Pożegnanie z Marią, Proszę państwa do gazu, Ludzie, którzy szli. Lektura z opracowaniem - Tadeusz Borowski

Kup ebooka

9.99 zł

-
Proszę czekać

Lu­dzie, któ­rzy szli

Naj­pierw bu­do­wa­li­śmy na pu­stym polu, le­żą­cym za ba­ra­kami szpi­tala, bo­isko do piłki noż­nej. Pole le­żało "do­brze" - z lewa cy­gań­ski1 z jego wa­łę­sa­jącą się dzie­ciar­nią, ko­bie­tami sie­dzą­cymi po ustę­pach i ślicz­nymi, wy­szty­fto­wa­nymi2 na ostat­nią nitkę fle­ger­kami3, z tyłu - drut, za nim rampa z sze­ro­kimi to­rami ko­lei, wciąż za­peł­niona wa­go­nami, a za rampą obóz ko­biecy. Wła­ści­wie nie ża­den obóz ko­biecy. Tak się nie mó­wiło. Mó­wiło się FKL4 - i wy­star­czy. Z prawa od pola były kre­ma­to­ria, jedne za rampą, obok FKL, dru­gie bli­żej, tuż przy dru­cie. So­lidne bu­dynki, mocno osa­dzone w ziemi. Za kre­ma­to­riami la­sek, któ­rym szło się do bia­łego domku5.

Bu­do­wa­li­śmy bo­isko wio­sną i jesz­cze przed jego skoń­cze­niem po­czę­li­śmy siać pod oknami kwiatki i wy­kła­dać tłu­czoną ce­głą czer­wone szlaczki na­około blo­ków. Siało się szpi­nak i sa­łatę, sło­necz­niki i czo­snek. Za­kła­dało się traw­niczki z wy­ci­na­nej koło bo­iska mu­rawy. Pod­le­wało się to co dzień wodą przy­wo­żoną becz­kami z obo­zo­wej umy­walni.

Kiedy pod­le­wane kwiatki pod­ro­sły, skoń­czy­li­śmy bo­isko.

Te­raz kwiatki ro­sły same, cho­rzy sami le­żeli w łóż­kach, a my­śmy grali w nożną. Co dzień po roz­da­niu wie­czor­nych por­cji na bo­isko przy­cho­dził, kto chciał, i ko­pał piłkę. Inni szli pod druty i roz­ma­wiali przez całą sze­ro­kość rampy z FKL.

Raz sta­łem na bramce. Była nie­dziela, spory tłu­mek fle­ge­rów i pod­le­czo­nych cho­rych oto­czył bo­isko, ktoś po nim uga­niał się za kimś i na pewno za piłką. Sta­łem na bramce - ty­łem do rampy. Piłka po­szła na aut i po­to­czyła się aż pod druty. Po­bie­głem za nią. Pod­no­sząc ją z ziemi, spoj­rza­łem na rampę.

Na rampę za­je­chał wła­śnie po­ciąg. Z to­wa­ro­wych wa­go­nów po­częli wy­sia­dać lu­dzie i szli w kie­runku la­sku. Z da­leka wi­dać było tylko plamy su­kie­nek. Wi­docz­nie ko­biety były już ubrane w let­nie stroje, pierw­szy raz w tym se­zo­nie. Męż­czyźni zdjęli ma­ry­narki i świe­cili bia­łymi ko­szu­lami. Po­chód szedł wolno, do­łą­czali do niego cią­gle nowi lu­dzie z wa­go­nów. Wresz­cie się za­trzy­mał. Lu­dzie usie­dli na tra­wie i pa­trzyli w na­szą stronę. Wró­ci­łem z piłką i wy­bi­łem ją w pole. Prze­szła od nogi do nogi i wró­ciła łu­kiem pod bramkę. Wy­bi­łem ją na kor­ner. Po­to­czyła się w trawę. Znów po­sze­dłem po nią. I pod­no­sząc z ziemi, znie­ru­cho­mia­łem: rampa była pu­sta. Nie po­zo­stał na niej ani je­den czło­wiek z barw­nego, let­niego tłumu. Wa­gony też od­je­chały. Wi­dać było do­sko­nale bloki FKL. Pod dru­tami znów stali fle­ge­rzy i krzy­czeli po­zdro­wie­nia dla dziew­cząt, które z dru­giej strony rampy od­krzy­ki­wały im.

Wró­ci­łem z piłką i po­da­łem na róg. Mię­dzy jed­nym a dru­gim kor­ne­rem za mo­imi ple­cami za­ga­zo­wano trzy ty­siące lu­dzi.

Po­tem lu­dzie po­częli iść dwiema dro­gami do lasu: drogą wprost z rampy i tą drugą, z dru­giej strony na­szego szpi­tala. Obie wio­dły do kre­ma­to­rium, ale nie­któ­rzy mieli szczę­ście iść da­lej, aż do za­uny6, która dla nich nie ozna­czała tylko łaźni i od­wsze­nia, fry­zjerni i no­wych, po­far­bo­wa­nych na olejno ła­chów, lecz rów­nież ży­cie. Za­pewne ży­cie w obo­zie, ale - ży­cie.

Kiedy wsta­wa­łem z rana do my­cia pod­łogi, lu­dzie szli - tą i tamtą drogą. Ko­biety, męż­czyźni i dzieci. I nie­śli tłu­moki.

Kiedy sia­dłem do obiadu, lep­szego, niż ja­da­łem w domu - lu­dzie szli - tą i tamtą drogą. W bloku było dużo słońca, po­otwie­ra­li­śmy na oścież drzwi i okna, po­kro­pi­li­śmy pod­łogę, aby nie było ku­rzu. Po po­łu­dniu przy­no­si­łem paczki z ma­ga­zynu, które były przy­wo­żone jesz­cze z rana z głów­nej poczty, z obozu. Pi­sarz roz­no­sił li­sty. Dok­to­rzy ro­bili opa­trunki, za­strzyki i punk­cje7. Mieli zresztą jedną strzy­kawkę na cały blok. W cie­płe wie­czory sia­da­łem w drzwiach bloku i czy­ta­łem Mon fr?re Yves Pierra Loti8 - a lu­dzie szli i szli - tą i tamtą drogą.

Wy­cho­dzi­łem nocą przed blok - w ciem­no­ści świe­ciły lampy nad dru­tami. Droga le­żała w mroku, lecz sły­sza­łem wy­raź­nie od­da­lony gwar wielu ty­sięcy gło­sów - lu­dzie szli i szli. Z lasu pod­no­sił się ogień i roz­świe­tlał niebo, a wraz z ogniem pod­no­sił się ludzki krzyk.

Pa­trzy­łem w głąb nocy, otę­piały, bez słowa, bez ru­chu. We­wnątrz mnie całe ciało drgało i bu­rzyło się bez mego udziału. Nie pa­no­wa­łem już nad nim, choć czu­łem każde jego drgnie­nie. By­łem zu­peł­nie spo­kojny, ale ciało bun­to­wało się.

Nie­długo po­tem po­sze­dłem ze szpi­tala na obóz. Dnie były pełne wiel­kich wy­da­rzeń. Na wy­brzeżu Fran­cji lą­do­wały woj­ska sprzy­mie­rzone. Miał się ru­szyć front ro­syj­ski i po­dejść aż pod ­War­szawę.

Lecz u nas w nocy i w dzień cze­kały na sta­cji sze­regi po­cią­gów za­ła­do­wane ludźmi. Od­my­kano im wa­gony i lu­dzie po­częli iść - tą i tamtą drogą.

Obok na­szego obozu ro­bo­czego był nie­za­miesz­kały i nie­wy­koń­czony od­ci­nek C. Go­towe stały tylko ba­raki i ogro­dze­nie z na­elek­try­zo­wa­nego drutu. Ale nie było papy na da­chach, a nie­które bloki nie miały prycz. Przy pry­czach trzy­pię­tro­wych koń­skie bloki obozu w Bir­ke­nau mo­gły po­mie­ścić do pię­ciu­set lu­dzi. Na od­cinku C wła­do­wano do tych blo­ków po ty­siąc i wię­cej mło­dych dziew­cząt, wy­bra­nych z tych lu­dzi, któ­rzy szli. Dwa­dzie­ścia osiem blo­ków - po­nad trzy­dzie­ści ty­sięcy ko­biet. Ko­biety te ostrzy­żono do skóry, ubrano w let­nie su­kie­neczki bez rę­ka­wów. Bie­li­zny nie do­stały. Ani łyżki, ani mi­ski, ani szmaty do ciała. Bir­ke­nau le­żało na mo­kra­dłach u pod­nóża gór. W dzień do­sko­nale było je wi­dać przez przej­rzy­ste po­wie­trze. Rano to­nęły we mgle i zda­wały się być oszro­nione, po­nie­waż ranki były nie­zwy­kle zimne i na­siąk­nięte mgłą. Ranki te orzeź­wiały nas przed upal­nym dniem, ale ko­biety, które o dwa­dzie­ścia me­trów na prawo stały od pią­tej rano na apelu, były zsi­niałe od zimna i tu­liły się do sie­bie jak stado ku­ro­patw.

Na­zwa­li­śmy ten obóz Per­skim Ryn­kiem. W dnie po­godne ko­biety wy­cho­dziły z blo­ków i kłę­biły się na sze­ro­kiej dro­dze mię­dzy blo­kami. Barwne let­nie suk­nie i ko­lo­rowe chu­s­teczki za­kry­wa­jące gołe głowy spra­wiały z da­leka wra­że­nie ja­skra­wego, ru­chli­wego, gwar­nego rynku. Przez swoją eg­zo­tycz­ność - per­skiego.

Z da­leka ko­biety nie miały ani twa­rzy, ani wieku. Tylko białe plamy i pa­ste­lowe po­sta­cie.

Per­ski Ry­nek nie był obo­zem go­to­wym. Ko­mando9 Wa­gner bu­do­wało na nim drogę z ka­mie­nia, którą ubi­jał wielki wa­lec. Inni gme­rali przy ka­na­li­za­cji i umy­wal­niach, świeżo za­kła­da­nych na wszyst­kich od­cin­kach Bir­ke­nau. Jesz­cze inni kła­dli pod­wa­liny pod do­bro­byt od­cinka: zwo­zili koł­dry, koce, na­czy­nia bla­szane i skrzęt­nie skła­dali je do ma­ga­zynu do dys­po­zy­cji szefa, za­rzą­dza­ją­cego es­es­mana. Oczy­wi­ście, część z tych rze­czy na­tych­miast szła na obóz, roz­kra­dana przez pra­cu­ją­cych tam lu­dzi. Tyle zresztą było po­żytku z tych wszyst­kich koł­der, ko­ców i na­czyń, że można było je ukraść.

Wszyst­kie da­chy nad bu­dami blo­ko­wych na ca­łym Per­skim Rynku zo­stały po­kryte przeze mnie i mo­ich to­wa­rzy­szy. Nie czy­niono tego z na­kazu ani przez li­tość. Kry­li­śmy bo­wiem zor­ga­ni­zo­waną papą i le­pi­li­śmy zor­ga­ni­zo­waną smołą. Nie ro­bi­li­śmy tego rów­nież przez so­li­dar­ność ze sta­rymi nu­me­rami, fle­ger­kami z FKL, które ob­jęły tu wszyst­kie funk­cje. Każdą rolkę papy, każdy ku­beł smoły blo­kowe mu­siały za­pła­cić. Ka­pie10, ko­man­do­füh­re­rowi11, pro­mi­nen­tom z ko­manda. Za­pła­cić róż­nie: zło­tem, żyw­no­ścią, ko­bie­tami z bloku, sobą. Jak która.

Tak samo jak my­śmy ła­tali da­chy, elek­trycy okła­dali świa­tło, sto­la­rze ro­bili budy i sprzęty do bud z zor­ga­ni­zo­wa­nego drzewa, a mu­ra­rze przy­no­sili ukra­dzione że­la­zne pie­cyki i mu­ro­wali, gdzie trzeba.

Wtedy po­zna­łem ob­li­cze tego dziw­nego obozu. Przy­cho­dzi­li­śmy z rana pod jego bramę, pcha­jąc przed sobą wó­zek z papą i smołą. Na bra­mie stały wach­manki12, bio­drza­ste blon­dyny w wy­so­kich bu­tach z cho­le­wami. Blon­dyny re­wi­do­wały nas i wpusz­czały do środka. Póź­niej szły same na kon­trolę blo­ków. Nie­jedna z nich miała swo­ich ko­chan­ków wśród mu­ra­rzy i cie­śli. Od­da­wały się im w nie­wy­koń­czo­nych umy­wal­niach albo w bu­dach blo­ko­wych.

Po­tem wjeż­dża­li­śmy w głąb obozu mię­dzy ja­kieś bloki i tam na placu roz­pa­la­li­śmy ogień i go­to­wa­li­śmy smołę. Ko­biety na­tych­miast ob­le­gały nas tłu­mem. Bła­gały o scy­zo­ryk, chu­s­teczkę do nosa, łyżkę, ołó­wek, ka­wa­łek pa­pieru, sznu­rówkę, chleb.

- Wy prze­cie je­ste­ście męż­czy­znami i mo­że­cie wszystko - mó­wiły. - Tak długo ży­je­cie w tym obo­zie i nie umar­li­ście. Na pewno ma­cie wszystko. Dla­czego nie chce­cie po­dzie­lić się z nami.

Roz­da­wa­li­śmy im wszyst­kie dro­bia­zgi, wy­wra­ca­li­śmy kie­sze­nie na znak, że już nic nie mamy. Zdej­mo­wa­li­śmy ko­szule dla nich. W końcu za­czę­li­śmy przy­cho­dzić z pu­stymi kie­sze­niami i nie da­wa­li­śmy nic.

Te ko­biety nie były jed­na­kowe, jak wy­da­wało się nam z per­spek­tywy dru­giego od­cinka, o dwa­dzie­ścia me­trów na lewo stąd.

Były wśród nich ma­leń­kie dziew­czynki z nie­ob­cię­tymi wło­sami, za­plą­tane che­ru­binki na ob­ra­zie sądu osta­tecz­nego. Były młode dziew­częta pa­trzące ze zdu­mie­niem na tłum ko­biet koło nas i z po­gardą na nas, na szorst­kich, bru­tal­nych męż­czyzn. Były mę­żatki roz­pacz­li­wie pro­szące nas o wia­do­mo­ści o za­gi­nio­nych mę­żach, były matki szu­ka­jące u nas śladu po swo­ich dzie­ciach.

- Nam jest tak źle, zimno, je­ste­śmy głodne - pła­kały - czy tylko im jest le­piej?

- Im jest na pewno le­piej, je­żeli ist­nieje spra­wie­dliwy Bóg - od­po­wia­da­li­śmy po­waż­nie, bez zwy­kłych kpin i szy­derstw.

- Lecz prze­cież nie umarli? - py­tały się ko­biety, pa­trząc nie­spo­koj­nie w oczy.

Od­cho­dzi­li­śmy w mil­cze­niu, spie­sząc się do swo­jej pracy.

1 cy­gań­ski - Zi­geu­ner­fa­mi­lien­la­ger, "obóz cy­gań­ski", je­dyny ro­dzinny oraz ko­edu­ka­cyjny od­ci­nek obozu znaj­du­jący się w KL Au­schwitz-Bir­ke­nau; in­ter­no­wani Ro­mo­wie i Sinti z ca­łej Eu­ropy byli tam prze­trzy­my­wani w skan­da­licz­nych wa­run­kach sa­ni­tar­nych, bez wody i pra­wie bez je­dze­nia; w nocy z 2 na 3 sierp­nia 1944 r. od­ci­nek obozu zo­stał zli­kwi­do­wany, a wszy­scy jego więź­nio­wie (głów­nie ko­biety, dzieci i star­sze osoby) za­mor­do­wani w ko­mo­rach ga­zo­wych. Dla upa­mięt­nie­nia tego wy­da­rze­nia 2 sierp­nia ob­cho­dzony jest mię­dzy­na­ro­dowy Dzień Pa­mięci o Za­gła­dzie Ro­mów (w Pol­sce pod na­zwą "Dzień Pa­mięci o Za­gła­dzie Ro­mów i Sinti").

2 wy­szty­fto­wany (dawn.) - wy­stro­jony.

3 fle­gerka - sa­ni­ta­riuszka.

