Prolog
Wygłoszona przepowiednia
Książę wszedł do komnaty. Powietrze wypełniały odrażająco słodkie
wyziewy. Łagodny blask rozstawionych świec nie wystarczał i większość
starodawnych rzeźbień ginęła w mroku. Książę słono zapłacił za dotarcie
do tej świątyni. Przyjaciele zginęli. Rodzina uznała, że zaniedbał
obowiązki wobec niej i Trensicourt. On jednak musiał się dowiedzieć.
Zakapturzone akolitki pociągnęły za łańcuchy, by wyciągnąć z pachnącego
basenu ociekającą płytę. Ciało wyroczni zanurzono w glinie, tylko jej
twarz pozostała widoczna - jedyna nierówność na mokrej, gładkiej
powierzchni płyty. Kobieta miała zamknięte oczy.
Książę czekał. Akolitki umocowały łańcuchy, po czym się oddaliły. W komnacie zapadła cisza.
Wyrocznia otworzyła oczy. Pokrywała je mleczna warstewka, tłumiąc brąz
tęczówek i przydając białkom opalizujący odcień.
- Galloran - powiedziała wyrocznia.
- Słucham - odpowiedział, chociaż nie wiedział, czy powinien się odezwać
i czy mogła go słyszeć; uszy miała ukryte w bloku.
- Jesteś ostatnią nadzieją Lyrianu - oznajmiła.
Już wcześniej to podejrzewał. Dlatego właśnie się zjawił - żeby
powiedziano mu to jasno i wyraźnie. Wraz ze słowami wyroczni jego
przypuszczenie skrystalizowało się w pewność. Na barki spadł mu
miażdżący ciężar obowiązku.
- Co muszę zrobić? - zapytał.
- Bez ciebie Maldor zatriumfuje. Jego rządy będą straszliwe. Królestwo
nigdy nie wydobrzeje. Musisz interweniować.
- Ja sam?
- Pojawią się inni, żeby służyć pomocą. Droga będzie mozolna. Wielu
zginie. Sukces jest mało prawdopodobny. Jednakże dopóki ty pozostaniesz,
nadzieja nie zginie.
- Gdzie mam zacząć? Czy Słowo jest kluczem?
- Poszukiwanie Słowa będzie niezbędną częścią twojej podróży. Ja strzegę
jednej sylaby. Droga jest dłuższa, niż myślisz.
Książę skinął głową.
- Co jeszcze możesz mi powiedzieć?
- Nic nie jest pewne. Wiele dróg prowadzi do zniszczenia. Zostaniesz
poddany próbom przekraczającym twoją wytrzymałość. Jeżeli przetrwasz
próby, które cię czekają, zostaniesz mężem bez żony, ojcem bez syna,
bohaterem bez misji, królem bez ziemi. Mimo to, nie trać ducha. Trzeba
zgubić drogę, by ją odnaleźć. Trzeba stać się pustym, by móc się
napełnić, słabym, by stać się silnym, ślepym, by przejrzeć na oczy.
Rozdział 1
Powrót
W ciepły sierpniowy poranek Jason Walker przykucnął za młodym pałkarzem
i małym łapaczem. Nie odrywał oczu od niewidzialnego prostokąta strefy
strajków, chociaż maska ograniczała mu pole widzenia. Niektórzy
sędziowie w tej lidze odważali się stawać na bazie domowej bez maski,
ale rodzice Jasona upierali się, żeby ją zakładał. Na podstawie objawów,
jakie opisał w czerwcu, lekarze orzekli, że to właśnie wstrząśnienie
mózgu musiało doprowadzić do jego tajemniczego zniknięcia, które
zakończyło się tym, że Jason pojawił się na farmie w Iowa, twierdząc, że
nie pamięta nic z tego, co wydarzyło się w czasie minionych czterech
miesięcy.
Mały pałkarz wziął zamach. Zerknął na biegacza przy trzeciej bazie, a potem na biegacza przy pierwszej. Znalazł się w trudnej sytuacji. To
była trzecia runda letnich playoffów. Jego drużyna prowadziła jednym
punktem, a to była ostatnia zmiana w ataku i padły już dwa auty;
aktualny stan wynosił trzy bole (błędy miotacza) i dwa strajki (błędy
pałkarza). Pulchny dzieciak na bazie domowej był drugim pod względem
wyników pałkarzem w przeciwnej drużynie.
Biegacz przy pierwszej bazie zyskiwał sporą przewagę. Miotacz zszedł ze
stanowiska i cisnął piłkę do pierwszobazowego. Biegacz rzucił się z powrotem do swojej bazy, a potem poprosił o czas, żeby spokojnie stanąć.
Miotacz odzyskał piłkę. Biegacz na pierwszej znowu rzucił się chciwie,
by ukraść bazę. Miotacz ponownie rzucił do pierwszobazowego, ale ten
upuścił piłkę. Chociaż nie odtoczyła się daleko, biegacz z trzeciej
śmignął do bazy domowej. Pałkarz się wycofał.
- Rzucaj na domową! - wrzasnął miotacz, kiedy pierwszobazowy złapał
wreszcie piłkę.
Piłka śmignęła do łapacza, który prawie uprzedził biegacza, ale ten
wjechał w niego barkiem i wszedł na bazę domową. Mały łapacz poleciał do
tyłu na ziemię, piłka wypadła mu z rękawicy.
- Wypadasz! - zawołał Jason, wymachując pięścią.
Graczom na boisku wyrwał się radosny okrzyk. Trener przeciwnej drużyny,
chudy mężczyzna o ciemnej opaleniźnie i jeszcze ciemniejszych wąsach,
popędził do Jasona. Zaczął wrzeszczeć, nim dotarł do bazy domowej. Oczy
wychodziły mu z orbit, ślina pryskała ze spierzchniętych ust.
- Co z tobą, sędzio?! Co to za decyzja?! To nasz sezon! Ślepy jesteś?
Upuścił piłkę!
Jason zdjął maskę i spojrzał na wściekłego trenera. W ciągu ostatnich
sześciu miesięcy stawił czoło ogromnemu, żądnemu krwi krabowi,
przechytrzył błyskotliwego kanclerza, pojedynkował się z mściwym diukiem
i przeciwstawił się złemu cesarzowi. Trener Leo nie robił na nim
wrażenia. Mężczyzna kopał w ziemię, obrzucając go kurzem i wymachiwał
nerwowo rękami. Żyły nabrzmiały mu na szyi. Najwidoczniej naśladował
widziany w telewizji napad złości jakiegoś menadżera z pierwszej ligi.
Podbiegł do nich Matt, sędzia z pierwszej bazy. Stanął między Jasonem i wściekłym trenerem.
- Ej, spokojnie! - rzucił stanowczo.
- Dam sobie radę - powiedział Jason, wychodząc zza przyjaciela. - No
dobra, zechce mnie pan posłuchać czy mam pana zawiesić?
Trener zamknął usta, oparł ręce na biodrach i spojrzał płonącymi oczami.
Wyraz jego twarzy ostrzegał, że nic, co Jason powie, nie zdoła go
ugłaskać.
- Zasady w tej lidze wymagają, żeby w takich sytuacjach biegacz wchodził
wślizgiem na bazę domową.
- A co to znowu za zasada? - Trener nadal się wściekał, ale stracił
część pewności siebie.
- Zasada, dzięki której dziewięcioletni łapacze nie lądują w szpitalu.
Gdyby biegacz wyprzedził piłkę, zrobiłbym wyjątek, ale został dotknięty
piłką i wyautowany, i zdobył bazę tylko dzięki temu, że nie zrobił
wślizgu. Przed następnym sezonem proszę poznać zasady, a potem nauczyć
ich swoich graczy.
- Sędzia ma rację, Leo - rzucił przeciągle zza siatki ochronnej sędzia
prowadzący punktację.
Trener skrzywił się szyderczo, ale nie odpowiedział. Rozejrzał się po
rodzicach, gapiących się na niego z aluminiowych trybun, a potem
odwrócił się, by spiorunować Jasona wzrokiem, jakby to jego winił za
swój żenujący popis.
Jason uniósł brwi.
Trener wrócił na ławkę rezerwowych.
- Dobra robota - powiedział Matt, klepiąc Jasona w plecy. - To się
nazywa zachować zimną krew.
- Muszę sobie przypominać, że ci goście to po prostu ojcowie, którzy
desperacko chcą, żeby to ich dzieciak wygrał. Na swój sposób to miłe, że
tak się przejmują.
- Przez sport wielu ludzi zaczyna świrować.
Jason odetchnął głęboko, próbując zapomnieć o całym incydencie.
- Wynosimy się stąd?
- Jasne.
Ruszyli w stronę rowerów. Drużyny zbiły się w grupki, żeby wznieść
okrzyki.
- Wpadniesz dziś wieczorem na imprezę u Tima?
- Nad basenem? Nie wiem. Może.
- Daj spokój - nalegał Matt. - Będzie ubaw. Lato kiedyś się skończy.
- Zobaczymy.
- Czyli nic z tego. - Matt westchnął. - Kiedyś w końcu będziesz musiał
rozważyć powrót między żywych.
Jason nie bardzo wiedział, jak na to zareagować. Jak miał wyjaśnić, co
go naprawdę trapi? Przyjaciele zakładali, że jego skłonność do
samotnictwa wynika z niesławy, która spadła na niego po tym, jak na
cztery miesiące zniknął z horyzontu. O jego zaginięciu mówiono w ogólnokrajowych wiadomościach, podobnie jak o jego nagłym pojawieniu
się, kiedy większość już myślała, że Jason nie żyje. Rzeczywiście, jego
nieobecność ściągnęła liczne kłopoty. Pojawiły się dziesiątki próśb o wywiady. Co prawda, niektórzy dziennikarze mu sprzyjali, ale inni
oskarżali Jasona o to, że zmyślił wypadek i celowo się ukrywał. Poza
tym, stracony czas skomplikował mu życie w szkole. Po naradzie z rodzicami i nauczycielami, Jason spędził większość lata, przygotowując
stosy prac, dzięki czemu od jesieni zacznie następną klasę, zamiast
powtarzać rok.
Jego prawdziwy kłopot polegał na tym, że nie mógł nikomu powiedzieć
prawdy. Trafił do innego świata. Znalazł tam przyjaciół i wrogów.
Ryzykował życie i dokonał wielkich czynów. Wrócił do domu wbrew swojej
woli, zostawiając mnóstwo niedokończonych spraw. Zostawił tam samą
dziewczynę ze stanu Washington. Poznał kluczową tajemnicę, która może
zmienić sposób, w jaki bohaterowie z tamtego świata próbują stawić opór
cesarzowi Maldorowi.
Jak mógł to wyjaśnić Mattowi? Albo rodzicom? Niezależnie od tego, jakie
dowody by przedstawił ani jakie szczegóły opisał, nikt by mu nie
uwierzył. To brzemię należało tylko do niego. Chociaż doświadczenia z Lyrianu całkowicie zaprzątały jego myśli, gdyby spróbował powiedzieć
komuś prawdę, wylądowałby w szpitalu psychiatrycznym!
Ze wszystkich przyjaciół to Matt najbardziej starał się być dla niego
oparciem. Po powrocie z Lyrianu Jason rzucił baseball. Jego główne cele
jako miotacza wydawały się nic nieznaczące w porównaniu z nowymi
zmartwieniami. Jednakże nadal kochał ten sport, więc zgłosił się na
ochotnika do sędziowania latem w dwóch ligach dziecięcych. Wolontariat
wiązał się z niewielką presją i wymagał znacznie mniej czasu niż
prawdziwa gra i trening. Matt też się zgłosił - tylko po to, żeby
spędzać z Jasonem więcej czasu.
- Przepraszam - powiedział Jason. - Ostatnio tylko kwaszę zabawę.
Ostrzegałem cię, że mam w głowie mętlik. Żałuję, że nie mogę tego
wyjaśnić.
- Nie przejmuj się - odpowiedział Matt, łapiąc rower. - Kto by nie czuł
się zmieniony po tym, co przeszedłeś? Nikt nie ma ci tego za złe. Nikt,
kto by się liczył. Gdybyś tylko trochę wyluzował, zobaczyłbyś, że
niewiele się zmieniło. Kogo to obchodzi, czy grasz czy nie? Wszyscy się
stęsknili za twoim towarzystwem.
- Dzięki - odpowiedział Jason, upychając strój sędziowski do torby. -
Spróbuję wpaść.
Przyjaciel przyjrzał mu się uważnie.
- Możemy pójść razem. Chcesz, żebym po ciebie wpadł?
- Lepiej nie.
Matt pokiwał głową.
- A co powiesz na lunch?
- Nie, dzięki. Może zobaczymy się wieczorem.
- Jak chcesz. - Matt wzruszył ramionami. - Pogadamy później.
Matt odjechał na rowerze. Jason wsiadł na swój i pojechał do domu. Jeśli
nie będzie ostrożny, wkrótce straci wszystkich przyjaciół. Czy celowo
odpychał od siebie ludzi? To, że nie domknął swoich spraw w Lyrianie,
nie gwarantowało, że znajdzie drogę powrotną. Czy mu się to podobało,
czy nie, możliwe, że znowu będzie musiał zacząć prawdziwe życie w normalnym świecie. Ostatecznie, za niecały miesiąc zacznie się szkoła.
Regularny plan zajęć bardzo utrudni mu pustelnicze życie.
Kiedy dojechał do domu, zostawił rower w garażu i wyjrzał na tyły w poszukiwaniu Cienia, swojego labradora. Niestety, nikogo nie było w domu. Rodzice przywiązali się do psa podczas nieobecności Jasona i pewnie zabrali go na spacer.
Jason wycofał się do swojego pokoju. Ostatnio spędzał tu mnóstwo czasu.
Podszedł do szafy i zdjął pudełko od butów z górnej półki. Z szuflady
wyjął notatnik i długopis. Zdjął dwie gumki z pudła, otworzył je i wyjął
ludzką rękę. Odcięty nadgarstek ukazywał idealny przekrój przez kość,
mięśnie, ścięgna, nerwy i naczynia krwionośne.
C-Z-E-Ś-Ć. Jason napisał palcem litery na wyjętej dłoni. Odłożył rękę i wziął długopis gotowy do transkrypcji.
Nie teraz - ręka odpowiedziała pośpiesznie w języku migowym.
Widocznie Ferrin znowu wpakował się w jakieś kłopoty. Jason skontaktował
się z rozsadnikiem wkrótce po powrocie z Iowy. Nauczył Ferrina alfabetu
w języku migowym, posługując się książką z biblioteki publicznej. Ta
żmudna forma komunikacji była jego jedynym łącznikiem z Lyrianem. Jason
skrupulatnie zapisywał wszystkie ich rozmowy.
Był wdzięczny za tę żywą rękę. Stanowiła jedyny namacalny dowód tego, co
się wydarzyło. Zastanawiał się, czy bez niej nie uwierzyłby w końcu, że
miesiące spędzone w równoległym wszechświecie były tylko rozbudowanym
urojeniem.
W czerwcu, zaraz po otrzymaniu wiadomości od syna, rodzice przyjechali z Kolorado, żeby zabrać go z Iowy. Ojciec miał dobre ubezpieczenie, więc
wkrótce po tym, jak Jason opowiedział historię o czteromiesięcznej
amnezji, w czasie której jakimś cudem przewędrował setki mil, aż
odzyskał pamięć odziany w brudne, domowej roboty ubrania pośrodku pola
kukurydzy, został odesłany do neurologa. Jason zapewnił lekarkę, że
niczego nie przypomina sobie po tym, jak zjawił się w pracy po uderzeniu
w głowę piłką baseballową, opierając się pokusie zmyślenia przerażającej
historii o porywaczach z kosmosu, wyjaławiających światłach i badaniach
za pomocą sond. Kiedy go zapytano, jak dostał się do Iowy, Jason zaczął
snuć teorie, że być może jest narkoleptykiem i lunatykiem zarazem.
Po badaniach rezonansem magnetycznym pani neurolog potwierdziła, że
jeśli uderzenie wywołało wstrząśnienie mózgu, jak zakładała na podstawie
opisanych przez Jasona objawów, to nie pozostawiło ono żadnych trwałych
i widocznych zmian. U Jasona zdiagnozowano amnezję następczą, która -
jak wyjaśniła neurolog - oznaczała niezdolność do zapamiętania zdarzeń
następujących po urazie.
Jason miał przeczucie, że lekarka nie uwierzyła do końca w jego
historię, ale nigdy nie zapędziła się tak daleko, by nazwać go kłamcą.
Rodzice nie pojmowali, jak to możliwe, że przy całej uwadze poświęconej
przez media zaginięciu Jasona nikt go nie zauważył, kiedy miesiącami
błąkał się po kraju z amnezją. Uparli się, żeby poszedł do terapeuty,
który otwarcie próbował zbadać, czy Jason mówi prawdę na temat
straconych miesięcy. Jason jednak zwierzył mu się tylko ze snu, który
zawierał wiele szczegółów z Lyrianu. Ostatecznie przestano drążyć
kwestię jego zniknięcia.
Jason zastanawiał się, czy nie zwierzyć się ze wszystkiego rodzicom i nie wykorzystać obciętej dłoni jako dowodu. Ostatecznie jednak uznał, że
żywa ręka - chociaż stanowi niewytłumaczalne dziwactwo - nie jest
jeszcze niezbitym dowodem, że odbył podróż do innego świata. Dłoń
wywołałaby tylko kolejną, bardziej uporczywą serię pytań, na które nie
miał odpowiedzi.
Odłożywszy rękę z powrotem do pudełka, Jason włączył komputer. Poza ręką
miał jeszcze jeden dowód, że podróż do Lyrianu rzeczywiście się
wydarzyła. Wszedł do katalogu ze zdjęciami i, klikając myszką, przebył
labirynt katalogów, aż dotarł do tego, który nazywał się "Rachel".
W nim znalazł zdjęcia Rachel Marii Woodruff, trzynastolatki z Olympii w stanie Washington, która zaginęła w Parku Narodowym Arches tego samego
dnia, w którym zniknął Jason. Ściągnął te fotografie z najróżniejszych
stron w całym Internecie.
Najwyraźniej pieniądze i znajomości miały znaczenie, bo rodzice Rachel
zdołali zamienić jej zniknięcie w jedną z największych sensacji roku.
Historia była o tyle zagadkowa, że rodzina przebywała sama z przewodnikiem w niezwykle odludnym miejscu. Rachel zniknęła
błyskawicznie i po cichu. Ogromna ekipa pośpiesznie wezwanych ratowników
nie znalazła ciała ani śladów przemocy. Idąc tropem Rachel, dotarto do
naturalnego łuku skalnego, gdzie urywały się wszelkie ślady.
Jeśli idzie o zainteresowanie mediów, nie zaszkodził też fakt, że Rachel
była fotogeniczna, a jej rodzina dysponowała dziesiątkami aktualnych
fotografii, które mogła pokazać. Nie wspominając już o tym, że ojciec
zaproponował milion dolarów nagrody - bez zbędnych pytań - każdemu, kto
przedstawi informacje, które doprowadzą do odnalezienia Rachel.
Jason przyjrzał się kolorowej fotografii Rachel patrzącej znad płótna,
które właśnie malowała. Na innym stała obok chudej blondynki, obie
nosiły stroje lekkoatletyczne. Trzecie zdjęcie to był portret zrobiony w studio - sama twarz i ramiona. Rachel wyglądała jak ładna dziewczyna z sąsiedztwa, tyle że miała odrobinę więcej klasy, zarówno jeśli idzie o fryzurę, jak i stroje.
Jason zastanawiał się, czy nie zadzwonić anonimowo do jej rodziców i nie
dać im znać, że ją widział i że nic jej nie jest. Jednakże z takim
telefonem wiązało się sporo problemów. Po pierwsze, nie wiedział, czy
Rachel nadal jest cała i zdrowa. Kiedy ostatni raz o niej słyszał,
uciekała z Tarkiem ścigana przez cesarskich żołnierzy. Po drugie,
rodzice Rachel mogliby jakoś namierzyć dzwoniącego, a on nie miał
żadnego alibi. Zaginął w tym samym czasie, byłby więc bardzo
interesującym podejrzanym, gdyby kiedykolwiek powiązano go ze sprawą. A po trzecie, nie miał pojęcia, czy Rachel kiedykolwiek wróci do domu,
więc okrucieństwem byłoby budzić w jej rodzicach fałszywą nadzieję.
Wyłączył komputer, wstał i zaczął krążyć po pokoju. Nie cierpiał tego,
że jako jedyny człowiek na świecie wiedział, gdzie zniknęła Rachel. Nie
cierpiał tego, że jako jedyny człowiek na świecie mógł - być może -
sprowadzić ją z powrotem. Nie cierpiał tego, że jako jedyny człowiek na
świecie wiedział, że sekretne słowo, które miało rzekomo zniszczyć
czarnoksiężnika Maldora, było tak naprawdę wymyślną mistyfikacją, mającą
na celu rozproszenie sił wrogów i ocenę ich możliwości.
Jason rozebrał się i wziął prysznic. Wytarłszy się i ubrawszy, spojrzał
na swoje odbicie w lustrze. Nie odzyskał wiele wagi od powrotu z Lyrianu. Chociaż wycofał się z baseballu, od powrotu do domu wytrwale
ćwiczył. Trenował narzuty na podwórzu za domem. Biegał. Robił brzuszki,
pompki i podciągał się na drążku. Kupił książkę o karate i ćwiczył w pokoju.
- Dobrze wiesz, dokąd idziesz - powiedział do swojego odbicia. - Zawsze
tam idziesz, kiedy czujesz się tak jak teraz. Nie ma po co tego
odwlekać.
Poszedł wyjąć rękę z pudełka po butach i wrzucił ją do plastikowej torby
na zakupy, którą schował do czarnego plecaka z zapasami. Włożył szary
T-shirt i zawiązał lekką kurtkę w pasie. Włożył nową parę solidnych
butów, schował w zapinanej na suwak kieszeni kurtki wodoodporny aparat
jednorazowy, zarzucił plecak i wsunął scyzoryk do kieszeni dżinsów, na
wypadek gdyby dzisiejszy dzień miał się okazać tym dniem.
Przed ogrodem zoologicznym Vista Point Jason wyjął z portfela sezonową
przepustkę i machnął nią przy wejściu. Ignorując tłumy, poszedł prosto
do basenu hipopotama. Jak to robił przy ponad dwudziestu poprzednich
okazjach, zajął swoją zwykłą pozycję przy barierce.
Za pierwszym razem, kiedy ponownie odwiedził zoo, zamierzał wskoczyć do
basenu i dać się znowu połknąć hipopotamowi. Jednakże gdy tak stał i patrzył na ospałe zwierzę, ogarnęły go wątpliwości. A co jeśli hipopotam
nie zechce go połknąć? Jeżeli tylko go pokiereszuje, a świadkowie
potwierdzą, że Jason celowo wszedł do basenu? Skończyłby w zakładzie
psychiatrycznym.
Jason westchnął. Za każdym razem gdy przychodził do zoo, wkładał solidne
buty i zabierał rękę, plecak oraz scyzoryk. I za każdym razem tylko
gapił się na hipopotama, aż w końcu wracał do domu.
Rozważał pomysł odszukania kamiennego łuku, przez który Rachel dostała
się do Lyrianu. Jedyne co wie z całą pewnością, to że łuk znajduje się
gdzieś wśród pustkowi Utah. Z tego co opowiadała mu Rachel, wynikało, że
przejście było otwarte tylko przez krótką chwilę. Poza tym martwił się,
że gdyby zaczął szukać łuku, w końcu powiązano by go z jej zaginięciem.
W taki czy inny sposób musiał wrócić do Lyrianu. Jego przyjaciele
musieli dowiedzieć się tego, co wiedział o Maldorze i jego fałszywym
Słowie-Kluczu. Musiał pokazać Rachel, w jaki sposób może wrócić do domu.
Jego obecne życie wydawało się nieznośnie przyziemne i nieznaczące,
kiedy porównywał je z obowiązkami czekającymi na niego gdzie indziej.
W zeszłym roku Jason nie rozumiał, dlaczego starszy brat Matta, Michael
chciał zaciągnąć się do wojska. Jason i Matt argumentowali, że to
niepraktyczna i niebezpieczna decyzja dla chłopaka, który ma tyle innych
możliwości, ale Mike się uparł. Miesiąc po ukończeniu szkoły zaciągnął
się do piechoty morskiej. Mike po prostu chciał to zrobić niezależnie od
potencjalnego niebezpieczeństwa i niedogodności. Teraz Jason odkrył coś,
co budziło w nim podobne uczucia.
Być może mógłby nauczyć się ignorować doświadczenia z Lyrianu, udawać,
że informacja, którą zdobył, nie jest kluczowa dla losów niezliczonych
ludzi, w tym tych, na których mu zależało. Nie chciał jednak zapomnieć
tego, co się wydarzyło. Zaangażował się w walkę o wiele większą od niego
samego, ludzie liczyli na niego, znalazł sprawę, za którą było warto
walczyć, i kiedy właśnie zdobył informację kluczową dla tej sprawy,
został zmuszony do powrotu do domu.
Hipopotam był jego największą nadzieją na powrót. Leżał nieruchomo na
dnie basenu. Jason westchnął. To, że on potrzebował wrócić, nie
znaczyło, że hipopotam podporządkuje się jego pragnieniom.
Mały rudzielec stanął na palcach obok Jasona.
- Mamo, zrób, żeby wypłynął - marudził.
- Hipopotam odpoczywa - wyjaśniła stojąca za dzieciakiem kobieta. - Może
wstrzymać oddech na bardzo długo.
Jason złożył ręce. Powinien zaryzykować i po prostu zanurkować? Być
może. Ale przynajmniej poczeka, aż nikt nie będzie patrzył. Chociaż w zoo był dzisiaj spory tłum, w końcu nadarzy się okazja.
W głębi ducha, chociaż nie chciał się do tego przyznać, wiedział, że nie
skoczy. Przegapił już niezliczoną liczbę okazji. To rozwiązanie było po
prostu zbyt niepewne.
- Mamo, a co to za muzyka?
Jason zerknął na dzieciaka i nadstawił ucha.
Usłyszał odległą basową melodię, jakby zagraną na tubie, ale o wiele
bogatszą w brzmieniu. Zacisnął dłonie na poręczy. Jak długo muzyka
rozbrzmiewała, zanim ją zauważył? Dźwięczna melodia stawała się coraz
głośniejsza. Spojrzał na stojącą obok kobietę.
- Słyszy to pani?
Kobieta skinęła głową, marszcząc czoło.
- To dobiega z basenu? - spytała.
- Chyba tak.
Jason zagryzł usta. Mógłby rozwinąć myśl i wyjaśnić, że muzyka dobiega
poprzez hipopotama z odrębnej rzeczywistości.
Serce biło mu jak młotem. Oto dowód. Brama była otwarta. Jeśli
kiedykolwiek ma to zrobić, to właśnie nadszedł czas. Byłby głupi, gdyby
spodziewał się bardziej oczywistej okazji. Jeszcze mocniej chwycił się
barierki.
Czy naprawdę chciał tam iść? Co poczuje jego rodzina? Właściwie nie
zbliżył się dużo bardziej do rodziców. Rzeczywiście, starali się od jego
powrotu, chociaż ich uwaga sprawiała, że przede wszystkim czuł się jak
pacjent zakładu psychiatrycznego, z którym wszyscy obchodzą się jak z jajkiem. Doceniał intencje i starał się to okazać, ale on i rodzice
nigdy nie nadawali na tej samej fali. Kiedy radość z jego powrotu
przygasła, rodzice powrócili do starych zwyczajów. Jednakże drugie
zniknięcie będzie dla nich ciężkim ciosem. Biedny Matt przeżyje
prawdziwy wstrząs.
Tyle że wyprawa do Lyrianu nie musi oznaczać odejścia na zawsze - Jason
znał drogę powrotną. Pewnie, że czekali na niego śmiertelnie
niebezpieczni wrogowie. Pewnie, że istniało naprawdę realne ryzyko, że
zostanie zabity albo nigdy nie wróci do domu. Jednakże to, czego musiał
dokonać, było warte takiego ryzyka. Musiał dać znać Galloranowi, Tarkowi
i pozostałym, że Słowo to oszustwo. I musiał uratować Rachel.
Zerknął na Pomnik Ludzkiej Głupoty - szklaną gablotę, w której
umieszczono rzeczy wrzucone przez bezmyślnych ludzi do basenu
hipopotama. Jeśli zwierzę okaleczy go zamiast połknąć i przerzucić do
innego świata, to może powieszą w gablocie jego trupa.
A jeżeli uda mu się i zostanie połknięty na oczach tej kobiety i jej
syna, to co pomyśli jego rodzina i przyjaciele? Założą, że nie żyje.
Uznają pewnie, że cierpiał na depresję i postradał rozum. Jak ludzie
wyjaśnią fakt, że hipopotam połknął go w całości? Chociaż zwierzę było
duże, nie wyglądało na wystarczająco wielkie, by dokonać czegoś
podobnego.
Z drugiej strony, jeśli uda mu się wrócić do Lyrianu, to co go obchodzi,
co pomyślą inni? Ponowny powrót może okazać się trochę trudniejszy do
wyjaśnienia, tym jednak będzie się martwił później.
Muzyka stawała się coraz głośniejsza, ale nadal rozbrzmiewały tylko
niskie nuty pojedynczego instrumentu. Spokojny hipopotam nawet nie
drgnął na dnie basenu. Jason zatarł ręce. Spojrzał na kobietę, która z uwagą pochylała się nad barierką.
Spojrzała mu w oczy i zapytała:
- Prawda, że to dziwne?
- Aha. Zamierzam to zbadać.
Wziął głęboki wdech, przeskoczył nad poręczą i wskoczył do wody.
Popłynął w dół do hipopotama, który nadal leżał nieruchomo. Z wahaniem
dotknął jego pyska, ale zwierzę nie zareagowało.
Jason wypłynął na powierzchnię. Kobieta krzyczała, a jej syn płakał. W odpowiedzi na zgiełk kilka osób pośpieszyło w ich kierunku. Ostatnim
razem hipopotam połknął go sam z siebie. Jak można nakłonić hipopotama,
żeby zrobił coś takiego?
Jason znowu zanurkował. Próbował spoliczkować zwierzę, ale pod wodą nie
był w stanie uderzyć z odpowiednią siłą. Wbił palce głęboko w nozdrza
hipopotama, szturchnął go w oczy. Wielki łeb szarpnął się nagle w bok, a Jason odruchowo się wzdrygnął. Głowa zakołysał się w tę i z powrotem,
zanim znowu znieruchomiała.
Jason po raz ostatni szturchnął hipopotama w nozdrza, a potem wypłynął,
żeby zaczerpnąć powietrza.
Zebrał się spory tłum. Kobieta nie przestawała wrzeszczeć.
- Wyłaź stamtąd! - krzyknął mężczyzna. - Co ci odbiło?
Pływając w miejscu, straszliwie zakłopotany Jason zdał sobie sprawę, jak
szalone musiało się wydawać jego zachowanie przypadkowym świadkom. Miał
przeczucie, że w przyszłości czeka go więcej wizyt u terapeuty. Niemrawy
hipopotam najwyraźniej w ogóle nie był nim zainteresowany i nie dawał
się sprowokować. Mimo to, Jason postanowił spróbować raz jeszcze.
Coś otarło się o jego nogę. Zerknął w dół. Hipopotam znajdował się
dokładnie pod nim i podnosił się gwałtownie z rozwartą paszczą. Kiedy
zwierzę wynurzyło się z wody, Jason już prawie cały zniknął w gardzieli.
Potężne szczęki zamknęły się pośród przerażonych krzyków, gwałtownie
odcinając Jasonowi widok na gapiów.
Zjeżdżając nogami naprzód w śliskim, gumowatym tunelu, Jason słyszał,
że krzyki się oddalają, a basowa melodia przybiera na sile. Wszędzie
panowała ciemność, dopóki nie zatrzymał się gwałtownie. Nogi wystawały
mu z dziupli w martwym drzewie.
Leżał wewnątrz pustego pnia w przemoczonym ubraniu, gapiąc się w górę na
gwiazdy. Niska, donośna muzyka nadal rozbrzmiewała.
Jason wybiegł przez dziuplę, chociaż plecak trochę mu to utrudniał, i rozpoznał otoczenie - wysokie drzewa, gęste zarośla, szeroką rzekę.
Wrócił do Lyrianu.
Pobiegł na brzeg rzeki. Noc była ciepła, więc nie martwił się zbytnio
mokrym ubraniem. Księżyc wisiał tu na czystym niebie, oświetlając rzekę.
Mała tratwa dryfowała na ciemnych wodach. Samotna postać stała na
skromnej platformie owinięta ogromnym rogiem.
- Tark?! - zawołał z niedowierzaniem Jason. - Tark!
Muzyka ucichła.
- Kto tam? - rozległ się chropawy głos.
- Jason.
Postać na tratwie się zatoczyła.
- Lord Caberton?
- Tak.
- Czy jesteś... jego cieniem? - Głos zdradzał trwogę i zdumienie.
- Nie, to naprawdę ja. Wróciłem. - Jason sam ledwie w to wierzył. -
Podpłyń tu.
Niska, krzepka postać siłowała się chwilę, żeby wyplątać się z nieporęcznego instrumentu. Kiedy już uwolniła się od sousalaksu,
przewiosłowała do brzegu, zerkając przed siebie podejrzliwie. Tratwa
uderzyła o brzeg. Tark się zawahał.
- Wyjdź, żebym mógł cię lepiej zobaczyć.
Jason zdał sobie sprawę, że stoi w cieniu. Zrobił krok w bok i stanął w księżycowym świetle.
- Jak to możliwe? - wykrztusił Tark. - Zostałeś pojmany przez cesarza.
- Uciekłem do Poza. Teraz wróciłem.
Tark zeskoczył z tratwy i padł na kolana w błoto przed Jasonem, z rękami
kurczowo przyciśniętymi do piersi, ze śladami łez błyszczącymi w księżycowym blasku na policzkach.
- Serce mi pęknie z radości - oświadczył. - W jaki sposób uciekłeś?
Jasona nieco zaskoczyło to wylewne powitanie, więc potrzebował chwili,
zanim odpowiedział.
- Ktoś mi pomógł. Gdzie jest Rachel?
- Rozdzieliliśmy się - wyjaśnił Tark. - Posunięcie taktyczne, które
zasugerował Drake.
- Drake? To było przed tym czy po tym, jak uwolnił mnie w drodze do
Felrook?
- Pomógł nam przed tym i po tym. Nasi wrogowie wysłali czatownika, więc
mogliśmy się im wymykać tylko pozostając w nieustannym ruchu.
- Czatownika?! - wykrzyknął Jason. - Ferrin powiedział mi, że czatownicy
nie wróżą niczego dobrego.
- Czatownik znacznie pogorszył naszą sytuację. W końcu rozdzieliliśmy
się, żeby zmylić i podzielić naszych prześladowców. Drake i Rachel
pojechali konno w jedną stronę, ja odjechałem w inną, prowadząc drugiego
wierzchowca, a na dobitkę puściliśmy luzem kilka innych koni.
- Co z Jasherem? - spytał Jason.
- Przekazałem amar jego ludziom przy jednej z bram do Siedmiu Dolin.
Powinien zostać zasadzony wiele tygodni temu.
Jason spojrzał na Tarka.
- Dlaczego jesteś tu sam i grasz na swoim sousalaksie?
Tark odwrócił wzrok.
- To nie jest mój sousalaks. Mój przepadł dawno temu. Znalazłem ten
podły substytut w lombardzie. Widzisz, kiedy już upewniłem się, że
nasiennik jest bezpieczny, cały czas uciekałem i w końcu odnalazłem
drogę do domu. Nie miałem pojęcia, jak dołączyć do Drake'a i Rachel.
Mogłem mieć tylko nadzieję, że czatownik porzucił ich i ruszył za mną.
- Nazywa się ich także torivorami, zgadza się? Wiem na ich temat nie za
wiele, tylko to, ile powiedział mi Ferrin.
Tark zadrżał.
- Powszechnie nazywa się ich czatownikami. Odkąd oddzieliłem się od
pozostałych, dostrzegałem czasem w oddali mroczną obecność, ale nigdy
nie przyjrzałem jej się porządnie.
- To znaczy, że czatownik śledził ciebie? - upewnił się Jason. - A Rachel i Drake mogli mu się wymknąć?
- Nie ma pewności - odpowiedział Tark. - Ponieważ nigdy nie spotkałem
torivora, nie jestem pewien, co właściwie mnie śledziło. Modlę się, żeby
się okazało, że odciągnąłem to co najgorsze od Rachel i Drake'a. Przez
kilka pierwszych nocy w domu, kiedy już przestałem uciekać, spodziewałem
się, że zostanę schwytany. Jednak nigdy żaden wróg nie przekroczył
mojego progu. Zamiast tego zacząłem się zadręczać. Poczucie winy
przeżarło mnie na wylot. Nigdy nie zostawiłbym cię, lordzie Jasonie,
gdybyś nie powierzył mi amara. Walczyłbym u twego boku aż do śmierci.
Jason potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że Tark naprawdę fatalnie się
czuł, ponieważ zostawił go pod Harthenham.
- Zrobiłeś, co należało, Tark. Musieliśmy dać Jasherowi szansę
przeżycia. I trzeba było pomóc Rachel. Zrobiłeś to, czego chciałem.
Tark nadal stał ze spuszczonym wzrokiem.
- Nie mogłem pozbyć się przeświadczenia, że porzucając cię i pozwalając,
żeby cię schwytano, dokonałem ostatecznej zdrady. Nie dość, że
pozwoliłem, by Zawrotna Dziewiątka poświęciła się beze mnie, to jeszcze
opuściłem osobę, która pomogła mi odzyskać godność i ofiarowała mi nowy
cel w życiu. Jakaś część mnie chciała w pojedynkę zaatakować Felrook,
ale to przedsięwzięcie wydawało się zbyt beznadziejne i zbyt wielkie.
Kupiłem więc drugi sousalaks, zbudowałem małą tratwę i zamierzałem dziś
dokończyć to, co zacząłem miesiące temu z towarzyszami.
- Zmierzałeś ku wodospadowi? Tark, musisz przezwyciężyć...
Tark uniósł rękę, żeby mu przerwać.
- Nie marnuj słów. Nawet ja potrafię odczytać równie oczywiste znaki.
Jesteś zjawą, która zstąpiła z eterycznych królestw i z jakichś
niepojętych powodów raczyłeś poświęcić czas, żeby znowu uratować mnie
przed użalaniem się nad sobą.
- Jestem tylko zwykłym człowiekiem.
Tark prychnął śmiechem.
- Czymkolwiek jesteś, nie jesteś zwykłym człowiekiem. Nie zaprzeczaj. Z wdzięczności oficjalnie przysięgam służyć ci aż do ostatniej kropli
krwi. - Padł na błotnisty brzeg, pochylając nisko głowę. - Ślubuję ci
wierność. Wszystko co mam, należy do ciebie.
Jason był poruszony zachowaniem Tarka. A także zażenowany.
- Wstań, Tark.
Muzyk się podniósł.
Nieco zakłopotany Jason skrzyżował ręce na piersi.
- Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć.
- Co?
Jason odchrząknął.
- To może wpłynąć na to, co do mnie czujesz.
- Nie wyobrażam sobie, żebym mógł jeszcze bardziej cię poważać.
- Nie tym się martwię.
Tark parsknął śmiechem.
- Nic nie może sprawić, żebym stracił dobre zdanie na twój temat.
Jason wzruszył lekko ramionami.
- Pamiętasz ten wieczór, kiedy ośmioro z Zawrotnej Dziewiątki rzuciło
się z wodospadu?
Tark się naburmuszył.
- Jak mógłbym zapomnieć?
- Wasza muzyka wezwała mnie ze świata Poza. Kiedy zjawiłem się tutaj,
próbowałem zapobiec waszemu upadkowi z wodospadu!
Tark złapał się za głowę.
- Czekaj, chwileczkę - wydukał - to ty jesteś tym przeklętym intruzem,
który próbował nas uratować?
- Tak.
Jason wiedział, że Tark obwiniał niedoszłego ratownika za zniszczenie
tego, co miało być wzniosłą ofiarą Zawrotnej Dziewiątki.
W świetle księżyca surowa twarz muzyka powoli rozświetliła się
zrozumieniem. Przemówił jak człowiek, któremu została zesłana wizja.
- A zatem udało się nam. - Dźgnął Jasona palcem. - Ty byłeś bohaterem,
którego sprowadzenie przepowiedziała Simeonowi wyrocznia. I nasza śmierć
nie była konieczna dla powodzenia naszego przedsięwzięcia. Wręcz
przeciwnie... Zjawiłeś się, zanim ktokolwiek z nas zginął i próbowałeś
uratować nas przed własnym szaleństwem.
- Nie jestem pewien, czy jestem bohaterem.
Tark zbył to machnięciem ręki.
- Nie czas na fałszywą skromność. Wierzyłem, że ponieważ zostałem
uratowany, przeszkodziłem w sprowadzeniu bohatera i proroctwo się nie
spełniło. Jednak się myliłem. A oni nie musieli umierać. - Zadrgała mu
szczęka, ale zaraz zacisnął zęby. Otarł oczy przedramieniem.
Jason dla pocieszenia położył rękę na mocnym ramieniu muzyka.
- Czekaj! - szepnął zaniepokojony Tark, uderzając się w czoło. - Ale ze
mnie błazen! Szybko, na tratwę.
- Dlaczego...
- Szybko, lordzie Jasonie. - Syknął Tark. - Wyjaśnię na wodzie.
Jason wszedł na małą platformę, czując, jak kołysze się niepokojąco pod
jego ciężarem. Tark odepchnął ją od brzegu, brnąc z chlupotem przez
wodę, zanim sam na nią wskoczył w spodniach przemoczonych po uda.
- Co...
- Nie pokazuj się - ostrzegł Jasona niskim, naglącym głosem Tark.
Jason przykucnął za sousalaksem. Muzyk powiosłował dalej od brzegu,
rozglądając się i mrużąc oczy w mroku nocy.
- Nie mogę mieć pewności, że pozbyłem się stwora, który mnie śledził.
- Czatownika? - szepnął Jason, a noc nagle wydała mu się chłodniejsza.
Tark zerknął na niego.
- Nie chcemy ryzykować. To mroczne, szczwane stworzenie. Ostatnim razem
widziałem je wczoraj wieczorem. Gdyby chodziło mu o mnie, to miał
mnóstwo okazji, żeby mnie dopaść. A może ten demon miał nadzieję, że
doprowadzę go gdzieś... albo do kogoś. Do ciebie, jak podejrzewam, skoro
uciekłeś.
- Co właściwie wiesz na temat czatowników?
Tark zadrżał. Kiedy znowu się odezwał, jego szept był ledwie słyszalny.
- To nikczemne stworzenia. Niezgodne z naturą. Nikt tak naprawdę nie wie
o nich za dużo. Drake radził nam o nich nie rozmawiać.
- Jeśli to możliwe, że jakiś mnie ściga, muszę coś wiedzieć.
- Sam nie jestem pewien. Ludzie mówią, że gdyby śmierć przyjęła
namacalny kształt, byłaby torivorem. Cokolwiek mnie śledziło, wyglądało
jak żywy cień, więcej nie potrafię powiedzieć.
Jason zmarszczył brwi.
- Co powinniśmy zrobić?
- Musimy się rozdzielić. Nie możesz pozwolić sobie na to, żeby mieć
czatownika na karku. Trudno się ich pozbyć. Uwierz mi, próbowałem. Drake
też próbował, a ten nasiennik zapomniał więcej tropicielskich sztuczek,
niż ja kiedykolwiek się nauczę. Przy odrobinie szczęścia demon mógł się
nie zorientować, że mi towarzyszysz. Waham się, ale chyba wysadzę cię na
drugim brzegu.
- Dlaczego się wahasz?
Tark ściągnął brwi.
- Nikt nie wchodzi do lasu na północ od rzeki. Mówi się, że mieszkają
tam olbrzymy i że niewielu z tych, którzy tam weszli, wraca.
- Dlaczego więc chcesz mnie tam wysadzić?
- To ostatnie miejsce, do którego spodziewają się, że pójdziesz. I ostatnie, w którym będą cię śledzić. Pomijając cień, czymkolwiek jest,
zauważyłem, że ostatnimi czasy żołnierze poświęcają mi niezwykle dużo
uwagi. Całkiem możliwe, że właśnie mnie tropią. Powinienem był bardziej
uważać. Niespecjalnie się tym przejmowałem, bo myślałem, że idę na
własną śmierć.
Minęli środek szerokiej rzeki. Jason przyjrzał się zbliżającemu się
brzegowi, porośniętemu drzewami i paprociami.
- A co z olbrzymami?
- Dwa razy zapuściłem się w te lasy. Niezbyt daleko, zaznaczam, ale
Simeon, nasz dawny przywódca, był ciekawskim człowiekiem. Uwielbiał
wyprawy odkrywcze! Tak czy owak wybraliśmy się tam przy dwóch różnych
okazjach na większą część dnia i nie zobaczyliśmy żadnego olbrzyma ani
nawet ich śladów. Krążą historie o osadach w pobliżu lasu, na które
napadano, ale odkąd je opuszczono, opowieści wygasły. Możliwe, że
olbrzymy się przeniosły. Możliwe, że nigdy ich tu nie było.
Zbliżali się do brzegu. Jason zacisnął pięści. Jak to możliwe, że już
wpakował się w takie kłopoty, niecałe pięć minut po powrocie do Lyrianu?
Z drugiej strony czego właściwie się spodziewał? Zważywszy na całe
potencjalne niebezpieczeństwo, miał szczęście, że tak szybko znalazł
przyjaciela, nawet jeśli teraz musieli się rozstać. Jason miał ważną
wiadomość do przekazania Galloranowi, a Tark mógł pomóc w jej
dostarczeniu.
- Jeśli taki jest nasz plan - szepnął Jason - to muszę cię o coś
poprosić.
- Wal śmiało.
- Wiesz, gdzie znaleźć Ślepego Króla?
- Pewnie. W Fortaim. W tym samym miejscu co zawsze.
- Musisz mu coś powiedzieć. Sekret jest tak niebezpieczny, że pewnie nie
powinienem się nim dzielić, ale to niezwykle ważna sprawa.
- Nie obawiaj się. Jestem twoim człowiekiem.
- Powtórz to tylko Ślepemu Królowi. Niech sam zdecyduje, kto jeszcze
powinien wiedzieć. Powiedz mu, że lord Jason zdobył całe Słowo-Klucz.
Posłużyłem się nim przy Maldorze. Słowo to mistyfikacja, pomyślana jako
akt dywersji. Powiedz mu też, że uciekłem z Felrook.
- Stanąłeś przed Maldorem? - Głos Tarka napełnił się ponurym zdumieniem.
- I posłużyłeś się Słowem?
- Tak. Słowo zawiodło. Miało odwrócić naszą uwagę, rozproszyć wysiłki.
Zapamiętasz tę wiadomość?
- Oczywiście. Musimy też ostrzec Rachel. Powtórzyłem jej sylabę, którą
mi powierzyłeś. Zna całe Słowo.
- Właśnie. Musimy ją znaleźć. Miejmy nadzieję, że Ślepy Król nam pomoże.
- Nie masz nic przeciwko, że zapytam, dlaczego Ślepy Król? Pewnie, że
daje dobre rady, ale czego tak naprawdę się po nim spodziewasz?
- Może on ci powie. To nie moja rzecz.
Tark popukał się w bok nosa.
- Rozumiem, że jest kimś więcej, niż wydaje się z pozoru. Nie obawiaj
się, niezależnie od tego, kto mnie ściga, znajdę sposób, by dostarczyć
twoją wiadomość.
Tratwa uderzyła o brzeg. Jason i Tark zeskoczyli i przykucnęli w krzakach nad rzeką. Jason przyjrzał się posępnemu lasowi.
- To dokąd mam pójść?
Tark potarł brodę. Po zmianie wyrazu twarzy Jason odgadł, że muzyk wpadł
na pomysł.
- Wyślę cię do Arama. Kieruj się na północny wschód. Trzymaj się tego
kierunku, dopóki nie dotrzesz do wybrzeża na północnym krańcu półwyspu.
Wiesz, jak kształtują się ziemie na północ stąd?
- Nie. Wiem tyle tylko, że znajdujemy się na półwyspie.
- Idź wzdłuż wybrzeża na wschód, w stronę lądu, aż dotrzesz do
pierwszego dużego miasta. To będzie Ithilum. Na południowo-zachodnim
krańcu miasta, zaraz przy nabrzeżu, znajdziesz Portową Tawernę. Aram
pracuje tam wieczorami.
- Kim jest Aram?
Tark zarechotał.
- Wielki gość, najtwardszy osiłek jakiego spotkałem. Kiedyś często
pracował jako najemnik. Teraz pilnuje porządku w Tawernie. Nasz zespół
regularnie tam grywał. Staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Jest mi winny
przysługę. Powiedz mu, że przysłał cię Tark. Jeśli ktoś może zapewnić ci
bezpieczeństwo, to właśnie on.
- W porządku.
Tark zaczął grzebać w kieszeniach. Wyjął dwie sakiewki.
- W tej jest trochę pieniędzy - powiedział, potrząsaj lekko jednym
mieszkiem. Potem otworzył drugą sakiewkę. - A w tej są pamiątki z Harthenham.
Jason zerknął do środka. Była pełna klejnotów.
- Mimo mojej rekomendacji Aram może nie chcieć ci pomóc. Chociaż nadal
jest silny jak dąb i nie jest starszy ode mnie, uważa, że przeszedł na
emeryturę. Jednak każdy człowiek ma swoją cenę.
- Czyli mam mu zaoferować klejnoty?
- Nie wszystkie. Kilka powinno wystarczyć z nawiązką. Schowaj je.
Obnoszenie się z takim bogactwem może być śmiertelnie niebezpieczne,
zwłaszcza w takim mieście jak Ithilum.
- Co powinienem zrobić po zatrudnieniu Arama?
Tark podrapał się w policzek.
- Niech cię odprowadzi do wsi Potsug. Znajduje się nad rzeką Telkron.
Mają tam dwa promy. Kiedy dostarczę twoją wiadomość, dołączę tam do
ciebie albo wyślę kogoś na spotkanie z tobą. Będę trzymał się z dala
tylko, jeśli nadal będą mnie śledzili wrogowie. Stajenny Gurig jest
godny zaufania. Wspomnij mu o mnie, a potem czekaj na pomoc w jego domu.
Jason powtórzył imiona i instrukcje.
- Zgadza się. - Muzyk westchnął ciężko. - Ogromnie się cieszę, widząc
cię, lordzie Jasonie. Nie ociągaj się w lesie. Teraz muszę odpłynąć.
Szczęśliwej drogi.
- Pozwól, że cię odepchnę.
Tark wszedł na tratwę, a Jason odepchnął go od brzegu. Muzyk znowu
założył sousalaks na ramiona i zaczął grać, jednocześnie zręcznie
manewrując długim wiosłem. Jason rozejrzał się po brzegu, szukając
żywych cieni albo ukrytych żołnierzy. Wokół panował bezruch. Po raz
ostatni zerknął na Tarka, a potem odczołgał się od rzeki w mrok między
drzewami.
Rozdział 2
Olbrzymy
W miarę jak Jason oddalał się od rzeki, wysokie liściaste drzewa
odcinały coraz więcej mlecznego księżycowego blasku. W półmroku brnął
przez ciemne zarośla o kędzierzawym listowiu, zmieniając kierunek, kiedy
czasem natykał się na cierniste jeżyny albo splątany gąszcz. Im bardziej
zagłębiał się w roślinność, tym gęstsze stawało się poszycie lasu. Co
rusz dawał się otoczyć kolczastym barykadom.
Zatrzymywał się kilka razy, przykucając za krzakiem albo drzewem,
nasłuchując i rozglądając się za wrogami. Niezależnie od tego, jak długo
czekał ani jak bardzo nadstawiał ucha, nie wykrył żadnego śladu pościgu.
Nie usłyszał też przed sobą dudniących kroków olbrzymów.
Powąchał drobne dzwonkowate kwiaty zwieszające się ze smukłej łodygi.
Znał ten zapach. Wrócił do Lyrianu, kucał w ciemności, listowie
przesłaniało mu księżyc. Mimo niebezpieczeństwa - a może właśnie dzięki
niemu - czuł się naturalnie. Wiedział, że da sobie radę. Póki będzie
pamiętał o ostrzeżeniach, jakich udzielił mu Ferrin i Jasher, bardzo
trudno będzie go znaleźć - samotnego wędrowca w lesie.
Przez pewien czas powoli wspinał się na przełaj, na oślep oddalając od
rzeki, aż dotarł do ścieżki. Próbował skorzystać z księżyca, żeby
określić swoje położenie. W miarę jak głodniał, przystawał kilka razy,
żeby wyjąć z plecaka mieszankę studencką.
Wkrótce po świcie, mając wewnętrzną stronę ud poobcieraną od mokrych
dżinsów, dotarł na polanę, gdzie ścieżka zniknęła w wysokiej trawie.
Obchodząc łąkę obrzeżem, Jason przeskoczył wąski strumień i przepłoszył
rysia. Zwinny dziki kot syknął i zjeżył sierść, zadrżały mu uszy z pędzelkami. Zaskoczony Jason aż się wzdrygnął. Przykucnął i sięgnął po
kamień, ale zwierzę czmychnęło, trzymając się blisko ziemi, i zniknęło w zaroślach.
Niedaleko od miejsca spotkania z rysiem Jason znalazł mizerną ścieżynkę
biegnącą na północny wschód. Przyklęknął za ciernistym krzewem na samym
skraju łąki i ponownie spojrzał na polanę. Czekał cierpliwie i zobaczył,
jak ryś chyłkiem oddala się między drzewa, ale poza tym nie dostrzegł
niczego niezwykłego. Może rzeczywiście udało mu się oddalić od rzeki nie
będąc zauważonym.
Jason pogrzebał w plecaku w poszukiwaniu batonika proteinowego, który
potem zjadł, idąc. Słońce przesunęło się w stronę zenitu, kiedy Jason
wędrował ledwie widoczną ścieżką. Mimo wyczerpania nie chciał się
zatrzymywać przynajmniej do zmierzchu. Miał nadzieję zostawić za sobą
las i zagrożenie ze strony olbrzymów tak szybko, jak to możliwe.
Jakiś czas potem, kiedy słońce zaczęło się obniżać, Jason dostrzegł
drzewo bąbelkowca, stojące niedaleko od ścieżki. Czując się jak weteran
przygód, wspiął się po wąskim pniu i zerwał trzy owoce. Usiadł w pobliżu
ścieżki ze skrzyżowanymi nogami, ciesząc się z odpoczynku i gorzkawego
soku przezroczystych owoców. Smak, otaczające drzewa, samotność - to
wszystko było znajome i pomogło mu poczuć, że naprawdę wrócił do
Lyrianu.
Kiedy tak siedział, wyjął z plecaka rękę nadal owiniętą w plastikowy
worek. To Ferrin nauczył go rozpoznawać bąbelkowce. Czy rozsadnik mógł
podejrzewać, że Jason wrócił do Lyrianu? Czy był w stanie jakoś wyczuć,
że jego dłoń znajduje się bliżej? Czy to byłoby nierozsądne ze strony
Jasona, gdyby spróbował teraz skontaktować się z Ferrinem? Rozsadnik
twierdził, że obecnie ucieka przed Maldorem, co mogło oznaczać, że
znaleźli się po tej samej stronie.
Gdy Jason po raz pierwszy skontaktował się z Ferrinem, który już
błyskawicznie opanował alfabet języka migowego, rozsadnik udzielał
jedynie zwięzłych i mglistych odpowiedzi. Potem pewnego dnia Ferrin
powiedział, że jego udział w ucieczce Jasona z Felrook został odkryty i od tej pory jego wiadomości stały się bardziej szczegółowe. Mimo
wszystko, z powodu wcześniejszych zdrad Jason nie był pewien, czy
wierzyć w te informacje.
Podobno po tym, jak Jason opuścił Lyrian, Ferrin udał się jako tajny
agent do obozu więziennego, żeby odkryć, w jaki sposób więźniowie
zabijają strażników nie zostawiając żadnych dowodów. Według słów
Ferrina, zanim zdążył wypełnić zadanie, zjawił się szkarłatny jeździec z wieścią, że jest wzywany z powrotem do Felrook.
Ferrin udawał, że z radością spełni rozkaz, ale nocą wymknął się po
cichu z obozu, uciekł na pustkowie na zachodzie i w końcu dotarł do
miasta portowego Weych. Potwierdził później, że zgodnie z tym, co
podejrzewał, Maldor odkrył jego związek z ucieczką Jasona. Od tamtej
pory się ukrywał.
W czasie wszystkich ich rozmów Jason nigdy nie krył się z pragnieniem
powrotu do Lyrianu, a Ferrin obiecywał, że mu pomoże, jeśli Jasonowi
kiedykolwiek uda się wrócić. Jednakże Jason poważnie obawiał się
obdarzyć Ferrina zaufaniem. Wszystko, co rozsadnik mówił, mogło zostać
specjalnie tak sfabrykowane, żeby zdobyć jego zaufanie. W tej chwili
zaufanie Ferrinowi byłoby nieodpowiedzialne.
Pokrzepiony przekąską upchnął plastikowy worek z ręką do plecaka i potruchtał przed siebie ścieżką. Oceniał, że w domu jest teraz środek
nocy. Do tej pory lato upływało mu leniwie, często się wysypiał, więc
nie spodziewał się, żeby zarwanie jednej nocy przysporzyło mu większych
trudności. Poza tym, póki słońce nie zachodziło, miał wrażenie, że jest
wcześnie.
Po pewnym czasie zwolnił do tempa spacerowego. Dzień był zbyt gorący.
Mimo wilgoci w powietrzu, dżinsy już prawie mu wyschły.
Wąziutka ścieżka, którą szedł, skręciła na zachód, a potem na południowy
zachód. Jason nadal jej się trzymał, mając nadzieję, że w końcu skręci z powrotem na północ. Roślinność rosła tu wyjątkowo gęsta i ciernista.
Już szykował się, żeby zawrócić, kiedy ścieżka przecięła szerszy szlak,
który biegł prosto na północ. Ruszył północną dróżką, zaskoczony tym, że
jest taka szeroka, chociaż otacza ją dzicz. Zauważył kilka miejsc, gdzie
listowie robiło wrażenie pobieżnie wyciętego, żeby nie zarastało
ścieżki.
Jason przystanął przy jednym szczególnie pokaleczonym krzewie. Kto się
zajmował tą dróżką? Widać było, że ktoś świadomie o nią zadbał i zrobił
to względnie niedawno. Możliwe, że to olbrzymy? A może jakiś pracowity
pustelnik?
Jason uważnie przyjrzał się otoczeniu. Jeśli zejdzie ze ścieżki, to przy
takiej gęstości poszycia będzie posuwał się w wyjątkowo frustrującym,
ślimaczym tempie. Przyglądając się szlakowi, nie dostrzegł wielkich
odcisków stóp, za to zauważył trop dzikiego zwierzęcia, być może sarny.
Postanowił ruszyć pośpiesznie ścieżką, ale zachować ostrożność. Jeśli
usłyszy cokolwiek podejrzanego, to zawsze będzie mógł uskoczyć w zarośla.
Dotąd, niepokojące dźwięki okazywały się fałszywym alarmem, więc Jason
przeżył szok, kiedy ścieżka zakręciła za wysokim krzewem, a on stanął
twarzą w twarz z wysokim na dwanaście stóp olbrzymem, ściskającym
nabijaną kolcami maczugę.
Ogromny mężczyzna stał na skraju ścieżki z twarzą wykrzywioną w groźnym
grymasie. Jason zamarł, całkowicie zaskoczony, ale zaraz ochłonął.
Olbrzym okazał się zgrubnie wyciosanym posągiem.
Kiedy Jason zaczął się uspokajać, rozległ się przenikliwy głos:
- Mów, w jakim celu się zjawiłeś!
Rozkaz padł z miejsca gdzieś przed Jasonem, ale chłopak nie widział
mówiącego.
- Trzymaj ręce na widoku. Natychmiast wyjaw swój cel!
Jason wyciągnął przed siebie puste ręce. Nadal nie potrafił dostrzec
mówiącego. Wydawało mu się, że głos dobiega z wznoszącego się nad nim
posągu.
- Tylko przechodziłem przez ten las w drodze na wybrzeże.
- Odłóż całą broń.
- Nie mam broni. - Jason wyciągnął ręce i powoli się obrócił.
Mały człowieczek wynurzył się z kryjówki w krzakach między nogami posągu
olbrzyma. Miał kręcone kasztanowe włosy i sięgał Jasonowi nieco ponad
pas.
Podchodząc kaczym chodem z powodu krzywych nóg, człowieczek pokazał
wnętrze dłoni. Tym razem odezwał się nieco mniej ostrym tonem:
- Tak samo jak ty jestem nieuzbrojony. Jeśli zamierzasz mnie skrzywdzić,
przestań trzymać mnie w napięciu i załatw to od razu.
- Nie zamierzam nic ci zrobić. Chcę tylko zapytać o drogę, żeby szybko
opuścić te lasy.
Mały człowieczek zbliżył się ostrożnie. Jego proste odzienie miało
odcień wyblakłej zieleni, która zlewała się z barwą roślinności w lesie.
- Wybacz moją szczerość, ale jeśli zamierzasz na mnie napaść, wolałbym
mieć to już za sobą. - Odwrócił się. - O, proszę. Odwróciłem się
plecami i mam zamknięte oczy. Nie cierpię wyczekiwania. Jeśli masz
niecne intencje, proszę, miej chociaż tyle przyzwoitości, żeby
zaatakować mnie, kiedy jestem przygotowany na najgorsze.
- Możesz otworzyć oczy - zapewnił go Jason. - Nie jestem tutaj, żeby
kogokolwiek dręczyć.
Człowieczek rzucił Jasonowi chytre spojrzenie przez ramię.
- Cóż, twój honor ocalił ci życie.
Trzej inni mali ludzie, dwaj mężczyźni i jedna kobieta wyszli z kryjówki
w pobliżu. Byli odziani podobnie jak pierwszy karzeł, ale wszyscy
trzymali łuki.
- Zdziwiłbyś się, ilu obcych nie zdaje tego egzaminu - powiedział mały
jegomość. - Kim jesteś?
- Nazywam się Matt Davidson - skłamał gładko Jason.
Istniało niewielkie ryzyko, że ukrywające się w lesie karły
sprzymierzyły się z Maldorem, ale ponieważ Jason był poszukiwanym
zbiegiem, nie zaszkodziło zachować ostrożności.
- Witamy, Matcie, synu Davida - odparł uprzejmie mały człowiek. - Ja
jestem Peluthe, syn Rogona. - Ukłonił się. - To mój brat, Saul, moja
żona Retta i mój kuzyn, Ulrun. - Pozostali skinęli głowami. - Skąd
pochodzisz?
- Jestem wędrowcem, ale ta okolica jest dla mnie nowa. Sporo czasu
spędziłem w pobliżu Trensicourt.
- Dokąd zmierzasz? - spytała Retta.
- Nie bądź wścibska - zganił ją Peluthe.
- Ty cały czas zadajesz pytania - żachnęła się Retta.
- To mój obowiązek. Jestem dowódcą.
- To sam ugotuj sobie kolację.
- Idę do Ithilum - odpowiedział Jason.
Jego wyjaśnienie zakończyło kłótnię. Peluthe znowu skupił się na
Jasonie.
- Nie słyszałeś, że w tych lasach roi się od olbrzymów?
- Kolejne pytanie - mruknęła naburmuszona Retta.
- Dowódca - warknął w odpowiedzi Peluthe.
- Słyszałem różne historie - odpowiedział Jason. - Jest w nich coś z prawdy?
Saul i Ulrun zachichotali.
- Chodź z nami - powiedział Peluthe - i sam oceń.
Mali ludzie poprowadzili go ścieżką, mijając wysoki posąg. W miarę jak
szli, coraz bardziej było widać, że o szlak dbano. Wkrótce listowie po
obu stronach było przystrzyżone schludnie jak żywopłot. Grupa minęła
kolejny wielki, groźny posąg, a potem jeszcze jeden.
- Kim jest obcy? - padło pytanie z drzewa.
- Matt, syn Davida - odpowiedział Peluthe. - Uznaliśmy, że jest godny
zaufania.
- Dokąd go odprowadzacie?
- Do wioski.
- Czy to rozważne?
- Jest pod moją pieczą.
- Dobrze więc.
Kilka kroków dalej ścieżka wychodziła na olbrzymią polanę zajętą przez
wioskę. Mali ludzie - jak ci, którzy znaleźli Jasona - kręcili się po
uliczkach, ale domy były ogromne. Drzwi miały co najmniej dwanaście stóp
wysokości, okna były wielgachne, a dachy wznosiły się wysoko nad ziemią.
Zachodzące słońce rzucało długie cienie.
Jason przystanął w miejscu, gdzie leśna ścieżka przechodziła w żwirową
drogę.
- Wygląda to, jakby mieszkały tu olbrzymy.
Saul i Ulrun się zaśmiali.
Peluthe spiorunował ich wzrokiem.
- Kiedyś pewnie mieszkały. Jednak nie teraz, bo w przeciwnym wypadku
wszyscy zostalibyśmy nadziani na rożen i pożarci. Jesteśmy małą rasą,
chybionym eksperymentem dawno zapomnianego czarnoksiężnika. Nie
zostaliśmy stworzeni tak, żeby móc bronić się przed większymi istotami
takimi jak ty. Kiedy odkryliśmy, że las opuszczono, zamieszkaliśmy w porzuconej wiosce.
Jason wyszczerzył zęby.
- I nie zrobiliście nic, żeby położyć kres plotkom na temat olbrzymów.
Retta mrugnęła.
- Szybko łapiesz.
- I co teraz? - zapytał Jason.
Peluthe wzruszył ramionami.
- Ciesz się naszą gościnnością przez wieczór, prześpij się, mając dach
nad głową, a jutro wyprawimy cię w dalszą drogę.
- Dziękuję.
Jason przyciągał mnóstwo uwagi, wchodząc do wioski. Jedna mała kobieta
wrzasnęła. Peluthe i inni wielokrotnie wyjaśniali, że "Matt" to ich
gość. Zaprowadzili Jasona do potężnego, piętrowego domu. Wielkie stopnie
prowadziły do wielgachnych drzwi. Mali ludzie podsadzali się, wchodząc
na stopnie, a Jason musiał stawiać bardzo wielkie kroki.
Karły weszły do domu, korzystając z małych drzwi wbudowanych w duże.
Żeby wejść do środka Jason musiał przykucnąć. Wewnątrz, pod wysokim
sufitem stała dziwaczna kombinacja mebli, z których jedne były za
wielkie, a drugie były przymałe. Dwie małe kobiety i jeden drobniutki
staruszek byli zajęci przygotowywaniem posiłku.
- Mamy gościa - oznajmił Peluthe.
- Dobre nieba! - wykrzyknęła jedna z kobiet. - Czy to bezpieczne?
- W zupełności - zapewnił je Peluthe. - Nazywa się Matt, syn Davida. To
moja siostra Deloa, żona Saula, Laila i mój staruszek, Jep.
Wymienieni uśmiechnęli się i skłonili głowy.
- Miło was poznać - powiedział Jason.
Peluthe poklepał Rettę po ramieniu.
- Jeśli potrzebujesz dodatkowych przygotowań, żeby podjąć naszego
gościa, to uwiń się z tym, bo mój żołądek jest dzisiaj niecierpliwy.
Retta przewróciła oczami.
- Przestań się popisywać przed naszym gościem. Albo jestem twoją żoną,
albo niewolnicą. Zdecyduje się wreszcie.
- Nie chcę robić kłopotu - odezwał się Jason.
- Bzdura - zapewnił go Peluthe. - Retta jest najszczęśliwsza, kiedy
marudzi.
- Pewnie dlatego z tobą wytrzymuję - odpowiedziała.
- On jest gigantyczny - biadolił staruszek. - Zje nas wszystkich.
- Zachowuj się, dziadku - zbeształ go Peluthe.
Starszy mężczyzna podszedł chwiejnym krokiem do Jasona.
- Będziemy musieli zarżnąć całe stado łani, żeby nakarmić tego kolosa. -
Szturchnął Jasona sękatą laską.
- Bądź uprzejmy, Jep - powiedziała Deloa, stając między staruszkiem i Jasonem. Uśmiechnęła się do chłopca, patrząc nań wielkimi oczami.
- Tylko nie zacznij myśleć o całowaniu olbrzymów! - wrzasnął starzec i laską klepnął dziewczynę w pupę. - Nie mamy dość wysokiej drabiny.
Peluthe, Saul i Ulrun wybuchli śmiechem. Jason ukrył uśmieszek. Deloa
nie kryła zgorszenia.
Otworzyły się małe frontowe drzwi i weszło dwóch niedużych mężczyzn.
- Dobry wieczór, Peluthe - powiedział jeden z nich, zacierając dłonie.
- Wy dwaj, wynocha stąd! - krzyknął Peluthe, podbiegając do drzwi. -
Wiem, że wszyscy w wiosce chcą zjeść kolację z naszym gościem, ale nam
już nie wystarcza strawy. Powtórzcie to pozostałym.
Dwaj mężczyźni wyszli markotni. Peluthe zamknął za nimi drzwi na zamek.
Na ogromnym palenisku, przed olbrzymim kotłem Laila doglądała małego
garnka na niewielkim stosie węgielków i popiołu.
- Znajdź sobie miejsce do siedzenia - zachęciła Jasona.
Mali ludzie zebrali się wokół niskiego stołu. Odsunąwszy krzesło, Jason
usiadł na podłodze i wtedy znalazł się na mniej więcej właściwej
wysokości.
- Może wygodniej ci będzie przy dużym stole - zasugerował Peluthe.
- Nie jestem aż tak wysoki - powiedział Jason. - Poza tym straciłbym
przyjemność rozmowy.
Laila przyniosła garnek, a Deloa obeszła stół razem z nią, nadkładając
gulasz do drewnianych misek. Najpierw obsłużyły Jasona, a potem obeszły
pozostałych. Retta zebrała twarde, ciemne bułeczki do rondelka i poczęstowała wszystkich. Małe kobiety nałożyły sobie na końcu. Kiedy
usiadły, wszyscy zaczęli jeść.
- Bardzo dobre - powiedział Jason.
Gęsty, mięsny bulion był pełen posiekanych warzyw.
- No ja myślę - zrzędził staruszek. - Sam hodowałem te marchewki.
Najlepsze w mieście. To mi podsunęło pewien pomysł. - Odwrócił się do
Peluthe. - Co powiesz na to, żeby narzucić uprząż na tę bestię i niech
zaorze mi pole?
- Dość tego, dziadku - odpowiedział Jepa Peluthe i zwrócił się do
Jasona. - Wybacz mu.
Staruszek trząsł się od tłumionego śmiechu.
- Nie ma sprawy - odpowiedział Jason po przełknięciu kolejnej łyżki
potrawki.
Nadal był głodny po skończeniu posiłku, ale, chwaląc potrawkę, udawał,
że się najadł.
- Ależ dziękuję - odpowiedziała Retta. Zerknęła na Peluthe. -
Przynajmniej niektórzy jeszcze na tym świecie wiedzą, co to dobre
maniery.
- Och, tak, świetna robota - wymamrotał Peluthe.
Przez zachodnie okno wlewało się złote światło - ostatnie promienie
zachodzącego słońca.
- Ile czasu potrzebuję, żeby dotrzeć do północnego wybrzeża półwyspu? -
zapytał Jason.
Peluthe zmrużył oczy.
- Z tymi długimi nogami nie więcej niż dwa dni. Mam rację, staruszku?
- Jak się przewróci, to jego głowa wypadnie akurat w połowie drogi -
burknął starszy mężczyzna.
- Oczywiście daję słowo, że dochowam waszego sekretu - dodał Jason.
Mali ludzie zerknęli po sobie z ukosa.
- Sekret? - zdziwił się Peluthe.
- Że olbrzymy porzuciły te lasy - wyjaśnił Jason.
- A, tak, ten sekret. - Peluthe zerknął w okna. - Wiesz, mamy jeszcze
jeden sekret. Większy. Retta, zamknij okiennice.
Retta chwyciła tyczkę i przeszła przez pokój, zamykając za jej pomocą
okiennice. Ostatnie, które zatrzasnęła, wisiały na zachodnich oknach.
- Słońce już prawie zaszło - powiedziała.
- W porządku - rzucił Peluthe i mrugnął na Jasona. - Gotowy na prawdziwy
wstrząs?
Wszyscy mali ludzie wstali z krzeseł. Każdy wziął sobie szorstki,
brązowy koc ze stosu złożonego pod wielkim stołem. Większość nie
spuszczała oczu z Jasona, patrząc znacząco, kiedy owijała się w koce.
Jason wstał i cofnął się kilka kroków, zaniepokojony dziwaczną zmianą w zachowaniu gospodarzy. Nie ufał atmosferze panującej w domu. Zachowanie
karłów nagle wydało się groźne. Miał wrażenie, że mali ludzie rozbierają
się pod wielkimi kocami.
Jak jeden mąż padli na kolana. Zacisnęli zęby i pięści. Kilkoro jęknęło.
- Nic wam nie jest? - zapytał Jason coraz bardziej zaniepokojony.
- Zaraz będzie po wszystkim - wykrztusił Peluthe.
Ich małe ciała zaczęły puchnąć. W miarę jak rozrost stawał się coraz
wyraźniejszy, jęczeli i krzyczeli. Początek był powolny, ale potem
zaczęli gwałtownie rosnąć. Kilkoro chwiejnie wstało; teraz byli wzrostu
zwykłych ludzi. Peluthe i Retta przerośli Jasona. I nadal się
powiększali.
Mając nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, Jason zarzucił plecak i śmignął do frontowych drzwi. Małe drzwiczki u podstawy większych
zamknięto na klucz. Uderzył w nie ramieniem, ale nie drgnęły. Wielka
ręka złapała go za ramię i cisnęła nim o podłogę. Peluthe, który miał
osiem stóp wzrostu i nadal rósł, zablokował mu dostęp do drzwi. Krzywiąc
się i kaszląc, złożył się wpół, a jego ciało rozdymało się coraz
bardziej.
Spanikowany Jason obrócił się w koło. Nie było innych drzwi. Okna
znajdowały się poza zasięgiem i były zatrzaśnięte. Schodów na piętro
strzegli Deloa i Saul, których spocone ciała rozrastały się wszerz i wzdłuż. Jason widział teraz, że koce były tak naprawdę wielkimi
tunikami.
Podbiegł do paleniska, przeskoczył nad jego gasnącymi węgielkami i przebiegł obok wielkiego kotła. Kamienie na tyłach komina były
chropowate i źle dopasowane, oferując mnóstwo oparcia dla rąk.
Pośpiesznie zerknął przez ramię i zorientował się, że niegdyś mali
ludzie dręczeni ostatnim atakiem bolesnego rozrostu kończyli przemianę i stawali się potężnymi olbrzymami. Staruszek wstał. Jason nie sięgał mu
już nawet do pasa.
Napędzany desperacją Jason wspiął się po czarnych od sadzy kamieniach,
przekonany, że czeka go straszliwa śmierć, jeśli źle się złapie i spadnie. Dotarł do ciemnego gardła komina i wspinał się dalej, niepewny
tego, jak wysoko mogą sięgnąć olbrzymy.
- Ucieka! - ryknął ktoś potężnym głosem.
- Za nim, matołku! - krzyknął ktoś inny.
W miarę jak Jason się wspinał, komin się zwężał. Wątpił, żeby olbrzymy
zdołały wejść tu za nim. Usłyszał, że odciągnięto na bok kocioł.
- Szczypce! - warknął ktoś, kto znajdował się dokładnie pod nim. -
Wspina się jak jaszczurka!
- Łap go!
Jason słyszał, jak dłonie drapią w kamienie tuż poniżej jego stóp.
- Nie mogę go dosięgnąć.
- No to się wespnij, durniu!
- Chcesz spróbować się tu wcisnąć?
Jason dotarł do wąskiej półki, gdzie komin lekko się wyginał. Zatrzymał
się zdyszany i usiadł tam jak na ławce.
- Zejdź na dół, Matt - rozległ się chropawy kobiecy głos; to pewnie
Retta, która siliła się, żeby zabrzmieć słodko. - Nie chcemy cię
skrzywdzić.
- Musisz bardziej się postarać! - odkrzyknął Jason.
- A niech to! - krzyknęła kobieta. - Musiałeś tak ostro się z nim
obejść?
- Myślałem, że przyparliśmy utrapieńca do muru.
- Dlaczego nikt nie pilnował paleniska?
- Kto by pomyślał, że pobiegnie w tamtym kierunku?
- Może uciec.
- Nie ucieknie.
Jason usłyszał, jak wielkie drzwi frontowe otwierają się i zamykają.
Niedługo potem usłyszał, że dach zaskrzypiał. Był w pułapce.
- Hej, Matt! Tu Peluthe. Słyszysz mnie? - rozległ się głos z góry.
- Słyszę.
- Dlaczego nie skończysz tej niemądrej zabawy i nie zejdziesz? -
przemawiał spokojnie Peluthe. - Nie możesz uciec. Obiecujemy, że
zabijemy cię szybko. Nie będziesz długo cierpiał.
- Zastanów się - powiedział Jason. - Gdybyś był na moim miejscu,
zszedłbyś? - Poprawił się na półce; nogi nadal miał spuszczone.
- Gdybym był rozsądny, to możliwe, że tak. Nawet jeśli przetrwasz tam do
świtu, jest nas tylu, że z łatwością cię zabijemy. Mamy broń.
- Jesteście wielcy tylko nocą? - upewnił się Jason.
- Teraz już znasz nasz prawdziwy sekret - odpowiedział Peluthe. - Sam
rozumiesz, że nie możemy pozwolić ci stąd odejść.
- Poza tym, już od wieków nie jedliśmy świeżego ludzkiego mięsa! -
zawołał z dołu staruszek teraz bardziej basowym głosem.
- Obiecuję dochować tajemnicy. Może jednak puścicie mnie wolno? -
spróbował Jason.
- W porządku - zgodził się Jep. - A teraz złaź.
- Mówię poważnie.
- Ludzkie mięso to rzadki delikates - wyjaśnił Jep. - Nie bierz tego do
siebie, naprawdę robisz wrażenie porządnego chłopaka. Skoro wolisz, żeby
cię nie zjedzono, mądrze byłoby trzymać się z daleka od tych lasów, a zwłaszcza od naszej wioski.
Jason spojrzał w milczeniu w dół komina. Naprawdę znalazł się w pułapce.
Jego koniec był tylko kwestią czasu. Przynajmniej wysłał Tarka z wiadomością dla Gallorana, więc jego powrót do Lyrianu nie poszedł
całkiem na marne.
- Bądź rozsądny - prosił Peluthe.
- Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu - odpowiedział Jason, starając
się, by w jego głosie nie zadźwięczał strach - ale zamierzam utrudnić
wam złapanie mnie. Powinniście się wstydzić, że zapraszacie gościa do
domu i próbujecie go zjeść.
- Jakieś propozycje? - zapytał Peluthe, nie zwracając się już do Jasona.
- Znajdź tyczkę - zasugerował ktoś.
- Wykurzyć go - warknął staruszek.
- Saul! - krzyknął Peluthe. - Zamień się tu ze mną miejscami. Schodzę.
Zrobiło się zamieszanie, słychać było różne głosy, ktoś wydawał
polecenia, ktoś inny narzekał. Jason usłyszał ciężkie stąpanie. Para
wielkich rąk zaczęła wrzucać drewno do kominka.
- Znajdź trochę zielonych gałęzi - polecił Jep. - Będzie więcej dymu.
Jason usłyszał, że frontowe drzwi otwierają się i zamykają.
Przyjrzał się półce, na której siedział. Jeśli wsunie nos w tylny kąt,
siadając twarzą do ściany, i będzie oddychał przez koszulę, to może
chwilę wytrzyma. Jednakże niezależnie od tego, jakich środków zaradczych
się chwyci, w końcu się udusi. A jeśli zrobią wystarczająco wysoki stos,
który będzie palił się dostatecznie mocno, to może nawet go ugotują!
Jason wiedział, że powrót do Lyrianu może go zabić, ale w głębi ducha
nie wierzył, że do tego dojdzie. A przynajmniej nie tak szybko!
W dole rzucono zielone konary na rosnący stos drewna.
Jason poklepał się po kieszeniach, rozważając możliwości. Miał pieniądze
i klejnoty od Tarka, ale olbrzymy raczej nie dadzą się przekupić, skoro
mogą zwyczajnie go zabić, a potem okraść jego zwłoki. Miał rękę Ferrina,
ale nie było szansy, żeby rozsadnik znajdował się na tyle blisko, by mu
przyjść z pomocą. Czy olbrzymy były wierne Maldorowi? Jeśli tak, to czy
mógłby udawać, że jest rozsadnikiem, upuszczając rękę i zablefować, że
wykonuje zadanie dla Maldora? Wątpił, czy olbrzymy się tym przejmą.
Peluthe znowu do niego zawołał, tym razem z dołu.
- Na pewno nie chcesz zejść? To nie będzie przyjemne.
- Już nie wspominając o tym, że dym popsuje smak - dorzucił Jep.
- Możemy ci zapewnić szybką śmierć - zaproponował Peluthe. - Godną i bezbolesną.
Jason zastanawiał się, czy powinien odpowiadać. Jego reakcje mogły ich
tylko zachęcić do dalszych działań.
- Nie zawracaj sobie głowy udawaniem martwego - wtrąciła Retta. -
Ściągniemy cię w taki czy inny sposób, nawet jeśli będziemy musieli
wspiąć się do ciebie rankiem.
- Mam nadzieję, że będę smakował jak popiół - warknął Jason.
- Chłopak nie potrafi się bawić - gderał staruszek.
- Zaraz rozpalę w kominku - oznajmił Peluthe. - Nie przeszkadza mi, jak
człowiek jest trochę przypieczony.
Jason patrzył, jak Peluthe pochyla się nad kłodami. Uderzał o siebie
kamieniami, żeby wykrzesać iskrę. Cokolwiek Jason zamierzał, musiał
zrobić to szybko.
- Weź węgielki z drugiego paleniska - zaproponował starzec.
- Już odgarnięto je na bok - odpowiedział Peluthe. - Nie są
wystarczająco gorące.
Nadal uderzał kamieniami.
- Daj, ja to zrobię - upierała się Retta.
- Dam sobie radę. - Peluthe uderzał od kilku chwil, ale nadaremno.
- Ja to robię na co dzień. - Retta westchnęła.
- Dam sobie radę! - warknął Peluthe.
- Jestem sługą Maldora! - krzyknął w dół Jason. - Przybyłem tu z oficjalną misją.
- Trochę późno, żeby mówić o przyjaźni z Maldorem - odparł obojętnie
Peluthe. - Nie miałeś pojęcia, czym jesteśmy, kiedy nas spotkałeś. -
Sapnął poirytowany. - Dobra, Retta, ty rozpal ogień.
Jason uznał, że powinien wysłać Ferrinowi ostatnią wiadomość. Zdjął
plecak i zaczął w nim grzebać.
- Ehm, Peluthe, Saul, mamy gościa - ostrzegła zaniepokojona kobieta. Być
może Deloa.
Jason usłyszał kilka zduszonych okrzyków.
- Na wielkie demony ze świata Poza! - wykrzyknął Peluthe, odsuwając się
od paleniska i znikając Jasonowi z pola widzenia.
- Wychodźcie! - krzyknął nagląco Jep. - Nie patrzcie na to!
Jason usłyszał ciężkie kroki olbrzymów na podłodze i za drzwiami. Potem
zapadła cisza. Czy to był podstęp, żeby skłonić go do zejścia? Sztuczka,
dzięki której nie będzie za bardzo uwędzony?
- Zejdź tutaj, Saul! - krzyknął z zewnątrz Peluthe.
- Dlaczego? - padło w odpowiedzi pytanie z okolic szczytu komina.
- Nie spieraj się. Zaufaj mi.
Jason usłyszał, że dach trzeszczy, a potem zapadła cisza. Po chwili
oczekiwania uznał, że lepiej zostawić rękę w plecaku, więc zamknął go z powrotem. Zamek błyskawiczny zapiął się niezwykle głośno.
Jeśli olbrzymy tylko udawały, że wyszły, to rzucą się na niego, kiedy
tylko wyjdzie z komina. Jeżeli naprawdę uciekły, Jason mógł tylko uznać,
że jego sytuacja się pogorszyła. Co przeraziłoby dom pełen olbrzymów?
Deloa wspomniała o gościu. Możliwe, że to ktoś przyjazny? Ktoś dobry?
Zagryzając wargę, Jason zerknął w dół komina. Palenisko pozostało puste.
Niczego nie usłyszał.
- Halo? - zawołał cicho. - Jest tam kto? Ktoś, kto nienawidzi olbrzymów
i lubi ludzi?
Cisza trwała nieprzerwanie.
Czas mijał. Jason wdychał węglowy odór w kominie. Zaczął się robić
niespokojny. Scyzorykiem zadrapał pokryte sadzą kamienie, żeby przekonać
się, czy zeskrobie czarną warstwę. Nie zdołał. Widoczny w górze nad
wylotem komina zmierzch zaczął zamieniać się w noc.
Biorąc pod uwagę kłótnie, które słyszał wcześniej, Jason nie wierzył,
żeby olbrzymy potrafiły zachować cierpliwość. Nie dość, że w domu
zapadła cisza, to umilkła cała wioska. Mimo to czekał. Nie chciał, żeby
zabiła go własna niecierpliwość.
Kiedy nad wylotem komina pojawiły się gwiazdy, na półce Jasona zrobiło
się bardzo ciemno. Nasłuchiwał, żeby odkryć, co mogło przerazić
olbrzymy, ale nie usłyszał niczego niezwykłego.
Stopniowo zaczął nabierać przekonania, że olbrzymy naprawdę wyszły.
Pomyślał, że być może marnuje okazję do ucieczki. Obrócił się i zaczął
po cichu schodzić kominem, wymacując oparcie palcami stóp i zatrzymując
się czasem, żeby nadstawić ucha. Wokół nadal panowała cisza.
Niżej, tam gdzie komin się rozszerzał, Jason źle się chwycił i spadł na
stos drewna. Zielone gałęzie złagodziły upadek, ale i tak udało mu się
skręcić kostkę.
Sturlał się ze stosu opału i usiadł, masując nogę i rozglądając się po
pokoju. Blada poświata wschodzącego księżyca wpadała między okiennicami.
Pośrodku pomieszczenia ujrzał ludzką postać.
Mrużąc oczy, Jason przyjrzał się nieruchomej sylwetce. Czuł
przebiegające po plecach ciarki. Była wielkości zwykłego człowieka, ale
z powodu mroku Jason nie widział szczegółów. Postać zamarła w doskonałym
bezruchu.
Kostka już go mniej bolała, co sugerowało, że nie złamał jej ani nie
skręcił. Ciemna postać się nie poruszyła. Cisza trwała.
Postać nie mogła przegapić jego upadku.
- Cześć? - szepnął Jason.
Tajemnicza persona nie zareagowała.
Jason przesunął się wzdłuż ściany, odsuwając się od paleniska.
Ktokolwiek stał pośrodku pokoju, pozostał nienaturalnie nieruchomy - nie
drgnął, nie przestąpił z nogi na nogę, nie poruszył głową, nie widać
było nawet, żeby oddychał. Dotarłszy do kąta, Jason ruszył wzdłuż
następnej ściany do drzwi.
Wielkie drzwi zostawiono uchylone, Jason pchnął je i wyszedł w noc. W wiosce panował bezruch. Żadne światło nie płonęło w oknach. Prawie
okrągły księżyc, wielki i biały, wschodził nad czubkami drzew.
Lekko kuśtykając, Jason zszedł po schodach na szeroką ulicę. W oknie po
drugiej stronie dostrzegł parę wielkich oczu. Natychmiast zniknęły, gdy
ktoś schował głowę.
Jason odwrócił się, żeby spojrzeć na dom, który opuścił, i ujrzał, że
mroczna postać stoi w milczeniu za drzwiami. Łapiąc gwałtownie
powietrze, Jason cofnął się chwiejnie o kilka kroków.
W bezpośrednim świetle księżyca Jason dostrzegł, że postać naprawdę nie
ma żadnych rysów. Wyglądała jak ludzki cień, tyle że trójwymiarowy.
Księżycowy blask nie odbijał się od matowej powierzchni.
Jason stał i patrzył jak skamieniały. Czy to ten stwór śledził Tarka?
Czy był to torivor? Jeśli tak, Jason rozumiał już, dlaczego ludzie
porównywali te stwory z kształtem, jaki mogłaby przybrać śmierć.
Nienaturalna obecność ciemnej postaci napełniła go przerażeniem.
- Czego chcesz? - spytał łamiącym się głosem.
Milcząca postać ani drgnęła.
Rozglądając się, Jason dostrzegł kolejną twarz chowającą się za oknem.
Czymkolwiek ta rzecz była, olbrzymy nie chciały mieć z nią nic do
czynienia.
Przełknął ślinę, czując, że zasycha mu w gardle.
Ruszył ulicą w stronę północnego krańca osady. Nadstawił ucha, ale nie
usłyszał niczego, co świadczyłoby, że ktoś za nim idzie, chociaż jego
własne kroki hałaśliwie zgrzytały na żwirze. Obrócił się gwałtownie i jakieś dziesięć kroków za sobą zobaczył cień stojący na drodze. Jakim
cudem poruszał się aż tak cicho?
Jason odwrócił się i ruszył szybkim krokiem. Kiedy się obejrzał, stwór
znowu stał niecałe dziesięć kroków za nim. Czy to była jakaś gra? Jason
przyjrzał się złowieszczej postaci. Nie poruszyła się, nie groziła mu
ani nic podobnego. W końcu znowu ruszył drogą, idąc tyłem, nie
spuszczając oczu z czarnej persony, mając nadzieję, że pozostanie
nieruchoma, dopóki on patrzy, ponieważ jeszcze nie widział, żeby się
poruszyła. Ciemna postać zaczęła iść, zbliżając się z płynną gracją. Nie
wydała żadnego dźwięku.
Odwróciwszy się, Jason pośpiesznie opuścił wioskę. Droga zamieniła się w zadbaną leśną ścieżkę, przecinającą las w kierunku północnym.
Jason raz za razem zerkał za siebie i zawsze odkrywał, że ciemny stwór
stoi dziesięć kroków za nim. Przypomniał sobie, że Tark wspomniał o samotnych nocach, kiedy tajemniczy śledzący go stwór mógł zaatakować.
Jednakże Tark nigdy nie widział prześladowcy wyraźnie. Dostrzegał go
tylko przelotnie. Ten stwór nie zawracał sobie głowy ukrywaniem się.
Jason przystanął i spojrzał na postać, która go ścigała. Ciemna zjawa
nie wykazywała żadnych oznak agresji. Jednakże, ujrzawszy reakcję
olbrzymów, domyślał się, że może być niezwykle niebezpieczna.
Po paru godzinach Jason poczuł, że brak snu zaczyna mu ciążyć.
Dzisiejsza noc była chłodniejsza od poprzedniej, ale w suchym ubraniu
nie odczuwał zbytnio zimna. Znalazłszy pas trawy koło drogi, wyciągnął
się i wcisnął kurtkę pod głowę. Czy stwór zabije go podczas snu?
Ogarnęło go przeczucie, że zjawa podkrada się do niego. Natychmiast
usiadł i zobaczył, że postać stoi znowu jakieś dziesięć kroków od niego.
Leżał, rozmyślając gorączkowo i próbując uspokoić nerwy. Albo stwór go
zabije, albo nie. Sam w lesie niewiele mógł na to poradzić.
Zerknął na stwora. Pozostał w tej samej odległości co wcześniej, nadal
nieruchomy jak posąg.
- Czego chcesz? - spytał Jason.
Żadnej odpowiedzi.
- Czy to ty śledziłeś Tarka? Powinieneś go dalej śledzić. To on jest
prawdziwym mózgiem tej operacji. Sio! Idź się schować.
Żadnej odpowiedzi.
- No dobra, to może ty postoisz na straży, a ja się prześpię? Trzymaj
olbrzymy z dala od nas. Co ty na to? W porządku, w takim razie umowa
stoi.
Jason czuł się trochę głupio, jakby rozmawiał z nieożywionym
przedmiotem. Zwinął kurtkę w prowizoryczną poduszkę, zamknął oczy i w końcu zapadł w niespokojny sen.
Rozdział 3
Mroczny towarzysz
Zimny wiatr wiał nad wąską granią. Po obu stronach pionowe urwiska
opadały w ciemność. Nie bardzo wiedząc, jak się tu dostał, Jason wyczuł,
że coś jest nie tak. Musiał się śpieszyć. Przykucnął nisko, tak że
prawie dotykał kamienistego gruntu palcami rąk, przesunął się do przodu,
ostrożnie stawiając kroki i starając się pozostać pośrodku
wyszczerbionego grzbietu mimo gwałtownych podmuchów.
Z jednej strony rozległ się monstrualny ryk, jakby schodziła lawina.
Potężny podmuch wiatru oderwał Jasona od ziemi i cisnął nim ku krawędzi
grani. Chłopak boleśnie wylądował. Nogi zawisły mu nad przepaścią.
Desperacko chwytał się nierównego gruntu, a nad nim przewalał się wiatr.
Kiedy podmuch osłabł, Jason podciągnął się, przerzucił nogi nad
krawędzią i wstał. Pierś i wewnętrzna strona rąk bolały go od siniaków i zadrapań. Wrócił na środek ostrej jak brzytwa grani, zataczając się,
szarpany narastającymi i opadającymi podmuchami, wirującymi i gwiżdżącymi.
Porywisty wiatr uderzał w niego z coraz większą gwałtownością. Żeby
utrzymać równowagę, pochylił się pod wiatr, ale ten nagle zmienił
kierunek i Jason własnym wysiłkiem pomógł nowemu podmuchowi pchnąć się w stronę przyprawiającej o zawrót głowy przepaści. Raz za razem padał na
bezlitosne podłoże, starając się przylgnąć do niego całym ciałem i nie
dać się cisnąć ku zgubie.
Chciał leżeć nieruchomo i czekać, aż wichura osłabnie, ale musiał brnąć
przed siebie. Co właściwie tu robił? Czy coś go ścigało? Czy wichura
przybierze na sile? Nie pojmował logiki swojego pragnienia, ale wrodzony
instynkt mówił mu, żeby się śpieszyć.
Wstał i zaczął się przesuwać, nie odrywając stóp od ziemi, a nieprzewidywalne podmuchy ciskały nim w różne kierunki. Przed sobą w półmroku widział, że grań się kończy. Na krańcu grzbietu czekał stolik z jednym krzesłem wolnym i jednym zajętym.
Brnąc pod uporczywy wiatr Jason dopadł puste krzesło i usiadł. Drugą
osobą przy stoliku była Rachel! Wiatr jakby w ogóle jej nie tykał,
chociaż nadal na wpół oślepiał i na wpół ogłuszał Jasona.
- Dlaczego wróciłeś? - zapytała Rachel. Słyszał jej cichy głos mimo
wyjącej wichury. - Powinieneś był zostać w domu. To nie twoje miejsce.
- Nie mogłem cię tu zostawić! - wrzasnął Jason. - Co tu robisz?
- Nie powinieneś był wracać - szepnęła z obojętną twarzą. - Skazałeś na
zagładę nas oboje.
Jason słyszał, że wiatr przybiera na sile i wyje głośno jak nigdy dotąd.
Wiedział, że zaraz uderzy w nich z siłą lawiny. Wstał i odepchnął stolik
na bok.
- Musimy iść! - Złapał Rachel za rękę i przeżył szok, czując, jak
lodowata jest jej skóra.
Rachel wstała. Była znacząco wyższa od niego. Złapała go mocno za rękę;
jej dłoń była tak zimna, że aż parzyła. Oczy miała całkiem czarne - nie
było w nich białek ani tęczówek.
- Trzymaj się z dala ode mnie.
Wypuściła jego dłoń i w tej samej chwili wiatr uderzył z siłą tsunami.
Jason przekoziołkował bezradnie z grzbietu w wietrzną pustkę, wymachując
rękami i młócąc nogami. Potężne prądy wstępujące spowolniły jego upadek,
a potem cisnęły nim w bok i w górę. Seria nieprzewidywalnych podmuchów
ciskała nim na wszystkie strony, jakby nic nie ważył. Czyżby porwało go
tornado? Wśród wyjącej wichury Jason spadał i unosił się, koziołkował i obracał. Do tego stopnia stracił orientację, że nie wiedział już gdzie
jest dół, a gdzie góra.
Za każdym razem, kiedy otwierał usta w krzyku, wiatr wpadał mu do płuc,
zagłuszając wszelki protest. Pośród paniki Jasonowi nasunęły się
pytania. Jak wysoko była grań? Kiedy uderzy o ziemię? Jak mocno w nią
uderzy?
Szaleńczy upadek trwał i w końcu Jasonowi udało się krzyknąć. W tej
samej chwili otworzył oczy i zobaczył, że leży na plecach, obok ścieżki,
pod oświetlonym słońcem niebem. Wznosiła się nad nim ciemna, pozbawiona
rysów postać.
Natychmiast powróciły do Jasona wydarzenia poprzedniego wieczoru. Oparł
się na piętach i łokciach i odsunął się od mrocznej postaci, nie
odrywając od niej oczu. Nawet nie drgnęła.
Oddaliwszy się kilka jardów od ciemnej istoty, Jason przystanął. Nadal
czuł strach po koszmarze. Serce biło mu jak szalone. Wszystko to
wydawało się zbyt prawdziwe. Jason obejrzał ręce, spodziewając się, że
ujrzy zadrapania i siniaki. Niczego takiego nie zobaczył.
Nie mógł ścierpieć myśli, że mroczna postać stała nad nim, gdy spał.
Zastanawiał się, czy nie zbliżyła się jeszcze bardziej. Czy go nie
dotknęła. Na samą myśl przeszedł go dreszcz.
Wydarzenia ze snu zostawiły obrzydliwy posmak. Jason zauważył, że drżą
mu ręce. Przed skalną granią były też inne koszmary. Prawie je sobie
przypominał. O czym były? Szczegóły rozpływały się, gdy próbował je
zanalizować.
Biorąc wdech dla uspokojenia, Jason wstał. Pozbawiona rysów postać stała
nieruchomo, jej powierzchnia była doskonale czarna, nawet w świetle
słońca - wyglądała jak pustka w kształcie człowieka. Jason miał
nadzieję, że świt przepędzi zjawę jak wampira albo coś podobnego.
Niestety, okazało się, że atramentowy stwór nie reaguje na światło.
Ocierając zaspane oczy, Jason z wahaniem podszedł do stwora.
- Czego chcesz?
Nic nie zdradzało, że mroczna istota go rozumie.
- Dlaczego za mną idziesz?
Nic.
- ?Hablas espa?ol?
Nic.
Jason okrążył stworzenie, bacznie przyglądając się gładkiemu kształtowi.
Byli mniej więcej tego samego wzrostu - około sześciu stóp. Twarzy
stwora brakowało konturów, które sugerowałby istnienie uszu, oczu albo
ust. U dłoni były palce, ale pozbawione paznokci czy innych szczegółów.
Stopom brakowało osobnych palców. Istota wyglądała jak człowiek
zredukowany do najprostszej formy geometrycznej.
Niezależnie od tego jak Jason się ustawił, nieskazitelna powierzchnia
zjawy niczego nie odbijała. Nic nie powinno być tak czarne w pełnym
świetle dnia. Jaki materiał może absorbować światło tak całkowicie? Czy
stwór był bardziej namacalny niż cień? Może nie - może właśnie dlatego
poruszał się tak cicho?
- Nie zrobię ci krzywdy - powiedział Jason.
Wyciągnął z wahaniem palec w stronę ramienia istoty. Czy będzie w dotyku
gąbczaste? Twarde? Czy palec przejdzie przez powierzchnię? W ostatniej
chwili zanim palec dotknął powierzchni, postać poruszyła się
błyskawicznie, złapała Jasona za nadgarstek i ramię i nim rzuciła. Jason
przeleciał nad ścieżką, robiąc w powietrzu niepełne salto i lądując na
krzaku.
Oszołomiony leżał przez chwilę bez słowa. Czy stwór skoczy? Znowu
zaatakuje? Przeturlał się, podniósł na kolana i zobaczył, że postać stoi
na drodze, piętnaście jardów dalej, jakby nic się nie stało. Jasona
bolał nadgarstek w miejscu, w którym stwór go dotknął. Ciemna dłoń była
lodowato zimna.
Jason przebrnął przez poszycie z powrotem do ścieżki.
- Już chwytam - powiedział, strzepując liście z koszuli. - Ręce przy
sobie, tak? Nie musisz mi dwa razy powtarzać.
Jak zwykle nie otrzymał żadnego potwierdzenia. Ogarnęła go złość. Miał
ochotę uderzyć tę postać, choćby tylko po to, żeby wywołać reakcję, ale
podejrzewał, że zaatakowana, mroczna istota zwiąże go jak precelek.
- Ty mi dałeś te złe sny? - spytał Jason, masując nadgarstek. - Ty
udawałeś moją przyjaciółkę? Oboje mieliście zimne ręce.
Jak zwykle istota nie udzieliła odpowiedzi.
- Jesteś czatownikiem? Torivorem? Upiorną marionetką? Potrafisz mówić?
Rozumiesz mnie?
Żadnej reakcji.
- Skiń głową, jeśli mnie rozumiesz. Właśnie cisnąłeś mną w krzaki.
Musisz mieć rozum. Porusz palcem, jeśli rozumiesz. Tupnij nogą.
Nic.
Jason westchnął poirytowany.
- Wygląda na to, że nie mogę z tobą rozmawiać, nie mogę cię pokonać, a słońce ci nie przeszkadza. Najwyraźniej będziesz za mną iść tak długo,
jak zechcesz. Nie spodziewaj się, że się z tego ucieszę.
Wyjął batonik proteinowy i dopił wodę z manierki. Potem ruszył na
północ, zdecydowany oddalić się od olbrzymów. Ciemna postać ruszyła za
nim, trzymając się w tej samej odległości niecałych dziesięciu kroków.
Zadbana ścieżka zamieniła się w niewyraźny szlak, ale nadal prowadziła
na północ. Jason napełnił manierkę, przechodząc przez strumień, zjadł
trochę mieszanki studenckiej. Zastanawiał się, czy rodzice denerwują się
w domu. Tym razem świadkowie widzieli, jak został połknięty przez
hipopotama. Wszyscy pomyślą, że nie żyje. Miał nadzieję, że nie będą
obwiniać zwierzęcia.
Gdzie znajdowała się teraz Rachel? Czy była bezpieczna? Uciekała?
Została schwytana? Chciałby wiedzieć, czy nie za późno przybył jej na
ratunek. A co z Tarkiem? Jeśli cień ścigał jego, to może Tark wymknął
się z kluczową informacją. Zajadając rodzynki i orzechy, Jason żałował,
że nie spakował sobie bardziej zróżnicowanego jedzenia. Może następnym
razem.
Niedługo po tym jak ścieżka zaczęła biec równolegle do małego strumyka,
Jason dostrzegł drzewo bąbelkowca. Wygłodniały zjadł łapczywie owoc,
ciesząc się z czegoś świeżego i soczystego. Ferrin stwierdził kiedyś, że
bystry wędrowiec może przetrwać w dziczy na samych bąbelkowcach.
Stojąc koło pnia drzewa, Jason zastanawiał się, czy cień coś jada. W przeciwnym razie, w jaki sposób by przetrwał? Jason obserwował istotę.
Jak coś zdolnego do poruszania się potrafiło utrzymać taki idealny
bezruch? Zdawało się, że stworzenie nie oddycha. Może absorbowało
powietrze przez lodowatą skórę. Może absorbowało też pokarm. Może cień
był magiczny i nie potrzebował ani powietrza, ani pożywienia. Jason
postanowił się czegoś dowiedzieć.
Trzymając owoc bąbelkowca podszedł do ciemnej postaci.
- Jesz cokolwiek? Nie widziałem, żebyś coś jadł. To jest całkiem dobre.
Chcesz spróbować?
Postać się nie poruszyła.
Jason udał, że odgryza kawałek owocu.
- Wiem, że powinieneś mnie przerażać, ale zacząłem się zastanawiać, czy
przypadkiem nie zgłodniałeś. Masz tu coś do jedzenia. Nie zniósłbym,
gdybyś zemdlał z głodu i przestał za mną leźć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki