Pożegnanie z bronią - Ernest Hemingway

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5

Na­stęp­nego po­po­łu­dnia znów wy­bra­łem się do panny Bar­kley. Nie za­sta­łem jej w ogro­dzie, więc pod­sze­dłem do bocz­nych drzwi willi, tam gdzie pod­jeż­dżały am­bu­lansy. We­wnątrz spo­tka­łem prze­ło­żoną sa­ni­ta­riu­szek, która po­wie­działa mi, że panna Bar­kley jest na służ­bie.

- Pa­mięta pan, że trwa wojna?

Za­pew­ni­łem ją, że pa­mię­tam.

- Czy to pan jest tym Ame­ry­ka­ni­nem, który służy we wło­skiej ar­mii? - za­py­tała.

- Ow­szem, ja.

- Jak to się stało? Czemu nie za­cią­gnął się pan do nas?

- Nie wiem. A jesz­cze można?

- Oba­wiam się, że nie. Ale pro­szę po­wie­dzieć, czemu się pan przy­łą­czył do Wło­chów?

- By­łem aku­rat we Wło­szech. No i mó­wię po wło­sku.

- O - po­wie­działa. - A ja się wła­śnie uczę. To bar­dzo piękny ję­zyk.

- Po­dobno można go opa­no­wać w dwa ty­go­dnie.

- Na pewno nie w dwa ty­go­dnie. Ja się uczę od mie­sięcy. Jak pan chce, może ją pan od­wie­dzić po siód­mej. Bę­dzie już wtedy wolna. Byle nam pan tu nie spro­wa­dził ca­łej gro­mady Wło­chów.

- Na­wet dla ich pięk­nego ję­zyka?

- Na­wet dla ich pięk­nych mun­du­rów.

- Do wi­dze­nia - po­wie­dzia­łem.

- A ri­ve­derci[10], te­nente.

- A ri­ve­derla[11].

Za­sa­lu­to­wa­łem i wy­sze­dłem. Nie umia­łem sa­lu­to­wać cu­dzo­ziem­com na wło­ski spo­sób bez uczu­cia za­że­no­wa­nia. Za­wsze mia­łem wra­że­nie, że wło­ski sa­lut nie na­daje się na eks­port.

Dzień był upalny. Wcze­śniej po­je­cha­łem w górę rzeki, do przy­czółku koło Plavy. Tam się miała za­cząć ofen­sywa. W ze­szłym roku nie można się było po­su­nąć na­przód z dru­giej strony, bo z prze­łę­czy do mo­stu pon­to­no­wego pro­wa­dziła tylko jedna droga, przez pół­tora ki­lo­me­tra pod ostrza­łem broni ma­szy­no­wej i ar­ty­le­rii. Do tego nie była dość sze­roka, żeby się nią prze­do­stać ze sprzę­tem, i Au­striacy mo­gliby go roz­wa­lić w drza­zgi. Ale Włosi się prze­pra­wili i roz­sta­wili nieco da­lej, zaj­mu­jąc mniej wię­cej pół­to­ra­ki­lo­me­trowy od­ci­nek po au­striac­kiej stro­nie rzeki. Miej­sce było pa­skudne i Au­striacy nie po­winni byli na to po­zwo­lić. Pew­nie był to wy­nik obu­stron­nej to­le­ran­cji, bo to oni za­trzy­mali przy­czó­łek w dole rzeki. Ich okopy znaj­do­wały się po­wy­żej, na zbo­czu, za­le­d­wie kilka me­trów od li­nii wło­skich. Kie­dyś było tam mia­steczko, ale te­raz le­żało w gru­zach. Zo­stały tylko resztki sta­cji ko­le­jo­wej i po­gru­cho­tany most, nie do na­pra­wie­nia, bo był na wi­doku.

Po­je­cha­łem wą­ską drogą w stronę rzeki, zo­sta­wi­łem sa­mo­chód w punk­cie opa­trun­ko­wym pod wzgó­rzem, prze­sze­dłem przez most pon­to­nowy osło­nięty grzbie­tem gór­skim i zsze­dłem do oko­pów cią­gną­cych się przez zruj­no­wane mia­steczko i da­lej, wzdłuż skraju zbo­cza. Wszy­scy sie­dzieli w zie­mian­kach. Na sto­ja­kach cze­kały ra­kiety słu­żące do wzy­wa­nia ar­ty­le­rii lub do sy­gna­li­za­cji, w ra­zie gdyby prze­cięto li­nie te­le­fo­niczne. Było ci­cho, go­rąco i brudno. Spoj­rza­łem przez za­sieki z drutu na li­nie au­striac­kie. W za­sięgu wzroku nie było ni­kogo. W jed­nej z zie­mia­nek na­pi­łem się ze zna­jo­mym ka­pi­ta­nem i wró­ci­łem przez most.

Koń­czyła się wła­śnie bu­dowa no­wej, sze­ro­kiej drogi, bie­gną­cej przez górę i zyg­za­kiem do mo­stu. Po jej ukoń­cze­niu miała ru­szyć ofen­sywa. Droga scho­dziła przez las se­rią ostrych za­krę­tów. Plan był taki, by wo­zić nią sprzęt, a pu­ste cię­ża­rówki, wozy konne, za­peł­nione am­bu­lansy i cały ruch po­wrotny pusz­czać starą, wą­ską drogą. Punkt opa­trun­kowy był po au­striac­kiej stro­nie rzeki, u stóp wzgó­rza, i no­szowi mieli dźwi­gać ran­nych przez most pon­to­nowy. Tak samo by to wy­glą­dało po roz­po­czę­ciu ofen­sywy. O ile się mo­głem zo­rien­to­wać, ostat­nie pół­tora ki­lo­me­tra drogi, tam gdzie ro­biła się pła­ska, zna­la­złoby się pod re­gu­lar­nym ostrza­łem Au­stria­ków. Wy­glą­dało na to, że mo­gli tu urzą­dzić nie­złą jatkę. Udało mi się jed­nak zna­leźć miej­sce, w któ­rym sa­mo­chody mo­głyby się schro­nić za tym ostat­nim groź­nym od­cin­kiem i po­cze­kać, aż prze­niosą ran­nych przez most pon­to­nowy. Chęt­nie prze­je­chał­bym się nową drogą, ale była jesz­cze nie­skoń­czona. Wy­glą­dała na sze­roką i po­rządną, z do­brym na­chy­le­niem, a wi­doczne w prze­świ­tach lasu za­kręty ro­biły spore wra­że­nie. Sa­mo­chody miały dość do­bre ha­mulce, żeby dać im radę, a zresztą z góry zjeż­dża­łyby prze­cież nie­ob­cią­żone. Ru­szy­łem z po­wro­tem wą­ską drogą.

Dwóch ka­ra­bi­nie­rów za­trzy­mało sa­mo­chód. Na drogę spadł po­cisk, a kiedy cze­ka­li­śmy, spa­dły jesz­cze trzy na­stępne. To były sie­dem­dzie­siątki sió­demki, nad­le­ciały ze świsz­czą­cym pę­dem po­wie­trza, eks­plo­do­wały ja­snym bły­skiem, po czym drogę za­snuł szary dym. Ka­ra­bi­nie­rzy mach­nęli na znak, że mamy je­chać. Mi­ja­jąc miej­sce, w któ­rym wy­lą­do­wały po­ci­ski, uwa­ża­łem na pęk­nię­cia i czu­łem smród ma­te­riału wy­bu­cho­wego, woń ro­ze­rwa­nej gliny i skały, i po­kru­szo­nego krze­mie­nia. Wró­ci­łem do Go­ry­cji i na­szej willi, po czym, jak już wspo­mnia­łem, po­sze­dłem od­wie­dzić pannę Bar­kley, która wła­śnie była na służ­bie.

W sto­łówce ja­dłem bar­dzo szybko, a po ko­la­cji ru­szy­łem do willi, w któ­rej mie­ścił się bry­tyj­ski szpi­tal. To była duża, piękna willa oto­czona wspa­nia­łymi drze­wami. Panna Bar­kley sie­działa na ławce w ogro­dzie. Była z nią panna Fer­gu­son. Chyba się ucie­szyły, że mnie wi­dzą. Po nie­dłu­giej chwili panna Fer­gu­son prze­pro­siła i so­bie po­szła.

- Zo­sta­wię was - po­wie­działa. - Świet­nie się beze mnie do­ga­du­je­cie.

- Nie idź, He­len - po­pro­siła panna Bar­kley.

- Na­prawdę wo­la­ła­bym pójść. Mam do na­pi­sa­nia kilka li­stów.

- Do­bra­noc - po­wie­dzia­łem.

- Do­bra­noc, pa­nie Henry.

- Tylko niech pani nie drażni cen­zora.

- Bez obaw. Pi­szę je­dy­nie o tym, jak tu pięk­nie i jacy dzielni są Włosi.

- Za coś ta­kiego jesz­cze da­dzą pani me­dal.

- By­łoby miło. Do­bra­noc, Ca­the­rine.

- Do zo­ba­cze­nia nie­długo - po­wie­działa panna Bar­kley.

Panna Fer­gu­son znik­nęła w ciem­no­ściach.

- Miła osoba - stwier­dzi­łem.

- O tak, bar­dzo. Jest sa­ni­ta­riuszką.

- A pani nie?

- Nie, nie. Ja je­stem ochot­niczką, czyli VAD[12]. Pra­cu­jemy ciężko, ale nikt nam nie ufa.

- Dla­czego?

- Nie ufają nam, póki nic się nie dzieje. Jak się robi go­rąco, wtedy tak.

- Ale czym się róż­ni­cie?

- Sa­ni­ta­riuszka jest jak le­karz. Trzeba dużo czasu, żeby nią zo­stać. A od­działy ochot­ni­cze to droga na skróty.

- Ro­zu­miem.

- Włosi nie chcieli ko­biet tak bli­sko frontu. Więc mu­simy się tu bar­dzo pil­no­wać. Nie wy­cho­dzimy do mia­sta.

- Ale ja mogę przy­cho­dzić tu­taj.

- Oczy­wi­ście. To nie klasz­tor.

- Zo­stawmy już wojnę.

- Trudna sprawa. Nie ma gdzie jej zo­sta­wić.

- Mimo to ją zo­stawmy.

- W po­rządku.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie w ciem­no­ści. Po­my­śla­łem, że jest bar­dzo piękna, i wzią­łem ją za rękę. Po­zwo­liła mi, więc ją przy­trzy­ma­łem, a po­tem ob­ją­łem wpół.

- Nie - po­wie­działa.

Nie cof­ną­łem się.

- Dla­czego?

- Nie.

- Tak - po­wie­dzia­łem. - Pro­szę.

Na­chy­li­łem się, żeby ją po­ca­ło­wać, gdy na­gle coś trza­snęło i za­pie­kło. Ude­rzyła mnie mocno w twarz. Tra­fiła w nos i oczy, aż za­raz na­peł­niły się łzami.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa.

Po­czu­łem, że mam pewną prze­wagę.

- Słusz­nie pani zro­biła.

- Na­prawdę okrop­nie mi przy­kro. Po pro­stu nie mo­głam znieść my­śli, że ktoś mnie weź­mie za ty­pową pie­lę­gnia­reczkę po go­dzi­nach. Nie chcia­łam za­dać panu bólu. Boli pana, prawda?

Pa­trzyła na mnie w pół­mroku. By­łem zły, ale jed­no­cze­śnie pewny sie­bie i prze­wi­dy­wa­łem każdy ruch jak w par­tii sza­chów.

- Bar­dzo do­brze pani zro­biła - po­wtó­rzy­łem. - Wcale nie mam żalu.

- Bie­da­czek.

- Wi­dzi pani, ostat­nio moje ży­cie ja­koś stoi na gło­wie. Na do­da­tek w ogóle nie roz­ma­wiam po an­giel­sku. A pani jest taka piękna. - Po­pa­trzy­łem na nią.

- Nie­po­trzeb­nie pan gada ta­kie bzdury. Po­wie­dzia­łam, że mi przy­kro. Wszystko jest w po­rządku.

- Tak. I nie mó­wimy o woj­nie.

Ro­ze­śmiała się. Po raz pierw­szy usły­sza­łem jej śmiech. Pa­trzy­łem na nią z bli­ska.

- Jest pan uro­czy - po­wie­działa.

- Nie­prawda.

- Prawda. Ko­chany z pana chło­pak. Chęt­nie bym pana po­ca­ło­wała, je­śli można.

Spoj­rza­łem jej w oczy i ob­ją­łem ją jak wcze­śniej, a po­tem za­czą­łem ca­ło­wać. Ca­ło­wa­łem ją mocno, przy­ci­ska­jąc do sie­bie, usi­łu­jąc roz­chy­lić jej wargi - były szczel­nie za­mknięte. Na­dal by­łem zły, a ona na­gle za­drżała w mo­ich ob­ję­ciach. Przy­cią­gną­łem ją moc­niej do sie­bie, czu­łem, jak bije jej serce, za­ci­śnięte wargi ustą­piły, aż na­gle cof­nęła głowę i już chwilę póź­niej pła­kała na moim ra­mie­niu.

- Ko­chany. Bę­dziesz dla mnie do­bry, prawda?

Co mi tam, po­my­śla­łem. Po­gła­ska­łem ją po wło­sach i po­kle­pa­łem po ra­mie­niu. Pła­kała da­lej.

- Bę­dziesz do­bry, prawda? - Po­pa­trzyła na mnie. - Bo bę­dziemy mieli dziwne ży­cie.

Nie­długo póź­niej od­pro­wa­dzi­łem ją do willi, a gdy we­szła do środka, wró­ci­łem do domu. Po­sze­dłem na górę, do sy­pialni. Ri­naldi le­żał na łóżku. Spoj­rzał na mnie.

- Ro­bisz po­stępy z panną Bar­kley?

- Je­ste­śmy przy­ja­ciółmi.

- Masz tę przy­jemną aurę na­grza­nego psa.

Nie zro­zu­mia­łem.

- Aurę czego?

Wy­tłu­ma­czył mi.

- A ty masz aurę psa, który...

- Dość. Bo za­czniemy się ob­ra­żać - po­wie­dział z uśmie­chem.

- Do­bra­noc - po­wie­dzia­łem.

- Do­bra­noc, szcze­niątko.

Rzu­ci­łem po­duszką w jego świecę i po ciemku po­ło­ży­łem się do łóżka.

Ri­naldi pod­niósł świecę, za­pa­lił ją i znów się za­brał do czy­ta­nia.

3

Kiedy wró­ci­łem na front, kwa­te­ro­wa­li­śmy na­dal w tym sa­mym mia­steczku. W oko­licy roz­sta­wiono wię­cej dział i przy­szła wio­sna. Pola były zie­lone, na wi­no­ro­ślach po­ja­wiły się drobne pędy, a na drze­wach wzdłuż drogi młode listki, i czuć było bryzę od mo­rza. Pa­trzy­łem na mia­sto, wzgó­rza i wtu­lony w nie stary za­mek, i bru­natne góry w od­dali, po­ro­śnięte rzadką zie­le­nią. W mie­ście stało wię­cej ar­mat, było kilka no­wych szpi­tali, na uli­cach wi­dy­wało się Bry­tyj­czy­ków, a cza­sem i Bry­tyjki, oraz przy­było do­mów znisz­czo­nych przez ogień ar­ty­le­ryj­ski. Było cie­pło i wio­sen­nie, sze­dłem za­drze­wioną aleją wzdłuż na­grza­nego słoń­cem muru, by się prze­ko­nać, że wciąż miesz­kamy tam, gdzie kie­dyś, a dom wy­gląda tak, jak przed moim wy­jaz­dem. Drzwi były otwarte, na ławce w słońcu sie­dział ja­kiś żoł­nierz, przy bocz­nym wej­ściu cze­kał am­bu­lans, a wszedł­szy do środka, po­czu­łem za­pach mar­mu­ro­wej po­sadzki i szpi­tala. Wszystko tak, jak przed moim wy­jaz­dem, tyle że była wio­sna. W du­żym po­koju zo­ba­czy­łem ma­jora przy biurku i otwarte okno, przez które wpa­dało słońce. Ma­jor mnie nie spo­strzegł, a ja roz­wa­ża­łem, czy się za­mel­do­wać, czy pójść naj­pierw na górę i do­pro­wa­dzić się do po­rządku. Po­sta­no­wi­łem iść na górę.

Po­kój, który dzie­li­łem z po­rucz­ni­kiem Ri­nal­dim, wy­cho­dził na dzie­dzi­niec. Okno było otwarte, łóżko przy­kryte ko­cem, a na kołku wi­siały moje rze­czy: ma­ska ga­zowa w po­dłuż­nej bla­sza­nej puszce i sta­lowy hełm. W no­gach łóżka stał ku­fer, na ku­frze zi­mowe buty, skó­rzane, na­tłusz­czone do po­ły­sku. Nad oby­dwoma łóż­kami wi­siał au­striacki ka­ra­bin wy­bo­rowy z gra­na­tową ośmio­kątną lufą i piękną kolbą z ciem­nego orze­cha, do­pa­so­waną kształ­tem do po­liczka. Przy­po­mnia­łem so­bie, że lu­neta jest w za­mknię­tym ku­frze. Po­rucz­nik Ri­naldi spał. Usły­szaw­szy mnie, obu­dził się i usiadł.

- Ciaou![8] - za­wo­łał. - Jak było?

- Wspa­niale.

Uści­snę­li­śmy so­bie dło­nie, a on ob­jął mnie za szyję i po­ca­ło­wał.

- Oj, no... - stęk­ną­łem.

- Ależ je­steś brudny. Le­piej idź się umyć - po­wie­dział. - Gdzie by­łeś i co ro­bi­łeś? Opo­wia­daj za­raz.

- Wszę­dzie. W Me­dio­la­nie, Flo­ren­cji, Ne­apolu, Villa San Gio­vanni, Me­sy­nie, Tao­r­mi­nie...

- Ga­dasz, jak­byś czy­tał roz­kład jazdy. Mia­łeś ja­kieś piękne przy­gody?

- Ow­szem.

- A gdzie?

- W Me­dio­la­nie, Flo­ren­cji, Rzy­mie, Ne­apolu...

- Star­czy. Po­wiedz ra­czej, która była naj­lep­sza.

- Ta w Me­dio­la­nie.

- To dla­tego, że pierw­sza. Gdzie ją po­zna­łeś? W Co­vie? Do­kąd po­szli­ście? Jak było? Opo­wia­daj. Zo­sta­łeś do rana?

- Tak.

- E, to nic. My tu te­raz mamy praw­dziwe pięk­no­ści. Nowe dziew­czyny, pierw­szy raz na fron­cie.

- Cu­dow­nie.

- Nie wie­rzysz? Po po­łu­dniu pój­dziemy zo­ba­czyć. A w mie­ście są piękne An­gielki. Ja się obec­nie ko­cham w pan­nie Bar­kley. We­zmę cię do niej w od­wie­dziny. Pew­nie się z nią oże­nię.

- Mu­szę się umyć i za­mel­do­wać. Czy tu­taj nikt nie pra­cuje?

- Od two­jego wy­jazdu tra­fiają nam się głów­nie lżej­sze i cięż­sze od­mro­że­nia, żół­taczka, try­per, sa­mo­oka­le­cze­nia, za­pa­le­nia płuc oraz mięk­kie i twarde szan­kry. Raz na ty­dzień ktoś do­staje odłam­kiem skały. Jest też paru na­prawdę ran­nych. W przy­szłym ty­go­dniu za­czyna się znów wojna. W każ­dym ra­zie to moż­liwe. Tak mó­wią. My­ślisz, że po­wi­nie­nem się oże­nić z panną Bar­kley, oczy­wi­ście jak się wojna skoń­czy?

- Ko­niecz­nie - od­par­łem i na­la­łem wody do mied­nicy.

- Wie­czo­rem mi wszystko opo­wiesz - rzekł Ri­naldi. - Te­raz idę spać da­lej, bo mu­szę być piękny i świeży dla panny Bar­kley.

Zdją­łem kurtkę i ko­szulę i umy­łem się w zim­nej wo­dzie w mied­nicy. Wy­cie­ra­jąc się, omio­tłem wzro­kiem po­kój, wi­dok za oknem i Ri­nal­diego, le­żą­cego na łóżku z za­mknię­tymi oczami. Był przy­stojny, w moim wieku i po­cho­dził z Amalfi. Ko­chał pracę chi­rurga, był moim przy­ja­cie­lem. Na­gle otwo­rzył oczy.

- Masz ja­kieś pie­nią­dze?

- Mam.

- Po­życz pięć­dzie­siąt li­rów.

Wy­tar­łem ręce i wy­ją­łem port­fel z wi­szą­cej na ścia­nie kurtki od mun­duru. Nie pod­no­sząc się z łóżka, Ri­naldi wziął bank­not, zło­żył go i wsu­nął do kie­szeni spodni. Uśmiech­nął się.

- Mu­szę zro­bić na pan­nie Bar­kley wra­że­nie czło­wieka ma­jęt­nego. A ty je­steś moim naj­wspa­nial­szym przy­ja­cie­lem oraz me­ce­na­sem.

- Idź do dia­bła - po­wie­dzia­łem.

Tego wie­czoru w sto­łówce usia­dłem obok ka­pe­lana, za­wie­dzio­nego i nie wie­dzieć czemu ura­żo­nego tym, że nie od­wie­dzi­łem Abru­zji. Spe­cjal­nie na­pi­sał w tej spra­wie do ojca, wszy­scy spo­dzie­wali się mo­jej wi­zyty. Było mi rów­nie przy­kro jak jemu i sam nie ro­zu­mia­łem, czemu ich nie od­wie­dzi­łem. Chcia­łem to prze­cież zro­bić, pró­bo­wa­łem mu więc tłu­ma­czyć, że tak po pro­stu wy­szło, aż w końcu uwie­rzył i zro­zu­miał, i już pra­wie było mię­dzy nami do­brze. Wy­pi­łem sporo wina, po­tem kawę i stregę, i z tym wi­nem szu­mią­cym w gło­wie tłu­ma­czy­łem mu, jak to jest, że choć pra­gniemy coś zro­bić, to tego nie ro­bimy; że ni­gdy się nie udaje.

Po­zo­stali o coś się kłó­cili, a my roz­ma­wia­li­śmy. Chcia­łem po­je­chać do Abru­zji. Nie po­je­cha­łem tam ani ni­g­dzie in­dziej, gdzie drogi są za­mar­z­nięte i twarde jak że­lazo, po­wie­trze czy­ste, zimne i su­che, śnieg su­chy i sypki, a na śniegu ślady za­jęcy, gdzie chłopi ścią­gają czapki i mó­wią ci "ja­śnie pa­nie", i gdzie świet­nie się po­luje. Nie po­je­cha­łem w żadne ta­kie miej­sce, lecz tam, gdzie dym i ka­wiar­nie i nocą po­kój wi­ruje i mu­sisz spoj­rzeć w ścianę żeby go za­trzy­mać, pi­jane noce w łóżku kiedy wiesz że nie ma nic wię­cej i to dziwne pod­nie­ce­nie gdy się bu­dzisz nie wie­dząc kto leży obok, a świat jest tak nie­rze­czy­wi­sty po­grą­żony w ciem­no­ści i tak eks­cy­tu­jący że na po­wrót rzu­casz się w noc, i znów nie wiesz nic i o nic nie dbasz, pewny że prócz tego nie ma nic, nic a nic, i nic cię nie ob­cho­dzi. I na­gle cię za­czyna ob­cho­dzić za­sy­piasz i cza­sem bu­dzisz się z tym rano i to wszystko co było, tego już nie ma, i wszystko jest ostre twarde wy­raźne i cza­sem trzeba kłó­cić się o cenę. A cza­sami wciąż jest miło i czule i cie­pło i jest śnia­da­nie i obiad. Albo czar pry­ska i z ulgą wy­cho­dzisz na ulicę, ale za­wsze jest ko­lejny dzień, a po­tem noc. Pró­bo­wa­łem opo­wie­dzieć o tych no­cach i o róż­nicy mię­dzy dniem a nocą, i o tym, że noc jest lep­sza, chyba że dzień jest czy­sty i chłodny, i nie umia­łem tego opo­wie­dzieć, tak jak te­raz nie umiem. Ale ktoś, kto to prze­żył, wie. On tego nie prze­żył, lecz ro­zu­miał, że na­prawdę chcia­łem je­chać do Abru­zji, choć nie po­je­cha­łem, i wciąż by­li­śmy przy­ja­ciółmi, któ­rych łą­czyło wiele wspól­nych upodo­bań, ale dzie­liła ta róż­nica. On za­wsze wie­dział to, czego ja nie wie­dzia­łem, a na­wet je­śli wie­dzia­łem, za­wsze po­tra­fi­łem za­po­mnieć. Ale wtedy nie by­łem tego świa­dom, cho­ciaż póź­niej to do mnie do­tarło. Tym­cza­sem sie­dzie­li­śmy wszy­scy ra­zem w sto­łówce, po­si­łek do­biegł końca, a kłót­nia trwała da­lej. My dwaj prze­rwa­li­śmy roz­mowę, a ka­pi­tan za­wo­łał:

- Ksiądz smutny! Bo nie ma dziew­czyn.

- Ależ je­stem we­soły - po­wie­dział ka­pe­lan.

- Ksiądz smutny. Ksiądz by chciał, żeby Au­stria wy­grała wojnę - oznaj­mił ka­pi­tan.

Po­zo­stali słu­chali. Ka­pe­lan po­krę­cił głową.

- Nie - po­wie­dział.

- Ksiądz by chciał, że­by­śmy nie ata­ko­wali? Nie chce ksiądz cza­sem, że­by­śmy nie ata­ko­wali?

- Nie. Skoro jest wojna, to mu­simy ata­ko­wać, tak są­dzę.

- Mu­simy! I tak zro­bimy!

Ka­pe­lan po­ki­wał głową.

- Zo­staw go, on jest w po­rządku - po­wie­dział ma­jor.

- I tak nic by nie wskó­rał - rzekł ka­pi­tan.

Wszy­scy wsta­li­śmy i ode­szli­śmy od stołu.

4

Na­stęp­nego ranka obu­dził mnie gwar ba­te­rii w są­sied­nim ogro­dzie; zo­ba­czy­łem, że przez okno wpada słońce, i wsta­łem. Wyj­rza­łem na ze­wnątrz. Żwi­rowe ścieżki były wil­gotne, a trawa mo­kra od rosy. Działa wy­pa­liły dwa razy i za każ­dym wy­strza­łem ude­rzył we mnie po­dmuch, który za­trząsł oknem i roz­wiał mi poły pi­żamy. Nie wi­dzia­łem ar­mat, ale naj­wy­raź­niej strze­lały bez­po­śred­nio nad nami. De­ner­wo­wało mnie, że tam stoją, ale też cie­szy­łem się, że nie są więk­sze. Pa­trzy­łem na ogród, gdy na­gle z ulicy do­biegł ha­łas od­pa­la­nego sil­nika. Ubra­łem się, zsze­dłem do kuchni, na­pi­łem się kawy i wy­sze­dłem do ga­rażu.

Pod długą wiatą stało w sze­regu dzie­sięć sa­mo­cho­dów. Były to ma­sywne, tę­po­nose am­bu­lansy, po­ma­lo­wane na szaro, kształ­tem przy­po­mi­na­jące wozy me­blowe. Przy jesz­cze jed­nym, sto­ją­cym na po­dwó­rzu, pra­co­wali aku­rat me­cha­nicy. Trzy inne były w gó­rach, w punk­tach opa­trun­ko­wych.

- Strzela ktoś w ogóle cza­sem do tam­tej ba­te­rii? - za­py­ta­łem jed­nego z me­cha­ni­ków.

- Nie, si­gnor te­nente. Osła­nia ją tam­ten pa­gó­rek.

- A jak leci?

- Nie naj­go­rzej. Ta tu­taj ma­szyna jest do ni­czego, ale reszta na cho­dzie. - Ode­rwał się od pracy i uśmiech­nął. - Był pan na urlo­pie?

- By­łem.

Wy­tarł ręce w swe­ter i wy­szcze­rzył się jesz­cze bar­dziej.

- Do­brze się pan ba­wił?

Po­zo­stali też się uśmiech­nęli.

- Cał­kiem nie­źle - od­par­łem. - Co z tą ma­szyną?

- To już kupa złomu. Wiecz­nie coś w niej siada.

- A te­raz?

- Po­trzebne są nowe pier­ście­nie.

Zo­sta­wi­łem ich nad sa­mo­cho­dem, który wy­glą­dał ża­ło­śnie i pu­sto z otwartą ma­ską i czę­ściami roz­ło­żo­nymi na stole warsz­ta­to­wym, wsze­dłem pod wiatę i obej­rza­łem ko­lejno po­zo­stałe wozy. Były względ­nie czy­ste - kilka świeżo po my­ciu, kilka przy­ku­rzo­nych. Uważ­nie przyj­rza­łem się opo­nom, szu­ka­jąc roz­cięć i wgnie­ceń po ka­mie­niach. Zda­wało się, że wszyst­kie są w do­brym sta­nie. Naj­wy­raź­niej to, czy je­stem na miej­scu i wszyst­kiego do­glą­dam, nie miało zna­cze­nia. Do­tąd wy­obra­ża­łem so­bie, że stan sa­mo­cho­dów, po­zy­ski­wa­nie czę­ści, sprawny prze­bieg trans­portu ran­nych i cho­rych z punk­tów opa­trun­ko­wych, zwo­że­nie ich z gór i roz­sy­ła­nie do przy­pi­sa­nych im w pa­pie­rach szpi­tali, że to wszystko w znacz­nym stop­niu za­leży ode mnie. Wy­glą­dało jed­nak na to, że moja obec­ność nie jest szcze­gól­nie istotna.

- Mie­li­ście kło­pot ze zdo­by­ciem czę­ści? - za­py­ta­łem sier­żanta me­cha­nika.

- Nie, si­gnor te­nente.

- Gdzie jest te­raz skład pa­liwa?

- Tam gdzie za­wsze.

- Do­brze - po­wie­dzia­łem, wró­ci­łem do domu i w sto­łówce wy­pi­łem jesz­cze je­den ku­bek kawy. Była bura i słodka od skon­den­so­wa­nego mleka.

Na ze­wnątrz był piękny wio­senny po­ra­nek. Zro­biło mi się su­cho w no­sie, co zwia­sto­wało upał. Tego dnia od­wie­dzi­łem po­ste­runki w gó­rach i wró­ci­łem do mia­sta póź­nym po­po­łu­dniem.

Zda­wało się, że pod moją nie­obec­ność wszystko dzia­łało le­piej. Za­pla­no­wano ko­lejną ofen­sywę. Dy­wi­zja, do któ­rej nas przy­dzie­lono, miała za­ata­ko­wać od­ci­nek w gór­nym biegu rzeki i ma­jor po­wie­dział mi, że pod­czas ak­cji będę nad­zo­ro­wał tam­tej­sze po­ste­runki. Na­tar­cie miało przejść przez rzekę po­wy­żej wą­skiego wą­wozu i roz­wi­nąć się na wzgó­rzach. Sta­no­wi­ska sa­mo­cho­dów mu­szą być tak bli­sko rzeki, jak to tylko moż­liwe bez ujaw­nia­nia się. Oczy­wi­ście miała je wy­brać pie­chota, ale na­szym za­da­niem było wszystko jak naj­le­piej ob­my­ślić. Ta­kie rze­czy da­wały czło­wie­kowi złudne po­czu­cie by­cia praw­dzi­wym żoł­nie­rzem.

Ubru­dzony i cały w ku­rzu po­sze­dłem do po­koju się umyć. Ri­naldi sie­dział na łóżku z pod­ręcz­ni­kiem do gra­ma­tyki an­giel­skiej. Miał na so­bie mun­dur i czarne buty, włosy mu lśniły.

- Do­sko­nale - po­wie­dział na mój wi­dok. - Pój­dziesz te­raz ze mną od­wie­dzić pannę Bar­kley.

- Nie.

- Ow­szem. Pój­dziesz ła­ska­wie i zro­bisz na niej do­bre wra­że­nie.

- W po­rządku. Tylko się do­pro­wa­dzę do ładu.

- Umyj się i chodź tak, jak je­steś.

Umy­łem się, ucze­sa­łem i ru­szy­li­śmy do drzwi.

- Mo­ment - po­wie­dział Ri­naldi. - Może się na­pijmy. - Otwo­rzył swój ku­fer i wy­cią­gnął bu­telkę.

- Byle nie strega - za­pro­te­sto­wa­łem.

- Nie. To grappa.

- W po­rządku.

Na­peł­nił dwie szklanki i się stuk­nę­li­śmy, wy­cią­ga­jąc palce wska­zu­jące. Grappa była bar­dzo mocna.

- Jesz­cze po jed­nym?

- W po­rządku.

Wy­pi­li­śmy po dru­giej szkla­neczce, Ri­naldi scho­wał bu­telkę i ze­szli­śmy na dół.

Na ulicy wciąż pa­no­wał upał, ale słońce po­woli za­cho­dziło i ro­biło się przy­jem­nie. Bry­tyj­ski szpi­tal mie­ścił się w du­żej willi zbu­do­wa­nej przed wojną przez Niem­ców. Panna Bar­kley była w ogro­dzie. To­wa­rzy­szyła jej druga sa­ni­ta­riuszka. Do­strze­gli­śmy wśród drzew ich białe far­tu­chy i ru­szy­li­śmy w tamtą stronę. Ri­naldi za­sa­lu­to­wał. Ja też, ale bar­dziej po­wścią­gli­wie.

- Do­bry wie­czór - po­wie­działa panna Bar­kley. - Pan nie jest Wło­chem, prawda?

- O nie.

Ri­naldi roz­ma­wiał z drugą sa­ni­ta­riuszką. Ro­ze­śmiali się oboje.

- Ja­kie to dziwne, słu­żyć we wło­skiej ar­mii.

- Wła­ści­wie nie służę w ar­mii. Jeż­dżę am­bu­lan­sem.

- Ale to jed­nak bar­dzo dziwne. Dla­czego pan to robi?

- Sam nie wiem - od­rze­kłem. - Nie wszystko za­wsze da się wy­ja­śnić.

- Do­prawdy? Mnie od dziecka uczono, że wszystko.

- A to bar­dzo ład­nie.

- Mu­simy ko­niecz­nie roz­ma­wiać w ten spo­sób?

- Nie mu­simy.

- No to duża ulga. Prawda?

- Co to za la­seczka? - za­py­ta­łem.

Panna Bar­kley była wy­soka. Ubrana, jak mi się wy­dało, w prze­pi­sowy strój sa­ni­ta­riuszki, miała ja­sne włosy, sma­głą cerę i szare oczy. Po­my­śla­łem, że jest bar­dzo piękna. W ręku trzy­mała cienką rat­ta­nową trzcinkę ob­cią­gniętą skórą. Przy­po­mi­nało to dzie­cięcą szpi­crutkę.

- Na­le­żała do pew­nego chłopca, który zgi­nął w ze­szłym roku.

- Okrop­nie mi przy­kro.

- Bar­dzo był miły. Miał się ze mną oże­nić, ale za­bili go nad Sommą.

- Tam było po­twor­nie.

- Pan tam był?

- Nie.

- Sły­sza­łam, co się tam działo - po­wie­działa panna Bar­kley. - Tu nie ma ta­kiej wojny. Przy­słali mi tę trzcinkę. Jego matka przy­słała. Do­stała ją z resztą jego rze­czy.

- Długo by­li­ście za­rę­czeni?

- Osiem lat. Wy­cho­wa­li­śmy się ra­zem.

- I dla­czego się nie po­bra­li­ście?

- Nie wiem - od­po­wie­działa. - By­łam głu­pia. Prze­cież mo­głam ustą­pić. Ale uwa­ża­łam, że to by nie było dla niego do­bre.

- Ro­zu­miem.

- Pan ko­goś kie­dyś ko­chał?

- Nie.

Usie­dli­śmy na ławce. Spoj­rza­łem na nią.

- Ma pani piękne włosy.

- Po­do­bają się panu?

- Bar­dzo.

- Kiedy zgi­nął, mia­łam je ob­ciąć.

- Nie.

- Chcia­łam coś dla niego zro­bić. Bo wi­dzi pan, mnie tamto było obo­jętne, a on by do­stał wszystko. Wszystko, czego pra­gnął, gdy­bym tylko wie­działa. Wy­szła­bym za niego, czy co tam jesz­cze. Te­raz to ro­zu­miem. Ale wtedy nic nie wie­dzia­łam, a on chciał iść na wojnę.

Mil­cza­łem.

- Nic wtedy nie poj­mo­wa­łam. My­śla­łam, że dla niego tak bę­dzie go­rzej. Że nie bę­dzie umiał tego znieść, a po­tem oczy­wi­ście zgi­nął, i po wszyst­kim, ko­niec.

- Tego nie wiemy.

- O tak. To ko­niec - po­wie­działa.

Spoj­rze­li­śmy na Ri­nal­diego, który roz­ma­wiał z drugą sa­ni­ta­riuszką.

- Jak ona się na­zywa?

- Fer­gu­son. He­len Fer­gu­son. Pań­ski ko­lega jest le­ka­rzem, prawda?

- Tak. Bar­dzo do­brym.

- Wspa­niale. Tak bli­sko frontu rzadko się zda­rza le­karz, który by się do cze­goś nada­wał. Bo je­ste­śmy bli­sko frontu, prawda?

- Do­syć.

- To jest mało po­ważny front. Ale za to bar­dzo piękny - po­wie­działa. - Bę­dzie ofen­sywa?

- Tak.

- W ta­kim ra­zie trzeba bę­dzie pra­co­wać. Te­raz nie ma nic do ro­boty.

- Długo jest pani sa­ni­ta­riuszką?

- Od koń­cówki pięt­na­stego roku. Za­czę­łam w tym cza­sie, co on. Pa­mię­tam, jak mi się wtedy ubz­du­rało, że go przy­wiozą do mo­jego szpi­tala. Na przy­kład z raną od sza­bli i z ban­da­żem na gło­wie. Albo z prze­strze­lo­nym bar­kiem. Wy­obra­ża­łam so­bie coś ma­low­ni­czego.

- Nasz front jest ma­low­ni­czy - po­wie­dzia­łem.

- Prawda - przy­znała. - Lu­dzie nie zdają so­bie sprawy, jak to wy­gląda we Fran­cji. Ina­czej to nie mo­głoby trwać. On nie miał rany od sza­bli. Ro­ze­rwało go na ka­wałki.

Mil­cza­łem.

- My­śli pan, że już za­wsze bę­dzie wojna?

- Nie.

- A co by się miało stać?

- Gdzieś coś pęk­nie.

- To my pęk­niemy. We Fran­cji. Nie można ro­bić da­lej ta­kich rze­czy jak nad Sommą i nie pęk­nąć.

- Tu nie pękną - po­wie­dzia­łem.

- Tak pan my­śli?

- Tak. Ze­szłego lata świet­nie so­bie ra­dzili.

- A jed­nak mogą pęk­nąć - stwier­dziła. - Każdy może pęk­nąć.

- Niemcy też.

- Nie. Nie wy­daje mi się.

Po­de­szli­śmy do Ri­nal­diego i panny Fer­gu­son.

- Pani ko­cha Wło­chy? - spy­tał Ri­naldi po an­giel­sku.

- Do­syć.

- Nie ro­zu­miem. - Po­krę­cił głową.

- Ab­ba­stanza bene - prze­tłu­ma­czy­łem.

Ri­naldi znów po­krę­cił głową.

- Nie­do­brze. Pani ko­cha An­glię?

- Nie za bar­dzo. Bo, wi­dzi pan, je­stem Szkotką.

Ri­naldi spoj­rzał na mnie tę­pym wzro­kiem.

- Jest Szkotką, za­tem ko­cha Szko­cję bar­dziej niż An­glię - wy­ja­śni­łem mu po wło­sku.

- Ale Szko­cja to jest An­glia.

Prze­tłu­ma­czy­łem jego słowa pan­nie Fer­gu­son.

- Pas en­core[9] - po­wie­działa.

- Nie­zu­peł­nie?

- Wcale. My nie lu­bimy An­gli­ków.

- Pani nie lubi An­gli­ków? Nie lubi pannę Bar­kley?

- O, to co in­nego. Pro­szę nie brać wszyst­kiego tak do­słow­nie.

Nie­długo po­tem się po­że­gna­li­śmy i wy­szli­śmy. W dro­dze do domu Ri­naldi stwier­dził:

- Panna Bar­kley woli cie­bie ode mnie. To od razu wi­dać. Ale ta mała Szkotka jest cał­kiem przy­jemna.

- Cał­kiem - po­wie­dzia­łem. W ogóle nie zwró­ci­łem na nią uwagi. - A co, po­doba ci się?

- Nie - od­rzekł Ri­naldi.

6

Dwa dni spę­dzi­łem w te­re­nie. Kiedy do­tar­łem do domu, było późno, więc od­wie­dzi­łem pannę Bar­kley na­stęp­nego wie­czoru. Nie było jej w ogro­dzie, mu­sia­łem po­cze­kać w szpi­tal­nej kan­ce­la­rii, aż zej­dzie na dół. Wzdłuż ścian, na po­ma­lo­wa­nych drew­nia­nych po­stu­men­tach, stały mar­mu­rowe po­pier­sia. Ko­ry­tarz, na który wy­cho­dziła kan­ce­la­ria, też był nimi ob­sta­wiony. Jak na mar­mur przy­stało, wszyst­kie wy­glą­dały tak samo. Rzeźby za­wsze wy­da­wały mi się nudne - ale te z brązu cho­ciaż coś przy­po­mi­nały. Mar­mur przy­po­mi­nał tylko cmen­tarz. Był je­den wspa­niały cmen­tarz, ten w Pi­zie. A żeby zo­ba­czyć kiep­skie mar­mury, można było je­chać do Ge­nui. Willa, w któ­rej mie­ścił się szpi­tal, na­le­żała kie­dyś do bar­dzo bo­ga­tego Niemca i te po­pier­sia mu­siały go kosz­to­wać for­tunę. Za­sta­na­wia­łem się, kto je wy­rzeź­bił i ile za nie do­stał. Pró­bo­wa­łem zgad­nąć, czy przed­sta­wiają człon­ków ro­dziny, ale wszyst­kie po­wie­lały ten sam kla­syczny wzór. Nic się nie dało o nich po­wie­dzieć.

Usia­dłem na krze­śle z czapką w rę­kach. Na­wet w Go­ry­cji mu­sie­li­śmy no­sić sta­lowe hełmy, były jed­nak nie­wy­godne i osten­ta­cyjne jak cho­lera w mie­ście, z któ­rego nie ewa­ku­owano cy­wi­lów. Kiedy jeź­dzi­li­śmy w te­ren, bra­łem hełm i an­giel­ską ma­skę ga­zową. Wła­śnie za­częli nam je przy­sy­łać. To były ma­ski z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Mu­sie­li­śmy też no­sić przy so­bie pi­sto­lety au­to­ma­tyczne - wszy­scy, na­wet le­ka­rze i ofi­ce­ro­wie sa­ni­tarni. Czu­łem, jak mój mnie uwiera, przy­ci­śnięty do opar­cia krze­sła. Za jego brak w wi­docz­nym miej­scu gro­ził areszt. Ri­naldi no­sił ka­burę wy­pchaną pa­pie­rem to­a­le­to­wym. Ja cho­dzi­łem z praw­dzi­wym pi­sto­le­tem i czu­łem się jak wy­szko­lony za­bójca, do­póki go nie wy­pró­bo­wa­łem. To była astra z krótką lufą, ka­li­ber sie­dem sześć­dzie­siąt pięć, i kiedy wy­strze­li­łem, tak mną tar­gnęło, że nie było mowy o tra­fie­niu w co­kol­wiek. Ćwi­czy­łem, mie­rząc po­ni­żej celu i pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad szarp­nię­ciami nie­do­rzecz­nie krót­kiej lufy, aż na­uczy­łem się tra­fiać z dwu­dzie­stu kro­ków w za­sięgu me­tra od celu. Wtedy do­tarł do mnie w pełni idio­tyzm no­sze­nia broni i wkrótce za­po­mnia­łem o pi­sto­le­cie, który obi­jał mi się o krzyż, nie wy­wo­łu­jąc żad­nych emo­cji poza nie­ja­snym po­czu­ciem wstydu, kiedy spo­ty­ka­łem lu­dzi mó­wią­cych po an­giel­sku. Te­raz sie­dzia­łem na krze­śle, or­dy­nans ły­pał na mnie nie­chęt­nie zza biurka, a ja pa­trzy­łem na mar­mu­rową po­sadzkę, po­stu­menty z mar­mu­ro­wymi po­pier­siami i fre­ski na ścia­nie i cze­ka­łem na pannę Bar­kley. Fre­ski były cał­kiem nie­złe. Zresztą każdy fresk wy­gląda do­brze, kiedy farba za­czyna się łusz­czyć.

Na wi­dok nad­cho­dzą­cej Ca­the­rine Bar­kley wsta­łem. Kiedy szła w moją stronę, wy­da­wała się nie­wy­soka, ale i tak wy­glą­dała ślicz­nie.

- Do­bry wie­czór panu - po­wie­działa.

- Do­bry wie­czór pani.

Or­dy­nans przy­słu­chi­wał nam się zza biurka.

- Usią­dziemy tu czy wyj­dziemy do ogrodu?

- Wyjdźmy. Tam jest dużo chłod­niej.

Wy­szli­śmy, ona pierw­sza, a ja za nią, od­pro­wa­dzani wzro­kiem or­dy­nansa. Gdy zna­leź­li­śmy się na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie, za­py­tała:

- Gdzie by­łeś?

- Na po­ste­run­kach.

- Nie mo­głeś prze­słać wia­do­mo­ści?

- Nie. To zna­czy nie bar­dzo. My­śla­łem, że wrócę.

- Po­wi­nie­neś był mnie za­wia­do­mić, ko­chany.

Ze­szli­śmy z pod­jazdu i spa­ce­ro­wa­li­śmy mię­dzy drze­wami. Ują­łem jej dło­nie, przy­sta­ną­łem i ją po­ca­ło­wa­łem.

- Nie mo­gli­by­śmy gdzieś pójść?

- Nie ma do­kąd - od­parła. - Po­zo­staje nam spa­cer tu­taj. Długo cię nie było.

- Nie­całe trzy dni. Ale już je­stem z po­wro­tem.

Po­pa­trzyła na mnie.

- I ko­chasz mnie?

- Tak.

- Po­wie­dzia­łeś, że mnie ko­chasz, prawda?

- Tak. Ko­cham cię - skła­ma­łem. Ni­gdy wcze­śniej tego nie mó­wi­łem.

- I bę­dziesz do mnie mó­wił Ca­the­rine?

- Ca­the­rine.

Prze­szli­śmy jesz­cze ka­wa­łek i sta­nę­li­śmy pod drze­wem.

- Po­wiedz: "Jest noc, a ja wró­ci­łem do Ca­the­rine".

- Jest noc, a ja wró­ci­łem do Ca­the­rine.

- Bo wró­ci­łeś, ko­chany, prawda?

- Tak.

- Tak cię ko­cham, to było okropne. Nie zo­sta­wisz mnie, prawda?

- Nie. Za­wsze będę wra­cał.

- Tak cię ko­cham. Po­łóż tam jesz­cze raz rękę.

- Wcale jej nie ru­sza­łem.

Ob­ró­ci­łem ją do sie­bie i zo­ba­czy­łem, że ma za­mknięte oczy. Po­ca­ło­wa­łem je. Po­my­śla­łem, że pew­nie jest tro­chę sza­lona. Nie prze­szka­dzało mi to. Nie ob­cho­dziło mnie, w co się pa­kuję. To było lep­sze, niż cho­dzić co wie­czór do bur­delu dla ofi­ce­rów, gdzie dziew­czyny ob­sia­dały cię i po­mię­dzy jedną a drugą wy­cieczką na pię­tro z braćmi ofi­ce­rami prze­krę­cały ci czapkę do tyłu na znak czu­ło­ści. Wie­dzia­łem, że nie ko­cham Ca­the­rine Bar­kley, i nie mia­łem po­ję­cia, jak by to było ją ko­chać. To była gra, coś jak brydż, tyle że za­miast kart uży­wało się słów. Jak w bry­dżu, trzeba było uda­wać, że gra się o pie­nią­dze albo inną dużą stawkę. Żadne z nas nie wspo­mniało, jaka to stawka. Nie prze­szka­dzało mi to.

- Szkoda, że nie mo­żemy gdzieś pójść - po­wie­dzia­łem. Do­świad­cza­łem ty­po­wego dla męż­czyzn kło­potu ze zbyt dłu­gimi za­lo­tami na sto­jąco.

- Nie ma do­kąd - po­wie­działa Ca­the­rine. Otrzą­snęła się z ja­kichś my­śli.

- To po­siedźmy tu chwilę.

Usie­dli­śmy na ka­mien­nej ławce, a ja wzią­łem Ca­the­rine Bar­kley za rękę. Nie po­zwo­liła się ob­jąć.

- Bar­dzo je­steś zmę­czony? - za­py­tała.

- Nie bar­dzo.

Opu­ściła wzrok.

- To jest par­szywa gra, nie są­dzisz?

- Jaka gra?

- Daj spo­kój, to na­prawdę nudne.

- Wcale nie chcia­łem cię za­nu­dzać.

- Miły z cie­bie chło­pak. I grasz naj­le­piej, jak po­tra­fisz. Ale sama gra jest par­szywa.

- Czy ty za­wsze czy­tasz w cu­dzych my­ślach?

- Nie za­wsze. Ale w two­ich tak. Nie mu­sisz uda­wać, że mnie ko­chasz. Skończmy już na dzi­siaj. Chcesz o czymś po­roz­ma­wiać?

- Ale ja cię na­prawdę ko­cham.

- Pro­szę, nie okła­mujmy się, je­śli to nie jest ko­nieczne. Od­sta­wi­łam swój te­atrzyk, ale już mi le­piej. Wi­dzisz, że nie osza­la­łam ani nie je­stem wa­riatką. Tylko troszkę, cza­sami.

Ści­sną­łem jej dłoń.

- Ko­chana Ca­the­rine.

- Śmiesz­nie to te­raz brzmi: Ca­the­rine. Ty to ja­koś ina­czej wy­ma­wiasz. Ale bar­dzo je­steś miły. Do­bry z cie­bie chło­pak.

- To samo po­wie­dział ka­pe­lan.

- Tak, bar­dzo do­bry. Bę­dziesz mnie od­wie­dzał?

- Oczy­wi­ście.

- I nie mu­sisz mó­wić, że mnie ko­chasz. Z tym na ra­zie ko­niec. - Wstała i wy­cią­gnęła rękę. - Do­bra­noc.

Chcia­łem ją po­ca­ło­wać.

- Nie - za­pro­te­sto­wała. - Je­stem strasz­nie zmę­czona.

- Ale po­ca­łuj - pro­si­łem.

- Je­stem strasz­nie zmę­czona, ko­chany.

- Po­ca­łuj.

- Bar­dzo tego chcesz?

- Bar­dzo.

Po­ca­ło­wa­li­śmy się, ale ona na­gle się cof­nęła.

- Nie. Pro­szę cię. Do­bra­noc.

Od­pro­wa­dzi­łem ją do drzwi i pa­trzy­łem, jak od­cho­dzi w głąb ko­ry­ta­rza. Lu­bi­łem ob­ser­wo­wać jej ru­chy. Wkrótce znik­nęła, a ja wró­ci­łem do domu. Była upalna noc, w gó­rach sporo się działo. Wi­dzia­łem bły­ski nad San Ga­briele.

Za­trzy­ma­łem się przed Villa Rossa. Było już po za­mknię­ciu, ale we­wnątrz wciąż trwała za­bawa. Ktoś śpie­wał. Po­sze­dłem da­lej. Kiedy się roz­bie­ra­łem w sy­pialni, wszedł Ri­naldi.

- Aha! - za­wo­łał. - Chyba kiep­sko po­szło. Pta­szynka coś zmie­szana.

- Gdzie by­łeś?

- W Villa Rossa. Bar­dzo bu­du­jące do­świad­cze­nie, pta­szynko. Po­śpie­wa­li­śmy so­bie. A ty?

- Wpa­dłem z wi­zytą do An­glii.

- Dzię­kuję Bogu, że się nie da­łem wro­bić w żadną An­glię.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Ko­lejny rok przy­niósł wiele zwy­cięstw. Góra za do­liną i zbo­cze z kasz­ta­no­wym la­sem zo­stały zdo­byte, na­sze woj­ska zwy­cię­żały też na pła­sko­wyżu za rów­niną na po­łu­dniu, a w sierp­niu prze­kro­czy­li­śmy rzekę i za­miesz­ka­li­śmy w Go­ry­cji, w domu z fon­tanną i masą gę­stych, da­ją­cych cień drzew w oko­lo­nym mu­rem ogro­dzie, i z fio­le­tową gli­cy­nią pnącą się po ścia­nie. Te­raz walki to­czyły się w gó­rach pół­tora ki­lo­me­tra da­lej. Mia­steczko było bar­dzo przy­jemne, a w domu bar­dzo do­brze się miesz­kało. Rzeka zo­stała za nami, mia­sto za­jęto ele­gancko i spraw­nie, tylko góry na­dal były nie­zdo­byte, ja zaś cie­szy­łem się bar­dzo, że Au­striacy chyba chcą tu wró­cić, jak się wojna skoń­czy, bo nie zrów­nali mia­sta z zie­mią, znisz­czyli tylko parę waż­nych dla woj­ska obiek­tów. Lu­dzie żyli jak daw­niej, były tu szpi­tale i ka­wiar­nie, i działa w bocz­nych uli­cach, i dwa bur­dele, je­den dla po­bo­ro­wych i je­den dla ofi­ce­rów. To wszystko oraz chłodne wie­czory, ty­powe dla koń­cówki lata, walki w gó­rach nad mia­stem, wy­szczer­bione po­ci­skami że­lazo mo­stu ko­le­jo­wego, znisz­czony tu­nel nad rzeką w miej­scu, gdzie prze­szedł front, drzewa wo­kół rynku i pro­wa­dząca do niego długa aleja; to i jesz­cze fakt, że w mie­ście były dziew­czyny, że prze­jeż­dżał tędy cza­sem król, drobny, dłu­go­szyi, z si­wie­jącą ko­zią bródką; i to, że cza­sem tra­fiało się z na­gła na od­sło­nięte wnę­trze domu, który w ostrzale stra­cił ścianę, na sterty tynku i gruzu w ogro­dzie, a cza­sami także na ulicy; i jesz­cze to, że na Carso[1] sprawy szły po na­szej my­śli - no więc to wszystko ra­zem spra­wiało, że ta je­sień była cał­kiem inna od po­przed­niej. Wojna też się zmie­niła.

Znik­nął dę­bowy las na wzgó­rzu za mia­stem. Pierw­szego lata był zie­lony, ale te­raz zo­stały tylko ki­kuty pni, strza­skane drzewa i roz­darta zie­mia, a pew­nego dnia późną je­sie­nią, sto­jąc tam, gdzie daw­niej ro­sły dęby, uj­rza­łem chmurę nad­cią­ga­jącą znad gór. Pły­nęła szybko, słońce zro­biło się żół­ta­wo­blade, po­sza­rzało, chmura za­snuła niebo, spły­nęła w dół zbo­cza i na­gle była wszę­dzie do­okoła, i wszę­dzie pa­dał śnieg. Śnieg za­ci­nał na wie­trze, przy­krył gołą zie­mię i ster­czące ki­kuty drzew, le­żał na dzia­łach, a za oko­pami cią­gnęły się wy­dep­tane ścieżki do la­tryn.

Póź­niej, w mia­steczku, pa­trzy­łem na śnieg z bur­delu dla ofi­ce­rów, w któ­rym sie­dzie­li­śmy z kum­plem przy bu­telce asti, i wi­dok spa­da­ją­cych po­woli cięż­kich płat­ków pod­po­wie­dział nam, że na ten rok to ko­niec. Nie udało się zdo­być gór za rzeką ani żad­nych in­nych gór po tam­tej stro­nie. Wszystko mu­siało po­cze­kać do przy­szłego roku. Kum­pel wy­pa­trzył przez okno ka­pe­lana z na­szej sto­łówki, stą­pa­ją­cego ostroż­nie w śnie­go­wej brei, i za­bęb­nił ręką w szybę, by zwró­cić jego uwagę. Ksiądz po­pa­trzył w górę. Uśmiech­nął się do nas. Kum­pel ge­stem za­pro­sił go do środka, ale on po­krę­cił głową i od­szedł. Tego wie­czoru po spa­ghetti w sto­łówce, które je­dli­śmy w po­śpie­chu, mocno na tym sku­pieni, uno­sząc je na wi­delcu, a gdy pa­sma za­wi­sły nad ta­le­rzem, opusz­cza­jąc do ust, albo też ryt­micz­nie uno­sząc i wsy­sa­jąc ma­ka­ron, po­pi­ja­jąc go wi­nem z gą­siora w ko­szyczku za­wie­szo­nego w me­ta­lo­wej ko­ły­sce (gdy na­ci­skało się szyjkę pal­cem wska­zu­ją­cym, gą­sior się prze­chy­lał i do trzy­ma­nej tą samą ręką szklanki lało się wino, czer­wone, garb­ni­kowe, pyszne); no więc po tym, jak już wszy­scy zje­dli, ka­pi­tan za­czął znów do­ku­czać księ­dzu.

Ka­pe­lan był młody i czę­sto się ru­mie­nił, no­sił mun­dur jak reszta, ale z ciem­no­czer­wo­nym ak­sa­mit­nym krzy­żem nad lewą kie­szonką na piersi sza­rej kurtki. Ka­pi­tan, przez chy­biony wzgląd na mnie, mó­wił naj­prost­szą włosz­czy­zną, że­bym wszystko zro­zu­miał, że­bym nie uro­nił ani słowa.

- A ksiądz to dziś z dziew­czy­nami - po­wie­dział, pa­trząc to na niego, to na mnie.

Ka­pe­lan za­ru­mie­nił się i z uśmie­chem po­krę­cił głową. Ka­pi­tan czę­sto mu do­ku­czał.

- Nie­prawda? - za­py­tał te­raz. - A ja dziś wi­dzia­łem księ­dza z dziew­czy­nami.

- Nie - po­wie­dział ka­pe­lan.

Po­zo­sta­łych ofi­ce­rów ba­wiły te do­cinki.

- Ksiądz nie z dziew­czy­nami - cią­gnął ka­pi­tan. - Ksiądz z dziew­czy­nami ni­gdy - ob­ja­śnił, zwra­ca­jąc się do mnie. Na­peł­nił moją szklankę, pa­trząc mi w oczy, a jed­no­cze­śnie ob­ser­wu­jąc ka­pe­lana. - Ksiądz co wie­czór pięć na jed­nego.

Wszy­scy przy stole wy­buch­nęli śmie­chem.

- Ro­zu­miesz? Ksiądz co wie­czór pięć na jed­nego. - Wy­ko­nał gest pal­cami i ro­ze­śmiał się gło­śno.

Ka­pe­lan przy­jął to z po­czu­ciem hu­moru.

- Pa­pież li­czy, że Au­stria wy­gra wojnę - ode­zwał się ma­jor. - On ko­cha Fran­ciszka Jó­zefa. Stąd mają pie­nią­dze. Ja je­stem ate­istą.

- Czy­ta­łeś Czarną świ­nię? - za­py­tał po­rucz­nik. - Za­ła­twię ci eg­zem­plarz. To było wła­śnie to, co za­chwiało moją wiarą.

- Obrzy­dliwa, podła książka - po­wie­dział ka­pe­lan. - Nie wie­rzę, że się panu po­do­bała.

- Jest bar­dzo war­to­ściowa - od­rzekł po­rucz­nik. - Sporo się można z niej do­wie­dzieć o kle­rze. Spodoba ci się - zwró­cił się do mnie.

Uśmiech­ną­łem się do ka­pe­lana w bla­sku świecy, a on od­wza­jem­nił uśmiech.

- Niech jej pan nie czyta - po­wie­dział.

- Do­sta­niesz swój eg­zem­plarz - obie­cał po­rucz­nik.

- Wszy­scy my­ślący lu­dzie to ate­iści - oznaj­mił ma­jor. - Choć w ma­so­ne­rię nie wie­rzę.

- Ja wie­rzę - po­wie­dział po­rucz­nik. - Bar­dzo szla­chetna or­ga­ni­za­cja.

Ktoś wszedł do środka i przez szparę w drzwiach zo­ba­czy­łem pa­da­jący śnieg.

- Skoro pada, to nie bę­dzie ofen­sywy - stwier­dzi­łem.

- Na pewno nie - przy­tak­nął ma­jor. - Naj­le­piej jedź na urlop. Do Rzymu, Ne­apolu albo na Sy­cy­lię.

- Po­wi­nien od­wie­dzić Amalfi - wtrą­cił się po­rucz­nik. - Na­pi­szę do mo­ich krew­nych. Po­ko­chają cię jak syna.

- Niech je­dzie do Pa­lermo.

- Le­piej na Ca­pri.

- Chciał­bym, żeby zo­ba­czył pan Abru­zję i od­wie­dził moją ro­dzinę w Ca­pra­cot­cie - ode­zwał się ka­pe­lan.

- A ten znów o Abru­zji. Tam jest jesz­cze wię­cej śniegu niż tu­taj. Zresztą on się nie chce spo­ty­kać z chłop­stwem. Niech je­dzie tam, gdzie są kul­tura i cy­wi­li­za­cja.

- I naj­lep­sze dziew­czyny. Dam ci parę ad­re­sów w Ne­apolu. Piękne dziew­czyny i ich matki. Ha, ha, ha! - Ka­pi­tan otwo­rzył dłoń, uniósł kciuk i roz­ca­pie­rzył palce, jak w te­atrzyku cieni. Na ścianę padł cień jego dłoni. Ka­pi­tan znów prze­szedł na ła­many wło­ski: - Wy­jeż­dżasz taki. - Wska­zał na kciuk. - A wra­casz, o, taki. - Do­tknął ma­łego palca.

Wszy­scy wy­buch­nęli śmie­chem.

- Patrz. - Znów roz­ło­żył dłoń i jej cień padł na ścianę w bla­sku świecy. Za­czął od unie­sio­nego kciuka i na­zy­wał po ko­lei wszyst­kie palce: - Soto-te­nente[2]. - Kciuk. - Te­nente[3]. - Wska­zu­jący. - Ca­pi­tano[4]. - Środ­kowy. - Mag­giore[5]. - Ser­deczny. - Te­nente-co­lo­nello[6]. - Mały pa­lec. - Wy­jeż­dżasz jako soto-te­nente! Wra­casz jako soto-co­lo­nello[7]!

Wszy­scy się ro­ze­śmiali. Jego żarty z pal­cami za­wsze miały wiel­kie po­wo­dze­nie. Te­raz spoj­rzał na ka­pe­lana i za­wo­łał:

- Ksiądz co wie­czór pięć na jed­nego!

I znów roz­legł się gromki śmiech.

- Naj­le­piej jedź od razu - do­ra­dził mi ma­jor.

- Chęt­nie bym ci po­to­wa­rzy­szył i po­ka­zał to i owo - do­dał po­rucz­nik.

- Przy­wieź nam gra­mo­fon.

- I do­bre opery.

- Przy­wieź Ca­rusa.

- Nie, Ca­rusa nie. On strasz­nie wyje.

- A ty nie chciał­byś tak wyć jak on?

- Mó­wię prze­cież, że wyje.

- Chciał­bym, żeby pan od­wie­dził Abru­zję - po­wie­dział ka­pe­lan.

Cała reszta prze­krzy­ki­wała się na­wza­jem.

- Tam się świet­nie po­luje. Lu­dzie się panu spodo­bają, i fak­tycz­nie jest zimno, ale za to su­cho i sło­necz­nie. Mógłby się pan za­trzy­mać u mo­jej ro­dziny. Oj­ciec jest słyn­nym my­śli­wym.

- Chodź no - po­na­glił mnie ka­pi­tan. - Chodź do bur­delu, za­nim za­mkną.

- Do­bra­noc - po­wie­dzia­łem do ka­pe­lana.

- Do­bra­noc - od­po­wie­dział.

1

U schyłku tam­tego lata miesz­ka­li­śmy w domu we wsi z wi­do­kiem na rzekę i rów­ninę, i góry w od­dali. W ko­ry­cie rzeki bie­lały wy­su­szone słoń­cem ka­myki i głazy, a woda pły­nęła stru­mie­niami, wartka i błę­kitna. Obok domu szły woj­ska, wzbi­jany przez nie pył opró­szał li­ście drzew. Pnie też po­kry­wał pył, li­ście spa­dły wcze­śnie tego roku i wi­dzie­li­śmy prze­marsz wojsk i tu­many pyłu, i drżące na wie­trze, spa­da­jące li­ście, ma­sze­ru­ją­cych żoł­nie­rzy, a po­tem pu­stą drogę, po­bie­lałą, za­słaną tylko li­śćmi.

Ży­zną rów­ninę po­ra­stały sady owo­cowe, a da­lej było wi­dać bru­natne, na­gie góry. W gó­rach trwały walki, wie­czo­rami wi­dzie­li­śmy bły­ski strza­łów ar­ty­le­ryj­skich. W ciem­no­ści wy­glą­dały jak let­nie pio­runy, choć noce były chłodne i nie czuło się nad­cho­dzą­cej bu­rzy.

Cza­sem nocą sły­sze­li­śmy pod oknami ma­sze­ru­jące woj­ska i ja­dące za cią­gni­kami działa. Po zmroku na dro­dze był duży ruch: muły z amu­ni­cją w ju­kach po obu stro­nach sio­deł, szare cię­ża­rówki z żoł­nie­rzami i te su­nące wol­niej, wy­ła­do­wane sprzę­tem pod plan­deką. W dzień za cią­gni­kami prze­jeż­dżały cięż­kie działa o dłu­gich lu­fach za­sło­nię­tych zie­lo­nymi ga­łę­ziami, zie­lone, li­ścia­ste ga­łę­zie i pną­cza przy­kry­wały także cią­gniki. Na pół­nocy, za do­liną, był las kasz­ta­nowy, a da­lej druga góra po tej stro­nie rzeki. O tę górę rów­nież to­czyły się walki, ale bez suk­ce­sów, a je­sie­nią, kiedy przy­szły desz­cze, z kasz­ta­now­ców opa­dły wszyst­kie li­ście i ga­łę­zie były te­raz na­gie, pnie po­czer­niałe od desz­czu. Win­nice też wy­glą­dały łyso, ogo­ło­cone z li­ści, i wszę­dzie zro­biło się mo­kro, buro, je­sien­nie i mar­two. Nad rzeką wi­siała mgła, zbo­cze prze­sła­niały chmury, cię­ża­rówki chla­pały bło­tem, a żoł­nie­rze szli drogą w pe­le­ry­nach, ubło­ceni i prze­mok­nięci? pod pe­le­ry­nami dźwi­gali mo­kre ka­ra­biny i przy­tro­czone do pa­sków po dwie skó­rzane ła­dow­nice z ma­ga­zyn­kami po­dłuż­nych, wą­skich na­boi ka­li­bru sześć i pół mi­li­me­tra, wy­brzu­sza­jące się tak, że wy­glą­dali jak w szó­stym mie­siącu ciąży.

Cza­sem drogą prze­jeż­dżały bar­dzo szybko mniej­sze, szare auta - zwy­kle z jed­nym ofi­ce­rem przy kie­rowcy i kil­koma z tyłu. Chla­pały bło­tem na­wet moc­niej niż cię­ża­rówki, a je­śli je­den z ofi­ce­rów był drobny i sie­dział mię­dzy dwoma ge­ne­ra­łami, tak mały, że nie wi­dać było jego twa­rzy, tylko wierzch czapki i wą­skie plecy, a sa­mo­chód pę­dził wy­jąt­kowo szybko, to praw­do­po­dob­nie był to król. Król kwa­te­ro­wał w Udine i pra­wie co­dzien­nie wy­jeż­dżał zo­ba­czyć, jak się sprawy mają, a miały się bar­dzo źle.

Z po­cząt­kiem zimy przy­szedł nie­koń­czący się deszcz, a wraz z desz­czem przy­szła cho­lera. Zo­stała jed­nak opa­no­wana i osta­tecz­nie zmarło na nią tylko sie­dem ty­sięcy żoł­nie­rzy.