2
- Powiedz, że żartujesz. Błagam cię... - Szczepan siedział na kanapie w salonie i ledwo łapał powietrze. - To przecież nie może być prawda.
Aldona siedziała tuż obok z ustami zaciśniętymi i wzrokiem wbitym w leżący na ławie test ciążowy. Dwie czerwone kreski niemal świeciły się pośrodku białej płytki, szydząc z ich minorowych nastrojów i pełnej napięcia atmosfery w pokoju. Na szczęście Franek już smacznie spał, nie musiał więc patrzeć na ten zbliżający się armagedon, który zdecydowanie wisiał już w powietrzu.
Prawdę mówiąc, Aldona czuła się podle. Tak, jakby to była wyłącznie jej wina, choć przecież doskonale wiedziała, że oboje przyczynili się do obecnego stanu rzeczy. Przy całej ignorancji, jaką darzyła biologię jako naukę i jak bardzo nienawidziła jej w liceum, nawet do głowy by jej nie przyszło, by wierzyć w to, że w ciążę można zajść w pojedynkę.
- Powiesz coś czy będziesz tak milczała? - Szczepan wydawał się coraz bardziej podenerwowany.
Wzruszyła ramionami.
- A co mam niby powiedzieć? Mam ci zrobić wykład o pszczółkach i kwiatuszkach czy przekonać, że dzieci znajduje się w kapuście?
- Przestań być taka sarkastyczna! - Próbował podnieść głos, ale natychmiast przypomniał sobie, że w pokoju obok śpi ich pierworodny, a budzenie dziecka, któremu już udało się zasnąć, było chyba najgorszą rzeczą, jaka mogła się zdarzyć.
Franek był złotym chłopcem, co do tego zgadzali się oboje, miał jednak zasadniczą wadę - nie lubił spać. Rytuał wieczornego usypiania go trwał zwykle koło dwóch godzin, zawierając tulenie, drapanie po plecach, mizianie, śpiewanie, czytanie bajek i znów tulenie, poprzedzone masażem i kolejnym drapaniem. Kiedy więc któremuś z rodziców udało się wreszcie obłaskawić go na tyle, by zasnął, cały dom chodził na palcach. Każde skrzypnięcie, tupnięcie czy niekontrolowany hałas powodowały natychmiastowe otwarcie się czeluści piekielnych, z których to dobywał się przeraźliwy wrzask obudzonego księcia. Nic dziwnego, że nawet teraz, będąc w stanie najwyższego wzburzenia, Szczepan nie pozwolił sobie na podniesienie głosu choćby o ton. I mimo że głupio tak krzyczeć szeptem, to właśnie zamierzał teraz zrobić.
- Jak to sobie wszystko wyobrażasz? - zapytał.
- A jak mam sobie wyobrażać? Stało się, przecież nie zrobiłam tego specjalnie.
- Aldona, błagam cię.
- Ale o co ci chodzi? - wybuchnęła trochę z głośno, więc natychmiast ściszyła głos do teatralnego szeptu. Doprawdy trudno kłócić się w takich warunkach. - Jesteśmy dorośli, doskonale wiedzieliśmy, czym grozi seks. Wybacz, ale sama sobie w ciążę nie zaszłam. Jakby nie patrzeć, ty też maczałeś w tym palce. Zresztą, jak się okazuje, niekoniecznie palce. - Prychnęła niekontrolowanym śmiechem.
Szczepan popatrzył na nią i zrobił dokładnie to samo. Już nie miał do tego sił. Wszystkie jego plany właśnie brały w łeb, a jego osobista żona stroiła sobie z tego żarty. Choć pewnie miała rację, w tej sytuacji zostało tylko się śmiać. Już za późno na jakąkolwiek inną reakcję.
Będą mieli dziecko. Drugie. Całkiem nowe i znowu krzyczące. To był jakiś obłęd. Szczepan kochał Franka nad życie, ale nie wyobrażał sobie drugiego takiego. Przecież zupełnie tego nie ogarnie. Oczyma wyobraźni widział, jak jedną ręką przebiera noworodka, a drugą próbuje łapać drugiego malca, pchającego właśnie palce do kontaktu. Albo próbującego dotknąć gorącego żelazka. To nie mogło się udać, zresztą widział, jaki zmarnowany chodzi Krzysiek, i nigdy mu nie zazdrościł takiej gromady. Wiadomo, że dwójka to nie czwórka, ale wystarczająco dużo, by dostać jakiejś nerwicy.
A najgorsze w tym wszystkim było to, że Aldona jako jedyna w domu pracowała zawodowo. Teraz Szczepan miał szukać jakiejś konkretnej pracy, a tymczasem okazywało się, że znów zostanie w domu. Nie, żeby miał cokolwiek przeciwko byciu kurem domowym, ale takie siedzenie w domu jednak mocno nadszarpywało jego męską dumę. Miał wrócić do pracy, a Frankiem miała zająć się jedna z opiekunek agencji Za uśmiech bombelka. Miała, bo teraz wszystko w jednej chwili wzięło w łeb. Aldona, jako jedyna żywicielka rodziny, pewnie zaraz po macierzyńskim wróci do pracy, a Szczepan znów zostanie jak ten głupi wśród garów i pieluch.
Dopóki nie urodził się Franek, Szczepan marzył o dużej rodzinie. Może nie jakiejś wielkiej, ale na pewno nie tylko z jednym dzieckiem. Tylko jakoś nigdy się nie składało, żeby mogli sobie z Aldoną pozwolić na powiększenie rodziny. A potem ona tak zwyczajnie zaszła w ciążę z tym przeklętym Radeo, więc musieli na nowo poukładać swój świat. I od tego czasu Szczepan zdecydowanie zrewidował własne marzenia na temat dużej rodziny. Kochał Franka i nawet niespecjalnie przeszkadzało mu, że biologicznie nie jest jego ojcem. Zajmował się nim z miłością i oddaniem, a jednocześnie czuł, że więcej z siebie nie wykrzesa. Cholera, w końcu jakiś czas temu przekroczył magiczną czterdziestkę, więc już najwyższy czas, żeby zacząć myśleć o odpoczynku, a nie o ponownym powiększaniu rodziny. Zresztą Aldona też do najmłodszych wcale nie należała. Już sobie myślał, że jakoś szybko ogarną Franka i będą w spokoju celebrować swój wiek średni, a tu nagle okazało się, że wcale niekoniecznie, bo świat przygotował dla nich całkiem inny plan.
- Przepraszam. - Przysunął się do żony i objął ją ramieniem. - To wszystko jest takie popieprzone. Zupełnie się tego nie spodziewałem.
- A myślisz, że ja się spodziewałam? Jak sobie pomyślę, co nas teraz czeka, to aż mi się robi słabo.
- Ale jesteś tego pewna, tak? - Kiwnął głową w stronę leżącego na ławie testu ciążowego. - Bo wiesz, może te testy się mylą albo przekłamują trochę. Ostatnio to już nie wiadomo, czy wierzyć medycynie, czy raczej znachorom.
Aldona pokręciła przecząco głową.
- Niestety, trudno tu o pomyłkę. Byłam pewna, że to menopauza, a tu niespodzianka. Taki święty mikołaj z okazji wiosny. W dodatku od wczoraj czuję, że coraz bardziej mnie mdli, więc to na pewno nie jest żadna pomyłka.
- Wiesz, który to tydzień? Chciałbym przynajmniej wiedzieć, ile nam jeszcze zostało względnej wolności.
- Wychodzi na to, że ósmy albo dziewiąty, nie pamiętam dokładnie, ale i tak jeszcze mamy co najmniej siedem miesięcy.
Szczepan westchnął ciężko.
- Dobra, jakoś to ogarniemy, bo przecież co innego nam zostało w tej sytuacji.
- Na to wygląda, że nic, poza wzięciem się w garść.
Szczepan jeszcze bardziej przytulił się do żony.
- Oj, matka, to nawojowaliśmy na stare lata.
Aldona roześmiała się smutno.
- Ano nawojowaliśmy - dodała.
***
- Ja naprawdę oszaleję! - Mariolka rzucała gromami od samego rana.
Niby wszystko układało się całkiem w porządku, ale bywały takie chwile, kiedy sama nie poznawała własnej pracy i szczerze wątpiła w swoje umiejętności. Jak na złość dziś właśnie był jeden z tych dni. Od rana ciągle coś się działo, telefon dzwonił jak opętany, a kolejne opiekunki zgłaszały następne skargi. A to malec nie chciał iść spać, kolejny właśnie dostał rozwolnienia, a następnych dwoje omal nie wbiegło pod jadący samochód, przyprawiając swoją nianię o zawał serca razem z wylewem. I każdej z opiekunek Mariolka musiała osobno tłumaczyć, jak się zachować w danej sytuacji.
W lutym dziewczyny przyjęły kilka kolejnych, nieopierzonych jeszcze niań, które wydzwaniały do swojej szefowej z każdą niemal pierdołą. Mariolka oczywiście stawała na głowie, by je wszystkie odpowiednio wyszkolić, ale jak widać, czasem samo teoretyczne szkolenie nie było w stanie załatwić sprawy. W prawdziwym świecie opieki nad dziećmi dziewczyny same poruszały się jak dzieci we mgle. Na nic kursy, szkolenia i studia. To wszystko było fajne i bardzo pomocne, ale prawdziwą szkołą zawodu i niejednokrotnie życia było doświadczenie.
- Do tej pracy trzeba mieć serce i konkretne zdolności - powtarzała jej Elwira, ale Mariolka dochodziła do wniosku, że każdemu należy dać szansę. W końcu doskonale i na własnym przykładzie wiedziała, że instynkt to nie wszystko i bez solidnych podstaw nie można liczyć na konkretne zadowalające efekty.
Kiedy sama zaczynała swoją pracę i ruszała z biznesem, mogła polegać wyłącznie na własnym instynkcie. I przez jakiś czas to się sprawdzało, przynajmniej do czasu, kiedy zajmowała się wyłącznie dziećmi sąsiadki. A potem wpadła na genialny i zarazem szatański plan otworzenia własnej agencji opiekunek i nagle okazało się, że niewiele wie na temat wychowania dzieci. Przynajmniej we własnych oczach, bo rodzice niemal wyrywali ją sobie z rąk, żeby tylko była w stanie zaopiekować się ich Zuzią czy Karolkiem. A Mariolka z każdym dniem coraz bardziej czuła, że jednak nie nadaje się do tego wszystkiego. Brakowało jej solidnych podstaw merytorycznych, takich na miarę superniani. W świecie opiekunek była bardziej nianią Franią z popularnego sitcomu, co w pewnym momencie zaczęło jej mocno dokuczać.
Dlatego właśnie postanowiła, że na dobre zajmie się nie tylko edukowaniem swoich pracownic, ale również samej siebie. Nikomu nie mówiła, że zapisała się na studia, a wieczorami, kiedy nikt nie widział, czytała wymiennie mądre poradniki o wychowywaniu dzieci i prowadzeniu własnego biznesu. Pierwsze egzaminy na uczelni poszły jej nieźle, mimo urwania głowy w pracy, zalanego mieszkania, remontu, na który nie miała wpływu, i wizyty szalonej kuzynki, którą zdążyła pokochać nad życie. Liczyła, że po sesji wreszcie będzie mieć czas na chwilę odpoczynku, ale niestety nowe nianie absorbowały ją niemal w stu procentach.
Zwłaszcza dziś czuła, że za chwilę naprawdę eksploduje.
- Za uśmiech bombelka, agencja opiekunek, w czym mogę pomóc? - Elwira odebrała kolejne połączenie nieprzestającego dziś dzwonić telefonu.
Mariolka spojrzała na nią i wywróciła oczami. Naprawę miała ochotę rzucić komórką w kierunku ściany, ale pomyślała, że na nową tymczasowo nie będzie wydawać pieniędzy. Skwitowała to więc wyłącznie ciężkim westchnieniem i już miała wracać do swoich zadań, kiedy usłyszała zaskoczony głos sąsiadki.
- Mirella, o czym ty do mnie mówisz? - Elwira w jednej chwili zaczęła blednąć, a jej oczy robiły się coraz większe. - Uspokój się i wytłumacz mi to jeszcze raz. I przestań wreszcie beczeć, dziewczyno.
Mariolka zatrzymała się w pół kroku i odwróciła w stronę bladej już jak papier Elwiry.
- O co chodzi? - zapytała bezgłośnie, mając jeszcze nadzieję, że to jednak nic strasznego, a Elwirze krew odpłynęła z twarzy z zupełnie innego powodu.
Ta pokiwała tylko głową z rezygnacją i wyszła dokończyć rozmowę do drugiego pomieszczenia, bo niestety kolejny telefon już dzwonił w najlepsze.
- Mater Dei. - Mariolka westchnęła, biorąc do ręki słuchawkę bezprzewodowego aparatu. - To się chyba nigdy nie skończy.
Elwira wróciła po kwadransie, jeszcze bardziej blada niż poprzednio, choć właściwie trudno było jeszcze bardziej zblednąć.
- Obawiam się, że mamy problem - powiedziała tylko i opadła bezwładnie na stojący w kącie fotel.
***
Romanowi wszystko się mieszało i to tak, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Ciągle miał wrażenie, że o czymś zapomniał albo coś pomylił. Kiedyś był całkiem bystry, umiał planować, myślał logicznie i strategicznie. Zresztą musiał tak myśleć, w końcu nie bez powodu połowę swojego życia spędził w wojsku. Tam go doceniali i słuchali jego rad. I tam właśnie powierzali mu czasem bardzo trudne zadania. Nie było więc możliwości, żeby Roman był debilem. Za to teraz czuł się jak debil - odarty z resztek godności i logicznego myślenia.
Czasami wszystko było w jak najlepszym porządku, by następnego dnia nie bardzo ogarniał, gdzie jest i o czym rozmawia. Doskonale pamiętał, co robił dwadzieścia lat temu, ale zupełnie nie potrafił sobie przypomnieć, co jadł wczoraj na kolację. Bolała go głowa i to takim bólem, którego nigdy wcześniej nie doświadczał. Może nie był najsilniejszy, ale za to równie koszmarny - wwiercał się Romanowi w mózg jak jakieś wiertło i nie dawał nawet chwili oddechu.
Roman nie lubił nowego siebie. Tego z bólem głowy i zanikami pamięci. Fizycznie nawet doszedł już do jako takiej formy, choć twarz jeszcze czasami wykręcała się w bolesny grymas, ale noga i ręka były całkiem sprawne. Oczywiście też nie tak jak kiedyś, ale w jego wieku większa sprawność nie była mu do niczego potrzebna. Nie zamierzał już ani wędrować ani skakać ze spadochronem. Chciał zwyczajnie funkcjonować i spokojnie pożyć jeszcze co najmniej kilka lat. Chodził powoli, wspierając się o lasce, ale nawet to niespecjalnie go denerwowało.
Najgorsze było to, że zupełnie przestała mu smakować gorzka żołądkowa. Na dobrą sprawę nawet nie miał na nią już ochoty, ale z rozrzewnieniem wspominał, kiedy siadał w swoim ulubionym fotelu z kieliszkiem w ręce i pełną butelką w drugiej i pił, dopóki wszystkie problemy nie odeszły w siną dal.
Wódka była dla niego nie tylko pocieszycielką, ale też powierniczką jego najgłębiej skrywanych tajemnic. Może i była zła, może rzeczywiście, jak mówił Jurek, Roman się uzależnił i teraz zwyczajnie nie umiał bez niej funkcjonować, ale za to każdy łyk palącego w przełyk napoju pozwalał mu choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co go otaczało. A teraz przyszło mu przyjmować świat na żywca. I nieważne, jak bardzo byłoby źle, w żołądkowej gorzkiej już nie znajdował ukojenia.
Czasami myślał, że może warto byłoby zakończyć to wszystko, skoro choroba pozbawiła go jedynej przyjemności w tym podłym życiu. Był stary, niedołężny i nikomu niepotrzebny. Chłopakom tylko zawadzał i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, choć obaj mówili coś zupełnie innego. Celowo przepisał na nich mieszkanie i sklep, żeby po jego śmierci nie mieli problemów z jakimś durnym spadkiem.
Miał ponad siedemdziesiąt lat i czuł, że już najwyższy czas ustąpić miejsca młodym. On swoje przeżył, swoje wypił i swoje zobaczył. Poza tym obiecał sobie, że nigdy dla nikogo nie będzie ciężarem i w swoim czasie zamierzał tej obietnicy dotrzymać. Jeszcze tylko chciał zobaczyć, jak Jurek i Antek biorą ślub, a potem naprawdę będzie mógł umierać. Nic tu po nim, a świat na trzeźwo okazywał się dla Romana zupełnie nie do przyjęcia.
Nie mógł się doczekać spotkania ze Stasią. Może na tamtym świecie wreszcie odważy się wyznać wszystko to, o czym nigdy jej nie powiedział. Wierzył, że to może się stać, w końcu próbował przynajmniej naprawiać swoje błędy tu na ziemi, więc po drugiej stronie nie powinien mieć większych problemów.
Ta myśl powodowała w Romanie uczucie ciepła w okolicy serca. I choć tak naprawdę bał się śmierci, doskonale wiedział, że kiedy przyjdzie czas, będzie na nią gotowy.
***
Radeo nie mógł się doczekać spotkania z Justyną. A właściwie nawet nie z nią, tylko z jej przepięknymi koleżankami. Gdyby mógł, zabrałby je wszystkie do pokoju i zrobił z nimi dokładnie to, co prawdziwy mężczyzna powinien zrobić z piękną kobietą.
Niestety, tymczasowo musiał zachowywać wszelkie pozory i przynajmniej udawać zainteresowanego wyłącznie jedną laską. Nie było najgorzej, ale na samo wyobrażenie tych wszystkich panienek robiło się Radosławowi ciepło na sercu. I nie tylko tam.
Droga do Warszawy nie była zbyt długa, bo na szczęście możliwości transportu poszły bardzo do przodu i podróż pociągiem z Wałbrzycha trwała jedynie sześć godzin. Nie było to mało, ale doskonale pamiętał, jak jechał kiedyś z matką rozklekotanym składem przez niemal cały dzień. Dzisiaj w pociągach było ciepło, całkiem przyjemnie i przede wszystkim dużo krócej niż kiedyś. Zresztą, nawet gdyby musiał jechać dłużej, przecież i tak by pojechał. Czego się nie robi dla miłości?
Wysiadł na Centralnym i rozejrzał się dokoła. Nawet peron nie wyglądał tu jak kiedyś. Ostatnim razem podróżował z jakimiś znajomymi Justyny, więc załapał się na podwózkę, ale teraz nie chciał nadużywać ich gościnności. Poza tym umęczył się z nimi bardzo, bo przez całą drogę gadali bez sensu o rzeczach, o których Radeo nie miał bladego pojęcia. Żeby więc nie wyjść na idiotę i ignoranta, przez cały czas potakiwał tylko głową z wyrazem pełnego zrozumienia, a w duchu liczył upływające minuty. To było zupełnie bez sensu, więc uznał, że kolejnym razem po prostu wsiądzie do pociągu.
Nie lubił się męczyć, nawet jeśli to męczenie wynikało ze słuchania innych. Bo to, że znajomi Justyny byli od niego mądrzejsi, dawało się wyczuć właściwie na każdym kroku. Byli elokwentni i rozmawiali w sposób, o jakim Radeo mógł wyłącznie pomarzyć. Oczywiście rozumiał, że będzie musiał nauczyć się takiego prowadzenia konwersacji, bo w przeciwnym razie zostanie - i to całkiem słusznie - uznany za tępaka z prowincji. Nie lubił własnych niedostatków, ale w swoim otoczeniu nadrabiał urokiem, czarem i doskonałym wyglądem. Nigdy nie zajmował się własnym intelektem, bo tak naprawdę nigdy nie musiał. Czasem, kiedy wymagała tego sytuacja albo kiedy koniecznie chciał zaimponować jakiejś lasce, wybierał się na wystawę współczesnego malarstwa czy do filharmonii. I tak naprawdę nie miał najmniejszego znaczenia fakt, że jedynie udawał znajomość sztuki czy muzyki, sam fakt, że pojawiał się w takich miejscach, bardzo często wystarczał, by zrobić odpowiednie wrażenie, choć tylko on jeden wiedział, jak bardzo się męczył. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynał rozumieć, że jeśli chce być częścią towarzystwa Justyny, musi choćby pozornie zainteresować się tym wszystkim, czego do tej pory nie rozumiał i czym szczerze gardził.
Justyna nie zmuszała go do niczego i właściwie przyjmowała go takim, jakim był, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli chce coś w życiu osiągnąć, musi zacząć przyzwyczajać się do innych standardów. Być może będzie nawet musiał przeczytać jakąś książkę, co już w ogóle zajmowało miejsce w pierwszej piątce jego osobistego rankingu czynności głupich, niepotrzebnych i wręcz szkodliwych. Aż się wzdrygnął na samą myśl. No ale czego nie robi się dla sławy, chwały i pieniędzy.
Justyny jeszcze nie było, Radeo wyciągnął więc komórkę, żeby do niej zadzwonić. Zdecydowanie powinna już tu być, przecież obiecała. Zanim wybrał numer, podniósł rękę i powąchał się pod pachą. Nie było najgorzej, ale i tak powinien się odświeżyć. Nie lubił, kiedy cuchnęło mu spod pach albo z jakiegokolwiek innego miejsca na ciele. Co prawda samczy zapach zawsze zwabiał najlepsze samice i Radeo doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale sam nie czuł się ze sobą komfortowo, kiedy zalatywało od niego potem. Jak tylko dojadą do Justyny, na pewno się wykąpie. Cholera jasna, gdzie ona jest?
- Radziu! - Usłyszał za plecami. Justyna machała mu z daleka. Była ubrana w małą czarną i niebotycznie wysokie czerwone szpilki.
Wydawało się, że jej nogi sięgają samego nieba. Na wierzch miała zarzucony jasny płaszcz, a jej twarz była przykryta delikatnym makijażem. Radeo musiał przyznać, że wyglądała doskonale. Poczuł mimowolny skurcz w lędźwiach. Pomyślał, że tak naprawdę chyba nie mógłby z niej do końca zrezygnować.
Oczywiście, lubił swobodę i możliwość wyboru, wierność zupełnie nie wpisywała się w jego naturę, a piękne kobiety działały na niego jak magnes, ale Justyny nie chciałby się jednak pozbywać ze swojego życia. Kiedyś nawet planował się ustatkować i to przy boku Mariolki, ale kiedy dziewczyna odrzuciła go razem z pierścionkiem, stwierdził, że właściwie nie powinien się za bardzo ograniczać. W końcu każdy ma tylko jedno życie, a spędzenie go wyłącznie z jedną kobietą byłoby co najmniej marnowaniem czasu i cennego materiału genetycznego, który Radeo chciał przekazać światu w sporej ilości. Raz mu się udało, więc nie rozumiał, dlaczego miałoby się nie udać ponownie. Dlatego, choć do Justyny nic nie miał, nie zamierzał spoczywać na laurach. Teraz wystarczała mu w zupełności, zwłaszcza że oferowała darmowy prysznic, całkiem niezły seks i pewnie coś dobrego do jedzenia. I to raczej właśnie w tej kolejności.
***
- Dziecko, dokąd ty się znowu wybierasz? - Józef nie mógł się nadziwić, że Julitka była taką powsinogą.
Ciągle tylko gdzieś jeździła, latała i chciała zwiedzać. Musiała wdać się w matkę. On nigdy taki nie był. W ciągu całego życia tylko raz, w połowie lat osiemdziesiątych, był w Bułgarii na saksach, ale nie bardzo mu się tam podobało. Co prawda zarobił wtedy sporo pieniędzy, nazwoził dewiz i blisko zakumplował się z tamtejszą lokalną społecznością, ale potem nie chciał już wracać.
Jakoś Bułgaria go nie urzekła. Mieszkali w siedmiu w niewykończonym maleńkim domu bez dostępu do bieżącej wody i kuchni, który właściciele nazywali szumnie willą. Było naprawdę ciężko, zwłaszcza że nikt nie szczędził rakii ani śliwowicy. Pili codziennie i właściwie bez umiaru, Józek wrócił tuż przed tym, zanim zdążył poważnie wpaść w nałóg.
Przywiózł ze sobą masę wspomnień, pół torby dezodorantów BAC i drugie tyle olejków różanych, zapakowanych w ozdobne drewniane baryłeczki, których zresztą i tak potem nie miał komu dać. Do tego nazwoził wina, które, przynajmniej w założeniu, miało być pyszne, ale zdążyło nieco skwaśnieć przez drogę. I to się Józkowi najmniej podobało w całym wyjeździe, zwłaszcza że w tamtą stronę zabrał wszystko, co w kraju było najlepsze. Bułgarzy lubili kupować polskie ubrania, więc jechał zaopatrzony w spodnie z tureckiego dżinsu, kapy na tapczany i oczywiście mnóstwo kremu nivea. A oni odwdzięczyli mu się zepsutym winem. Józef był doprawdy zdegustowany. Do tego stopnia, że poprzysiągł sobie, iż więcej za granicę nie pojedzie. I dotrzymał słowa, nie wychylając więcej nosa poza własne podwórko.
Zupełnie więc nie wiedział, skąd u jego jedynego dziecka takie ciągłe zamiłowanie do podróży. Julitka mogła się szwendać bez celu i jeszcze czerpać z tego jakąś podejrzaną przyjemność. Wiedział, jakie to było złe i jak destrukcyjnie mogło wpłynąć na jej młody umysł, ale postanowił to przeczekać. Przecież nie będzie mówił własnej dorosłej córce, że robi źle. Dzieci nie lubią, kiedy zwraca im się uwagę. Martwił się jednak ogromnie. W tym wieku jeszcze miały prawo trzymać się jej głupoty.