4 FKL a. ef­kael, Frau­en­kon­ze­tra­tion­sla­ger - obóz kon­cen­tra­cyjny dla ko­biet.

5 biały do­mek - pro­wi­zo­ryczna ko­mora ga­zowa za­ło­żona w za­adap­to­wa­nym domu wy­sie­dlo­nych chło­pów we wsi Brze­zinka, zwana rów­nież "bun­krem II". Obok tzw. "czer­wo­nego domku" ("bun­kra I"), rów­nież za­adap­to­wa­nego go­spo­dar­stwa, jedno z pierw­szych na­rzę­dzi ma­so­wej za­głady w KL Au­schwitz-Bir­ke­nau; "biały do­mek" funk­cjo­no­wał od lipca 1942 do maja 1943 r., a na­stęp­nie zo­stał po­now­nie uru­cho­miony pod­czas eks­ter­mi­na­cji wę­gier­skich Ży­dów w po­ło­wie 1944 r.

6 za­una - łaź­nia i od­wszal­nia.

7 punk­cja - na­kłu­cie, za­bieg me­dyczny po­le­ga­jący na usu­nię­ciu płynu z jam ciała lub po­bra­niu tkanki z na­rzą­dów za po­mocą spe­cjal­nej, droż­nej igły.

8 Pierre Loti - właśc. Lo­uis Ma­rie Ju­lien Viand (1850-1923); fran­cu­ski pi­sarz, au­tor eg­zo­tycz­nych po­wie­ści, czę­sto me­lan­cho­lij­nych i po­ru­sza­ją­cych te­mat prze­mi­ja­nia; Mon fr?re Yves - wy­dana w 1883 roku po­wieść opi­su­jąca ży­cie bre­toń­skich ry­ba­ków i ma­ry­na­rzy.

9 ko­mando a. kom­mando - grupa ro­bo­cza utwo­rzona z więź­niów obozu na czas pracy, któ­rej li­czeb­ność mo­gła wy­no­sić od kil­ku­dzie­się­ciu osób do na­wet kilku ty­sięcy, w za­leż­no­ści od typu wy­ko­ny­wa­nej pracy.

10 kapo - wię­zień peł­niący funk­cję w ad­mi­ni­stra­cji obozu i nad­zo­ru­jący in­nych więź­niów.

11 ko­man­do­füh­rer - wię­zień sto­jący na czele ko­manda.

12 wach­manka - straż­niczka obo­zowa, człon­kini SS.

Pro­ble­ma­tyka

Opo­wia­da­nia Ta­de­usza Bo­row­skiego po­wstały w opar­ciu o jego do­świad­cze­nia oku­pa­cyjne i obo­zowe. Nar­ra­tor, Ta­dek, ma po­do­bną bio­gra­fię do Bo­row­skiego (stu­dent taj­nego uni­wer­sy­tetu, pra­cow­nik składu bu­dow­la­nego, au­tor wła­sno­ręcz­nie od­bi­tego na po­wie­la­czu to­miku po­ezji, wię­zień obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, na­rze­czony Ma­rii), ale nie na­leży go w pełni utoż­sa­miać z au­to­rem. Ma­ria Rundo, na­rze­czona Ta­de­usza Bo­row­skiego, pier­wo­wzór Ma­rii z opo­wia­da­nia, prze­żyła obozy kon­cen­tra­cyjne i po woj­nie wy­szła za mąż za pi­sa­rza. Los Ma­rii z opo­wia­da­nia nie jest więc fak­tem z bio­gra­fii rze­czy­wi­stej Ma­rii Rundo, ale jest praw­do­po­do­bny, tj. moż­liwy w wa­run­kach świata przed­sta­wio­nego i re­aliów II wojny świa­to­wej.

W Po­że­gna­niu z Ma­rią Bo­row­ski przed­sta­wia re­alia War­szawy pod­czas wojny. Jest to rze­czy­wi­stość oku­pa­cyjna, ale po­zba­wiona he­ro­izmu kon­spi­ra­cji i walki zbroj­nej. Bujne ży­cie - przy­ję­cie we­selne w miesz­ka­niu, tajna edu­ka­cja, kwit­nący han­del, le­galny i nie­le­galny - to­czy się swoim ryt­mem, choć jest stale pod­szyte świa­do­mo­ścią grozy i bli­sko­ści śmierci. Ucie­ki­nie­rzy z getta opo­wia­dają o ży­ciu za mu­rami, stu­denci i ar­ty­ści dys­ku­tują o tym, czy sztuka i wiara prze­trwają wojnę, wszy­scy szu­kają spo­sobu na prze­ży­cie. Nar­ra­cja sku­pia się przede wszyst­kim na han­dlu - na uli­cach ca­łymi dniami trwają trans­ak­cje. Każdy ra­dzi so­bie w okrut­nej rze­czy­wi­sto­ści, jak może. Prawo zo­stało za­stą­pione przez bez­pra­wie, po­nie­waż na­zi­stow­skie prawo jest nie­ludz­kie i prze­strze­ga­jąc go, nie da się prze­trwać, kra­dzieże, oszu­stwa i układy są na po­rządku dzien­nym. Trans­ak­cje obej­mują też ludz­kie ży­cie - można wy­ku­pić miesz­kań­ców getta czy osoby wy­sy­łane na przy­mu­sowe ro­boty do Nie­miec. Miesz­kańcy War­szawy na­uczyli się żyć w no­wych wa­run­kach, nie­uczciwe po­stę­po­wa­nie stało się za­rad­no­ścią, a re­la­cje mię­dzy­ludz­kie zo­stały spro­wa­dzone do wy­miany to­wa­rów, pie­nię­dzy, przy­sług. Dzięki za­sto­so­wa­niu tech­niki be­ha­wio­ry­stycz­nej w nar­ra­cji, po­le­ga­ją­cej na przed­sta­wia­niu wy­łącz­nie dzia­łań i re­ak­cji po­staci, bez opisu emo­cji czy ży­cia psy­chicz­nego, po­twor­ność oku­pa­cyj­nej rze­czy­wi­sto­ści zo­stała w tek­ście do­dat­kowo spo­tę­go­wana - lu­dzie przed­sta­wieni są jako bez­silni wo­bec sy­tu­acji, jak Ta­dek, wi­dzący Ma­rię w sa­mo­cho­dzie peł­nym lu­dzi aresz­to­wa­nych pod­czas ła­panki. Nie wiemy, co czuje, wiemy, że nie wie, co ro­bić. Bo­ha­te­ro­wie są oka­le­czeni emo­cjo­nal­nie, aby prze­trwać, mu­sieli uod­por­nić się na rze­czy­wi­stość i cią­głe za­gro­że­nie śmier­cią. Dla­tego też los Ma­rii zo­stał w ostat­nim aka­pi­cie przed­sta­wiony su­cho, skró­towo, bez­na­mięt­nie. Ty­tu­łowe po­że­gna­nie z Ma­rią ma cha­rak­ter sym­bo­liczny - jest za­ra­zem po­że­gna­niem ze świa­tem sprzed obo­zów, z mi­ło­ścią, pięk­nem, czu­ło­ścią, ide­ami hu­ma­ni­stycz­nymi. Czło­wiek zo­staje zre­du­ko­wany do walki o prze­trwa­nie, a świat, w któ­rym do tej pory żyli bo­ha­te­ro­wie, nie bę­dzie już moż­liwy po Ho­lo­kau­ście.

Po­że­gna­nie z Ma­rią - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

czas i miej­sce ak­cji: War­szawa, 1943 rok rze­czy­wi­stość oku­pa­cyjna, miesz­kańcy pró­bują prze­żyć, a jest to moż­liwe dzięki kra­dzie­żom, oszu­stwom, ob­cho­dze­niu nie­miec­kich ustaw, nie­le­gal­nemu han­dlowi główni bo­ha­te­ro­wie wzo­ro­wani na Ta­de­uszu Bo­row­skim i jego na­rze­czo­nej, Ma­rii Rundo bo­ha­te­ro­wie nie są w pełni toż­sami z rze­czy­wi­stymi po­sta­ciami (Ma­ria Rundo, w prze­ci­wień­stwie do Ma­rii z opo­wia­da­nia, prze­żyła obozy kon­cen­tra­cyjne) utwór otwie­ra­jący cykl opo­wia­dań obo­zo­wych po­że­gna­nie z Ma­rią ma zna­cze­nie sym­bo­liczne: świat po woj­nie i Ho­lo­kau­ście nie bę­dzie już taki sam, nie ma po­wrotu do tego, co było przed wojną

Pro­ble­ma­tyka

Jed­nym z naj­istot­niej­szych pro­ble­mów Pro­szę pań­stwa do gazu jest men­tal­ność czło­wieka zla­gro­wa­nego, zde­ge­ne­ro­wa­nego przez wa­runki obo­zowe. Opo­wia­da­nie jest na­pi­sane z per­spek­tywy więź­nia, który chce prze­żyć za wszelką cenę. Obozy śmierci dzia­łały jak do­brze za­rzą­dzane fa­bryki, a ich więź­nio­wie byli zu­peł­nie od­czło­wie­czeni, trak­to­wani przed­mio­towo. Nie ma miej­sca na li­tość i współ­czu­cie, aby prze­żyć w nie­ludz­kich wa­run­kach, więź­nio­wie mu­szą znie­czu­lić się na in­nych, za­po­mnieć o swoim wła­snym i ich czło­wie­czeń­stwie. O trans­por­tach my­ślą w kon­tek­ście przed­mio­tów i dóbr, ja­kie zo­staną przy­wie­zione, nie lu­dzi, któ­rzy zo­staną za­ga­zo­wani. Es­es­mani za­rzą­dzają obo­zem jak fa­bryką, se­lek­cjo­nują więź­niów z trans­portu, ewi­den­cjo­nują fur­go­netki pełne lu­dzi prze­zna­czo­nych do na­tych­mia­sto­wej eks­ter­mi­na­cji, zbie­rają cenne przed­mioty, które sta­no­wią zysk dla pań­stwa. Na­da­jący się do pracy lu­dzie otrzy­mują nu­mery, które za­stą­pią ich toż­sa­mość, przed śmier­cią zo­staną wy­eks­plo­ato­wani w obo­zie, a kiedy prze­staną być zdatni do pracy, po­dzielą los dzieci, star­ców i osób nie­peł­no­spraw­nych, które gi­nęły od razu po przy­by­ciu do obozu. Es­es­mani są za­ra­zem przed­sta­wieni jako "zwy­kli lu­dzie", nie trak­tują swo­ich za­dań w obo­zie jako cze­goś szcze­gól­nego - praca jak każda inna, można by po­wie­dzieć. Zło staje się ba­na­lne, co­dzienne, nie jest czymś szo­ku­ją­cym, a zu­peł­nie zwy­czaj­nym. Henri, który ma więk­sze do­świad­cze­nie w pracy przy ram­pie, przy­zwy­czaja się do swo­ich zdań, pra­cuje me­cha­nicz­nie. Prze­ła­mana zo­staje opo­zy­cja kat - ofiara: więź­nio­wie także biorą udział w zbrodni, stają się czę­ścią sys­temu obo­zo­wego, nie są bez winy, po­nie­waż nie są w sta­nie dzia­łać mo­ral­nie i prze­żyć.

W Pro­szę pań­stwa do gazu nie ma miej­sca na mar­ty­ro­lo­gię czy wznio­słość śmierci. Nie ma też lu­dzi bez winy - więź­nio­wie obozu są czę­ścią ma­chiny, biorą udział w se­lek­cji przy­by­łych, wy­peł­niają roz­kazy bez skru­pu­łów. W opo­wia­da­niu pada py­ta­nie o mo­ral­ność - nar­ra­tor pyta, czy są do­brymi ludźmi, je­śli nie współ­czują in­nym i biorą udział w eks­ter­mi­na­cji, która od­bywa się przy mi­ni­mal­nym za­an­ga­żo­wa­niu sa­mych es­es­ma­nów, za­rzą­dza­ją­cych więź­niami. Obóz kon­cen­tra­cyjny za­wie­sza za­sady pa­nu­jące w świe­cie poza obo­zem, wy­kształca inne po­stawy i men­tal­ność więź­niów. W przed­sta­wie­niu re­guł rzą­dzą­cych obo­zem zwraca uwagę prze­kształ­ce­nie opo­zy­cji ży­cie - śmierć. Trans­porty ozna­czają za­ga­zo­wa­nie ty­sięcy lu­dzi, ale też moż­li­wość zdo­by­cia po­ży­wie­nia i ubra­nia. Sami więź­nio­wie prze­stają po­strze­gać in­nych jak lu­dzi, trans­port ozna­cza do­stawę po­trzeb­nych ar­ty­ku­łów, nikt nie my­śli o za­ga­zo­wa­nych.

Uwagę zwraca także ję­zyk opo­wia­da­nia - su­chy, rze­czowy, la­pi­darny. Po­etyc­kość i barw­ność nie są w sta­nie od­dać tego, jak wy­glą­dała rze­czy­wi­stość obo­zowa, zo­staje tylko bez­na­miętny opis. Ję­zyk, któ­rym po­ro­zu­mie­wają się więź­nio­wie, także zo­stał spro­wa­dzony do sa­mej ko­mu­ni­ka­tyw­no­ści. Jest to swo­iste obo­zowe espe­ranto, mie­szanka ję­zy­ków na ba­zie nie­miec­kiego, czę­sto gra­ma­tycz­nie znie­kształ­co­nego. W obo­zie wy­kształca się też osobne na­zew­nic­two: rampa, trans­port, FKL, Ka­nada. Skon­tra­sto­wa­nie re­guł ży­cia obo­zo­wego z su­cho­ścią ję­zyka opisu ma na celu wy­wrzeć na czy­tel­niku silne wra­że­nie, po­dob­nie w przy­padku ty­tułu, gdzie zwrot grzecz­no­ściowy zo­staje ze­sta­wiony ze śmier­cią w ko­mo­rze ga­zo­wej.

Pro­szę pań­stwa do gazu - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

czas i miej­sce ak­cji: lato, obóz Au­schwitz-Bir­ke­nau nar­ra­tor jest za­ra­zem głów­nym bo­ha­te­rem, po­zna­jemy obóz i rzą­dzące nim za­sady z jego per­spek­tywy men­tal­ność czło­wieka zla­gro­wa­nego, po­zba­wio­nego skru­pu­łów i współ­czu­cia w walce o prze­trwa­nie

Pro­ble­ma­tyka

Głów­nym te­ma­tem opo­wia­da­nia Lu­dzie, któ­rzy szli jest zo­bo­jęt­nie­nie nar­ra­tora. Prze­bywa w obo­zie już ja­kiś czas, stale prze­su­wa­jące się ko­lumny lu­dzi z trans­por­tów nie ro­bią na nim wra­że­nia, jego obo­jęt­ność wy­nika z nie­mocy. Nie może ich ura­to­wać, po­móc im, za­trzy­mać pracy kre­ma­to­rium. Może je­dy­nie wal­czyć o wła­sne prze­ży­cie i moż­li­wie zno­śne wa­runki dla sie­bie. Ty­tu­łowa fraza po­brzmiewa w utwo­rze jak re­fren. Nie­prze­rwany stru­mień lu­dzi idą­cych na śmierć zo­staje skon­tra­sto­wany z co­dzien­nym ży­ciem obozu, w któ­rym stop­niowo po­pra­wiają się wa­runki ży­cia. Nar­ra­tor, obo­jętny na los umie­ra­ją­cych lu­dzi, po­strzega cały świat z per­spek­tywy obo­zo­wej. Na­wet je­śli do­cie­rają do niego in­for­ma­cje o ofen­sy­wie alian­tów czy po­wsta­niu war­szaw­skim, to nie wi­dzi zmian w obo­zo­wej rze­czy­wi­sto­ści. Dni są po­do­bne do sie­bie, ko­lumny lu­dzi z trans­portu idą do ko­mór ga­zo­wych. Zmiany za­czy­nają się pod ko­niec lata, kiedy trans­por­tów jest mniej, a pierw­sze po­ciągi wy­wożą więź­niów na za­chód. Obo­jęt­ność nar­ra­tora, który wy­daje się być cy­niczny, jest świa­do­mym za­bie­giem, ma pro­wo­ko­wać czy­tel­nika, który nie zna re­aliów obo­zo­wych. Tego, co wy­da­rzyło się w obo­zie, nie można oce­niać we­dług kry­te­riów ze świata ze­wnętrz­nego. Obozy po­zba­wiały więź­niów współ­czu­cia, ha­mo­wały w nich ludz­kie od­ru­chy, czy­niły obo­jęt­nymi na śmierć, która była sta­łym ele­men­tem obo­zo­wej rze­czy­wi­sto­ści.

W opo­wia­da­niu po­wraca także py­ta­nie o mo­ral­ność - ruda blo­kowa pyta nar­ra­tora, czy po­stę­po­wałby do­brze, gdyby mógł. Nar­ra­tor od­po­wiada, że chce po pro­stu prze­żyć obóz. Po­ja­wia się także kwe­stia spra­wie­dli­wo­ści i kary - nar­ra­tor za­uważa, że spra­wie­dliwa kara nie bę­dzie spra­wie­dliwa w od­czu­ciu tych, któ­rzy cier­pieli nie­spra­wie­dli­wie. Je­dy­nie nie­spra­wie­dliwe cierp­nie win­nych od­czują jako spra­wie­dliwe. Obóz za­wie­sza po­ję­cia do­bra, zła, współ­czu­cia, ofiary i kata, two­rząc zu­peł­nie inny sys­tem funk­cjo­no­wa­nia i prze­kształ­ca­jąc men­tal­ność osa­dzo­nych w nim lu­dzi.

Lu­dzie, któ­rzy szli - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

czas i miej­sce ak­cji: wio­sna i lato 1944 roku, obóz Au­schwitz-Bir­ke­nau opis co­dzien­no­ści w obo­zie ze­sta­wiony z nie­ustan­nymi trans­por­tami lu­dzi, któ­rzy szli na śmierć po­wsze­dniość i co­dzien­ność śmierci w obo­zie obo­jęt­ność więź­niów, pró­bu­ją­cych do­sto­so­wać się i prze­trwać w nie­ludz­kich wa­run­kach

Ważne po­ję­cia:

be­ha­wio­ryzm (tech­nika be­ha­wio­ry­styczna): ter­min za­czerp­nięty z psy­cho­lo­gii; w nar­ra­cji nie po­ja­wia się ana­liza psy­cho­lo­giczna ani in­for­ma­cje do­ty­czące sta­nów emo­cjo­nal­nych bo­ha­tera, który jest cha­rak­te­ry­zo­wany wy­łącz­nie przez swoje wy­po­wie­dzi i dzia­ła­nia la­gier (nie my­lić z: ła­gier, obóz pracy przy­mu­so­wej w ZSRR): obóz pracy lub obóz kon­cen­tra­cyjny zor­ga­ni­zo­wany przez apa­rat pań­stwowy III Rze­szy czło­wiek zla­gro­wany: okre­śle­nie czło­wieka wy­nisz­czo­nego psy­chicz­nie i fi­zycz­nie przez obozy kon­cen­tra­cyjne, w wy­niku wa­run­ków pa­nu­ją­cych w obo­zie sta­wia­ją­cego na pierw­szym miej­scu wła­sne prze­trwa­nie i od­rzu­ca­ją­cego pa­nu­jące poza obo­zem za­sady mo­ralne li­te­ra­tura obo­zowa, li­te­ra­tura la­growa, li­te­ra­tura pie­ców i ła­grów, li­te­ra­tura speł­nio­nej apo­ka­lipsy: typ li­te­ra­tury wy­ra­sta­jący z do­świad­czeń II wojny świa­to­wej oraz obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i obo­zów pracy przy­mu­so­wej; naj­czę­ściej przy­biera formę wspo­mnień więź­nia, które poza do­ku­men­to­wa­niem do­świad­cze­nia mają też na celu próbę ar­ty­stycz­nego uchwy­ce­nia tego, co prze­żył

Po­że­gna­nie z Ma­rią

I

Za sto­łem, za te­le­fo­nem, za sze­ścia­nem biu­ro­wych ksiąg - okno i drzwi. We drzwiach dwie ta­fle szklane, czarne, lśniące od nocy. I jesz­cze niebo, tło okna, okryte opu­chłymi chmu­rami, które wiatr spy­cha w dół szyby, ku pół­nocy, poza mury spa­lo­nego domu.

Spa­lony dom czer­nieje po dru­giej stro­nie ulicy na wprost furtki w ochron­nej siatce, za­koń­czo­nej sre­brzy­stym dru­tem kol­cza­stym, po któ­rym jak dźwięk po stru­nie śli­zga się fio­le­towy od­blask mi­go­cą­cej la­tarni ulicz­nej. Na tle burz­li­wego nieba, na prawo od domu, omo­tane mlecz­nymi kłę­bami prze­lot­nego dymu lo­ko­mo­tyw, pa­te­tycz­nie ry­suje się bez­listne drzewo, nie­ru­chome w wi­chrze. Na­ła­do­wane to­wa­rowe wa­gony mi­jają je i z ło­sko­tem cią­gną na front.

Ma­ria pod­nio­sła głowę znad książki. Smuga cie­nia le­żała na jej czole i oczach i spły­wała wzdłuż po­liczka jak przej­rzy­sty szal. Po­ło­żyła ręce na grzybku1, sto­ją­cym wśród pu­stych bu­te­lek, ta­le­rzy z nie­do­je­dzoną sa­łatką, brzu­cha­tych, kar­ma­zy­no­wych kie­lisz­ków o gra­na­to­wych pod­staw­kach. Ostre świa­tło, które za­ła­my­wało się na gra­nicy przed­mio­tów, wsią­kało jak w dy­wan w nie­bie­ski dym, za­le­ga­jący po­kój, od­pry­ski­wało od kru­chych, łam­li­wych kra­wę­dzi szkieł i mi­go­tało we wnę­trzu kie­lisz­ków jak złoty liść na wie­trze - na­bie­gło strugą w jej dło­nie, a one roz­świe­tloną, ró­żową ko­pułą za­mknęły się szczel­nie nad nim i tylko bar­dziej ró­żowe li­nie mię­dzy pal­cami pul­so­wały pra­wie nie­do­strze­gal­nie. Przy­ćmiony po­koik na­peł­nił się po­uf­nym mro­kiem, zbiegł się ku dło­niom i zma­lał jak muszla.

- Patrz, nie ma gra­nicy mię­dzy świa­tłem i cie­niem - szep­nęła Ma­ria. - Cień jak przy­pływ pod­pełza do nóg, ota­cza nas i za­cie­śnia świat tylko do nas: je­ste­śmy ty i ja.

Po­chy­li­łem się ku jej war­gom, ku drob­nym spę­ka­niom, ukry­tym w ich ką­ci­kach.

- Pul­su­jesz po­ezją jak drzewo so­kiem - po­wie­dzia­łem żar­to­bli­wie, otrzą­sa­jąc głowę z na­tręt­nego, pi­jac­kiego szumu. - Uwa­żaj, żeby świat cie­bie nie zra­nił to­po­rem.

Ma­ria roz­chy­liła wargi. Mię­dzy zę­bami drżał le­ciutko ciemny ko­niu­szek ję­zyka: uśmie­chała się. Kiedy moc­niej za­ci­snęła palce wo­kół grzybka, błysk, le­żący na dnie jej oczu, zma­to­wiał i zgasł.

- Po­ezja! Dla mnie to rzecz tak nie­po­jęta jak sły­sze­nie kształtu albo do­tyk dźwięku. - Od­chy­liła się w za­du­mie na po­ręcz ko­ze­tki2. W pół­cie­niu czer­wony, ob­ci­sły swe­ter na­brał pur­pu­ro­wej so­czy­sto­ści i tylko na grzbie­tach fałd, gdzie śli­zgało się świa­tło, lśnił kar­mi­nową, pu­szy­stą barwą. - Ale tylko po­ezja umie wier­nie po­ka­zać czło­wieka. My­ślę: peł­nego czło­wieka.

Za­bęb­ni­łem pal­cami o szkło kie­liszka. Ode­zwał się kru­chym, nie­trwa­łym dźwię­kiem.

- Nie wiem, Ma­rio - rze­kłem, wzru­szyw­szy z po­wąt­pie­wa­niem ra­mio­nami. - Są­dzę, iż miarą po­ezji, a może i re­li­gii, jest mi­łość czło­wieka do czło­wieka, którą one bu­dzą. A to jest naj­bar­dziej obiek­tyw­nym spraw­dzia­nem rze­czy.

- Mi­łość, oczy­wi­ście, że mi­łość! - po­wie­działa, mru­żąc oczy, Ma­ria.

Za oknem, za spa­lo­nym do­mem, na sze­ro­kiej, prze­dzie­lo­nej skwe­rem ulicy, jeź­dziły ze zgrzy­tem tram­waje. Elek­tryczne bły­ski roz­świe­tlały fio­let nieba, jak od­pry­ski z si­nego po­żaru ma­gne­zji3 prze­bi­jały przez mrok, ob­le­wały księ­ży­co­wym świa­tłem dom, ulicę i bramę, ocie­ra­jąc się o czarne szyby okienne, spły­wały po nich i bez­sze­lest­nie ga­sły. Chwilę po nich gasł rów­nież wy­soki, cienki śpiew tram­wa­jo­wych szyn.

Za drzwiami, w dru­gim po­ko­iku, pusz­czono znowu ­pa­te­fon4. Zdła­wiona, jakby grana na grze­bie­niu, me­lo­dia za­cie­rała się w na­tar­czy­wym szu­ra­niu tań­czą­cych nóg i gar­dło­wych śmie­chach dziew­czę­cych.

- Jak wi­dzisz, Ma­rio, oprócz nas jest jesz­cze inny świat - ro­ze­śmia­łem się i wsta­łem z ko­ze­tki. - To, wi­dzisz, jest tak. Gdyby można była ro­zu­mieć cały świat, wi­dzieć cały świat, tak jak się ro­zu­mie swoje my­śli, czuje się swój głód, wi­dzi się okno, bramę za oknem i chmury nad bramą, gdyby można było wi­dzieć wszystko jed­no­cze­śnie i osta­tecz­nie, wtedy - po­wie­dzia­łem z na­my­słem, okrą­żyw­szy ko­ze­tkę i sta­nąw­szy pod roz­grza­nym pie­cem mię­dzy Ma­rią a ma­jo­li­ko­wymi5 ka­flami i wor­kiem z kar­to­flami, za­ku­pio­nymi w je­sieni na zimę - wtedy mi­łość by­łaby nie tylko miarą, ale i osta­teczną in­stan­cją wszyst­kich rze­czy. Nie­stety, zdani je­ste­śmy na me­todę prób, na sa­motne, zwod­ni­cze prze­ży­cie. Jakże to nie­pełna, jakże fał­szywa miara rze­czy!

Drzwi od po­ko­iku z pa­te­fo­nem otwo­rzyły się. Chwie­jąc się w takt me­lo­dii, wszedł To­masz, oparty o ra­mię żony. Jej lekko cię­żarny, a od wielu mie­sięcy sta­teczny brzuch cie­szył się nie­usta­ją­cym za­in­te­re­so­wa­niem przy­ja­ciół. To­masz pod­szedł do stołu i chwiał się nad nim roz­ro­słym, pę­ka­tym, ma­syw­nym jak u wołu łbem.

- Źle się sta­rasz, bo wódki nie ma - rzekł z mięk­kim wy­rzu­tem, sta­ran­nie zlu­stro­waw­szy na­czy­nia, i od­pły­nął, po­py­chany przez żonę, w kie­runku drzwi. Pa­trzył w nią tę­pym wzro­kiem jak w ob­raz. Mó­wiło się, że to za­wo­dowo, gdyż han­dlo­wał fał­szy­wymi Co­ro­tami, No­akow­skimi i Pan­kie­wi­czami6. Poza tym był re­dak­to­rem syn­dy­ka­li­stycz­nego dwu­ty­go­dnika7 i uwa­żał się za ra­dy­kal­nego le­wi­cowca. Wy­szli na skrzy­piący śnieg. Kłęby mroź­nej pary prze­wi­nęły się po pod­ło­dze jak wło­chate motki bia­łej ba­wełny.

W ślad za To­ma­szem do kan­toru ma­je­sta­tycz­nie wto­czyły się ta­neczne pary, po­krę­ciły się sen­nie koło stołu, ma­jo­lik i kar­to­fli, sta­ran­nie omi­ja­jąc za­cieki pod oknem, i, zo­sta­wiw­szy czer­wone ślady od świeżo pa­sto­wa­nej po­sadzki, wró­ciły tam, skąd wy­szły. Ma­ria po­de­rwała się od stołu, po­pra­wiła au­to­ma­tycz­nym ru­chem włosy i po­wie­działa:

- Mu­szę już iść, Ta­de­usz. Kie­row­nik pro­sił, żeby za­czy­nać wcze­śniej.

- Masz jesz­cze do­brą go­dzinę czasu - od­rze­kłem.

Okrą­gły ze­gar fir­mowy o po­gię­tej bla­sza­nej tar­czy ty­kał mia­rowo, za­wie­szony na dłu­gim sznurku mię­dzy na wpół roz­wi­nię­tym pla­ka­tem, ry­sun­kiem uro­jo­nego wid­no­kręgu, a wę­glową kom­po­zy­cją, przed­sta­wia­jącą dziurkę od klu­cza, przez którą wi­dać frag­ment ku­bi­stycz­nej8 sy­pialni.

- We­zmę Szek­spira, po­sta­ram się zro­bić w nocy Ham­leta na wtor­kowy kom­plet9.

Prze­szedł­szy do dru­giego po­koju, kuc­nęła przy książ­kach. Półka zbita była pry­mi­tyw­nie z nie­he­blo­wa­nych de­sek. De­ski ugi­nały się pod cię­ża­rem ksią­żek. W po­wie­trzu le­żały błę­kitne i białe pa­sma dymu oraz uno­sił się ciężki za­pach wódki, zmie­szany z odo­rem ludz­kiego potu i wa­pienną wo­nią wil­got­nych, gni­ją­cych ścian. Chwiały się na nich, jak bie­li­zna na wie­trze, ja­skrawo ma­lo­wane kar­tony i, jak mor­skie dno, prze­świe­cały się ko­lo­ro­wymi li­niami me­duz i ko­rali po­przez błę­kitny opar. W czar­nym oknie, od­gro­dzony szybą od nocy, za­plą­tany w cienką ko­ronkę fi­ranki, wy­sza­chro­wa­nej10 za psie pie­nią­dze od zło­dziejki ko­le­jo­wej, smętny, za­pi­ja­czony skrzy­pek (który uwa­żał sie­bie za im­po­tenta) na próżno usi­ło­wał ję­kiem in­stru­mentu za­głu­szyć char­cze­nie pa­te­fonu. Zgar­biony jak pod wor­kiem ce­mentu, wy­do­by­wał ze skrzy­piec z po­nurą za­cię­to­ścią je­den tylko pa­saż. Od dwu go­dzin ćwi­czył się do nie­dziel­nego kon­certu po­etycko-mu­zycz­nego11. Wy­stę­po­wał wtedy umyty, w wi­zy­to­wym gar­ni­tu­rze w pa­ski, miał twarz me­lan­cho­lijną i oczy senne, jakby czy­tał z po­wie­trza nuty.

1 grzy­bek - tu w zna­cze­niu: lampa w kształ­cie grzybka.

2 ko­ze­tka - wą­ski me­bel do le­że­nia, ro­dzaj ma­łej ka­napy.

3 ma­gne­zja a. fo­to­błysk - sub­stan­cja zwie­ra­jąca ma­gnez, po za­pa­le­niu da­jąca bar­dzo silne świa­tło, uży­wana m.in. w pro­duk­cji fa­jer­wer­ków, a daw­niej rów­nież w tech­ni­kach fo­to­gra­ficz­nych.

4 pa­te­fon - urzą­dze­nie do od­twa­rza­nia dźwięku z płyt, pro­du­ko­wane w pierw­szych de­ka­dach XX w., po­przed­nik gra­mo­fonu, wy­ko­rzy­sty­wał inną tech­no­lo­gię od­twa­rza­nia dźwięku i inny typ płyt.

5 ma­jo­lika - typ ce­ra­miki wy­wo­dzący się z Włoch, ro­dzaj bia­łej glinki, którą po wy­pa­le­niu po­kry­wano ko­lo­rową gla­zurą, ma­te­riał słu­żący głów­nie do wy­robu na­czyń oraz pły­tek czy ka­fli.

6 fał­szy­wymi Co­ro­tami, No­akow­skimi i Pan­kie­wi­czami - Jean Bap­ti­ste Ca­mille Co­rot (1796-1875), fran­cu­ski ma­larz, wy­bitny pej­za­ży­sta, jako po­pu­larny ma­larz był czę­sto fał­szo­wany, a wiele pod­ró­bek jego dzieł krą­żyło na rynku ob­ra­zów; Sta­ni­sław No­akow­ski (1867-1928), pol­ski ry­sow­nik i ma­larz; Jó­zef Pan­kie­wicz (1866-1940), pol­ski ma­larz i gra­fik, po­cząt­kowo two­rzył w stylu im­pre­sjo­ni­stycz­nym, po­tem - post­im­pre­sjo­ni­stycz­nym.

7 syn­dy­ka­li­styczny dwu­ty­go­dnik - praw­do­po­dob­nie cho­dzi o "Myśl Mło­dych", jedno z kon­spi­ra­cyj­nych cza­so­pism wy­da­wa­nych w cza­sie wojny przez Zwią­zek Syn­dy­ka­li­stów Pol­skich; syn­dy­ka­lizm - nurt my­śli i dzia­łal­no­ści le­wi­co­wej i ro­bot­ni­czej, sku­piony na związ­kach za­wo­do­wych.

8 ku­bizm - nurt w sztuce po­czątku XX wieku, przed­sta­wia­jący obiekty za po­mocą fi­gur geo­me­trycz­nych w taki spo­sób, żeby zda­wały się jed­no­cze­śnie wi­do­czne z kilku róż­nych punk­tów wi­dze­nia; naj­słyn­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem ku­bi­zmu był Pa­blo Pi­casso.

9 kom­plety - tajne za­ję­cia edu­ka­cyjne pro­wa­dzone pod­czas II wojny świa­to­wej, a wcze­śniej pod za­bo­rami; tu mowa o stu­diach po­lo­ni­stycz­nych na pod­ziem­nym Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim.

10 wy­sza­chro­wać (dawn., pot.) - zdo­być coś za po­mocą sza­chro­wa­nia; sza­chro­wać - dzia­łać dla od­nie­sie­nia ko­rzy­ści nie­zgod­nie z pra­wem lub za­sa­dami.

11 kon­certy po­etycko-mu­zyczne - spo­tka­nia to­wa­rzy­sko-ar­ty­styczne, or­ga­ni­zo­wane pod­czas oku­pa­cji w pry­wat­nych do­mach.

Pro­szę pań­stwa do gazu

Cały obóz cho­dził nago. Wpraw­dzie prze­szli­śmy już od­wsze­nie i ubra­nia do­sta­li­śmy z po­wro­tem z ba­se­nów na­peł­nio­nych roz­pusz­czo­nym w wo­dzie cy­klo­nem1, który zna­ko­mi­cie truł wszy w ubra­niach i lu­dzi w ko­mo­rze ga­zo­wej, a tylko bloki od­gro­dzone od nas hisz­pań­skimi ko­złami2 nie "wy­fa­so­wały"3 jesz­cze ubrań, to jed­nak i ci, i tamci cho­dzili nago: upał był okropny. Obóz ści­śle za­mknięto. Ża­den wię­zień, żadna wesz nie śmie się prze­do­stać przez jego bramę. Ustała praca ko­mand4. Cały dzień ty­siące na­gich lu­dzi prze­wa­lało się po dro­gach i pla­cach ape­lo­wych, le­ża­ko­wało pod ścia­nami i na da­chach. Spano na de­skach, gdyż sien­niki i koce były w de­zyn­fek­cji. Z ostat­nich blo­ków wi­dać było FKL5 - tam też od­wsza­wiali. Dwa­dzie­ścia osiem ty­sięcy ko­biet ro­ze­brano i wy­pę­dzono z blo­ków - wła­śnie ko­tłują się na wi­zach, dro­gach i pla­cach.

Od rana czeka się na obiad, je się paczki, od­wie­dza się przy­ja­ciół. Go­dziny płyną wolno, jak to w upale. Na­wet zwy­kłej roz­rywki nie ma: sze­ro­kie drogi do kre­ma­to­riów są pu­ste. Od paru dni nie ma już trans­por­tów. Część Ka­nady6 zli­kwi­do­wano i przy­dzie­lono na ko­mando. Tra­fili na jedno z naj­cięż­szych, na Har­menze7, jako że byli wy­pa­sieni i wy­po­częci. W obo­zie bo­wiem pa­nuje za­wistna spra­wie­dli­wość: gdy możny upad­nie, przy­ja­ciele sta­rają się, by upadł jak naj­ni­żej. Ka­nada, na­sza Ka­nada, nie pach­nie wpraw­dzie, jak Fie­dle­row­ska, ży­wicą8, tylko fran­cu­skimi per­fu­mami, lecz chyba nie ro­śnie tyle wy­so­kich so­sen w tam­tej, ile ta ma ukry­tych bry­lan­tów i mo­net ze­bra­nych z ca­łej Eu­ropy.

Wła­śnie sie­dzimy w kilku na buk­sie9, bez­tro­sko ma­cha­jąc no­gami. Roz­kła­damy biały, prze­myśl­nie wy­pie­czony chleb, kru­chy, roz­sy­pu­jący się, draż­niący tro­chę w smaku, ale za to nie­ple­śnie­jący ty­go­dniami. Chleb przy­słany aż z War­szawy. Jesz­cze ty­dzień temu miała go w rę­kach moja matka. Miły Boże, miły Boże...

Wy­cią­gamy bo­czek, ce­bulę, otwie­ramy puszkę skon­den­so­wa­nego mleka. Henri, wielki i ocie­ka­jący po­tem, ma­rzy gło­śno o fran­cu­skim wi­nie przy­wo­żo­nym przez trans­porty ze Stras­burga, spod Pa­ryża, z Mar­sy­lii...

- Słu­chaj, mon ami10, jak pój­dziemy znów na rampę, przy­niosę ci ory­gi­nal­nego szam­pana. Pew­nie ni­gdy nie pi­łeś, nie­prawda?

- Nie. Ale przez bramę nie prze­nie­siesz, więc nie bu­jaj. Zor­ga­ni­zuj le­piej buty, wiesz, ta­kie dziur­ko­wane, z po­dwójną po­de­szwą, a o ko­szulce już nie mó­wię, dawno mi obie­ca­łeś.

- Cier­pli­wo­ści, cier­pli­wo­ści, jak przyjdą trans­porty, przy­niosę ci wszystko. Znów pój­dziemy na rampę.

- A może już nie bę­dzie trans­por­tów do ko­mina? - rzu­ci­łem zło­śli­wie. - Wi­dzisz, jak ze­lżało na la­grze, nie­ogra­ni­czona ilość pa­czek, bić nie wolno. Pi­sa­li­ście prze­cież li­sty do domu... Roz­ma­icie mó­wią o roz­po­rzą­dze­niach, sam prze­cież ga­dasz. Zresztą, do cho­lery, lu­dzi za­brak­nie.

- Nie ga­dał­byś głupstw - usta oty­łego, o udu­cho­wio­nej jak z mi­nia­tur Co­swaya11 twa­rzy mar­syl­czyka (jest moim przy­ja­cie­lem, ale imie­nia jego nie znam) za­pchane są ka­na­pką z sar­dyn­kami - nie ga­dał­byś głupstw - po­wtó­rzył prze­ły­ka­jąc z wy­sił­kiem ("po­szło, cho­lera!") - nie ga­dał­byś głupstw, lu­dzi nie może za­brak­nąć, bo­by­śmy po­zdy­chali na la­grze. Wszy­scy ży­jemy z tego, co oni przy­wiozą.

- Wszy­scy, nie wszy­scy. Mamy paczki...

- To masz ty i twój ko­lega, i dzie­się­ciu two­ich ko­le­gów, ma­cie wy, Po­lacy, i to nie wszy­scy. Ale my, Żydki, ale Ru­skie? I co, gdy­by­śmy nie mieli co jeść, or­ga­ni­sa­tion z trans­por­tów, to by­ście tam te swoje paczki tak spo­koj­nie je­dli? Nie da­li­by­śmy wam.

- Da­li­by­ście albo by­ście zdy­chali z głodu jak Grecy. Kto ma żar­cie w obo­zie, ten ma siłę.

- Wy ma­cie i my mamy, o co się sprze­czać?

Pew­nie, nie ma o co się sprze­czać. Wy ma­cie i ja mam, jemy wspól­nie, śpimy na jed­nej buk­sie. Henri kroi chleb, robi sa­łatkę z po­mi­do­rów. Świet­nie sma­kuje z kan­ty­nową musz­tardą.

W bloku, pod nami, ko­tłują się lu­dzie, nadzy, ocie­ka­jący po­tem. Łażą mię­dzy buk­sami w przej­ściu, wzdłuż ogrom­nego, in­te­li­gent­nie zbu­do­wa­nego pieca, mię­dzy ulep­sze­niami, które staj­nię koń­ską (na drzwiach wisi jesz­cze ta­bliczka, że "ver­suchte Pferde" - za­ra­żone ko­nie, na­leży od­sta­wiać tam a tam) prze­mie­niają w miły (ge­mütlich) dom dla po­nad pół ty­siąca lu­dzi. Gnież­dżą się na dol­nych pry­czach po ośmiu, dzie­wię­ciu, leżą nadzy, ko­ści­ści, cuch­nący po­tem i wy­dzie­li­nami, o za­pad­nię­tych głę­boko po­licz­kach. Pode mną, na sa­mym dole - ra­bin; na­krył głowę ka­wał­kiem szmaty odar­tej z koca i czyta z mo­dli­tew­nika he­braj­skiego (tej lek­tury tu jest...), za­wo­dząc gło­śno i mo­no­ton­nie.

- Może by się tak zdało go uspo­koić? Drze się, jakby Boga za nogi zła­pał.

- Nie chce mi się z buksy zła­zić. Niech się drze, prę­dzej do ko­mina pój­dzie.

- Re­li­gia jest opium dla na­rodu. Bar­dzo lu­bię pa­lić opium - do­daje z le­wej sen­ten­cjo­nal­nie mar­syl­czyk, który jest ko­mu­ni­stą i ren­tie­rem.

- Gdyby oni nie wie­rzyli w Boga i w ży­cie po­za­gro­bowe, już by dawno roz­wa­lili kre­ma­to­ria.

- A dla­czego wy tego nie zro­bi­cie?

Py­ta­nie ma sens me­ta­fo­ryczny, lecz mar­syl­czyk od­po­wiada.

- Idiota - za­py­cha usta po­mi­do­rem i czyni ruch, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale zjada i mil­czy. Koń­czy­li­śmy wła­śnie wy­żerkę, gdy u drzwi bloku uczy­nił się więk­szy ruch, od­sko­czyli mu­zuł­mani12 i rzu­cili się, ucie­ka­jąc mię­dzy buksy, do budy blo­ko­wego13 wle­ciał go­niec. Za chwilę ma­je­sta­tycz­nie wy­szedł blo­kowy.

- Ka­nada! An­tre­ten!14 Ale szybko! Trans­port przy­cho­dzi.

- Wielki Boże! - wrza­snął Henri, ze­ska­ku­jąc z buksy.

Mar­syl­czyk za­dła­wił się po­mi­do­rem, chwy­cił ma­ry­narkę, wrza­snął raus15 do sie­dzą­cych na dole i już byli we drzwiach. Za­ko­tło­wało się na in­nych buk­sach. Ka­nada od­cho­dziła na rampę.

- Henri, buty! - krzyk­ną­łem na po­że­gna­nie.

- Ke­ine Angst!16 - od­krzyk­nął mi już z dworu.

Opa­ko­wa­łem żar­cie, owią­za­łem sznu­rami wa­lizę, w któ­rej ce­bula i po­mi­dory z oj­cow­skiego ogródka w War­sza­wie le­żały obok por­tu­gal­skich sar­dy­nek, a bo­czek z lu­bel­skiego "Ba­cu­tilu"17 (to od brata) mie­szał się z naj­au­ten­tycz­niej­szymi ba­ka­liami z Sa­lo­nik. Owią­za­łem, na­cią­gną­łem spodnie, zla­złem z buksy.

- Platz!18 - wrza­sną­łem, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy Gre­kami. Od­su­wali się na bok. We drzwiach na­tkną­łem się na Hen­riego.

- Al­lez, al­lez, vite, vite!19

- Was ist los?20

- Chcesz iść na rampę z nami?

- Mogę pójść.

1 cy­klon - właśc. cy­klon B, na­zwa han­dlowa nie­miec­kiego środka owa­do­bój­czego uży­wa­nego pier­wot­nie (od I wojny świa­to­wej) do od­wsza­wia­nia mun­du­rów, a w trak­cie II wojny świa­to­wej rów­nież do za­bi­ja­nia więź­niów w obo­zach za­głady (głów­nie Ży­dów).

2 ko­zły hisz­pań­skie a. ko­nie fry­zyj­skie - ro­dzaj drew­nia­nych umoc­nień po­lo­wych w po­staci pa­li­ków ze­spo­jo­nych na kształt li­tery X i po­łą­czo­nych dłu­gim pa­lem bie­gną­cym po­ziomo przez ich śro­dek, ca­łość po­wle­czona spi­ral­nie dru­tem kol­cza­stym.

3 wy­fa­so­wać - po­brać lub otrzy­mać coś z ma­ga­zynu woj­sko­wego.

4 ko­mando a. kom­mando - grupa ro­bo­cza utwo­rzona z więź­niów obozu na czas pracy, któ­rej li­czeb­ność mo­gła wy­no­sić od kil­ku­dzie­się­ciu osób do na­wet kilku ty­sięcy, w za­leż­no­ści od typu wy­ko­ny­wa­nej pracy.

5 FKL a. ef­kael, Frau­en­kon­ze­tra­tion­sla­ger - obóz kon­cen­tra­cyjny dla ­ko­biet.

6 Ka­nada - właśc. Ef­fek­ten­la­ger, na­zwa od­cinka obozu KL Au­schwitz, w któ­rym ma­ga­zy­no­wano przed­mioty za­gra­bione więź­niom; na­zwa była rów­nież, jak tu­taj, uży­wana w kon­tek­ście ko­manda pra­cu­ją­cego na tym od­cinku i zaj­mu­ją­cego się sor­to­wa­niem i po­rząd­ko­wa­niem za­gra­bio­nych dóbr.

7 Har­menze a. Har­mense - pod­obóz KL Au­schwitz, znaj­du­jący się w po­ło­żo­nej nie­da­leko Oświę­ci­mia wsi Har­męże; po­cząt­kowo peł­nił głów­nie funk­cję go­spo­dar­stwa rol­nego, w któ­rym przy­mu­sowo pra­co­wali więź­nio­wie i więź­niarki, póź­niej za­częto wy­ko­rzy­sty­wać tam­tej­sze stawy rybne jako miej­sce do zsy­py­wa­nia po­pio­łów z pie­ców kre­ma­to­ryj­nych - do tego za­da­nia od­nosi się frag­ment o "jed­nym z naj­cięż­szych" ko­mand.

8 na­sza Ka­nada, nie pach­nie wpraw­dzie, jak Fie­dle­row­ska, ży­wicą - na­wią­za­nie do opu­bli­ko­wa­nej w 1937 r. książki Ar­ka­dego Fie­dlera Ka­nada pach­nąca ży­wicą.

9 buksa - pry­cza; pry­mi­tywne łóżko zbite z de­sek; pry­cze w KL Au­schwitz były trzy­po­zio­mo­wymi, pię­tro­wymi kon­struk­cjami, na każ­dym z trzech po­zio­mów spało na­wet do trzech osób.

10 mon ami (fr.) - mój przy­ja­cielu.

11 Ri­chard Co­sway (1742-1821) - an­giel­ski ma­larz, por­tre­ci­sta an­giel­skiego dworu kró­lew­skiego i ary­sto­kra­cji, znany z mi­nia­tur akwa­re­lo­wych o cie­płych ko­lo­rach.

12 mu­zuł­man - tu w zna­cze­niu: za­gło­dzony, wy­czer­pany pracą wię­zień, cał­ko­wi­cie wy­nisz­czony fi­zycz­nie i psy­chicz­nie.

13 blo­kowy - naj­star­szy stop­niem wię­zień funk­cyjny na bloku, któ­rego za­da­niem było dba­nie o po­rzą­dek, nad­zo­ro­wa­nie wy­da­wa­nia je­dze­nia i pa­czek, przy­go­to­wy­wa­nie bloku do apelu oraz po­szu­ki­wa­nie zbie­głych więź­niów i wy­mie­rza­nie kar cie­le­snych.

14 An­tre­ten! (niem.) - zbiórka, do sze­regu.

15 raus (niem.) - precz, wy­no­cha.

16 Ke­ine Angst! (niem.) - bez obaw!

17 Ba­cu­til - na­zwa utwo­rzo­nego w 1938 r. przed­się­bior­stwa zaj­mu­ją­cego się uty­li­za­cją od­pa­dów po­cho­dze­nia zwie­rzę­cego i wy­twa­rza­ją­cego z nich róż­nego ro­dzaju pro­dukty (pa­sze dla zwie­rząt, że­la­tynę, my­dła etc.).

18 Platz! (niem.) - miej­sce!

19 Al­lez, al­lez, vite, vite! (fr.) - chodź, chodź, szybko, szybko!

20 Was ist los? (niem.) - co się dzieje?