób nieprzewidywalny.
- Te informacje rzucają nowe światło na sprawę. Czy Teresa będzie w stanie zająć się dziećmi?
- Na pewno nie sama, to byłaby sytuacja zbyt niebezpieczna.
- Obawiam się, że dalsze rokowania mogą stanąć na przeszkodzie w utrzymaniu praw rodzicielskich. Czy ma pan jakiś dowód na poparcie swoich słów? Pisemną diagnozę albo wypis ze szpitala psychiatrycznego? Chyba zrozumiałym jest, że pańskie słowo w obliczu tego, z czym mamy do czynienia, to za mało, bym mogła tak zwyczajnie wypisać pacjentkę.
W ułamku sekundy podał Annie teczkę wypełnioną po brzegi dokumentacją medyczną.
- Znajdzie tu pani przebieg choroby, opis prób samobójczych, leczenie w klinikach psychiatrycznych, listę zażywanych leków oraz ich dawkowanie. Słowem obraz kliniczny Teresy. Ostrzegam, to mocna lektura! Ona musi teraz dużo odpoczywać, brać leki. To warunek konieczny. Wszystkie te odchyły, że tak je nazwę, mają miejsce, kiedy Teresa czuje się na tyle dobrze, że przestaje brać tabletki. Wtedy wszystko wraca ze zdwojoną siłą.
- To straszne! Będzie pan musiał zająć się nią z należytą starannością, tak, by nie odbiło się to na dobru dzieci. One przecież nie rozumieją, że znalazły się w środku tak zagmatwanej sytuacji.
- Potrafi mi pani wytłumaczyć, dlaczego spotykają nas te potworności?
W oddali szpitalnym korytarzem zmierzała właśnie dwójka mundurowych. Towarzyszył im sam komendant policji, Rak. Ten, jak na dżentelmena przystało, skinął głową lekarce i złożył pocałunek na zewnętrznej część jej dłoni.
- Pani doktor wybaczy całe to zamieszanie, ale my doskonale znamy poczynania Teresy Wang i z powagą piastowanego stanowiska zaświadczyć mogę, że to osoba - zbliżył się o krok w kierunku Anny i wyszeptał: - od lat pomylona.
Tomaszewska bezradnie rozłożyła ręce.
- Chciałabym pomóc pana żonie, ale nie jestem psychiatrą. To nie jest moja dziedzina. Leki, które zapewne bierze Teresa, zamazują jej racjonalny ogląd. Życie z osobą z zaburzeniami psychicznymi przypomina balansowanie na cienkiej linie. Postaram się, by skonsultował ją dobry psychiatra, tylko tyle mogę dla was zrobić.
- Teraz myślę o tym, by wrócić do domu. To jedyne miejsce, w którym Teresa może poczuć się lepiej. W domu jej stan się unormuje, wyciszy, przynajmniej mam taką nadzieję.
Anna nie torowała już drogi mężczyźnie. Gdy przestąpił próg sali, Teresa rozpłakała się na jego widok. Zakryła się kołdrą, jakby mogło to sprawić, że będzie niewidoczna. Wang usiadł na skraju łóżka i objął kobietę. Była tak drobna, iż utonęła w jego ramionach zupełnie niewidoczna. Tylko jej szczupłe kościste dłonie zarysowały się na jego barkach. Zawinął ją w koc tak, by nie było jej zimno, i szybkim ruchem uniósł nad łóżko. Teresa beznamiętnym wzrokiem spojrzała na Annę, po czym na wpół senna od leków zwiesiła głowę.
- Jutro może pan odebrać jednego syna, drugi, słabszy, zostanie tu kilka dni, nim jego stan się nie unormuje.
- Nie wiem, jak pani dziękować za troskę.
- Drobiazg, polecam się na przyszłość.
- Na pewno zapamiętam, do widzenia!
Tomaszewska jeszcze dłuższą chwilę stała na korytarzu, przyglądając się, jak rosły mężczyzna niesie wycieńczoną i oszołomioną Teresę. Wyglądała tak mizernie, jakby trawił ją zjadliwy nowotwór. Sprawiała wrażenie, że nie zależy jej na tym, co dalej uczyni z nią ten, w którego ramionach obecnie przebywała.
Gdy tylko zniknęli w windzie, natychmiast zaczęła wertować papiery dotyczące historii choroby Teresy. Dokumentacja z licznych hospitalizacji i izb przyjęć przyprawiała Annę o zawrót głowy.
- Biedna kobieta - powtarzała, raz po raz kręcąc z niedowierzania głową. - Ile musiałaś wycierpieć w swoim krótkim życiu, Tereso?