Pozaświatowcy. (#1). Świat bez bohaterów - Brandon Mull

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Książę zwi­sał w ciem­no­ściach. Ramiona go bolały, wie­kowe kaj­dany wci­nały mu się w nad­garstki, gdy pró­bo­wał się prze­spać. Łań­cu­chy nie pozwa­lały mu się poło­żyć. Nie był w sta­nie powie­dzieć, czy tak naprawdę było jasno czy ciemno, ponie­waż wro­go­wie ukra­dli mu wzrok.

W oddali usły­szał krzyk - nie­po­ha­mo­wany sko­wyt czło­wieka, który pró­buje - bez­owoc­nie - uciec od naj­strasz­liw­szej ago­nii. Te prze­ra­ża­jące wrza­ski dobie­gały z wyż­szych kory­ta­rzy, tłu­mione przez prze­szkody po dro­dze.

Po nie­zli­czo­nych tygo­dniach w lochach Fel­rook książę potra­fił odgad­nąć, co musi czuć tam­ten czło­wiek. Ni­gdy w życiu nie wyobra­żał sobie cier­pie­nia tak róż­no­rod­nego i wyra­fi­no­wa­nego, jakiego doświad­czył w tym miej­scu.

Wypro­sto­wał się, zmniej­sza­jąc nieco obcią­że­nie na nad­garst­kach. Był prze­ko­nany, że jeśli dłu­żej potrzy­mają go tutaj zaku­tego, odpadną mu ręce. Cho­ciaż wolał obecne kwa­tery od poprzed­nich, gdzie pod­łoga jeżyła się od ostrych, zardze­wia­łych kol­ców, a wszel­kie próby poło­że­nia się lub sie­dze­nia wią­zały się z prze­la­niem wła­snej krwi.

Nie­wi­doczny, nie­szczę­sny wię­zień na­dal krzy­czał. Książę wes­tchnął. Przez cały czas kiedy go tor­tu­ro­wano, nie­za­leż­nie od tego, jaką tru­ci­znę wlano mu prze­mocą do gar­dła, nie­za­leż­nie od tego, jakie pyta­nie mu zadano, nie wypo­wie­dział nawet jed­nego słowa. Nie krzy­czał także z bólu. Wie­dział, że nie­które z mik­stur opra­co­wa­nych przez Mal­dora albo jego słu­gu­sów były zdolne roz­wią­zać mu język i przy­ćmić umysł, więc kiedy go pochwy­cono, sta­now­czo poprzy­siągł sobie nie wydać z sie­bie żad­nego dźwięku.

Oprawcy nękali go naprawdę fachowo. Pró­bo­wali go prze­ku­pić jedze­niem i wodą. Pró­bo­wali przy­mu­sić go do mówie­nia bólem. Nie­któ­rzy zja­wiali się i prze­ma­wiali doń spo­koj­nie i roz­sąd­nie. Inni wystę­po­wali z kate­go­rycz­nymi żąda­niami. Cza­sem musiał sta­wić czoło kilku inkwi­zy­to­rom z rzędu. A innym razem godziny i dni cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność mię­dzy kolej­nymi prze­słu­cha­niami. Nie był w sta­nie nazwać roz­ma­ito­ści tok­syn, jakie mu podano, ale nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo sta­rano się zmą­cić mu myśli i osła­bić deter­mi­na­cję, książę kon­cen­tro­wał się na jed­nej koniecz­no­ści: mil­cze­niu.

W końcu prze­mówi. W głębi ducha cze­piał się nadziei, że osta­tecz­nie zosta­nie zapro­wa­dzony przed obli­cze cesa­rza. I wtedy wypo­wie jedno słowo.

Stop­niowo, jak przez mgłę, do księ­cia zaczęło docie­rać, że odzy­skuje nie­zwy­kłą jak na obecne warunki jasność umy­słu. Ból głowy nie ustę­po­wał, głód na­dal szar­pał mu trze­wia, ale książę odkrył, że może świa­do­mie kie­ro­wać myślami - uwa­żał to za rzecz zupeł­nie natu­ralną, dopóki nie zaczęto fasze­ro­wać jego posił­ków dodat­kami wpły­wa­ją­cymi na pracę umy­słu. Jeśli pomi­nąć fakt, że nie­ustan­nie trzy­mał się naczel­nej zasady zacho­wa­nia mil­cze­nia, to w ciągu ostat­nich tygo­dni jego myśli błą­dziły zupeł­nie bez­wład­nie, a poczu­cie toż­sa­mo­ści zaczęło się roz­my­wać.

Drzwi do celi otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem. Zesztyw­niał, gotu­jąc się na wszystko. Zacho­waj mil­cze­nie, prze­strzegł się w myślach. Choćby nie wia­domo co zro­bili czy powie­dzieli.

- No, pro­szę, pro­szę - usły­szał cie­pły, znany mu głos. - Z każ­dym dniem wyglą­dasz coraz gorzej.

Książę nie odpo­wie­dział. Do celi weszli także inni męż­czyźni. Trzech, nie licząc tego, który mówił.

- Skoro masz mieć gościa, to lepiej, żeby­śmy cię obmyli - kon­ty­nu­ował przy­ja­zny głos pra­wie bez chwili prze­rwy.

Bru­talne ręce roz­pięły kaj­dany. Książę był skon­ster­no­wany. Nie myto go, odkąd tra­fił do lochów. Może to była jakaś sztuczka? A może wresz­cie sta­nie przed obli­czem cesa­rza?

Wiel­kie łap­ska chwy­ciły go za ramiona. Pocią­gnęły go do przodu, a potem pchnęły na kolana. Szorst­kie szmaty tarły jego nagie ciało. Nie­ba­wem nie­wi­doczne dło­nie zaczęły przy­ci­nać mu zarost. Kilka minut póź­niej pro­sta brzy­twa prze­su­nęła się po policz­kach.

Przy­trzy­my­wało go dwóch męż­czyzn, po jed­nym z każ­dego boku, co pod­su­nęło księ­ciu myśl, jak mógłby ich zaata­ko­wać. Gdyby posłu­żył się nogami i ude­rzył w ich kolana, a potem dorwałby brzy­twę, zdo­łałby dorzu­cić cztery trupy na swoje konto. Odkąd go uwię­ziono, zabił już sze­ściu straż­ni­ków.

Nie. Nawet gdyby poko­nał tych męż­czyzn, bez wzroku ni­gdy nie zdo­łałby uciec z lochów. Za to mógłby zaprze­pa­ścić audien­cję u Mal­dora. Książę zadrżał. Wielu jego naj­lep­szych ludzi i naj­bliż­szych przy­ja­ciół oddało życie, a on - mimo ich ofiary - zawiódł. Jego jedyną szansą na odku­pie­nie było sta­nąć przed cesa­rzem.

- Wyda­jesz się dzi­siaj wyjąt­kowo potulny. Czyż­byś wresz­cie posta­no­wił zostać wzor­co­wym więź­niem?

W myślach księ­cia poja­wiły się kąśli­wie ripo­sty. Od tak dawna mąciło mu się w gło­wie, że teraz kusiło go, by odpo­wie­dzieć. Nie, nawet jeśli wyda­wało mu się, że myśli kla­row­nie, i choćby to pyta­nie było nie­winne, to, jeżeli zła­mie zasadę mil­cze­nia, w końcu oprawcy zmu­szą go do zdra­dze­nia tajem­nic. Miał do prze­ka­za­nia tylko jedno słowo i wypo­wie je w obec­no­ści Mal­dora.

- Gotowy na spa­cer?

Męż­czyźni sto­jący po bokach pomo­gli księ­ciu wstać, a potem wypro­wa­dzili go z celi. Szedł, powłó­cząc nogami. Jak zawsze, bra­ko­wało mu oczu, ale z całą deter­mi­na­cją badał oto­cze­nie pozo­sta­łymi zmy­słami, zwra­ca­jąc uwagę na kie­ru­nek i tem­pe­ra­turę ciągu powie­trza, aku­stykę kory­ta­rza, zapa­chy zgni­li­zny i pło­ną­cych pochodni.

Po pew­nym cza­sie usły­szał, że otwie­rają się drzwi, i wszedł do jakie­goś pomiesz­cze­nia. Eskorta zmu­siła go do uklęk­nię­cia, nakła­da­jąc mu okowy na kostki i nad­garstki, a potem zamy­ka­jąc ciężki, żela­zny koł­nierz na szyi. Straż­nicy wyszli bez słowa. A przy­naj­mniej część z nich. Jeden lub kilku mogło zostać pota­jem­nie.

Mijały minuty. Godziny. W końcu drzwi celi otwo­rzyły się i znowu zamknęły.

- Naresz­cie ponow­nie się spo­ty­kamy - roz­legł się zna­jomy głos.

Dreszcz prze­biegł księ­ciu po ple­cach. Mal­dor odwie­dził Tren­si­co­urt wiele lat temu, pró­bu­jąc wyne­go­cjo­wać sojusz. Jako mały chło­piec książę stu­dio­wał każdy ruch tego czło­wieka - czło­wieka, który zda­niem jego ojca był bar­dzo nie­bez­pieczny.

- Obie­ca­łem, że pew­nego dnia uklęk­niesz przede mną - rzu­cił oschłym tonem cesarz.

Książę poru­szył ramio­nami - dość, żeby łań­cu­chy zabrzę­czały.

- Ow­szem, wolał­bym, abyś z wła­snej woli oka­zał mi sza­cu­nek - dodał cesarz. - Może i na to przyj­dzie czas. Rozu­miem, że zapo­mnia­łeś języka w gębie.

Książę się zawa­hał. Musiał mieć pew­ność. Poznał to słowo mocy ogrom­nym kosz­tem. Cesarz nie miał prawa podej­rze­wać, że książę znał wszyst­kie sylaby. W prze­ciw­nym wypadku ni­gdy nie zja­wiłby się oso­bi­ście. Tylko czy to nie była jakaś sztuczka? Czy mówca nie pod­szy­wał się pod cesa­rza? Książę wie­dział, że będzie miał tylko jedną szansę.

- Nie widzia­łem potrzeby, by zwra­cać się do two­ich pod­wład­nych - powie­dział książę zasko­czony, jak chra­pli­wie i słabo zabrzmiał jego wła­sny głos.

- Następca tronu Tren­si­co­urt mówi! - wykrzyk­nął Mal­dor. - Wdy­cha­łeś żrącą sub­stan­cję, więc już zaczą­łem podej­rze­wać, że stra­ci­łeś zdol­ność arty­ku­ło­wa­nia. Doprawdy masz żela­zny cha­rak­ter. Gdy­bym wie­dział, że potrze­bu­jesz jedy­nie mojej obec­no­ści, odwie­dził­bym cię wcze­śniej.

Jeśli to był impo­stor, to naprawdę świetny.

- Co cię spro­wa­dza do lochów?

Cesarz się zawa­hał.

- Zja­wi­łem się, żeby świę­to­wać koniec moich zmar­twień.

- Masz jesz­cze wiele kró­lestw do pod­bi­cia - zapro­te­sto­wał książę. - Ja jestem tylko poje­dyn­czym czło­wie­kiem.

- Zwor­ni­kiem kon­struk­cji - mruk­nął cesarz. - Wystar­czy go usu­nąć, żeby całość się zawa­liła.

- Są jesz­cze inni - upie­rał się książę. - Przyj­dzie czas, że oni powstaną.

- Mówisz, jakby już było po tobie. - Mal­dor się zaśmiał. - Przy­ja­cielu, ni­gdy nie zamie­rza­łem cię zabi­jać. Chcia­łem tylko udo­wod­nić, że nie możesz mi się prze­ciw­sta­wić, a do tego potrze­bo­wa­łem po pro­stu cię poko­nać. Boli mnie twój widok w tym sta­nie. Wolał­bym odziać cię w strojne szaty i opa­trzyć twe rany. Jak zapewne pamię­tasz, już kie­dyś ofia­ro­wa­łem ci przy­jaźń. Nie dość, że ją odrzu­ci­łeś, to jesz­cze pod­ją­łeś walkę prze­ciwko mnie i pod­ju­dza­łeś innych, by uczy­nili to samo.

- Ni­gdy nie pozy­skasz mojej lojal­no­ści.

- Żałuję, że nie jesteś roz­sądny - ubo­le­wał cesarz. - Dosko­nale zdaję sobie sprawę, że nie dorów­nuje ci żaden z moich sług. Mógł­byś być moim głów­nym przy­bocz­nym. Uczy­nił­bym cię lor­dem Tren­si­co­urt, a nawet wię­cej: mógł­byś swo­bod­nie rzą­dzić niczym król pod każ­dym wzglę­dem prócz tytułu. Mógł­bym zwró­cić ci wzrok, prze­dłu­żyć życie. Mógł­byś doko­nać wiele dobrego.

- A cały Lyrian zna­la­złby się pod twoim zwierzch­nic­twem - odparł książę. - Skąd mam wie­dzieć, że to naprawdę ty? Stra­ci­łem oczy.

- Z pew­no­ścią pozna­jesz mój głos - odparł z roz­ba­wie­niem cesarz.

- Wiele lat temu roz­ma­wia­łeś ze mną w salo­nie Tren­si­co­urt. Poka­za­łem ci zabawkę.

- Zaczy­namy bawić się w zagadki?

- Pamię­tasz tę zabawkę?

- Nakrę­cana karu­zela z wyj­mo­wa­nymi koni­kami. Wyją­łeś z karu­zeli ema­lio­wa­nego konika, jak mi się zdaje, w więk­szo­ści nie­bie­skiego, i popro­si­łeś, żebym się z tobą poba­wił.

Książę ski­nął głową. Tylko cesarz mógł znać te szcze­góły. Kto inny by o nich sły­szał. Książę pra­wie bez chwili pauzy wypo­wie­dział Słowo, które trzy­mał w tajem­nicy od chwili uwię­zie­nia. Poczuł jego moc, gdy opu­ściło jego usta, praw­dziwe edo­mic­kie słowo-klucz.

Książę cze­kał w ciem­no­ściach.

- Cóż za prze­dziwny okrzyk - zauwa­żył cesarz.

Prze­ra­że­nie i kon­ster­na­cja wypro­wa­dziły księ­cia z rów­no­wagi. To słowo powinno być zgubą cesa­rza! Gorącz­kowo pró­bo­wał je sobie przy­po­mnieć, ale wypo­wie­dze­nie go na głos spra­wiało, że zni­kało z pamięci.

- Wyglą­dasz na zatro­ska­nego - rzu­cił Mal­dor.

- To słowo powinno było cię znisz­czyć - szep­nął książę, gdy umarły w nim resztki deter­mi­na­cji, a jego wewnętrzny świat skur­czył się do zim­nego zakątka, w któ­rym pozo­stały tylko popioły nadziei.

Cesarz się roze­śmiał.

- Dajże spo­kój, mój nie­złomny książę, z pew­no­ścią nie mogłeś wie­rzyć, że nie jestem świa­dom celu two­jej misji! W rze­czy samej, roz­ma­wiamy, ale nie bez­po­śred­nio. Korzy­stam z pośred­nika. W końcu bycie czar­no­księż­ni­kiem powinno wią­zać się z pew­nymi dobro­dziej­stwami! Mój emi­sa­riusz mówi z moją modu­la­cją i z łatwo­ścią możemy poro­zu­mie­wać się na odle­głość. Ponie­waż jed­nak nie jest mną, owo nie­bez­pieczne słowo nie może wpły­nąć na żad­nego z nas. A teraz, kiedy stra­ci­łeś swą ostat­nią broń, czy roz­wa­żysz moją pro­po­zy­cję?

- Ni­gdy - szep­nął książę.

Zostało mu tylko to jedno - ni­gdy nie pozwoli, by cesarz skło­nił go do zmiany stron. Przy­naj­mniej tyle był winien wszyst­kim, któ­rzy w niego wie­rzyli.

- Jestem pod wiel­kim wra­że­niem faktu, że nauczy­łeś się Słowa - kon­ty­nu­ował cesarz. - Ty jesteś pierw­szym. Dawno temu obie­ca­łem sobie, że ten, kto nauczy się Słowa, zosta­nie zapro­szony do naj­ści­ślej­szego kręgu moich współ­pra­cow­ni­ków. Nie masz innego wyboru. Nie giń bez powodu. Dal­szy opór nic ci nie da. Współ­pra­cuj ze mną, a na­dal będziesz mógł doko­nać wiele dobrego. Tym razem odpo­wiedz z namy­słem, bo nie otrzy­masz następ­nej szansy. W końcu dopiero co pró­bo­wa­łeś mnie zabić. A wstępne zapo­zna­nie się z mymi gościn­nymi lochami było łagodne w porów­na­niu z grozą, która jesz­cze cię czeka.

Książę spu­ścił głowę i przez chwilę mil­czał. Tyle pla­nów, zręcz­nych manew­rów, śmia­łych alian­sów, szczę­śli­wych ucie­czek o włos od klę­ski - a on zawiódł! Wypo­wie­dział Słowo przed przy­nętą! Nawet prze­wi­dział taką moż­li­wość, lecz osta­tecz­nie Mal­dor go prze­chy­trzył i znisz­czył, jak czy­nił nie­odmien­nie ze wszyst­kimi wro­gami. Książę szu­kał w sobie nadziei lub wiary, ale niczego nie zna­lazł. Być może powi­nien pogo­dzić się z tym co nie­unik­nione. Nie był pewien, jak długo jesz­cze zdoła zacho­wać jasność umy­słu w tym miej­scu.

Uniósł głowę.

- Ni­gdy nie będę ci słu­żył. Poko­na­łeś mnie, lecz ni­gdy mnie nie kupisz.

Był winien te słowa tym, któ­rzy za niego zgi­nęli. Był winien te słowa samemu sobie. Zostać znisz­czo­nym to jedno, a on przy­naj­mniej się nie pod­dał.

- Dobrze więc. Byłeś naj­lep­szym z moich adwer­sa­rzy, to muszę ci przy­znać. Wiedz jed­nak, że tu zosta­niesz zła­many. Możesz liczyć na mój podziw, ale nie na litość.

Roz­legł się dźwięk odda­la­ją­cych się kro­ków i drzwi zatrza­snęły się z osta­tecz­no­ścią, z jaką opada płyta gro­bowca.

Roz­dział 1

Hipo­po­tam

Na prze­strzeni wie­ków poje­dyn­cze osoby prze­cho­dziły z naszego świata do Lyrianu na wiele spo­so­bów. Cho­ciaż nie­któ­rzy wędrowcy podró­żo­wali mię­dzy wszech­świa­tami roz­myśl­nie, więk­szość podróż­ni­ków dawało się cał­ko­wi­cie zasko­czyć. Gubili się w głę­bo­kich jaski­niach, a gdy wresz­cie wycho­dzili, roz­po­ście­rał się przed nimi nie­zna­jomy kra­jo­braz. Prze­cho­dzili pod natu­ral­nymi kamien­nymi łukami, które nie­kiedy łączą nasze rze­czy­wi­sto­ści. Wpa­dali do głę­bo­kich studni, wcho­dzili do przejść w pobliżu szczy­tów gór albo - rza­dziej - prze­czoł­gi­wali się mię­dzy ska­mie­nia­łymi kło­dami. Jed­nakże nikt nie prze­szedł z Ziemi do Lyrianu w bar­dziej nie­praw­do­po­dobny spo­sób niż Jason Wal­ker.

W wieku lat trzy­na­stu Jason miesz­kał w mia­steczku Vista, w sta­nie Kolo­rado. Ponie­waż jego ojciec robił wspa­niałą karierę w dzie­dzi­nie sto­ma­to­lo­gii, a jego star­szego brata wła­śnie przy­jęto do szkoły medycz­nej o pro­filu sto­ma­to­lo­gicz­nym, więk­szość osób z jego zna­jo­mych spo­dzie­wała się, że pew­nego dnia Jason rów­nież zosta­nie den­ty­stą. Rodzice otwar­cie go do tego zachę­cali. Te ocze­ki­wa­nia wpły­nęły na Jasona, któ­rego mgli­ste plany życiowe wią­zały się ze zdo­by­ciem base­bal­lo­wego sty­pen­dium spor­to­wego i pój­ściu na uni­wer­sy­tet, gdzie mógłby roz­po­cząć sta­ra­nia o dyplom sto­ma­to­loga.

Nie przy­po­mi­nał sobie, żeby kie­dy­kol­wiek świa­do­mie wybrał ten kie­ru­nek - nie miał praw­dzi­wego zami­ło­wa­nia do lecze­nia zębów. Zaję­cie to ude­rzało go jako szcze­gól­nie nudne i mono­tonne. Skro­ba­nie zębów. Robie­nie prze­świe­tleń. Flu­ory­zo­wa­nie. W głębi ducha Jason pra­gnął cze­goś innego.

Odkąd się­gał pamię­cią, zawsze cią­gnęło go do zwie­rząt. Czy­tał na ich temat książki, oglą­dał pro­gramy przy­rod­ni­cze i bła­gał rodzi­ców o domowe zwie­rzątka. Po kon­sul­ta­cji z ojcem jego zami­ło­wa­nia zain­spi­ro­wały go do wyboru zoo­lo­gii jako przed­miotu kie­run­ko­wego na dro­dze do dyplomu sto­ma­to­loga. W prze­ci­wień­stwie do wielu przy­szłych stu­den­tów zoo­lo­gii Jason rze­czy­wi­ście pra­co­wał w zoo. Natu­ral­nie, nie prze­szłoby mu przez myśl, że jego wolon­ta­riat zapro­wa­dzi go do alter­na­tyw­nego wszech­świata.

Trwał wyjąt­kowo - jak na koniec lutego - cie­pły tydzień. Jason opie­rał się o poręcz przed ogro­dzo­nym bok­sem do ćwi­cze­nia szyb­kich piłek base­bal­lo­wych w lokal­nym parku. Tim stał w środku, na lekko ugię­tych nogach i wybi­jał mnó­stwo piłek za boczne linie, usi­łu­jąc odzy­skać wyczu­cie czasu. Matt, naj­lep­szy pał­karz w ich klu­bo­wej dru­ży­nie, ćwi­czył jako pierw­szy; płyn­nymi i potęż­nymi zama­chami posy­łał nie­mal każdą narzu­coną piłkę w głąb boksu.

- Nie pró­buj zamor­do­wać piłki - zasu­ge­ro­wał Jason.

- Wystar­czy mi napad z pobi­ciem - burk­nął Tim.

Przy następ­nym narzu­cie Tim odbił piłkę mocno, tra­fia­jąc w zie­mię i kie­ru­jąc ją w lewą część siatki. Jason zer­kał to na Tima, to na opa­trzony pod­pi­sami rysu­nek w pod­ręcz­niku bio­lo­gii. Uczył się na pamięć ludz­kiego układu kost­nego przed spraw­dzia­nem.

- Wycią­gnij nos z książki - mruk­nął Matt do Jasona, kiedy Tim zawa­lił kolejne odbi­cie.

- Potem muszę iść do zoo - tłu­ma­czył się Jason. - Nie będę miał dzi­siaj dużo czasu na naukę.

- Zaufaj mi - powie­dział Matt, ski­nie­niem głowy wska­zu­jąc coś po lewej stro­nie.

Jason odwró­cił się i zoba­czył dwie dziew­czyny idące w ich kie­runku. To były April i Holly Knud­sen, bliź­niaczki dwu­ja­jowe z jego klasy w gim­na­zjum imie­nia Ken­nedy'ego. Nie były do sie­bie spe­cjal­nie podobne ani pod wzglę­dem wyglądu, ani zain­te­re­so­wań - zwłasz­cza jak na bliź­niaczki. Ład­niej­sza i pil­niej­sza April cho­dziła z Jaso­nem na zaję­cia zaawan­so­wane z trzech przed­mio­tów, w tym bio­lo­gii. Gło­śniej­sza i bar­dziej wyspor­to­wana Holly trzy­mała kij do soft­ballu w jed­nej ręce i kask pał­ka­rza w dru­giej.

Tylko dwie dziew­czyny w szkole spra­wiały, że Jaso­nowi zaci­skał się żołą­dek i łapało go nagłe onie­śmie­le­nie: Jen Mil­ler i April Knud­sen. Były ładne, bystre i spra­wiały wra­że­nie twardo stą­pa­ją­cych po ziemi. Jason pod­ko­chi­wał się skry­cie w oby­dwu.

- Cześć! - zawo­łała Holly.

Jason spró­bo­wał się uśmiech­nąć. Nagle zdał sobie sprawę, że trzyma w ręku pod­ręcz­nik. Czy wyj­dzie na fra­jera, bo czyta pod­ręcz­nik w takim miej­scu?

Matt nic nie powie­dział. Rzadko kiedy odzy­wał się przy dziew­czy­nach. Jason sta­rał się, żeby jego głos zabrzmiał zwy­czaj­nie.

- Cześć, Holly. April.

- Przy­go­to­wu­je­cie się do ostat­niego sezonu przed szkołą śred­nią? - zacie­ka­wiła się Holly.

Tim przy­wa­lił kijem w piłkę i posłał ją wysoko w niebo.

- Tre­ner Thayer już oglą­dał Jasona - powie­dział Matt. - Moż­liwe, że Jason zosta­nie mio­ta­czem w szkol­nej repre­zen­ta­cji już w pierw­szej kla­sie.

Mówił prawdę. Jason zaczął gwał­tow­nie rosnąć pod koniec szó­stej klasy. Począt­kowo zupeł­nie posy­pał się przy ude­rze­niach, dopóki nie przy­zwy­czaił się do nowego wzro­stu, za to jego narzuty zaczęły nabie­rać naprawdę impo­nu­ją­cej pręd­ko­ści. Teraz miał pra­wie sześć stóp wzro­stu. Zaczy­nał odzy­ski­wać formę jako pał­karz, a jego szyb­kie piłki docho­dziły do osiem­dzie­się­ciu mil na godzinę, na­dal jed­nak miał kło­poty z zacho­wa­niem opa­no­wa­nia.

- Rety, chłopcy z pierw­szej klasy pra­wie ni­gdy nie grają dla repre­zen­ta­cji - odparła pełna podziwu Holly. - W zeszłym roku omal nie zdo­byli mistrzo­stwa stanu.

- Nie wiem, na ile zro­bi­łem wra­że­nie na Thay­erze - przy­znał Jason. - Narzuty wycho­dziły mi bez ładu i składu.

- Tylko jeden chło­pak z przy­szło­rocz­nej dru­żyny szkol­nej narzuca szyb­ciej od cie­bie - powie­dział Matt. - A kiedy dajesz swoje naj­lep­sze narzuty, nie jestem w sta­nie odbić.

- Ostat­nio jestem za bar­dzo spięty - przy­znał Jason, krzy­wiąc się.

W ciągu minio­nego roku, w cza­sie roz­gry­wek zaczął się bar­dzo dener­wo­wać i stąd brały się nie­sko­or­dy­no­wane narzuty. Zawa­lił kilka meczy, bo oddał za wiele baz za darmo i pod­dał klu­czowy mecz przez wyjąt­kowo nie­celny narzut. Parę razy tra­fił też w pał­ka­rza, a przy pręd­ko­ści, z jaką rzu­cał, to nie było nic zabaw­nego. Żaden z pał­ka­rzy dru­żyny prze­ciw­nej nie odniósł poważ­nej kon­tu­zji, ale nie­wiele bra­ko­wało.

Począt­kowo Jason uwa­żał, że przy­czyną kło­po­tów jest to, że rzuca szyb­ciej. Jed­nak potem Matt i Tim zauwa­żyli, że regu­lar­nie lepiej narzuca w cza­sie tre­nin­gów i nie­ofi­cjal­nych meczy. Jasona gry­zła myśl, że zawa­lił roz­grywki, bo nie miał dość ikry, żeby dobrze narzu­cać mimo pre­sji sytu­acji. Może kło­pot w tym, że za dużo myślał o tym, czego inni się po nim spo­dzie­wają? Może za wiele od sie­bie wyma­gał, zafik­so­wany na osią­gnię­ciu per­fek­cji? A może po pro­stu tra­cił umie­jęt­no­ści.

Kum­ple z dru­żyny spo­dzie­wali się, że prze­zwy­cięży pro­blemy z opa­no­wa­niem i popro­wa­dzi ich ku chwale. Cią­gle jed­nak nie był gwiazdą, jaką inni ocze­ki­wali, że się sta­nie. Cza­sem wolałby, żeby jego przy­ja­ciele tro­chę mniej się nim prze­chwa­lali.

April wska­zała na pod­ręcz­nik Jasona.

- Przy­go­to­wu­jesz się do spraw­dzianu z bio­lo­gii?

- Pró­buję.

- Jak się nazywa kość policz­kowa? - zapy­tała.

Omal nie wyszcze­rzył zębów w uśmie­chu.

- Łuk jarz­mowy.

April unio­sła brwi.

- Nie­źle.

Holly prze­wró­ciła oczami.

- Ale z was kujony.

- Kujony rzą­dzą świa­tem - sprze­ci­wił się Jason.

Holly zła­pała sio­strę za rękę.

- Lepiej chodźmy do boksu dla soft­bal­li­stów.

Jason chciał zapro­po­no­wać, żeby poszli coś prze­ką­sić. Ści­śle rzecz bio­rąc, chciał to zapro­po­no­wać April, ale łatwiej byłoby zapro­sić obie sio­stry. One przy­szły we dwie, on był z dwoma kum­plami - wybra­liby się jako mała grupka przy­ja­ciół. Ni­gdy w życiu nie będzie miał lep­szej szansy, żeby jak gdyby ni­gdy nic zagad­nąć April. Kto wie, może umó­wi­liby się na wspólną naukę przed testem z bio­lo­gii?

Nie mógł jed­nak zmu­sić ust, żeby się poru­szyły. Bliź­niaczki już odcho­dziły.

- Ej! - zawo­łał w końcu, czu­jąc się nie­zręcz­nie i ści­ska­jąc pod­ręcz­nik. - Macie ochotę pójść coś prze­gryźć, jak już skoń­czy­cie?

Nie zatrzy­mu­jąc się, Holly odgar­nęła włosy za ucho i rzu­ciła prze­pra­sza­jąco:

- Nie możemy. Musimy iść na przy­ję­cie uro­dzi­nowe wujka. Może innym razem.

- Nie ma sprawy, spoko - odparł Jason, cho­ciaż nic z tego, co czuł, nawet nie przy­po­mi­nało spo­koju.

Tim wyszedł z boksu za jego ple­cami.

- Podoba ci się April? - spy­tał.

Jason skrzy­wił się, zer­ka­jąc ukrad­kiem przez ramię. To było aż tak oczy­wi­ste?

- Nie tak gło­śno. Chyba tak. Tro­chę.

- Moim zda­niem Holly jest faj­niej­sza - myślał na głos Matt.

Tim rzu­cił Jaso­nowi kask pał­ka­rza.

- Teraz ty. Masz szansę zali­czyć serię strike-outów.

- Boki zry­wać - odparł Jason, zakła­da­jąc ciut przy­duży kask.

Czer­wone świa­tełko zabły­sło obok auto­matu do narzu­ca­nia. Jason popra­wił pasek od ręka­wicy, wziął pałkę, wszedł do boksu i wypro­wa­dził kilka prób­nych wyma­chów; począt­kowo brał za duży zamach, ale wkrótce wszedł w swój nor­malny rytm.

- Gotowy? - spy­tał Matt.

- Dawaj.

Zapa­liło się zie­lone świa­tło. Jason ugiął nogi w swo­jej typo­wej pozy­cji pał­ka­rza, zako­ły­sał się lekko, przy­go­to­wu­jąc się do pierw­szego narzutu i sta­ra­jąc się igno­ro­wać moż­li­wość, że April na niego patrzy. Miał skłon­ność do opóź­nio­nego zama­chu przy pierw­szej piłce. Piłka z sykiem wyle­ciała z auto­matu i śmi­gnęła roz­ma­zaną plamą obok niego. Zde­cy­do­wa­nie za późno wziął zamach.

- Z niego jest kochaś, a nie pał­karz - zażar­to­wał Tim.

Jason sku­pił się na tre­ningu. Następna piłka wysko­czyła z maszyny. Tym razem wziął zamach we wła­ści­wym momen­cie, ale za niski, więc piłka odsko­czyła w górę i w tył od kija.

Przy trze­cim narzu­cie tra­fił jak należy. Piłka śmi­gnęła wysoko w głąb boksu.

Matt zagwiz­dał.

- Nie­źle.

Jason zer­k­nął na kum­pli, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

Zer­k­nął w bok i zauwa­żył, że April patrzy na sio­strę, wcho­dzącą do boksu tre­nin­go­wego do soft­ballu. Kiedy się odwró­cił, piłka już ku niemu mknęła. Zdą­żył obró­cić głowę i nie obe­rwał w twarz, ale twarda piłka przy­wa­liła z głu­chym łosko­tem w bok kasku, który spadł Jaso­nowi z głowy. Sam Jason wycią­gnął się jak długi.

Sztuczna trawa dra­pała go w twarz, a Jason pró­bo­wał pojąć, co się stało. Nagle Tim i Matt poja­wili się obok niego, pyta­jąc, czy wszystko w porządku.

- Nic mi nie jest - mruk­nął, wsta­jąc i zata­cza­jąc się na Tima, który go zła­pał.

- Zamro­czyło cię - powie­dział Matt. - Nie­źle obe­rwa­łeś.

- Tro­chę mi tylko we łbie zadzwo­niło - zapro­te­sto­wał Jason, strą­ca­jąc ręce Tima i idąc do wyj­ścia z boksu. Miał wra­że­nie, że zie­mia chwieje mu się pod sto­pami, jakby balan­so­wał, sto­jąc na środku prze­chylni. - Muszę tylko usiąść.

Klap­nął ciężko na ławkę za ogro­dze­niem i wsparł głowę na dło­niach.

- Powi­nie­nem był cię ostrzec. Dla mnie nie­które z tych piłek też wcho­dzą za bli­sko. Ktoś powi­nien znowu wyre­gu­lo­wać tę maszynę.

- To nie twoja wina. Nie uwa­ża­łem. I mia­łem pecha. - Dotknął twa­rzy i poma­so­wał skro­nie.

- Może powin­ni­śmy zabrać cię do leka­rza? - zasu­ge­ro­wał Matt.

- Nie, dobrze się czuję. Po pro­stu tro­chę mną rzu­ciło. Zrób parę zama­chów, nic mi nie będzie.

- Na pewno?

- Aha. Pomścij mnie. Zerwij skórki z kilku piłek.

Jason sku­pił się na oddy­cha­niu, pró­bu­jąc igno­ro­wać brzęk alu­mi­nio­wych pałek. Zaczął odzy­ski­wać rów­no­wagę. Pod­niósł wzrok i napo­tkał spoj­rze­nie April, która zmru­żyła oczy współ­czu­jąco. Zanim Matt wyszedł z boksu, Jason był w sta­nie już stać i zie­mia nie koły­sała się za mocno pod jego nogami.

- Chcę coś prze­gryźć przed zoo - powie­dział Jason.

- Przy­kro mi, ale mam się spo­tkać z kuzy­nami - powie­dział Matt. - Wła­ści­wie już jestem tro­chę spóź­niony.

Tim zer­k­nął na zega­rek.

- Ja też nie mogę. Został­byś sam z bliź­niacz­kami. Brat przy­je­dzie po mnie za jakieś pięć minut. Możemy cię pod­rzu­cić.

- Przy­je­cha­łem rowe­rem. No dobra, to zoba­czymy się póź­niej.

Tim i Matt oddali kaski w wypo­ży­czalni, a Jason poszedł na par­king, by zabrać rower ze sto­jaka. Ciąg cie­płych dni spra­wił, że śnieg się sto­pił, znik­nęła nawet więk­szość zasp przy dro­dze, przez co drogi były nie­ty­powo dla tej pory roku przy­ja­zne dla rowe­rzy­stów. Cho­ciaż niebo się zachmu­rzyło, było za cie­pło na śnie­życę.

Kiedy Jason peda­ło­wał na wzgó­rze do spo­żyw­czego u Ander­sona, zaczęła boleć go głowa i poczuł, że traci rów­no­wagę. Zamiast wal­czyć z dole­gli­wo­ściami, zde­cy­do­wał się resztę drogi przejść pie­szo.

Przy­piął rower łań­cu­chem obok auto­matu z napo­jami, wszedł przez auto­ma­tyczne drzwi i pod­szedł do barku z chińsz­czy­zną z boku od wej­ścia. Zamó­wił na lunch spe­cjal­ność dnia i facet za kon­tu­arem nało­żył mu poma­rań­czo­wego kur­czaka, woło­winę, bro­kuły i sma­żony maka­ron na podzie­lony prze­gród­kami sty­ro­pia­nowy talerz. Bro­kuły były tak jaskra­wo­zie­lone, że aż biły w oczy - miały kolor, jaki rzadko wystę­puje w natu­rze. Tutaj bro­kuły zawsze tak wyglą­dały, jakby malo­wano je farbą w spreju albo robiono z pla­stiku.

Jason zna­lazł sobie miej­sce przy małym sto­liku w pobliżu baru i zaczął jeść. Poma­rań­czowy kur­czak ze sma­żo­nym maka­ro­nem chow mein to było jego ulu­bione danie, ale zjadł rap­tem połowę por­cji, kiedy zaczęły go brać mdło­ści. Wypił spory łyk wody i poma­so­wał skro­nie. Potem odwi­nął cia­steczko z wróżbą, zła­mał je na pół i wyjął skra­wek papieru. "Na hory­zon­cie wid­nieją nowe doświad­cze­nia".

Powinni być nieco bar­dziej odważni, pomy­ślał, i oznaj­mić coś w stylu: "Już za chwilę roz­cho­ru­jesz się z powodu cięż­kiego zatru­cia pokar­mo­wego".

Wyszedł na dwór. Kiedy wspi­nał się rowe­rem na wzgó­rze, w gło­wie tro­chę mu się prze­ja­śniło. Jed­nakże tępy ból upo­rczy­wie mu doskwie­rał i nawet jakby pul­so­wał, gdy wjazd pod górkę przy­śpie­szył Jaso­nowi tętno. Wkrótce chło­piec dotarł na par­king ogrodu zoo­lo­gicz­nego Vista Point. Cho­ciaż ten inte­res rodzinny nie umy­wał się do zoo w Denver, w Vista Point żyła naprawdę przy­zwo­ita popu­la­cja - ponad czte­ry­sta zwie­rząt repre­zen­tu­ją­cych pra­wie sto sześć­dzie­siąt gatun­ków. Jak zwy­kle w zimowe popo­łu­dnie, par­king był pra­wie pusty.

Sto­jąc koło swo­jej szafki, Jason wło­żył szary kom­bi­ne­zon i zamie­nił zwy­kłe buty na robo­cze. Zja­wił się kilka minut przed cza­sem, więc zdą­żył jesz­cze prze­kart­ko­wać pod­ręcz­nik do bio­lo­gii. Litery wyda­wały mu się nieco zama­zane. Zamy­ka­jąc od czasu do czasu oczy, recy­to­wał nazwy róż­nych kości i wyrost­ków.

Uniósł wzrok i spoj­rzał na zegar. Czas posprzą­tać u hipo­po­tama.

Kiedy wszedł na teren dla zwie­dza­ją­cych przy base­nie hipo­po­tama, przy­sta­nął, żeby popa­trzeć na szklaną gablotę na ścia­nie pod­pi­saną "POMNIK LUDZ­KIEJ GŁU­POTY".

Znaj­do­wały się w niej różne przed­mioty, które w ciągu lat pra­cow­nicy wyło­wili z basenu hipo­po­tama: alu­mi­niowe puszki, szklane butelki, monety, nie­do­pałki, dwie zapal­niczki, pojem­nik z nicią den­ty­styczną, scy­zo­ryk, zaplą­tana sprę­żyna do zabawy, pla­sti­kowy zega­rek na rękę, jed­no­ra­zowa maszynka do gole­nia... i nawet kilka nabo­jów.

Drep­cząc za szczotką, Jason patrzył na śmieci zbie­ra­jące się przed ciem­nym wło­siem i zasta­na­wiał się, czym jakiś idiota mógłby prze­bić nie­bez­pieczne przed­mioty zebrane w gablo­cie. Może wrzu­ca­jąc do basenu kosiarkę do trawy? Albo kilka prę­tów ura­no­wych.

Jason przy­sta­nął, żeby popa­trzeć nad porę­czą na ogrom­nego hipo­po­tama wycią­gnię­tego nie­ru­chomo na dnie basenu z głową powy­żej poziomu wody. Hank był jedy­nym hipo­po­ta­mem w zoo, doro­słym sam­cem, który tego lata miał obcho­dzić czter­dzie­ste uro­dziny. Jason pokrę­cił głową. Maje­sta­tyczne zwie­rzę. Jak zwy­kle pra­cuje na peł­nych obro­tach. Mogliby go zastą­pić posą­giem, a i tak nikt z odwie­dza­ją­cych nie zauwa­żyłby róż­nicy.

Jason usły­szał dźwięczną muzykę dobie­ga­jącą z wody, tak cichą, że led­wie sły­szalną. Z lekko prze­krzy­wioną głową prze­szedł wokół basenu, pró­bu­jąc zlo­ka­li­zo­wać źró­dło muzyki. Kiedy natę­że­nie dźwięku przy­brało na sile i muzyka stała się bogat­sza i czyst­sza, tak że Jason potra­fił roz­róż­nić poszcze­gólne instru­menty, zawró­cił w stronę wody i stwier­dził, że melo­dyjne tony naj­wy­raź­niej dobie­gają z na wpół zanu­rzo­nego hipo­po­tama.

Zain­sta­lo­wali w base­nie pod­wodne gło­śniki, nic mu o tym nie wspo­mi­na­jąc? Jakaś nowa metoda uspo­ka­ja­nia oty­łego ssaka? A może żało­sna próba przy­cią­gnię­cia do hipo­po­tama tłu­mów?

Melo­dia brzmiała obco, opie­rała się na dziw­nych har­mo­niach i była uzu­peł­niona prze­pla­ta­ją­cymi się z nią kontr­te­ma­tami. Basowa, deli­katna per­ku­sja wyzna­czała rytm. Jason prze­chy­lił się przez poręcz, zdu­miony tym prze­dziw­nym zja­wi­skiem. Żało­wał, że nie ma tu nikogo wię­cej, bo wtedy mógłby się zorien­to­wać, czy nie ma przy­pad­kiem oma­mów słu­cho­wych.

Hipo­po­tam poru­szył się, ogromna pasz­cza otwo­rzyła się, kiedy zwie­rzę ziew­nęło, i na tę jedną chwilę muzyka stała się gło­śniej­sza i bar­dziej wyraźna, jakby hipo­po­tam naprawdę był źró­dłem skom­pli­ko­wa­nej melo­dii. I zaraz wielka pasz­cza się zamknęła.

Kiedy hipo­po­tam nie zie­wał, muzyka znowu dobie­gała przy­tłu­miona, ale mimo to, sta­wała się coraz gło­śniej­sza. Czy to moż­liwe, że zwie­rzę połknęło magne­to­fon? To było jedyne wia­ry­godne wytłu­ma­cze­nie, ale wyda­wało się rów­nie nie­do­rzeczne, jak myśl, że hipo­po­tam wyda­wał te dźwięki sam z sie­bie.

A może nie było żad­nej muzyki? Może obe­rwał w głowę moc­niej niż myślał? Nie, zde­cy­do­wa­nie już mu się prze­ja­śniło w gło­wie, a zabu­rze­nia rów­no­wagi sła­bły.

Rozej­rzał się wokół, ale nikogo nie dostrzegł. Czy to ten moment, w któ­rym powi­nien natych­miast po kogoś pobiec? Pomy­ślał o kre­skówce War­ner Bros, o śpie­wa­ją­cej i tań­czą­cej żabie, która mil­kła za każ­dym razem, kiedy zja­wiał się jakiś świa­dek.

Opie­ra­jąc się brzu­chem o poręcz, Jason wychy­lił się daleko do przodu, zadzi­wiony przy­wo­łu­jącą go melo­dią. Gdyby zdo­łał przy­su­nąć ucho bli­żej wody, byłby w sta­nie potwier­dzić, czy muzyka rze­czy­wi­ście dobiega z dołu. Hipo­po­tam nawet nie drgnął.

Kiedy Jason pochy­lił się w stronę marsz­czą­cej się powierzchni, chwy­cił go potężny zawrót głowy. Stra­cił rów­no­wagę, wypu­ścił z ręki poręcz i wpadł głową do basenu, pro­sto na hipo­po­tama. I zupeł­nie, jakby to była oka­zja, na którą to zaspane zwie­rzę cze­kało przez całą nie­wolę, hipo­po­tam wynu­rzył się z otwartą pasz­czą, a muzyka roz­brzmiała gło­śniej niż dotąd.

Zanim Jason zdą­żył zare­ago­wać, już chwy­tał rękami śli­ski język, jego twarz śli­zgała się po natłusz­czo­nej powierzchni. Wycią­gnięty na brzu­chu śmi­gnął w dół czar­nym, śli­skim tune­lem. Żadne zwie­rzę nie jest aż tak wiel­kie! Co się działo? Melo­dia roz­brzmie­wała czy­sto w kon­tra­punk­cie do jego prze­ra­że­nia, a on spły­wał wil­got­nym kory­ta­rzem. Pró­bo­wał zaprzeć się o gumo­wate boki i spo­wol­nić zjazd, ale mu się nie udało. W końcu jego ręce i głowa wynu­rzyły się gwał­tow­nie z dziu­pli w pniu umie­ra­ją­cego drzewa w pobliżu rzeki o brze­gach poro­śnię­tych papro­ciami.

Jakimś cudem zapa­dła już noc. Sre­brzy­sta ścieżka księ­ży­co­wego świa­tła drżała na wodzie. Muzyka, którą Jason sły­szał, dobie­gała z sze­ro­kiej tra­twy dry­fu­ją­cej na leni­wym nur­cie. Wyka­ra­skał się z dziu­pli. Kom­bi­ne­zon miał prze­mo­czony po tym, jak wpadł do basenu hipo­po­tama. Obej­rzał się, żeby przyj­rzeć się pustemu wnę­trzu drzewa. Od środka pień był wil­gotny i spróch­niały. Jason nie był w sta­nie doj­rzeć żad­nego przej­ścia, nie licząc otworu przez który się wynu­rzył i szpary w górze, u szczytu pustego pnia, przez którą dostrzegł gwiazdy.

To było nie­moż­liwe! Gdzie się podział tunel? Jakim cudem pro­wa­dził do drzewa? Gdzie był hipo­po­tam? Gdzie się podziało zoo? W całym mie­ście nie było rzeki nawet w poło­wie tak sze­ro­kiej jak ta! Jason zamru­gał zasko­czony, zasta­na­wia­jąc się, czy nie stra­cił przy­tom­no­ści po ude­rze­niu piłką w bok­sie.

Zapie­ra­jąc się o wewnętrzne powierzch­nie ściany pnia, zdo­łał się wspiąć na górę, aż wyszedł przez dziurę u szczytu pnia, dwa­na­ście stóp nad zie­mią. Na­dal ni­gdzie nie było śladu po hipo­po­ta­mie albo zoo Vista Point. Za to miał stąd dosko­nały widok na tra­twę, która pod­pły­nęła i znaj­do­wała się teraz dokład­nie na jego wyso­ko­ści.

Małe, kolo­rowe lata­renki oświe­tlały plat­formę. Szczu­pły męż­czy­zna w jasnym stroju walił w ksy­lo­fon. Przy­sa­dzi­sta kobieta dmu­chała w zakrzy­wiony flet. Kolejny męż­czy­zna krzą­tał się mię­dzy zesta­wem roz­wie­szo­nych dzwon­ków i parą wyso­kich bon­go­sów. Otyła, roz­la­zła kobieta o co naj­mniej pię­ciu pod­bród­kach szar­pała struny instru­mentu o prze­dziw­nym kształ­cie. Niski czło­wiek trzy­mał olbrzymi mosiężny róg, któ­rego rura owi­jała się wokół sze­ro­kiej piersi muzyka i opie­rała mu się na ramio­nach.

Tra­twa wpły­nęła za para­wan pła­czą­cych wierzb, nim Jason zdą­żył wychwy­cić szcze­góły, ale zoba­czył, że paru innych muzy­ków maj­stro­wało przy róż­no­rod­nych, zde­cy­do­wa­nie mniej zna­jo­mych instru­men­tach. Nie­da­jąca mu spo­koju muzyka prze­ni­kała powie­trze, szy­bu­jąc ku niemu nad rzeką i brze­giem.

Od pytań Jaso­nowi krę­ciło się w gło­wie. Jak się tu dostał? Czy to był kosz­mar? Jak wróci do zoo? Wpaść do basenu hipo­po­tama to jedno - rzecz świad­cząca o nie­dba­ło­ści, ale moż­liwa. Jed­nakże przej­ście przez pasz­czę hipo­po­tama do tunelu-zjeż­dżalni i wynu­rze­nie się ze spróch­nia­łego drzewa na brzegu rzeki - to już coś trud­niej­szego do prze­łknię­cia. Wszyst­kie jego zało­że­nia odno­śnie do rze­czy­wi­sto­ści zostały wła­śnie wywró­cone do góry nogami. A jed­nak oto­cze­nie wyda­wało mu się takie nama­calne. Nie potra­fił zaprze­czać wła­snym zmy­słom. Czuł wil­gotną, śli­ską powierzch­nię kory pod dłońmi; wychwy­ty­wał słaby zapach zgni­li­zny uno­szący się ze sto­ją­cej wody w roz­le­wi­sku nad brze­giem rzeki. Ole­iste soki oble­piały mu skórę. Pową­chał rękę - ostry aro­mat żywicy przy­po­mniał mu tro­chę roladki z figami i cukierki z lukre­cją, ale tak naprawdę ni­gdy nie wąchał cze­goś podob­nego.

Wes­tchnął. Znał róż­nicę mię­dzy mgli­stymi dozna­niami ze snu i bar­dziej wyra­zi­stymi z jawy. Z pew­no­ścią czuł, że nie śpi. Mimo to, nie mógł prze­stać powąt­pie­wać w real­ność tej nie­re­al­nej sytu­acji. Być może to był po pro­stu wyjąt­kowo suge­stywny sen. W końcu obe­rwał w głowę base­bal­lową piłką. Może na­dal leżał nie­przy­tomny w bok­sie... Nagle zadrżał. A może umarł - mógł powstać zakrzep w mózgu. A może hipo­po­tam naprawdę go pożarł. Czyżby prze­szedł na drugą stronę do jakie­goś życia poza­gro­bo­wego?

Podra­pał się po bro­dzie. Wra­że­nie było rze­czy­wi­ste. Mokre ubra­nia kle­iły się do ciała zupeł­nie nor­mal­nie. Głowa go nieco bolała i na­dal miał pewne kło­poty z zacho­wa­niem rów­no­wagi. Czy objawy wstrząsu mózgu utrzy­my­wa­łyby się we śnie? A w życiu po śmierci? Posłu­chał muzyki i cichego szmeru rzeki. Gdzie­kol­wiek był, jakie­kol­wiek było tego wyja­śnie­nie, pozo­stał czujny i znaj­do­wał się w żywym, dzia­ła­ją­cym na zmy­sły oto­cze­niu. Zlu­stro­wał wzro­kiem oko­licę - omszałe drzewa nad rzeką, zaro­śla poni­żej, owady bzy­czące w pobliżu - nieco zdu­miony tym, jak łatwe do zaak­cep­to­wa­nia oka­zało się nie­moż­liwe, kiedy już się wyda­rzyło.

Szybko odkrył, że jego naj­pil­niej­szym kło­po­tem będzie zej­ście na dół. Usiadł nie­zgrab­nie na brzegu wyso­kiego, pustego pnia, pró­bu­jąc ulo­ko­wać się tak, żeby zejść w ten sam spo­sób, w jaki wcze­śniej się wspiął. Naj­wy­raź­niej nie bar­dzo mu to wycho­dziło. Zakrę­ciło mu się w gło­wie na myśl, że miałby ześli­zgnąć się wnę­trzem pnia, zostać naszpi­ko­wany drza­zgami i osta­tecz­nie zła­mać kostkę przy lądo­wa­niu. Myśl o zej­ściu wnę­trzem pnia wyda­wała się mniej niż kusząca. Dla­czego wspi­na­nie się zawsze jest o wiele łatwiej­sze od scho­dze­nia?

W końcu, po wielu peł­nych waha­nia obro­tach i skrę­tach ciała, zsu­nął się z powro­tem do wnę­trza pnia tak, żeby móc się zaprzeć. Kiedy wresz­cie prze­ci­snął się na dół, wyszedł z drzewa, cie­sząc się ze świa­tła księ­ży­co­wego, i posta­no­wił ruszyć za tra­twą, ponie­waż sta­no­wiła jedyny ślad cywi­li­za­cji.

Wkrótce dogo­nił muzykę, cho­ciaż listo­wie nad rzeką odci­nało mu widok na tra­twę. Potruch­tał przed sie­bie, aż dotarł do prze­świtu i zoba­czył drobną, zgar­bioną postać sie­dzącą na kło­dzie.

- Cześć - powie­dział Jason.

Postać gwał­tow­nie obró­ciła głowę. Twarz nale­żała do dzie­ciaka mają­cego może dzie­sięć, jede­na­ście lat. Kiedy chło­piec się poru­szył, Jason zdał sobie sprawę, że ma spory garb na ple­cach.

- Dla­czego pod­kra­dasz się do mnie? - wark­nął chło­pak.

- Ja tylko idę za tra­twą - odparł Jason.

Chło­piec, nieco się uspo­ko­iw­szy, prze­su­nął się na kło­dzie, robiąc tro­chę miej­sca. Jason usiadł obok niego.

- O co wła­ści­wie cho­dzi z tą tra­twą muzyczną? - spy­tał.

Chło­piec zer­k­nął na niego z powąt­pie­wa­niem.

- Żar­tu­jesz? To pieśń żałobna Zawrot­nej Dzie­wiątki, naj­lep­szych muzy­ków w oko­licy. Więk­szość ludzi czeka na nich przy wodo­spa­dzie. Tylko ten etap ich inte­re­suje. Ale ja wolę posłu­chać muzyki. To będzie ich ostatni raz.

- Płyną w stronę wodo­spadu?

Teraz, gdy zaczął nasłu­chi­wać, wychwy­cił odle­gły ryk wody.

Chło­piec z powagą poki­wał głową.

- Pró­bują w ten spo­sób coś zade­kla­ro­wać. Zabro­niono im wspól­nych wystę­pów publicz­nych. Nie rozu­miem, w jaki spo­sób to ma cokol­wiek zmie­nić. - Rzu­cił Jaso­nowi surowe spoj­rze­nie. - Musia­łeś o nich sły­szeć. Zga­dza się?

- Nie. Jestem tu obcy. Dopiero co się zja­wi­łem.

- Skąd jesteś?

- Z Vista w Kolo­rado.

- Ni­gdy nie sły­sza­łem.

Jason zawa­hał się, nie bar­dzo wie­dząc, czy chciał usły­szeć odpo­wiedź chłopca.

- A o Ame­ryce? Albo pla­ne­cie Zie­mia?

Chło­piec ścią­gnął brwi.

- Nie bar­dzo.

- Możesz mi powie­dzieć, gdzie jestem?

- Nad rzeką, jak widać. - Chło­pak gwał­tow­nie zer­k­nął z powro­tem na nurt. - Minęli nas. Lepiej chodźmy, bo prze­ga­pimy finał.

Jason powlókł się za chłop­cem, który poru­szał się zadzi­wia­jąco szybko porząd­nym szla­kiem okrą­ża­ją­cym kilka bagni­stych obsza­rów i cie­ni­stych gąsz­czy. Nocne powie­trze naj­wy­raź­niej dobrze robiło Jaso­nowi na głowę, cho­ciaż słaby, pul­su­jący ból upo­rczy­wie nie mijał.

Wspięli się stro­mym, gęsto poro­śnię­tym sto­kiem i wyszli na wznie­sie­nie z wido­kiem na rzekę. Ryk wodo­spadu przy­brał na sile. Korzy­sta­jąc z pod­wyż­sze­nia, Jason zer­k­nął w górę rzeki, żeby zoba­czyć, o ile wyprze­dzili małą tra­twę. Muzyka dobie­gała z oddali. Kiedy spoj­rzał w prze­ciw­nym kie­runku, dostrzegł miej­sce, w któ­rym rzeka gwał­tow­nie się koń­czyła. Wodo­spad.

- Lepiej chodźmy - pona­glił go chło­piec. - Teraz mamy nad nimi prze­wagę, ale nurt przy­śpie­sza. Wkrótce będą pły­nąć szyb­ciej, niż my będziemy w sta­nie się poru­szać.

Jason zszedł za chłop­cem w mrok pod zwie­sza­ją­cymi się gałę­ziami. Wkrótce usły­szał, że woda pły­nie szyb­ciej. Ryk wodo­spadu stał się nie­prze­rwa­nym grzmo­tem, zagłu­sza­ją­cym odle­głą muzykę. Jason odkrył, że zaczyna mu bra­ko­wać tchu, kiedy przy­śpie­szył, żeby dotrzy­mać kroku coraz szyb­ciej idą­cemu prze­wod­ni­kowi.

Prze­szli przez gęstą kępę drzew i zoba­czyli oświe­tlony księ­ży­cem tłum zebrany obok szczytu wodo­spadu. Nad samą kra­wę­dzią wzno­siło się kilka pię­ter pro­wi­zo­rycz­nych try­bun, na któ­rych tło­czyli się gapie.

- Znajdź dobre miej­sce - pora­dził mu chło­piec, zanim potruch­tał nad brzeg rzeki.

Jason pobiegł do dru­giego końca try­bun i odkrył, że docho­dzą do samej kra­wę­dzi przy­pra­wia­ją­cej o zawrót głowy prze­pa­ści, z któ­rej woda spa­dała kaska­dami jak nie­koń­czące się tsu­nami. Kie­dyś poje­chał z rodziną nad wodo­spad Nia­gara - ten wyglą­dał na nie­mal rów­nie wysoki i prze­wa­lało się przez niego pra­wie tyle samo wody. Zimna mgła wodna zwil­żyła Jaso­nowi twarz.

Obszedł try­buny i dotarł do brzegu rzeki. Tłum ludzi cią­gnął się od try­bun spory kawał w górę rzeki. Nie­któ­rzy widzo­wie mieli ponure miny. Inni poja­dali prze­ką­ski. Jedna grupa koły­sała się i śpie­wała, fał­szu­jąc, jakąś pieśń. Jason szedł w górę rzeki i szu­kał wol­nego miej­sca. Więk­szość ludzi miała na sobie pro­ste ubra­nia z samo­działu, cho­ciaż cza­sem Jason dostrze­gał ele­ganc­kie futro albo hafto­waną kami­zelkę. Nikt nie nosił tego, co on uwa­żał za nor­malne, współ­cze­sne ubra­nie.

Po tym, jak prze­pchnął się nieco do przodu, zna­lazł miej­sce, z któ­rego będzie dobry widok na tra­twę spa­da­jącą z kra­wę­dzi wodo­spadu, ale który znaj­do­wał się za daleko w górze rzeki, żeby móc obser­wo­wać jej dal­szy lot. Sta­nął obok kobiety w śred­nim wieku w kwie­ci­stym czepku i w sukni z cięż­kiej tka­niny. Patrzyła z nie­po­ko­jem na rzekę, zała­mu­jąc ręce.

- Może w to pani uwie­rzyć? - zapy­tał.

Odwró­ciła się do niego. Spoj­rze­nie jej sze­roko roz­sta­wio­nych oczu spo­częło na pod­bródku Jasona.

- Czy mogę uwie­rzyć, że mój brat zaraz się zabije, żeby urzą­dzić absur­dalne przed­sta­wie­nie?

Jason uniósł brwi.

- Pani brat jest na tej tra­twie?

- Ni­gdy nie miał za grosz rozumu. Ani krę­go­słupa. Zawsze robi to, co mu każe Simeon. Ten wariat prze­ko­nał cały zespół, żeby się zabili.

Spoj­rzała znowu na pędzący nurt. Tra­twy na­dal nie było widać.

- Dla­czego przy­szła pani na to patrzeć?

Wzru­szyła ramio­nami i lekko się zaru­mie­niła.

- Żeby ich wes­przeć. Zawrotna Dzie­wiątka uważa, że ich ofiara jest ważna. Myślę, że chyba nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie, lepiej dla Dar­rena, żeby odszedł z tego świata, czu­jąc się doce­nio­nym.

- To wła­śnie przy­wio­dło tutaj tych wszyst­kich ludzi?

Spoj­rzała w stronę zaim­pro­wi­zo­wa­nych try­bun nad kra­wę­dzią wodo­spadu.

- To w więk­szo­ści wiel­bi­ciele ich muzyki. Nikt nie rozu­mie, o co tu tak naprawdę cho­dzi. Myślę, że wielu z nich jest tutaj, bo uznali, że to świetna zabawa, patrzeć, jak tra­twa pełna muzy­ków spada z ogrom­nego wodo­spadu.

Jason w duchu zgo­dził się, że będzie to impo­nu­jący widok. Ale za jaką cenę! Wodo­spad był zde­cy­do­wa­nie za wysoki, żeby prze­żył któ­ry­kol­wiek z muzy­ków.

- Żałuję, że nie mogę nic zro­bić - dener­wo­wała się kobieta.

- Dla­czego nikt nie spró­buje ich ura­to­wać?

- Oni nie chcą, żeby ich rato­wać. To pogrzeb.

Jason się rozej­rzał. Ludzie patrzyli się wycze­ku­jąco w górę rzeki, nie­któ­rzy ponu­rzy, inni pod­eks­cy­to­wani.

Powi­nien spró­bo­wać oca­lić muzy­ków? To mu wyglą­dało na tra­giczne mar­no­wa­nie ludz­kiego życia. Uznał, że gdyby on zna­lazł się na tra­twie, to nie­za­leż­nie od swo­ich prze­ko­nań, zmie­niłby zda­nie i ode­chcia­łoby mu się spa­dać z wodo­spadu zaraz po prze­kro­cze­niu punktu, z któ­rego nie byłoby już powrotu. Jacy zdrowi na umy­śle ludzie rzu­ci­liby się z wła­snej woli z ogrom­nego wodo­spadu? Jakie sen­sowne oświad­cze­nie można w ten spo­sób wygło­sić? Z tego, co mu powie­dziano, wyni­kało, że pozo­stali wyko­ny­wali roz­kazy ich sza­lo­nego przy­wódcy. A co, jeśli zafun­do­wał im pra­nie mózgu, jak w jakiejś sek­cie? Więk­szość ludzi na tra­twie pew­nie ucie­szy­łaby się, gdyby ich ura­to­wano.

- Chcę pani pomóc - powie­dział, zni­ża­jąc głos. - Wie pani, gdzie mogę zna­leźć linę?

Kobieta zer­k­nęła na niego i w jej oczach zabły­sła nadzieja.

- Chcesz temu zapo­biec? Ekipa ratow­ni­cza ma linę, ale nie liczy­ła­bym na to, że jej użyją.

- Ekipa ratow­ni­cza? Gdzie?

- Są tu tylko na wszelki wypa­dek. Kawa­łek stąd w górę rzeki.

Ktoś w tłu­mie zaczął wiwa­to­wać. Poja­wiła się tra­twa. Jason nie­mal cudem wychwy­cił muzykę.

Zosta­wia­jąc za sobą grupę gapiów, popę­dził brze­giem rzeki, aż dotarł do dwóch męż­czyzn. Mieli długą linę zawią­zaną wokół potęż­nego pnia guzo­wa­tego drzewa, wzno­szą­cego się nad pędzącą wodą.

- Pano­wie są ekipą ratow­ni­czą? - spy­tał Jason.

Niż­szy męż­czy­zna z jedną ręką odpo­wie­dział:

- A ow­szem.

- Zamier­za­cie ich rato­wać?

Muzycy szybko zbli­żali się, pły­nąc z bystrym prą­dem. Ich instru­menty zgrzy­tały i czkały, kiedy tra­twa roz­ko­ły­sała się na spie­nio­nych wodach.

- Tylko jeśli wezwą pomoc - zapew­nił go niż­szy męż­czy­zna.

Jason zoba­czył, że drugi koniec cien­kiej liny przy­mo­co­wano do strzały, którą trzy­mał szczu­pły męż­czy­zna oparty na łuku. Wszy­scy trzej stali około pięć­dzie­się­ciu jar­dów w górę od wodo­spadu. Tra­twa pędziła jakieś dwa­dzie­ścia jar­dów od brzegu.

- Czy pań­ska strzała doleci z tą liną? - zanie­po­koił się Jason.

- Z pew­no­ścią, o ile będę celo­wał nieco wyżej - odparł smu­kły męż­czy­zna.

- Dobrze pan strzela?

- Dosko­nale.

- Może powinni pano­wie po pro­stu ich ura­to­wać. Założę się, że osta­tecz­nie panom podzię­kują.

- Wąt­pię - prych­nął szczu­pły męż­czy­zna. - Nie chcieli nawet, żeby ratow­nicy się zja­wili. Będę inter­we­nio­wał tylko na ich życze­nie.

Jason odwró­cił się do muzy­ków, któ­rym gro­ziło śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Gdyby spró­bo­wał popły­nąć, żeby podać im linę, nurt porwałby go, zanim zdą­żyłby się do nich zbli­żyć. Drzewo nie zwie­szało się wystar­cza­jąco daleko nad rzeką, żeby mógł wspiąć się po nim i dosię­gnąć tra­twy. Czas ucie­kał.

- Spró­buj­cie ich ura­to­wać - nale­gał Jason. - Prze­cież tak nie można.

- Nie, o ile nie... - zaczął niski męż­czy­zna.

- Sły­szę, jak wołają o pomoc - skła­mał Jason.

- Odejdź - rzu­cił szczu­pły męż­czy­zna, krzy­wiąc sze­ro­kie usta i odsła­nia­jąc pożół­kłe zęby. - Ostat­nie, czego potrze­bu­jemy, to despe­rat, który chce zostać boha­te­rem. Gdyby naprawdę krzy­czeli o pomoc, nie usły­sze­li­by­śmy ich przez twoją papla­ninę.

- Przy­słała mnie sio­stra jed­nego z muzy­ków - spró­bo­wał Jason.

- Nie obcho­dzi­łoby mnie, nawet gdyby przy­słał cię sam król Meri­donu - odparł chu­dzie­lec. - To ich decy­zja.

Tra­twa nie­długo miała się z nimi zrów­nać. Nie było czasu na myśle­nie. Jason pchnął niskiego ratow­nika. Zasko­czony męż­czy­zna zachwiał się na stro­mym brzegu i wpadł do wody.

- Co z tobą?! - krzyk­nął chudy, rzu­ca­jąc łuk i strzałę, żeby sko­czyć w nurt za towa­rzy­szem.

Niski męż­czy­zna został już znie­siony w dół rzeki i było widać, jak młóci wodę jedyną ręką. Nawet tuż przy brzegu prąd był silny.

Wie­rząc, że chu­dzie­lec ura­tuje kom­pana, Jason nie tra­cił czasu i natych­miast pod­niósł łuk i strzałę. Zało­żył strzałę na cię­ciwę i przy­cią­gnął ją do policzka, wytę­ża­jąc wszyst­kie siły i mru­żąc jedno oko. Nie miał łuku w ręku, odkąd zdo­był odznakę łucz­nika dwa lata temu na let­nim obo­zie.

Tra­twa pły­nęła, pod­ska­ku­jąc na wodzie, dwa­dzie­ścia jar­dów od brzegu, ale jesz­cze nie zna­la­zła się dokład­nie na wyso­ko­ści miej­sca, w któ­rym stał Jason. Wiele instru­men­tów i muzy­ków wyglą­dało na przy­wią­za­nych do plat­formy. Jason odchy­lił łuk tro­chę w górę, mając nadzieję, że on i chu­dzie­lec tak samo rozu­mieli słowa "nieco wyżej".

Wypu­ścił strzałę, która prze­cięła odle­głość dzie­lącą go od tra­twy i wbiła się w ramię męż­czy­zny gra­ją­cego na bon­go­sach. Dźwięki per­ku­sji urwały się, kiedy męż­czy­zna padł, zni­ka­jąc Jaso­nowi z oczu. Lina na brzegu dalej się roz­wi­jała, w miarę jak tra­twa mknęła bły­ska­wicz­nie przed sie­bie.

Jason zaczerp­nął gwał­tow­nie tchu. Czy to naprawdę wła­śnie się wyda­rzyło? Nie zamie­rzał postrze­lić muzyka. Zer­k­nął na roz­wi­ja­jącą się linę ratow­ni­czą. Nie była za długa? Wyglą­dała na dość cienką. Wytrzyma?

Lina napięła się z nagłym szarp­nię­ciem. Tra­twa prze­chy­liła się, roz­bry­zgu­jąc wodę i skrę­ca­jąc w stronę brzegu. Tłum krzyk­nął zasko­czony.

Trzy­dzie­ści jar­dów w dół rzeki szczu­pły męż­czy­zna wycią­gnął niskiego z wody. Teraz stał z rękami na bio­drach i patrzył, jak tra­twa zakręca po łuku w stronę brzegu. Coś w jego ręku roz­bły­sło w jasnym księ­ży­co­wym świe­tle.

Nie­za­leż­nie od tego, czy muzycy chcieli zostać ura­to­wani, czy nie, tra­twa była na naj­lep­szej dro­dze, żeby ude­rzyć w brzeg. Ranny per­ku­si­sta musiał solid­nie zaplą­tać się w jakiś sprzęt, bo lina pozo­stała nad­zwy­czaj napięta. Więk­szość muzy­ków nie prze­rwała gry. Kilku wyglą­dało, jakby pró­bo­wali uwol­nić się od wią­żą­cych ich lin.

Kiedy, prze­chy­la­jąc się nieco, tra­twa ude­rzyła o urwi­sty brzeg led­wie dzie­sięć jar­dów od wodo­spadu, wielu gapiów jęk­nęło. Zaraz jed­nak jęki zamie­niły się w okrzyki, gdy ude­rze­nie o brzeg zrzu­ciło przy­sa­dzi­stą kobietę do wody razem z jej krę­tym fle­tem. Roz­gar­diasz osią­gnął apo­geum, kiedy została zmyta z kra­wę­dzi wodo­spadu i spa­dła razem z huczą­cymi masami wody.

Jason wytrzesz­czył oczy z prze­ra­że­nia i poczuł, jak rośnie mu w gar­dle gula. Led­wie mógł uwie­rzyć w to, co wła­śnie zoba­czył. Wszę­dzie wokół niego roz­le­gły się wiwaty, kiedy szczu­pły męż­czy­zna prze­ciął napiętą linę i kaleka tra­twa znowu gwał­tow­nie ruszyła z prą­dem. Jaso­nowi wyda­wało się, że ktoś chyba zesko­czył z tra­twy na brzeg, ale nie miał pew­no­ści. Wrzawa wśród tłumu osią­gnęła rado­sne apo­geum, kiedy tra­twa pod­pły­nęła do wodo­spadu, zna­la­zła się dokład­nie pod zatło­czo­nymi try­bu­nami i znik­nęła przy wtó­rze łoskotu czy­neli i ostat­niej, piskli­wej nuty drew­nia­nego instru­mentu dętego.

Jason stał jak zmro­żony, czu­jąc się tak, jakby ktoś kop­nął go w żołą­dek. Żaden z tych ludzi nie miał szansy prze­żyć!

Szczu­pły męż­czy­zna - na­dal z nożem w ręce - i jego prze­mo­czony kolega szli szybko brze­giem w górę rzeki. Jason otrzą­snął się z szoku i para­liżu i pośpiesz­nie wyco­fał się mię­dzy drzewa, byle dalej od rzeki.

Roz­dział 2

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy

Jason przez dłuż­szą chwilę prze­dzie­rał się bra­wu­rowo przez listo­wie, to rzad­sze, to gęst­sze, i w końcu zatrzy­mał się, czu­jąc zmę­cze­nie w nogach. Przy­kuc­nął i zaczął bacz­nie nasłu­chi­wać, a w gło­wie dud­niło mu w rytm bicia serca. Albo nikt za nim nie podą­żał, albo jego prze­śla­dowcy poru­szali się cicho jak ninja. Na wszelki wypa­dek prze­biegł jesz­cze kawa­łek, aż kolka w boku i brak odde­chu zmu­siły go w końcu do odpo­czynku. Zgiął się wpół, opie­ra­jąc ręce na kola­nach, ale na­dal nie sły­szał niczego, co świad­czy­łoby o pościgu.

Usiadł na ziemi i oparł plecy o chro­po­waty pień drzewa, cicho dysząc. W jakim miej­scu ludzie wiwa­to­wa­liby na widok muzy­ków spa­da­ją­cych ze śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nego wodo­spadu? Czy naprawdę wła­śnie kogoś zastrze­lił z łuku?

Zamknął oczy, scho­wał twarz w dło­niach i spró­bo­wał siłą woli zmu­sić się do prze­bu­dze­nia. Dopóki miał zamknięte oczy, mógł być wszę­dzie. Nie­przy­tomny w szpi­tal­nym łóżku. Ogłu­szony na sztucz­nej mura­wie w bok­sie. Tyle że na­dal czuł pień pod ple­cami i na­dal sły­szał cyka­nie owa­dów.

Per­ku­si­sta zmie­rzał ku pew­nej śmierci w wodach ogrom­nego wodo­spadu. Czy to miało zna­cze­nie, że strzała tra­fiła go w ramię na kilka sekund przed samo­bój­czym sko­kiem? Jason zazgrzy­tał zębami. Nie miał dość wprawy w strze­la­niu, więc mie­rzył za nisko. To jesz­cze nie czy­niło z niego kry­mi­na­li­sty, prawda? Jedy­nie bez­na­dziej­nego ratow­nika. W końcu pró­bo­wał pomóc ludziom, któ­rzy już byli ska­zani na śmierć. Zga­dza się?

Praw­dzi­wym kry­mi­na­li­stą był ten drań, który prze­ciął linę. Jason nie mógł uwie­rzyć, że czło­wiek z ekipy ratow­ni­czej nie zawa­hał się odciąć tych wszyst­kich ludzi. Wła­ści­wie ich zabił.

Jaso­nowi zadrżały ręce. Noc było chłodna, a w mokrym kom­bi­ne­zo­nie bar­dziej marzł. Spo­licz­ko­wał się. Uszczyp­nął się w rękę. Odczu­cia wyda­wały się zupeł­nie praw­dziwe.

Mając dość tego, że sie­dzi i się trzę­sie, wstał i odszedł cięż­kim kro­kiem od rzeki. Huk wodo­spadu powoli prze­szedł w cichy syk.

Pod­łoże się wzno­siło. Jason roz­glą­dał się za schro­nie­niem. W pół­mroku lasu czas wlókł się w nie­skoń­czo­ność. Po godzi­nie albo dwóch, kiedy kom­bi­ne­zon wyda­wał się już nieco such­szy, a długi spa­cer wymę­czył Jasona, chło­piec zde­cy­do­wał się wśli­zgnąć pod gęsty krzak. Zaro­śla pach­niały tro­chę jak odświe­żacz powie­trza w kształ­cie cho­inki w samo­cho­dzie taty. Jason nie sły­szał już wodo­spadu.

Oparł głowę na zgię­tej ręce i zaci­snął zęby, żeby prze­stać nimi szczę­kać. Odkrył, że kiedy zgar­nął wokół sie­bie liście, zwi­nął się w kłę­bek i prze­stał się wier­cić, wresz­cie zro­biło mu się tro­chę cie­plej.

Naprawdę mógł przejść do jakiejś innej rze­czy­wi­sto­ści? Na tę myśl zady­go­tał. Jak wróci do domu? Nie widział żad­nego śladu drogi powrot­nej przy drze­wie, z któ­rego wyszedł. Żad­nego migo­czą­cego por­talu pro­wa­dzą­cego do wymiaru, w któ­rym znaj­do­wał się jego dom. Gdzie ma zacząć szu­kać drogi powrot­nej? A jeśli nie ma powrotu? Czy to zda­rzyło się już komuś wcze­śniej?

Jason wyjął tele­fon komór­kowy. Poświata z ekranu roz­świe­tliła ciemny krzew. Naj­wy­raź­niej tele­fon prze­trwał kąpiel w base­nie hipo­po­tama. Jason nie zdzi­wił się, widząc, że nie ma zasięgu. Nie zadzwoni do domu. Miał jedną nie­ode­braną wia­do­mość. Naj­pew­niej od mamy, która go upo­mi­nała. Otwo­rzył wia­do­mość.

"Pro­szę, odbierz. Nawet jeśli wolisz zlek­ce­wa­żyć moje zda­nie, na­dal cię kocham".

Łzy napły­nęły mu do oczu. Zupeł­nie opacz­nie go zro­zu­miała! On po pro­stu chciał, żeby nie pró­bo­wała wtrą­cać się do jego toku nauki.

Wcze­śniej tego dnia wyrwało mu się nie­opatrz­nie, że czeka go spraw­dzian z bio­lo­gii i musi przy­go­to­wać pracę z angiel­skiego. Rodzice nie­wiele wie­dzieli o jego nawy­kach, jeśli idzie o naukę, głów­nie dla­tego, że regu­lar­nie przy­no­sił do domu naprawdę dobre oceny, więc nie musieli spe­cjal­nie się mar­twić. Jed­nakże od czasu do czasu mama posta­na­wiała poba­wić się w rodzica. Powie­działa mu, że nie powi­nien iść tre­no­wać odbić, jeśli ma do odro­bie­nia pracę domową. Pró­bo­wał wytłu­ma­czyć, że ma to wszystko roz­pla­no­wane, ale ona się uparła. Wobec tego po pro­stu wyszedł i poje­chał na rowe­rze potre­no­wać mimo jej pro­te­stów, nie przej­mu­jąc się karą, jaka może go za to cze­kać.

Dla­czego był taki uparty? Pró­bo­wała dodzwo­nić się do niego, a on nie odbie­rał. Tak go wła­śnie zapa­mięta? Jako nie­wdzięcz­nego, nie­po­słusz­nego palanta? Na tę myśl aż mu się zaci­snął żołą­dek. Czy ta krótka wia­do­mość to jego ostatni kon­takt z rodziną?

Poczuł, jak wzbiera w nim fru­stra­cja i strach, i odru­chowo zaci­snął dło­nie w pię­ści. Rozej­rzał się wokół po pustym lesie, mając ochotę wrza­snąć, ude­rzyć w coś. Jak mógł tu ugrzę­znąć, w tym zwa­rio­wa­nym miej­scu, tak daleko od wszyst­kich, któ­rych znał?

Jason pomy­ślał o swoim psie, Cie­niu, trzy­let­nim labra­do­rze. Kto go będzie kar­mił? Wypro­wa­dzał? Kto będzie mu rzu­cał znisz­czoną, starą piłeczkę teni­sową? Rodzice ni­gdy nie chcieli mieć psa. Żeby go dostać, Jason obie­cał, że weź­mie na sie­bie wszel­kie zwią­zane z psem obo­wiązki. Tre­so­wał go, z pie­nię­dzy za kosze­nie traw­ni­ków i mycie samo­cho­dów zapła­cił za sofę, którą Cień pogryzł. Z odda­niem sprzą­tał po psie, kąpał go, bawił się z nim, wędro­wał z nim po lasach. Wąt­pił, czy rodzice wie­dzieli, ile Cień je, gdzie lubi być dra­pany czy choćby, gdzie szu­kać jego smy­czy. Jeśli Jason ni­gdy nie odnaj­dzie drogi do domu, Cień może na tym ucier­pieć bar­dziej niż inni!

- Halo! - zawo­łał, cho­ciaż wie­dział, że to nie ma sensu. - Chcę wró­cić do domu! Halo! Halo!

Zamru­gał, powstrzy­mu­jąc łzy i pró­bu­jąc zapa­no­wać nad emo­cjami. To wszystko nie miało sensu, ale musiał się uspo­koić; musiał to wszystko roz­gryźć, jeśli miał kie­dy­kol­wiek ponow­nie zoba­czyć przy­ja­ciół, rodzi­ców i resztę rodziny.

Wziął głę­boki wdech i przej­rzał pozo­stałe wia­do­mo­ści. Było ich tylko pięć. Cztery to była krótka, durna wymiana zdań z Mat­tem. Jedna była od Tima, który zapra­szał go na tre­ning w bok­sie. Jason był naprawdę dobry w kaso­wa­niu wia­do­mo­ści. Teraz żało­wał, że nie ma niczego wię­cej do czy­ta­nia. Bate­ria roz­ła­do­wy­wała się, więc po raz ostatni prze­czy­tał wia­do­mość od mamy, a potem zamknął tele­fon.

Zaci­snął powieki. Musiał odpo­cząć. Miał nadzieję, że rano, wypo­częty i z roz­ja­śnio­nymi myślami spoj­rzy na sytu­ację z lep­szej per­spek­tywy.

W domu, kiedy nie mógł zasnąć, leżał w łóżku, cze­ka­jąc, aż na świe­cą­cym ekra­nie zegara cyfro­wego poja­wią się okre­ślone układy cyfry, w tym tak cha­rak­te­ry­styczne, jak 11:11, 11:22, 11:24, 12:12, 12:21 i jego ulu­bione - 12:34 i 12:48. Tu nasłu­chi­wał noc­nych odgło­sów: spo­ra­dycz­nego pohu­ki­wa­nia sów, trze­potu skrzy­deł lub sze­le­stu liści od czasu do czasu, szme­rów i cyka­nia owa­dów. Prze­su­nął się, pró­bu­jąc zna­leźć wygodną pozy­cję. Kiedy już się mar­twił, że ni­gdy nie zaśnie...

...obu­dził się, gdy świa­tło sło­neczne prze­są­czało się przez listo­wie. Zamru­gał i w gło­wie mu się zakrę­ciło na widok nie­zna­jo­mej oko­licy. Natych­miast powró­ciły do niego wyda­rze­nia poprzed­niego dnia i zacią­żyły kamie­niem na sercu. W głębi duszy miał nadzieję, że obu­dzi się w łóżku szpi­tal­nym. Czy czło­wiek może zasnąć we śnie i obu­dzić się, gdy sen na­dal trwa?

Jason usiadł, zauwa­ża­jąc, że kom­bi­ne­zon na­dal ma odro­binę wil­gotny. W świe­tle dnia dostrzegł, że nie­które z ota­cza­ją­cych drzew były poro­śnięte gęstym, fio­le­to­wym mchem obsy­pa­nym maleń­kimi, bia­łymi kwia­tusz­kami. Pobli­ski krzew miał dłu­gie, skrę­cone jak kor­ko­ciąg liście. Wska­zówki były sub­telne, ale Jason wie­dział, że z pew­no­ścią nie znaj­duje się w pobliżu mia­steczka Vista w sta­nie Kolo­rado. Instynkt krzy­czał, że znaj­duje się z dala od domu, z dala od wła­ści­wego mu miej­sca. Wię­cej: sądząc po ubra­niach, jakie nosili ludzie znad wodo­spadu, moż­liwe, że zna­lazł się nawet z dala od wła­ści­wego mu czasu.

Zesztyw­niałe mię­śnie zapro­te­sto­wały, gdy Jason wstał. Roz­tarł bok, w który przez całą noc wbi­jał mu się kamień. Szcze­gól­nie obo­lałe miał mię­śnie pod prawą łopatką. Pomy­ślał, że to pew­nie efekt napi­na­nia łuku poprzed­niego wie­czoru.

Wes­tchnął. Przez drzewa rosnące wokół i zasła­nia­jące widok, nie wie­dział, w któ­rym kie­runku ma iść. Malutki żółty pta­szek z czar­nymi cęt­kami zaświer­go­tał na gałęzi. Mały wachlarz z pió­rek zdo­bił mu tył głowy. Jason zawsze bar­dziej niż inni ludzie zwra­cał uwagę na zwie­rzęta, ale nie roz­po­znał tego gatunku ptaka.

Z rękami na bio­drach roz­wa­żył moż­li­wo­ści. Gdzie­kol­wiek był, śmierć w dzi­czy pozo­sta­wała real­nym zagro­że­niem, jeśli Jason nie podej­mie żad­nych dzia­łań. Myśląc o ludziach, któ­rych widział nad wodo­spa­dem, uznał, że gdzieś w oko­licy musi znaj­do­wać się mia­steczko.

Czu­jąc coraz więk­szy głód, skrę­cił w stronę wscho­dzą­cego słońca. Wkrótce doszedł do potoku, wystar­cza­jąco wąskiego, żeby dało się przez niego prze­sko­czyć. Pomy­ślał, że gdyby chciał, mógłby dojść z bie­giem potoku do rzeki. Tłum powi­nien się już rozejść.

Przy­kuc­nął w miej­scu, gdzie woda spa­dała z małej skal­nej półki. Wyglą­dała na czy­stą, ale powstrzy­mał chęć, żeby się jej napić, bo mógłby się od tego roz­cho­ro­wać.

Posta­no­wił iść wzdłuż stru­mie­nia. Wtedy, gdyby zaczął umie­rać z pra­gnie­nia, zawsze mógł zary­zy­ko­wać zatru­cie bak­te­riami, przy oka­zji ratu­jąc sobie życie. Posta­no­wił jed­nak pójść naj­pierw w górę potoku, ponie­waż rzekę uznał za pechowe miej­sce.

Nie prze­szedł wiele, kiedy dotarł do sadzawki, z któ­rej brał począ­tek stru­mień. Rozej­rzał się po oko­licy i onie­miał, dostrze­ga­jąc mię­dzy drze­wami wielki budy­nek zbu­do­wany w cało­ści z cęt­ko­wa­nego gra­nitu. Szczyt budowli oka­lał fryz przed­sta­wia­jący wal­czą­cych męż­czyzn - żoł­nie­rzy pie­choty uzbro­jo­nych we włócz­nie i tar­cze, któ­rzy sta­wiali czoło uzbro­jo­nym jeźdź­com na rydwa­nach. Pozba­wione okien ściany z ide­al­nie dopa­so­wa­nych blo­ków kryły się za roz­licz­nymi, żłob­ko­wa­nymi kolum­nami. Potężne kamienne posągi stały po obu stro­nach ciągu sze­ro­kich, kamien­nych stopni pro­wa­dzą­cych do mosięż­nych drzwi wbu­do­wa­nych w zwień­czoną łukiem niszę. Całość przy­wo­dziła na myśl wymyślne muzeum. Tyle że ta ogromna kon­struk­cja stała pośrodku lasu i nie pro­wa­dziła do niej żadna dostrze­galna droga czy nawet ścieżka.

Jaso­nowi ulżyło na widok dowodu ist­nie­nia cywi­li­za­cji i pośpiesz­nie wspiął się po scho­dach. Zawa­hał się przy drzwiach. Może to był ogromny gro­bo­wiec? Ta myśl spra­wiła, że nagle zamarł. Czy naprawdę chciał wejść do mau­zo­leum na pust­ko­wiu?

Zła­pał mosiężną klamkę, szarp­nął cięż­kie drzwi i z ulgą odkrył, że nie są zamknięte na zamek - z ulgą, bo kto by zosta­wił gro­bo­wiec otwarty? Pocią­gnął drzwi i otwo­rzył je sze­roko.

Kiedy Jason wszedł do środka, stary męż­czy­zna w fio­le­to­wym kape­lu­szu o kształ­cie okla­płego grzyba pod­niósł wzrok znad wiel­kiego, drew­nia­nego biurka. Na kości­stym nosie opie­rały mu się wiel­kie oku­lary w dru­cia­nej oprawce i z dwu­ogni­sko­wymi soczew­kami. Odchy­lił głowę i spoj­rzał na Jasona oczami o powięk­szo­nych tęczów­kach. Skóra pod jego oczami opa­dała głę­bo­kimi żło­bie­niami.

- Wielka Matko Wie­dzy - szep­nął.

- Dzień dobry - powie­dział Jason z ulgą, że zna­lazł praw­dziwą i nie­roz­gnie­waną osobę.

Męż­czy­zna wstał i obszedł biurko. Jego fio­le­towe pumpy paso­wały do kape­lu­sza i roz­dy­mały się jak balony na wyso­ko­ści ud. Przy butach poły­ski­wały błysz­czące sprzączki.

- Witam, Poszu­ki­wa­czu Wie­dzy - wyre­cy­to­wał z powagą męż­czy­zna. - Z pew­no­ścią przy­by­łeś z daleka i znio­słeś wiele tru­dów, by zasłu­żyć na prawo stu­dio­wa­nia w Skarb­nicy Wie­dzy. Nie­wielu ma odwagę przy­być tutaj, i dość umie­jęt­no­ści, by odna­leźć ten nie­zwy­kły gmach.

- Chyba rze­czy­wi­ście jestem z daleka. I zde­cy­do­wa­nie cie­szę się, że pana widzę.

Star­szy męż­czy­zna zatarł dło­nie.

- W tej deka­dzie jesteś pierw­szym dziel­nym poszu­ki­wa­czem przy­gód, który zwy­cię­sko dotarł do tych świę­tych kory­ta­rzy oświe­ce­nia. Doprawdy, musisz być poszu­ki­wa­czem, któ­rym kie­ruje prze­możny głód wie­dzy. Zbyt długo oby­wa­łem się bez nowego towa­rzy­stwa. Bądź łaskaw zaszczy­cić mnie opo­wie­ściami z twej podróży.

Jason zamru­gał zasko­czony i podra­pał się z zakło­po­ta­niem po policzku.

- Nikt pana nie odwie­dza? Dopiero co widzia­łem grupę ludzi przy wodo­spa­dzie nie­da­leko stąd.

Sta­rzec skrzy­wił się w zadu­mie.

- Miej­scowi zbli­żają się do skarb­nicy rów­nie rzadko, jak do wodo­spadu. Musiała nada­rzyć się jakaś spe­cjalna oka­zja.

Jason nie rwał się do opo­wia­da­nia o wypadku z tra­twą.

- Chyba tak. Mówi pan, że chce usły­szeć moją histo­rię? Cóż, połknął mnie hipo­po­tam. Tylko że nie zna­la­złem się w hipo­po­tamie. Wylą­do­wa­łem w drze­wie. A potem po pro­stu dotar­łem tutaj.

Męż­czy­zna zmru­żył oczy za oku­la­rami.

- Wolisz mówić zagad­kami. Dobrze więc, zasłu­ży­łeś sobie na to, by pozo­stać zagad­ko­wym. Jestem Bri­do­nus Keplin Dun­scrip Garo­ni­cum Dzie­wiąty, depo­zy­ta­riusz wie­dzy. Jestem straż­ni­kiem zgro­ma­dzo­nej tu wie­dzy. Czym mogę słu­żyć?

Jason przyj­rzał mu się w zamy­śle­niu.

- Nikt nie zja­wił się tutaj od dekady?

- Jesteś pierw­szy od dzie­się­ciu lat.

- Co pan pora­bia całymi dniami?

Sta­rzec prze­krzy­wił głowę.

- Zaj­muję się archi­wami. Opie­kuję się wie­dzą. Każdy tom jest ska­ta­lo­go­wany w mojej gło­wie. - Popu­kał się dłu­gim pal­cem w skroń.

- Czyli jest pan biblio­te­ka­rzem.

Sta­rzec spu­ścił na chwilę wzrok.

- Wolę okre­śle­nie depo­zy­ta­riusz wie­dzy.

- Pro­szę posłu­chać, nazy­wam się Jason i zna­la­złem się tutaj przy­pad­kiem, cho­ciaż wygląda na to, że nie­któ­rzy robią co w ich mocy, by odna­leźć to miej­sce. Rozu­miem, czemu im to tro­chę zaj­muje, skoro ta budowla znaj­duje się pośrodku niczego. Może mi pan powie­dzieć, gdzie jestem?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy miał taką minę, jakby był w roz­terce.

- Jesteś w Skarb­nicy Wie­dzy - wyja­śnił z waha­niem.

- Nie, pytam bar­dziej ogól­nie. O ten świat. Nazywa się jakoś?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy pochy­lił się, uno­sząc gwał­tow­nie brwi.

- Świat?

- Sły­szał pan kie­dyś o Kolo­rado?

- Nie.

- Ale mówi pan po angiel­sku.

- Natu­ral­nie. Więk­szość ludzi mówi w języku wspól­nym.

- Wie pan, skąd się wziął angiel­ski?

- Oczy­wi­ście: ze świata Poza. Zada­jesz podej­rzane pyta­nia, wędrow­cze.

- Czyżby? - Jason się zaśmiał. - Na moim miej­scu też by pan je zada­wał. Z tego, co wiem, może pan być halu­cy­na­cją, czę­ścią zwa­rio­wa­nego snu, który nie chce się skoń­czyć.

- Rozu­miem - odparł depo­zy­ta­riusz wie­dzy. - Jesteś filo­zo­fem.

- Nie, w jakiś spo­sób prze­do­sta­łem się tu z mojego świata. Wylą­do­wa­łem w tutej­szych lasach. Pocho­dzę z tego samego miej­sca co język angiel­ski.

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy nagle spoj­rzał z rezerwą.

- Poza­świa­to­wiec?

- Moż­liwe, skoro mówi pan, że angiel­ski pocho­dzi ze świata Poza. Czę­sto zja­wiają się tutaj ludzie z mojego świata?

- Już nie - odparł scep­tycz­nie depo­zy­ta­riusz wie­dzy.

- Wie pan, jak mogę wró­cić?

Męż­czy­zna uśmiech­nął się do Jasona.

- Pro­szę, nie mów już ani słowa. Prze­by­łeś długą drogę do tego sank­tu­arium, żeby po pro­stu ze mnie zakpić? Kto cię do tego namó­wił? Może mój syn?

- Pan myśli, że żar­tuję?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy oparł pię­ści na bio­drach.

- Chcesz, żebym uwie­rzył, że pierw­szy od wielu dzie­się­cio­leci Poza­świa­to­wiec, który odwie­dził Lyrian, zja­wił się aku­rat w Skarb­nicy Wie­dzy? Może i jestem znany z naiw­no­ści, młody wędrow­cze, ale i ona ma swoje gra­nice.

Jason zła­pał się za głowę.

- Nie mogę w to uwie­rzyć. Wygląda pan jak ktoś, kto mógłby mi pomóc, gdyby mi zaufał.

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy uśmiech­nął się cie­plej, jakby świet­nie bawił się absur­dal­no­ścią sytu­acji, gdy Jason pozo­stał w swo­jej roli, cho­ciaż go zde­ma­sko­wano.

- Dość tych bzdur. Z pew­no­ścią zja­wi­łeś się tutaj nie tylko po to, by spła­tać mi figla?

- Ten świat nazywa się Lyrian?

Poiry­to­wany depo­zy­ta­riusz wie­dzy nie odpo­wie­dział.

- Gdzie znaj­duje się naj­bliż­sze mia­sto?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy zdjął oku­lary i potarł oczy.

- Jak dosko­nale wiesz, nie ma żad­nych osie­dli w tej oko­licy. Naj­bliż­sze mia­sto znaj­duje się dwa dni drogi stąd.

- To dla­czego dzie­siątki ludzi oglą­dały muzy­ków rzu­ca­ją­cych się z pobli­skiego wodo­spadu?

- Rzadko kiedy zawra­cam sobie głowę wyda­rze­niami roz­gry­wa­ją­cymi się poza tymi murami.

Jason pogrze­bał w kie­szeni i wyjął klu­cze. Z łań­cuszka przy klu­czach zwie­szał się mały lase­rowy wskaź­nik. Jason przy­ci­snął guzik i na ścia­nie poja­wiła się czer­wona kro­peczka.

- Widział pan kie­dyś laser?

- Cóż za cie­kawy przy­rząd. - W gło­sie depo­zy­ta­riu­sza wie­dzy znowu poja­wiło się szczere zain­te­re­so­wa­nie.

Jason pod­cią­gnął nie­bie­skawą nogawkę kom­bi­ne­zonu.

- Pro­szę spoj­rzeć na moje buty. Sądząc po tym, jakie stroje zoba­czy­łem u ludzi nad wodo­spa­dem, ni­gdy nie widział pan podob­nych butów.

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy pochy­lił się, mru­żąc oczy.

- Nie­zwy­kłej roboty obu­wie.

Jason pokle­pał się po kie­sze­niach.

- Więk­szość rze­czy zosta­wi­łem w szatni, ale domy­ślam się, że mój strój też nie jest typowy.

- Zga­dza się.

- Cóż, a ja ni­gdy nie widzia­łem kape­lu­sza, który byłby podobny do pań­skiego. Mówię panu, to może brzmieć dla pana rów­nie dziw­nie, jak wydaje się mnie, ale naprawdę nie jestem stąd.

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy zło­żył ręce, pro­stu­jąc palce wska­zu­jące i opie­ra­jąc je o spierzch­nięte usta.

- Poja­wie­nie się Poza­świa­towca byłoby wiel­kiej wagi nowiną. Był­bym głup­cem, wie­rząc, że to moż­liwe. Sta­rym głup­cem, który powi­nien wie­dzieć swoje. A jed­nak spra­wi­łeś, że się zawa­ha­łem.

- Świet­nie. Mówi pan, że ma pan książki. Są tu jakieś książki, z któ­rych się dowiem, gdzie jestem?

- Oczy­wi­ście.

- A książka, która pomoże mi powró­cić do mojego świata?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy spio­ru­no­wał Jasona peł­nym podejrz­li­wo­ści spoj­rze­niem i zni­żył głos.

- Nie powi­nie­neś doma­gać się nie­roz­sąd­nych infor­ma­cji. Nie­za­leż­nie od tego, czy z cie­bie żar­tow­niś, czy wariat, obaj wiemy, że cesarz zabra­nia otwar­tych dys­ku­sji na takie tematy.

- I tu się pan myli - powie­dział Jason, cofa­jąc się do wyj­ścia. - Nie znam tutej­szych reguł. Nie pró­buję nikogo obra­zić, ale naj­wy­raź­niej cały czas wcho­dzę komuś na odcisk. Nic nie wiem o cesa­rzu. Jeżeli nie chce mi pan pomóc, to pójdę sobie, nie ma sprawy. Prze­pra­szam, że zawra­ca­łem głowę.

- Chwi­leczkę. - Depo­zy­ta­riusz wie­dzy przyj­rzał się uważ­nie Jaso­nowi. - Jak wspo­mnia­łem, goście zja­wiają się tu coraz rza­dziej. Naprawdę tak chęt­nie odwró­cisz się ple­cami do naj­więk­szego maga­zynu wie­dzy na tych zie­miach? Powiedzmy, że uwie­rzę w twoje sza­leń­cze roje­nia. Twier­dzisz, że nic nie wiesz o tym świe­cie. Znam pewną księgę, która dostar­czy ci solid­nych pod­staw.

- Pomoże mi wró­cić do domu?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy podra­pał się po bro­dzie pozna­czoną pla­mami wątro­bo­wymi ręką.

- Nie wiem, czy taką infor­ma­cję można zaleźć w jakiej­kol­wiek książce. Jeżeli jed­nak naprawdę jesteś obcy w Lyria­nie, ta dostar­czy ci fun­da­men­tów. Być może przy­wio­dła cię tutaj Ręka Opacz­no­ści. Chodź.

Jason wyszedł za depo­zy­ta­riu­szem wie­dzy z holu wej­ścio­wego, mija­jąc żłob­ko­wane kolumny i bro­date popier­sia w owal­nych niszach. Prze­szli dłu­gimi kory­ta­rzami zasta­wio­nymi wyso­kimi rega­łami z książ­kami. Na nie­któ­rych pół­kach leżały zwi­nięte zwoje, na innych ryte tabliczki. Jason zauwa­żył jedną półkę zasta­wioną książ­kami opra­wio­nymi w żelazo. Na innej znaj­do­wały się minia­tury wiel­ko­ści naparst­ków.

Chwilę klu­czyli po zasta­wio­nym książ­kami labi­ryn­cie, aż depo­zy­ta­riusz wie­dzy naka­zał Jaso­nowi gestem usiąść przy sze­ro­kim stole z ciem­nego cedru. Stę­ka­jąc, zdjął z półki ciężki, nie­bie­ski tom, tak wysoki, że pra­wie się­gał mu do pasa, i ze srebr­nymi lite­rami o wyszu­ka­nym kształ­cie wytło­czo­nymi na fron­cie okładki. Zatasz­czył książkę na stół. Nie dość, że była nad­zwy­czaj wysoka i sze­roka, to jesz­cze miała wiele cali gru­bo­ści. Jason prze­czy­tał tytuł.

Skró­cona histo­ria Lyrianu. Pod­pi­sy­wał się pod nią ktoś okre­ślony jako "Autor Nie­znany".

- Żar­tuje pan - powie­dział Jason, doty­ka­jąc tomisz­cza.

- Ta książka może dostar­czyć ci pod­sta­wo­wej wie­dzy na temat naszego świata - wyja­śnił depo­zy­ta­riusz.

- Jest ogromna. Skró­cona histo­ria? To jakiś żart?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy pokrę­cił głową.

- Lyrian to sta­ro­żytna zie­mia o dłu­giej i zawi­łej prze­szło­ści. Wiele daw­nej wie­dzy stra­ciło dziś na waż­no­ści, ale mogę wska­zać ci kilka traf­nych aka­pi­tów.

Otwo­rzył tom i prze­kart­ko­wał więk­szość stro­nic. Książka była w dosko­na­łym sta­nie - albo była nowa, albo dosko­nale zakon­ser­wo­wana.

Po prze­kart­ko­wa­niu po kilka stro­nic naraz depo­zy­ta­riusz wie­dzy wska­zał napi­sany ozdob­nymi lite­rami nagłó­wek.

- Możesz zacząć tutaj. Każda część histo­rii zaczyna się od stresz­cze­nia.

- "Schy­łek Epoki Czar­no­księż­ni­ków" - prze­czy­tał Jason. Słowa napi­sano czar­nymi, wyka­li­gra­fo­wa­nymi lite­rami. - Macie tutaj czar­no­księż­ni­ków?

- Kie­dyś było ich wielu. Teraz został tylko jeden.

- Czar­no­księż­ni­ków, któ­rzy rzu­cają czary? - dopy­ty­wał się z nie­do­wie­rza­niem Jason. - Któ­rzy posłu­gują się magią?

- Więk­szość nazywa to magią. Czar­no­księż­nicy mówią po edo­micku, w języku stwo­rze­nia. Sło­wami zro­zu­mia­łymi dla całej mate­rii i inte­lektu. Zoba­czysz, że wspo­mina się o tym w histo­rii. Prze­czy­taj stresz­cze­nie.

Jason wes­tchnął. Kali­gra­fia była ozdobna, ale czy­telna.

Trzy główne postaci pod koniec Epoki Czar­no­księż­ni­ków powszech­nie uważa się za jedy­nych praw­dzi­wych mistrzów języka wyso­ko­edo­mic­kiego. Eldrin i Zokar reali­zo­wali swoje ambi­cje stwo­rze­nia ide­al­nej rasy, Cer­tius nato­miast odsu­nął się od cywi­li­zo­wa­nego świata, zado­wa­la­jąc się zalud­nia­niem połu­dnio­wych dżun­gli swo­imi dzie­łami. Eldrin sły­nął z tego, że pra­co­wał samot­nie, odma­wia­jąc podzie­le­nia się swo­imi odkry­ciami. Zokar sprzy­mie­rzył się z innymi wybit­nymi czar­no­księż­ni­kami tej epoki, przyj­mu­jąc na uczniów Ara­stusa, Orrucka i Mal­dora.

- Ci goście mają dziwne imiona - narze­kał Jason.

- Czy­taj dalej - pona­glał depo­zy­ta­riusz wie­dzy. - Nie musisz zapa­mię­tać każ­dego szcze­gółu.

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że z cza­sem bie­głość Eldrina w niu­an­sach edo­mic­kiego prze­wyż­szyła zdol­no­ści Zokara. Wkrótce po tym, jak Eldrin stwo­rzył Amar Kabal, Zokar wypo­wie­dział wojnę.

Zokar poświę­cił lata na gro­ma­dze­nie naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cej armii na ziemi i zawarł przy­mie­rza z naj­po­tęż­niej­szymi kró­le­stwami tej epoki. Rasy, które stwo­rzył, wier­nie mu słu­żyły w kam­pa­nii prze­ciwko Eldri­nowi, podob­nie jak tori­vo­ro­wie. (Wbrew rosz­cze­niom Zokara, pozo­staje wiele wąt­pli­wo­ści, czy rze­czy­wi­ście stwo­rzył tori­vo­rów. Patrz: pod­roz­dział F, ustępy 7-33.)

Oba­wia­jąc się przy­mie­rza mię­dzy dwoma swo­imi naj­więk­szymi rywa­lami, Zokar naj­pierw wysłał siły na połu­dnie, by wyeli­mi­no­wać Cer­tiusa, mniej­sze zagro­że­nie, i to mu się powio­dło. Manewr ten został zapa­mię­tany jako Sza­leń­stwo Zokara, ponie­waż alians mię­dzy Cer­tiu­sem i Eldri­nem był wysoce nie­praw­do­po­dobny, a przed­się­wzię­cie to dało Eldri­nowi czas na przy­go­to­wa­nia. Ocze­ku­jąc nie­uchron­nej bitwy, stwo­rzył drin­lin­gów.

Przed osta­teczną bitwą Orruck i Mal­dor wypa­dli z łask Zokara - praw­dziwa iro­nia losu, zwa­żyw­szy, że osta­tecz­nie to Ara­stus zdra­dził Zokara w zamian za przy­wi­lej zosta­nia pierw­szym i jedy­nym uczniem Eldrina. Osta­tecz­nie, Zokar był zmu­szony sta­wić czoło Eldri­nowi oso­bi­ście, w legen­dar­nym poje­dynku, który powszech­nie uznaje się za koniec Epoki Czar­no­księż­ni­ków.

Po zwy­cię­stwie z pomocą Ara­stusa roz­go­ry­czony Eldrin posta­no­wił pozbyć się wszyst­kich tych, któ­rzy aspi­ro­wali do miana czar­no­księż­nika, i złu­pił ogromne zasoby wie­dzy, sku­tecz­nie kła­dąc kres stu­diom nad edo­mic­kim. Po dwóch czar­no­księż­nikach słuch wszelki zagi­nął i ni­gdy już nie stwo­rzyli nowej rasy.

- W tym miej­scu koń­czy się pod­su­mo­wa­nie - powie­dział Jason, pod­no­sząc wzrok.

- Potem nastę­puje o wiele bar­dziej szcze­gó­łowa rela­cja stresz­czo­nych wyda­rzeń - wyja­śnił depo­zy­ta­riusz wie­dzy. - Poważny stu­dent może się­gnąć do roz­le­głych odno­śni­ków i komen­ta­rzy.

- Nie zro­zu­mia­łem wszyst­kich słów - przy­znał Jason. - Zwłasz­cza nazw ras. Co to jest drin­ling? Albo tori­vor? I co to jest Amar Kabal?

- Na razie to nie­istotne dla cie­bie szcze­góły - zapew­nił go depo­zy­ta­riusz wie­dzy. - Co zro­zu­mia­łeś z tego stresz­cze­nia?

- Wynika z niego, że nie powinno być już żad­nych czar­no­księż­ni­ków. Eldrin i Ara­stus wszyst­kich znisz­czyli, a potem ode­szli.

- Zro­zu­mia­łeś wystar­cza­jąco dużo. - Depo­zy­ta­riusz wie­dzy prze­kart­ko­wał książkę dalej, aż doszedł pra­wie do końca. - Tu jest ustęp opi­su­jący obecne czasy.

- "Zara­nia rzą­dów Mal­dora" - prze­czy­tał na głos Jason.

Z zaci­śnię­tymi ustami depo­zy­ta­riusz wie­dzy ski­nął głową.

- Kiedy Eldrin opu­ścił te zie­mie, kilka ras, które stwo­rzył, zało­żyło wła­sne kró­le­stwa. Nie­które prze­mie­szały się z rodza­jem ludz­kim; inne zacho­wały dystans, jesz­cze inne osła­bły i wygi­nęły. Minęły wieki. Nikt nie spo­dzie­wał się ponow­nie ujrzeć czar­no­księż­nika. I wtedy wró­cił Mal­dor.

- Jeden z uczniów Zokara.

- Wszy­scy, łącz­nie z Eldri­nem, zakła­dali, że Zokar pozbył się Mal­dora. Nikt nie zgadł, że prze­trwał w ukry­ciu. Mal­dor może i był naj­mniej potęż­nym z uczniów Zokara, ale nie bra­ko­wało mu prze­bie­gło­ści, a w świe­cie pozba­wio­nym czar­no­księż­ni­ków jego zdol­no­ści wydały się nagle ogromne. Czy­taj.

Mal­dor wyka­zał nad­zwy­czajną cier­pli­wość w swo­ich sta­ra­niach o wła­dzę. Nikt nie poznał jego toż­sa­mo­ści, dopóki nie stwo­rzył twier­dzy na Fel­rook, umoc­niony przy­mie­rzami z Casto­nem i Dim­del­lem. W ukry­ciu udało mu się zgro­ma­dzić wokół sie­bie wiele roz­pro­szo­nych i pod­upa­dłych ras Zokara, co osta­tecz­nie pozwo­liło mu zebrać i wypo­sa­żyć impo­nu­jące siły. Naj­więk­szą prze­wagę bez wąt­pie­nia zyskał, kiedy zdo­był kon­trolę nad tori­vo­rami.

Potem nade­szły dekady genial­nych poli­tycz­nych manew­rów. Sprzy­mie­rzeńcy stali się pod­da­nymi, a wro­gów trzy­mano na dystans dzięki skom­pli­ko­wa­nemu sys­te­mowi rozej­mów. Mal­dor oka­zał się mistrzem w izo­lo­wa­niu zagra­ża­ją­cych mu kró­lestw, poko­ny­wa­niu ich w walce, a potem pozy­ski­wa­niu ich zaso­bów dla swo­jej sprawy. Zdo­łał zapo­biec zor­ga­ni­zo­wa­niu zjed­no­czo­nego oporu do czasu, kiedy taka opo­zy­cja nie miała już żad­nej szansy na zwy­cię­stwo. Cho­ciaż prze­trwały jesz­cze poje­dyn­cze wolne kró­lestwa, rosz­cze­nia Mal­dora do tytułu cesa­rza Lyrianu w rze­czy­wi­sto­ści pozo­stają nie­pod­wa­żone.

- Wasz cesarz jest czar­no­księż­ni­kiem? - zapy­tał Jason.

- Ostat­nim - poin­for­mo­wał go z powagą depo­zy­ta­riusz wie­dzy. - Po tym, jak był świad­kiem upadku swo­jego mistrza, sam nie wziął sobie żad­nego ucznia. Cesarz dosko­nale zdaje sobie sprawę, jaką prze­wagę daje mu fakt, że tylko on zna edo­micki, i zabro­nił stu­diów nad tym języ­kiem.

- Zakła­dam, że Mal­dor nie jest miłym władcą.

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy uniósł brwi.

- Cesarz to twardy czło­wiek. Oczy­wi­ście, pozo­staję jego dłuż­ni­kiem, ponie­waż pozwala mi trwać na tym poste­runku, gdzie czu­wam nad zaso­bami wie­dzy.

- Skoro jest czar­no­księż­ni­kiem, myśli pan, że mógłby wie­dzieć, jak ode­słać mnie do domu?

- Jaso­nie, jeśli szu­kasz rady, roz­waż moje słowa. Nieroz­ważne jest ścią­ga­nie na sie­bie uwagi Mal­dora. Więk­szość ludzi bar­dzo się stara, żeby pozo­stać z dala od jego myśli. Jeżeli naprawdę jesteś Poza­świa­tow­cem, wolał­byś raczej nie dzie­lić się tą infor­ma­cją wszem wobec. Przy­czaj się. Ucz się powoli i po cichu. W dzi­siej­szych cza­sach przy­kre kon­se­kwen­cje doty­kają tych, któ­rzy wyróż­niają się w tłu­mie.

Jason poki­wał w zadu­mie głową.

- Kto spi­sał histo­rię, którą wła­śnie czy­ta­łem?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy odwró­cił wzrok.

- Trudno powie­dzieć, jak powstają te księgi: autor nie­znany i tak dalej. Domy­ślam się, że tekst ten prze­ka­zy­wano sobie od nie­gdy­siej­szych cza­sów.

- Treść wydaje się dość aktu­alna. A prze­cież wspo­mniał pan, że jestem pierw­szym gościem od dzie­się­ciu lat, prawda?

Sta­rzec zaci­snął usta.

- Mal­dor pra­co­wał dłu­gie dzie­się­cio­le­cia nad umoc­nie­niem swo­jej wła­dzy. Mogłem zdo­być tę księgę na wiele róż­nych spo­so­bów.

- Moż­liwe, ale założę się, że to pan ją napi­sał.

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy poczer­wie­niał i odwró­cił wzrok.

- To nie­do­rzeczne.

- Pro­szę się nie wsty­dzić! Ja bym się tym prze­chwa­lał. Pro­szę spoj­rzeć, jaka jest długa! I jesz­cze ręcz­nie napi­sana!

Depo­zy­ta­riusz wes­tchnął.

- Nie podoba mi się idea przy­pi­sy­wa­nia pracy piśmien­nej kon­kret­nej oso­bie. Tekst, który pocho­dzi z nie­zna­nych źró­deł, ma w sobie wię­cej tajem­ni­czo­ści. Trud­niej go zigno­ro­wać.

- Czyli to pan ją napi­sał.

- Tak.

- Podoba mi się to, że cho­ciaż stresz­cze­nia są zwię­złe, na­dal opo­wia­dają histo­rię. Napi­sał pan coś jesz­cze?

- Nic, co zamie­rzam ci ujaw­nić. Pra­gnę jedy­nie, by zapa­mię­tano mnie jako Autora Nie­zna­nego.

- Przy­zna się pan kie­dyś do cze­goś, co pan napi­sał?

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy zdjął oku­lary i potarł oczy.

- Być może. Mój ojciec nakło­nił mnie, bym opa­no­wał prawa, które rzą­dzą pięk­nym sty­lem pisar­skim, aż będę w sta­nie utkać ze słów całe światy. Jeśli kie­dy­kol­wiek doko­nam tego wyczynu, być może pod­pi­szę wła­snym imie­niem opo­wieść.

Jason rozej­rzał się wokół, po kory­ta­rzach peł­nych ksią­żek. Ksią­żek spi­sa­nych w innym świe­cie - histo­rii, spo­strze­żeń i filo­zo­fii, któ­rych prze­czy­ta­nie wyma­ga­łoby wielu żywo­tów i któ­rych ni­gdy nie pozna. Depo­zy­ta­riusz wie­dzy zało­żył z powro­tem dwu­ogni­skowe oku­lary.

- Zgłod­nia­łem - powie­dział Jason.

- Nakar­mi­li­śmy umysł - powie­dział star­szy męż­czy­zna, kle­piąc się po brzu­chu - czemu nie zająć się żołąd­kiem?

***

Depo­zy­ta­riusz wie­dzy podał lunch w pokoju, który nazy­wał Kom­natą Kon­tem­pla­cji. Ogromne maski zdo­biły ściany, każda uka­zu­jąca ludzką twarz z brązu i każda z jed­nym zmru­żo­nym okiem. Nieco popla­mione i miej­scami roz­ma­zane zawiłe malo­wi­dło przed­sta­wia­jące tysiące sple­cio­nych rąk pokry­wało sufit. Kil­ka­na­ście świec osa­dzo­nych w żeliw­nym żyran­dolu i kilka lam­pek oliw­nych roz­sta­wio­nych w pomiesz­cze­niu dawało świa­tło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki