Pożegnanie z Zieloną 13 - Agata Bizuk

Kup ebooka

44.00 zł
28.60 zł (28,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Prze­dziw­ne, w ja­kich oko­licz­no­ściach czło­wie­ko­wi może skoń­czyć się świat. Al­do­nie skoń­czył się wła­śnie te­raz, kie­dy ze spusz­czo­nymi do ko­stek majt­ka­mi sie­dzia­ła na to­a­le­cie i wy­glą­da­ła do­praw­dy gro­te­sko­wo. Fra­nek ba­wił się na pod­ło­dze ła­zien­ki, re­fe­rując coś do sie­bie we wła­snym ję­zyku, a ona za­sta­na­wia­ła się, co da­lej z nią bę­dzie. Bo to, że Szcze­pan wściek­nie się okrut­nie, było pew­ne jak w ban­ku. Zupeł­nie nie wie­dzia­ła, co ze sobą zro­bić. Po­pa­trzyła smęt­nie na syna i wes­tchnę­ła cięż­ko.

Praw­dę mó­wiąc, mia­ła na­wet ocho­tę się roz­pła­kać i gdyby nie obec­ność dziec­ka, pew­nie by to zro­bi­ła. Na szko­le­niu dla opie­kunek uczyli ją jed­nak, żeby nie prze­no­sić swo­ich frustra­cji na ma­łe­go czło­wie­ka, któ­ry jak gąb­ka chło­nie wszyst­kie do­ro­słe na­stro­je. Za­mknę­ła więc oczy i po­li­czyła w myślach do dzie­się­ciu, a kie­dy nie po­mo­gło, jesz­cze raz do dzie­się­ciu, dwudzie­stu i jesz­cze, dla pew­no­ści, do pięć­dzie­się­ciu. W mię­dzycza­sie po­czuła, jak drę­twie­je jej noga, a po na­gim po­ślad­ku wę­druje sta­do mró­wek. Jed­nak mimo tego nie mia­ła siły pod­nieść się z to­a­le­ty. Tu było jej wy­god­nie.

W ogó­le lu­bi­ła wła­sną ła­zien­kę. Co praw­da tro­chę szpe­ci­ła ją ogrom­na pla­ma na su­fi­cie, po­zo­sta­ła jesz­cze z cza­sów, kie­dy pię­tro wy­żej miesz­ka­ła pani Sta­sia, ale na­wet z żół­tym za­cie­kiem ła­zien­ka była naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem w ca­łym miesz­ka­niu. To był jej schron i azyl, kie­dy mia­ła za dużo na gło­wie, kie­dy Fra­nek ma­rudził, a cały świat zda­wał się być prze­ciw­ko niej. Tu przy­cho­dzi­ła, żeby od­po­cząć, po­myśleć i zwyczaj­nie po­być sama, choć nie­ste­ty rzad­ko mia­ła ku temu oka­zję. Zwykle bo­wiem Fra­nek na dźwięk za­pa­la­ne­go w ła­zien­ce świa­tła na­tych­miast po­ja­wiał się przy drzwiach, wy­cią­ga­jąc rącz­ki do swo­jej mamy. Al­do­na za­bie­ra­ła go więc czę­sto ze sobą, wła­śnie tak jak te­raz, choć zupeł­nie nie mia­ła na to ocho­ty. Ko­cha­ła wła­sne dziec­ko, ale po­trze­bo­wa­ła odro­bi­ny sa­mot­no­ści, na­wet je­śli wią­za­ła się ona z drę­twie­niem nóg i mrów­ka­mi na po­ślad­kach. Nie­ste­ty, dzi­siaj mu­sia­ła prze­żyć nie do koń­ca po­żą­da­ne w ta­kiej sy­tua­cji to­wa­rzystwo wła­sne­go dziec­ka.

Wró­ci­ła myśla­mi do tego, cze­go do­wie­dzia­ła się przed chwi­lą. Nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­cze­go to znów się sta­ło, i po raz ko­lej­ny po­czuła, jak łzy za­czyna­ją jej na­pływać do zmę­czo­nych oczu. Fra­nek już nie zwra­cał na nią uwa­gi, za­ję­ty za­ba­wą sta­dem gumo­wych ka­czek, któ­re zdjął z brze­gu wan­ny. Może to i le­piej, nie musi wi­dzieć wła­snej mat­ki w ta­kim sta­nie. Zresz­tą nikt nie po­wi­nien jej ta­kiej te­raz oglą­dać.

Nie, żeby nie po­dej­rze­wa­ła, że tak to się może skoń­czyć, zresz­tą wła­śnie w tym celu wszyst­ko dziś spraw­dzi­ła. Ale prze­cież nie tak mia­ło być. Fra­nio jest jesz­cze ma­lut­ki, a ona z ko­lei już wca­le nie taka mło­da. No i Szcze­pan miał w koń­cu ja­kieś pla­ny na sie­bie, a te­raz to wszyst­ko tak po pro­stu tra­fił szlag.

Po­cią­gnę­ła gło­śno no­sem. Na co dzień obrzy­dza­ło ją, kie­dy ktoś za­cho­wywał się w ten spo­sób, ale dziś uzna­ła, że już wszyst­ko jej jed­no. Mia­ła ocho­tę na kie­li­szek wina. Albo le­piej, na całą bu­tel­kę. Nie­ste­ty, bę­dzie mu­sia­ła za­do­wo­lić się wodą z cytryną.

Kie­dy we­szła ci­cha­czem do ła­zien­ki, jesz­cze mia­ła na­dzie­ję, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Bez sen­su w ogó­le było to skra­da­nie się, prze­cież w koń­cu każ­dy ko­rzysta z to­a­le­ty co naj­mniej kil­ka razy dzien­nie, ale Al­do­na po pro­stu czuła, że cały świat ob­ser­wuje ją w na­pię­ciu i zło­wro­go gro­zi pa­lusz­kiem. Poza tym mia­ła na­dzie­ję, że uda się jej opa­no­wać sy­tua­cję bez wszę­do­byl­skiej obec­no­ści swo­je­go pier­wo­rod­ne­go. Nie­ste­ty, Fra­nek, wie­dzio­ny chyba ja­kimś pra­sta­rym in­stynk­tem, w jed­nej se­kun­dzie zma­te­ria­li­zo­wał się przy drzwiach, ci­cho po­pła­kując, w ra­zie gdyby mat­ka nie mia­ła ocho­ty mu ulec. Ule­gła, choć już od pierw­szej se­kun­dy ża­ło­wa­ła tego okrut­nie. Na szczę­ście dziec­ko tym­cza­so­wo za­ję­ło się sobą, więc Al­do­na mo­gła przy­stą­pić do dzie­ła.

De­li­kat­nie roz­pa­ko­wa­ła za­wi­niąt­ko, któ­re trzyma­ła scho­wa­ne za pa­skiem spodni, a po­tem urucho­mi­ła ma­chi­nę. Z ca­łej siły za­ci­snę­ła po­wie­ki. Nie mia­ła od­wa­gi na­wet spoj­rzeć na to, co się tam dzia­ło. Dwie mi­nuty dłu­żyły się jej jak go­dzi­ny. Życie zdą­żyło prze­le­cieć jej przed ocza­mi pięt­na­ście razy, za­nim w koń­cu usłysza­ła pisz­cze­nie urzą­dze­nia. Na szczę­ście Fra­nek na­wet nie za­no­to­wał od­gło­su. Al­do­na otwo­rzyła po­wo­li oczy i spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz. Ożeż­kur­wa­ja­pier­do­lę - prze­mknę­ło jej przez myśl, ale tyl­ko ką­tem oka zer­k­nę­ła na dziec­ko i już wie­dzia­ła, że nici z so­czystej eks­pre­sji wła­snych emo­cji.

- No, urwał nać! - szep­nę­ła do sie­bie za­miast tego, co nie­ste­ty w ni­czym jej nie po­mo­gło, ale w tej sy­tua­cji mu­sia­ło wy­star­czyć. Nie wol­no prze­kli­nać przy dzie­ciach.

- Al­don­ka, dłu­go jesz­cze? Bo już na­praw­dę nie wy­trzymam. - Szcze­pan za­pukał w drzwi ła­zien­ki. - Wiesz, sor­ry, ale se­rio mu­szę.

Al­do­na ci­cho po­cią­gnę­ła no­sem, chrząk­nę­ła i wresz­cie się ode­zwa­ła, jak­by zupeł­nie nic się nie sta­ło.

- Już wy­cho­dzę, pra­wie skoń­czyłam.

Po drugiej stro­nie drzwi dało się słyszeć wes­tchnie­nie ulgi.

- Po­cze­kam, tyl­ko bła­gam, nie za dłu­go.

Ko­bie­ta wy­wró­ci­ła zna­czą­co ocza­mi, ale na­tych­miast wsta­ła z to­a­le­ty i na­cią­gnę­ła majt­ki. Opu­ści­ła spód­ni­cę, wy­myła ręce, otar­ła twarz ręcz­ni­kiem i spoj­rza­ła w lu­stro.

- Al­do­no Mę­żyk-Za­sa­da - po­wie­dzia­ła do swo­je­go od­bi­cia - to oczywi­ste, że dasz so­bie radę. Je­steś ko­bie­tą, a ko­bie­ty są w sta­nie prze­trwać wszyst­ko. Na­wet ko­lej­ną cią­żę. A Szcze­pan... Cóż, bę­dzie mu­siał zwe­ryfi­ko­wać swo­je pla­ny. W koń­cu sama so­bie tego dziec­ka nie zro­bi­łaś.

Uśmiech­nę­ła się do sie­bie sztucz­nie, od­rzuci­ła wło­sy, po czym na­ci­snę­ła klam­kę. Na po­hybel!

***

- Ale tato, prze­cież mó­wi­łem ci, że je­ste­śmy już po ślu­bie. - Jurek z Ant­kiem sie­dzie­li na­prze­ciw­ko Ro­ma­na i tłuma­czyli mu wszyst­ko wciąż od po­cząt­ku.

- Dla mnie nie je­ste­ście! - Męż­czyzna się na­bur­mu­szył.

Sie­dzie­li przy sto­le i je­dli pie­czo­ne­go kur­cza­ka, któ­re­go przy­go­to­wał An­tek. To był ich do­mo­wy rytuał, że za­wsze wspól­nie zja­da­li choć je­den po­si­łek w cią­gu dnia. To był ich czas, na roz­mo­wę i zwyczaj­ne bycie ra­zem, na co dzień bo­wiem każ­dy był za­ję­ty swo­imi spra­wa­mi. Jurek zna­lazł lep­szą pra­cę, któ­ra co praw­da za­bie­ra­ła mu spo­ro cza­su, ale za to da­wa­ła mnó­stwo sa­tys­fak­cji, An­tek cały czas zaj­mo­wał się do­mem i od­krył swo­ją nową pa­sję - go­to­wa­nie. We­spół z Ro­ma­nem two­rzyli pysz­ne da­nia, któ­re po­tem we trzech kon­sumo­wa­li w cza­sie obia­du. Jurek na­wet pró­bo­wał na­kło­nić Ant­ka do za­ło­że­nia blo­ga kuli­nar­ne­go, ale tam­ten twier­dził, że jesz­cze musi się spo­ro na­uczyć. Nie­ste­ty, An­tek, przy­najm­niej w teo­rii, nie nada­wał się do re­gular­nej pra­cy w kuch­ni - mimo re­ha­bi­li­ta­cji praw­do­po­dob­nie już nig­dy nie miał być zdol­ny do pra­cy fi­zycz­nej. Na ra­zie więc od­da­wał się ro­dzi­nie, wy­myślał nowe prze­pi­sy i czę­sto­wał nimi swo­je­go męża i te­ścia.

Jurek wes­tchnął. Już nie wie­dział, jak ma prze­ko­nać ojca, że ślub w Ho­lan­dii jest ta­kim sa­mym ślu­bem jak ten w Pol­sce, ale ze wzglę­dów praw­nych nie mo­gli po­brać się tutaj. Choć na­praw­dę bar­dzo by chcie­li. Nie­ste­ty, do tego po­trze­ba otwar­tych umysłów i od­po­wied­nie­go pra­wa, a na to się nie­ste­ty nie za­po­wia­da.

- Po­patrz, mamy ob­rącz­ki. - Jurek pod­sunął ojcu pod nos ser­decz­ny pa­lec le­wej ręki, na któ­rym dum­nie no­sił zło­ty krą­żek.

Ro­man tyl­ko się żach­nął.

- Co to ma w ogó­le być? Za­ło­żyłeś so­bie pier­ścio­nek na rękę, w do­dat­ku na nie­wła­ści­wą, i myślisz, że to jest ozna­ka wzię­cia ślu­bu?! Nie byłem na tym ślu­bie, nie wi­dzia­łem, wód­ki z go­ść­mi nie pi­łem, więc żad­ne­go ślu­bu nie było.

Jurek wy­wró­cił ocza­mi i wes­tchnął cięż­ko.

- Mam ci po­ka­zać cer­tyfi­kat mał­żeń­stwa? - spytał. Był już na­praw­dę wy­koń­czo­ny, Ro­man za­cho­wywał się dziś tak, że nie szło prze­mó­wić mu do roz­sąd­ku.

Cho­ro­ba bar­dzo dała mu się we zna­ki. Co praw­da fi­zycz­nie do­szedł już do sie­bie, ale za to psy­chi­ka po­zo­sta­wia­ła wie­le do życze­nia. Wła­ści­wie trud­no było roz­po­znać daw­ne­go Ro­ma­na, oj­ciec bo­wiem zmie­nił się nie­mal cał­ko­wi­cie. W nie­któ­re dni było cał­kiem zno­śnie, męż­czyzna jak­by wra­cał na daw­ne tory, ale ko­lej­ne­go po­ran­ka zupeł­nie nie dało się z nim do­ga­dać. Za­wsze był upar­ty i miał wła­sne zda­nie, cza­sa­mi mimo ra­cjo­nal­nych ar­gumen­tów, ale te­raz to wszyst­ko jesz­cze bar­dziej się zin­ten­sy­fi­ko­wa­ło. Kie­dy się na coś uparł, nie było moc­nych, by w ja­ki­kol­wiek spo­sób wy­tłuma­czyć mu, że się myli.

Prze­cież na po­cząt­ku na­wet za­ak­cep­to­wał fakt, że Jurek z Ant­kiem po­bra­li się w Ho­lan­dii. Może wte­dy nie był z tego po­wo­du naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na Zie­mi, ale przy­jął to do wia­do­mo­ści i w ja­kiś spo­sób się z tym po­go­dził. A gdy Ro­man za­cho­ro­wał, pa­no­wie chyba po raz pierw­szy do­szli do ścia­ny, bo An­tek nie zo­stał uzna­ny za człon­ka ro­dzi­ny. I ja­koś na­tural­nie wszyscy za­ak­cep­to­wa­li fakt, że we­dług pol­skie­go pra­wa Jurek z Ant­kiem za­wsze będą parą na­rze­czo­nych. Obie­ca­li na­wet Ro­ma­no­wi, że wspól­nie wy­bio­rą się do Am­ster­da­mu od­no­wić przy­rze­cze­nia mał­żeń­skie, żeby oj­ciec mógł w peł­ni uczest­ni­czyć w ich szczę­ściu.

To wszyst­ko było tak bar­dzo po­rą­ba­ne i tak bar­dzo nie­wła­ści­we, że wszyscy już od­czuwa­li zmę­cze­nie całą tą sy­tua­cją. Bo w koń­cu w czym prze­szka­dza­ło­by umoż­li­wie­nie lu­dziom le­ga­li­za­cji wspól­ne­go życia? Dla pań­stwa nie było­by żad­nej róż­ni­cy, a lu­dzie tacy jak Jurek i An­tek mo­gli­by wresz­cie mieć spo­koj­ną gło­wę i w peł­ni cie­szyć się życiem ro­dzin­nym, bez kłód rzuca­nych pod nogi w każ­dym urzę­dzie. I tak prze­cież mają cią­gle pod gór­kę, mie­rząc się z ostra­cyzmem i cza­sa­mi bę­dąc wy­tyka­nymi pal­ca­mi. A na­wet naj­więk­sza nie­zgo­da spo­łecz­na nie jest w sta­nie spra­wić, że dwo­je lu­dzi po pro­stu prze­sta­nie się ko­chać.

Od daw­na byli twar­dzi. Mu­sie­li wy­ho­do­wać na so­bie gru­bą skó­rę, by móc w mia­rę nor­mal­nie funk­cjo­no­wać w świe­cie, któ­ry w ża­den spo­sób nie jest dla nich przy­ja­zny. Na szczę­ście mie­li Ro­ma­na, któ­ry, choć z trudem, ja­koś prze­łknął i za­ak­cep­to­wał ich swo­istą in­ność. A te­raz, od nie­daw­na, do ich ro­dzin­ne­go te­amu za­czę­li po­wo­li do­łą­czać rów­nież ro­dzi­ce Ant­ka. Jesz­cze nie­śmia­ło i z nie­peł­nym zro­zu­mie­niem, ale wi­dać było ma­leń­kie świa­teł­ko w tune­lu. Przy­najm­niej roz­ma­wia­li, choć wciąż rzad­ko i nie­chęt­nie.

Tyl­ko te­raz Ro­man znów za­czął na­ci­skać na ten ich ślub, któ­re­go oczywi­ście chcie­li, ale prze­cież nie byli w sta­nie praw­nie prze­pro­wa­dzić.

- W du­pie mam te wszyst­kie pa­pier­ki. - Ro­man za­czął się wy­raź­nie zło­ścić. - Zro­bi­li­ście to sami, bez ro­dzi­ny, w ja­kiejś cho­ler­nej Ho­lan­dii. Dla mnie się nie li­czy, sko­ro nie byłem na­wet na we­se­lu je­dyne­go syna.

Jurek wes­tchnął cięż­ko, a An­tek po­wo­li za­mknął oczy. No nie do­ga­da­ją się dzi­siaj.

- Tato, co cię ugryzło? Prze­cież roz­ma­wia­li­śmy o tym już kil­ka­na­ście razy. Jak tyl­ko w peł­ni doj­dziesz do sie­bie, po­je­dzie­my do Am­ster­da­mu i na wła­sne oczy zo­ba­czysz, jak jesz­cze raz się po­bie­ra­my. - An­to­ni w koń­cu włą­czył się w dys­kusję. Mu­siał ja­koś ra­to­wać Jur­ka.

- W du­pie mam Am­ster­dam. Nig­dy tam nie byłem i nig­dy nie po­ja­dę. Poza tym, smar­ka­czu, po­myśla­łeś o swo­ich ro­dzi­cach? Mnie za­bie­rze­cie, a ich nie? Jak oni się będą czuli?

Ża­den z męż­czyzn na­wet nie sko­men­to­wał tego smar­ka­cza. W ich wie­ku taki przy­tyk był na­wet uro­czy. Obaj pa­no­wie po­pa­trzyli na sie­bie bez­rad­nie.

- Do­brze, to co w ta­kim ra­zie pro­po­nujesz? - Pierw­szy ode­zwał się Jurek.

Ro­man się ob­ruszył.

- A co ja mogę? To wy, mło­dzi, zna­cie się na tych wszyst­kich no­win­kach.

- Jesz­cze raz ci po­wta­rzam, że nie da się wziąć ta­kie­go ślu­bu tu, w Pol­sce. Ża­den urzęd­nik ani na­wet ksiądz nam go nie udzie­li. Ta­kie jest pra­wo. Se­rio, tato, nie upie­raj się, bo pew­nych rze­czy po pro­stu nie prze­sko­czymy.

- A kto mówi o ja­kimś urzę­da­sie? Ksiądz to już w ogó­le. Wy się zna­cie, więc po­win­ni­ście so­bie po­ra­dzić. Może ta wa­sza, no, jak jej tam było, Justyna wam po­mo­że. Są te ślu­by hu­ma­ni­tar­ne czy coś. Wy­myśl­cie coś. Ma być we­se­le i już. Ja za­pła­cę, choć­bym miał się za­po­życzyć. Mat­ka też do­ło­ży, już o to za­dbam. Za­nim umrę, chcę być na we­se­lu swo­je­go syna. Ko­niec i krop­ka. - Ro­man wy­raź­nie się na­krę­cał.

- Hu­ma­ni­stycz­ny ślub, nie hu­ma­ni­tar­ny - po­pra­wił go Jurek pół­gło­sem. - Zresz­tą, nie mów­my o czyim­kol­wiek umie­ra­niu.

- Je­den pies! - Oj­ciec mach­nął ręką, ale wi­dać było, że oczy za­świe­ci­ły mu się na samą myśl o we­se­lu syna. - Tak, synu, je­stem już sta­ry i w koń­cu przyj­dzie mi umie­rać. To na­tural­na ko­lej rze­czy, zwłasz­cza te­raz, kie­dy je­stem już nie­do­łęż­ny. Ale jak się nie na­pi­ję wód­ki na tej wa­szej im­pre­zie, to mo­że­cie mi wie­rzyć, że będę was na­wie­dzał. Le­piej za­bie­raj­cie się do ro­bo­ty.

An­tek ro­ze­śmiał się lek­ko.

- Do­brze, tato, zrób­my to - ode­zwał się jako pierw­szy. Jurek po­pa­trzył na nie­go ze zdzi­wie­niem. - Je­śli tak bar­dzo tego chcesz, weź­mie­my ślub hu­ma­ni­stycz­ny i bę­dziesz ho­no­ro­wym go­ściem na na­szym we­se­lu. Nie­wiel­kim we­se­lu, ale jed­nak. - Pu­ścił oko do swo­je­go męża.

Jurek za­mknął twarz w dło­niach i z cięż­kim wes­tchnie­niem po­krę­cił gło­wą.

- Je­ste­ście nie­nor­mal­ni - stwier­dził tyl­ko.

- Czy to zna­czy, że się zga­dzasz? - za­pytał An­tek z szel­mow­skim uśmie­chem. Wy­raź­nie co­raz bar­dziej za­czyna­ła go ba­wić ta cała sy­tua­cja.

Jurek po­ka­zał rękę z ob­rącz­ką.

- A czy mam ja­kieś inne wyj­ście? Już i tak się od cie­bie nie uwol­nię. Zresz­tą, już raz się oświad­cza­łeś, więc te­raz się nie wy­co­fam.

- No. To te­raz ślub, a po­tem to już niech się dzie­je, co chce - pod­sumo­wał Ro­man. - A te­raz daj mi nóż­kę, bo tak pięk­nie pach­nie, że aż mnie skrę­ca z gło­du.

***

Ma­riol­ka lu­bi­ła swo­je nowe miesz­ka­nie. Tak na­praw­dę lu­bi­ła. Wia­do­mo, że w po­przed­nim wy­stro­ju też było jej do­brze i czuła, że to jej miej­sce na świe­cie, ale te­raz wszyst­ko jak­by zmie­ni­ło się jesz­cze bar­dziej na plus. Justyna za­dzia­ła­ła jak praw­dzi­wa cza­ro­dziej­ka (choć wo­la­ła, żeby na­zywać ją ra­czej cza­row­ni­cą) i ra­zem z re­mon­tem dała Ma­riol­ce coś, o czym ta na­wet nie wa­żyła się ma­rzyć. Dała jej po­czucie ni­czym nie­zmą­co­ne­go kom­for­tu i przy­na­leż­no­ści do tej kon­kret­nej prze­strze­ni. Ma­riol­ka na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z tego, że zwykły wy­strój miesz­ka­nia może tak zna­czą­co wpłynąć na jej psy­chi­kę.

Przede wszyst­kim czuła się mło­dziej. Dużo mło­dziej niż wcze­śniej, choć do­pie­ro do­bie­ga­ła trzydziest­ki. W sta­rych, bab­ci­nych wnę­trzach czuła się sta­ro, jak ja­kiś eks­po­nat wy­sta­wio­ny w mu­zeum, jak sta­ry me­bel po­śród tych wszyst­kich prze­sta­rza­łych bi­be­lo­tów swo­jej bab­ci. Przy­zwycza­iła się do tej sta­ro­ści na tyle, że prze­sta­ła za­uwa­żać swo­je po­trze­by w tym wzglę­dzie. Mia­ła za dużo do ro­bo­ty, by przej­mo­wać się wła­snym kom­for­tem psy­chicz­nym. Zresz­tą ten kurz z bab­ci­nych fo­te­li już od daw­na płynął w jej żyłach i z bie­giem cza­su stał się in­te­gral­ną czę­ścią niej sa­mej. Do­pie­ro te­raz za­czyna­ła za­uwa­żać zmia­ny, któ­re za­cho­dzi­ły nie tyl­ko w jej oto­cze­niu, ale rów­nież w jej oso­bi­stym myśle­niu i pa­trze­niu na świat.

