Wstęp - skąd ta Galicja
Na początek muszę przyznać się do tego, że zabieram się do tematu, który długie lata mnie nie interesował, no i moje korzenie z Galicji pochodzą. Do tego czasu ta nazwa nabierała dla mnie bardziej znaczenia pejoratywnego aniżeli oznaczała krainę geograficzną, która niegdyś była a potem przestała być, chociaż sama kraina przecież pozostała i nadal jest, tyle, że pod inną nazwa a raczej wieloma nazwami. Dawna Galicja dla wielu była przede wszystkim synonimem biedy i to nie tylko tej fizycznej i tak dzisiaj niektórzy tę krainę postrzegają, bo co dobrego mogło pochodzić z Galicji - tak powiadają. Sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, kiedy region ten został oderwany od Rzeczpospolitej w ramach pierwszego rozbioru i przyłączony do innego państwa o innej kulturze. Sytuację pogarszał fakt, że tak naprawdę Habsburgowie, - bo mówimy tu Monarchii Austriackiej - wcale tych ziem polskich nie chcieli i długo zwlekali z ich przejęciem. Cesarzowa Maria Teresa znała doskonale czasy, kiedy Habsburgowie żyli w dobrych stosunkach z Polską. Może nie kochali się zbytnio, ale krzywdy sobie nie robili a nawet wspierali się niekiedy. Przecież to nie tak dawno temu król Polski Jan II Sobieski uratował Wiedeń przed nawałą turecką. Jednak zarówno Katarzyna II z Rosji oraz król Prus Fryderyk II na tyle mocno nalegali, że cesarz Józef II przejął południową część Polski.
Tu zaczyna się historia Galicji, której to nazwy będziemy używać do końca. Faktycznie jednak region ten otrzymał nazwę Królestwa Galicji i Lodomerii. Nazwa ta nawiązywała do jednego z tytułów królów węgierskich: "rex Galiciae et Lodomeriae". Znaczyło to ni mniej ni więcej tylko "król Halicza i Włodzimierza" i właśnie to miało uzasadniać moralne prawo do zaboru tych ziem przez Habsburgów, jako że Węgry były już od dawna w ich posiadaniu. Dość podobne powody wymyślili sobie pozostali zaborcy, co niestety, król Polski akceptował.
Tym to sposobem Galicja (Königreich Galizien und Lodomerien) stała się niby to królestwem, przy czym swojego króla nie posiadała, bo był nim oczywiście cesarz Austrii. Jak się potem okazało, rozbiór ten odbył się na tyle spokojnie, że żadna z ówczesnych gazet światowych nawet tego nie odnotowała. Podłość sąsiadów została ubrana w szaty prawne, oni, bowiem - jak to wytłumaczyli - tylko zabrali swoje, bo to im się od dawna należało. Straszne te ostatnie słowa, bo one po prostu usprawiedliwiają normalną kradzież, - "bo to im się należało!". Te ostatnie słowa tak się u nas zakorzeniły, że do dnia dzisiejszego możemy je tu i ówdzie usłyszeć, nawet z mównicy sejmowej. Tym to sposobem cały południowy pas ziem, poczynając od zachodu, czyli linii Chrzanów, Biała i Żywiec dochodził daleko na wschód, aż poza Lwów i opierał się na Wołyniu, Podolu i Besarabii, te oto ziemie nazwane zostały Królestwem Galicji i Lodomerii.
Niegdyś, pewien dawny mieszkaniec kresowy zwrócił mi uwagę, że zbyt luźno używam tej nazwy, czyli słowa Galicja. Bo tę nazwę wymyślił zaborca, to nie pochodzi od Polaków. Długo się zastanawiałem nad tą uwagą. Ponieważ ten kresowiak nie wytłumaczył dokładnie sensu swojej uwagi, to tylko w części przyznałem mu rację. Otóż, faktycznie, gdy dzisiaj rozmawiamy o tych terenach, które przynajmniej w części są Małopolską, to koniecznie należy używać tej obecnej nazwy, bowiem nazwanie dzisiaj Małopolski Galicją, lub nazwanie Krakowa miastem galicyjskim jest nie tyle błędem, co jest wielkim nietaktem i należy się tego wystrzegać. Podobnie zresztą jak przywoływanie nazwy Generalnej Guberni czy nazwanie Niemiec III Rzeszą. Kiedy jednak rozmawiamy o jakimś terenie w sensie historycznym, to przywoływanie starych nazw jest uzasadnione i nie czynimy żadnego błędu czy nietaktu. Mówiąc o wydarzeniach II wojny światowej czy dokładniej o zbrodniach faszystów na terenie Polski całkiem uzasadnione wydaje się być operowanie nazwami Rzeszy czy Guberni, chociaż również wtedy wiemy, że Generalna Gubernia to rdzenne ziemie polskie. Tak samo postanowiłem, że nazwy Galicja używał będę, kiedy moje rozważania i opisy dotyczą czasów historycznych, jak to zresztą czynią zawodowi historycy.
Tym to sposobem ten ogromny region Polski stał się na czas rozbiorów, dziwnym królestwem bez króla. W swojej historii był powiększany, dzielony granicami i wiały tu różne wichry historii. Tak, jak w każdym innym zaborze nadrzędnym był interes zaborcy, czyli tym samym interes obywateli w sensie narodu nie liczył się a nawet nie wolno było o nim zbyt wiele mówić. Oczywiście nie we wszystkich zaborach obowiązywał jednakowy reżim i to właśnie w zaborze austriackim było stosunkowo najłagodniej, ciemiężone narody nie odczuwały ograniczeń w takim zakresie jak na przykład w zaborze rosyjskim, gdzie prześladowania były najcięższe i powodowały liczne bunty i powstania.
Pozostańmy, więc w Galicji, bo właśnie ta kraina będzie nas interesować. Dlaczego akurat Galicja? Powodów jest kilka, ale jeden jest podstawowy: - Otóż stąd wyrastają moje korzenie, a ja znałem dość dobrze obu moich dziadków, którzy urodzili się jeszcze w Galicji, jeden w 1878 roku a drugi w 1897 roku. Ponadto dzisiaj mieszkam w mieście, które niegdyś znajdowało się w obrębie historycznej Galicji. Istnieje jeszcze jeden powód mojego pochylenia się nad historią tego regionu i jest to chyba powód ostateczny i najważniejszy. Powodem tym stała się książka pod tytułem "Galicja" autorstwa profesora Normana Daviesa, Walijczyka, ale również obywatela polskiego, który splątał się z tym regionem poprzez swoją żonę z Polski, która również ma galicyjskie korzenie. Tak to wszystko się posplatało i spowodowało tę lawinę. Do profesora Daviesa jeszcze wrócimy, bo jego książka ma tu szczególne miejsce.
Wracamy teraz z powrotem na karty historii do czasów cesarzowej i królowej Marii Antoniny i jej syna cesarza i króla Józefa II Habsburga. Od razu chcę zaznaczyć, że zarówno matka jak i syn nie byli wrogami narodu polskiego. Inaczej było w przypadku pruskiego króla Fryderyka II, który był wrogiem Polaków a epitetów, jakimi ich określał nie godzi się przytaczać na stronach tej książki, zresztą żadnej książki. O carycy Katarzynie II nie ma potrzeby wspominać, bo jej skrajność w stosunku do Polaków była również znana. W świetle tych faktów, tych dwóch monarchów, cesarz Józef II Habsburg jawi się niczym dobroczyńca Polski. Może nieco przesadziłem, bo w końcu to zaborca, ale bardzo wiele prawdy w tym jest. Aby nie być jednak zupełnie gołosłownym, wspomnieć w tym miejscu trzeba i to koniecznie, tak zwanych naszych Habsburgów z Żywca, a chodzi o ich zachowanie po wybuchu II wojny światowej. Chodzi oczywiście o Karola Habsburga i jego żonę Alicję Ankarkrona primo voto Badeni. Jej pierwszy mąż hrabia Kazimierz Badeni był w swoim czasie premierem rządu austriackiego za czasów cesarza Franciszka Józefa. Ci Habsburgowie gdyby zachowali się lojalnie w stosunku do Niemców mogli liczyć na pełną ochronę i swobodę w czasie II wojny. Oni jednak dumnie oświadczyli, że są polskimi patriotami, za co spotkały ich prześladowania ze strony nazistów.
No i mając w zanadrzu takie argumenty, jak tu ocenić tego zaborcę austriackiego chcąc być wysoce sprawiedliwym dla wszystkich. Z Prusakami i Rosjanami nie ma najmniejszego kłopotu, bo sprawa jest oczywista, bowiem nie ulega wątpliwości, że byli to ciemiężyciele, ale z Habsburgami, którzy również byli zaborcami, jest dużo trudniej. Niech, więc czytelnik sam sobie odpowie, może przy pomocy wielu innych źródeł, których jest wiele.
Na terenie Galicji miał miejsce jeszcze jeden fakt, który byłby nie do pomyślenia w pozostałych zaborach. Była to akcja pod nazwą Kolonizacji Józefińskiej - od imienia cesarza Józefa II Habsburga. Ten cesarz, jak rzadko, który władca, doskonale orientował się w doli chłopstwa, bo wyjeżdżał w teren i widział, co dzieje się na wsiach. Przede wszystkim panowała tam wielka bieda, choroby, umieralność w bardzo niskim wieku, chłop średnio dożywał trzydziestu lat. Pojęcie kultury rolnej w zasadzie nie istniało. Cesarz będąc entuzjastą kultury rolnej i wszelkich nowinek rolnych, nawet własnoręcznie próbował nowe konstrukcje pługów - jest takie zdjęcie. Galicja pod każdym jednym względem była niesamowicie zacofana. Przypuszczalnie te fakty spowodowały, że cesarz postanowił przemieścić znaczną część obywateli z terenów rdzennych ziem cesarstwa na teren obecnego zaboru, czyli na teren Galicji. W głównej mierze byli to obywatele pobliskiego Śląska Austriackiego, chociaż nie tylko. Byli to ochotnicy, którzy na początek otrzymywali ziemię i pewne dotacje. W grupie tej znajdowali się przede wszystkim rzemieślnicy, czyli kowale, cieśle, młynarze a także zdunowie i inni budowniczowie, liczną grupę stanowili oczywiście rolnicy.
Zajmijmy się, zatem jednym z regionów, gdzie kolonizatorzy owi się osiedlali i swoje osiedla budowali. Będzie to rejon w dorzeczu Wisły i Sanu, jak to się popularnie mówi, w widłach Wisły i Sanu, a jeszcze dokładniej, niech to będzie rejon Mielca i Tarnobrzega. Początkowo osadnicy ci trzymali się ze sobą, zapewne z uwagi na język, bo wyznanie nie stanowiło problemu, jako że byli oni również katolikami. Z czasem jednak ta izolacja zaczęła pękać i chłopstwo tutejsze zaczęło się mieszać z przybyszami, bo przybysze ze Śląska Austriackiego bardzo łatwo się asymilowali i to raczej oni bardzo szybko uczyli się języka polskiego aniżeli odwrotnie. Polacy nie wykazywali chęci nauki niemieckiego, zresztą poziom oświaty u nich w tamtych czasach był bardzo niski, bo w ogromnej większości byli analfabetami.
W tym miejscu należy również zaznaczyć, że określanie tubylców mianem Polaków bywa w większości wypadków nieuzasadnione. Mieszkające na terenach Galicji chłopstwo określało się mianem "tutejszy" nie czując większego związku z polskością ani z inną nacją. Prawo do określania się Polakiem miała jedynie szlachta, natomiast chłop nie używał tego określenia, bo po pierwsze zakazano mu tego, a po drugie sam nie chciał, bo wiedział, że Polak jest tożsamy z panem, co kojarzyło mu się natychmiast z pańszczyzną, czyli niewolą, z której z takim trudem go uwolniono i to niedawno.
Wracamy teraz do tematu kolonizacji józefińskiej, którą w zasadzie zapoczątkowała cesarzowa Maria Teresa, ale kontynuował jej syn cesarz Józef II Habsburg, stąd całej akcji przypisano jego imię. Bardziej dokładnie, jak już było to sygnalizowane, zajmiemy się regionem w dorzeczu Wisły i Sanu. Przybywały tu nawet duże grupy kolonizatorów, i grupy te otrzymywały tereny, na których mogli się budować i zakładać własne gospodarstwa czy też prowadzić działalność usługową typu kowal, młynarz, bednarz itp. Te miejscowości, które budowali kolonizatorzy przybrały pewien styl zabudowy i do dnia dzisiejszego te miejscowości są rozpoznawalne. Przede wszystkim była to zawsze zabudowa wzdłuż drogi biegnącej przez wieś, ponadto budynki mieszkalne i gospodarcze były usadowione w sposób specyficzny, przylegały do siebie, co natychmiast odróżniało je od zagród tutejszych chłopów. Jednak te sprawy, jako drugorzędne pominiemy w naszych dalszych rozważaniach. Tutejsi chłopi wiedzieli, że ci nowi przybywają głównie ze Śląska od Austriaków, więc każdy z nich był pewnie Schlezier. Od tego miejsca, postaram się namalować dalszą część tego nowego obrazu wsi galicyjskiej, ale głównie na podstawie domysłów, jednak domysłów logicznych. Ten Schlezier to dla miejscowych stał się Szlązakiem lub Szlęzakiem. Jeżeli ich było kilku, to można było również ich wieś nazwać Szlązaki lub Szlęzaki i taka wieś autentycznie była i jest do dzisiaj, tyle, że to nazwisko i nazwa tej wsi uległy dalszemu spolszczeniu i dzisiaj nazywa się Ślęzaki. Te nazwiska również w wielu wypadkach uległy takiej zmianie. Co jeszcze w tym wszystkim jest ważne, to to, że w okolicy mieszka wielu ludzi o tym nazwisku i absolutnie nie mają żadnych powiązań rodzinnych. Znane są przypadki, gdzie oboje z nowożeńców, już przed ślubem posiadają to samo nazwisko i brzmi ono dzisiaj w większości wypadków Ślęzak i tylko niekiedy spotyka się Szlęzak. Pamiętam zamianę nazwy tej wsi z Szlęzaki na Ślęzaki, bo z tych okolic pochodził mój ojciec i mama. Wzmianka o tej wsi znajduje się w Słowniku Języka Polskiego, tzw. Słowniku Wileńskim, na stronie 764. Dodać należy jeszcze, że do niedawna obecny polski Śląsk, nazywany był przez miejscowych Szląsk.
W dniu dzisiejszym, poza samą nazwą, nie ma już ani jednego śladu dawnych kolonistów i nikt o nich nie wspomina. Może jedynym znakiem ich pobytu, tu i ówdzie, są te specyficzne ustawienia budynków gospodarskich, bowiem otaczały one kręgiem podwórko, na które były wyjścia ze wszystkich zabudowań, a które z zewnątrz było zupełnie niewidoczne. Być może jeszcze niektóre nazwiska, ale już polskie, mogą przypominać o tamtych czasach, jak na przykład nazwisko Wilk, które mogło pochodzić od niemieckiego Wolf. Równie dobrze mogło być tak, że obecny Brzoza, to niegdysiejszy Birke, lub dzisiejszy Ryś, to niegdysiejszy Luchs, ale to już bardzo daleko idące domysły.
Teraz będzie przykład, ale już prawdziwy, bo ta miejscowość istnieje również do dzisiaj, podobnie jak wspomniane Ślęzaki. Otóż w powiecie mieleckim istnieje wieś Józefów, która jeszcze do 1927 roku nosiła nazwę Josefsdorf. Według spisu z 1900 roku były tam 44 budynki, w których mieszkało 256 osoby, z pośród nich 250 osób było katolikami a 6 osób wyznawcami judaizmu. Co ciekawe, tylko 52 osoby były polskojęzyczne, a 204 osoby były niemieckojęzyczne. Może jeszcze jedna perełka informacyjna z tego terenu, otóż w tej samej okolicy, bo to w Tuszowie Małym, mieszkał wybitny przedstawiciel dawnych osadników niemieckich. Tym potomkiem był Jan Sehn (1909-1965), który potem zasłynął, jako pełnomocnik Ministra Sprawiedliwości do ścigania zbrodniarzy hitlerowskich. Teraz już na koniec informacja z pierwszej ręki, bo z mojej. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku chodziłem do szkoły podstawowej właśnie w Ślęzakach, gdzie kierownikiem szkoły był starszy pan o nazwisku Szmer Izydor - ani nazwisko, ani imię w niczym nie przypominało typowych nazwisk i imion polskich, szczególnie w tamtym regionie. Ludzie podejrzewali, że mógł to być człowiek pochodzenia żydowskiego albo niemieckiego, chociaż niczym takim się nie zdradzał.
Dzisiaj, poza pasjonatami dawnej Galicji, nikt już nie wspomina tamtych czasów galicyjskich, obecni mieszkańcy nie bardzo wiedzą, co to była Galicja. Jedynie niektórzy się dziwią niektórym drobiazgom jak te związki nazwisk z nazwą wsi, ale wytłumaczenia nie szukają. To już bardziej w rejonie Lwowa ludzie wiedzą dużo więcej o Galicji. Tam, nawet konflikt polsko -ukraiński, jego przyczyny i skutki ulegają zapomnieniu, może jedynie politycy dla swoich celów odgrzewają te sprawy. Jak reagują normalni ludzie, widać było po napaści Rosji na Ukrainę, kiedy Polacy ruszyli z pomocą Ukraińcom zapominając o dawnych waśniach. Jednak od razu odezwali się ci, którym to zapomnienie było nie na rękę i natychmiast odnowili pamięć o tych waśniach. Oczywiście, jak to można było się spodziewać byli to głównie politycy. Wydaje się, że dopóki tematem tym i to z obu stron nie zajmą się historycy i to najwyższej klasy, to problem nadal będzie istniał i będą nim zatruwani głównie ci, o marnej znajomości historii i są bardzo podatni jedynie na wieści internetowe.
Idąc dalej tym tropem historycznym, wydaje się słuszną decyzja, że treścią tego mojego opowiadania staną się losy konkretnej rodziny, która swoją narodowość, w czasach przeszłych, czyli jeszcze przed I wojną światową, określała, jako "tutejszy" i prześledźmy proces, który spowodował, że dzisiejsze pokolenie tej rodziny może o sobie mówić, jako o rdzennych Polakach i że można o nich powiedzieć, że mają oni galicyjskie korzenie bez niczyjej obrazy.
Niech to będzie rodzina Błażeja Krupy i jego żony Agaty i wcale nie będziemy dochodzić, czy sto lat wcześniej było to nazwisko Grütze, chociaż raczej nie, bo zabudowa tego nie potwierdza, oni, czyli koloniści budowali inaczej. Podobno z Prus też przybywali osadnicy na podstawie porozumienia między cesarzem CK Austrii oraz królem Prus.
Od dziada, pradziada rodzina ta mieszkała w drewnianym domu z dwoma izbami i komorą, a dach był kryty strzechą. Z prawej strony była stodoła również kryta strzechą a naprzeciw stodoły były stajnie z dachem takim samym jak pozostałe zabudowania. Gospodarstwo to przynależało do wsi Zawady, gdzieś między Tarnobrzegiem a Mielcem, czyli na terenie, na którym niegdyś cesarz Józef II Habsburg osadzał swoich kolonistów. Wielu z nich było już skoligaconych poprzez małżeństwa i wszyscy byli tutejszymi. Również młynarz był tutejszy, chociaż nikt nie znał jego korzeni, jak i nie potrafił powiedzieć, kto ten młyn postawił i kiedy. Że przez młyn przepływała rzeczka, w której żyły ryby i raki a woda była zdatna do picia i jeszcze można było się w niej kąpać. Pierwowzorem głównego bohatera Błażeja Krupy stał się mój pradziadek Józef Pruś. Jednak jest tylko pierwowzorem, a nie jest nim samym. Postanowiłem jednak, że nie będzie to tylko sielankowa historia biednej wsi galicyjskiej, ale historia bardzo mocno wpisana w fakty historyczne i polityczne bardzo trudnego okresu dziejów bo był to okres pierwszej i drugiej wojny światowej.
autor