Wywiad na pierwszą stronę
Dwudziestosześcioletnia Aneta Gzyms była
świadoma swojego talentu. Od dziecka uwielbiała czytać prasę i tak ją
fascynowała publicystyka zaangażowana, że zdecydowała się zostać
dziennikarką. Pierwsze szlify zdobywała na studiach jako szefowa działu
reportażu katolickiego w gazetce uniwersyteckiej. Jej cykl esejów Dwa
tysiące lat wojny Kościoła z pedofilią został pozytywnie przyjęty
przez episkopat, autorkę zaś uhonorowano prywatną audiencją u biskupa.
Jej kariera nabrała tempa, gdy jako świeżo upieczona pani magister
zwyciężyła w konkursie "Równi wobec Boga" esejem Wyższość katolików nad
innymi ludźmi. Jako że oprócz nagrody głównej otrzymała również
stypendium ufundowane przez samego Ojca Opiekuna, mogła skupić się na
istotnych tematach. Czas spędzony na pogłębianiu ważnych dla niej
zagadnień nie poszedł na marne, przygotowała bowiem rozprawę
filozoficzną Dlaczego mężczyzna powinien być biały, która również
spotkała się z gorącym przyjęciem czytelników. Do Anety zaczęły napływać
setki listów od młodych kobiet, które wysyłały jej zdjęcia swoich
partnerów i prosiły o fachową opinię, czy wybranek jest wystarczająco
biały, by wiązać z nim przyszłość aż do grobowej deski. Przełomowym w jej karierze okazał się jednak esej O wpływie wysokości muru
granicznego na współczynnik przenikania przez granicę elementu rasowo
obcego, nagrodzony przez Ministerstwo Obrony Narodowej, co otworzyło
Anecie drzwi do dalszej kariery. Otrzymała dziesiątki ofert współpracy
od najpoważniejszych redakcji, z których po namyśle wybrała propozycję
objęcia funkcji szefowej działu publicystyki społecznej tygodnika "W Pajęczynie". Już po pierwszym artykule Myśli Ignacego Loyoli
kierunkowskazem dla współczesnych inkwizytorów sądownictwa została
zaproszona przez samego ministra sprawiedliwości, a ten zaproponował jej
bibliofilskie wydanie tejże publikacji w oprawie ze świńskiej skóry.
Unikatowe egzemplarze z jej dedykacją wręczono sędziom izby
dyscyplinarnej. Pasmo sukcesów zostało wreszcie dostrzeżone przez
najwyższe władze kraju. Sam Prezes poza trybem zdecydował się udzielić
wywiadu tygodnikowi "W Pajęczynie", sugerując, co de facto oznaczało
"polecił", by dziennikarzem oddelegowanym przez redakcję do
przeprowadzenia z nim rozmowy była właśnie Aneta.
Na kilka godzin przed umówionym spotkaniem Aneta biegała nerwowo po
garderobie, a u jej stóp piętrzyły się dziesiątki kreacji, które kolejno
odrzucała. Miała świadomość, że od tego, czy spodoba się Prezesowi,
zależy jej "być albo nie być" w mass mediach. Naczelny, znając
konserwatywne gusta Prezesa i jego umiłowanie tradycji, sugerował
nawiązanie strojem do folkloru i w tym celu przywiózł pasiaki łowickie
wypożyczone od zespołu pieśni i tańca. Aneta z niesmakiem rzuciła tę
oryginalną kreację na podłogę, wiedząc, że tak ubiera się większość
kobiet, które dostąpiły zaszczytu rozmawiania z Prezesem. Wyobraziła
sobie jego minę na widok kolejnego regionalnego stroju. Aneta jako
kobieta nowoczesna i przebojowa chciała Prezesa zaskoczyć - być
ekstrawagancka, ale wyważona, by nie wejść w strefę kulturową
nieakceptowaną przez Prezesa. Przygotowując się do wywiadu, przez kilka
dni czytała o jego fascynacjach, by przełożyć je na język mody. Kiedy
zastanawiała się, jak stać się nietuzinkową, nie naruszając jednocześnie
wizji estetycznych Prezesa, doznała olśnienia. Ten polityk, całym sercem
oddany polskości, miał słabość do jednego jedynego kulturowo obcego
obyczaju, jakim jest rodeo. Jeśli Prezes uwielbiał oglądać kowbojów
ujeżdżających byczki, tym bardziej podobały mu się kowbojki. Przekonana
o słuszności wyboru z zakamarków szafy zaczęła wyjmować niezbędne
akcesoria. Gdy skończyła komponowanie stroju, z dumą spojrzała na swoje
odbicie w lustrze - zamszowa minispódniczka ściągnięta w talii grubym
skórzanym pasem ozdobionym sporą mosiężną klamrą, kozaki z jasnej skóry
sięgające do połowy ud na dyskretnych obcasach, ozdobione lśniącymi
ostrogami. Całości dopełniały przetarta dżinsowa koszula i dobrane do
niej zamszowa kamizelka, zawadiacko zawiązana wokół szyi jedwabna
apaszka i kapelusz z ciemnej skóry z dużym rondem. Aneta rozważała, czy
nie powinna zaopatrzyć się w lasso, jednak po chwili uznała, że Prezes
mógłby uznać to za zbyt daleko posunięte ekstrawagancje, wszak łapanie
byków było już męskim zajęciem i nijak nie należało do cnót niewieścich.
Wzięła więc wytartą skórzaną torbę stylizowaną na wzór kowbojskich
juków. Patrzyła na swoje odbicie z dumą. "Jak nie ja, to kto", pomyślała
pewna, że w tym stroju uda jej się zainteresować sobą Prezesa. A zostać
jego ulubienicą wiązało się z podniesieniem dotychczasowego życia o kilka poziomów. Warto pamiętać, że jego sekretarka była drugą osobą w państwie. To ona decydowała o karierach polityków, kiedy to wyrażała
zgodę na spotkania z Prezesem czy blokowała do niego dostęp. Jeśli
Prezes pod wpływem chwilowego zauroczenia był gotów powierzyć Trybunał
Konstytucyjny czy laskę marszałkowską kobietom będącym jego objawieniami
towarzyskimi, to co mogło się wydarzyć po spotkaniu z nią: kobietą tak
zdolną i tak profesjonalną. Przypomniała sobie prezesa telewizji, który
musiał pożegnać się z tą jakże lukratywną posadą. Oczami wyobraźni
widziała siebie zasiadającą godnie w tym fotelu. Na godzinę przed
wyznaczonym terminem, by wykazać należny Prezesowi szacunek, a jednocześnie mu się nie narzucać, stawiła się w umówionym miejscu.
Korytarz budynku, w którym znajdowało się biuro Prezesa, był wypełniony
po brzegi. Niektórzy z przybyłych stali oparci o ściany, inni snuli się
ze zwieszonymi głowami, wszyscy jednak trwali uparcie na swoich
posterunkach, licząc, że uda im się uzyskać audiencję. W grupie
oczekujących Aneta zauważyła postaci z pierwszych stron gazet, o których
poznaniu mogła dotychczas tylko pomarzyć. Po godzinie to oni patrzyli na
nią zazdrośnie, gdy z ciżby oczekujących została wyłuskana przez
sekretarkę Prezesa i zaprowadzona do pomieszczenia dla wybrańców, gdzie
liczba oczekujących była ograniczona do kilkudziesięciu
wyselekcjonowanych osób. Po trzech godzinach poczuła głód, na szczęście
została uprzedzona przez przyjaciół, że czas oczekiwania może się
przedłużyć nawet do kilku dni. Sięgnęła do torby, w której miała pokaźny
zapas wiktuałów. Kiedy łapczywie wbiła zęby w podwawelską, poczuła na
sobie zazdrosne spojrzenie mężczyzny, którego policzki pokrywały
niezdrowe rumieńce. Nie mógł oderwać oczu od kiełbasy. Kiedy pochłonęła
pierwsze pęto i sięgnęła po następne, zebrał się na odwagę i podszedł do
niej.
- Pani da kanapkę - poprosił. - Od wczoraj tu stoję o suchym pysku, bo
jak mnie wezwał, to żony nie było w pałacu i nic mi nie przygotowała na
drogę.
- Oczywiście, panie prezydencie. - Aneta sięgnęła do torby i wyjęła
zawinięty w folię aluminiową smakołyk, który najbardziej ceniła, czyli
kajzerkę z mortadelą.
Prezydent łapczywie wgryzł się w mortadelę, nie fatygując się nawet, by
odwinąć folię. Aneta pomyślała, że mogłaby skorzystać z okazji i przeprowadzić z nim wywiad. Nie byłoby to zbyt duże osiągnięcie
zawodowe, bo prezydent mówił wszystkim, którzy go o cokolwiek pytali,
to, co chcieli usłyszeć, jednak jako rasowa dziennikarka wiedziała, że
nie powinno się przepuszczać nawet z pozoru mało atrakcyjnych okazji,
istniała bowiem mikroskopijna szansa, że usłyszy coś ciekawego. Nim
jednak zdążyła zaproponować rozmowę, drzwi do części prywatnej siedziby
Prezesa otworzyły się i stanęła w nich sekretarka.
- Pani wchodzi. - Wskazała na Anetę. - A wasza ekscelencja czeka -
dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu, widząc, że mężczyzna zamierza się
wepchnąć razem z Anetą.
Kiedy sekretarka wprowadziła ją do gabinetu, do którego docierali
jedynie wybrańcy, i ujrzała Prezesa siedzącego za biurkiem, przez chwilę
miała wrażenie, że jej serce się zatrzyma, tak bardzo była wzruszona. W rzeczywistości był jeszcze bardziej dumny i piękny niż na zdjęciach.
Przez głowę przebiegła jej myśl, co by z nim zrobiła, gdyby tylko mogła
się nim zaopiekować! Jak w filmie w jej głowie przesuwały się kadry, jak
jedzie do sklepu po karton szamponu przeciwłupieżowego, a później
systematycznie dzień po dniu naciera nim jego głowę. Widziała siebie
czyszczącą jego marynarkę z kocich kłaczków, prasującą wymięte koszule,
wycierającą plamy po zupie z krawata, dobierającą parami buty,
cierpliwie wkładającą w nie sznurowadła, a później pastującą je na
wysoki połysk. W jej oczach Prezes był jak diament wymagający właściwej
oprawy, którą ona mogłaby mu zapewnić. Tymczasem on podniósł na nią
wzrok utkwiony wcześniej w papierach i zaczął uważnie jej się
przyglądać, jakby ją oceniał. Dostrzegła uśmiech na jego twarzy -
pierwsze lody zostały przełamane.
- Pani redaktor wygląda jak prawdziwa kowbojka - przywitał ją ciepłym,
mądrym głosem.
- To dla pana, panie Prezesie, bo ja podobnie jak pan uwielbiam oglądać
ujeżdżanie byczków.
Od kilku dni dokładnie rozpisała plan rozmowy. Dygnęła przed Prezesem z gracją osiągniętą dzięki godzinom ćwiczeń. Po tym wstępnym powitaniu
chciała przyklęknąć, by w spontanicznym wyrazie szacunku pocałować go w rękę, on jednak okazał się od niej szybszy. Zerwał się zza biurka,
chwycił jej dłoń i pociągnął do góry. Poczuła chrupnięcie w łokciu,
miała jednak nadzieję, że torebka stawowa nie została rozerwana. Kiedy
dociągnął jej dłoń do swoich ust, miała wrażenie, że otwierają się przed
nią drzwi raju. Gdy jego ślina spłynęła na jej dłoń, doznała
wniebowstąpienia!
- Ach, panie Prezesie... - wyjąkała.
Niestety piękna chwila minęła, kiedy Prezes oderwał jej dłoń od swoich
warg i puścił, pozwalając, by jej ręka luźno opadła wzdłuż tułowia.
Aneta z trudem zeszła na ziemię.
- Czego chciałaby pani redaktor się dowiedzieć? - Usiadł za biurkiem,
dając znać, że czas rozpocząć wywiad.
Aneta, starając się, by nie zetrzeć śliny Prezesa ze swojej dłoni,
sięgnęła do torby po dyktafon.
- Wszystkiego chciałabym się dowiedzieć o panu, naprawdę wszystkiego -
odpowiedziała z entuzjazmem, po czym zdając sobie sprawę, że to może
nieco krępować Prezesa, dodała: - Pragnę dowiedzieć się wszystkiego o panu, panie Prezesie, by móc to przekazać czytelnikom. Zacznijmy od
czasów młodości. Zanim został pan politykiem, w dzieciństwie robił pan
karierę filmową.
- To prawda, moim idolem był John Wayne. On wprowadzał prawo na Dzikim
Zachodzie, a ja chciałem wprowadzić prawo w moim kraju. Przybrałem nawet
jego manierę twardego mężczyzny stającego samemu przeciw wszystkim. Nie
chcę się chwalić, ale wiele osób uważa, że w roli twardziela bywam nawet
bardziej przekonujący niż on.
- Ja też tak uważam - wyrwało się Anecie. Zakryła szybko usta dłonią,
zdając sobie sprawę, że pozwoliła sobie na zbyt wiele. - Dlaczego pan
Prezes, mając tak entuzjastyczne recenzje, nie kontynuował kariery
aktorskiej? Widziałabym pana w obsadzie Prawo i pięść. Jeśli mogę
wyrazić swoje zdanie, byłby pan o wiele lepszy w roli głównej niż Gustaw
Holoubek.
- Też myślałem, że to była rola napisana dla mnie. Zrezygnowałem jednak
z aktorstwa, bo nie chciałem naśladować czyichś postaw. Chciałem
zmieniać świat i być jedynym sprawiedliwym. Uznałem, że będzie lepiej,
kiedy inni będą się wcielali we mnie, a nie ja będę odgrywał role
innych.
- Czyli już jako dziecko świadomie zrezygnował pan z kariery aktorskiej
na rzecz służby dla ojczyzny? Pana wielbicielki zapewne próbowały pana
od tego odwieść? - Spojrzała filuternie na Prezesa.
- Tak - przyznał bez zastanowienia. - Wiele dziewcząt się wtedy we mnie
kochało: i Basia, i Bożenka, i Barbarka - Aneta wzruszona patrzyła, jak
Prezesowi powracają kolejne wspomnienia - jednak nie miałem dla nich
czasu. Zrezygnowałem z flirtów, by móc w pełni oddać się służbie dla
ojczyzny.
- Cóż za dojrzałość i poświęcenie! - Aneta nie mogła powstrzymać
ekscytacji. - Przy panu bledną nawet czyny Mahatmy Gandhiego czy Nelsona
Mandeli. Zapewne przygotowując się do zarządzania państwem, był pan
wzorowym uczniem?
- I tu się pani myli. To był okres komunizmu, więc musiałem ukrywać
swoją wiedzę, bo gdyby oni się dowiedzieli o moich zdolnościach, toby
mnie siłą wcielili do partii. Od dziecka byłem dysydentem, dostawałem
same dwóje, nie zdawałem z klasy do klasy, komuniści nie dowiedzieli się
o moich talentach.
- Dochodzimy więc do przełomowego momentu w pana życiu, czyli wejścia w politykę. W którym momencie stał się pan najważniejszą postacią
podziemia antykomunistycznego?
- Od samego początku. Wszyscy, którzy mnie wówczas spotykali po raz
pierwszy, od razu wiedzieli, że to ja jestem najważniejszy. Musi pani
pamiętać o specyfice tamtego okresu. My, dysydenci, byliśmy bezwzględnie
represjonowani przez władze, dlatego podstawą działalności podziemnej
była konspiracja. Im lepiej ktoś się zakonspirował, tym miał większą
szansę przetrwać. Nie chwaląc się, byłem w tym prawdziwym mistrzem.
Udało mi się tak zakonspirować, że nikt nie miał pojęcia, iż to ja
dowodzę całą opozycją podziemną. Wyłapywali figurantów: Kuronia, Geremka
czy Mazowieckiego. Zamykali ich w więzieniach, gdzie wypoczywali jak na
wczasach w Sopocie, a ja trwałem do samego końca, najbardziej się
narażając. Byłem dla bezpieki człowiekiem bez twarzy, dzięki temu
udawało mi się wymknąć z każdej zasadzki. Dopiero teraz, po latach, mogę
zdradzić tę historyczną prawdę.
- Pan jest, panie Prezesie, bardzo skromny. Żaden historyk nie odważyłby
się zakwestionować pana przywództwa w odzyskaniu niepodległości.
Przenieśmy się do pierwszych wolnych wyborów prezydenckich. To pan
wydawał się jedynym właściwym kandydatem do tego urzędu, lecz zdecydował
się pan udzielić poparcia agentowi bezpieki, człowiekowi znikąd.
Dlaczego pan to zrobił?
- To był zabieg taktyczny. Ludzie szybko przyzwyczajają się do dobrego,
dlatego chciałem im pokazać, że wolność nie może być im dana raz na
zawsze. Na tym przykładzie chciałem pokazać zło, żeby potem mogli się
dowiedzieć, jak wygląda dobro. Wtedy na własnej skórze poczuli działania
kiepskiej władzy, a od kiedy ja objąłem prezesurę w kraju, mają same
plusy. Chyba dostrzega pani różnice?
- O tak - odpowiedziała Aneta wpatrzona w Prezesa, a po policzkach
spłynęły jej łzy. - Chciałabym porozmawiać o pana zasługach.
Wielokrotnie odbierał pan nagrodę człowieka wolności. Czy może pan
zdefiniować, czym jest dla pana wolność?
- Oczywiście. Wolność to możliwość prawidłowego wyboru. Człowiek, który
wybiera źle, nie jest wolny. Żeby stał się naprawdę wolny, trzeba go
skłonić, by wybierał jeszcze raz i jeszcze raz, aż w końcu wybierze
dobrze. Dobry wybór to oddanie się w całości narodowi i państwu. Ja tak
wybrałem, poświęcając się państwu, i dlatego jestem wolny. Wolnymi są
wszyscy, którzy postępują tak jak ja, pozostali zaś są zniewoleni. By
ująć to krótko, wolność to całkowite podporządkowanie się państwu.
- Dzięki panu, panie Prezesie, ja też czuję, że jestem wolna -
oświadczyła Aneta, wycierając chusteczką łzy coraz obficiej spływające
jej po policzku. - Jednak nie wszyscy jeszcze wokół nas są wolni. Mimo
że pana idee zasługują na poparcie wszystkich Polaków i wokół pana
Prezesa powinien powstać front jedności całego narodu, są tacy, co
występują przeciwko panu, czyli państwu. Co pan o nich myśli?
Twarz Prezesa stężała.
- To sprzedawczyki, zdrajcy! - wrzasnął, ledwo mogąc zapanować nad sobą.
- To element analny, hołota, to zwykłe bydło! - Po słowie "bydło" Prezes
zamyślił się i nagle przyszło mu coś do głowy. - A propos bydła, za
chwilę na moich prywatnych łączach będzie transmisja z rodeo.
Bezpośrednio z Teksasu. Czy chce pani obejrzeć ze mną, jak oni dosiadają
te młode byczki?
Aneta poczuła, że nadszedł najważniejszy moment w jej życiu. Obejrzeć
rodeo z Prezesem to był zaszczyt, o który zabiegało całe jego otoczenie.
Z plotek kuluarowych wiedziała, że kilka razy próbowała się wprosić na
to do niego Julka z trybunału, ale Prezes nie zareagował, próbowała
Elżbieta z sejmu i jej też się nie udało. A ona przy pierwszym spotkaniu
dostała zaproszenie! To było jak święte namaszczenie, jak pocałunek
Boga...
Wzruszona nie mogła wydusić z siebie słowa, skinęła więc tylko głową.
Usiedli w fotelach w niewielkim gabinecie. On wpatrywał się w ekran i okrzykami dopingował kowboi, ona też pokrzykiwała, by wykazać
zainteresowanie. W istocie jednak zastanawiała się, jak udokumentować
ten wielki moment i na Facebooku pokazać swoją obecną pozycję w strukturach władzy. Myślała, myślała, ale nic nie przychodziło jej do
głowy. Nie miała odwagi zwyczajnie poprosić Prezesa o wspólne selfie.
Ktoś jednak czuwał nad nią gdzieś tam, w niebiosach, bo między jednym
okrzykiem entuzjazmu a drugim Prezes nagle zasnął i zachrapał. Odczekała
kilka minut, by zapadł w głęboki sen. Wówczas korzystając z okazji,
pstryknęła kilka zdjęć, tak manewrując obiektywem telefonu, by z zamkniętymi powiekami Prezes wyglądał na pogrążonego w charakterystycznej dla niego zadumie. Usatysfakcjonowana czekała i czekała, aż się obudzi, jednak minęła północ, potem godziny pierwsza i druga. Świadoma tego, że Prezes potrafi spać do późnych godzin
popołudniowych, wymknęła się z gabinetu i podążyła do domu.
Prezes jednak nieoczekiwanie obudził się o godzinie trzeciej trzydzieści
wypoczęty i pełen energii. Otworzywszy oczy, zaczął nawoływać swoje nowe
odkrycie towarzyskie, tę przemiłą kowbojkę, i z rozczarowaniem
stwierdził, że podczas jego drzemki dziennikarka go opuściła. W pierwszym odruchu chciał ją wezwać ponownie, ale spojrzawszy na zegarek,
uznał, że sprawa może poczekać do następnego dnia. Rozmowa z nią mu się
podobała. Kobieta była bystra, myśląca i bardzo dociekliwa. Potrafiła
wydrzeć z niego najbardziej skrywane tajemnice. Westchnął i wrócił do
głównego gabinetu. Przy jego biurku drzemał kot. Wziął go na ręce.
Uwielbiał z nim rozmawiać w nocy. Był jego spowiednikiem, jedynym żywym
stworzeniem, przed którym mógł się całkowicie otworzyć, bo przebywając
wśród ludzi, musiał grać. Ta dziennikarka mu się podobała i budziła jego
zaufanie. Mogłaby zostać jego drugim kotem, takim zapasowym. Podczas
wywiadu opowiadał historie zgodnie z sugestiami swoich specjalistów od
wizerunku. To oni wpoili mu zasadę Napoleona, że powtarzanie tego samego
jest najlepszą figurą retoryczną. Natomiast kłamstwo powtarzane
wielokrotnie ludzie w końcu traktują jak prawdę, dlatego zmyślał jak
najęty. Z czasem się pogubił, nie pamiętał, co jest prawdą, a co
wymysłem jego doradców. Tylko kotu mógł się zwierzyć. Nagle poczuł, że
musi wylać przed nim swoje żale.
- Nie wiem, jak to się stało, ale już będąc dzieckiem, nikogo nie
lubiłem. Byłem zazdrosny o sukcesy innych, ale szybko zdałem sobie
sprawę z konsekwencji tego. Miałem znikome szanse na zdobycie władzy, bo
ludzie nie traktowali mnie poważnie. Zgodnie ze starą łacińską maksymą
Nec Herkules contra plures nie mogłem sam wygrać ze wszystkimi,
dlatego próbowałem nie lubić tylko niektórych. Ale i to mi nie
wychodziło. Jedyne, co udało mi się osiągnąć, to to, by jednych nie
lubić mniej, a innych bardziej. Od tego czasu tych, których
nienawidziłem najbardziej, wybierałem na moich wrogów, a tym, których
nienawidziłem trochę mniej, wmawiałem, że są moimi przyjaciółmi. Ci moi
niby-przyjaciele walczyli z moimi wrogami, jakby to byli ich wrogowie.
Nie mogłem pozwolić, żeby popadli w rutynę, bo walka z jednym wrogiem
każdego by w końcu znudziła. Co pewien czas dokonywałem rotacji,
zmieniając przyjaciół i wrogów, co wywoływało z dnia na dzień zmianę na
politycznej szachownicy. W ten sposób udało mi się doprowadzić do tego,
że świat zewnętrzny stał się polem walki, a ja kierowałem wojnami, nie
wstając z ulubionego fotela. Nie ma lepszego sposobu na zapanowanie nad
tłumem niż dokonywanie nieustającego podziału na: my i oni, przyjaciele
i wrogowie. Przyjaciele byli zwolennikami idei, które aktualnie
wyznawałem, wrogowie to swołocz, zdrajcy i sprzedawczyki. Porywałem
tłumy, które razem ze mną nienawidziły moich wrogów. Udało mi się
zgłębić naturę ludzką, toteż wiedziałem, że nie ma ludzi w pełni
szczęśliwych, nawet jeśli uważają, że takimi są. Postawiłem sobie za cel
odnaleźć, rozbudzić i pielęgnować w nich niezadowolenie. Następnie tych
niezadowolonych łączyłem w grupy. Gdy ich poziom niezadowolenia
wzrastał, wskazywałem im wroga, kozła ofiarnego, który był winny ich
krzywdy. Ostatnim etapem było wysłanie ich na krucjatę przeciwko
wskazanemu im uprzednio złu. Na początku bawiło mnie napuszczanie jednej
grupy na drugą. Później zdałem sobie sprawę, że sprytne kierowanie tymi
grupami osłabiało je, a w konsekwencji wzmacniało nie ich przeciwników,
tylko mnie. Kiedy udało mi się wywołać tak dużo konfliktów, że wszyscy
walczyli już ze wszystkimi, stałem się naprawdę silny i mogłem podjąć
próbę przejęcia władzy. Oczywiście, aby mój zamiar się powiódł, musiałem
wszystkim zwaśnionym obiecać to, czego pragnęli, a więc obiecywałem,
przecież nic mnie to nie kosztowało. Moje propozycje wprowadzenia nowego
porządku na miejsce zgliszczy, do których doprowadziłem, tak zawładnęły
umysłami tłumu, że ludzie porzucali idee wolności i demokracji dla
bliżej nieokreślonych obietnic powszechnej szczęśliwości, która miała
nastąpić w bliżej nieokreślonym czasie. By przejąć władzę, musiałem
zbudować administrację państwa na zupełnie nowych zasadach. Centralną
postacią państwa, w co, mój kocie, zapewne nie wątpisz, miałem być ja.
Ponieważ nikogo nie lubiłem, nie miałem najmniejszego zamiaru rządzić
osobiście, żeby nie mieć ciągłego kontaktu z rządzonymi. Utworzyłem
grupę posłańców, którzy realizowali moje projekty. Byli nimi najwyżsi
urzędnicy w strukturach mojego państwa, a ich zadaniem miało być
przekazywanie moich myśli i decyzji obywatelom. O ważności każdego
urzędnika w państwie decydowało to, czy był osobistym odbiorcą moich
myśli, czy tylko ich przekaźnikiem. W ten sposób kształtowała się
drabina władzy. Najważniejsi oczywiście byli ci, z którymi rozmawiałem
bezpośrednio. Według analogicznego schematu sformowałem hierarchię
pozostałych. Ci, których zapraszałem do siebie, stawali się elitą,
prawdziwą gwardią cesarską. Moje przemyślenia miały różną wagę, co
przekładało się na ważność na drabinie popleczników. Kiedy ktoś mnie
zawiódł, przestawałem go zapraszać, czyniąc go nikim, a gdy ktoś mi się
spodobał, zaczynałem go zapraszać, uzupełniając wakat. Najważniejsze
było to, że nikt nie mógł być pewien swojej pozycji i wciąż musiał o nią
zabiegać. Wprowadziłem w życie zasadę polegającą na tym, że częściej
upokarzałem tych, którzy zajmowali strategiczne pozycje w moim państwie,
żeby im się przypadkiem w głowie nie przewróciło. Nikt nie może zarzucić
mi tyranii, bo przecież w mojej administracji wszyscy byli równi.
Przykład? Każdy, kto wywołał moje niezadowolenie, zazwyczaj lądował na
bruku. Nie cierpię, kiedy ktoś próbuje myśleć za mnie. Wybieram na
współpracowników ludzi o ograniczonych horyzontach, żeby nie mieli
pokusy uruchomić swoich - choć ograniczonych - szarych komórek. Oprócz
posłańców zorganizowałem grupę strażników. Ci nawet nie muszą rozumieć
moich myśli, bo mają ich jedynie strzec. Nie uwierzysz - Prezes obdarzył
kota uśmiechem - jakie okazy udawało mi się wynajdywać. Znalazłem
ogrodnika, który transferował moje myśli do sejmu. Kiedy mi się znudził,
zastąpiłem go kobietą, która o Katyniu uczyła się z książek
przedwojennych. Perukarz nadzorował gabinet premiera, a o pomyśle na
premiera nie chcę ci opowiadać, bo umarłbyś ze śmiechu. Stawiałem na
współpracowników, którym nigdy nic by nie przyszło do głowy, dlatego
rozdawałem coraz większe lenna moim bezmyślnym ludziom, zapewniając
sobie ich oddanie, poparcie i brak myślenia. Zdawałem sobie sprawę, że
bezmyślność w stanie czystym - na podobieństwo wzorca z S?vres - rzadko
występuje w przyrodzie. Nawet tym zbliżonym do ideału zdarzało się
czasem coś pomyśleć, dlatego surowo ich karałem za wszelkie przejawy
uruchomienia szarych komórek. W efekcie wszyscy przybierali maskę
całkowitej bezmyślności, a im więcej myśleli, tym bardziej starali się
wyglądać na nieskażonych jakąkolwiek ideą. Szybko zdałem sobie sprawę,
że nikt z opozycji ze mną nie wygra, bo występując przeciwko mnie,
musiałby wykazać się myśleniem, bo w bezmyślności nie pokonałby mojej
ekipy, a ja nauczyłem swoich obywateli, że mają unikać pokusy
naoliwienia mózgu.
Prezes poczuł, że zaschło mu w gardle, nalał wody do szklanki i pociągnął spory łyk. Spojrzał na kota. Niestety zwierzątko zasnęło
ukołysane monotonną opowieścią, więc ułożył kota na kanapie, okrył
ciepłym pledem i poczłapał do łóżka.
Kiedy Aneta dotarła do redakcji o godzinie dziewiątej, sekretarka
oznajmiła jej, że naczelny już na nią czeka. Nim zdążyła wejść do jego
gabinetu, zadzwonił telefon. Ten głos rozpoznałaby wszędzie. To była
dawna premier, kobieta bohaterka, która samotnie stoczyła najbardziej
zaciętą bitwę o honor ojczyzny.
- Proszę do mnie natychmiast przyjechać, przeprowadzimy wywiad -
poleciła nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Aneta próbowała doszukać się przyczyny tego niespodziewanego
zaproszenia. Zapewne ktoś z zauszników premier zobaczył ją w kancelarii
Prezesa, widział, jak szybko została przyjęta, i opuściła gabinet
najwyższego prawie nad ranem. Plotka o jej zażyłości z Prezesem musiała
się rozejść, zanim jeszcze opublikowała ich wspólne zdjęcie. To, co
robił Prezes, chcieli powielać jego pretorianie. Nic dziwnego, że i pani
premier była zainteresowana wywiadem. Aneta uświadomiła sobie, że jeśli
teraz przeprowadzi i opublikuje rozmowę z nią, to od przyszłego tygodnia
może stać się numerem jeden narodowej publicystyki.
- Tak, oczywiście, pani premier, będę natychmiast - zameldowała.
Naczelny, nie mogąc doczekać się relacji, wyszedł ze swojego gabinetu.
- Masz wywiad?! Wpuścili cię do Prezesa?! Nie zasnął w trakcie rozmowy?!
Dobry wywiad?! - zasypał ją pytaniami.
- Mam - potwierdziła z dumą. - Wpuścili mnie przed prezydentem. Prezes
usnął dopiero w czasie rodeo. - Przemyciła najważniejszą wiadomość,
pewna, że lotem błyskawicy rozejdzie się po całym mieście. - A czy
dobry? Szef sam oceni... Prezes się przede mną otworzył.
Naczelny ze złości zacisnął zęby. Zazdrościł jej t?te-a-t?te z Prezesem.
On oddałby wszystko, włącznie z własną duszą, żeby móc z Prezesem
obejrzeć rodeo. Aneta miała w nosie jego zawiść. Po wczorajszej wizycie
pod wiadomym adresem była nie do ruszenia.
- Ile razy Prezes powiedział, że wszystko to wina tamtego? - przeszedł
do konkretów.
- Sto sześćdziesiąt trzy razy - odpowiedziała.
- Dobrze - pochwalił ją. - Czytelnicy będą zachwyceni. Kiedy będziesz
gotowa z tekstem?
- Do piętnastej powinnam się wyrobić, szefie - obiecała i poszła do
swojego pokoju. Sięgnęła do torby po dyktafon. Nie było go,
przestraszona wysypała wszystko z torby na biurko. Dyktafon zniknął.
Próbowała zebrać myśli. Nie mogła go zgubić. Zaczęła podejrzewać, że w tajemniczym zniknięciu sprzętu mogły brać udział służby, a może
konkurencja. I wtedy sobie przypomniała. Kiedy Prezes zaproponował jej
rodeo, przeszli od razu do saloniku. Nie zabrała dyktafonu przekonana,
że wrócą, by kontynuować wywiad, a potem po prostu o nim zapomniała.
Dyktafon z najcenniejszym wywiadem życia leżał na biurku Prezesa. Tekst
musiał trafić do drukarni do siedemnastej, a nie było gwarancji, że do
tej godziny Prezes zdąży się obudzić. Aneta zaklęła jak szewc i wybiegła
z redakcji, nie mówiąc, co się stało. Kwadrans później była na ulicy
prowadzącej do domu Prezesa.
- Ta ulica jest zamknięta - poinformował ją policjant. - Pan Prezes śpi
i nie wolno tędy ani przechodzić, ani przejeżdżać.
- Ale ja do pana Prezesa osobiście - wyjaśniła funkcjonariuszowi.
- Jak śpi, to pani nie przyjmie. Proszę się cofnąć.
- Ale wczoraj oglądałam z Prezesem rodeo. - Chwyciła się ostatniej deski
ratunku.
Policjant spojrzał na nią z podziwem po czym spoważniał.
- O mały włos, a dałbym się nabrać. Prezes z nikim nie ogląda rodeo.
Proszę się rozejść.
- Zaraz udowodnię, że nie kłamię. - Aneta wyjęła telefon i pokazała
zdjęcie, na którym byli Prezes, ona i telewizor.
Policjant wyprostował się jak struna.
- Oczywiście, proszę przechodzić. - Zasalutował.
Aneta podbiegła do drzwi rezydencji i zapukała.
- Pani nie wejdzie, pani nie ma na liście - poinformował ją ochroniarz.
Nauczona doświadczeniem nie próbowała z nim dyskutować, tylko pokazała
fotkę w telefonie.
- Ja oglądałam z panem Prezesem rodeo. Proszę poinformować jego
sekretarkę, że muszę się z nią zobaczyć.
Korytarz prowadzący do biura Prezesa jak zwykle był wypełniony po
brzegi.
- Jak miło cię widzieć, kochanie - przywitała ją w drzwiach sekretarka.
- Co cię sprowadza? Spodobałaś się Prezesowi. Mówił o tobie i się
uśmiechał, kiedy wczoraj w nocy zaparzyłam mu ziółka.
Aneta opowiedziała o dyktafonie leżącym na biurku i deadlinie wywiadu.
- Nie martw się, kochanie. On jeszcze śpi, ale wsuniemy się ostrożnie do
gabinetu i znajdziemy dyktafon.
W drugim pomieszczeniu siedział prezydent oparty o ścianę. Wyglądał na
zmęczonego.
- Jadł pan prezydent coś? - spytała z troską.
Ze smutkiem pokręcił głową. Przypomniała sobie, że z poprzedniego dnia
zostało jej kilka kanapek. Sięgnęła po nie do torby i podała
prezydentowi. Na szczęście, dyktafon leżał tam, gdzie go zostawiła.
Poczuła nieprawdopodobną ulgę. W drodze do redakcji odebrała telefon.
- Dlaczego pani u mnie jeszcze nie ma? - spytała kobieta władczym tonem.
Zaklęła w duchu, bo na śmierć zapomniała o pani premier.
- Jestem w drodze. Poproszę o chwilę - obiecała.
Jak burza wpadła do redakcji.
- Przepisz to - poleciła sekretarce. - Wracam za trzy godziny i muszę
już to mieć. To materiał na pierwszą stronę.
Pani premier przyjęła ją jak zwykle elegancka, w kanarkowym kostiumie i szafirowych szpilkach. Całości dopełniała duża mosiężna brosza. Po
drodze Aneta zdążyła wyguglować, że to właśnie dziś przypadała rocznica
jej wystąpienia na śródziemnomorskiej wyspie w obronie europejskiej
godności. Nie wyobrażała sobie, by rozmowa mogła rozpocząć się od innego
tematu.
- Co pani premier czuła bezpośrednio przed swoim historycznym
wystąpieniem? - zadała to ważne pytanie.
- Byłam w pokoju hotelowym. Popatrzyłam w lustro i ujrzałam Polskę.
Zrozumiałam, że jestem jej wybranką i że to ja w tym miejscu jestem
kwintesencją polskości. Byłam dumna, bo już od dziecka chciałam być
Polską. Moje marzenie się urzeczywistniło.
- To wzruszające, pani premier. Nasze czytelniczki będą ciekawe, jak
pani wtedy była ubrana...
- W dniu mojej największej próby pragnęłam wyglądać jak wielkie
historyczne poprzedniczki, które podobnie jak ja były gotowe oddać życie
za ojczyznę. Wiedziałam, że muszę być jak mur nie do zburzenia czy
betonowa ściana nie do przebicia. Widziałam siebie w mosiężnym szyszaku
na głowie, w kolczudze i z mieczem Szczerbcem w prawicy, tym samym,
którym koronowano polskich królów. Żałowałam, że na tę okazję nie
zabrałam go ze skarbca koronnego w Zamku Królewskim.
- Dlaczego zatem nie pojechała pani w szyszaku?
- Nie mogłam być sobą, czyli taką, jaką chciałam, z powodu bezsensownej
etykiety. Stylistka mi zabroniła, kazała włożyć zwykłą garsonkę.
Wizażystka, zamiast na podobieństwo pradawnych wojów nałożyć mi na
policzki barwy wojenne, pokryła je zwykłym różem. Ale to nie szata zdobi
człowieka, najważniejsze jest serce.
- Święta prawda - przytaknęła Aneta.
- Moje serce było gorące i bijące tak mocno jak serce wielkiego Polaka,
Chopina dla ojczyzny. Widziałam siebie jako drugą wielką Polkę w historii. Pierwszą była Wanda, która nie chciała Niemca, drugą byłam ja.
I ja dla ojczyzny zrobiłam jeszcze więcej, bo nie chciałam nie tylko
Niemca, ale także brukselczyka. Wie pani, ja mam to we krwi, bo już
dziecięciem w kołysce będąc, nie lubiłam brukselki.
- O czym jeszcze pani myślała, stojąc przed tym lustrem?
- Myślałam o tym, że każdy z wielkich Polaków miał chwilę próby. W tych
momentach wykuwali się prawdziwi bohaterowie. Wówczas można było
odcedzić twardzieli od miękiszonów. Przypominałam sobie, co przeżyli
najwięksi Polacy: książę Poniatowski wskoczył w rwący nurt Elstery czy
porucznik Ordon bronił reduty. Byłam świadoma, że teraz czas na mnie, i będę mogła przed Bogiem i historią dowieść, że nie jestem miękiszonem.
- Czy myślała pani wtedy o kimś szczególnym, kto wspomagał panią
duchowo?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki