Prolog
Ajeśli Karol Darwin się pomylił? Jeżeli wszystkie kryzysy, wyobcowanie i utratę wiary, które kojarzymy ze skutkami publikacji dzieła O powstawaniu gatunków[1], wywołał po prostu błąd?
Co by się stało, gdyby ukryta, ale wszechobecna wrogość między nauką a religią w ciągu ostatnich 160 lat była podsycana przez odpowiednik "irackiego dossier"[2]?
Podobnie jak wielu innych, którzy poznali teorię Darwina w szkole, bez sprzeciwu przyjąłem jego hipotezę powstania człowieka. Z perspektywy czasu mógłbym nazwać sposób przyswojenia tej wiedzy pasywnym procesem osmozy. W drugiej połowie XX wieku darwinizm został zaakceptowany jako nieodłączna część mentalnego umeblowania, a nawet modnego myślenia tamtych czasów - do tego stopnia, że kwestionowanie prawdy wypływającej z książki O powstawaniu gatunków wydawałoby się niepoprawne politycznie (i, co gorsza, przestarzałe). Na pewno tak myślałem, skoro pamiętam, że popisywałem się moją (powierzchowną) wiedzą o darwinizmie przed pierwszą dziewczyną, absolutnie przekonany, że moich słów nie da się zakwestionować.
Żeby było jasne: czasami uderzało mnie, że dzieło O powstawaniu gatunków zawiera pewne dziwne i nieintuicyjne idee, ale wmawiałem sobie, że przecież współczesna nauka jest często sprzeczna z intuicją[3] (pamiętając chociażby o niejasnościach, jakie pojawiły się w wyniku ostatnich postępów w teorii kwantowej) i nie zastanawiałem się dłużej nad tą kwestią. A ponieważ społeczność naukowa fetowała Darwina przez ponad półtora wieku, uznałem, że to wszystko zapewne moje urojenia noszące znamiona jakiejś ortodoksji. Byłem przekonany, że wszelki sprzeciw wobec teorii ewolucji mogli wyrażać jedynie biblijni fundamentaliści oraz kreacjoniści młodej Ziemi.
To przekonanie zachwiało się, gdy ostatnimi czasy poznałem nieco trudniejsze do zlekceważenia krytyczne głosy niektórych współczesnych Darwinowi przyrodników. Owe publikacje uświadomiły mi, że wielka historia ewolucji drogą doboru naturalnego może być po prostu mitem stworzenia, który jest w stanie sprostać oczekiwaniom współczesności. Uznałem więc za niemożliwe zignorowanie tego sporu jako "czysto akademickiego", ponieważ jeśli kiedykolwiek jakikolwiek temat niósł ze sobą tak poważne, a często problematyczne implikacje dla ogółu ludzkości, jest nim właśnie teoria ewolucji.
Każdy spór dotyczący Darwina z konieczności wywołuje daleko idące konsekwencje wykraczające poza cechy nauk biologicznych. Niewielu jest w stanie wykrzesać z siebie taki spokój, jaki okazywał Charles James Fox Bunbury (szwagier dziewiętnastowiecznego geologa sir Charlesa Lyella), który przekonanie o pochodzeniu człowieka od meduzy uznawał za upokarzające. Stwierdził on, że "właściwie nie ma to większego znaczenia"[4]. Mało kto też zdobywa się na tak bezcenną reakcję, jak niejaki doktor Johnson, który na pogląd pewnego ekscentrycznego szlachcica Jamesa Burnetta, lorda Monboddo, że człowiek może pochodzić od małpy, odpowiedział: "Domysły dotyczące rzeczy użytecznych są dobre, ale domysły, dotyczące wiedzy bezużytecznej, na przykład, czy ludzie chodzili na czworakach, są daremne"[5].
Większość naszych wiktoriańskich przodków z pewnością nie była gotowa na filozoficzne podejście do teorii ewolucji człowieka, która nagle umiejscowiła ich w "mechanistycznym świecie bez mechanika" - by posłużyć się frazą użytą przez Noela Annana w jego biografii sir Leslie Stephena (o którym mówi się, że stracił wiarę po przeczytaniu dzieła Darwina)[6]. To poczucie oderwania się od niegdysiejszych zapewnień wiary chrześcijańskiej stało w bolesnej sprzeczności z paradygmatem Kosmosu kierowanego Opatrznością, który panował w ciągu wieków do 1859 roku.
Ponadto, kiedy 12 lat po opublikowaniu pracy O powstawaniu gatunków Darwin oddał swoje słynne partyjskie strzały w dziele O pochodzeniu człowieka[7], pisząc o pokrewieństwie rodzaju ludzkiego z małpimi przodkami, strącił tym samym z piedestału nasz gatunek, "niewiele mniejszy od aniołów"[8], sprawił, że zajęliśmy znacznie niższe miejsce w porządku świata. Degradację tę później zaostrzyły wnioski Zygmunta Freuda o "hominidalnej" naturze naszych podświadomych umysłów.
Uderzyło mnie, że jeśli grupa uznanych wykładowców akademickich i innych odpowiedzialnych naukowców nie mogłaby dłużej popierać twierdzeń, na których opierają się te druzgocące wnioski i z których obecnie wyrasta światopogląd większości Zachodu, to z pewnością doszłoby do jakiegoś kryzysu egzystencjalnego. Ta niepokojąca możliwość skłoniła mnie do samodzielnego zbadania sporu między frakcjami opowiadającymi się za Darwinem i przeciw niemu. Nie zamierzam przepraszać za próbę zmierzenia się z tematem, do którego nie mam formalnych kwalifikacji, ponieważ moje badania doprowadziły mnie do przekonania, że jest on zbyt uniwersalny, aby pozostawić go całkowicie w rękach specjalistów. A część z nich wykazuje alarmujący stopień uprzedzeń i uparcie obstaje przy swoich poglądach, co nie sprzyja beznamiętnemu przesiewaniu naukowych danych.
Niewielu podejmujących ten temat może twierdzić, że znajduje się w legendarnym archimedesowym punkcie "widzenia rzeczy wyraźnie i w całości", a i ja nie użyłbym tej hiperboli. Jednakże, biorąc pod uwagę przerażająco sekciarski charakter wielu debat na temat teorii ewolucji, uważam, że muszę na początku zaznaczyć, iż od dawna jestem nieteistą i mogę zapewnić, że krytykę oprę wyłącznie na racjonalnych kryteriach i zasadach.
Książka ta ma następującą strukturę. W pierwszym rozdziale opisuję, jak Karol Darwin i Alfred Russel Wallace sformułowali teorię ewolucji poprzez dobór naturalny.
Drugi rozdział dotyczy intelektualnej drogi Darwina od lat chłopięcych do dojrzałości, a także odbioru książki O powstawaniu gatunków przez brytyjskich czytelników, niebędących specjalistami w tej dziedzinie, od razu po publikacji.
W trzecim rozdziale zwracam uwagę na najbardziej krytyczne dziewiętnastowieczne recenzje i odbiór dzieła O powstawaniu gatunków, zanim jeszcze Darwin stał się szanowanym mędrcem. Szczerość tych wczesnych reakcji dodaje wyrazistości głosom sprzeciwu wobec darwinizmu, które w ostatnich dziesięcioleciach przybrały na sile. Omówiłem tu również nowsze odpowiedzi, wraz z mnóstwem danych kopalnych zebranych w celu poparcia twierdzeń Darwina (zupełnie nieistotnych, a czasem wręcz sfałszowanych). Następnie przyjrzę się nieodłącznej towarzyszce książki O powstawaniu gatunków Darwina, a mianowicie pracy O pochodzeniu człowieka.
W rozdziale czwartym omawiam kosmologiczne odkrycia ostatniego półwiecza, pozwalające wytłumaczyć, w jaki sposób na Ziemi powstała unikalna biosfera, która umożliwiła ewolucję roślin, zwierząt oraz ludzi. Następnie wyjaśniam, a w niektórych przypadkach demaskuję, często nieuznawane religijne lub antyreligijne postawy, od ponad półtora wieku utrudniające takie odkrycia.
W rozdziale piątym zajmuję się tym, czego możemy, a czego nie możemy oczekiwać od metod naukowych w kwestii nieustannego dążenia do ujawnienia tajemnic życia. Przede wszystkim sugeruję, że nierealistyczne oczekiwania doprowadziły do wątpliwych wniosków, i wystosowuję otwarte zaproszenie do specjalistów, ażeby ponownie ocenili całe zagadnienie doboru naturalnego jako ścieżki ewolucyjnej.
Ostatni rozdział to synteza wątków z poprzednich rozdziałów. Zamykam książkę kilkoma refleksjami nad tym, w jaki sposób badanie teorii ewolucji i pisanie o tym doprowadziło mnie do zmiany punktu widzenia, zwłaszcza tam, gdzie przecinają się nauka i religia. Po rozdziale szóstym zamieściłem krótki epilog.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki