Prolog
Książę zwisał w ciemnościach. Ramiona go bolały, wiekowe kajdany wcinały
mu się w nadgarstki, gdy próbował się przespać. Łańcuchy nie pozwalały
mu się położyć. Nie był w stanie powiedzieć, czy tak naprawdę było jasno
czy ciemno, ponieważ wrogowie ukradli mu wzrok.
W oddali usłyszał krzyk - niepohamowany skowyt człowieka, który próbuje
- bezowocnie - uciec od najstraszliwszej agonii. Te przerażające wrzaski
dobiegały z wyższych korytarzy, tłumione przez przeszkody po drodze.
Po niezliczonych tygodniach w lochach Felrook książę potrafił odgadnąć,
co musi czuć tamten człowiek. Nigdy w życiu nie wyobrażał sobie
cierpienia tak różnorodnego i wyrafinowanego, jakiego doświadczył w tym
miejscu.
Wyprostował się, zmniejszając nieco obciążenie na nadgarstkach. Był
przekonany, że jeśli dłużej potrzymają go tutaj zakutego, odpadną mu
ręce. Chociaż wolał obecne kwatery od poprzednich, gdzie podłoga jeżyła
się od ostrych, zardzewiałych kolców, a wszelkie próby położenia się lub
siedzenia wiązały się z przelaniem własnej krwi.
Niewidoczny, nieszczęsny więzień nadal krzyczał. Książę westchnął. Przez
cały czas kiedy go torturowano, niezależnie od tego, jaką truciznę wlano
mu przemocą do gardła, niezależnie od tego, jakie pytanie mu zadano, nie
wypowiedział nawet jednego słowa. Nie krzyczał także z bólu. Wiedział,
że niektóre z mikstur opracowanych przez Maldora albo jego sługusów były
zdolne rozwiązać mu język i przyćmić umysł, więc kiedy go pochwycono,
stanowczo poprzysiągł sobie nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Oprawcy nękali go naprawdę fachowo. Próbowali go przekupić jedzeniem i wodą. Próbowali przymusić go do mówienia bólem. Niektórzy zjawiali się i przemawiali doń spokojnie i rozsądnie. Inni występowali z kategorycznymi
żądaniami. Czasem musiał stawić czoło kilku inkwizytorom z rzędu. A innym razem godziny i dni ciągnęły się w nieskończoność między kolejnymi
przesłuchaniami. Nie był w stanie nazwać rozmaitości toksyn, jakie mu
podano, ale niezależnie od tego, jak bardzo starano się zmącić mu myśli
i osłabić determinację, książę koncentrował się na jednej konieczności:
milczeniu.
W końcu przemówi. W głębi ducha czepiał się nadziei, że ostatecznie
zostanie zaprowadzony przed oblicze cesarza. I wtedy wypowie jedno
słowo.
Stopniowo, jak przez mgłę, do księcia zaczęło docierać, że odzyskuje
niezwykłą jak na obecne warunki jasność umysłu. Ból głowy nie ustępował,
głód nadal szarpał mu trzewia, ale książę odkrył, że może świadomie
kierować myślami - uważał to za rzecz zupełnie naturalną, dopóki nie
zaczęto faszerować jego posiłków dodatkami wpływającymi na pracę umysłu.
Jeśli pominąć fakt, że nieustannie trzymał się naczelnej zasady
zachowania milczenia, to w ciągu ostatnich tygodni jego myśli błądziły
zupełnie bezwładnie, a poczucie tożsamości zaczęło się rozmywać.
Drzwi do celi otworzyły się ze skrzypieniem. Zesztywniał, gotując się na
wszystko. Zachowaj milczenie, przestrzegł się w myślach. Choćby nie
wiadomo co zrobili czy powiedzieli.
- No, proszę, proszę - usłyszał ciepły, znany mu głos. - Z każdym dniem
wyglądasz coraz gorzej.
Książę nie odpowiedział. Do celi weszli także inni mężczyźni. Trzech,
nie licząc tego, który mówił.
- Skoro masz mieć gościa, to lepiej, żebyśmy cię obmyli - kontynuował
przyjazny głos prawie bez chwili przerwy.
Brutalne ręce rozpięły kajdany. Książę był skonsternowany. Nie myto go,
odkąd trafił do lochów. Może to była jakaś sztuczka? A może wreszcie
stanie przed obliczem cesarza?
Wielkie łapska chwyciły go za ramiona. Pociągnęły go do przodu, a potem
pchnęły na kolana. Szorstkie szmaty tarły jego nagie ciało. Niebawem
niewidoczne dłonie zaczęły przycinać mu zarost. Kilka minut później
prosta brzytwa przesunęła się po policzkach.
Przytrzymywało go dwóch mężczyzn, po jednym z każdego boku, co podsunęło
księciu myśl, jak mógłby ich zaatakować. Gdyby posłużył się nogami i uderzył w ich kolana, a potem dorwałby brzytwę, zdołałby dorzucić cztery
trupy na swoje konto. Odkąd go uwięziono, zabił już sześciu strażników.
Nie. Nawet gdyby pokonał tych mężczyzn, bez wzroku nigdy nie zdołałby
uciec z lochów. Za to mógłby zaprzepaścić audiencję u Maldora. Książę
zadrżał. Wielu jego najlepszych ludzi i najbliższych przyjaciół oddało
życie, a on - mimo ich ofiary - zawiódł. Jego jedyną szansą na
odkupienie było stanąć przed cesarzem.
- Wydajesz się dzisiaj wyjątkowo potulny. Czyżbyś wreszcie postanowił
zostać wzorcowym więźniem?
W myślach księcia pojawiły się kąśliwie riposty. Od tak dawna mąciło mu
się w głowie, że teraz kusiło go, by odpowiedzieć. Nie, nawet jeśli
wydawało mu się, że myśli klarownie, i choćby to pytanie było niewinne,
to, jeżeli złamie zasadę milczenia, w końcu oprawcy zmuszą go do
zdradzenia tajemnic. Miał do przekazania tylko jedno słowo i wypowie je
w obecności Maldora.
- Gotowy na spacer?
Mężczyźni stojący po bokach pomogli księciu wstać, a potem wyprowadzili
go z celi. Szedł, powłócząc nogami. Jak zawsze, brakowało mu oczu, ale z całą determinacją badał otoczenie pozostałymi zmysłami, zwracając uwagę
na kierunek i temperaturę ciągu powietrza, akustykę korytarza, zapachy
zgnilizny i płonących pochodni.
Po pewnym czasie usłyszał, że otwierają się drzwi, i wszedł do jakiegoś
pomieszczenia. Eskorta zmusiła go do uklęknięcia, nakładając mu okowy na
kostki i nadgarstki, a potem zamykając ciężki, żelazny kołnierz na szyi.
Strażnicy wyszli bez słowa. A przynajmniej część z nich. Jeden lub kilku
mogło zostać potajemnie.
Mijały minuty. Godziny. W końcu drzwi celi otworzyły się i znowu
zamknęły.
- Nareszcie ponownie się spotykamy - rozległ się znajomy głos.
Dreszcz przebiegł księciu po plecach. Maldor odwiedził Trensicourt wiele
lat temu, próbując wynegocjować sojusz. Jako mały chłopiec książę
studiował każdy ruch tego człowieka - człowieka, który zdaniem jego ojca
był bardzo niebezpieczny.
- Obiecałem, że pewnego dnia uklękniesz przede mną - rzucił oschłym
tonem cesarz.
Książę poruszył ramionami - dość, żeby łańcuchy zabrzęczały.
- Owszem, wolałbym, abyś z własnej woli okazał mi szacunek - dodał
cesarz. - Może i na to przyjdzie czas. Rozumiem, że zapomniałeś języka w gębie.
Książę się zawahał. Musiał mieć pewność. Poznał to słowo mocy ogromnym
kosztem. Cesarz nie miał prawa podejrzewać, że książę znał wszystkie
sylaby. W przeciwnym wypadku nigdy nie zjawiłby się osobiście. Tylko czy
to nie była jakaś sztuczka? Czy mówca nie podszywał się pod cesarza?
Książę wiedział, że będzie miał tylko jedną szansę.
- Nie widziałem potrzeby, by zwracać się do twoich podwładnych -
powiedział książę zaskoczony, jak chrapliwie i słabo zabrzmiał jego
własny głos.
- Następca tronu Trensicourt mówi! - wykrzyknął Maldor. - Wdychałeś
żrącą substancję, więc już zacząłem podejrzewać, że straciłeś zdolność
artykułowania. Doprawdy masz żelazny charakter. Gdybym wiedział, że
potrzebujesz jedynie mojej obecności, odwiedziłbym cię wcześniej.
Jeśli to był impostor, to naprawdę świetny.
- Co cię sprowadza do lochów?
Cesarz się zawahał.
- Zjawiłem się, żeby świętować koniec moich zmartwień.
- Masz jeszcze wiele królestw do podbicia - zaprotestował książę. - Ja
jestem tylko pojedynczym człowiekiem.
- Zwornikiem konstrukcji - mruknął cesarz. - Wystarczy go usunąć, żeby
całość się zawaliła.
- Są jeszcze inni - upierał się książę. - Przyjdzie czas, że oni
powstaną.
- Mówisz, jakby już było po tobie. - Maldor się zaśmiał. - Przyjacielu,
nigdy nie zamierzałem cię zabijać. Chciałem tylko udowodnić, że nie
możesz mi się przeciwstawić, a do tego potrzebowałem po prostu cię
pokonać. Boli mnie twój widok w tym stanie. Wolałbym odziać cię w strojne szaty i opatrzyć twe rany. Jak zapewne pamiętasz, już kiedyś
ofiarowałem ci przyjaźń. Nie dość, że ją odrzuciłeś, to jeszcze podjąłeś
walkę przeciwko mnie i podjudzałeś innych, by uczynili to samo.
- Nigdy nie pozyskasz mojej lojalności.
- Żałuję, że nie jesteś rozsądny - ubolewał cesarz. - Doskonale zdaję
sobie sprawę, że nie dorównuje ci żaden z moich sług. Mógłbyś być moim
głównym przybocznym. Uczyniłbym cię lordem Trensicourt, a nawet więcej:
mógłbyś swobodnie rządzić niczym król pod każdym względem prócz tytułu.
Mógłbym zwrócić ci wzrok, przedłużyć życie. Mógłbyś dokonać wiele
dobrego.
- A cały Lyrian znalazłby się pod twoim zwierzchnictwem - odparł książę.
- Skąd mam wiedzieć, że to naprawdę ty? Straciłem oczy.
- Z pewnością poznajesz mój głos - odparł z rozbawieniem cesarz.
- Wiele lat temu rozmawiałeś ze mną w salonie Trensicourt. Pokazałem ci
zabawkę.
- Zaczynamy bawić się w zagadki?
- Pamiętasz tę zabawkę?
- Nakręcana karuzela z wyjmowanymi konikami. Wyjąłeś z karuzeli
emaliowanego konika, jak mi się zdaje, w większości niebieskiego, i poprosiłeś, żebym się z tobą pobawił.
Książę skinął głową. Tylko cesarz mógł znać te szczegóły. Kto inny by o nich słyszał. Książę prawie bez chwili pauzy wypowiedział Słowo, które
trzymał w tajemnicy od chwili uwięzienia. Poczuł jego moc, gdy opuściło
jego usta, prawdziwe edomickie słowo-klucz.
Książę czekał w ciemnościach.
- Cóż za przedziwny okrzyk - zauważył cesarz.
Przerażenie i konsternacja wyprowadziły księcia z równowagi. To słowo
powinno być zgubą cesarza! Gorączkowo próbował je sobie przypomnieć, ale
wypowiedzenie go na głos sprawiało, że znikało z pamięci.
- Wyglądasz na zatroskanego - rzucił Maldor.
- To słowo powinno było cię zniszczyć - szepnął książę, gdy umarły w nim
resztki determinacji, a jego wewnętrzny świat skurczył się do zimnego
zakątka, w którym pozostały tylko popioły nadziei.
Cesarz się roześmiał.