- Przecież ci mówiłam, lecimy do Dubaju. Tylko na dwa tygodnie, nie martw się.
Józek złapał się za głowę i natychmiast odruchowo przyklepał swoją pożyczkę spod pachy.
- Przecież ten Dublin to tak daleko. Nie możesz pojechać do Szczawna? Masz takie uzdrowisko pod samym nosem, a tobie się po Dublinach zachciewa latać. Albo do Jedliny. Tam to już w ogóle fajnie i powietrze, jednak czystsze niż tutaj.
- Tato, nie do Dublina, tylko do Dubaju. To trochę w inną stronę. - Julitka parsknęła śmiechem. - Oczywiście w Jedlinie też jest pięknie, ale sam zrozum, potrzebuję więcej słońca. A tu pogoda jakaś kiepska.
Puściła ojcu oczko.
Doprawdy, Józef nie rozumiał tej dzisiejszej młodzieży. Co było złego w Jedlinie? Gdyby miał wyjeżdżać, to sam by tam pojechał. Znalazłby sobie jakieś przyjemne sanatorium i byłby nawet skłonny spędzić w nim kilka dni. Zawsze mógł nawet wrócić do domu wcześniej albo przynajmniej przyjechać na chwilę, w razie gdyby czegoś zapomniał. Tak, Jedlina byłaby idealna. A tej się zachciało latać nie wiadomo gdzie.
Jeszcze raz przygładził resztkę włosów, a potem nerwowo potarł wąs. Zawsze tak robił, kiedy się stresował. Zresztą, jak tu się nie stresować, kiedy jedyne dziecko wyjeżdża w nieznane. Już nie był pewny, do którego Dublina Julitka jedzie i z której on jest strony. To wszystko było zupełnie głupie i Józef zdecydowanie tego nie ogarniał.
- Naprawdę, nie stresuj się, tato. To tylko dwa tygodnie. Pojedziemy, opalimy się i wrócimy. Nawet nie zdążysz się stęsknić. Zresztą mówiłam ci, że jeśli masz ochotę z nami pojechać, chętnie dopiszę cię do wycieczki.
- Jeszcze mi jakichś wypraw brakuje do szczęścia - parsknął Józef. - Wystarczą mi nasze domowe kłopoty, nie muszę się dodatkowo rozbijać nie wiadomo gdzie. Już ci mówiłem, że to zupełnie nie dla mnie. Zresztą, to twoje towarzystwo jest dla mnie zdecydowanie za młode.
Julitka wzruszyła ramionami.
- Trudno, przecież nie zaciągnę cię tam siłą.
Prawdę mówiąc, cieszyła się, że ojciec nie chciał z nią jechać. Zaproponowała mu, bo było jej go zwyczajnie żal, ale liczyła na to, że jednak odmówi. Nie było szans, żeby dogadał się z jej znajomymi. Jej najnowszego chłopaka, Karola, też zresztą szczerze nienawidził. Nie, żeby poprzednich jakoś szczególnie kochał, ale Karol wyjątkowo działał mu na nerwy. Ten wyjazd z nimi dwoma mógłby się naprawdę okazać katastrofą, a gdyby musiała wybierać, zdecydowanie wolałaby spędzić urlop z kimś innym zamiast własnego, zgorzkniałego ojca.
Ostatnio bywała u niego dość często, zdarzało się, że nawet pomieszkiwała przez kilka dni, więc miała pełny obraz jego zachowania. Na dłuższą metę by tego nie zniosła. Było jej żal starego człowieka, ale tak naprawdę zamierzała mu matkować. Zresztą trudno cokolwiek przetłumaczyć prawie siedemdziesięcioletniemu facetowi, który i tak najlepiej wie, co jest dla niego dobre. Postanowiła się więc nie przejmować gadaniem ojca i skupić na myśli o wakacjach, luksusach i słońcu. Nieważne, co zrobi, ojciec i tak będzie jęczeć.
- Córcia, przygotowałem ci te twoje witaminki. Leżą na stole w kuchni - przypomniał sobie Józek.
Julita zmarszczyła brwi.
- Jakie witaminki, tato?
- No, te, co je zawsze mieszasz, jak chodzisz na tę swoją siłownię. Takie w proszku, w tym dużym słoiku.
Julita uśmiechnęła się do siebie. Na śmierć by zapomniała. Całe szczęście ojciec tym razem o niej pomyślał.
- Nie witaminki, tato, tylko białko. Dzięki, że mi przypomniałeś. Prawdę mówiąc, zupełnie mi uciekło, a to niedobrze, w końcu regeneracja jest bardzo ważna, zwłaszcza w podróży. - Uśmiechnęła się do ojca i cmoknęła go w policzek. - Jesteś super!
Józek zawstydził się bardzo i najchętniej wytarłby tego całusa natychmiast, ale poczekał, aż córka wyjdzie z pokoju. Gdyby to zrobił w jej obecności, na pewno byłoby jej przykro.
- Ja pieprzę, co to ma być? - Z kuchni dobiegł Józefa krzyk Julitki.
Mężczyzna natychmiast ruszył na odsiecz córce.
W kuchni wszystko było dokładnie w takim stanie, w jakim je zostawił. Na stole stało puste opakowanie po proszku białkowym, a tuż obok leżały równo poukładane woreczki z zawartością. Naprawdę się starał, żeby wszystko było jak należy. Widział, ile Julitka tego sypie, i wymyślił, że przygotuje jej porcje na każdy dzień. W końcu na wakacjach zapomina się o wielu rzeczach. Poza tym dźwiganie takiego wielkiego słoja musi być bardzo niewygodne. Wczoraj po pracy specjalnie pojechał do sklepu i kupił zestaw woreczków strunowych, a potem spakował to całe białko. Woreczki nie zajmowały za wiele miejsca i Julitka spokojnie mogła je upchnąć w bagażu. Nawet podręcznym. Paczuszki były małe, zabezpieczone, niemal zupełnie niezauważalne.
- Popatrz, masz na każdy dzień, a nawet dwa razy dziennie. Zrobiłem ci porcje. - Józek był z siebie bardzo dumny.
Julita wywróciła oczami.
- Tato, serio? - zapytała właściwie nie wiadomo po co. Józek i tak nic z tego nie rozumiał. - Ja naprawdę jestem ci wdzięczna, że tak o mnie dbasz, ale wyobrażasz sobie, co by było, gdyby mnie z czymś takim zatrzymali na granicy?
Popatrzył na nią ze zdziwieniem.
- A co miałoby być? Zwykłe woreczki z białym proszkiem. Dla wygody.
- Tato - zaczęła tłumaczyć jak dziecku - woreczki i biały proszek w środku kojarzą się tylko z jednym. Jakby mnie dorwali z takim pakunkiem i to jeszcze w Dubaju, już bym się z tego nie wywinęła. Za przemyt narkotyków tam dostaje się czapę.
- Ale przecież sama mówiłaś, że to jakieś białko. Dziecko, co ty właściwie zażywasz?
Józek czuł, jak zaczynają mu się trząść nogi. Odruchowo przylizał swoją pożyczkę spod pachy i poprawił wąs. Mlasnął dwa razy, bo z tego wszystkiego aż zaschło mu w gardle. Co ta Julitka znowu wymyśliła? Najpierw mówi, że bierze jakieś odżywki, i zarzeka się, że to zdrowe, a potem okazuje się, że mogłaby za nie pójść siedzieć. I jeszcze jedzie do tego całego Dubaju, w którym czapa grozi nawet niewinnym kobietom. To wszystko jest tak popieprzone, że Józek przestał już nadążać. Najgorsze, że córka zaczęła mu się staczać, a on nie mógł z tym nic zrobić. Miał tylko nadzieję, że nie wpadnie przez to w kłopoty.
- Nic nie zażywam - dalej próbowała mu tłumaczyć, ale widać było, że ojciec niczego nie rozumie. - Ale to, co zrobiłeś, jednoznacznie kojarzy się z tym, jakbym zażywała. To zwykła odżywka, ale wierz mi, na granicy nikt nie będzie tego sprawdzał. Zamkną mnie natychmiast i długo nie wypuszczą. Więc wybacz, tato, ale nie wezmę tych twoich woreczków.
- To nie bierz i daj mi już święty spokój. - Józek się obruszył. Miał serdecznie dość, a teraz jeszcze wyszło, że to wszystko jego wina. A niech sobie wszyscy robią, co im się podoba. On już nie zamierzał w to ingerować, nawet jeśli będzie musiał wyciągać własną córkę z zagranicznego więzienia. Zresztą jako prawniczka powinna sobie świetnie poradzić, zamiast oskarżać biednego ojca o własne niepowodzenia.
Józek machnął ręką i wyszedł zły z kuchni. Już mu się nie chciało z nią rozmawiać. Najchętniej pojechałby do atelier, ale na Zenka też nie miał ochoty dzisiaj patrzeć. Oni wszyscy są siebie warci! Niewdzięcznicy!
***
Szczepan nie bardzo wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Oczywiście kochał Aldonę i Franka i jakby mógł, oddałby za nich oboje życie, ale naprawdę nie wyobrażał sobie, że teraz do ich trójki dołączy kolejna istota. Franio był jeszcze mały i opieka nad nim zajmowała cały czas. Nie dało rady nic zrobić, niczego ogarnąć ani nawet pomyśleć o jakimkolwiek czasie wolnym. Szczepan był już naprawdę wykończony. Aldona szybko wróciła do pracy i choć od biura dzieliły ją jedynie dwa piętra, to i tak widzieli się jedynie wieczorami.
Rzeczywiście, uzgodnili, że to na Szczepana spadnie cały trud opieki nad jedynakiem, ale nie było mowy o kolejnym dziecku. No, może Aldona kiedyś wspominała, że chciałaby mieć dwójkę, ale Szczepan nigdy nie brał poważne jej słów. Było logiczne i oczywiste, że w tym wieku nie pozwolą sobie już na więcej potomstwa. Czterdzieści lat to taki wiek, kiedy powinno już się myśleć o sobie, planować odpoczynek i odcinać kupony od wcześniejszego gonienia w piętkę. Czterdziestka to naprawdę nie najlepszy moment, żeby wszystko zaczynać od początku. A na pewno Szczepan nie zamierzał spędzać w pieluchach kolejnych kilku lat.
Tymczasem Aldona wydawała się całkiem z siebie dumna. I ze swojego stanu, którego jej mąż bał się jak diabeł święconej wody. Chodziła uśmiechnięta od ucha do ucha, jakby wygrała na jakiejś loterii. Tylko Szczepan miał jakieś dziwne przeczucie, że jest jedynym przegranym w tym losowaniu. Nawet nie miał z kim o tym pogadać. Kumple z byłej pracy już dawno przestali dzwonić, bo niby po co, skoro za każdym razem był zajęty, bo albo właśnie Franka karmił, albo, dla odmiany, przebierał jego brudną pieluchę. Kiedyś jeszcze zapraszali go na wspólne wyjścia, ale szybko przestali, bo i tak ciągle odmawiał. Stał się starym, zgorzkniałym pantoflem bez ambicji, a teraz miało się okazać, że ten stan wcale nie zamierzał się zmienić.
- Stary, spokojnie, dasz sobie radę - oznajmił mu Krzysiek, którego Szczepan w wielkiej desperacji zaprosił pewnego dnia na piwo.
Doskonale wiedział, że nie powinien pić przy dziecku, ale już nie potrafił sobie z tym poradzić. Zresztą Franek spał, więc jedno piwo w plenerze nie powinno nikomu zaszkodzić.
Na Krzyśka wpadł zupełnym przypadkiem, kiedy ten wracał z pracy, i natychmiast zgarnął go do atelier. To było jedyne miejsce, gdzie spokojnie mogli porozmawiać. Józka od kilku dni nie było w pracy, a Zenek zajmował się nie tylko sklepem, ale, przede wszystkim, pędzeniem kolejnej partii bimbru. Już nikt nie zwracał na to uwagi, ta dodatkowa działalność na dobre wpisywała się w istnienie sklepu. Właściciele chyba nawet mieli jakieś kłopoty, bo Zenek chodził jakiś dziwnie rozkojarzony. Dlatego tym bardziej Szczepan z Krzyśkiem mogli swobodnie porozmawiać, bo nie w głowie było mu jakiekolwiek podsłuchiwanie.
- Zimno, cholera. Może napijemy się tutaj? - zasugerował Krzysiek, kiedy tylko weszli do sklepu.
Po remoncie lokal zdecydowanie różnił się od dawnego standardu, a przy okazji projektantka wymyśliła im mały kącik ze stolikiem, przy którym całkiem wygodnie można było sobie porozmawiać. Od trzech miesięcy stolik stanowił centralny punkt sklepu i tak naprawdę całej okolicy. W atelier rozmawiało się o wszystkim i w pełnej dyskrecji, więc i tym razem mężczyźni zajęli swoje normalne miejsca. Szczepan zamówił dwa bezalkoholowe, jak na ojców dzieciom przystało, i zaczął opowiadać. Tak po prostu i bez owijania w bawełnę.
- Mam wrażenie, że ona mnie wkręca.
- Aldona? No chyba żartujesz! - Krzysiek nie mógł uwierzyć sąsiadowi. - Sugerujesz, że nie jest w ciąży? Po co miałaby to robić?
- Nie wiem, stary, już nic nie wiem. Czasem mam wrażenie, że zaczyna mi odbijać. Może i jest w ciąży, ale kto wie, czy ze mną. Przecież uważaliśmy.
- Ja też uważałem, a teraz mam babiniec w domu. To tak nie działa. Zresztą chyba nie uważasz, że znów poszła w długą z tym gogusiem?
- Pojęcia nie mam, nie wygląda na to, ale już nie mogę być niczego pewny. Ostatnio dziwnie się zachowuje. Raz cieszy się od ucha do ucha, a za chwilę wyje w poduszkę. Tak, jakby miała coś na sumieniu.
Krzysiek westchnął ciężko.
- Hormony ma na sumieniu. Baby tak mają, a już jak są w ciąży, to w ogóle lepiej schodzić im z drogi.
- Tylko że poprzednim razem tak się nie zachowywała. Było jakoś, nie wiem, normalniej. Stary, serio nie wiem, co mam o tym myśleć.
- To nie myśl, tylko przygotuj się na więcej. Już nic z tym nie zrobisz. No chyba że chcesz po raz kolejny robić badania. Może wtedy będziesz miał spokój.
Szczepan machnął ręką.
- Nie, to nie wchodzi w grę. Z kasą krucho, zresztą to i tak niczego nie zmieni. Tylko mam już dość tych jej humorów. Nie chcę do końca życia prać, sprzątać i niańczyć dzieci. Mam dość bycia pantoflem.
- Rozumiem. - Krzysiek dopił piwo i poklepał sąsiada po ramieniu. Franek mlasnął przez sen. - Ale pomyśl sobie, że dzieciaki szybko rosną. Poza tym zawsze możesz je podrzucić do Mariolki, pewnie nie będzie miała nic przeciwko, a ty spokojnie pójdziesz do pracy. U nas nawet przy czwórce to jakoś działa.
- Pewnie nieprędko, bo jak się młode urodzi, to na pewno będzie ciężko. Serio nie wiem, jak dajesz sobie radę z całą czwórką.
- Szczerze? Lekko nie jest, ale liczę na to, że z czasem będzie łatwiej. Dobra, muszę uciekać do tego mojego babińca, bo mi żona łeb urwie. Dzięki za piwo. Na razie.
- Cześć. - Szczepan kiwnął Krzyśkowi i spuścił ponuro głowę. Może rzeczywiście zaczyna już świrować, a te humory Aldony to tylko ciąża? A raczej: aż ciąża. Jasna cholera, to nie tak miało być.
***
W mieszkaniu było cicho. Antek z ojcem poszli na spacer, a Jurek starał się zajmować obiadem. Zupełnie mu nie szło, wszystko wypadało mu z rąk i właściwie nawet nie miał ochoty na gotowanie. Zwykle kuchnią zajmował się jego małżonek, ale dzisiaj to on postanowił coś przyrządzić. Mieli z Antkiem dziesiątą rocznicę związku i choć normalnie nie obchodzili hucznie podobnych dni, to dzisiaj Jurek chciał przygotować dla męża coś specjalnego. Dla męża - już sam nie wiedział, jak go nazywać. Z jednej strony byli przecież małżeństwem, ale tak naprawdę zupełnie tego nie czuł. Urzędy robiły im pod górkę, za każdym razem udowadniając, że w świetle prawa ich związek nie powinien istnieć. Nie mogli niczego załatwić, dowiedzieć się o stanie zdrowia swojego męża, musieli kluczyć i kłamać. To było naprawdę upokarzające. A do tego wszystkiego nawet nie mogli nazywać się małżeństwem, nawet jeśli przecież wszystko zostało przypieczętowane urzędowo w Amsterdamie. Tutaj byli wyrzutkami, dziwakami, na których można patrzeć z politowaniem i wytykać ich palcami. Czasami czuli się jak baba z brodą w cyrku, wystawiana na widok publiczny ku uciesze innych. A przecież ani on, ani Antek nie różnili się od innych zupełnie niczym.
Nie chciał tego ślubu, nie chciał, żeby znów na niego patrzyli i szeptali za jego plecami. Ślub zawsze wywołuje emocje, jest doskonałą pożywką dla złośliwych ciotek, których nikt nie zaprasza, pretekstem do obrażenia się na śmierć, a przynajmniej obgadania młodych za plecami. I zawsze coś komuś nie będzie pasowało, a rodzina do końca życia będzie wypominać każdą wpadkę, nawet jeśli ta tak naprawdę wpadką nie była. Ślub gejów dopiero byłby wydarzeniem. Jurek spodziewał się, że połowa rodziny będzie stukała się znacząco w czoła, część wyklnie ich i wydziedziczy tak, jakby miała z czego, jeszcze inni nałożą na nich klątwę boską, ekskomunikę i jeszcze przez dwadzieścia lat będą spluwać przez lewe ramię na ich widok. Nie wszyscy są tak wyrozumiali jak jego ojciec.
Prawdę mówiąc, był wdzięczny ojcu za to, że ten zrozumiał jego sytuację. Nie spodziewał się tego i nie oczekiwał, a nagle okazało się, że całkiem dobrze się z Romanem dogadują. Matka też w końcu, choć niechętnie, przejrzała na oczy, rodzice Antka powoli oswajali się z sytuacją, ale jeszcze długa droga przed nimi, żeby zaakceptował ich świat. Niestety, Antek bardzo zapalił się do pomysłu ślubu humanistycznego, a Roman dzielnie mu sekundował. Jurek czuł się jak w pułapce.
Miał już dość wścibskich spojrzeń, komentarzy i docinków. Gdyby nie to, pewnie cieszyłby się tak, jak Antek. Niestety, życie właściwie każdego dnia brutalnie weryfikowało jego radości i marzenia. Bał się, chyba jak nigdy, bo o ile w tolerancyjnym kraju, jakim jest Holandia, szczęśliwie brał ślub, tak tutaj w ogóle nie czuł się pewnie.
Nigdy specjalnie nie ukrywał tego, kim jest, ale i jakoś się z tym nie obnosił. Obaj z Antkiem wychodzili z założenia, że z jednej strony nie powinni dać się zaszczuć, a z drugiej - to przecież ich prywatna sprawa. Kto miał wiedzieć, wiedział, a kto się domyślał, to się domyślał, a cała reszta zupełnie ich nie obchodziła. Ale ślub to coś zupełnie innego. To wystawienie własnych radości, ale i lęków na widok publiczny. I czekanie na reakcję z nadzieją, że będzie pozytywna. A na to Jurek chyba nie był gotowy.
- Cholera! - zaklął pod nosem, kiedy zauważył, że kurczak, którego smażył, zaczyna mu się przypalać. Zamyślił się i nie przypilnował gazu jak należy. Na szczęście drób przypiekł się tylko trochę i nie zagroził wyrzuceniem całego dania.
Chyba jednak gotowanie powinien zostawić Antkowi, a sam zająć się tym, co potrafi najlepiej.
Spojrzał na zegarek. Rodzina za chwilę wróci, więc musi się pospieszyć, jeśli chciał ich zaskoczyć. Dość myślenia o głupotach.
***
- Jaja sobie robisz - Mariolka wydawała się nie tylko zaskoczona, ale wręcz zszokowana całą sytuacją.
Elwira pokiwała przecząco głową.
- Po co miałabym sobie żartować z biznesu? Myślisz, że będzie z tego afera?
- Mam nadzieję, że jednak nie, bo jak nas obsmarują w gazetach, to będziemy skończone.
- Skończona to jest Mirella, powinnaś ją natychmiast wyrzucić.
Mariolka westchnęła ciężko.
- Przecież wiesz, że nie mogę. Tak naprawdę nic się jeszcze takiego nie stało, a jej jedynym przewinieniem było to, że chciała zarobić trochę na lewo.
- Niby tak, ale wycieranie twarzy nazwą firmy nie należy raczej do najbardziej moralnych wystąpień.
- Dobra, zostawmy to na razie. Zresztą nie mam do tego teraz głowy. Zobaczymy, co się z tego wykluje. Zwolnić kogoś można zawsze, a może wcale nie będzie trzeba.
Elwira popatrzyła na przyjaciółkę z niekłamanym współczuciem.
- Wiesz co? Powinnaś zmienić imię na Teresę. A potem powinni cię natychmiast kanonizować. Choć "święta Mariolka" też dość nieźle brzmi. Santo subito!
Szefowa nie skomentowała, bo tak naprawdę sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Mirella to nowa niania, ledwo zaczęła pracę w firmie i nie do końca było wiadomo, czego się można po niej spodziewać. Co prawda poleciła ją Karolina, bo zanim młodzi z rodzicami wyprowadzili się jednak za granicę, studiowały na jednym roku, ale wiadomo, że nie można polegać w stu procentach na czyjejś rekomendacji. Mariolka oczywiście sprawdziła ją na dziesięć różnych sposobów, ale nie przypuszczała nigdy, że to wszystko i tak nie wystarczy.
A teraz to nadmierne zaufanie i wiara w ludzi miała się na niej zemścić. Mirella wymyśliła bowiem, że spróbuje swoich sił zupełnie prywatnie, za to powołując się na swoje kontakty z Uśmiechem bombelka. Chciała dogadać się z rodzicami małej Amelki za plecami Mariolki i skasować za jeden dzień tyle, ile zarobiłaby przez tydzień za pracę w agencji. Z tym że bez pośredników. Plan był równie prosty, co genialny, nie przewidziała tylko jednego: ukrytej kamery w domu swoich niedoszłych pracodawców. I jeszcze tego, że niechcący stanie się główną bohaterką dziwnego programu o jeszcze dziwniejszych opiekunkach do dzieci.
Jej dzień próbny przebiegał spokojnie, dopóki nie zauważyła dziwnej poświaty w oku jednego z misiów małej Amelki. Doskonale wiedziała, co to może oznaczać, wszak jej szanowny ojciec, pasjonat wszelkiego rodzaju teorii spiskowych, był równie wielkim fanem różnego typu sprzętu szpiegowskiego. Na temat kamer, mikrofonów i tajnych technik szpiegowskich wiedział wszystko i tę wiedzę natychmiast i przez lata przekazywał swojej córce. Mirella kpiła z ojca od kiedy urosła na tyle, żeby zrozumieć, że tatuś jest zwyczajnie świrnięty, i nigdy nie podejrzewała nawet, że taka wiedza do czegokolwiek jej się przyda. Aż do dziś, kiedy zrozumiała, że jest podglądana.
Oczywiście od razu zorientowała się, że to sprawka jej niedoszłych pracodawców, i natychmiast zadzwoniła do Elwiry. Niestety, było już za późno na interwencję.
Elwira próbowała kontaktować się z rodzicami dziecka i tłumaczyć, że agencja nie miała niczego wspólnego z tą akcją, a opiekunka po prostu urwała się z firmowej smyczy, ale nikt nie chciał słuchać jej tłumaczeń. Rodzice powiedzieli tylko, że Mirella wyraziła zgodę na filmowanie i udział w programie i że podpisała stosowne dokumenty, w których była podana również kwota, jaką miała otrzymać po zdjęciach.
- Ja myślałam, że to umowa - ryczała do słuchawki Elwirze. - Nikt mi nie powiedział, że to jakiś cholerny program.
- A nie zdziwiła cię stawka wpisana w dokumentach? W ogóle przeczytałaś to, co podpisywałaś?
- A kto czyta tyle stron? Kazali podpisać, to podpisałam. I powiedzieli jeszcze, że dostanę za to tysiaka. Za jeden dzień! Miałam wybrzydzać? Chyba żartujesz!
- No tak, za tysiaka to bardzo zrozumiałe - zakpiła Elwira. - Dziewczyno, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, w co nas wpakowałaś? Przecież powinnaś wylecieć na zbitą twarz i to w trybie natychmiastowym.
Mirella zaniosła się płaczem.
- Przecież nic nie zrobiłam. Chciałam dobrze.
- I nikomu nawet nie wspomniałaś, że pracujesz w agencji? I nie powiedziałaś, że masz od nas doskonałe referencje?
Dziewczyna pociągnęła nosem.
- No powiedziałam, ale naprawdę chciałam dobrze. Ten tysiak był mi serio potrzebny.
- Dobra, nie chce mi się z tobą dłużej gadać. Mariolka podejmie decyzję, co zrobi. A ty przestań histeryzować, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Na razie.