Chcia­ło jej się tań­czyć, cie­szyć i wa­rio­wać. Wio­sna nad­cho­dzi­ła wiel­ki­mi kro­ka­mi, nie tyl­ko za oknem, ale i w jej życiu. Zie­lo­na co praw­da nie zie­le­ni­ła się jesz­cze, zresz­tą trud­no było szukać ja­kich­kol­wiek oznak wio­sny na smęt­nym po­dwó­rzu za ka­mie­ni­cą ani, tym bar­dziej, na as­fal­cie przed bu­dyn­kiem, ale za to słoń­ce świe­ci­ło co­raz ra­do­śniej.

Ma­riol­ka otwo­rzyła sze­ro­ko okno i za­cią­gnę­ła się cie­płym, wio­sen­nym po­wie­trzem. Wy­sta­wi­ła twarz do słoń­ca i za­mknę­ła oczy. Pro­mie­nie de­li­kat­nie pie­ści­ły jej po­licz­ki. Czuła się wspa­nia­le, wszyst­ko za­czyna­ło się ukła­dać, tak jak­by ko­lej­ne puz­zle jej oso­bi­stej ukła­dan­ki same wska­ki­wa­ły na wła­ści­wie miej­sce.

Mia­ła pięk­ne miesz­ka­nie, do któ­re­go wra­ca­ła z ogrom­ną chę­cią, mia­ła swo­ją fir­mę, któ­ra dzia­ła­ła co­raz pręż­niej i z któ­rej była na­praw­dę dum­na. Mia­ła cud­nych lu­dzi do­ko­ła, świet­nych są­sia­dów, któ­rzy, jak się oka­za­ło, po­tra­fi­li się bez­in­te­re­sow­nie po­świę­cić wła­śnie dla niej, i mia­ła Justynę, z któ­rą przy­jaźń za­cie­śnia­ła się co­raz bar­dziej, a któ­rej to przy­jaź­ni nie prze­szka­dza­ły na­wet wię­zy krwi, co nie­ste­ty nie­czę­sto się zda­rza.

Ma­riol­ka była zde­cydo­wa­nie zwie­rzę­ciem stad­nym i do­bre re­la­cje były jej zwyczaj­nie nie­zbęd­ne do pra­wi­dło­we­go funk­cjo­no­wa­nia. Uwiel­bia­ła tych lu­dzi, swo­ją prze­strzeń, wła­sne wy­bo­ry i co­raz bar­dziej lu­bi­ła samą sie­bie. Do peł­ni szczę­ścia bra­ko­wa­ło jej tyl­ko jed­ne­go - mę­skie­go ra­mie­nia, na któ­rym mo­gła­by się oprzeć w chwi­lach zwąt­pie­nia, ta­kie­go ko­goś, z kim chcia­ła­by dzie­lić co­dzien­ne ra­do­ści. Bo suk­ces jest waż­ny i faj­ny, ale tyl­ko wte­dy spra­wia praw­dzi­wą przy­jem­ność, kie­dy może być dzie­lo­ny z kimś, kogo się ko­cha. A taki ktoś na ra­zie Ma­riol­ce się nie zda­rzył.

Cza­sem myśla­ła o Rad­ku, że może w ja­kiś spo­sób stra­ci­ła swo­ją szan­sę na praw­dzi­wą ro­dzi­nę. Wte­dy wi­dzia­ła w nim je­dynie za­pa­trzo­ne­go w sie­bie i ża­ło­sne­go pa­ja­ca, ale za­czyna­ła po­dej­rze­wać, że nie mia­ła do koń­ca ra­cji. Te­raz Ra­deo był za­ję­ty Justyną i wy­da­wa­ło się, że cał­kiem nie­źle im ra­zem. Rze­czywi­ście się zmie­nił, wi­dać było, że osza­lał na punk­cie jej kuzyn­ki i ro­bił wszyst­ko, by tam­ta go po­ko­cha­ła. Wy­da­wa­ło jej się, że Justyna pod­cho­dzi­ła do jego za­lo­tów z wro­dzo­ną ostroż­no­ścią, ale Ma­riol­ka wi­dzia­ła, że an­ga­żuje się co­raz bar­dziej. Ra­deo umiał uwo­dzić i spra­wiać, że ko­bie­ta czuła się wy­jąt­ko­wo. Szko­da, że sama tak szyb­ko od­rzuci­ła jego sta­ra­nia o jej ser­ce.

Pew­nie na po­cząt­ku źle go oce­ni­ła, bo być może cał­kiem war­to­ścio­wy z nie­go czło­wiek, ale te­raz już było za póź­no na ta­kie roz­wa­ża­nia. Ra­deo był za­ję­ty i to jej oso­bi­stą kuzyn­ką, a Ma­riol­ka nie wy­obra­ża­ła so­bie wtrą­cać się do ich szczę­ścia, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo ża­ło­wa­ła­by wcze­śniej pod­ję­tych de­cyzji. Było, mi­nę­ło, trze­ba iść na­przód.

Jesz­cze raz wcią­gnę­ła w noz­drza rześ­kie wio­sen­ne po­wie­trze i po­zwo­li­ła wpaść pro­mie­niom słoń­ca do swo­je­go sa­lo­nu.

- Wio­sna, pa­nie sier­żan­cie! - rzuci­ła do sie­bie sta­rym po­wie­dzon­kiem swo­jej bab­ci. - To zde­cydo­wa­nie bę­dzie do­bry dzień!

***

Ra­deo le­żał na łóż­ku i gła­dził się po swo­jej na­pię­tej jak plan­de­ka na żuku skó­rze na ide­al­nym brzuchu. Mógł po­li­czyć każ­dy mię­sień i na­wet nie uświad­czył­by na żad­nym z nich choć­by naj­mniej­szej grud­ki tłusz­czu. Jego brzuch był do­sko­na­ły, do­kład­nie tak samo, jak każ­da inna część jego bo­skie­go cia­ła. Lu­bił tak le­żeć bez ko­szul­ki i roz­ko­szo­wać się wła­snym to­wa­rzystwem.

Po­myślał o Justynie i na­tych­miast po­czuł wzbie­ra­ją­cą w sli­pach sil­ną erek­cję. Jęk­nął ci­cho i się­gnął po te­le­fon. Daw­no już się z nią nie kon­tak­to­wał, więc wy­pa­da­ło choć­by dać o so­bie znać. Nie, żeby ja­koś spe­cjal­nie tę­sk­nił, ale wia­do­mo - jak za dłu­go nie bę­dzie o so­bie przy­po­mi­nał, to ist­nie­je pew­ne nie­bez­pie­czeń­stwo, że pan­na ulot­ni się z kimś in­nym. A na to Ra­deo nie mógł so­bie po­zwo­lić. Justyna była bo­wiem jego prze­pust­ką do lep­sze­go świa­ta, bi­le­tem do szczę­ścia i wiecz­nej sła­wy.

Kie­dy był u niej w syl­we­stra, po­sta­no­wił so­bie, że wy­ko­rzysta sy­tua­cję naj­bar­dziej, jak to tyl­ko bę­dzie moż­li­we, bo taka oka­zja już na­praw­dę nig­dy wię­cej się nie po­wtó­rzy. Oczywi­ście w tym celu przez cały po­byt był obrzy­dli­wie uro­czy i cza­rują­cy i choć wkurza­ło go ta­kie uda­wa­nie, to mu­siał przy­znać, że dzia­ła­ło do­sko­na­le. I to nie tyl­ko na Justynę, sza­la­ły za nim bo­wiem wszyst­kie jej ko­le­żan­ki. Na­wet te jesz­cze ład­niej­sze od Sa­dow­skiej.

Oczywi­ście nie mógł po­wie­dzieć, że Justyna była brzyd­ka - co to, to nie, ale po pew­nym cza­sie zdą­żyła już mu się na tyle opa­trzyć, że z chę­cią spró­bo­wał­by ko­goś in­ne­go. Dużo czytał o ce­le­bryc­kim świat­ku, co­dzien­nie prze­glą­dał naj­śwież­sze wia­do­mo­ści na Pudeł­ku, Pom­po­ni­ku, Ple­ja­dzie i na­wet w Su­per Expres­sie i do­sko­na­le wie­dział, że gwiaz­dy lu­bią się wy­mie­niać part­ne­ra­mi. I on to pew­nie też w koń­cu zro­bi, na ra­zie jed­nak jesz­cze był za mało zna­ny i nie do koń­ca wsiąkł w to to­wa­rzystwo. Trud­no się w koń­cu spo­dzie­wać, żeby po jed­nym spo­tka­niu na­gle wszyst­kie miej­sco­we ce­le­bryt­ki rzuci­ły mu się na szyję (choć oczywi­ście nie miał­by nic prze­ciw­ko temu). Ale z cza­sem pew­nie doj­dzie i do tego. Póki co mu­siał dbać o do­bre sto­sun­ki z Justyną, bo to ona była tym­cza­so­wo jego je­dyną szan­są. A po­tem już bę­dzie mógł wy­bie­rać.

Prze­tur­lał się na brzuch i się­gnął po te­le­fon, któ­ry le­żał na szaf­ce noc­nej. Od­blo­ko­wał ekran i zna­lazł na­zwi­sko Justyny w jed­nym z ko­mu­ni­ka­to­rów.

"Tę­sk­nię za tobą" - na­pi­sał szyb­ko, po czym wy­słał bez za­sta­no­wie­nia.

Od­po­wiedź przy­szła pra­wie na­tych­miast: "Ja też za tobą tę­sk­nię".

Po raz ko­lej­ny po­łknę­ła ha­czyk, a Ra­deo znów po­czuł, że sli­py ro­bią mu się co­raz cia­śniej­sze. Mu­siał przy­znać, że w tej ma­te­rii Justyna spraw­dza­ła się do­sko­na­le. W łóż­ku po­tra­fi­ła wie­le, poza tym była gib­ka, wy­spor­to­wa­na i mia­ła za­bój­cze nogi. Gdyby tyl­ko o to cho­dzi­ło, w za­sa­dzie mógł­by z nią zo­stać, ale trud­no prze­cież wy­ma­gać mo­no­ga­mii, kie­dy do­ko­ła tyle pięk­nych i cał­kiem na­pa­lo­nych na nie­go la­sek. Na ra­zie jed­nak po­myślał, że nie dla psa kieł­ba­sa i póki co za­do­wo­li się Justyną.

"Może zo­ba­czymy się nie­długo?" - za­pytał w ko­lej­nej wia­do­mo­ści.

Tym ra­zem na od­po­wiedź cze­kał dłuż­szą chwi­lę.

"Mu­sia­łam spraw­dzić, kie­dy mam prze­rwę w zdję­ciach" - od­pi­sa­ła po kwa­dran­sie. "I wła­ści­wie mógł­byś przy­je­chać już w na­stęp­ny wto­rek. Mo­gli­byśmy po­je­chać w ja­kieś faj­ne miej­sce. Sami, bez wścib­skich spoj­rzeń i mo­ich ko­le­ża­nek. Co Ty na to?"

Ra­deo za­klął pod no­sem. To nie tak mia­ło być. Chciał po­je­chać do Justyny wła­śnie po to, by po­ob­co­wać z tymi jej ko­le­żan­ka­mi, by po­ka­zać się w świe­cie i na­wią­zać nowe zna­jo­mo­ści. Zupeł­nie nie chciał być z nią sam na sam przez cały swój po­byt w War­sza­wie. Taka wi­zyta nie mia­ła dla nie­go sen­su, je­śli Justyna mia­ła ukrywać go przed swo­imi zna­jo­mymi. Wes­tchnął cięż­ko i po­krę­cił z dez­apro­ba­tą gło­wą. "Cho­le­ra, w na­stęp­ny wto­rek mam tyle ro­bo­ty, że chyba nie dam rady" - wy­stukał szyb­ko na ekra­nie. "Myśla­łem ra­czej o od­wie­dze­niu cię na pla­nie jesz­cze w tym ty­god­niu. Prze­cież chyba bę­dziesz mia­ła ja­kąś prze­rwę, a ja na pew­no nie będę prze­szka­dzał. Poza tym nie wiem, czy wy­trzymam bez cie­bie aż do ko­lej­ne­go wtor­ku" - do­dał po­spiesz­nie, cał­kiem za­do­wo­lo­ny z wła­sne­go po­mysłu.

Justyna wy­sła­ła mu uśmiech­nię­tą buź­kę z ser­dusz­ka­mi za­miast oczu. Bar­dzo in­fan­tyl­ne i bar­dzo w jej stylu. Jed­nak naj­waż­niej­sze, że zła­pa­ła przy­nę­tę. Nie może jej te­raz od­pu­ścić.

"To jak? Mogę się pa­ko­wać?" - wy­słał ko­lej­ną wia­do­mość, jesz­cze za­nim od­pi­sa­ła.

"Tak!!!!!"

Ra­deo uśmiech­nął się do sie­bie sze­ro­ko, po czym po­ma­so­wał się po kro­czu. Jesz­cze dziś po­je­dzie do War­szaw­ki i zo­sta­nie tam tak dłu­go, jak to tyl­ko moż­li­we. Na pew­no bę­dzie mu­siał wró­cić przed wtor­kiem, ale do tego cza­su po­używa życia. Z Justyną albo i bez.

Czuł, że już dłu­go nie wy­trzyma. Jesz­cze raz po­ma­so­wał się po kro­czu, po czym nie­chęt­nie wstał z łóż­ka. Nie lu­bił tego ro­bić w sa­mot­no­ści, ale dzi­siaj nie miał wy­bo­ru. Cóż, są spra­wy waż­ne i waż­niej­sze. Wes­tchnął cięż­ko, po czym po­wlókł się do ła­zien­ki, zgar­nia­jąc po dro­dze świe­ży ręcz­nik. Jak mus, to mus.

***

Ostat­nio w Ate­lier u Józ­ka było co­raz wię­cej klien­tów. Wła­ści­ciel czuł, że na­resz­cie do­stał wia­tru w skrzydła, bo biz­nes krę­cił się z nie­spo­tyka­ną do­tąd ener­gią. Nie, żeby w ja­ki­kol­wiek spo­sób przy­ło­żył do tego rękę, po pro­stu to wszyst­ko ro­bi­ło się jak­by samo. Lu­dzie przy­cho­dzi­li cza­sa­mi z cie­ka­wo­ści, cza­sem, żeby zro­bić so­bie zdję­cie, a po­tem udo­stęp­nić je w tych swo­ich so­cial me­diach i tym sa­mym za­chę­cić in­nych. A na­stęp­ni za­chę­ca­li ko­lej­nych i tak oto sklep wła­ści­wie przez cały czas miał no­wych klien­tów.

Trze­ba po­wie­dzieć, że ta cała Justyna zro­bi­ła na­praw­dę do­brą ro­bo­tę. Nie dość, że wy­re­mon­to­wa­ła im za­la­ny lo­kal, to jesz­cze po­wie­si­ła nad drzwia­mi taki pięk­ny szyld, że zupeł­nie nie było się cze­go wstydzić. Nie, żeby Jó­zek się kie­dykol­wiek wstydził, po pro­stu te­raz wszyst­ko wy­glą­da­ło dużo schlud­niej, czy­ściej i zwyczaj­nie le­piej. A to oczywi­ście przy­cią­ga­ło ko­lej­nych klien­tów. Co praw­da po pra­wie czte­rech mie­sią­cach od po­now­ne­go otwar­cia było już nie­co kurzu na bu­tel­kach, ale kto by się tym przej­mo­wał. Z tego wszyst­kie­go tuż po świę­tach Jó­zek za­opa­trzył ate­lier w lep­sze ja­ko­ścio­wo trun­ki, choć na za­ple­czu nadal i nie­zmien­nie bul­go­tał Zen­ko­wy bim­ber. Dla przy­jezd­nych były char­do­naye i inne mo­ety, a dla sta­łych klien­tów za­wsze cze­ka­ły naj­lep­sze de­li­ka­te­sy pro­sto od sa­me­go mi­strza.

Klient nasz pan, więc jak jest po­pyt, to i wzra­sta po­daż - wie o tym każ­dy, na­wet naj­mniej roz­gar­nię­ty przed­się­bior­ca. A na po­pyt na naj­lep­szy w dziel­ni­cy trunek wy­cza­ro­wa­ny przez Ze­no­na pa­no­wie nie mo­gli na­rze­kać. Wia­do­mo, że te­raz mu­sie­li go bar­dziej ukrywać, bo wścib­skie spoj­rze­nia nie­któ­rych klien­tów mo­gły im na­praw­dę za­szko­dzić, ale póki po swo­jej stro­nie mie­li Krzysz­to­fa, nie oba­wia­li się ja­koś spe­cjal­nie na­lo­tu funk­cjo­na­riu­szy. Zresz­tą, za jed­ną bu­tel­kę mo­eta byli w sta­nie do­stać na­wet ze trzy stów­ki, więc chwi­la nie­pew­no­ści i dresz­czyk emo­cji był zde­cydo­wa­nie tego wart. A bio­rąc pod uwa­gę fakt, że w ostat­nim cza­sie mo­etów i in­nych al­ko­ho­li z gór­nej pół­ki sprze­da­li co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt, Jó­zek nie za­mie­rzał na­rze­kać. To zna­czy - za­mie­rzał, bo na­rze­ka­nie miał nie­ja­ko wpi­sa­ne w na­turę, ale akurat nie na to.

Na­wet Ze­nek śmiał się, że sta­li się lo­kal­nymi ce­le­bryta­mi, więc mu­szą trzymać fa­son. Cią­gle za­chwycał się tą całą Justyną i Jó­zek po­dej­rze­wał na­wet, że wie­czo­ra­mi wzdychał do jej zdję­cia, ale po­sta­no­wił, że nie bę­dzie tego ko­men­to­wał. Ze­nek swój ro­zum miał i nie na­le­ża­ło wy­pro­wa­dzać go z błę­du. Poza tym od wzdycha­nia jesz­cze ni­ko­mu nie ubyło ro­zu­mu, a dzię­ki temu wspól­nik za­czął o sie­bie dbać, czę­ściej się go­lił i na­wet kupił ja­kieś nowe ubra­nia. No i ja­koś tak ra­do­śniej przy­kła­dał się do ro­bo­ty, ob­sługując więk­szość klien­tów, dzię­ki cze­mu i zyski były więk­sze, i sam Jó­zef mógł bez­piecz­nie cho­wać się na za­ple­czu.

Od ja­kie­goś cza­su bo­wiem cier­piał na prze­wle­kły lu­dziow­stręt i sta­rał się uni­kać wszel­kich in­te­rak­cji, jak tyl­ko mógł. Zupeł­nie nie wie­dział, skąd mu się to wzię­ło, w koń­cu prze­cież ostat­nie mie­sią­ce były cał­kiem uda­ne, no i od­no­wił kon­takt z Julit­ką, co bar­dzo go cie­szyło. Mimo wszyst­ko czuł, że poza nią i Zen­kiem nie po­trze­bu­je do życia in­nych lu­dzi, po­dej­rze­wał na­wet, że w ja­kiś spo­sób zdą­żył się wy­pa­lić, i mimo wszyst­ko co­raz czę­ściej myślał o praw­dzi­we eme­ryturze. Dla­te­go tym bar­dziej pa­so­wa­ło mu, że to na Zen­ka spa­dła więk­szość obo­wiąz­ków przy pro­wa­dze­niu skle­pu. W ra­zie cze­go bę­dzie miał komu go zo­sta­wić.

- My te­raz je­ste­śmy sław­ni jak po kuchen­nych re­wo­lu­cjach. Tyl­ko u nas to były re­wo­lu­cje bim­bro­we. I na­sza Mag­da Ges­sler dużo ślicz­niej­sza. - Ze­nek wpa­ro­wał na za­ple­cze po ko­lej­nej wi­zycie na­stęp­nych no­wych klien­tów. Dzi­siaj wy­jąt­ko­wo przy­cho­dzi­ły ich całe wy­ciecz­ki.

- Co to są te całe re­wo­lu­cje? - Jó­zek nie bar­dzo był w te­ma­cie.

- Na­praw­dę nie wiesz, dzia­dygo je­den? Te­le­wi­zji mu­sisz wię­cej oglą­dać. To cał­kiem faj­ny pro­gram.

- Ty zno­wu o tej swo­jej te­le­wi­zji. Zo­ba­czysz, mózg ci kie­dyś wy­żre od tego oglą­da­nia.

- To­bie wy­żar­ło i bez te­le­wi­zo­ra. Trze­ba się roz­wi­jać, bo jak się nie roz­wi­jasz, to się zwi­jasz. A ja jesz­cze za­mie­rzam tro­chę po­żyć, bę­dąc przy zdro­wych zmysłach.

Jó­zek miał dość tego ga­da­nia Zen­ka. Splu­nął na dłoń i przy­li­zał swo­ją po­życz­kę spod pa­chy. Już nie­wie­le jej zo­sta­ło, za­le­d­wie kil­ka mar­nych wło­sów, ale Jó­zek dbał o nią jak za­wsze. Je­śli cał­kiem wy­łysie­je, to bę­dzie jego osta­tecz­ny ko­niec. Jesz­cze raz prze­je­chał dło­nią po gło­wie, a resz­tę śli­ny z peł­ną pie­czo­ło­wi­to­ścią wtarł w wąsy.

- Cho­ciaż ga­ze­tę byś po­czytał albo po­li­tyki w ra­diu po­słuchał. - Wspól­nik nie od­pusz­czał. - Zo­ba­czył­byś, jak się zmie­nia świat, i może wy­cią­gnął­byś z tego ja­kieś wnio­ski, bo na ra­zie sie­dzisz na tym za­du­piu i tyl­ko kasę li­czysz. Po cho­le­rę ci ta kasa, do gro­bu jej nie za­bie­rzesz, a two­ja cór­ka sama nie wie, gdzie wy­da­wać wła­sną.

Jó­zek za­myślił się przez chwi­lę. W za­sa­dzie Ze­nek miał cał­ko­wi­tą ra­cję, ale oczywi­ście nig­dy nie za­mie­rzał mu tego po­wie­dzieć. Już i tak wspól­nik roz­be­stwił się wy­star­cza­ją­co, a jak­by się do­wie­dział, że mą­drze gada, to już w ogó­le Józ­ko­wi nie zo­sta­ła­by żad­na przy­jem­ność w życiu. Tak mógł przy­najm­niej spo­koj­nie szydzić z ni­cze­go nie­świa­do­me­go Zen­ka i choć przez chwi­lę po­czuć się le­piej.

Póki co mach­nął tyl­ko ręką.

- Wy, mło­dzi, myśli­cie, że po­zja­da­li­ście wszyst­kie ro­zu­my, a tak na­praw­dę tyl­ko głupo­ty wam w gło­wie. Ja­kieś oglą­da­nie te­le­wi­zji i te całe ma­gicz­ne te­le­fo­ny. Nie wiem, po co to komu. Myśla­łem, że przy­najm­niej ty je­steś mą­drzej­szy, a tu się oka­zuje, że taki sam jak oni wszyscy. Nic, tyl­ko myśle­nie o głupo­tach. Za bim­ber się le­piej weź, bo klien­ci cze­ka­ją.

Ze­nek po­krę­cił gło­wą z dez­apro­ba­tą. Co­raz go­rzej dzia­ło się z Józ­kiem. Jego zwykły, co­dzien­ny sar­kazm za­czynał przy­bie­rać co­raz bar­dziej nie­po­ko­ją­ce roz­mia­ry. I zupeł­nie nie dało się już z tym fa­ce­tem po­roz­ma­wiać. Miał tro­chę dość. Owszem, lu­bił Józ­ka i trak­to­wał go nie­mal jak ro­dzi­nę, ale prze­cież wszyst­ko ma swo­je gra­ni­ce. Jó­zek był upar­ty i ni­cze­go nie dało się mu w ża­den spo­sób prze­tłuma­czyć. A od ostat­nich świąt wy­raź­nie było wi­dać, że wła­ści­ciel ate­lier zmar­niał, za­sę­pił się i zro­bił się mil­czą­cy.

Od­kąd się zna­li, nie był ja­kimś ga­du­łą, ale te­raz za­myślał się na dłu­żej albo wszyst­ko spro­wa­dzał do kil­ku prych­nięć i mach­nię­cia ręką. Ze­nek na­wet po­dej­rze­wał, że to może być de­pre­sja czy inne cho­ler­stwo, bo prze­cież biz­nes krę­cił się jak nig­dy, a i ro­dzin­nie Jó­ze­fo­wi za­czyna­ło się ukła­dać. Smut­no było pa­trzeć na przy­ja­cie­la w ta­kim sta­nie, ale nie­ste­ty Ze­non sam nie mógł nic na to po­ra­dzić. Po­cią­gnął więc tyl­ko no­sem i po­szedł na­sta­wiać ko­lej­ny za­cier do no­wej par­tii swo­je­go fla­go­we­go trun­ku.

***

Zupeł­nie nie­daw­no wszyst­kie dziew­czyn­ki za­czę­ły już cho­dzić. Roz­wi­ja­ły się róż­nie, każ­da w swo­im tem­pie i jak to u wie­lo­racz­ków bywa, nie­co póź­niej niż ich ró­wie­śni­cy. Jed­nak El­wi­ra nie czuła z tego po­wo­du żad­ne­go nie­po­ko­ju. Wszyst­kie czte­ry były zdro­we, ro­ze­śmia­ne i jed­na w roz­wo­ju cią­gnę­ła za sobą po­zo­sta­łe. Roz­ko­szą było na nie pa­trzeć i ich mat­ka od­da­wa­ła się temu, kie­dy tyl­ko mo­gła.

Nig­dy nie prze­sta­wa­ły jej zdu­mie­wać i nie mo­gła uwie­rzyć, jak wie­le uczyły się każ­de­go dnia. Ro­sły w oczach, a jed­no­cze­śnie El­wi­ra była pew­na, że dla niej na za­wsze zo­sta­ną ma­leń­ki­mi dziew­czyn­ka­mi. Te­raz sie­dzia­ła na pro­wi­zo­rycz­nej ław­ce na pla­cu za­baw i pa­trzyła na te swo­je czte­ry cuda. Krzysz­tof pró­bo­wał je ogar­niać, ale sła­bo mu to szło, bo każ­da z có­rek ko­niecz­nie chcia­ła ro­bić coś zupeł­nie in­ne­go niż po­zo­sta­łe. To jed­nak nie prze­szka­dza­ło ro­ze­śmia­ne­mu ta­cie wy­głupiać się z nimi na ca­łe­go. Ła­sko­tał je, za­cze­piał i de­li­kat­nie prze­wra­cał się ra­zem z nimi. A one, śmie­jąc się gło­śno, wcho­dzi­ły na ojca i przy­tula­ły się do nie­go. Było jesz­cze zim­no, zie­mia nie zdą­żyła się na­grzać kwiet­nio­wym słoń­cem i El­wi­ra po­dej­rze­wa­ła, że te har­ce mogą na­wet skoń­czyć się ka­ta­rem, ale nie re­ago­wa­ła. Na pla­cu za­baw byli sami, resz­ta ro­dzi­ców naj­wyraź­niej uzna­ła, że jesz­cze nie czas na za­ba­wy w ple­ne­rze, ale im to zupeł­nie nie prze­szka­dza­ło.

Krzysz­tof z dzie­cia­ka­mi ta­rza­li się po smęt­nej po­zi­mo­wej tra­wie i nic nie ro­bi­li so­bie z chłod­nej po­go­dy. El­wi­rze było do­brze, w koń­cu czuła, że jest w od­po­wied­nim miej­scu swo­je­go życia. Wy­sta­wi­ła twarz do słoń­ca i za­mknę­ła na chwi­lę oczy. Wszyst­ko było tak, jak być po­win­no.

Z Krzysz­to­fem też wresz­cie za­czę­ło się ukła­dać. Chyba coś w koń­cu zro­zu­miał, bo sta­rał się co­raz bar­dziej. Chciał spę­dzać z nimi każ­dą chwi­lę, kie­dy tyl­ko nie był w pra­cy, włą­czał się w opie­kę nad dzieć­mi. Tro­chę to El­wi­rze prze­szka­dza­ło, bo na­gle oka­za­ło się, że tata wie le­piej, co komu do­le­ga i jak efek­tyw­niej prze­brać mo­krą pie­lu­chę. A na­wet je­śli nie wie­dział, to ro­bił wszyst­ko, by się wy­ka­zać. Do­praw­dy, cza­sa­mi mia­ła ocho­tę udu­sić go go­łymi rę­ka­mi, ale wy­ja­śni­li so­bie tyle, że nie za­mie­rza­ła tego ro­bić. Zbyt wie­le cza­su stra­ci­li, żeby te­raz spie­rać się o głupo­ty. Prze­żyje i te na­głe przy­pływy ro­dzi­ciel­skiej tro­ski ze stro­ny wła­sne­go męża. A jak się przy­zwyczai, to może na­wet nie bę­dzie wca­le tak źle.

Pod­nio­sła się z ław­ki i po­de­szła do roz­ba­wio­nej gro­mad­ki. Dziew­czyn­ki były brud­ne, jak­by ktoś ce­lo­wo wy­ką­pał je w bło­cie. Do tego mia­ły za­ró­żo­wio­ne po­licz­ki i uśmiech­nię­te bu­zie. Mat­ka wes­tchnę­ła tyl­ko i wzruszyła ra­mio­na­mi.

- Brud­ne dzie­ci to szczę­śli­we dzie­ci - mruk­nę­ła do sie­bie, spo­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie na wła­sne­go męża. - Cie­ka­we, co pod­ręcz­ni­ki mó­wią na te­mat brud­ne­go męża.

Krzysz­tof był naj­brud­niej­szy z nich wszyst­kich. Co praw­da na czar­nej kurt­ce było wi­dać mniej bło­ta niż na ró­żo­wych okryciach wszyst­kich czte­rech dziew­czynek, ale za to ja­sne je­an­sy przed­sta­wia­ły ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy.

- Prze­cież ja tego nie do­pio­rę - jęk­nę­ła już tym ra­zem na głos.

Mąż jak­by obu­dził się z ja­kie­goś le­tar­gu.

- Coś mó­wi­łaś? - za­pytał, jed­no­cze­śnie zdej­mu­jąc ze swo­je­go brzucha Ba­się.

- Mó­wi­łam, że wy­glą­dasz, jak siód­me dziec­ko do­zor­cy - po­wtó­rzyła ulu­bio­ne po­wie­dzon­ko swo­jej mat­ki. - Pa­mię­tasz może, ja­kie­go ko­lo­ru są ich kurt­ki? - za­kpi­ła.

Krzysz­tof niby groź­nie zmarsz­czył brwi, na co Ka­sia z Asią jak na ko­men­dę za­pisz­cza­ły ra­do­śnie i wspię­ły się ojcu na ko­la­na.

- Nie pa­mię­tam - od­parł zgod­nie z praw­dą. - Poza tym nie wiem, czy za­uwa­żyłaś, ale nie mam jak się te­raz zaj­mo­wać ko­lo­ra­mi, bo ja­kieś po­twor­niac­kie po­two­ry na mnie wi­szą - do­dał szyb­ko, po czym pró­bo­wał się wresz­cie po­zbie­rać z nie­naj­czyst­szej tra­wy, na co Sta­sia za­re­ago­wa­ła dzi­kim wierz­ga­niem, a Ba­sia zmarsz­czyła się zło­wro­go, zupeł­nie tak, jak oj­ciec przed chwi­lą.

El­wi­ra po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą.

- Do­bra, ban­do, zbie­ra­my się do domu, bo jesz­cze chwi­la i ktoś za­dzwo­ni po służ­by, że nie­do­pil­no­wa­ne i brud­ne dzie­ci snują się po pla­cu za­baw.

- Mamo, nie bądź taka. Jesz­cze chwi­lę - ode­zwał się cie­niut­kim gło­sem Krzysz­tof, kie­dy El­wi­ra już zbie­ra­ła z zie­mi cią­gle wierz­ga­ją­cą Sta­się.

- No chodź, bo jak pad­ną w wóz­kach, to wiesz, jak to się skoń­czy.

- Ar­ma­ge­do­nem! - krzyk­nął, jed­no­cze­śnie pod­rzuca­jąc Ka­się w po­wie­trze. Dziew­czyn­ka ro­ze­śmia­ła się gło­śno.

***

- Czyś ty do resz­ty zwa­rio­wa­ła? - Ani­ta Szymań­ska za­wsze słynę­ła z cię­te­go ję­zyka i mó­wie­nia do­kład­nie tego, o czym wła­śnie myśla­ła.

Nie owi­ja­ła w ba­weł­nę i nie uda­wa­ła ni­ko­go, kim się ab­so­lut­nie nie czuła, zwłasz­cza je­śli cho­dzi­ło o do­bro jej naj­bliż­szych przy­ja­ciół, a za taką wła­śnie uwa­ża­ła Justynę. Po­zna­ły się na sa­mym po­cząt­ku ich wspól­nej me­dial­nej dro­gi. Justyna za­czyna­ła być roz­po­zna­wal­na, a Ani­ta dba­ła o to, by twarz przy­szłej gwiaz­dy świe­ci­ła jak naj­ja­śniej­szym bla­skiem. Oczywi­ście bez zmarsz­czek i zbęd­nych udziw­nień. Wte­dy sama była tuż po szko­le i sta­wia­ła pierw­sze kro­ki w wi­za­żu, ale z cza­sem sta­łą się naj­bar­dziej za­pra­co­wa­ną ma­ki­ja­żyst­ką gwiazd.

Jed­nak od po­cząt­ku to wła­śnie z Justyną za­przyjaź­ni­ła się naj­moc­niej i tak trwa­ły wspól­nie już od lat, ra­mię w ra­mię i pę­dzel w twarz. Ani­ta była nie tyl­ko po­wier­ni­cą se­kre­tów Justyny, ale i jej swo­istym su­mie­niem, a wła­ści­wie czymś, co to su­mie­nie mia­ło uci­szać, Justyna bo­wiem o wszyst­kich mia­ła wy­łącz­nie do­bre zda­nie i zwykle na­wet nie za­uwa­ża­ła, kie­dy lu­dzie za­czyna­li ją wy­ko­rzystywać. Dla­te­go tym bar­dziej li­czyła się ze zda­niem przy­ja­ciół­ki, słyną­cej nie tyl­ko z do­brych pędz­li i do­sko­na­łe­go wy­czucia ma­ki­ja­żu, ale i z naj­ostrzej­sze­go ję­zyka w ca­łej bran­ży.

- Od­puść go so­bie, prze­cież to pa­jac. - Justyna sie­dzia­ła na fo­te­lu w pro­wi­zo­rycz­nej gar­de­ro­bie na pla­nie ko­lej­ne­go od­cin­ka se­ria­lu Za za­krę­tem, a Ani­ta jak zwykle ma­ni­pulo­wa­ła przy jej twa­rzy. - Na­praw­dę nie wi­dzisz, że ten gość jest bez­na­dziej­ny?

Justyna wzruszyła ra­mio­na­mi.

- No do­bra, może tro­chę bra­kuje mu ogła­dy, ale to na­praw­dę faj­ny chło­pak.

- Ogła­dy! - prych­nę­ła Ani­ta, na­bie­ra­jąc po­mad­kę na pę­dze­lek. - Jemu przede wszyst­kim bra­kuje mó­zgu. I za­cznij to wresz­cie za­uwa­żać. Nie mo­żesz być cią­gle ja­kąś pie­przo­ną Mat­ką Te­re­są i za­bie­rać pod swój dach wszyst­kie ofia­ry losu. On nie jest ci do ni­cze­go po­trzeb­ny. Skąd ty go w ogó­le wy­trza­snę­łaś?

- Mó­wi­łam ci... - za­czę­ła Justyna, ale na­tych­miast prze­sta­ła mó­wić, skar­co­na su­ro­wym spoj­rze­niem przy­ja­ciół­ki. Wes­tchnę­ła tyl­ko ci­cho i wy­dę­ła war­gi, żeby Ani­ta mo­gła je do­kład­niej po­ma­lo­wać.

- Nie ga­daj, jak cię ma­lu­ję! - syk­nę­ła ma­ki­ja­żyst­ka. - To było pyta­nie re­to­rycz­ne. Do­brze wiem, z któ­rej dziu­ry go wy­grze­ba­łaś. Jak to się na­zywa­ło? - Za­myśli­ła się po­ka­zo­wo. - Wał­brzych? Prze­pięk­ne miej­sce, na­wet mó­wią na nie od­po­wied­nio - Mor­dor. Je­steś nie­re­for­mo­wal­na. - Po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą.

- Po pierw­sze, ża­den mor­dor, tyl­ko po­rząd­ne mia­sto, na­wet kie­dyś wo­je­wódz­kie, więc prze­stań się cze­piać. - Justyna już nie wy­trzyma­ła. Na szczę­ście Ani­ta wła­śnie skoń­czyła ma­lo­wać jej usta, więc mo­gła się swo­bod­nie od­zywać. - Poza tym z Wał­brzycha jest dużo sław. Ak­to­rzy, pi­sa­rze, na­wet chwi­lo­wo mie­li tam no­blist­kę.

Ani­ta zro­bi­ła znudzo­ną minę.

- No, jak no­blist­kę mie­li, to rze­czywi­ście. Nie moż­na im ni­cze­go za­rzucić. Par­don, moja po­mył­ka. - Pod­nio­sła ręce w pod­dań­czym go­ście. - Ża­den Mor­dor, tyl­ko me­tro­po­lia. Też na M. - Wy­szcze­rzyła się w sztucz­nym uśmie­chu.

- Bła­gam cię, prze­stań iro­ni­zo­wać. Mia­sto jak mia­sto, a Ra­deo jest na­praw­dę cał­kiem w po­rząd­ku.

- Oczywi­ście, że jest. Jak­by mu prze­ciąg mię­dzy usza­mi nie hu­lał, to może na­wet coś by z nie­go było. A tak, na­da­je się je­dynie na ka­mień do ki­sze­nia ka­pusty. Cho­ciaż na­wet nie, bo z pustym łbem to i cię­żar za mały. Ale cze­kaj, ego go do­cią­ży. Da radę.

Justyna mia­ła na­praw­dę ser­decz­nie dość. Nie dość, że wsta­ła wy­jąt­ko­wo wcze­śnie, bo za­czyna­li zdję­cia o wscho­dzie słoń­ca, to jesz­cze mu­sia­ła wy­słuchi­wać tych sar­ka­stycz­nych tek­stów Ani­ty. Nie chcia­ło jej się słuchać tego wszyst­kie­go. Mia­ła wła­sne zda­nie na te­mat Rad­ka. Może i był nie­co nie­okrze­sa­ny i rze­czywi­ście bra­ko­wa­ło mu obycia w świe­cie, w któ­rym ona sama po­rusza­ła się bez trudu, ale prze­cież do­pie­ro do nie­go wcho­dził. To chyba nor­mal­ne, że wszyst­ko trze­ba naj­pierw po­znać, żeby po­tem móc się w tym czuć jak ryba w wo­dzie.

Ra­dek był zde­cydo­wa­nie zwie­rzę­ciem me­dial­nym, tyl­ko tę me­dial­ność trze­ba było w nim nie­co okieł­znać. Na pew­no był do­sko­na­łym ma­te­ria­łem na gwiaz­dę, albo przy­najm­niej gwiazd­kę, i co do tego Justyna nie mia­ła naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Na­le­ża­ło tyl­ko oszli­fo­wać ten ma­leń­ki klej­not, któ­ry w nim tkwił, i wte­dy bez trudu po­ka­zać go świa­tu. I tego za­da­nia Justyna po­sta­no­wi­ła się pod­jąć bez wzglę­du na to, co na ten te­mat mia­ła do po­wie­dze­nia Ani­ta.

- Na­praw­dę nie wi­dzisz, że dla nie­go je­steś wy­łącz­nie tram­po­li­ną do sła­wy? - Przy­ja­ciół­ka tym­cza­sem nie za­mie­rza­ła od­pusz­czać. - Wy­ci­śnie cię jak cytrynę i rzuci w kąt.

Skoń­czyła już ma­ki­jaż i wła­śnie zdej­mo­wa­ła z ra­mion Justyny fo­lio­wą pe­le­rynę za­bez­pie­cza­ją­cą ubra­nie.

- Uwa­żam, że je­steś do nie­go uprze­dzo­na. I zupeł­nie nie ro­zu­miem dla­cze­go. - Justyna była co­raz bar­dziej obu­rzo­na. - Może i kusi go me­dial­na ka­rie­ra, ale za­le­ży mu przede wszyst­kim na mnie. Na mnie, nie na ka­sie, czy sła­wie. Gdyby było in­a­czej, nie je­chał­by te­raz przez pół Pol­ski tyl­ko po to, żeby się ze mną zo­ba­czyć, praw­da?

- Daję mu dwa mie­sią­ce. No, może góra trzy i zo­ba­czysz, że za­cznie cię ole­wać. Aż trud­no mi uwie­rzyć, że po tylu la­tach w tym sy­fie nadal je­steś taka na­iw­na.

- No wła­śnie nie je­stem, a on z me­dia­mi nie ma nic wspól­ne­go. Dla­te­go mu wie­rzę. Zro­zum, to czło­wiek z ze­wnątrz, nie zna tu ni­ko­go, nie bę­dzie na­wet się sta­rał zbli­żyć do tego ca­łe­go świat­ka. To po­waż­ny czło­wiek, ma wła­sne zo­bo­wią­za­nia i swo­ją pra­cę. Nie wiem, po co miał­by mie­szać w mo­jej.

Ani­ta wzruszyła ra­mio­na­mi.

- Zro­bisz, jak ze­chcesz, tyl­ko nie przy­chodź po­tem z pła­czem do cio­ci Anit­ki, żeby le­czyła two­je roz­trza­ska­ne ser­dusz­ko.

- Nie przyj­dę, nie martw się o mnie. - Justyna, wy­cho­dząc, cmok­nę­ła przy­ja­ciół­kę w po­li­czek. - Dzię­kuję za mej­kap. Jak zwykle pro­fe­sjo­nal­ny. Tyl­ko nos ci się za­czyna tę­pić, bo wi­dzisz za­gro­że­nie tam, gdzie zupeł­nie nie wy­stę­puje. - Uśmiech­nę­ła się zło­śli­wie.

Ani­ta ob­ró­ci­ła się za wy­cho­dzą­cą Justyną.

- Cze­kaj, mam po­mysł. Za­łóż­my się o tego two­je­go go­gusia. Je­śli w cią­gu trzech mie­się­cy nie wpad­nie w nasz sy­fia­sty świa­tek, nie zo­sta­wi cię i nie prze­le­ci co naj­mniej tuzi­na la­sek, to przy­znam ci ra­cję, że się sro­go po­myli­łam.

- I kupisz mi naj­droż­sze wino, ja­kie bę­dzie do­stęp­ne w oko­li­cy.

- A je­śli wy­gram... - Ani­ta się za­myśli­ła. - Je­śli wy­gram, to oso­bi­ście ode­ślesz go do tej dziu­ry, z któ­rej go wy­cią­gnę­łaś, za­sy­piesz gru­zem i nie po­zwo­lisz nig­dy wię­cej się wy­do­stać.

Justyna prych­nę­ła lek­ko.

- To zupeł­nie nie wcho­dzi w grę, ale niech bę­dzie. - Wy­cią­gnę­ła rękę. - Umo­wa stoi. Za trzy mie­sią­ce zo­ba­czysz, jak bar­dzo się po­myli­łaś.

2

- Po­wiedz, że żar­tujesz. Bła­gam cię... - Szcze­pan sie­dział na ka­na­pie w sa­lo­nie i le­d­wo ła­pał po­wie­trze. - To prze­cież nie może być praw­da.

Al­do­na sie­dzia­ła tuż obok z usta­mi za­ci­śnię­tymi i wzro­kiem wbi­tym w le­żą­cy na ła­wie test cią­żo­wy. Dwie czer­wo­ne kre­ski nie­mal świe­ci­ły się po­środ­ku bia­łej płyt­ki, szydząc z ich mi­no­ro­wych na­stro­jów i peł­nej na­pię­cia at­mos­fe­ry w po­ko­ju. Na szczę­ście Fra­nek już smacz­nie spał, nie mu­siał więc pa­trzeć na ten zbli­ża­ją­cy się ar­ma­ge­don, któ­ry zde­cydo­wa­nie wi­siał już w po­wie­trzu.

Praw­dę mó­wiąc, Al­do­na czuła się pod­le. Tak, jak­by to była wy­łącz­nie jej wina, choć prze­cież do­sko­na­le wie­dzia­ła, że obo­je przy­czyni­li się do obec­ne­go sta­nu rze­czy. Przy ca­łej igno­ran­cji, jaką da­rzyła bio­lo­gię jako na­ukę i jak bar­dzo nie­na­wi­dzi­ła jej w li­ceum, na­wet do gło­wy by jej nie przy­szło, by wie­rzyć w to, że w cią­żę moż­na zajść w po­je­dyn­kę.

- Po­wiesz coś czy bę­dziesz tak mil­cza­ła? - Szcze­pan wy­da­wał się co­raz bar­dziej po­de­ner­wo­wa­ny.

Wzruszyła ra­mio­na­mi.

- A co mam niby po­wie­dzieć? Mam ci zro­bić wy­kład o psz­czół­kach i kwia­tusz­kach czy prze­ko­nać, że dzie­ci znaj­du­je się w ka­pu­ście?

- Prze­stań być taka sar­ka­stycz­na! - Pró­bo­wał pod­nieść głos, ale na­tych­miast przy­po­mniał so­bie, że w po­ko­ju obok śpi ich pier­wo­rod­ny, a bu­dze­nie dziec­ka, któ­re­mu już uda­ło się za­snąć, było chyba naj­gor­szą rze­czą, jaka mo­gła się zda­rzyć.

Fra­nek był zło­tym chłop­cem, co do tego zga­dza­li się obo­je, miał jed­nak za­sad­ni­czą wadę - nie lu­bił spać. Rytuał wie­czor­ne­go usy­pia­nia go trwał zwykle koło dwóch go­dzin, za­wie­ra­jąc tule­nie, dra­pa­nie po ple­cach, mi­zia­nie, śpie­wa­nie, czyta­nie ba­jek i znów tule­nie, po­prze­dzo­ne ma­sa­żem i ko­lej­nym dra­pa­niem. Kie­dy więc któ­re­muś z ro­dzi­ców uda­ło się wresz­cie ob­ła­ska­wić go na tyle, by za­snął, cały dom cho­dził na pal­cach. Każ­de skrzyp­nię­cie, tup­nię­cie czy nie­kon­tro­lo­wa­ny ha­łas po­wo­do­wa­ły na­tych­mia­sto­we otwar­cie się cze­lu­ści pie­kiel­nych, z któ­rych to do­bywał się prze­raź­li­wy wrzask obu­dzo­ne­go księ­cia. Nic dziw­ne­go, że na­wet te­raz, bę­dąc w sta­nie naj­wyż­sze­go wzbu­rze­nia, Szcze­pan nie po­zwo­lił so­bie na pod­nie­sie­nie gło­su choć­by o ton. I mimo że głupio tak krzyczeć szep­tem, to wła­śnie za­mie­rzał te­raz zro­bić.

- Jak to so­bie wszyst­ko wy­obra­żasz? - za­pytał.

- A jak mam so­bie wy­obra­żać? Sta­ło się, prze­cież nie zro­bi­łam tego spe­cjal­nie.

- Al­do­na, bła­gam cię.

- Ale o co ci cho­dzi? - wy­buch­nę­ła tro­chę z gło­śno, więc na­tych­miast ści­szyła głos do te­atral­ne­go szep­tu. Do­praw­dy trud­no kłó­cić się w ta­kich wa­run­kach. - Je­ste­śmy do­ro­śli, do­sko­na­le wie­dzie­li­śmy, czym gro­zi seks. Wy­bacz, ale sama so­bie w cią­żę nie za­szłam. Jak­by nie pa­trzeć, ty też ma­cza­łeś w tym pal­ce. Zresz­tą, jak się oka­zuje, nie­ko­niecz­nie pal­ce. - Prych­nę­ła nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem.

Szcze­pan po­pa­trzył na nią i zro­bił do­kład­nie to samo. Już nie miał do tego sił. Wszyst­kie jego pla­ny wła­śnie bra­ły w łeb, a jego oso­bi­sta żona stro­iła so­bie z tego żar­ty. Choć pew­nie mia­ła ra­cję, w tej sy­tua­cji zo­sta­ło tyl­ko się śmiać. Już za póź­no na ja­ką­kol­wiek inną re­ak­cję.

Będą mie­li dziec­ko. Drugie. Cał­kiem nowe i zno­wu krzyczą­ce. To był ja­kiś obłęd. Szcze­pan ko­chał Fran­ka nad życie, ale nie wy­obra­żał so­bie drugie­go ta­kie­go. Prze­cież zupeł­nie tego nie ogar­nie. Oczyma wy­obraź­ni wi­dział, jak jed­ną ręką prze­bie­ra no­wo­rod­ka, a drugą pró­bu­je ła­pać drugie­go mal­ca, pcha­ją­ce­go wła­śnie pal­ce do kon­tak­tu. Albo pró­bu­ją­ce­go do­tknąć go­rą­ce­go że­laz­ka. To nie mo­gło się udać, zresz­tą wi­dział, jaki zmar­no­wa­ny cho­dzi Krzysiek, i nig­dy mu nie za­zdro­ścił ta­kiej gro­ma­dy. Wia­do­mo, że dwój­ka to nie czwór­ka, ale wy­star­cza­ją­co dużo, by do­stać ja­kiejś ner­wi­cy.

A naj­gor­sze w tym wszyst­kim było to, że Al­do­na jako je­dyna w domu pra­co­wa­ła za­wo­do­wo. Te­raz Szcze­pan miał szukać ja­kiejś kon­kret­nej pra­cy, a tym­cza­sem oka­zywa­ło się, że znów zo­sta­nie w domu. Nie, żeby miał co­kol­wiek prze­ciw­ko byciu kurem do­mo­wym, ale ta­kie sie­dze­nie w domu jed­nak moc­no nad­szar­pywa­ło jego mę­ską dumę. Miał wró­cić do pra­cy, a Fran­kiem mia­ła za­jąć się jed­na z opie­kunek agen­cji Za uśmiech bom­bel­ka. Mia­ła, bo te­raz wszyst­ko w jed­nej chwi­li wzię­ło w łeb. Al­do­na, jako je­dyna żywi­ciel­ka ro­dzi­ny, pew­nie za­raz po ma­cie­rzyń­skim wró­ci do pra­cy, a Szcze­pan znów zo­sta­nie jak ten głupi wśród ga­rów i pie­luch.

Do­pó­ki nie uro­dził się Fra­nek, Szcze­pan ma­rzył o du­żej ro­dzi­nie. Może nie ja­kiejś wiel­kiej, ale na pew­no nie tyl­ko z jed­nym dziec­kiem. Tyl­ko ja­koś nig­dy się nie skła­da­ło, żeby mo­gli so­bie z Al­do­ną po­zwo­lić na po­więk­sze­nie ro­dzi­ny. A po­tem ona tak zwyczaj­nie za­szła w cią­żę z tym prze­klę­tym Ra­deo, więc mu­sie­li na nowo po­ukła­dać swój świat. I od tego cza­su Szcze­pan zde­cydo­wa­nie zre­wi­do­wał wła­sne ma­rze­nia na te­mat du­żej ro­dzi­ny. Ko­chał Fran­ka i na­wet nie­spe­cjal­nie prze­szka­dza­ło mu, że bio­lo­gicz­nie nie jest jego oj­cem. Zaj­mo­wał się nim z mi­ło­ścią i od­da­niem, a jed­no­cze­śnie czuł, że wię­cej z sie­bie nie wy­krze­sa. Cho­le­ra, w koń­cu ja­kiś czas temu prze­kro­czył ma­gicz­ną czter­dziest­kę, więc już naj­wyż­szy czas, żeby za­cząć myśleć o od­po­czyn­ku, a nie o po­now­nym po­więk­sza­niu ro­dzi­ny. Zresz­tą Al­do­na też do naj­młod­szych wca­le nie na­le­ża­ła. Już so­bie myślał, że ja­koś szyb­ko ogar­ną Fran­ka i będą w spo­ko­ju ce­le­bro­wać swój wiek śred­ni, a tu na­gle oka­za­ło się, że wca­le nie­ko­niecz­nie, bo świat przy­go­to­wał dla nich cał­kiem inny plan.

- Prze­pra­szam. - Przy­sunął się do żony i ob­jął ją ra­mie­niem. - To wszyst­ko jest ta­kie po­pie­przo­ne. Zupeł­nie się tego nie spo­dzie­wa­łem.

- A myślisz, że ja się spo­dzie­wa­łam? Jak so­bie po­myślę, co nas te­raz cze­ka, to aż mi się robi sła­bo.

- Ale je­steś tego pew­na, tak? - Kiw­nął gło­wą w stro­nę le­żą­ce­go na ła­wie te­stu cią­żo­we­go. - Bo wiesz, może te te­sty się mylą albo prze­kła­mu­ją tro­chę. Ostat­nio to już nie wia­do­mo, czy wie­rzyć me­dycynie, czy ra­czej zna­cho­rom.

Al­do­na po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

- Nie­ste­ty, trud­no tu o po­mył­kę. Byłam pew­na, że to me­no­pau­za, a tu nie­spo­dzian­ka. Taki świę­ty mi­ko­łaj z oka­zji wio­sny. W do­dat­ku od wczo­raj czuję, że co­raz bar­dziej mnie mdli, więc to na pew­no nie jest żad­na po­mył­ka.

- Wiesz, któ­ry to ty­dzień? Chciał­bym przy­najm­niej wie­dzieć, ile nam jesz­cze zo­sta­ło względ­nej wol­no­ści.

- Wy­cho­dzi na to, że ósmy albo dzie­wią­ty, nie pa­mię­tam do­kład­nie, ale i tak jesz­cze mamy co naj­mniej sie­dem mie­się­cy.

Szcze­pan wes­tchnął cięż­ko.

- Do­bra, ja­koś to ogar­nie­my, bo prze­cież co in­ne­go nam zo­sta­ło w tej sy­tua­cji.

- Na to wy­glą­da, że nic, poza wzię­ciem się w garść.

Szcze­pan jesz­cze bar­dziej przy­tulił się do żony.

- Oj, mat­ka, to na­wo­jo­wa­li­śmy na sta­re lata.

Al­do­na ro­ze­śmia­ła się smut­no.

- Ano na­wo­jo­wa­li­śmy - do­da­ła.

***

- Ja na­praw­dę osza­le­ję! - Ma­riol­ka rzuca­ła gro­ma­mi od sa­me­go rana.

Niby wszyst­ko ukła­da­ło się cał­kiem w po­rząd­ku, ale bywa­ły ta­kie chwi­le, kie­dy sama nie po­zna­wa­ła wła­snej pra­cy i szcze­rze wąt­pi­ła w swo­je umie­jęt­no­ści. Jak na złość dziś wła­śnie był je­den z tych dni. Od rana cią­gle coś się dzia­ło, te­le­fon dzwo­nił jak opę­ta­ny, a ko­lej­ne opie­kun­ki zgła­sza­ły na­stęp­ne skar­gi. A to ma­lec nie chciał iść spać, ko­lej­ny wła­śnie do­stał roz­wol­nie­nia, a na­stęp­nych dwo­je omal nie wbie­gło pod ja­dą­cy sa­mo­chód, przy­pra­wia­jąc swo­ją nia­nię o za­wał ser­ca ra­zem z wy­le­wem. I każ­dej z opie­kunek Ma­riol­ka mu­sia­ła osob­no tłuma­czyć, jak się za­cho­wać w da­nej sy­tua­cji.

W lu­tym dziew­czyny przy­ję­ły kil­ka ko­lej­nych, nie­opie­rzo­nych jesz­cze niań, któ­re wy­dzwa­nia­ły do swo­jej sze­fo­wej z każ­dą nie­mal pier­do­łą. Ma­riol­ka oczywi­ście sta­wa­ła na gło­wie, by je wszyst­kie od­po­wied­nio wy­szko­lić, ale jak wi­dać, cza­sem samo teo­re­tycz­ne szko­le­nie nie było w sta­nie za­ła­twić spra­wy. W praw­dzi­wym świe­cie opie­ki nad dzieć­mi dziew­czyny same po­rusza­ły się jak dzie­ci we mgle. Na nic kur­sy, szko­le­nia i studia. To wszyst­ko było faj­ne i bar­dzo po­moc­ne, ale praw­dzi­wą szko­łą za­wo­du i nie­jed­no­krot­nie życia było do­świad­cze­nie.

- Do tej pra­cy trze­ba mieć ser­ce i kon­kret­ne zdol­no­ści - po­wta­rza­ła jej El­wi­ra, ale Ma­riol­ka do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że każ­de­mu na­le­ży dać szan­sę. W koń­cu do­sko­na­le i na wła­snym przy­kła­dzie wie­dzia­ła, że in­stynkt to nie wszyst­ko i bez so­lid­nych pod­staw nie moż­na li­czyć na kon­kret­ne za­do­wa­la­ją­ce efek­ty.

Kie­dy sama za­czyna­ła swo­ją pra­cę i rusza­ła z biz­ne­sem, mo­gła po­le­gać wy­łącz­nie na wła­snym in­stynk­cie. I przez ja­kiś czas to się spraw­dza­ło, przy­najm­niej do cza­su, kie­dy zaj­mo­wa­ła się wy­łącz­nie dzieć­mi są­siad­ki. A po­tem wpa­dła na ge­nial­ny i za­ra­zem sza­tań­ski plan otwo­rze­nia wła­snej agen­cji opie­kunek i na­gle oka­za­ło się, że nie­wie­le wie na te­mat wy­cho­wa­nia dzie­ci. Przy­najm­niej we wła­snych oczach, bo ro­dzi­ce nie­mal wy­rywa­li ją so­bie z rąk, żeby tyl­ko była w sta­nie za­opie­ko­wać się ich Zuzią czy Ka­rol­kiem. A Ma­riol­ka z każ­dym dniem co­raz bar­dziej czuła, że jed­nak nie na­da­je się do tego wszyst­kie­go. Bra­ko­wa­ło jej so­lid­nych pod­staw me­ryto­rycz­nych, ta­kich na mia­rę su­per­nia­ni. W świe­cie opie­kunek była bar­dziej nia­nią Fra­nią z po­pular­ne­go sit­co­mu, co w pew­nym mo­men­cie za­czę­ło jej moc­no do­kuczać.

Dla­te­go wła­śnie po­sta­no­wi­ła, że na do­bre zaj­mie się nie tyl­ko edu­ko­wa­niem swo­ich pra­cow­nic, ale rów­nież sa­mej sie­bie. Ni­ko­mu nie mó­wi­ła, że za­pi­sa­ła się na studia, a wie­czo­ra­mi, kie­dy nikt nie wi­dział, czyta­ła wy­mien­nie mą­dre po­rad­ni­ki o wy­cho­wywa­niu dzie­ci i pro­wa­dze­niu wła­sne­go biz­ne­su. Pierw­sze eg­za­mi­ny na uczel­ni po­szły jej nie­źle, mimo urwa­nia gło­wy w pra­cy, za­la­ne­go miesz­ka­nia, re­mon­tu, na któ­ry nie mia­ła wpływu, i wi­zyty sza­lo­nej kuzyn­ki, któ­rą zdą­żyła po­ko­chać nad życie. Li­czyła, że po se­sji wresz­cie bę­dzie mieć czas na chwi­lę od­po­czyn­ku, ale nie­ste­ty nowe nia­nie ab­sor­bo­wa­ły ją nie­mal w stu pro­cen­tach.

Zwłasz­cza dziś czuła, że za chwi­lę na­praw­dę eks­plo­du­je.

- Za uśmiech bom­bel­ka, agen­cja opie­kunek, w czym mogę po­móc? - El­wi­ra ode­bra­ła ko­lej­ne po­łą­cze­nie nie­prze­sta­ją­ce­go dziś dzwo­nić te­le­fo­nu.

Ma­riol­ka spoj­rza­ła na nią i wy­wró­ci­ła ocza­mi. Na­pra­wę mia­ła ocho­tę rzucić ko­mór­ką w kie­run­ku ścia­ny, ale po­myśla­ła, że na nową tym­cza­so­wo nie bę­dzie wy­da­wać pie­nię­dzy. Skwi­to­wa­ła to więc wy­łącz­nie cięż­kim wes­tchnie­niem i już mia­ła wra­cać do swo­ich za­dań, kie­dy usłysza­ła za­sko­czo­ny głos są­siad­ki.

- Mi­rel­la, o czym ty do mnie mó­wisz? - El­wi­ra w jed­nej chwi­li za­czę­ła bled­nąć, a jej oczy ro­bi­ły się co­raz więk­sze. - Uspo­kój się i wy­tłumacz mi to jesz­cze raz. I prze­stań wresz­cie be­czeć, dziew­czyno.

Ma­riol­ka za­trzyma­ła się w pół kro­ku i od­wró­ci­ła w stro­nę bla­dej już jak pa­pier El­wi­ry.

- O co cho­dzi? - za­pyta­ła bez­gło­śnie, ma­jąc jesz­cze na­dzie­ję, że to jed­nak nic strasz­ne­go, a El­wi­rze krew od­płynę­ła z twa­rzy z zupeł­nie in­ne­go po­wo­du.

Ta po­ki­wa­ła tyl­ko gło­wą z re­zygna­cją i wy­szła do­koń­czyć roz­mo­wę do drugie­go po­miesz­cze­nia, bo nie­ste­ty ko­lej­ny te­le­fon już dzwo­nił w naj­lep­sze.

- Ma­ter Dei. - Ma­riol­ka wes­tchnę­ła, bio­rąc do ręki słuchaw­kę bez­prze­wo­do­we­go apa­ra­tu. - To się chyba nig­dy nie skoń­czy.

El­wi­ra wró­ci­ła po kwa­dran­sie, jesz­cze bar­dziej bla­da niż po­przed­nio, choć wła­ści­wie trud­no było jesz­cze bar­dziej zbled­nąć.

- Oba­wiam się, że mamy pro­blem - po­wie­dzia­ła tyl­ko i opa­dła bez­wład­nie na sto­ją­cy w ką­cie fo­tel.

***

Ro­ma­no­wi wszyst­ko się mie­sza­ło i to tak, jak chyba jesz­cze nig­dy w życiu. Cią­gle miał wra­że­nie, że o czymś za­po­mniał albo coś po­mylił. Kie­dyś był cał­kiem bystry, umiał pla­no­wać, myślał lo­gicz­nie i stra­te­gicz­nie. Zresz­tą mu­siał tak myśleć, w koń­cu nie bez po­wo­du po­ło­wę swo­je­go życia spę­dził w woj­sku. Tam go do­ce­nia­li i słucha­li jego rad. I tam wła­śnie po­wie­rza­li mu cza­sem bar­dzo trud­ne za­da­nia. Nie było więc moż­li­wo­ści, żeby Ro­man był de­bi­lem. Za to te­raz czuł się jak de­bil - odar­ty z resz­tek god­no­ści i lo­gicz­ne­go myśle­nia.

Cza­sa­mi wszyst­ko było w jak naj­lep­szym po­rząd­ku, by na­stęp­ne­go dnia nie bar­dzo ogar­niał, gdzie jest i o czym roz­ma­wia. Do­sko­na­le pa­mię­tał, co ro­bił dwa­dzie­ścia lat temu, ale zupeł­nie nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, co jadł wczo­raj na ko­la­cję. Bo­la­ła go gło­wa i to ta­kim bó­lem, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie do­świad­czał. Może nie był naj­sil­niej­szy, ale za to rów­nie kosz­mar­ny - wwier­cał się Ro­ma­no­wi w mózg jak ja­kieś wier­tło i nie da­wał na­wet chwi­li od­de­chu.

Ro­man nie lu­bił no­we­go sie­bie. Tego z bó­lem gło­wy i za­ni­ka­mi pa­mię­ci. Fi­zycz­nie na­wet do­szedł już do jako ta­kiej for­my, choć twarz jesz­cze cza­sa­mi wy­krę­ca­ła się w bo­le­sny grymas, ale noga i ręka były cał­kiem spraw­ne. Oczywi­ście też nie tak jak kie­dyś, ale w jego wie­ku więk­sza spraw­ność nie była mu do ni­cze­go po­trzeb­na. Nie za­mie­rzał już ani wę­dro­wać ani ska­kać ze spa­do­chro­nem. Chciał zwyczaj­nie funk­cjo­no­wać i spo­koj­nie po­żyć jesz­cze co naj­mniej kil­ka lat. Cho­dził po­wo­li, wspie­ra­jąc się o la­sce, ale na­wet to nie­spe­cjal­nie go de­ner­wo­wa­ło.

Naj­gor­sze było to, że zupeł­nie prze­sta­ła mu sma­ko­wać gorz­ka żo­łąd­ko­wa. Na do­brą spra­wę na­wet nie miał na nią już ocho­ty, ale z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­nał, kie­dy sia­dał w swo­im ulu­bio­nym fo­te­lu z kie­lisz­kiem w ręce i peł­ną bu­tel­ką w drugiej i pił, do­pó­ki wszyst­kie pro­ble­my nie ode­szły w siną dal.

Wód­ka była dla nie­go nie tyl­ko po­cie­szyciel­ką, ale też po­wier­nicz­ką jego naj­głę­biej skrywa­nych ta­jem­nic. Może i była zła, może rze­czywi­ście, jak mó­wił Jurek, Ro­man się uza­leż­nił i te­raz zwyczaj­nie nie umiał bez niej funk­cjo­no­wać, ale za to każ­dy łyk pa­lą­ce­go w prze­łyk na­po­ju po­zwa­lał mu choć na chwi­lę za­po­mnieć o tym wszyst­kim, co go ota­cza­ło. A te­raz przy­szło mu przyj­mo­wać świat na żyw­ca. I nie­waż­ne, jak bar­dzo było­by źle, w żo­łąd­ko­wej gorz­kiej już nie znaj­do­wał uko­je­nia.

Cza­sa­mi myślał, że może war­to było­by za­koń­czyć to wszyst­ko, sko­ro cho­ro­ba po­zba­wi­ła go je­dynej przy­jem­no­ści w tym pod­łym życiu. Był sta­ry, nie­do­łęż­ny i ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny. Chło­pa­kom tyl­ko za­wa­dzał i do­sko­na­le zda­wał so­bie z tego spra­wę, choć obaj mó­wi­li coś zupeł­nie in­ne­go. Ce­lo­wo prze­pi­sał na nich miesz­ka­nie i sklep, żeby po jego śmier­ci nie mie­li pro­ble­mów z ja­kimś dur­nym spad­kiem.

Miał po­nad sie­dem­dzie­siąt lat i czuł, że już naj­wyż­szy czas ustą­pić miej­sca mło­dym. On swo­je prze­żył, swo­je wy­pił i swo­je zo­ba­czył. Poza tym obie­cał so­bie, że nig­dy dla ni­ko­go nie bę­dzie cię­ża­rem i w swo­im cza­sie za­mie­rzał tej obiet­ni­cy do­trzymać. Jesz­cze tyl­ko chciał zo­ba­czyć, jak Jurek i An­tek bio­rą ślub, a po­tem na­praw­dę bę­dzie mógł umie­rać. Nic tu po nim, a świat na trzeź­wo oka­zywał się dla Ro­ma­na zupeł­nie nie do przy­ję­cia.

Nie mógł się do­cze­kać spo­tka­nia ze Sta­sią. Może na tam­tym świe­cie wresz­cie od­wa­ży się wy­znać wszyst­ko to, o czym nig­dy jej nie po­wie­dział. Wie­rzył, że to może się stać, w koń­cu pró­bo­wał przy­najm­niej na­pra­wiać swo­je błę­dy tu na zie­mi, więc po drugiej stro­nie nie po­wi­nien mieć więk­szych pro­ble­mów.

Ta myśl po­wo­do­wa­ła w Ro­ma­nie uczucie cie­pła w oko­li­cy ser­ca. I choć tak na­praw­dę bał się śmier­ci, do­sko­na­le wie­dział, że kie­dy przyj­dzie czas, bę­dzie na nią go­to­wy.

***

Ra­deo nie mógł się do­cze­kać spo­tka­nia z Justyną. A wła­ści­wie na­wet nie z nią, tyl­ko z jej prze­pięk­nymi ko­le­żan­ka­mi. Gdyby mógł, za­brał­by je wszyst­kie do po­ko­ju i zro­bił z nimi do­kład­nie to, co praw­dzi­wy męż­czyzna po­wi­nien zro­bić z pięk­ną ko­bie­tą.

Nie­ste­ty, tym­cza­so­wo mu­siał za­cho­wywać wszel­kie po­zo­ry i przy­najm­niej uda­wać za­in­te­re­so­wa­ne­go wy­łącz­nie jed­ną la­ską. Nie było naj­go­rzej, ale na samo wy­obra­że­nie tych wszyst­kich pa­nie­nek ro­bi­ło się Ra­do­sła­wo­wi cie­pło na ser­cu. I nie tyl­ko tam.

Dro­ga do War­sza­wy nie była zbyt dłu­ga, bo na szczę­ście moż­li­wo­ści trans­por­tu po­szły bar­dzo do przo­du i po­dróż po­cią­giem z Wał­brzycha trwa­ła je­dynie sześć go­dzin. Nie było to mało, ale do­sko­na­le pa­mię­tał, jak je­chał kie­dyś z mat­ką roz­kle­ko­ta­nym skła­dem przez nie­mal cały dzień. Dzi­siaj w po­cią­gach było cie­pło, cał­kiem przy­jem­nie i przede wszyst­kim dużo kró­cej niż kie­dyś. Zresz­tą, na­wet gdyby mu­siał je­chać dłu­żej, prze­cież i tak by po­je­chał. Cze­go się nie robi dla mi­ło­ści?

Wy­siadł na Cen­tral­nym i ro­zej­rzał się do­ko­ła. Na­wet pe­ron nie wy­glą­dał tu jak kie­dyś. Ostat­nim ra­zem po­dró­żo­wał z ja­ki­miś zna­jo­mymi Justyny, więc za­ła­pał się na pod­wóz­kę, ale te­raz nie chciał nad­używać ich go­ścin­no­ści. Poza tym umę­czył się z nimi bar­dzo, bo przez całą dro­gę ga­da­li bez sen­su o rze­czach, o któ­rych Ra­deo nie miał bla­de­go po­ję­cia. Żeby więc nie wyjść na idio­tę i igno­ran­ta, przez cały czas po­ta­ki­wał tyl­ko gło­wą z wy­ra­zem peł­ne­go zro­zu­mie­nia, a w du­chu li­czył upływa­ją­ce mi­nuty. To było zupeł­nie bez sen­su, więc uznał, że ko­lej­nym ra­zem po pro­stu wsią­dzie do po­cią­gu.

Nie lu­bił się mę­czyć, na­wet je­śli to mę­cze­nie wy­ni­ka­ło ze słucha­nia in­nych. Bo to, że zna­jo­mi Justyny byli od nie­go mą­drzej­si, da­wa­ło się wy­czuć wła­ści­wie na każ­dym kro­ku. Byli elo­kwent­ni i roz­ma­wia­li w spo­sób, o ja­kim Ra­deo mógł wy­łącz­nie po­ma­rzyć. Oczywi­ście ro­zu­miał, że bę­dzie mu­siał na­uczyć się ta­kie­go pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji, bo w prze­ciw­nym ra­zie zo­sta­nie - i to cał­kiem słusz­nie - uzna­ny za tę­pa­ka z pro­win­cji. Nie lu­bił wła­snych nie­do­stat­ków, ale w swo­im oto­cze­niu nad­ra­biał uro­kiem, cza­rem i do­sko­na­łym wy­glą­dem. Nig­dy nie zaj­mo­wał się wła­snym in­te­lek­tem, bo tak na­praw­dę nig­dy nie mu­siał. Cza­sem, kie­dy wy­ma­ga­ła tego sy­tua­cja albo kie­dy ko­niecz­nie chciał za­im­po­no­wać ja­kiejś la­sce, wy­bie­rał się na wy­sta­wę współ­cze­sne­go ma­lar­stwa czy do fil­har­mo­nii. I tak na­praw­dę nie miał naj­mniej­sze­go zna­cze­nia fakt, że je­dynie uda­wał zna­jo­mość sztuki czy mu­zyki, sam fakt, że po­ja­wiał się w ta­kich miej­scach, bar­dzo czę­sto wy­star­czał, by zro­bić od­po­wied­nie wra­że­nie, choć tyl­ko on je­den wie­dział, jak bar­dzo się mę­czył. Tak na­praw­dę do­pie­ro te­raz za­czynał ro­zu­mieć, że je­śli chce być czę­ścią to­wa­rzystwa Justyny, musi choć­by po­zor­nie za­in­te­re­so­wać się tym wszyst­kim, cze­go do tej pory nie ro­zu­miał i czym szcze­rze gar­dził.

Justyna nie zmu­sza­ła go do ni­cze­go i wła­ści­wie przyj­mo­wa­ła go ta­kim, ja­kim był, ale do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z tego, że je­śli chce coś w życiu osią­gnąć, musi za­cząć przy­zwycza­jać się do in­nych stan­dar­dów. Być może bę­dzie na­wet mu­siał prze­czytać ja­kąś książ­kę, co już w ogó­le zaj­mo­wa­ło miej­sce w pierw­szej piąt­ce jego oso­bi­ste­go ran­kin­gu czyn­no­ści głupich, nie­po­trzeb­nych i wręcz szko­dli­wych. Aż się wzdrygnął na samą myśl. No ale cze­go nie robi się dla sła­wy, chwa­ły i pie­nię­dzy.

Justyny jesz­cze nie było, Ra­deo wy­cią­gnął więc ko­mór­kę, żeby do niej za­dzwo­nić. Zde­cydo­wa­nie po­win­na już tu być, prze­cież obie­ca­ła. Za­nim wy­brał numer, pod­niósł rękę i po­wą­chał się pod pa­chą. Nie było naj­go­rzej, ale i tak po­wi­nien się od­świe­żyć. Nie lu­bił, kie­dy cuch­nę­ło mu spod pach albo z ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go miej­sca na cie­le. Co praw­da sam­czy za­pach za­wsze zwa­biał naj­lep­sze sa­mi­ce i Ra­deo do­sko­na­le zda­wał so­bie z tego spra­wę, ale sam nie czuł się ze sobą kom­for­to­wo, kie­dy za­la­tywa­ło od nie­go po­tem. Jak tyl­ko do­ja­dą do Justyny, na pew­no się wy­ką­pie. Cho­le­ra ja­sna, gdzie ona jest?

- Ra­dziu! - Usłyszał za ple­ca­mi. Justyna ma­cha­ła mu z da­le­ka. Była ubra­na w małą czar­ną i nie­bo­tycz­nie wy­so­kie czer­wo­ne szpil­ki.

Wy­da­wa­ło się, że jej nogi się­ga­ją sa­me­go nie­ba. Na wierzch mia­ła za­rzuco­ny ja­sny płaszcz, a jej twarz była przy­kryta de­li­kat­nym ma­ki­ja­żem. Ra­deo mu­siał przy­znać, że wy­glą­da­ła do­sko­na­le. Po­czuł mi­mo­wol­ny skurcz w lę­dź­wiach. Po­myślał, że tak na­praw­dę chyba nie mógł­by z niej do koń­ca zre­zygno­wać.

Oczywi­ście, lu­bił swo­bo­dę i moż­li­wość wy­bo­ru, wier­ność zupeł­nie nie wpi­sy­wa­ła się w jego na­turę, a pięk­ne ko­bie­ty dzia­ła­ły na nie­go jak ma­gnes, ale Justyny nie chciał­by się jed­nak po­zbywać ze swo­je­go życia. Kie­dyś na­wet pla­no­wał się ustat­ko­wać i to przy boku Ma­riol­ki, ale kie­dy dziew­czyna od­rzuci­ła go ra­zem z pier­ścion­kiem, stwier­dził, że wła­ści­wie nie po­wi­nien się za bar­dzo ogra­ni­czać. W koń­cu każ­dy ma tyl­ko jed­no życie, a spę­dze­nie go wy­łącz­nie z jed­ną ko­bie­tą było­by co naj­mniej mar­no­wa­niem cza­su i cen­ne­go ma­te­ria­łu ge­ne­tycz­ne­go, któ­ry Ra­deo chciał prze­ka­zać świa­tu w spo­rej ilo­ści. Raz mu się uda­ło, więc nie ro­zu­miał, dla­cze­go mia­ło­by się nie udać po­now­nie. Dla­te­go, choć do Justyny nic nie miał, nie za­mie­rzał spo­czywać na lau­rach. Te­raz wy­star­cza­ła mu w zupeł­no­ści, zwłasz­cza że ofe­ro­wa­ła dar­mo­wy prysz­nic, cał­kiem nie­zły seks i pew­nie coś do­bre­go do je­dze­nia. I to ra­czej wła­śnie w tej ko­lej­no­ści.

***

- Dziec­ko, do­kąd ty się zno­wu wy­bie­rasz? - Jó­zef nie mógł się na­dzi­wić, że Julit­ka była taką po­wsi­no­gą.

Cią­gle tyl­ko gdzieś jeź­dzi­ła, la­ta­ła i chcia­ła zwie­dzać. Mu­sia­ła wdać się w mat­kę. On nig­dy taki nie był. W cią­gu ca­łe­go życia tyl­ko raz, w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, był w Buł­ga­rii na sak­sach, ale nie bar­dzo mu się tam po­do­ba­ło. Co praw­da za­ro­bił wte­dy spo­ro pie­nię­dzy, na­zwo­ził de­wiz i bli­sko za­kum­plo­wał się z tam­tej­szą lo­kal­ną spo­łecz­no­ścią, ale po­tem nie chciał już wra­cać.

Ja­koś Buł­ga­ria go nie urze­kła. Miesz­ka­li w sied­miu w nie­wy­koń­czo­nym ma­leń­kim domu bez do­stę­pu do bie­żą­cej wody i kuch­ni, któ­ry wła­ści­cie­le na­zywa­li szum­nie wil­lą. Było na­praw­dę cięż­ko, zwłasz­cza że nikt nie szczę­dził ra­kii ani śli­wo­wi­cy. Pili co­dzien­nie i wła­ści­wie bez umia­ru, Jó­zek wró­cił tuż przed tym, za­nim zdą­żył po­waż­nie wpaść w na­łóg.

Przy­wiózł ze sobą masę wspo­mnień, pół tor­by dez­odo­ran­tów BAC i drugie tyle olej­ków ró­ża­nych, za­pa­ko­wa­nych w ozdob­ne drew­nia­ne ba­ryłecz­ki, któ­rych zresz­tą i tak po­tem nie miał komu dać. Do tego na­zwo­ził wina, któ­re, przy­najm­niej w za­ło­że­niu, mia­ło być pysz­ne, ale zdą­żyło nie­co skwa­śnieć przez dro­gę. I to się Józ­ko­wi naj­mniej po­do­ba­ło w ca­łym wy­jeź­dzie, zwłasz­cza że w tam­tą stro­nę za­brał wszyst­ko, co w kra­ju było naj­lep­sze. Buł­ga­rzy lu­bi­li kupo­wać pol­skie ubra­nia, więc je­chał za­opa­trzo­ny w spodnie z turec­kie­go dżin­su, kapy na tap­cza­ny i oczywi­ście mnó­stwo kre­mu ni­vea. A oni od­wdzię­czyli mu się ze­psutym wi­nem. Jó­zef był do­praw­dy zde­gusto­wa­ny. Do tego stop­nia, że po­przysiągł so­bie, iż wię­cej za gra­ni­cę nie po­je­dzie. I do­trzymał sło­wa, nie wy­chyla­jąc wię­cej nosa poza wła­sne po­dwór­ko.

Zupeł­nie więc nie wie­dział, skąd u jego je­dyne­go dziec­ka ta­kie cią­głe za­mi­ło­wa­nie do po­dró­ży. Julit­ka mo­gła się szwen­dać bez celu i jesz­cze czer­pać z tego ja­kąś po­dej­rza­ną przy­jem­ność. Wie­dział, ja­kie to było złe i jak de­struk­cyj­nie mo­gło wpłynąć na jej mło­dy umysł, ale po­sta­no­wił to prze­cze­kać. Prze­cież nie bę­dzie mó­wił wła­snej do­ro­słej cór­ce, że robi źle. Dzie­ci nie lu­bią, kie­dy zwra­ca im się uwa­gę. Mar­twił się jed­nak ogrom­nie. W tym wie­ku jesz­cze mia­ły pra­wo trzymać się jej głupo­ty.

- Prze­cież ci mó­wi­łam, le­ci­my do Du­ba­ju. Tyl­ko na dwa ty­god­nie, nie martw się.

Jó­zek zła­pał się za gło­wę i na­tych­miast od­ru­cho­wo przy­kle­pał swo­ją po­życz­kę spod pa­chy.

- Prze­cież ten Du­blin to tak da­le­ko. Nie mo­żesz po­je­chać do Szczaw­na? Masz ta­kie uzdro­wi­sko pod sa­mym no­sem, a to­bie się po Du­bli­nach za­chcie­wa la­tać. Albo do Je­dli­ny. Tam to już w ogó­le faj­nie i po­wie­trze, jed­nak czyst­sze niż tutaj.

- Tato, nie do Du­bli­na, tyl­ko do Du­ba­ju. To tro­chę w inną stro­nę. - Julit­ka par­sk­nę­ła śmie­chem. - Oczywi­ście w Je­dli­nie też jest pięk­nie, ale sam zro­zum, po­trze­bu­ję wię­cej słoń­ca. A tu po­go­da ja­kaś kiep­ska.

Pu­ści­ła ojcu oczko.

Do­praw­dy, Jó­zef nie ro­zu­miał tej dzi­siej­szej mło­dzie­ży. Co było złe­go w Je­dli­nie? Gdyby miał wy­jeż­dżać, to sam by tam po­je­chał. Zna­la­zł­by so­bie ja­kieś przy­jem­ne sa­na­to­rium i był­by na­wet skłon­ny spę­dzić w nim kil­ka dni. Za­wsze mógł na­wet wró­cić do domu wcze­śniej albo przy­najm­niej przy­je­chać na chwi­lę, w ra­zie gdyby cze­goś za­po­mniał. Tak, Je­dli­na była­by ide­al­na. A tej się za­chcia­ło la­tać nie wia­do­mo gdzie.

Jesz­cze raz przy­gła­dził reszt­kę wło­sów, a po­tem ner­wo­wo po­tarł wąs. Za­wsze tak ro­bił, kie­dy się stre­so­wał. Zresz­tą, jak tu się nie stre­so­wać, kie­dy je­dyne dziec­ko wy­jeż­dża w nie­zna­ne. Już nie był pew­ny, do któ­re­go Du­bli­na Julit­ka je­dzie i z któ­rej on jest stro­ny. To wszyst­ko było zupeł­nie głupie i Jó­zef zde­cydo­wa­nie tego nie ogar­niał.

- Na­praw­dę, nie stre­suj się, tato. To tyl­ko dwa ty­god­nie. Po­je­dzie­my, opa­li­my się i wró­ci­my. Na­wet nie zdą­żysz się stę­sk­nić. Zresz­tą mó­wi­łam ci, że je­śli masz ocho­tę z nami po­je­chać, chęt­nie do­pi­szę cię do wy­ciecz­ki.

- Jesz­cze mi ja­kichś wy­praw bra­kuje do szczę­ścia - par­sk­nął Jó­zef. - Wy­star­czą mi na­sze do­mo­we kło­po­ty, nie mu­szę się do­dat­ko­wo roz­bi­jać nie wia­do­mo gdzie. Już ci mó­wi­łem, że to zupeł­nie nie dla mnie. Zresz­tą, to two­je to­wa­rzystwo jest dla mnie zde­cydo­wa­nie za mło­de.

Julit­ka wzruszyła ra­mio­na­mi.

- Trud­no, prze­cież nie za­cią­gnę cię tam siłą.

Praw­dę mó­wiąc, cie­szyła się, że oj­ciec nie chciał z nią je­chać. Za­pro­po­no­wa­ła mu, bo było jej go zwyczaj­nie żal, ale li­czyła na to, że jed­nak od­mó­wi. Nie było szans, żeby do­ga­dał się z jej zna­jo­mymi. Jej naj­now­sze­go chło­pa­ka, Ka­ro­la, też zresz­tą szcze­rze nie­na­wi­dził. Nie, żeby po­przed­nich ja­koś szcze­gól­nie ko­chał, ale Ka­rol wy­jąt­ko­wo dzia­łał mu na ner­wy. Ten wy­jazd z nimi dwo­ma mógł­by się na­praw­dę oka­zać ka­ta­stro­fą, a gdyby mu­sia­ła wy­bie­rać, zde­cydo­wa­nie wo­la­ła­by spę­dzić urlop z kimś in­nym za­miast wła­sne­go, zgorzk­nia­łe­go ojca.

Ostat­nio bywa­ła u nie­go dość czę­sto, zda­rza­ło się, że na­wet po­miesz­ki­wa­ła przez kil­ka dni, więc mia­ła peł­ny ob­raz jego za­cho­wa­nia. Na dłuż­szą metę by tego nie znio­sła. Było jej żal sta­re­go czło­wie­ka, ale tak na­praw­dę za­mie­rza­ła mu mat­ko­wać. Zresz­tą trud­no co­kol­wiek prze­tłuma­czyć pra­wie sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­mu fa­ce­to­wi, któ­ry i tak naj­le­piej wie, co jest dla nie­go do­bre. Po­sta­no­wi­ła się więc nie przej­mo­wać ga­da­niem ojca i skupić na myśli o wa­ka­cjach, luk­susach i słoń­cu. Nie­waż­ne, co zro­bi, oj­ciec i tak bę­dzie ję­czeć.

- Cór­cia, przy­go­to­wa­łem ci te two­je wi­ta­min­ki. Leżą na sto­le w kuch­ni - przy­po­mniał so­bie Jó­zek.

Juli­ta zmarsz­czyła brwi.

- Ja­kie wi­ta­min­ki, tato?

- No, te, co je za­wsze mie­szasz, jak cho­dzisz na tę swo­ją si­łow­nię. Ta­kie w prosz­ku, w tym du­żym sło­iku.

Juli­ta uśmiech­nę­ła się do sie­bie. Na śmierć by za­po­mnia­ła. Całe szczę­ście oj­ciec tym ra­zem o niej po­myślał.

- Nie wi­ta­min­ki, tato, tyl­ko biał­ko. Dzię­ki, że mi przy­po­mnia­łeś. Praw­dę mó­wiąc, zupeł­nie mi ucie­kło, a to nie­do­brze, w koń­cu re­ge­ne­ra­cja jest bar­dzo waż­na, zwłasz­cza w po­dró­ży. - Uśmiech­nę­ła się do ojca i cmok­nę­ła go w po­li­czek. - Je­steś su­per!

Jó­zek za­wstydził się bar­dzo i naj­chęt­niej wy­tarł­by tego ca­łusa na­tych­miast, ale po­cze­kał, aż cór­ka wyj­dzie z po­ko­ju. Gdyby to zro­bił w jej obec­no­ści, na pew­no było­by jej przy­kro.

- Ja pie­przę, co to ma być? - Z kuch­ni do­biegł Jó­ze­fa krzyk Julit­ki.

Męż­czyzna na­tych­miast ruszył na od­siecz cór­ce.

W kuch­ni wszyst­ko było do­kład­nie w ta­kim sta­nie, w ja­kim je zo­sta­wił. Na sto­le sta­ło puste opa­ko­wa­nie po prosz­ku biał­ko­wym, a tuż obok le­ża­ły rów­no po­ukła­da­ne wo­recz­ki z za­war­to­ścią. Na­praw­dę się sta­rał, żeby wszyst­ko było jak na­le­ży. Wi­dział, ile Julit­ka tego sy­pie, i wy­myślił, że przy­go­tuje jej por­cje na każ­dy dzień. W koń­cu na wa­ka­cjach za­po­mi­na się o wie­lu rze­czach. Poza tym dźwi­ga­nie ta­kie­go wiel­kie­go sło­ja musi być bar­dzo nie­wy­god­ne. Wczo­raj po pra­cy spe­cjal­nie po­je­chał do skle­pu i kupił ze­staw wo­recz­ków struno­wych, a po­tem spa­ko­wał to całe biał­ko. Wo­recz­ki nie zaj­mo­wa­ły za wie­le miej­sca i Julit­ka spo­koj­nie mo­gła je upchnąć w ba­ga­żu. Na­wet pod­ręcz­nym. Pa­czusz­ki były małe, za­bez­pie­czo­ne, nie­mal zupeł­nie nie­zau­wa­żal­ne.

- Po­patrz, masz na każ­dy dzień, a na­wet dwa razy dzien­nie. Zro­bi­łem ci por­cje. - Jó­zek był z sie­bie bar­dzo dum­ny.

Juli­ta wy­wró­ci­ła ocza­mi.

- Tato, se­rio? - za­pyta­ła wła­ści­wie nie wia­do­mo po co. Jó­zek i tak nic z tego nie ro­zu­miał. - Ja na­praw­dę je­stem ci wdzięcz­na, że tak o mnie dbasz, ale wy­obra­żasz so­bie, co by było, gdyby mnie z czymś ta­kim za­trzyma­li na gra­ni­cy?

Po­pa­trzył na nią ze zdzi­wie­niem.

- A co mia­ło­by być? Zwykłe wo­recz­ki z bia­łym prosz­kiem. Dla wy­go­dy.

- Tato - za­czę­ła tłuma­czyć jak dziec­ku - wo­recz­ki i bia­ły pro­szek w środ­ku ko­ja­rzą się tyl­ko z jed­nym. Jak­by mnie do­rwa­li z ta­kim pa­kun­kiem i to jesz­cze w Du­ba­ju, już bym się z tego nie wy­wi­nę­ła. Za prze­myt nar­ko­tyków tam do­sta­je się cza­pę.

- Ale prze­cież sama mó­wi­łaś, że to ja­kieś biał­ko. Dziec­ko, co ty wła­ści­wie za­żywasz?

Jó­zek czuł, jak za­czyna­ją mu się trząść nogi. Od­ru­cho­wo przy­li­zał swo­ją po­życz­kę spod pa­chy i po­pra­wił wąs. Mla­snął dwa razy, bo z tego wszyst­kie­go aż za­schło mu w gar­dle. Co ta Julit­ka zno­wu wy­myśli­ła? Naj­pierw mówi, że bie­rze ja­kieś od­żyw­ki, i za­rze­ka się, że to zdro­we, a po­tem oka­zuje się, że mo­gła­by za nie pójść sie­dzieć. I jesz­cze je­dzie do tego ca­łe­go Du­ba­ju, w któ­rym cza­pa gro­zi na­wet nie­win­nym ko­bie­tom. To wszyst­ko jest tak po­pie­przo­ne, że Jó­zek prze­stał już na­dą­żać. Naj­gor­sze, że cór­ka za­czę­ła mu się sta­czać, a on nie mógł z tym nic zro­bić. Miał tyl­ko na­dzie­ję, że nie wpad­nie przez to w kło­po­ty.

- Nic nie za­żywam - da­lej pró­bo­wa­ła mu tłuma­czyć, ale wi­dać było, że oj­ciec ni­cze­go nie ro­zu­mie. - Ale to, co zro­bi­łeś, jed­no­znacz­nie ko­ja­rzy się z tym, jak­bym za­żywa­ła. To zwykła od­żyw­ka, ale wierz mi, na gra­ni­cy nikt nie bę­dzie tego spraw­dzał. Za­mkną mnie na­tych­miast i dłu­go nie wy­pusz­czą. Więc wy­bacz, tato, ale nie we­zmę tych two­ich wo­recz­ków.

- To nie bierz i daj mi już świę­ty spo­kój. - Jó­zek się ob­ruszył. Miał ser­decz­nie dość, a te­raz jesz­cze wy­szło, że to wszyst­ko jego wina. A niech so­bie wszyscy ro­bią, co im się po­do­ba. On już nie za­mie­rzał w to in­ge­ro­wać, na­wet je­śli bę­dzie mu­siał wy­cią­gać wła­sną cór­kę z za­gra­nicz­ne­go wię­zie­nia. Zresz­tą jako praw­nicz­ka po­win­na so­bie świet­nie po­ra­dzić, za­miast oskar­żać bied­ne­go ojca o wła­sne nie­po­wo­dze­nia.

Jó­zek mach­nął ręką i wy­szedł zły z kuch­ni. Już mu się nie chcia­ło z nią roz­ma­wiać. Naj­chęt­niej po­je­chał­by do ate­lier, ale na Zen­ka też nie miał ocho­ty dzi­siaj pa­trzeć. Oni wszyscy są sie­bie war­ci! Nie­wdzięcz­ni­cy!

***

Szcze­pan nie bar­dzo wie­dział, co ma o tym wszyst­kim myśleć. Oczywi­ście ko­chał Al­do­nę i Fran­ka i jak­by mógł, od­dał­by za nich obo­je życie, ale na­praw­dę nie wy­obra­żał so­bie, że te­raz do ich trój­ki do­łą­czy ko­lej­na isto­ta. Fra­nio był jesz­cze mały i opie­ka nad nim zaj­mo­wa­ła cały czas. Nie dało rady nic zro­bić, ni­cze­go ogar­nąć ani na­wet po­myśleć o ja­kim­kol­wiek cza­sie wol­nym. Szcze­pan był już na­praw­dę wy­koń­czo­ny. Al­do­na szyb­ko wró­ci­ła do pra­cy i choć od biu­ra dzie­li­ły ją je­dynie dwa pię­tra, to i tak wi­dzie­li się je­dynie wie­czo­ra­mi.

Rze­czywi­ście, uzgod­ni­li, że to na Szcze­pa­na spad­nie cały trud opie­ki nad je­dyna­kiem, ale nie było mowy o ko­lej­nym dziec­ku. No, może Al­do­na kie­dyś wspo­mi­na­ła, że chcia­ła­by mieć dwój­kę, ale Szcze­pan nig­dy nie brał po­waż­ne jej słów. Było lo­gicz­ne i oczywi­ste, że w tym wie­ku nie po­zwo­lą so­bie już na wię­cej po­tom­stwa. Czter­dzie­ści lat to taki wiek, kie­dy po­win­no już się myśleć o so­bie, pla­no­wać od­po­czynek i od­ci­nać kupo­ny od wcze­śniej­sze­go go­nie­nia w pięt­kę. Czter­dziest­ka to na­praw­dę nie naj­lep­szy mo­ment, żeby wszyst­ko za­czynać od po­cząt­ku. A na pew­no Szcze­pan nie za­mie­rzał spę­dzać w pie­lu­chach ko­lej­nych kil­ku lat.

Tym­cza­sem Al­do­na wy­da­wa­ła się cał­kiem z sie­bie dum­na. I ze swo­je­go sta­nu, któ­re­go jej mąż bał się jak dia­beł świę­co­nej wody. Cho­dzi­ła uśmiech­nię­ta od ucha do ucha, jak­by wy­gra­ła na ja­kiejś lo­te­rii. Tyl­ko Szcze­pan miał ja­kieś dziw­ne prze­czucie, że jest je­dynym prze­gra­nym w tym lo­so­wa­niu. Na­wet nie miał z kim o tym po­ga­dać. Kum­ple z byłej pra­cy już daw­no prze­sta­li dzwo­nić, bo niby po co, sko­ro za każ­dym ra­zem był za­ję­ty, bo albo wła­śnie Fran­ka kar­mił, albo, dla od­mia­ny, prze­bie­rał jego brud­ną pie­lu­chę. Kie­dyś jesz­cze za­pra­sza­li go na wspól­ne wyj­ścia, ale szyb­ko prze­sta­li, bo i tak cią­gle od­ma­wiał. Stał się sta­rym, zgorzk­nia­łym pan­to­flem bez am­bi­cji, a te­raz mia­ło się oka­zać, że ten stan wca­le nie za­mie­rzał się zmie­nić.

- Sta­ry, spo­koj­nie, dasz so­bie radę - oznaj­mił mu Krzysiek, któ­re­go Szcze­pan w wiel­kiej de­spe­ra­cji za­pro­sił pew­ne­go dnia na piwo.

Do­sko­na­le wie­dział, że nie po­wi­nien pić przy dziec­ku, ale już nie po­tra­fił so­bie z tym po­ra­dzić. Zresz­tą Fra­nek spał, więc jed­no piwo w ple­ne­rze nie po­win­no ni­ko­mu za­szko­dzić.

Na Krzyś­ka wpadł zupeł­nym przy­pad­kiem, kie­dy ten wra­cał z pra­cy, i na­tych­miast zgar­nął go do ate­lier. To było je­dyne miej­sce, gdzie spo­koj­nie mo­gli po­roz­ma­wiać. Józ­ka od kil­ku dni nie było w pra­cy, a Ze­nek zaj­mo­wał się nie tyl­ko skle­pem, ale, przede wszyst­kim, pę­dze­niem ko­lej­nej par­tii bim­bru. Już nikt nie zwra­cał na to uwa­gi, ta do­dat­ko­wa dzia­łal­ność na do­bre wpi­sy­wa­ła się w ist­nie­nie skle­pu. Wła­ści­cie­le chyba na­wet mie­li ja­kieś kło­po­ty, bo Ze­nek cho­dził ja­kiś dziw­nie roz­ko­ja­rzo­ny. Dla­te­go tym bar­dziej Szcze­pan z Krzyś­kiem mo­gli swo­bod­nie po­roz­ma­wiać, bo nie w gło­wie było mu ja­kie­kol­wiek pod­słuchi­wa­nie.

- Zim­no, cho­le­ra. Może na­pi­je­my się tutaj? - za­suge­ro­wał Krzysiek, kie­dy tyl­ko we­szli do skle­pu.

Po re­mon­cie lo­kal zde­cydo­wa­nie róż­nił się od daw­ne­go stan­dar­du, a przy oka­zji pro­jek­tant­ka wy­myśli­ła im mały ką­cik ze sto­li­kiem, przy któ­rym cał­kiem wy­god­nie moż­na było so­bie po­roz­ma­wiać. Od trzech mie­się­cy sto­lik sta­no­wił cen­tral­ny punkt skle­pu i tak na­praw­dę ca­łej oko­li­cy. W ate­lier roz­ma­wia­ło się o wszyst­kim i w peł­nej dys­kre­cji, więc i tym ra­zem męż­czyź­ni za­ję­li swo­je nor­mal­ne miej­sca. Szcze­pan za­mó­wił dwa bez­al­ko­ho­lo­we, jak na oj­ców dzie­ciom przy­sta­ło, i za­czął opo­wia­dać. Tak po pro­stu i bez owi­ja­nia w ba­weł­nę.

- Mam wra­że­nie, że ona mnie wkrę­ca.

- Al­do­na? No chyba żar­tujesz! - Krzysiek nie mógł uwie­rzyć są­sia­do­wi. - Su­ge­rujesz, że nie jest w cią­ży? Po co mia­ła­by to ro­bić?

- Nie wiem, sta­ry, już nic nie wiem. Cza­sem mam wra­że­nie, że za­czyna mi od­bi­jać. Może i jest w cią­ży, ale kto wie, czy ze mną. Prze­cież uwa­ża­li­śmy.

- Ja też uwa­ża­łem, a te­raz mam ba­bi­niec w domu. To tak nie dzia­ła. Zresz­tą chyba nie uwa­żasz, że znów po­szła w dłu­gą z tym go­gusiem?

- Po­ję­cia nie mam, nie wy­glą­da na to, ale już nie mogę być ni­cze­go pew­ny. Ostat­nio dziw­nie się za­cho­wuje. Raz cie­szy się od ucha do ucha, a za chwi­lę wyje w po­dusz­kę. Tak, jak­by mia­ła coś na su­mie­niu.

Krzysiek wes­tchnął cięż­ko.

- Hor­mo­ny ma na su­mie­niu. Baby tak mają, a już jak są w cią­ży, to w ogó­le le­piej scho­dzić im z dro­gi.

- Tyl­ko że po­przed­nim ra­zem tak się nie za­cho­wywa­ła. Było ja­koś, nie wiem, nor­mal­niej. Sta­ry, se­rio nie wiem, co mam o tym myśleć.

- To nie myśl, tyl­ko przy­go­tuj się na wię­cej. Już nic z tym nie zro­bisz. No chyba że chcesz po raz ko­lej­ny ro­bić ba­da­nia. Może wte­dy bę­dziesz miał spo­kój.

Szcze­pan mach­nął ręką.

- Nie, to nie wcho­dzi w grę. Z kasą krucho, zresz­tą to i tak ni­cze­go nie zmie­ni. Tyl­ko mam już dość tych jej hu­mo­rów. Nie chcę do koń­ca życia prać, sprzą­tać i niań­czyć dzie­ci. Mam dość bycia pan­to­flem.

- Ro­zu­miem. - Krzysiek do­pił piwo i po­kle­pał są­sia­da po ra­mie­niu. Fra­nek mla­snął przez sen. - Ale po­myśl so­bie, że dzie­cia­ki szyb­ko ro­sną. Poza tym za­wsze mo­żesz je pod­rzucić do Ma­riol­ki, pew­nie nie bę­dzie mia­ła nic prze­ciw­ko, a ty spo­koj­nie pój­dziesz do pra­cy. U nas na­wet przy czwór­ce to ja­koś dzia­ła.

- Pew­nie nie­pręd­ko, bo jak się mło­de uro­dzi, to na pew­no bę­dzie cięż­ko. Se­rio nie wiem, jak da­jesz so­bie radę z całą czwór­ką.

- Szcze­rze? Lek­ko nie jest, ale li­czę na to, że z cza­sem bę­dzie ła­twiej. Do­bra, mu­szę ucie­kać do tego mo­je­go ba­biń­ca, bo mi żona łeb urwie. Dzię­ki za piwo. Na ra­zie.

- Cześć. - Szcze­pan kiw­nął Krzyś­ko­wi i spu­ścił po­nuro gło­wę. Może rze­czywi­ście za­czyna już świ­ro­wać, a te hu­mo­ry Al­do­ny to tyl­ko cią­ża? A ra­czej: aż cią­ża. Ja­sna cho­le­ra, to nie tak mia­ło być.

***

W miesz­ka­niu było ci­cho. An­tek z oj­cem po­szli na spa­cer, a Jurek sta­rał się zaj­mo­wać obia­dem. Zupeł­nie mu nie szło, wszyst­ko wy­pa­da­ło mu z rąk i wła­ści­wie na­wet nie miał ocho­ty na go­to­wa­nie. Zwykle kuch­nią zaj­mo­wał się jego mał­żo­nek, ale dzi­siaj to on po­sta­no­wił coś przy­rzą­dzić. Mie­li z Ant­kiem dzie­sią­tą rocz­ni­cę związ­ku i choć nor­mal­nie nie ob­cho­dzi­li hucz­nie po­dob­nych dni, to dzi­siaj Jurek chciał przy­go­to­wać dla męża coś spe­cjal­ne­go. Dla męża - już sam nie wie­dział, jak go na­zywać. Z jed­nej stro­ny byli prze­cież mał­żeń­stwem, ale tak na­praw­dę zupeł­nie tego nie czuł. Urzę­dy ro­bi­ły im pod gór­kę, za każ­dym ra­zem udo­wad­nia­jąc, że w świe­tle pra­wa ich zwią­zek nie po­wi­nien ist­nieć. Nie mo­gli ni­cze­go za­ła­twić, do­wie­dzieć się o sta­nie zdro­wia swo­je­go męża, mu­sie­li klu­czyć i kła­mać. To było na­praw­dę upo­ka­rza­ją­ce. A do tego wszyst­kie­go na­wet nie mo­gli na­zywać się mał­żeń­stwem, na­wet je­śli prze­cież wszyst­ko zo­sta­ło przy­pie­czę­to­wa­ne urzę­do­wo w Am­ster­da­mie. Tutaj byli wy­rzut­ka­mi, dzi­wa­ka­mi, na któ­rych moż­na pa­trzeć z po­li­to­wa­niem i wy­tykać ich pal­ca­mi. Cza­sa­mi czuli się jak baba z bro­dą w cyr­ku, wy­sta­wia­na na wi­dok publicz­ny ku ucie­sze in­nych. A prze­cież ani on, ani An­tek nie róż­ni­li się od in­nych zupeł­nie ni­czym.

Nie chciał tego ślu­bu, nie chciał, żeby znów na nie­go pa­trzyli i szep­ta­li za jego ple­ca­mi. Ślub za­wsze wy­wo­łuje emo­cje, jest do­sko­na­łą po­żyw­ką dla zło­śli­wych cio­tek, któ­rych nikt nie za­pra­sza, pre­tek­stem do ob­ra­że­nia się na śmierć, a przy­najm­niej ob­ga­da­nia mło­dych za ple­ca­mi. I za­wsze coś ko­muś nie bę­dzie pa­so­wa­ło, a ro­dzi­na do koń­ca życia bę­dzie wy­po­mi­nać każ­dą wpad­kę, na­wet je­śli ta tak na­praw­dę wpad­ką nie była. Ślub ge­jów do­pie­ro był­by wy­da­rze­niem. Jurek spo­dzie­wał się, że po­ło­wa ro­dzi­ny bę­dzie stuka­ła się zna­czą­co w czo­ła, część wy­klnie ich i wy­dzie­dzi­czy tak, jak­by mia­ła z cze­go, jesz­cze inni na­ło­żą na nich klą­twę bo­ską, eks­ko­mu­ni­kę i jesz­cze przez dwa­dzie­ścia lat będą splu­wać przez lewe ra­mię na ich wi­dok. Nie wszyscy są tak wy­ro­zumia­li jak jego oj­ciec.

Praw­dę mó­wiąc, był wdzięcz­ny ojcu za to, że ten zro­zu­miał jego sy­tua­cję. Nie spo­dzie­wał się tego i nie ocze­ki­wał, a na­gle oka­za­ło się, że cał­kiem do­brze się z Ro­ma­nem do­ga­du­ją. Mat­ka też w koń­cu, choć nie­chęt­nie, przej­rza­ła na oczy, ro­dzi­ce Ant­ka po­wo­li oswa­ja­li się z sy­tua­cją, ale jesz­cze dłu­ga dro­ga przed nimi, żeby za­ak­cep­to­wał ich świat. Nie­ste­ty, An­tek bar­dzo za­pa­lił się do po­mysłu ślu­bu hu­ma­ni­stycz­ne­go, a Ro­man dziel­nie mu se­kun­do­wał. Jurek czuł się jak w pułap­ce.

Miał już dość wścib­skich spoj­rzeń, ko­men­ta­rzy i do­cin­ków. Gdyby nie to, pew­nie cie­szył­by się tak, jak An­tek. Nie­ste­ty, życie wła­ści­wie każ­de­go dnia brutal­nie we­ryfi­ko­wa­ło jego ra­do­ści i ma­rze­nia. Bał się, chyba jak nig­dy, bo o ile w to­le­ran­cyj­nym kra­ju, ja­kim jest Ho­lan­dia, szczę­śli­wie brał ślub, tak tutaj w ogó­le nie czuł się pew­nie.

Nig­dy spe­cjal­nie nie ukrywał tego, kim jest, ale i ja­koś się z tym nie ob­no­sił. Obaj z Ant­kiem wy­cho­dzi­li z za­ło­że­nia, że z jed­nej stro­ny nie po­win­ni dać się za­szczuć, a z drugiej - to prze­cież ich prywat­na spra­wa. Kto miał wie­dzieć, wie­dział, a kto się do­myślał, to się do­myślał, a cała resz­ta zupeł­nie ich nie ob­cho­dzi­ła. Ale ślub to coś zupeł­nie in­ne­go. To wy­sta­wie­nie wła­snych ra­do­ści, ale i lę­ków na wi­dok publicz­ny. I cze­ka­nie na re­ak­cję z na­dzie­ją, że bę­dzie po­zytyw­na. A na to Jurek chyba nie był go­to­wy.

- Cho­le­ra! - za­klął pod no­sem, kie­dy za­uwa­żył, że kur­czak, któ­re­go sma­żył, za­czyna mu się przy­pa­lać. Za­myślił się i nie przy­pil­no­wał gazu jak na­le­ży. Na szczę­ście drób przy­piekł się tyl­ko tro­chę i nie za­gro­ził wy­rzuce­niem ca­łe­go da­nia.

Chyba jed­nak go­to­wa­nie po­wi­nien zo­sta­wić Ant­ko­wi, a sam za­jąć się tym, co po­tra­fi naj­le­piej.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Ro­dzi­na za chwi­lę wró­ci, więc musi się po­spie­szyć, je­śli chciał ich za­sko­czyć. Dość myśle­nia o głupo­tach.

***

- Jaja so­bie ro­bisz - Ma­riol­ka wy­da­wa­ła się nie tyl­ko za­sko­czo­na, ale wręcz zszo­ko­wa­na całą sy­tua­cją.

El­wi­ra po­ki­wa­ła prze­czą­co gło­wą.

- Po co mia­ła­bym so­bie żar­to­wać z biz­ne­su? Myślisz, że bę­dzie z tego afe­ra?

- Mam na­dzie­ję, że jed­nak nie, bo jak nas ob­sma­rują w ga­ze­tach, to bę­dzie­my skoń­czo­ne.

- Skoń­czo­na to jest Mi­rel­la, po­win­naś ją na­tych­miast wy­rzucić.

Ma­riol­ka wes­tchnę­ła cięż­ko.

- Prze­cież wiesz, że nie mogę. Tak na­praw­dę nic się jesz­cze ta­kie­go nie sta­ło, a jej je­dynym prze­wi­nie­niem było to, że chcia­ła za­ro­bić tro­chę na lewo.

- Niby tak, ale wy­cie­ra­nie twa­rzy na­zwą fir­my nie na­le­ży ra­czej do naj­bar­dziej mo­ral­nych wy­stą­pień.

- Do­bra, zo­staw­my to na ra­zie. Zresz­tą nie mam do tego te­raz gło­wy. Zo­ba­czymy, co się z tego wy­klu­je. Zwol­nić ko­goś moż­na za­wsze, a może wca­le nie bę­dzie trze­ba.

El­wi­ra po­pa­trzyła na przy­ja­ciół­kę z nie­kła­ma­nym współ­czuciem.

- Wiesz co? Po­win­naś zmie­nić imię na Te­re­sę. A po­tem po­win­ni cię na­tych­miast ka­no­ni­zo­wać. Choć "świę­ta Ma­riol­ka" też dość nie­źle brzmi. San­to sub­i­to!

Sze­fo­wa nie sko­men­to­wa­ła, bo tak na­praw­dę sama nie wie­dzia­ła, co o tym wszyst­kim myśleć. Mi­rel­la to nowa nia­nia, le­d­wo za­czę­ła pra­cę w fir­mie i nie do koń­ca było wia­do­mo, cze­go się moż­na po niej spo­dzie­wać. Co praw­da po­le­ci­ła ją Ka­ro­li­na, bo za­nim mło­dzi z ro­dzi­ca­mi wy­pro­wa­dzi­li się jed­nak za gra­ni­cę, studio­wa­ły na jed­nym roku, ale wia­do­mo, że nie moż­na po­le­gać w stu pro­cen­tach na czyjejś re­ko­men­da­cji. Ma­riol­ka oczywi­ście spraw­dzi­ła ją na dzie­sięć róż­nych spo­so­bów, ale nie przy­pusz­cza­ła nig­dy, że to wszyst­ko i tak nie wy­star­czy.

A te­raz to nad­mier­ne za­ufa­nie i wia­ra w lu­dzi mia­ła się na niej ze­mścić. Mi­rel­la wy­myśli­ła bo­wiem, że spró­bu­je swo­ich sił zupeł­nie prywat­nie, za to po­wo­łując się na swo­je kon­tak­ty z Uśmie­chem bom­bel­ka. Chcia­ła do­ga­dać się z ro­dzi­ca­mi ma­łej Amel­ki za ple­ca­mi Ma­riol­ki i ska­so­wać za je­den dzień tyle, ile za­ro­bi­ła­by przez ty­dzień za pra­cę w agen­cji. Z tym że bez po­śred­ni­ków. Plan był rów­nie pro­sty, co ge­nial­ny, nie prze­wi­dzia­ła tyl­ko jed­ne­go: ukrytej ka­me­ry w domu swo­ich nie­do­szłych pra­co­daw­ców. I jesz­cze tego, że nie­chcą­cy sta­nie się głów­ną bo­ha­ter­ką dziw­ne­go pro­gra­mu o jesz­cze dziw­niej­szych opie­kun­kach do dzie­ci.

Jej dzień prób­ny prze­bie­gał spo­koj­nie, do­pó­ki nie za­uwa­żyła dziw­nej po­świa­ty w oku jed­ne­go z mi­siów ma­łej Amel­ki. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, co to może ozna­czać, wszak jej sza­now­ny oj­ciec, pa­sjo­nat wszel­kie­go ro­dza­ju teo­rii spi­sko­wych, był rów­nie wiel­kim fa­nem róż­ne­go typu sprzę­tu szpie­gow­skie­go. Na te­mat ka­mer, mi­kro­fo­nów i taj­nych tech­nik szpie­gow­skich wie­dział wszyst­ko i tę wie­dzę na­tych­miast i przez lata prze­ka­zywał swo­jej cór­ce. Mi­rel­la kpi­ła z ojca od kie­dy uro­sła na tyle, żeby zro­zu­mieć, że ta­tuś jest zwyczaj­nie świr­nię­ty, i nig­dy nie po­dej­rze­wa­ła na­wet, że taka wie­dza do cze­go­kol­wiek jej się przy­da. Aż do dziś, kie­dy zro­zu­mia­ła, że jest pod­glą­da­na.

Oczywi­ście od razu zo­rien­to­wa­ła się, że to spraw­ka jej nie­do­szłych pra­co­daw­ców, i na­tych­miast za­dzwo­ni­ła do El­wi­ry. Nie­ste­ty, było już za póź­no na in­ter­wen­cję.

El­wi­ra pró­bo­wa­ła kon­tak­to­wać się z ro­dzi­ca­mi dziec­ka i tłuma­czyć, że agen­cja nie mia­ła ni­cze­go wspól­ne­go z tą ak­cją, a opie­kun­ka po pro­stu urwa­ła się z fir­mo­wej smyczy, ale nikt nie chciał słuchać jej tłuma­czeń. Ro­dzi­ce po­wie­dzie­li tyl­ko, że Mi­rel­la wy­ra­zi­ła zgo­dę na fil­mo­wa­nie i udział w pro­gra­mie i że pod­pi­sa­ła sto­sow­ne do­kumen­ty, w któ­rych była po­da­na rów­nież kwo­ta, jaką mia­ła otrzymać po zdję­ciach.

- Ja myśla­łam, że to umo­wa - rycza­ła do słuchaw­ki El­wi­rze. - Nikt mi nie po­wie­dział, że to ja­kiś cho­ler­ny pro­gram.

- A nie zdzi­wi­ła cię staw­ka wpi­sa­na w do­kumen­tach? W ogó­le prze­czyta­łaś to, co pod­pi­sy­wa­łaś?

- A kto czyta tyle stron? Ka­za­li pod­pi­sać, to pod­pi­sa­łam. I po­wie­dzie­li jesz­cze, że do­sta­nę za to ty­sia­ka. Za je­den dzień! Mia­łam wy­brzydzać? Chyba żar­tujesz!

- No tak, za ty­sia­ka to bar­dzo zro­zu­mia­łe - za­kpi­ła El­wi­ra. - Dziew­czyno, czy ty zda­jesz so­bie spra­wę z tego, w co nas wpa­ko­wa­łaś? Prze­cież po­win­naś wy­le­cieć na zbi­tą twarz i to w trybie na­tych­mia­sto­wym.

Mi­rel­la za­nio­sła się pła­czem.

- Prze­cież nic nie zro­bi­łam. Chcia­łam do­brze.

- I ni­ko­mu na­wet nie wspo­mnia­łaś, że pra­cu­jesz w agen­cji? I nie po­wie­dzia­łaś, że masz od nas do­sko­na­łe re­fe­ren­cje?

Dziew­czyna po­cią­gnę­ła no­sem.

- No po­wie­dzia­łam, ale na­praw­dę chcia­łam do­brze. Ten ty­siak był mi se­rio po­trzeb­ny.

- Do­bra, nie chce mi się z tobą dłu­żej ga­dać. Ma­riol­ka po­dej­mie de­cyzję, co zro­bi. A ty prze­stań hi­ste­ryzo­wać, bo nic do­bre­go z tego nie wy­nik­nie. Na ra­zie.

3

Radeo nie mógł się na­pa­trzeć na te wszyst­kie pięk­ne ko­bie­ty. Czuł się, jak na ja­kimś po­ka­zie dla mo­de­lek, bo co chwi­lę mi­ja­ła go ko­lej­na ślicz­not­ka. Naj­chęt­niej każ­dą z nich zgar­nął­by do po­ko­ju i zro­bił z nią mnó­stwo nie­mo­ral­nych rze­czy.

Nie­ste­ty, tym­cza­so­wo mógł je wy­łącz­nie po­dzi­wiać, bo tuż obok za­wsze sta­ła Justyna. Zupeł­nie jak­by pil­no­wa­ła, czy nie robi cze­goś głupie­go. Była jak jego mat­ka - na­do­pie­kuń­cza i nad­wraż­li­wa. A do tego za­bie­ra­ła mu całą prze­strzeń i swo­bo­dę, któ­rej tak bar­dzo po­trze­bo­wał. Oczywi­ście ro­zu­miał, że na ra­zie tak musi być, ale nie wy­obra­żał so­bie, żeby ten stan miał trwać dłu­żej, niż było to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne.

Na ra­zie prze­cha­dzał się wśród pięk­nych pa­nien i po­dzi­wiał każ­dą z nich z osob­na. Justyna pra­co­wa­ła, krę­ci­li ja­kąś do­praw­dy głupią sce­nę i po pierw­szych du­blach Ra­de­owi znudzi­ło się pa­trze­nie na to wszyst­ko, co dzia­ło się na pla­nie. Sie­dział więc zbla­zo­wa­ny na scho­dach gar­de­ro­by i cze­kał na za­koń­cze­nie zdjęć.

Justyna obie­ca­ła, że wie­czo­rem pój­dą do klu­bu, gdzie spo­tyka­ją się naj­bar­dziej zna­ni ce­le­bryci, więc te­raz zwyczaj­nie mu­siał być grzecz­ny. Zwykle nie cho­dzi­ła w ta­kie miej­sca, więc tym bar­dziej nie opła­ca­ło mu się od­sta­wiać żad­ne­go nume­ru. Za­wsze mo­gła­by się prze­cież roz­myślić.

- Cześć! - W pew­nym mo­men­cie usłyszał zna­jo­my głos. Przed nim sta­ła jed­na z ko­le­ża­nek Justyny. Nie miał pew­no­ści co do jej imie­nia, więc na wszel­ki wy­pa­dek uśmiech­nął się tyl­ko sze­ro­ko. Nie wy­pa­da­ło za­po­mi­nać ta­kich rze­czy, więc po­sta­no­wił nad­ro­bić uro­kiem oso­bi­stym. Jak za­wsze.

- Cześć, mała - od­po­wie­dział non­sza­lanc­ko. - Jak tam życie?

Dziew­czyna nie­mal nie­zau­wa­żal­nie po­krę­ci­ła gło­wą.

- Życie cał­kiem nie­źle. A two­je? Wi­dzę, że się przy­go­to­wujesz do ja­kiejś waż­nej roli.

Ra­deo czuł, jak płuca mi­mo­wol­nie na­peł­nia­ją się po­wie­trzem. Jak­by mógł, uniósł­by się w górę w sa­mo­uwiel­bie­niu. Jak wi­dać, już za­czyna­li się po­zna­wać na jego ta­len­cie. Owszem, za­mie­rzał do­stać tu rolę i to wca­le nie ja­kąś, ale cał­kiem spo­rą. A przy oka­zji za­gra nie tyl­ko w fil­mie, ale i w życiu jed­nej z tych pięk­no­ści. Nie­ko­niecz­nie ko­le­żan­ki Justyny.

- Wiesz, na ra­zie ob­ser­wuję. Jesz­cze spo­ro mi bra­kuje do za­gra­nia w se­ria­lu, ale może, przy odro­bi­nie szczę­ścia, uda mi się kie­dyś za­ha­czyć o ma­leń­ki epi­zod. - Uda­wał bar­dzo skrom­ne­go, bo wie­dział do­sko­na­le, że dziew­czyny nie lu­bią ego­cen­tryków i nar­cyzów.

Oczywi­ście, że był nar­cyzem i to bar­dzo z tego fak­tu za­do­wo­lo­nym, ale tak­tyka skrom­ne­go chłop­ta­sia za­wsze do­brze dzia­ła­ła na płeć prze­ciw­ną.

- A czym ty się tu zaj­mu­jesz, ślicz­na pani? - Uśmiech­nął się od ucha do ucha.

Dziew­czyna po­pa­trzyła na nie­go z po­li­to­wa­niem, ale na­wet tego nie za­uwa­żył.

- Ja tu ma­lu­ję. Lu­dziom twa­rze, żeby wy­glą­da­li wła­śnie jak lu­dzie. Poza tym myśmy się już po­zna­li, nie pa­mię­tasz?

- Oczywi­ście, że pa­mię­tam. Jak­bym mógł za­po­mnieć taką ko­bie­tę.

Dziew­czyna wes­tchnę­ła gło­śno i wy­cią­gnę­ła do nie­go rękę. On na­praw­dę był bez­na­dziej­ny.

- Ani­ta je­stem. Ani­ta Szymań­ska. Ma­ki­ja­żyst­ka.

Ra­deo udał, że w ogó­le go to nie obe­szło. Przez cały czas szcze­rzył się w uśmie­chu, choć do gło­wy wła­śnie przy­cho­dzi­ły mu naj­bar­dziej wy­myśl­ne prze­kleń­stwa. No oczywi­ście, że Ani­ta! Jak mógł za­po­mnieć! Po­peł­nił pod­sta­wo­wy błąd, któ­ry na tym eta­pie mógł go zdys­kwa­li­fi­ko­wać. Na szczę­ście ta cała Ani­ta zupeł­nie nie mie­ści­ła się w krę­gu jego za­in­te­re­so­wań, więc ta wpad­ka nie mia­ła wła­ści­wie żad­ne­go zna­cze­nia. Ale mo­gła mieć. Nie­wy­ba­czal­ny błąd. Mu­siał uwa­żać na przy­szłość i le­piej przy­go­to­wywać się do ewen­tual­nych spo­tkań.

Ani­ta usia­dła obok nie­go na scho­dach. Prze­sunął się od­ru­cho­wo.

- Nie za­zdrosz­czę im ta­kie­go ha­ro­wa­nia. Całe życie na no­gach od rana do wie­czo­ra. I po co? Żeby inni mie­li ucie­chę. I przy oka­zji mo­gli im ob­ga­dać tył­ki. Nie­faj­na taka ro­bo­ta. - Za­du­ma­ła się.

- Czy ja wiem? - Ra­deo był zde­cydo­wa­nie in­ne­go zda­nia. - Nie miał­bym nic prze­ciw­ko ta­kiej pra­cy. Prze­cież nie co­dzien­nie mają zdję­cia, a jak nie mają, to mogą ro­bić, co im się po­do­ba. A sła­wa za­wsze z nimi zo­sta­nie, choć­by wy­cho­dzi­li na za­kupy. Może nie wiesz, ale ce­le­brytą się po pro­stu trze­ba uro­dzić.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się pod no­sem. No oczywi­ście, a ten pa­lant nie dość, że uwa­ża się za znaw­cę świa­ta fil­mu, to jesz­cze za­raz sam sie­bie na­zwie ce­le­brytą. To na­praw­dę było ża­ło­sne, ale Ani­ta nie za­mie­rza­ła mu uła­twiać.

- Może i masz ra­cję. - Za­myśli­ła się na po­kaz. - Może rze­czywi­ście to jest faj­ne. A ty? Czujesz się ce­le­brytą?

Ra­deo wcią­gnął po­wie­trze ze świ­stem.

- Bar­dzo bym chciał. Wiesz, je­stem uro­dzo­nym zwycięz­cą i za­wsze do­sta­ję do­kład­nie to, cze­go chcę, więc je­śli bar­dzo za­chcę być ce­le­brytą, to nie ma żad­nych prze­szkód, że­bym nim w krót­kim cza­sie nie zo­stał.

Omal nie za­chłysnę­ła się kawą, któ­rą przez całą roz­mo­wę są­czyła z pa­pie­ro­we­go kub­ka. Ten gość był na­praw­dę ża­ło­sny i Ani­ta nie mia­ła po­ję­cia, co Justyna w nim wi­dzi. Mały, za­kom­plek­sio­ny czło­wie­czek z wiel­kim ego, nic poza tym.

Oczywi­ście nie za­mie­rza­ła wy­pro­wa­dzać go z błę­du, choć­by przez wzgląd na za­kład z przy­ja­ciół­ką, więc tyl­ko ze zro­zu­mie­niem po­ki­wa­ła gło­wą. Tak na­praw­dę naj­chęt­niej par­sk­nę­ła­by mu śmie­chem pro­sto w twarz, ale ani nie wy­pa­da­ło, ani nie wol­no jej było tego ro­bić. W swo­im cza­sie na­wet Justyna przej­rzy na oczy.

Sie­dzie­li tak jesz­cze przez chwi­lę w mil­cze­niu, każ­de za­to­pio­ne we wła­snych myślach. W każ­dym ra­zie Ani­ta była za­to­pio­na, bo twarz Ra­dea nie wy­ka­zywa­ła na­wet naj­mniej­szych oznak choć­by jed­nej myśli prze­myka­ją­cej mu przez gło­wę. Po pro­stu sie­dział i tępo pa­trzył w dal. I tyl­ko co kil­ka se­kund spraw­dzał ręką, czy przy­pad­kiem struż­ka śli­ny nie wy­cie­ka mu z ką­ci­ka ust.

W pew­nym mo­men­cie na pla­nie zro­bił się ruch, re­żyser za­czął coś krzyczeć, a cała resz­ta eki­py na­gle roz­pierz­chła się po ką­tach.

- Za­czyna się. - Ani­ta szturch­nę­ła Rad­ka w bok. - Uwa­żaj, bo te­raz bę­dzie ak­cja.

Ra­deo zmarsz­czył brwi, nie­wie­le ro­zu­mie­jąc z tego wszyst­kie­go. Re­żyser darł się wnie­bo­gło­sy i wy­zywał, na czym świat stoi, a wszyscy wo­kół cho­wa­li się naj­da­lej, jak tyl­ko mo­gli.

- Do­bra, czas na mnie. - Po­zbie­ra­ła się ze scho­dów, na któ­rych sie­dzia­ła ra­zem z Rad­kiem, i czym prę­dzej ulot­ni­ła się do jed­ne­go z po­miesz­czeń, gdzie ma­ki­ja­ży­ści przy­go­to­wywa­li cha­rak­te­ryza­cję ko­lej­nych ak­to­rów.

Ra­deo zo­stał sam i po­czuł, jak wło­sy na kar­ku za­czyna­ją mu się lek­ko pod­no­sić. Po raz pierw­szy od daw­na czuł nie­po­kój.

- Ty! - Re­żyser wy­cią­gnął w stro­nę męż­czyzny ko­ści­sty pa­lec.

W ogó­le cały był ko­ści­sty. Chu­dy i wy­da­wa­ło się, nie­skoń­cze­nie dłu­gi. Miał zbyt krót­kie je­an­sy, sta­re tramp­ki i spra­ny pod­ko­szulek. Je­dynie twarz nie pa­so­wa­ła do tego ca­łe­go wy­glą­du ty­po­we­go nie­chlu­ja. Re­żyser miał do­kład­nie przy­strzyżo­ną bro­dę, jak­by wła­śnie wy­szedł z sa­lo­nu bar­be­ra, krót­kie wło­sy z mod­nie wy­go­lo­nym na boku pa­skiem i ja­kieś sześć­dzie­siąt lat. A do tego wszyst­kie­go głos jak dzwon, któ­ry roz­cho­dził się echem po ca­łej oko­li­cy. Czło­wiek pe­łen prze­ciw­no­ści, cho­dzą­cy ab­surd. I ten wła­śnie ewe­ne­ment ce­lo­wał swo­im pal­cem w Bogu du­cha win­ne­go Ra­dea, któ­ry w jed­nej chwi­li za­mie­nił się w praw­dzi­wy słup soli, choć czuł, jak po krę­go­słupie płynie mu struż­ka potu.

- Do cie­bie mó­wię! - darł się tym­cza­sem re­żyser. - Głuchy je­steś czy co? Do mnie, na­tych­miast! - roz­ka­zał.

Ra­deo wstał nie­mal au­to­ma­tycz­nie. Głos re­żyse­ra po­wo­do­wał, że nie było na­wet moż­li­wo­ści w ja­ki­kol­wiek spo­sób mu się sprze­ci­wić. Pod­szedł do męż­czyzny z lek­kim ocią­ga­niem, nie bar­dzo wie­dząc, cze­go może się spo­dzie­wać.

- Stań tu i się po­każ - roz­ka­zał po­now­nie re­żyser. Obej­rzał Ra­dea, jak­by co naj­mniej byli na tar­gu żyw­ca. Ob­szedł go z każ­dej stro­ny, po­do­tykał jego tor­su, na ko­niec na­wet ka­zał po­ka­zać mu zęby. To było naj­bar­dziej upo­ka­rza­ją­ce, ale Ra­dek nie za­mie­rzał pro­te­sto­wać. Czuł, że wła­śnie dzie­ją się wiel­kie rze­czy. - Do­bra, nadasz się - skwi­to­wał w koń­cu fil­mo­wiec. - Jak się na­zywasz?

Ra­deo nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć, choć prze­cież do­sko­na­le znał wła­sne na­zwi­sko.

- Ra­deo - wy­du­kał w koń­cu.

Re­żyser prych­nął.

- A ile ty masz lat, że mi się przed­sta­wiasz ja­ki­miś pseu­do­ni­ma­mi? Pięt­na­ście? W du­pie mam, jak na cie­bie mó­wią i czy je­steś z gru­py Wi­sie­nek, czy Mu­cho­mor­ków. Za­cznij się za­cho­wywać jak do­ro­sły fa­cet, a nie jak przed­szko­lak, bo się roz­myślę. Jak się na­zywasz, za­pyta­łem.

Praw­dę mó­wiąc, Ra­deo na­wet nie wie­dział, czy przy­pad­kiem nie chce, żeby re­żyser się roz­myślił, bo do tej pory nie miał na­wet bla­de­go po­ję­cia, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Wes­tchnął cięż­ko, choć miał na­dzie­ję, że nie zo­sta­nie to za­uwa­żo­ne przez tego ty­ra­na w za krót­kich spodniach, ale nie­ste­ty, wszyst­ko na­tych­miast się wy­da­ło.

- Nie wzdychaj, bo zdech­niesz. Mów, bo drugiej szan­sy nie bę­dzie.

- Ra­do­sław. Na­zywam się Ra­do­sław. Rud­nic­ki - do­dał ci­szej.

Re­żyser prych­nął nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem, aż kil­ku ak­to­rów wyj­rza­ło zza pro­wi­zo­rycz­nej ścia­ny, któ­ra tym­cza­so­wo ro­bi­ła im za schro­nie­nie przed gnie­wem sze­fa. Po­tem prze­wró­cił ocza­mi i wes­tchnął głę­bo­ko.

- No, cze­go ja się spo­dzie­wa­łem - mruk­nął do sie­bie. - Nuda. Do­bra, wiesz co - ode­zwał się do kom­plet­nie sko­ło­wa­ne­go Rad­ka - zo­stań­my jed­nak przy tym Ra­deo. Też głupie, ale lep­sze niż to nudziar­stwo, któ­re tu upra­wiasz od kil­ku go­dzin. Od dziś bę­dziesz ak­to­rem. I to nie żad­ną po­pier­dół­ką, tyl­ko praw­dzi­wym ak­to­rem. A jak spie­przysz, to wy­le­cisz na zbi­ty pysk i nikt wię­cej o to­bie nie usłyszy. Ka­pujesz?

Ra­deo czuł, jak mu ser­ce za­czyna bić co­raz moc­niej. Nie wie­rzył wła­snym uszom i wła­sne­mu szczę­ściu. Prze­cież to wszyst­ko nie mo­gło dziać się na­praw­dę, a przy­najm­niej nie tak szyb­ko. Wia­do­mo, że tego wła­śnie chciał, ale tak już? Prze­cież do­pie­ro przy­je­chał. Jed­nak jak wi­dać, wszech­świat od daw­na miał na nie­go plan. Uśmiech­nął się sze­ro­ko i roz­pro­mie­nił ni­czym sło­necz­ko po bu­rzy. Wi­taj, War­sza­wo! Wi­taj, pięk­ny ce­le­bryc­ki świe­cie!

Ski­nął gło­wą re­żyse­ro­wi, a ten tyl­ko po­now­nie wes­tchnął. Chwycił le­żą­cy na pro­wi­zo­rycz­nym sto­le sce­na­riusz i wrę­czył go cią­gle jesz­cze zszo­ko­wa­ne­mu, choć głupio uśmiech­nię­te­mu Rad­ko­wi.

- Gdyby te głą­by, któ­re za­trud­ni­łem do zna­le­zie­nia ob­sa­dy, po raz ko­lej­ny nie za­wio­dły, nie było­by cię tutaj i miał­bym dużo ła­twiej­sze życie. No, ale nie ma co pła­kać nad po­sra­nym dziec­kiem, je­steś tu i daję ci szan­sę. Nie spieprz tego, chłop­cze. Od dzi­siaj na­zywasz się Ka­mil Śli­mak, przy­najm­niej w se­ria­lu. I mo­żesz grać jak drew­no, tu i tak nikt tego nie za­uwa­ży. Tekst na jutro na blasz­kę. A te­raz wy­pad, bo tu się pra­cu­je.

***

- Po­ste­run­ko­wy Ga­weł, do mnie! - ryk­nął przez cały po­ste­runek Za­wi­sza.

Wła­ści­wie w ogó­le nie mu­siał­by ryczeć, jego głos na­wet po ci­chu niósł się da­le­ko, zupeł­nie nie tra­cąc przy tym mocy. Wy­da­wa­ło się, że nor­mal­nie i na co dzień był wspo­ma­ga­ny przez ja­kieś nad­przyro­dzo­ne siły wo­kal­ne albo ukryte w gar­dle urzą­dze­nia. Nikt w ca­łej wał­brzyskiej po­li­cji nie miał nig­dy ta­kie­go basu. Wszyscy za to śmia­li się, że Za­wi­sza mógł­by pra­co­wać przy de­mon­stra­cjach i nie­le­gal­nych zgro­ma­dze­niach. I to bez me­ga­fo­nu.

Krzysiek się wzdrygnął. Lu­bił ko­men­dan­ta, spo­koj­nie mógł­by go na­zwać swo­im przy­ja­cie­lem, jed­nak za­wsze czuł przed nim re­spekt na­leż­ny prze­ło­żo­ne­mu. Za­wi­sza nie­jed­no­krot­nie po­mógł Krzyś­ko­wi i ca­łej jego ro­dzi­nie, dla­te­go po­ste­run­ko­wy tym bar­dziej nie wy­obra­żał so­bie, że mógł­by zro­bić co­kol­wiek prze­ciw­ko nie­mu. A mimo wszyst­ko po­czuł się nie­swo­jo na samą myśl o pój­ściu do jego ga­bi­ne­tu. Wo­ła­nie ko­men­dan­ta za­wsze zwia­sto­wa­ło kło­po­ty. Może nie bez­po­śred­nio, ale za każ­dym ra­zem ozna­cza­ło albo do­dat­ko­wą ro­bo­tę i wi­zję po­wro­tu do domu nie­ko­niecz­nie o nor­mal­nej po­rze, albo dużo po­waż­niej­sze zmia­ny, któ­re nie­chyb­nie mia­ły na­dejść.

Wszyscy po­pa­trzyli na Krzysz­to­fa z pew­ną dozą współ­czucia i wspól­nym prze­ko­na­niem, że ktoś tu dzi­siaj bę­dzie miał prze­rą­ba­ne. Po­ste­run­ko­wy Ga­weł wstał i noga za nogą po­wlókł się w kie­run­ku ga­bi­ne­tu prze­ło­żo­ne­go.

- No, na­resz­cie - ryk­nął Za­wi­sza. - Już myśla­łem, że przez Ko­lusz­ki sze­dłeś. Sia­daj, Ga­weł.

Krzysz­tof usiadł po drugiej stro­nie biur­ka. Za­wi­sza lek­ko się uśmie­chał, ale po­ste­run­ko­we­mu i tak nie­przyjem­ny dreszcz prze­szedł po ple­cach.

- Mam na­dzie­ję, że to nic złe­go - za­czął nie­śmia­ło.

Za­wi­sza po­pa­trzył na nie­go spod zmarsz­czo­nych brwi, a po­tem wes­tchnął cięż­ko.

- Oj, Ga­weł, ty to się wszyst­kie­go bo­isz jak dzie­wi­ca przed pierw­szym ra­zem. Wy­lu­zuj tro­chę, bo się wrzo­dów na­ba­wisz. Jak dzie­cia­ki?

Krzysz­tof sta­rał się nie od­dychać za gło­śno, choć co­raz bar­dziej czuł, że za­raz coś się wy­da­rzy.

- Do­brze, ro­sną jak na droż­dżach. Ga­nia­ją i nie dają na­wet chwi­li spo­ko­ju. Cza­sem dzi­wię się El­wi­rze, że je ja­koś ogar­nia.

- Tak, to faj­ne dzie­wusz­ki. Bar­dzo faj­ne. - Ko­men­dant za­myślił się, jak­by zupeł­nie nie słucha­jąc od­po­wie­dzi na pyta­nie, któ­re sam przed chwi­lą za­dał. - Do­bra, Ga­weł, przejdź­my do rze­czy bez zbęd­ne­go owi­ja­nia w ba­weł­nę. Wiesz, gdzie jest Haga?

Krzysz­tof otwo­rzył sze­ro­ko oczy ze zdzi­wie­nia. Oczywi­ście, że wie­dział, gdzie znaj­du­je się Haga, tyl­ko jaki cel przy­świe­cał ko­men­dan­to­wi, żeby wła­śnie te­raz o to pytać? Kiw­nął gło­wą.

- Do­brze. Czyli pew­nie wiesz też, co znaj­du­je się w Ha­dze - cią­gnął da­lej Za­wi­sza.

- Yyy... Trybu­nał Spra­wie­dli­wo­ści?

- Owszem, ale akurat nie o to mi cho­dzi. Znasz jesz­cze ja­kiś urząd?

Krzysz­tof za­myślił się przez chwi­lę.

- No, to chyba nie wiem.

- Eu­ro­pol, Ga­weł. Cho­dzi­ło mi o Eu­ro­pol.

Oczywi­ście. Eu­ro­pej­ska po­li­cja od lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku ma swo­ją sie­dzi­bę wła­śnie w Ho­lan­dii. To było tak oczywi­ste, że Krzysz­tof na­wet o tym nie po­myślał. Tyl­ko jaki zwią­zek mia­ła ha­ska po­li­cja z nim, zwykłym po­ste­run­ko­wym z Wał­brzycha? Coś tu ewi­dent­nie było nie w po­rząd­ku.

- No do­brze... - za­czął Krzysiek po­wo­li, za­sta­na­wia­jąc się przez cały czas, o co wła­ści­wie cho­dzi ko­men­dan­to­wi.

- Do­bra, do­bra, już wy­ja­śniam, bo wi­dzę, że się nie­cier­pli­wisz. Otóż zo­sta­łeś wy­bra­ny do od­bycia szko­le­nia wła­śnie w sze­re­gach Eu­ro­po­lu. Co tu dużo mó­wić, Ga­weł, je­steś do­bry w tym, co ro­bisz, a chcie­li­byśmy, byś był jesz­cze lep­szy. A tak na­praw­dę to na­wet nie my byśmy chcie­li, tyl­ko ko­men­dant głów­ny. Pa­trzył na two­je wy­ni­ki i stwier­dził, że nam się tu zwyczaj­nie mar­nujesz.

Krzysiek jesz­cze sze­rzej otwo­rzył oczy ze zdzi­wie­nia. Miał wra­że­nie, że za­raz mu wy­pad­ną i po­to­czą się po biur­ku Za­wi­szy. To wszyst­ko nie mia­ło na­wet naj­mniej­sze­go sen­su. Był prze­cież zwyczaj­nym po­ste­run­ko­wym z pod­rzęd­ne­go bądź co bądź ko­mi­sa­ria­tu w nie­du­żym mie­ście, a tu na­gle oka­zywa­ło się, że zo­stał wy­bra­ny do uczest­nic­twa w szko­le­niu na ja­kimś koń­cu świa­ta i to w sie­dzi­bie sa­mej eu­ro­pej­skiej po­li­cji. Nie żeby kie­dyś nie ma­rzył o zro­bie­niu za­wrot­nej ka­rie­ry, ale od kie­dy na świe­cie po­ja­wi­ły się dziew­czyn­ki, ma­rze­nia na­gle skur­czyły się do zro­bie­nia swo­je­go i jak naj­wcze­śniej­sze­go odej­ścia na po­li­cyj­ną eme­ryturę. Oczywi­ście to i tak mia­ło nie na­stą­pić w cią­gu ko­lej­nych kil­ku­na­stu lat, ale prze­cież mógł je spo­koj­nie spę­dzić tutaj, przy swo­im biur­ku, cza­sem w te­re­nie, a nie na ja­kichś za­gra­nicz­nych wo­ja­żach.

Nie­ste­ty, z góry było wia­do­me, że je­śli nie zgo­dzi się na to szko­le­nie, do eme­rytury może wca­le nie do­trwać, a wte­dy i świę­ty spo­kój odej­dzie w nie­pa­mięć, skrzywił się więc tyl­ko nie­co do we­wnątrz, pró­bu­jąc jed­nak nie po­ka­zywać Za­wi­szy, jak bar­dzo mu to wszyst­ko jest nie na rękę.

- Po­wiem szcze­rze, że je­stem do­syć za­sko­czo­ny. Ta­kie wy­róż­nie­nie...

Za­wi­sza par­sk­nął nie­znacz­nie.

- Prze­cież wi­dzę, że ci się to nie po­do­ba. Mnie nie oszukasz, Ga­weł, za do­brze się zna­my. Ale nie­ste­ty, tutaj nie mam za wie­le do ga­da­nia. Ta­kie przy­szły roz­ka­zy z sa­mej góry. Je­dziesz, czy ci się to po­do­ba, czy nie. Przy­kro mi, sta­ry, nie­wie­le tu mogę.

- Nie, no pa­nie ko­men­dan­cie - za­czął się tłuma­czyć. - To nie jest tak, że się nie cie­szę. To w koń­cu wiel­ka rzecz. Tyl­ko wie pan, je­stem dość za­sko­czo­ny. No ale prze­cież to tyl­ko kil­ka dni. Ja­koś damy radę, a wró­cę cał­kiem od­mie­nio­ny. Trze­ba się w życiu roz­wi­jać, bo kto się nie roz­wi­ja, to się zwi­ja, co nie? - za­koń­czył z uda­wa­ną ra­do­ścią.

Był wście­kły. Jesz­cze go nie było w Ho­lan­dii. El­wi­ra też się wściek­nie - tego był pew­ny jak w ban­ku. Na­wet ty­dzień sa­mej z dzieć­mi bę­dzie jej wy­jąt­ko­wo cięż­ko. Oczywi­ście nie za­mie­rzał się kłó­cić z Za­wi­szą, w koń­cu roz­kaz to roz­kaz, ale do­myślał się, że żona dłu­go bę­dzie mu su­szyła gło­wę. Już i tak mu­siał się gę­sto tłuma­czyć, kie­dy zo­sta­wał po go­dzi­nach, bo je­chał na ak­cję albo gdy ra­to­wał ja­kie­goś dzie­cia­ka z tok­sycz­ne­go domu, peł­ne­go al­ko­ho­lu i prze­mo­cy. Nie miał ła­twej pra­cy i po­tra­fił po­świę­cić się jej w znacz­nym stop­niu, ale od kie­dy wy­ja­śni­li so­bie wszyst­ko z El­wi­rą, po­sta­no­wił so­bie, że nig­dy nie po­sta­wi ro­bo­ty po­nad ro­dzi­ną. Ale prze­cież tutaj była mowa o za­le­d­wie kil­ku dniach.

Za­wi­sza po­pa­trzył na nie­go w na­pię­ciu.

- Ga­weł, ale my mó­wi­my o praw­dzi­wym szko­le­niu, nie o żad­nym tre­nin­gu on­li­ne. Mają tam z cie­bie zro­bić praw­dzi­we­go fa­chow­ca świa­to­wej kla­sy. Sam ro­zu­miesz, że to nie może trwać kil­ka dni.

- Do­bra, miej­my to z gło­wy. - Krzysiek za­czynał się co­raz bar­dziej nie­cier­pli­wić. Ta cała sy­tua­cja już daw­no prze­sta­ła mu się po­do­bać. - Ile mnie nie bę­dzie?

Za­wi­sza wcią­gnął gło­śno po­wie­trze do płuc.

- Pierw­szy etap szko­le­nia trwa rok. A po­tem się zo­ba­czy.

Po­ste­run­ko­wy Ga­weł po­czuł, jak za­tyka­ją mu się uszy, a krew ude­rza mu do gło­wy. Za­sta­na­wiał się nad kil­ko­ma dnia­mi, a tym­cza­sem miał zo­sta­wić ro­dzi­nę na okrą­gły rok? Nie ma opcji!

- To chyba ja­kiś żart - wy­mam­ro­tał, czując co­raz więk­szą ocho­tę wyj­ścia z ga­bi­ne­tu ko­men­dan­ta i trza­śnię­cia z ca­łej siły drzwia­mi. Je­dynie sza­cu­nek, jaki żywił do prze­ło­żo­ne­go, po­wstrzymywał go przed zro­bie­niem tego. - Nie po­ja­dę na rok nie wia­do­mo do­kąd. Nie zga­dzam się, pan wy­ba­czy, ko­men­dan­cie, ale wolę odejść ze służ­by niż po­rwać się na coś ta­kie­go. Prze­cież El­wi­ra mnie za­bi­je. I naj­gor­sze jest to, że bę­dzie mia­ła cał­ko­wi­tą ra­cję.

- Ga­weł, uspo­kój się. - Za­wi­sza sta­rał się być spo­koj­ny, choć wi­dać było, że nim też tar­ga­ją emo­cje. - Nie mogę z tym nic zro­bić. Za­sta­nów się nad tym, za­nim po­dej­miesz osta­tecz­ną de­cyzję. Wiesz, jaki jest głów­ny. Je­śli się nie zgo­dzisz, do­pro­wa­dzi do tego, że stra­cisz pra­cę, a tego nie chce ża­den z nas. Szko­da było­by ta­kie­go funk­cjo­na­riu­sza, wszyscy wi­dzą, że je­steś stwo­rzo­ny do tej ro­bo­ty. Poza tym, co zro­bisz, jak prze­sta­niesz być po­li­cjan­tem? Gdzie tu pój­dziesz?

- Nie wiem, zo­sta­nę ochro­nia­rzem w su­per­mar­ke­cie. W du­pie to mam, nie zo­sta­wię El­wi­ry na cały rok sa­mej. Ko­men­dan­cie, ja mam czwór­kę ma­łych dzie­ci, już po­mi­jam opie­kę nad nimi, ale prze­cież jak wró­cę, to dziew­czyny nie będą mnie na­wet pa­mię­tać.

- To je za­bierz ze sobą - wy­pa­lił ko­men­dant. - Je­śli głów­ny chce cię w Ha­dze, niech za­ła­twi ci miesz­ka­nie i opie­kę dla dzie­ci. To akurat je­stem w sta­nie dla cie­bie zro­bić. Po­roz­ma­wiaj z żoną, a ja spró­bu­ję ogar­nąć głów­ne­go. I pro­szę cię, nie re­zygnuj za szyb­ko. Do­bry z cie­bie gli­na, a rok prze­cież szyb­ko zle­ci.

Krzysz­tof nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Na do­brą spra­wę nie wie­dział na­wet, co o tym wszyst­kim myśleć, co mó­wić i jak się za­cho­wać. To wszyst­ko było tak ab­sur­dal­ne, że zupeł­nie nie mie­ści­ło się w jego per­cep­cji. Po­wo­li pod­niósł się z fo­te­la i bez sło­wa skie­ro­wał się w stro­nę drzwi. Jed­no wie­dział na pew­no - w domu bę­dzie miał po­tęż­nie prze­rą­ba­ne.

***

- Kie­row­ni­ku, to ja­kaś kom­plet­na ka­ta­stro­fa! - Ste­fan, lo­kal­ny żul, zwa­ny przez współ­wła­ści­cie­li Ate­lier u Józ­ka Hur­tow­ni­kiem, wpadł do skle­pu jak opa­rzo­ny.

Ze­nek po­pa­trzył na nie­go znad lady. Józ­ka jesz­cze nie było, a on sam sie­dział tu od rana i roz­wią­zywał ja­kieś dur­ne krzyżów­ki. Ostat­nio nie mógł spać, więc przy­cho­dził do ate­lier wcze­snym ran­kiem, na­sta­wiał ko­lej­ną par­tię bim­bru, je­śli było trze­ba, ogar­niał i przy­go­to­wywał wszyst­ko do otwar­cia. A po­tem ro­bił so­bie moc­ną kawę i sia­dał za ladą z ksią­żecz­ką z krzyżów­ka­mi. Od­kąd nie pił al­ko­ho­lu, tyl­ko kawa była w sta­nie utrzymać go w pio­nie z sa­me­go rana. A te krzyżów­ki tak na­praw­dę tyl­ko go wkurza­ły, ale nie po­tra­fił zna­leźć so­bie lep­sze­go za­ję­cia z sa­me­go rana. Z se­ria­la­mi był na bie­żą­co, wszyst­kie pa­ra­do­kumen­ty za­czyna­ły się póź­niej, a po­wtór­ki sta­rych te­le­tur­nie­jów znał na pa­mięć. Zo­sta­ły mu tyl­ko te nie­szczę­sne li­ter­ki, wpi­sy­wa­ne w ko­lej­ne krat­ki ukła­dan­ki. Na­wet nie cie­szył się, kie­dy od­ga­dywał fi­nal­ne ha­sło, tyl­ko au­to­ma­tycz­nie prze­cho­dził do na­stęp­nej stro­ny.

- Co tam się wy­da­rzyło? - za­pytał roz­trzę­sio­ne­go Ste­fa­na. - Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Ste­fan był naj­lep­szym i naj­wier­niej­szym klien­tem skle­pu. Przy­cho­dził za­wsze z sa­me­go rana i brał pierw­szą par­tię bim­bru. Po­tem przy­cho­dził w po­rze obia­do­wej, by ura­czyć się ko­lej­ną bu­tel­ką, a wie­czo­rem wra­cał po "coś na spa­nie". W za­mian już od rana zno­sił do skle­pu plot­ki z ca­łej oko­li­cy. Jó­zek śred­nio się nimi przej­mo­wał, ale Ze­nek lu­bił wie­dzieć, co się do­ko­ła dzie­je. Wia­do­mo­ści z pierw­szej ręki nie tyl­ko po­wo­do­wa­ły u nie­go przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca, ale też zde­cydo­wa­nie po­sze­rza­ły jego ho­ryzon­ty i obycie w świe­cie. Zwłasz­cza w tym lo­kal­nym. A po­nie­waż Ze­nek, po­dob­nie jak Jó­zek, nig­dy nie wy­chylił na­wet nosa poza wła­sne po­dwór­ko, to plot­ki z jego świa­ta zde­cydo­wa­nie mu wy­star­cza­ły. Trze­ba szcze­rze przy­znać, że dzię­ki nim wie­dział do­sko­na­le, co się dzie­je w oko­li­cy i jak po­kie­ro­wać pro­duk­cją swo­je­go trun­ku, żeby z jed­nej stro­ny spro­stać za­po­trze­bo­wa­niu, a z drugiej - nie zo­stać z nad­pro­duk­cją. Naj­więk­szym pro­ble­mem przy pro­duk­cji bim­bru była jego le­gal­ność. Nie mógł go bo­wiem prze­cho­wywać zbyt dłu­go, bo brak ak­cyzy co nie­któ­rych bar­dzo ra­ził w oczy, a Ze­nek zde­cydo­wa­nie wo­lał się nie na­ra­żać. Co praw­da mie­li po swo­jej stro­nie uprzej­me­go są­sia­da z po­li­cji, któ­rym mo­gli po­stra­szyć ewen­tual­nych do­cie­kliw­ców, ale wo­le­li nie nad­używać tego typu zna­jo­mo­ści. Jak się ktoś przy­cze­pi, to nie bę­dzie zmi­łuj. Dla­te­go pro­du­ko­wa­li tyl­ko tyle, żeby za­spo­ko­ić pra­gnie­nie sta­łych od­bior­ców, z nie­wiel­ką gór­ką dla po­ten­cjal­nych no­wych klien­tów.

Ste­fan stał pra­wie na bacz­ność i nie był w sta­nie po­zbie­rać myśli, nie mó­wiąc już na­wet o wy­ar­tykuło­wa­niu ich na głos.

- No, co jest, Ste­fan? Coś się sta­ło? Wpa­dłeś tu, jak­by się pa­li­ło, a te­raz sto­isz i ga­pisz się jak sro­ka w gnat.

- Bo... bo ka­ta­stro­fa - wy­mam­ro­tał Ste­fan.

- To już słysza­łem. Że ka­ta­stro­fa. A coś wię­cej mi do tego do­po­wiesz? Czy mam sam so­bie do­śpie­wać? No, mów­że, sta­ry dzia­dzie.

- Otwo­rzyli kon­kuren­cję! - po­wie­dział Ste­fan na jed­nym wy­de­chu.

Zen­ko­wi na­tych­miast zro­bi­ło się sła­bo. Ten dzień mu­siał w koń­cu na­dejść, spo­dzie­wa­li się z Józ­kiem, że wresz­cie ktoś wpad­nie na po­dob­ny po­mysł i będą mu­sie­li się albo zwi­nąć z biz­ne­sem albo za­wal­czyć o swo­je być albo nie być, ale ża­den z nich chyba nie ocze­ki­wał, że to sta­nie się tak szyb­ko i tak znie­nac­ka.

- Cze­kaj, jaka zno­wu kon­kuren­cja? Kto i gdzie? Mów mi tu szyb­ko - po­na­glił Ste­fa­na.

Ten tyl­ko stał przy la­dzie i dy­szał cięż­ko.

- Tam pod la­sem, nowy sklep otwo­rzyli. Ile tam jest to­wa­ru! A bim­ber mają naj­wybor­niej­szy na świe­cie.

Za­milkł, kie­dy tyl­ko po­pa­trzył na minę Zen­ka i na­tych­miast zdał so­bie spra­wę z tego, jaki strasz­ny i nie­wy­ba­czal­ny błąd po­peł­nił. To było oczywi­ste, że nig­dzie, a przy­najm­niej nie w naj­bliż­szej oko­li­cy, nie było lep­sze­go bim­bru od tego, któ­ry pę­dził Ze­non. I nie wol­no było w jego obec­no­ści w ogó­le wspo­mi­nać o ja­kimś in­nym trun­ku. To była nie­pi­sa­na za­sa­da, któ­rej wszyscy klien­ci Ate­lier u Józ­ka mu­sie­li prze­strze­gać. W prze­ciw­nym ra­zie cze­kał ich do­zgon­ny foch sa­me­go Zen­ka, sta­nie na koń­cu każ­dej ko­lej­ki i bycie osten­ta­cyj­nie igno­ro­wa­nym przez co naj­mniej kil­ka dni. Na szczę­ście dla Ste­fa­na, Ze­nek jak­by zupeł­nie nie usłyszał tego, co jego naj­lep­szy klient wła­śnie mu oznaj­mił. Mar­twił się bo­wiem czymś zupeł­nie in­nym - ja­kim cu­dem ko­mu­kol­wiek uda­ło się wśli­znąć zupeł­nie nie­po­strze­że­nie i do­słow­nie za­gra­bić część jego ryn­ku. To do­pie­ro był nie­wy­ba­czal­ny błąd i Ze­nek za­mie­rzał jak naj­szyb­ciej do­paść win­ne­go. A jak już go do­pad­nie, to wte­dy so­bie z nim po­waż­nie po­roz­ma­wia. Lo­kal­ny rynek bim­bro­wy na­le­żał do nie­go i tak mia­ło po­zo­stać.

- Ste­fan - Ze­nek po­chylił się w stro­nę klien­ta i ści­szył głos do kon­spi­ra­cyj­ne­go szep­tu - bę­dziesz moją wtycz­ką i wy­wia­dow­cą w tej woj­nie. A te­raz się skup, bo masz mi­sję do wy­peł­nie­nia.

Ste­fan wy­prę­żył się jak struna.

- Mów, kie­row­ni­ku, mów. Dla kie­row­ni­ka to ja się na­wet dam po­kro­ić.

- Bez prze­sa­dy, Ste­fan. Mó­wi­my tu o bim­brze. Bo­ha­te­rem to ty jed­nak nie bę­dziesz. Mu­sisz mi tyl­ko przy­nieść bu­tel­kę tego trun­ku spod lasu i nie ga­dać o ni­czym swo­im kum­plom od flasz­ki. Ot, cała fi­lo­zo­fia.

Ze Ste­fa­na Hur­tow­ni­ka ja­koś na­tych­miast ze­szło po­wie­trze.

- Ale jak to: przy­nieść bu­tel­kę? Prze­cież to pra­wie zdra­da sta­nu. A już na pew­no po­rząd­na nie­go­dzi­wość. Nie zdra­dzę kie­row­ni­ka.

- Do­bra, do­bra, sta­ry żulu. Do­sko­na­le wiem, że chle­jesz na dwa fron­ty i już nie raz pró­bo­wa­łeś tam­te­go to­wa­ru. Za­ła­twisz mi czy mam za­trud­nić ko­goś in­ne­go? Po ile oni tam mają ten bim­ber?

- Po dwie dy­sz­ki za sztukę. - Ste­fa­no­wi wy­raź­nie się wy­rwa­ło bez za­sta­no­wie­nia, ale kie­dy zo­rien­to­wał się, że po raz ko­lej­ny sprze­dał wła­sną ta­jem­ni­cę, za­krył dło­nią usta. - Ale kie­row­nicz­ku ko­cha­ny, ja nie chcia­łem prze­cież. Mu­sia­łem spraw­dzić, czym trują lu­dzi, żeby prze­strzec in­nych.

Ze­nek prze­wró­cił ocza­mi.

- Nie wy­dur­niaj mi się tu. Masz dwie dy­chy i wi­dzę cię za go­dzi­nę z po­wro­tem z to­wa­rem. - Się­gnął do szufla­dy i wy­cią­gnął z niej dwudzie­sto­zło­to­wy bank­not. - I nie wy­chlej wszyst­kie­go po dro­dze.

- No co kie­row­nik. Byle cze­go nie piję.

- Ste­fan, do cho­le­ry. Skończ już to pie­prze­nie. Idź mi stąd, za­nim stra­cę cier­pli­wość. I za go­dzi­nę chcę mieć na sto­le bim­ber od kon­kuren­cji. Ja­sne?

Ste­fan Hur­tow­nik za­sa­lu­to­wał nie­dba­le.

- Ja­sne, kie­row­ni­ku, już lecę.

***

- Nowy bom­be­lek w na­szej bom­bel­ko­wej ro­dzi­nie! Su­per! - krzyk­nę­ła Ma­riol­ka, ce­lo­wo pod­kre­śla­jąc to nie­szczę­sne "OM", któ­re na każ­dym kro­ku wszyscy im wy­tyka­li.

To miał być ję­zyko­wy żart, a wy­szło z tego nie­złe utra­pie­nie. Ro­dzi­ce, zwłasz­cza ci, któ­rzy wi­dzie­li sie­bie w wyż­szych sfe­rach, z nie­od­łącz­nymi okula­ra­mi na no­sie, mimo że nie cier­pie­li na żad­ną wadę wzro­ku (wszak okula­ry do­da­ją in­te­li­gen­cji) nie omiesz­ki­wa­li zwra­cać uwa­gi, że bom­be­lek to się akurat pi­sze zupeł­nie in­a­czej. I że do­praw­dy nie są­dzą, czy oso­ba, któ­rej nie po dro­dze z po­praw­ną pol­sz­czyzną, po­win­na zaj­mo­wać się ich ge­nial­nym od uro­dze­nia Fa­bian­kiem czy in­nym Xa­ve­rym. Inni z ko­lei stwier­dza­li, że to w su­mie na­wet śmiesz­ne, ale pro­fe­sor Mio­dek pew­nie by był zmu­szo­ny nie­jed­no­krot­nie za­zgrzytać zę­ba­mi. Tak czy in­a­czej, na­zwa agen­cji wy­wo­ływa­ła zwykle wię­cej emo­cji niż sama fir­ma, któ­ra po­ziom trzyma­ła na­praw­dę wy­so­ki.

Tak czy in­a­czej, Ma­riol­ka była dum­na i z na­zwy i ze swo­ich ulu­bio­nych współ­pra­cow­nic. A te­raz tym bar­dziej ucie­szyła się na wieść o ko­lej­nej cią­ży są­siad­ki. Zupeł­nie prze­ciw­nie do sa­mej Al­do­ny, któ­ra od kil­ku dni cho­dzi­ła roz­kle­jo­na jak tramp­ki po desz­czu.

Sie­dzia­ły w agen­cji w swo­im ulu­bio­nym ką­cie, w mię­ciut­kich fo­te­lach i z pa­rują­cą w kub­kach her­ba­tą. Lu­bi­ły ta­kie po­po­łu­dnia, kie­dy już wszyst­kie nia­nie skoń­czyły swo­ją pra­cę i te­le­fon na­resz­cie prze­sta­wał dzwo­nić.

- Ma­riol­ka, ja cię bła­gam, nie ciesz się tak, bo na­praw­dę nie ma z cze­go się cie­szyć. Mam czter­dzie­chę na kar­ku, je­stem sta­ra i zmę­czo­na. I chcę od­po­cząć, a nie zaj­mo­wać się ko­lej­nym dziec­kiem.

El­wi­ra, sie­dzą­ca w fo­te­lu obok tyl­ko par­sk­nę­ła ci­cho.

- Ale ty głupo­ty opo­wia­dasz. Jaka sta­ra? Prze­cież czter­dziest­ka to jesz­cze nie ko­niec świa­ta, a poza tym Fra­nek jest cał­kiem mały, więc jak to mło­de pod­ro­śnie, to dzie­ci będą ba­wić się ra­zem. Wy­ma­rzo­na sy­tua­cja, no chyba że masz ją razy dwa w tym sa­mym cza­sie. To wte­dy nie. - Za­śmia­ła się ci­cho.

Al­do­nie zro­bi­ło się głupio. Nie po­win­na na­rze­kać, zwłasz­cza w obec­no­ści El­wi­ry. Nie zna­ła ni­ko­go, kto by w ja­kiś spo­sób nie współ­czuł jej i Krzyś­ko­wi. Dziew­czyn­ki były rzecz ja­sna roz­kosz­ne, ale do­praw­dy trud­no było so­bie choć­by wy­obra­zić opie­kę nad taką gro­ma­dą. Tak na­praw­dę Al­do­na nie umia­ła wy­obra­zić so­bie opie­ki nad dwój­ką, w tym no­wo­rod­kiem, a co do­pie­ro nad roz­bryka­ną czwór­ką.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam wyjść na hi­ste­rycz­kę, ale na­praw­dę nie tak to mia­ło wy­glą­dać. - Al­do­na scho­wa­ła twarz w dło­niach. - Pla­no­wa­li­śmy ze Szcze­pa­nem, że tro­chę od­żyje­my, od­cho­wa­my Fran­ka i bę­dzie spo­kój. W tym wie­ku nie pla­nuje się ko­lej­ne­go po­więk­sza­nia ro­dzi­ny.

- No i od­żyje­cie prze­cież - wtrą­ci­ła się Ma­riol­ka. - Nikt nie po­wie­dział, że z ma­łymi dzieć­mi nie moż­na nor­mal­nie żyć. Poza tym masz nas. Tyle razy pro­po­no­wa­łam, że mo­że­cie do­stać opie­kun­kę. W koń­cu ta­kich u nas nie bra­kuje. Zresz­tą zo­bacz, jak to faj­nie dzia­ła u El­wi­ry.

To była ab­so­lut­na praw­da. El­wi­ra mo­gła pra­co­wać tyl­ko dla­te­go, że dwie z ich niań na co dzień zaj­mo­wa­ły się dziew­czyn­ka­mi. Na po­cząt­ku były na­wet trzy, ale z cza­sem dwie ogar­nę­ły wszyst­ko na tyle, by spo­koj­nie so­bie po­ra­dzić. El­wi­ra mo­gła pra­co­wać i od­po­czywać, wra­ca­ła do domu stę­sk­nio­na, a dziew­czyn­ki do­sko­na­le do­ga­dywa­ły się z no­wymi cio­cia­mi.

Al­do­na tak nie chcia­ła. Uwa­ża­ła, że Fra­nek jest jesz­cze za mały, żeby od­da­wać go pod opie­kę ob­cej, bądź co bądź, oso­by. Poza tym wi­dzia­ła, że zaj­mo­wa­nie się sy­nem spra­wia­ło Szcze­pa­no­wi dużo ra­do­ści. Ale te­raz wszyst­ko mia­ło się zmie­nić, bo Fra­nek do­rósł do nia­ni (a wła­ści­wie to Al­do­na do­ro­sła do pod­ję­cia de­cyzji), a Szcze­pan miał w koń­cu wró­cić do ja­kie­goś płat­ne­go za­ję­cia.

Nie­ste­ty, plan po raz ko­lej­ny wziął w łeb i to w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie.

- Nie wiem, czy mnie na to wszyst­ko stać. I mó­wię cał­ko­wi­cie se­rio. Nie mam siły na ko­lej­ne dziec­ko.

- A ja ci mó­wię, że­byś prze­sta­ła ję­czeć. Wy­kar­mi­łaś jed­no, to i wy­kar­misz drugie. Na­wet nie zda­jesz so­bie spra­wy, ile drze­mie w nas po­kła­dów ener­gii, sił i cier­pli­wo­ści do wła­sne­go po­tom­stwa. Prze­cież gdyby cho­dzi­ło o Krzyś­ka, już daw­no po­peł­ni­ła­bym ja­kąś mało wy­szuka­ną zbrod­nię, tak mi cza­sa­mi dzia­ła na ner­wy, a do dziew­czynek cier­pli­wość znaj­du­je mi się sama. I to zwykle w nad­mia­rze.

- Wy­kar­mię, ja­sne. Czym niby wy­kar­mię? Tym? - prych­nę­ła Al­do­na i zła­pa­ła się za biust. - Już na­wet nie ma­rzę, żeby to jesz­cze kie­dyś było jędr­ne. Fra­nek god­nie się nimi za­opie­ko­wał. Zo­sta­ły mi dwa smut­ne bas­se­ty do sa­me­go pasa. A sut­ki mam wy­cią­gnię­te jak wen­tyle od sta­ra. Tym to ja już na pew­no ni­ko­go nie wy­kar­mię.

Ma­riol­ka z El­wi­rą zgod­nie par­sk­nę­ły grom­kim śmie­chem. Al­do­na wy­glą­da­ła ża­ło­śnie w tej swo­jej pa­ni­ce, ale jed­no­cze­śnie obie do­sko­na­le wie­dzia­ły, że i tak weź­mie się z życiem za bary i spo­koj­nie da radę. Bo w koń­cu kto miał dać, jak nie ona? Nie bez przy­czyny się przy­jaź­ni­ły. Twar­de bab­ki za­wsze trzyma­ją się ra­zem.