Pożegnanie z Marią, Proszę państwa do gazu, Ludzie, którzy szli. Lektura z opracowaniem - Tadeusz Borowski
9.99 zł

9.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Najpierw budowaliśmy na pustym polu, leżącym za barakami szpitala, boisko do piłki nożnej. Pole leżało "dobrze" - z lewa cygański1 z jego wałęsającą się dzieciarnią, kobietami siedzącymi po ustępach i ślicznymi, wysztyftowanymi2 na ostatnią nitkę flegerkami3, z tyłu - drut, za nim rampa z szerokimi torami kolei, wciąż zapełniona wagonami, a za rampą obóz kobiecy. Właściwie nie żaden obóz kobiecy. Tak się nie mówiło. Mówiło się FKL4 - i wystarczy. Z prawa od pola były krematoria, jedne za rampą, obok FKL, drugie bliżej, tuż przy drucie. Solidne budynki, mocno osadzone w ziemi. Za krematoriami lasek, którym szło się do białego domku5.
Budowaliśmy boisko wiosną i jeszcze przed jego skończeniem poczęliśmy siać pod oknami kwiatki i wykładać tłuczoną cegłą czerwone szlaczki naokoło bloków. Siało się szpinak i sałatę, słoneczniki i czosnek. Zakładało się trawniczki z wycinanej koło boiska murawy. Podlewało się to co dzień wodą przywożoną beczkami z obozowej umywalni.
Kiedy podlewane kwiatki podrosły, skończyliśmy boisko.
Teraz kwiatki rosły same, chorzy sami leżeli w łóżkach, a myśmy grali w nożną. Co dzień po rozdaniu wieczornych porcji na boisko przychodził, kto chciał, i kopał piłkę. Inni szli pod druty i rozmawiali przez całą szerokość rampy z FKL.
Raz stałem na bramce. Była niedziela, spory tłumek flegerów i podleczonych chorych otoczył boisko, ktoś po nim uganiał się za kimś i na pewno za piłką. Stałem na bramce - tyłem do rampy. Piłka poszła na aut i potoczyła się aż pod druty. Pobiegłem za nią. Podnosząc ją z ziemi, spojrzałem na rampę.
Na rampę zajechał właśnie pociąg. Z towarowych wagonów poczęli wysiadać ludzie i szli w kierunku lasku. Z daleka widać było tylko plamy sukienek. Widocznie kobiety były już ubrane w letnie stroje, pierwszy raz w tym sezonie. Mężczyźni zdjęli marynarki i świecili białymi koszulami. Pochód szedł wolno, dołączali do niego ciągle nowi ludzie z wagonów. Wreszcie się zatrzymał. Ludzie usiedli na trawie i patrzyli w naszą stronę. Wróciłem z piłką i wybiłem ją w pole. Przeszła od nogi do nogi i wróciła łukiem pod bramkę. Wybiłem ją na korner. Potoczyła się w trawę. Znów poszedłem po nią. I podnosząc z ziemi, znieruchomiałem: rampa była pusta. Nie pozostał na niej ani jeden człowiek z barwnego, letniego tłumu. Wagony też odjechały. Widać było doskonale bloki FKL. Pod drutami znów stali flegerzy i krzyczeli pozdrowienia dla dziewcząt, które z drugiej strony rampy odkrzykiwały im.
Wróciłem z piłką i podałem na róg. Między jednym a drugim kornerem za moimi plecami zagazowano trzy tysiące ludzi.
Potem ludzie poczęli iść dwiema drogami do lasu: drogą wprost z rampy i tą drugą, z drugiej strony naszego szpitala. Obie wiodły do krematorium, ale niektórzy mieli szczęście iść dalej, aż do zauny6, która dla nich nie oznaczała tylko łaźni i odwszenia, fryzjerni i nowych, pofarbowanych na olejno łachów, lecz również życie. Zapewne życie w obozie, ale - życie.
Kiedy wstawałem z rana do mycia podłogi, ludzie szli - tą i tamtą drogą. Kobiety, mężczyźni i dzieci. I nieśli tłumoki.
Kiedy siadłem do obiadu, lepszego, niż jadałem w domu - ludzie szli - tą i tamtą drogą. W bloku było dużo słońca, pootwieraliśmy na oścież drzwi i okna, pokropiliśmy podłogę, aby nie było kurzu. Po południu przynosiłem paczki z magazynu, które były przywożone jeszcze z rana z głównej poczty, z obozu. Pisarz roznosił listy. Doktorzy robili opatrunki, zastrzyki i punkcje7. Mieli zresztą jedną strzykawkę na cały blok. W ciepłe wieczory siadałem w drzwiach bloku i czytałem Mon fr?re Yves Pierra Loti8 - a ludzie szli i szli - tą i tamtą drogą.
Wychodziłem nocą przed blok - w ciemności świeciły lampy nad drutami. Droga leżała w mroku, lecz słyszałem wyraźnie oddalony gwar wielu tysięcy głosów - ludzie szli i szli. Z lasu podnosił się ogień i rozświetlał niebo, a wraz z ogniem podnosił się ludzki krzyk.
Patrzyłem w głąb nocy, otępiały, bez słowa, bez ruchu. Wewnątrz mnie całe ciało drgało i burzyło się bez mego udziału. Nie panowałem już nad nim, choć czułem każde jego drgnienie. Byłem zupełnie spokojny, ale ciało buntowało się.
Niedługo potem poszedłem ze szpitala na obóz. Dnie były pełne wielkich wydarzeń. Na wybrzeżu Francji lądowały wojska sprzymierzone. Miał się ruszyć front rosyjski i podejść aż pod Warszawę.
Lecz u nas w nocy i w dzień czekały na stacji szeregi pociągów załadowane ludźmi. Odmykano im wagony i ludzie poczęli iść - tą i tamtą drogą.
Obok naszego obozu roboczego był niezamieszkały i niewykończony odcinek C. Gotowe stały tylko baraki i ogrodzenie z naelektryzowanego drutu. Ale nie było papy na dachach, a niektóre bloki nie miały prycz. Przy pryczach trzypiętrowych końskie bloki obozu w Birkenau mogły pomieścić do pięciuset ludzi. Na odcinku C władowano do tych bloków po tysiąc i więcej młodych dziewcząt, wybranych z tych ludzi, którzy szli. Dwadzieścia osiem bloków - ponad trzydzieści tysięcy kobiet. Kobiety te ostrzyżono do skóry, ubrano w letnie sukieneczki bez rękawów. Bielizny nie dostały. Ani łyżki, ani miski, ani szmaty do ciała. Birkenau leżało na mokradłach u podnóża gór. W dzień doskonale było je widać przez przejrzyste powietrze. Rano tonęły we mgle i zdawały się być oszronione, ponieważ ranki były niezwykle zimne i nasiąknięte mgłą. Ranki te orzeźwiały nas przed upalnym dniem, ale kobiety, które o dwadzieścia metrów na prawo stały od piątej rano na apelu, były zsiniałe od zimna i tuliły się do siebie jak stado kuropatw.
Nazwaliśmy ten obóz Perskim Rynkiem. W dnie pogodne kobiety wychodziły z bloków i kłębiły się na szerokiej drodze między blokami. Barwne letnie suknie i kolorowe chusteczki zakrywające gołe głowy sprawiały z daleka wrażenie jaskrawego, ruchliwego, gwarnego rynku. Przez swoją egzotyczność - perskiego.
Z daleka kobiety nie miały ani twarzy, ani wieku. Tylko białe plamy i pastelowe postacie.
Perski Rynek nie był obozem gotowym. Komando9 Wagner budowało na nim drogę z kamienia, którą ubijał wielki walec. Inni gmerali przy kanalizacji i umywalniach, świeżo zakładanych na wszystkich odcinkach Birkenau. Jeszcze inni kładli podwaliny pod dobrobyt odcinka: zwozili kołdry, koce, naczynia blaszane i skrzętnie składali je do magazynu do dyspozycji szefa, zarządzającego esesmana. Oczywiście, część z tych rzeczy natychmiast szła na obóz, rozkradana przez pracujących tam ludzi. Tyle zresztą było pożytku z tych wszystkich kołder, koców i naczyń, że można było je ukraść.
Wszystkie dachy nad budami blokowych na całym Perskim Rynku zostały pokryte przeze mnie i moich towarzyszy. Nie czyniono tego z nakazu ani przez litość. Kryliśmy bowiem zorganizowaną papą i lepiliśmy zorganizowaną smołą. Nie robiliśmy tego również przez solidarność ze starymi numerami, flegerkami z FKL, które objęły tu wszystkie funkcje. Każdą rolkę papy, każdy kubeł smoły blokowe musiały zapłacić. Kapie10, komandoführerowi11, prominentom z komanda. Zapłacić różnie: złotem, żywnością, kobietami z bloku, sobą. Jak która.
Tak samo jak myśmy łatali dachy, elektrycy okładali światło, stolarze robili budy i sprzęty do bud z zorganizowanego drzewa, a murarze przynosili ukradzione żelazne piecyki i murowali, gdzie trzeba.
Wtedy poznałem oblicze tego dziwnego obozu. Przychodziliśmy z rana pod jego bramę, pchając przed sobą wózek z papą i smołą. Na bramie stały wachmanki12, biodrzaste blondyny w wysokich butach z cholewami. Blondyny rewidowały nas i wpuszczały do środka. Później szły same na kontrolę bloków. Niejedna z nich miała swoich kochanków wśród murarzy i cieśli. Oddawały się im w niewykończonych umywalniach albo w budach blokowych.
Potem wjeżdżaliśmy w głąb obozu między jakieś bloki i tam na placu rozpalaliśmy ogień i gotowaliśmy smołę. Kobiety natychmiast oblegały nas tłumem. Błagały o scyzoryk, chusteczkę do nosa, łyżkę, ołówek, kawałek papieru, sznurówkę, chleb.
- Wy przecie jesteście mężczyznami i możecie wszystko - mówiły. - Tak długo żyjecie w tym obozie i nie umarliście. Na pewno macie wszystko. Dlaczego nie chcecie podzielić się z nami.
Rozdawaliśmy im wszystkie drobiazgi, wywracaliśmy kieszenie na znak, że już nic nie mamy. Zdejmowaliśmy koszule dla nich. W końcu zaczęliśmy przychodzić z pustymi kieszeniami i nie dawaliśmy nic.
Te kobiety nie były jednakowe, jak wydawało się nam z perspektywy drugiego odcinka, o dwadzieścia metrów na lewo stąd.
Były wśród nich maleńkie dziewczynki z nieobciętymi włosami, zaplątane cherubinki na obrazie sądu ostatecznego. Były młode dziewczęta patrzące ze zdumieniem na tłum kobiet koło nas i z pogardą na nas, na szorstkich, brutalnych mężczyzn. Były mężatki rozpaczliwie proszące nas o wiadomości o zaginionych mężach, były matki szukające u nas śladu po swoich dzieciach.
- Nam jest tak źle, zimno, jesteśmy głodne - płakały - czy tylko im jest lepiej?
- Im jest na pewno lepiej, jeżeli istnieje sprawiedliwy Bóg - odpowiadaliśmy poważnie, bez zwykłych kpin i szyderstw.
- Lecz przecież nie umarli? - pytały się kobiety, patrząc niespokojnie w oczy.
Odchodziliśmy w milczeniu, spiesząc się do swojej pracy.
1 cygański - Zigeunerfamilienlager, "obóz cygański", jedyny rodzinny oraz koedukacyjny odcinek obozu znajdujący się w KL Auschwitz-Birkenau; internowani Romowie i Sinti z całej Europy byli tam przetrzymywani w skandalicznych warunkach sanitarnych, bez wody i prawie bez jedzenia; w nocy z 2 na 3 sierpnia 1944 r. odcinek obozu został zlikwidowany, a wszyscy jego więźniowie (głównie kobiety, dzieci i starsze osoby) zamordowani w komorach gazowych. Dla upamiętnienia tego wydarzenia 2 sierpnia obchodzony jest międzynarodowy Dzień Pamięci o Zagładzie Romów (w Polsce pod nazwą "Dzień Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti").
2 wysztyftowany (dawn.) - wystrojony.
3 flegerka - sanitariuszka.
4 FKL a. efkael, Frauenkonzetrationslager - obóz koncentracyjny dla kobiet.
5 biały domek - prowizoryczna komora gazowa założona w zaadaptowanym domu wysiedlonych chłopów we wsi Brzezinka, zwana również "bunkrem II". Obok tzw. "czerwonego domku" ("bunkra I"), również zaadaptowanego gospodarstwa, jedno z pierwszych narzędzi masowej zagłady w KL Auschwitz-Birkenau; "biały domek" funkcjonował od lipca 1942 do maja 1943 r., a następnie został ponownie uruchomiony podczas eksterminacji węgierskich Żydów w połowie 1944 r.
6 zauna - łaźnia i odwszalnia.
7 punkcja - nakłucie, zabieg medyczny polegający na usunięciu płynu z jam ciała lub pobraniu tkanki z narządów za pomocą specjalnej, drożnej igły.
8 Pierre Loti - właśc. Louis Marie Julien Viand (1850-1923); francuski pisarz, autor egzotycznych powieści, często melancholijnych i poruszających temat przemijania; Mon fr?re Yves - wydana w 1883 roku powieść opisująca życie bretońskich rybaków i marynarzy.
9 komando a. kommando - grupa robocza utworzona z więźniów obozu na czas pracy, której liczebność mogła wynosić od kilkudziesięciu osób do nawet kilku tysięcy, w zależności od typu wykonywanej pracy.
10 kapo - więzień pełniący funkcję w administracji obozu i nadzorujący innych więźniów.
11 komandoführer - więzień stojący na czele komanda.
12 wachmanka - strażniczka obozowa, członkini SS.
Opowiadania Tadeusza Borowskiego powstały w oparciu o jego doświadczenia okupacyjne i obozowe. Narrator, Tadek, ma podobną biografię do Borowskiego (student tajnego uniwersytetu, pracownik składu budowlanego, autor własnoręcznie odbitego na powielaczu tomiku poezji, więzień obozów koncentracyjnych, narzeczony Marii), ale nie należy go w pełni utożsamiać z autorem. Maria Rundo, narzeczona Tadeusza Borowskiego, pierwowzór Marii z opowiadania, przeżyła obozy koncentracyjne i po wojnie wyszła za mąż za pisarza. Los Marii z opowiadania nie jest więc faktem z biografii rzeczywistej Marii Rundo, ale jest prawdopodobny, tj. możliwy w warunkach świata przedstawionego i realiów II wojny światowej.
W Pożegnaniu z Marią Borowski przedstawia realia Warszawy podczas wojny. Jest to rzeczywistość okupacyjna, ale pozbawiona heroizmu konspiracji i walki zbrojnej. Bujne życie - przyjęcie weselne w mieszkaniu, tajna edukacja, kwitnący handel, legalny i nielegalny - toczy się swoim rytmem, choć jest stale podszyte świadomością grozy i bliskości śmierci. Uciekinierzy z getta opowiadają o życiu za murami, studenci i artyści dyskutują o tym, czy sztuka i wiara przetrwają wojnę, wszyscy szukają sposobu na przeżycie. Narracja skupia się przede wszystkim na handlu - na ulicach całymi dniami trwają transakcje. Każdy radzi sobie w okrutnej rzeczywistości, jak może. Prawo zostało zastąpione przez bezprawie, ponieważ nazistowskie prawo jest nieludzkie i przestrzegając go, nie da się przetrwać, kradzieże, oszustwa i układy są na porządku dziennym. Transakcje obejmują też ludzkie życie - można wykupić mieszkańców getta czy osoby wysyłane na przymusowe roboty do Niemiec. Mieszkańcy Warszawy nauczyli się żyć w nowych warunkach, nieuczciwe postępowanie stało się zaradnością, a relacje międzyludzkie zostały sprowadzone do wymiany towarów, pieniędzy, przysług. Dzięki zastosowaniu techniki behawiorystycznej w narracji, polegającej na przedstawianiu wyłącznie działań i reakcji postaci, bez opisu emocji czy życia psychicznego, potworność okupacyjnej rzeczywistości została w tekście dodatkowo spotęgowana - ludzie przedstawieni są jako bezsilni wobec sytuacji, jak Tadek, widzący Marię w samochodzie pełnym ludzi aresztowanych podczas łapanki. Nie wiemy, co czuje, wiemy, że nie wie, co robić. Bohaterowie są okaleczeni emocjonalnie, aby przetrwać, musieli uodpornić się na rzeczywistość i ciągłe zagrożenie śmiercią. Dlatego też los Marii został w ostatnim akapicie przedstawiony sucho, skrótowo, beznamiętnie. Tytułowe pożegnanie z Marią ma charakter symboliczny - jest zarazem pożegnaniem ze światem sprzed obozów, z miłością, pięknem, czułością, ideami humanistycznymi. Człowiek zostaje zredukowany do walki o przetrwanie, a świat, w którym do tej pory żyli bohaterowie, nie będzie już możliwy po Holokauście.
Pożegnanie z Marią - najważniejsze informacje!
czas i miejsce akcji: Warszawa, 1943 rok rzeczywistość okupacyjna, mieszkańcy próbują przeżyć, a jest to możliwe dzięki kradzieżom, oszustwom, obchodzeniu niemieckich ustaw, nielegalnemu handlowi główni bohaterowie wzorowani na Tadeuszu Borowskim i jego narzeczonej, Marii Rundo bohaterowie nie są w pełni tożsami z rzeczywistymi postaciami (Maria Rundo, w przeciwieństwie do Marii z opowiadania, przeżyła obozy koncentracyjne) utwór otwierający cykl opowiadań obozowych pożegnanie z Marią ma znaczenie symboliczne: świat po wojnie i Holokauście nie będzie już taki sam, nie ma powrotu do tego, co było przed wojnąJednym z najistotniejszych problemów Proszę państwa do gazu jest mentalność człowieka zlagrowanego, zdegenerowanego przez warunki obozowe. Opowiadanie jest napisane z perspektywy więźnia, który chce przeżyć za wszelką cenę. Obozy śmierci działały jak dobrze zarządzane fabryki, a ich więźniowie byli zupełnie odczłowieczeni, traktowani przedmiotowo. Nie ma miejsca na litość i współczucie, aby przeżyć w nieludzkich warunkach, więźniowie muszą znieczulić się na innych, zapomnieć o swoim własnym i ich człowieczeństwie. O transportach myślą w kontekście przedmiotów i dóbr, jakie zostaną przywiezione, nie ludzi, którzy zostaną zagazowani. Esesmani zarządzają obozem jak fabryką, selekcjonują więźniów z transportu, ewidencjonują furgonetki pełne ludzi przeznaczonych do natychmiastowej eksterminacji, zbierają cenne przedmioty, które stanowią zysk dla państwa. Nadający się do pracy ludzie otrzymują numery, które zastąpią ich tożsamość, przed śmiercią zostaną wyeksploatowani w obozie, a kiedy przestaną być zdatni do pracy, podzielą los dzieci, starców i osób niepełnosprawnych, które ginęły od razu po przybyciu do obozu. Esesmani są zarazem przedstawieni jako "zwykli ludzie", nie traktują swoich zadań w obozie jako czegoś szczególnego - praca jak każda inna, można by powiedzieć. Zło staje się banalne, codzienne, nie jest czymś szokującym, a zupełnie zwyczajnym. Henri, który ma większe doświadczenie w pracy przy rampie, przyzwyczaja się do swoich zdań, pracuje mechanicznie. Przełamana zostaje opozycja kat - ofiara: więźniowie także biorą udział w zbrodni, stają się częścią systemu obozowego, nie są bez winy, ponieważ nie są w stanie działać moralnie i przeżyć.
W Proszę państwa do gazu nie ma miejsca na martyrologię czy wzniosłość śmierci. Nie ma też ludzi bez winy - więźniowie obozu są częścią machiny, biorą udział w selekcji przybyłych, wypełniają rozkazy bez skrupułów. W opowiadaniu pada pytanie o moralność - narrator pyta, czy są dobrymi ludźmi, jeśli nie współczują innym i biorą udział w eksterminacji, która odbywa się przy minimalnym zaangażowaniu samych esesmanów, zarządzających więźniami. Obóz koncentracyjny zawiesza zasady panujące w świecie poza obozem, wykształca inne postawy i mentalność więźniów. W przedstawieniu reguł rządzących obozem zwraca uwagę przekształcenie opozycji życie - śmierć. Transporty oznaczają zagazowanie tysięcy ludzi, ale też możliwość zdobycia pożywienia i ubrania. Sami więźniowie przestają postrzegać innych jak ludzi, transport oznacza dostawę potrzebnych artykułów, nikt nie myśli o zagazowanych.
Uwagę zwraca także język opowiadania - suchy, rzeczowy, lapidarny. Poetyckość i barwność nie są w stanie oddać tego, jak wyglądała rzeczywistość obozowa, zostaje tylko beznamiętny opis. Język, którym porozumiewają się więźniowie, także został sprowadzony do samej komunikatywności. Jest to swoiste obozowe esperanto, mieszanka języków na bazie niemieckiego, często gramatycznie zniekształconego. W obozie wykształca się też osobne nazewnictwo: rampa, transport, FKL, Kanada. Skontrastowanie reguł życia obozowego z suchością języka opisu ma na celu wywrzeć na czytelniku silne wrażenie, podobnie w przypadku tytułu, gdzie zwrot grzecznościowy zostaje zestawiony ze śmiercią w komorze gazowej.
Proszę państwa do gazu - najważniejsze informacje!
czas i miejsce akcji: lato, obóz Auschwitz-Birkenau narrator jest zarazem głównym bohaterem, poznajemy obóz i rządzące nim zasady z jego perspektywy mentalność człowieka zlagrowanego, pozbawionego skrupułów i współczucia w walce o przetrwanieGłównym tematem opowiadania Ludzie, którzy szli jest zobojętnienie narratora. Przebywa w obozie już jakiś czas, stale przesuwające się kolumny ludzi z transportów nie robią na nim wrażenia, jego obojętność wynika z niemocy. Nie może ich uratować, pomóc im, zatrzymać pracy krematorium. Może jedynie walczyć o własne przeżycie i możliwie znośne warunki dla siebie. Tytułowa fraza pobrzmiewa w utworze jak refren. Nieprzerwany strumień ludzi idących na śmierć zostaje skontrastowany z codziennym życiem obozu, w którym stopniowo poprawiają się warunki życia. Narrator, obojętny na los umierających ludzi, postrzega cały świat z perspektywy obozowej. Nawet jeśli docierają do niego informacje o ofensywie aliantów czy powstaniu warszawskim, to nie widzi zmian w obozowej rzeczywistości. Dni są podobne do siebie, kolumny ludzi z transportu idą do komór gazowych. Zmiany zaczynają się pod koniec lata, kiedy transportów jest mniej, a pierwsze pociągi wywożą więźniów na zachód. Obojętność narratora, który wydaje się być cyniczny, jest świadomym zabiegiem, ma prowokować czytelnika, który nie zna realiów obozowych. Tego, co wydarzyło się w obozie, nie można oceniać według kryteriów ze świata zewnętrznego. Obozy pozbawiały więźniów współczucia, hamowały w nich ludzkie odruchy, czyniły obojętnymi na śmierć, która była stałym elementem obozowej rzeczywistości.
W opowiadaniu powraca także pytanie o moralność - ruda blokowa pyta narratora, czy postępowałby dobrze, gdyby mógł. Narrator odpowiada, że chce po prostu przeżyć obóz. Pojawia się także kwestia sprawiedliwości i kary - narrator zauważa, że sprawiedliwa kara nie będzie sprawiedliwa w odczuciu tych, którzy cierpieli niesprawiedliwie. Jedynie niesprawiedliwe cierpnie winnych odczują jako sprawiedliwe. Obóz zawiesza pojęcia dobra, zła, współczucia, ofiary i kata, tworząc zupełnie inny system funkcjonowania i przekształcając mentalność osadzonych w nim ludzi.
Ludzie, którzy szli - najważniejsze informacje!
czas i miejsce akcji: wiosna i lato 1944 roku, obóz Auschwitz-Birkenau opis codzienności w obozie zestawiony z nieustannymi transportami ludzi, którzy szli na śmierć powszedniość i codzienność śmierci w obozie obojętność więźniów, próbujących dostosować się i przetrwać w nieludzkich warunkachWażne pojęcia:
behawioryzm (technika behawiorystyczna): termin zaczerpnięty z psychologii; w narracji nie pojawia się analiza psychologiczna ani informacje dotyczące stanów emocjonalnych bohatera, który jest charakteryzowany wyłącznie przez swoje wypowiedzi i działania lagier (nie mylić z: łagier, obóz pracy przymusowej w ZSRR): obóz pracy lub obóz koncentracyjny zorganizowany przez aparat państwowy III Rzeszy człowiek zlagrowany: określenie człowieka wyniszczonego psychicznie i fizycznie przez obozy koncentracyjne, w wyniku warunków panujących w obozie stawiającego na pierwszym miejscu własne przetrwanie i odrzucającego panujące poza obozem zasady moralne literatura obozowa, literatura lagrowa, literatura pieców i łagrów, literatura spełnionej apokalipsy: typ literatury wyrastający z doświadczeń II wojny światowej oraz obozów koncentracyjnych i obozów pracy przymusowej; najczęściej przybiera formę wspomnień więźnia, które poza dokumentowaniem doświadczenia mają też na celu próbę artystycznego uchwycenia tego, co przeżyłZa stołem, za telefonem, za sześcianem biurowych ksiąg - okno i drzwi. We drzwiach dwie tafle szklane, czarne, lśniące od nocy. I jeszcze niebo, tło okna, okryte opuchłymi chmurami, które wiatr spycha w dół szyby, ku północy, poza mury spalonego domu.
Spalony dom czernieje po drugiej stronie ulicy na wprost furtki w ochronnej siatce, zakończonej srebrzystym drutem kolczastym, po którym jak dźwięk po strunie ślizga się fioletowy odblask migocącej latarni ulicznej. Na tle burzliwego nieba, na prawo od domu, omotane mlecznymi kłębami przelotnego dymu lokomotyw, patetycznie rysuje się bezlistne drzewo, nieruchome w wichrze. Naładowane towarowe wagony mijają je i z łoskotem ciągną na front.
Maria podniosła głowę znad książki. Smuga cienia leżała na jej czole i oczach i spływała wzdłuż policzka jak przejrzysty szal. Położyła ręce na grzybku1, stojącym wśród pustych butelek, talerzy z niedojedzoną sałatką, brzuchatych, karmazynowych kieliszków o granatowych podstawkach. Ostre światło, które załamywało się na granicy przedmiotów, wsiąkało jak w dywan w niebieski dym, zalegający pokój, odpryskiwało od kruchych, łamliwych krawędzi szkieł i migotało we wnętrzu kieliszków jak złoty liść na wietrze - nabiegło strugą w jej dłonie, a one rozświetloną, różową kopułą zamknęły się szczelnie nad nim i tylko bardziej różowe linie między palcami pulsowały prawie niedostrzegalnie. Przyćmiony pokoik napełnił się poufnym mrokiem, zbiegł się ku dłoniom i zmalał jak muszla.
- Patrz, nie ma granicy między światłem i cieniem - szepnęła Maria. - Cień jak przypływ podpełza do nóg, otacza nas i zacieśnia świat tylko do nas: jesteśmy ty i ja.
Pochyliłem się ku jej wargom, ku drobnym spękaniom, ukrytym w ich kącikach.
- Pulsujesz poezją jak drzewo sokiem - powiedziałem żartobliwie, otrząsając głowę z natrętnego, pijackiego szumu. - Uważaj, żeby świat ciebie nie zranił toporem.
Maria rozchyliła wargi. Między zębami drżał leciutko ciemny koniuszek języka: uśmiechała się. Kiedy mocniej zacisnęła palce wokół grzybka, błysk, leżący na dnie jej oczu, zmatowiał i zgasł.
- Poezja! Dla mnie to rzecz tak niepojęta jak słyszenie kształtu albo dotyk dźwięku. - Odchyliła się w zadumie na poręcz kozetki2. W półcieniu czerwony, obcisły sweter nabrał purpurowej soczystości i tylko na grzbietach fałd, gdzie ślizgało się światło, lśnił karminową, puszystą barwą. - Ale tylko poezja umie wiernie pokazać człowieka. Myślę: pełnego człowieka.
Zabębniłem palcami o szkło kieliszka. Odezwał się kruchym, nietrwałym dźwiękiem.
- Nie wiem, Mario - rzekłem, wzruszywszy z powątpiewaniem ramionami. - Sądzę, iż miarą poezji, a może i religii, jest miłość człowieka do człowieka, którą one budzą. A to jest najbardziej obiektywnym sprawdzianem rzeczy.
- Miłość, oczywiście, że miłość! - powiedziała, mrużąc oczy, Maria.
Za oknem, za spalonym domem, na szerokiej, przedzielonej skwerem ulicy, jeździły ze zgrzytem tramwaje. Elektryczne błyski rozświetlały fiolet nieba, jak odpryski z sinego pożaru magnezji3 przebijały przez mrok, oblewały księżycowym światłem dom, ulicę i bramę, ocierając się o czarne szyby okienne, spływały po nich i bezszelestnie gasły. Chwilę po nich gasł również wysoki, cienki śpiew tramwajowych szyn.
Za drzwiami, w drugim pokoiku, puszczono znowu patefon4. Zdławiona, jakby grana na grzebieniu, melodia zacierała się w natarczywym szuraniu tańczących nóg i gardłowych śmiechach dziewczęcych.
- Jak widzisz, Mario, oprócz nas jest jeszcze inny świat - roześmiałem się i wstałem z kozetki. - To, widzisz, jest tak. Gdyby można była rozumieć cały świat, widzieć cały świat, tak jak się rozumie swoje myśli, czuje się swój głód, widzi się okno, bramę za oknem i chmury nad bramą, gdyby można było widzieć wszystko jednocześnie i ostatecznie, wtedy - powiedziałem z namysłem, okrążywszy kozetkę i stanąwszy pod rozgrzanym piecem między Marią a majolikowymi5 kaflami i workiem z kartoflami, zakupionymi w jesieni na zimę - wtedy miłość byłaby nie tylko miarą, ale i ostateczną instancją wszystkich rzeczy. Niestety, zdani jesteśmy na metodę prób, na samotne, zwodnicze przeżycie. Jakże to niepełna, jakże fałszywa miara rzeczy!
Drzwi od pokoiku z patefonem otworzyły się. Chwiejąc się w takt melodii, wszedł Tomasz, oparty o ramię żony. Jej lekko ciężarny, a od wielu miesięcy stateczny brzuch cieszył się nieustającym zainteresowaniem przyjaciół. Tomasz podszedł do stołu i chwiał się nad nim rozrosłym, pękatym, masywnym jak u wołu łbem.
- Źle się starasz, bo wódki nie ma - rzekł z miękkim wyrzutem, starannie zlustrowawszy naczynia, i odpłynął, popychany przez żonę, w kierunku drzwi. Patrzył w nią tępym wzrokiem jak w obraz. Mówiło się, że to zawodowo, gdyż handlował fałszywymi Corotami, Noakowskimi i Pankiewiczami6. Poza tym był redaktorem syndykalistycznego dwutygodnika7 i uważał się za radykalnego lewicowca. Wyszli na skrzypiący śnieg. Kłęby mroźnej pary przewinęły się po podłodze jak włochate motki białej bawełny.
W ślad za Tomaszem do kantoru majestatycznie wtoczyły się taneczne pary, pokręciły się sennie koło stołu, majolik i kartofli, starannie omijając zacieki pod oknem, i, zostawiwszy czerwone ślady od świeżo pastowanej posadzki, wróciły tam, skąd wyszły. Maria poderwała się od stołu, poprawiła automatycznym ruchem włosy i powiedziała:
- Muszę już iść, Tadeusz. Kierownik prosił, żeby zaczynać wcześniej.
- Masz jeszcze dobrą godzinę czasu - odrzekłem.
Okrągły zegar firmowy o pogiętej blaszanej tarczy tykał miarowo, zawieszony na długim sznurku między na wpół rozwiniętym plakatem, rysunkiem urojonego widnokręgu, a węglową kompozycją, przedstawiającą dziurkę od klucza, przez którą widać fragment kubistycznej8 sypialni.
- Wezmę Szekspira, postaram się zrobić w nocy Hamleta na wtorkowy komplet9.
Przeszedłszy do drugiego pokoju, kucnęła przy książkach. Półka zbita była prymitywnie z nieheblowanych desek. Deski uginały się pod ciężarem książek. W powietrzu leżały błękitne i białe pasma dymu oraz unosił się ciężki zapach wódki, zmieszany z odorem ludzkiego potu i wapienną wonią wilgotnych, gnijących ścian. Chwiały się na nich, jak bielizna na wietrze, jaskrawo malowane kartony i, jak morskie dno, przeświecały się kolorowymi liniami meduz i korali poprzez błękitny opar. W czarnym oknie, odgrodzony szybą od nocy, zaplątany w cienką koronkę firanki, wyszachrowanej10 za psie pieniądze od złodziejki kolejowej, smętny, zapijaczony skrzypek (który uważał siebie za impotenta) na próżno usiłował jękiem instrumentu zagłuszyć charczenie patefonu. Zgarbiony jak pod workiem cementu, wydobywał ze skrzypiec z ponurą zaciętością jeden tylko pasaż. Od dwu godzin ćwiczył się do niedzielnego koncertu poetycko-muzycznego11. Występował wtedy umyty, w wizytowym garniturze w paski, miał twarz melancholijną i oczy senne, jakby czytał z powietrza nuty.
1 grzybek - tu w znaczeniu: lampa w kształcie grzybka.
2 kozetka - wąski mebel do leżenia, rodzaj małej kanapy.
3 magnezja a. fotobłysk - substancja zwierająca magnez, po zapaleniu dająca bardzo silne światło, używana m.in. w produkcji fajerwerków, a dawniej również w technikach fotograficznych.
4 patefon - urządzenie do odtwarzania dźwięku z płyt, produkowane w pierwszych dekadach XX w., poprzednik gramofonu, wykorzystywał inną technologię odtwarzania dźwięku i inny typ płyt.
5 majolika - typ ceramiki wywodzący się z Włoch, rodzaj białej glinki, którą po wypaleniu pokrywano kolorową glazurą, materiał służący głównie do wyrobu naczyń oraz płytek czy kafli.
6 fałszywymi Corotami, Noakowskimi i Pankiewiczami - Jean Baptiste Camille Corot (1796-1875), francuski malarz, wybitny pejzażysta, jako popularny malarz był często fałszowany, a wiele podróbek jego dzieł krążyło na rynku obrazów; Stanisław Noakowski (1867-1928), polski rysownik i malarz; Józef Pankiewicz (1866-1940), polski malarz i grafik, początkowo tworzył w stylu impresjonistycznym, potem - postimpresjonistycznym.
7 syndykalistyczny dwutygodnik - prawdopodobnie chodzi o "Myśl Młodych", jedno z konspiracyjnych czasopism wydawanych w czasie wojny przez Związek Syndykalistów Polskich; syndykalizm - nurt myśli i działalności lewicowej i robotniczej, skupiony na związkach zawodowych.
8 kubizm - nurt w sztuce początku XX wieku, przedstawiający obiekty za pomocą figur geometrycznych w taki sposób, żeby zdawały się jednocześnie widoczne z kilku różnych punktów widzenia; najsłynniejszym przedstawicielem kubizmu był Pablo Picasso.
9 komplety - tajne zajęcia edukacyjne prowadzone podczas II wojny światowej, a wcześniej pod zaborami; tu mowa o studiach polonistycznych na podziemnym Uniwersytecie Warszawskim.
10 wyszachrować (dawn., pot.) - zdobyć coś za pomocą szachrowania; szachrować - działać dla odniesienia korzyści niezgodnie z prawem lub zasadami.
11 koncerty poetycko-muzyczne - spotkania towarzysko-artystyczne, organizowane podczas okupacji w prywatnych domach.
Cały obóz chodził nago. Wprawdzie przeszliśmy już odwszenie i ubrania dostaliśmy z powrotem z basenów napełnionych rozpuszczonym w wodzie cyklonem1, który znakomicie truł wszy w ubraniach i ludzi w komorze gazowej, a tylko bloki odgrodzone od nas hiszpańskimi kozłami2 nie "wyfasowały"3 jeszcze ubrań, to jednak i ci, i tamci chodzili nago: upał był okropny. Obóz ściśle zamknięto. Żaden więzień, żadna wesz nie śmie się przedostać przez jego bramę. Ustała praca komand4. Cały dzień tysiące nagich ludzi przewalało się po drogach i placach apelowych, leżakowało pod ścianami i na dachach. Spano na deskach, gdyż sienniki i koce były w dezynfekcji. Z ostatnich bloków widać było FKL5 - tam też odwszawiali. Dwadzieścia osiem tysięcy kobiet rozebrano i wypędzono z bloków - właśnie kotłują się na wizach, drogach i placach.
Od rana czeka się na obiad, je się paczki, odwiedza się przyjaciół. Godziny płyną wolno, jak to w upale. Nawet zwykłej rozrywki nie ma: szerokie drogi do krematoriów są puste. Od paru dni nie ma już transportów. Część Kanady6 zlikwidowano i przydzielono na komando. Trafili na jedno z najcięższych, na Harmenze7, jako że byli wypasieni i wypoczęci. W obozie bowiem panuje zawistna sprawiedliwość: gdy możny upadnie, przyjaciele starają się, by upadł jak najniżej. Kanada, nasza Kanada, nie pachnie wprawdzie, jak Fiedlerowska, żywicą8, tylko francuskimi perfumami, lecz chyba nie rośnie tyle wysokich sosen w tamtej, ile ta ma ukrytych brylantów i monet zebranych z całej Europy.
Właśnie siedzimy w kilku na buksie9, beztrosko machając nogami. Rozkładamy biały, przemyślnie wypieczony chleb, kruchy, rozsypujący się, drażniący trochę w smaku, ale za to niepleśniejący tygodniami. Chleb przysłany aż z Warszawy. Jeszcze tydzień temu miała go w rękach moja matka. Miły Boże, miły Boże...
Wyciągamy boczek, cebulę, otwieramy puszkę skondensowanego mleka. Henri, wielki i ociekający potem, marzy głośno o francuskim winie przywożonym przez transporty ze Strasburga, spod Paryża, z Marsylii...
- Słuchaj, mon ami10, jak pójdziemy znów na rampę, przyniosę ci oryginalnego szampana. Pewnie nigdy nie piłeś, nieprawda?
- Nie. Ale przez bramę nie przeniesiesz, więc nie bujaj. Zorganizuj lepiej buty, wiesz, takie dziurkowane, z podwójną podeszwą, a o koszulce już nie mówię, dawno mi obiecałeś.
- Cierpliwości, cierpliwości, jak przyjdą transporty, przyniosę ci wszystko. Znów pójdziemy na rampę.
- A może już nie będzie transportów do komina? - rzuciłem złośliwie. - Widzisz, jak zelżało na lagrze, nieograniczona ilość paczek, bić nie wolno. Pisaliście przecież listy do domu... Rozmaicie mówią o rozporządzeniach, sam przecież gadasz. Zresztą, do cholery, ludzi zabraknie.
- Nie gadałbyś głupstw - usta otyłego, o uduchowionej jak z miniatur Coswaya11 twarzy marsylczyka (jest moim przyjacielem, ale imienia jego nie znam) zapchane są kanapką z sardynkami - nie gadałbyś głupstw - powtórzył przełykając z wysiłkiem ("poszło, cholera!") - nie gadałbyś głupstw, ludzi nie może zabraknąć, bobyśmy pozdychali na lagrze. Wszyscy żyjemy z tego, co oni przywiozą.
- Wszyscy, nie wszyscy. Mamy paczki...
- To masz ty i twój kolega, i dziesięciu twoich kolegów, macie wy, Polacy, i to nie wszyscy. Ale my, Żydki, ale Ruskie? I co, gdybyśmy nie mieli co jeść, organisation z transportów, to byście tam te swoje paczki tak spokojnie jedli? Nie dalibyśmy wam.
- Dalibyście albo byście zdychali z głodu jak Grecy. Kto ma żarcie w obozie, ten ma siłę.
- Wy macie i my mamy, o co się sprzeczać?
Pewnie, nie ma o co się sprzeczać. Wy macie i ja mam, jemy wspólnie, śpimy na jednej buksie. Henri kroi chleb, robi sałatkę z pomidorów. Świetnie smakuje z kantynową musztardą.
W bloku, pod nami, kotłują się ludzie, nadzy, ociekający potem. Łażą między buksami w przejściu, wzdłuż ogromnego, inteligentnie zbudowanego pieca, między ulepszeniami, które stajnię końską (na drzwiach wisi jeszcze tabliczka, że "versuchte Pferde" - zarażone konie, należy odstawiać tam a tam) przemieniają w miły (gemütlich) dom dla ponad pół tysiąca ludzi. Gnieżdżą się na dolnych pryczach po ośmiu, dziewięciu, leżą nadzy, kościści, cuchnący potem i wydzielinami, o zapadniętych głęboko policzkach. Pode mną, na samym dole - rabin; nakrył głowę kawałkiem szmaty odartej z koca i czyta z modlitewnika hebrajskiego (tej lektury tu jest...), zawodząc głośno i monotonnie.
- Może by się tak zdało go uspokoić? Drze się, jakby Boga za nogi złapał.
- Nie chce mi się z buksy złazić. Niech się drze, prędzej do komina pójdzie.
- Religia jest opium dla narodu. Bardzo lubię palić opium - dodaje z lewej sentencjonalnie marsylczyk, który jest komunistą i rentierem.
- Gdyby oni nie wierzyli w Boga i w życie pozagrobowe, już by dawno rozwalili krematoria.
- A dlaczego wy tego nie zrobicie?
Pytanie ma sens metaforyczny, lecz marsylczyk odpowiada.
- Idiota - zapycha usta pomidorem i czyni ruch, jakby chciał coś powiedzieć, ale zjada i milczy. Kończyliśmy właśnie wyżerkę, gdy u drzwi bloku uczynił się większy ruch, odskoczyli muzułmani12 i rzucili się, uciekając między buksy, do budy blokowego13 wleciał goniec. Za chwilę majestatycznie wyszedł blokowy.
- Kanada! Antreten!14 Ale szybko! Transport przychodzi.
- Wielki Boże! - wrzasnął Henri, zeskakując z buksy.
Marsylczyk zadławił się pomidorem, chwycił marynarkę, wrzasnął raus15 do siedzących na dole i już byli we drzwiach. Zakotłowało się na innych buksach. Kanada odchodziła na rampę.
- Henri, buty! - krzyknąłem na pożegnanie.
- Keine Angst!16 - odkrzyknął mi już z dworu.
Opakowałem żarcie, owiązałem sznurami walizę, w której cebula i pomidory z ojcowskiego ogródka w Warszawie leżały obok portugalskich sardynek, a boczek z lubelskiego "Bacutilu"17 (to od brata) mieszał się z najautentyczniejszymi bakaliami z Salonik. Owiązałem, naciągnąłem spodnie, zlazłem z buksy.
- Platz!18 - wrzasnąłem, przeciskając się między Grekami. Odsuwali się na bok. We drzwiach natknąłem się na Henriego.
- Allez, allez, vite, vite!19
- Was ist los?20
- Chcesz iść na rampę z nami?
- Mogę pójść.
1 cyklon - właśc. cyklon B, nazwa handlowa niemieckiego środka owadobójczego używanego pierwotnie (od I wojny światowej) do odwszawiania mundurów, a w trakcie II wojny światowej również do zabijania więźniów w obozach zagłady (głównie Żydów).
2 kozły hiszpańskie a. konie fryzyjskie - rodzaj drewnianych umocnień polowych w postaci palików zespojonych na kształt litery X i połączonych długim palem biegnącym poziomo przez ich środek, całość powleczona spiralnie drutem kolczastym.
3 wyfasować - pobrać lub otrzymać coś z magazynu wojskowego.
4 komando a. kommando - grupa robocza utworzona z więźniów obozu na czas pracy, której liczebność mogła wynosić od kilkudziesięciu osób do nawet kilku tysięcy, w zależności od typu wykonywanej pracy.
5 FKL a. efkael, Frauenkonzetrationslager - obóz koncentracyjny dla kobiet.
6 Kanada - właśc. Effektenlager, nazwa odcinka obozu KL Auschwitz, w którym magazynowano przedmioty zagrabione więźniom; nazwa była również, jak tutaj, używana w kontekście komanda pracującego na tym odcinku i zajmującego się sortowaniem i porządkowaniem zagrabionych dóbr.
7 Harmenze a. Harmense - podobóz KL Auschwitz, znajdujący się w położonej niedaleko Oświęcimia wsi Harmęże; początkowo pełnił głównie funkcję gospodarstwa rolnego, w którym przymusowo pracowali więźniowie i więźniarki, później zaczęto wykorzystywać tamtejsze stawy rybne jako miejsce do zsypywania popiołów z pieców krematoryjnych - do tego zadania odnosi się fragment o "jednym z najcięższych" komand.
8 nasza Kanada, nie pachnie wprawdzie, jak Fiedlerowska, żywicą - nawiązanie do opublikowanej w 1937 r. książki Arkadego Fiedlera Kanada pachnąca żywicą.
9 buksa - prycza; prymitywne łóżko zbite z desek; prycze w KL Auschwitz były trzypoziomowymi, piętrowymi konstrukcjami, na każdym z trzech poziomów spało nawet do trzech osób.
10 mon ami (fr.) - mój przyjacielu.
11 Richard Cosway (1742-1821) - angielski malarz, portrecista angielskiego dworu królewskiego i arystokracji, znany z miniatur akwarelowych o ciepłych kolorach.
12 muzułman - tu w znaczeniu: zagłodzony, wyczerpany pracą więzień, całkowicie wyniszczony fizycznie i psychicznie.
13 blokowy - najstarszy stopniem więzień funkcyjny na bloku, którego zadaniem było dbanie o porządek, nadzorowanie wydawania jedzenia i paczek, przygotowywanie bloku do apelu oraz poszukiwanie zbiegłych więźniów i wymierzanie kar cielesnych.
14 Antreten! (niem.) - zbiórka, do szeregu.
15 raus (niem.) - precz, wynocha.
16 Keine Angst! (niem.) - bez obaw!
17 Bacutil - nazwa utworzonego w 1938 r. przedsiębiorstwa zajmującego się utylizacją odpadów pochodzenia zwierzęcego i wytwarzającego z nich różnego rodzaju produkty (pasze dla zwierząt, żelatynę, mydła etc.).
18 Platz! (niem.) - miejsce!
19 Allez, allez, vite, vite! (fr.) - chodź, chodź, szybko, szybko!
20 Was ist los? (niem.) - co się dzieje?