- Dajże spokój, mój niezłomny książę, z pewnością nie mogłeś wierzyć, że
nie jestem świadom celu twojej misji! W rzeczy samej, rozmawiamy, ale
nie bezpośrednio. Korzystam z pośrednika. W końcu bycie
czarnoksiężnikiem powinno wiązać się z pewnymi dobrodziejstwami! Mój
emisariusz mówi z moją modulacją i z łatwością możemy porozumiewać się
na odległość. Ponieważ jednak nie jest mną, owo niebezpieczne słowo nie
może wpłynąć na żadnego z nas. A teraz, kiedy straciłeś swą ostatnią
broń, czy rozważysz moją propozycję?
- Nigdy - szepnął książę.
Zostało mu tylko to jedno - nigdy nie pozwoli, by cesarz skłonił go do
zmiany stron. Przynajmniej tyle był winien wszystkim, którzy w niego
wierzyli.
- Jestem pod wielkim wrażeniem faktu, że nauczyłeś się Słowa -
kontynuował cesarz. - Ty jesteś pierwszym. Dawno temu obiecałem sobie,
że ten, kto nauczy się Słowa, zostanie zaproszony do najściślejszego
kręgu moich współpracowników. Nie masz innego wyboru. Nie giń bez
powodu. Dalszy opór nic ci nie da. Współpracuj ze mną, a nadal będziesz
mógł dokonać wiele dobrego. Tym razem odpowiedz z namysłem, bo nie
otrzymasz następnej szansy. W końcu dopiero co próbowałeś mnie zabić. A wstępne zapoznanie się z mymi gościnnymi lochami było łagodne w porównaniu z grozą, która jeszcze cię czeka.
Książę spuścił głowę i przez chwilę milczał. Tyle planów, zręcznych
manewrów, śmiałych aliansów, szczęśliwych ucieczek o włos od klęski - a on zawiódł! Wypowiedział Słowo przed przynętą! Nawet przewidział taką
możliwość, lecz ostatecznie Maldor go przechytrzył i zniszczył, jak
czynił nieodmiennie ze wszystkimi wrogami. Książę szukał w sobie nadziei
lub wiary, ale niczego nie znalazł. Być może powinien pogodzić się z tym
co nieuniknione. Nie był pewien, jak długo jeszcze zdoła zachować
jasność umysłu w tym miejscu.
Uniósł głowę.
- Nigdy nie będę ci służył. Pokonałeś mnie, lecz nigdy mnie nie kupisz.
Był winien te słowa tym, którzy za niego zginęli. Był winien te słowa
samemu sobie. Zostać zniszczonym to jedno, a on przynajmniej się nie
poddał.
- Dobrze więc. Byłeś najlepszym z moich adwersarzy, to muszę ci
przyznać. Wiedz jednak, że tu zostaniesz złamany. Możesz liczyć na mój
podziw, ale nie na litość.
Rozległ się dźwięk oddalających się kroków i drzwi zatrzasnęły się z ostatecznością, z jaką opada płyta grobowca.
Rozdział 1
Hipopotam
Na przestrzeni wieków pojedyncze osoby przechodziły z naszego świata do
Lyrianu na wiele sposobów. Chociaż niektórzy wędrowcy podróżowali między
wszechświatami rozmyślnie, większość podróżników dawało się całkowicie
zaskoczyć. Gubili się w głębokich jaskiniach, a gdy wreszcie wychodzili,
rozpościerał się przed nimi nieznajomy krajobraz. Przechodzili pod
naturalnymi kamiennymi łukami, które niekiedy łączą nasze
rzeczywistości. Wpadali do głębokich studni, wchodzili do przejść w pobliżu szczytów gór albo - rzadziej - przeczołgiwali się między
skamieniałymi kłodami. Jednakże nikt nie przeszedł z Ziemi do Lyrianu w bardziej nieprawdopodobny sposób niż Jason Walker.
W wieku lat trzynastu Jason mieszkał w miasteczku Vista, w stanie
Kolorado. Ponieważ jego ojciec robił wspaniałą karierę w dziedzinie
stomatologii, a jego starszego brata właśnie przyjęto do szkoły
medycznej o profilu stomatologicznym, większość osób z jego znajomych
spodziewała się, że pewnego dnia Jason również zostanie dentystą.
Rodzice otwarcie go do tego zachęcali. Te oczekiwania wpłynęły na
Jasona, którego mgliste plany życiowe wiązały się ze zdobyciem
baseballowego stypendium sportowego i pójściu na uniwersytet, gdzie
mógłby rozpocząć starania o dyplom stomatologa.
Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek świadomie wybrał ten kierunek -
nie miał prawdziwego zamiłowania do leczenia zębów. Zajęcie to uderzało
go jako szczególnie nudne i monotonne. Skrobanie zębów. Robienie
prześwietleń. Fluoryzowanie. W głębi ducha Jason pragnął czegoś innego.
Odkąd sięgał pamięcią, zawsze ciągnęło go do zwierząt. Czytał na ich
temat książki, oglądał programy przyrodnicze i błagał rodziców o domowe
zwierzątka. Po konsultacji z ojcem jego zamiłowania zainspirowały go do
wyboru zoologii jako przedmiotu kierunkowego na drodze do dyplomu
stomatologa. W przeciwieństwie do wielu przyszłych studentów zoologii
Jason rzeczywiście pracował w zoo. Naturalnie, nie przeszłoby mu przez
myśl, że jego wolontariat zaprowadzi go do alternatywnego wszechświata.
Trwał wyjątkowo - jak na koniec lutego - ciepły tydzień. Jason opierał
się o poręcz przed ogrodzonym boksem do ćwiczenia szybkich piłek
baseballowych w lokalnym parku. Tim stał w środku, na lekko ugiętych
nogach i wybijał mnóstwo piłek za boczne linie, usiłując odzyskać
wyczucie czasu. Matt, najlepszy pałkarz w ich klubowej drużynie, ćwiczył
jako pierwszy; płynnymi i potężnymi zamachami posyłał niemal każdą
narzuconą piłkę w głąb boksu.
- Nie próbuj zamordować piłki - zasugerował Jason.
- Wystarczy mi napad z pobiciem - burknął Tim.
Przy następnym narzucie Tim odbił piłkę mocno, trafiając w ziemię i kierując ją w lewą część siatki. Jason zerkał to na Tima, to na
opatrzony podpisami rysunek w podręczniku biologii. Uczył się na pamięć
ludzkiego układu kostnego przed sprawdzianem.
- Wyciągnij nos z książki - mruknął Matt do Jasona, kiedy Tim zawalił
kolejne odbicie.
- Potem muszę iść do zoo - tłumaczył się Jason. - Nie będę miał dzisiaj
dużo czasu na naukę.
- Zaufaj mi - powiedział Matt, skinieniem głowy wskazując coś po lewej
stronie.
Jason odwrócił się i zobaczył dwie dziewczyny idące w ich kierunku. To
były April i Holly Knudsen, bliźniaczki dwujajowe z jego klasy w gimnazjum imienia Kennedy'ego. Nie były do siebie specjalnie podobne ani
pod względem wyglądu, ani zainteresowań - zwłaszcza jak na bliźniaczki.
Ładniejsza i pilniejsza April chodziła z Jasonem na zajęcia zaawansowane
z trzech przedmiotów, w tym biologii. Głośniejsza i bardziej
wysportowana Holly trzymała kij do softballu w jednej ręce i kask
pałkarza w drugiej.
Tylko dwie dziewczyny w szkole sprawiały, że Jasonowi zaciskał się
żołądek i łapało go nagłe onieśmielenie: Jen Miller i April Knudsen.
Były ładne, bystre i sprawiały wrażenie twardo stąpających po ziemi.
Jason podkochiwał się skrycie w obydwu.
- Cześć! - zawołała Holly.
Jason spróbował się uśmiechnąć. Nagle zdał sobie sprawę, że trzyma w ręku podręcznik. Czy wyjdzie na frajera, bo czyta podręcznik w takim
miejscu?
Matt nic nie powiedział. Rzadko kiedy odzywał się przy dziewczynach.
Jason starał się, żeby jego głos zabrzmiał zwyczajnie.
- Cześć, Holly. April.
- Przygotowujecie się do ostatniego sezonu przed szkołą średnią? -
zaciekawiła się Holly.
Tim przywalił kijem w piłkę i posłał ją wysoko w niebo.
- Trener Thayer już oglądał Jasona - powiedział Matt. - Możliwe, że
Jason zostanie miotaczem w szkolnej reprezentacji już w pierwszej
klasie.
Mówił prawdę. Jason zaczął gwałtownie rosnąć pod koniec szóstej klasy.
Początkowo zupełnie posypał się przy uderzeniach, dopóki nie
przyzwyczaił się do nowego wzrostu, za to jego narzuty zaczęły nabierać
naprawdę imponującej prędkości. Teraz miał prawie sześć stóp wzrostu.
Zaczynał odzyskiwać formę jako pałkarz, a jego szybkie piłki dochodziły
do osiemdziesięciu mil na godzinę, nadal jednak miał kłopoty z zachowaniem opanowania.
- Rety, chłopcy z pierwszej klasy prawie nigdy nie grają dla
reprezentacji - odparła pełna podziwu Holly. - W zeszłym roku omal nie
zdobyli mistrzostwa stanu.
- Nie wiem, na ile zrobiłem wrażenie na Thayerze - przyznał Jason. -
Narzuty wychodziły mi bez ładu i składu.
- Tylko jeden chłopak z przyszłorocznej drużyny szkolnej narzuca
szybciej od ciebie - powiedział Matt. - A kiedy dajesz swoje najlepsze
narzuty, nie jestem w stanie odbić.
- Ostatnio jestem za bardzo spięty - przyznał Jason, krzywiąc się.
W ciągu minionego roku, w czasie rozgrywek zaczął się bardzo denerwować
i stąd brały się nieskoordynowane narzuty. Zawalił kilka meczy, bo oddał
za wiele baz za darmo i poddał kluczowy mecz przez wyjątkowo niecelny
narzut. Parę razy trafił też w pałkarza, a przy prędkości, z jaką
rzucał, to nie było nic zabawnego. Żaden z pałkarzy drużyny przeciwnej
nie odniósł poważnej kontuzji, ale niewiele brakowało.
Początkowo Jason uważał, że przyczyną kłopotów jest to, że rzuca
szybciej. Jednak potem Matt i Tim zauważyli, że regularnie lepiej
narzuca w czasie treningów i nieoficjalnych meczy. Jasona gryzła myśl,
że zawalił rozgrywki, bo nie miał dość ikry, żeby dobrze narzucać mimo
presji sytuacji. Może kłopot w tym, że za dużo myślał o tym, czego inni
się po nim spodziewają? Może za wiele od siebie wymagał, zafiksowany na
osiągnięciu perfekcji? A może po prostu tracił umiejętności.
Kumple z drużyny spodziewali się, że przezwycięży problemy z opanowaniem
i poprowadzi ich ku chwale. Ciągle jednak nie był gwiazdą, jaką inni
oczekiwali, że się stanie. Czasem wolałby, żeby jego przyjaciele trochę
mniej się nim przechwalali.
April wskazała na podręcznik Jasona.
- Przygotowujesz się do sprawdzianu z biologii?
- Próbuję.
- Jak się nazywa kość policzkowa? - zapytała.
Omal nie wyszczerzył zębów w uśmiechu.
- Łuk jarzmowy.
April uniosła brwi.
- Nieźle.
Holly przewróciła oczami.
- Ale z was kujony.
- Kujony rządzą światem - sprzeciwił się Jason.
Holly złapała siostrę za rękę.
- Lepiej chodźmy do boksu dla softballistów.
Jason chciał zaproponować, żeby poszli coś przekąsić. Ściśle rzecz
biorąc, chciał to zaproponować April, ale łatwiej byłoby zaprosić obie
siostry. One przyszły we dwie, on był z dwoma kumplami - wybraliby się
jako mała grupka przyjaciół. Nigdy w życiu nie będzie miał lepszej
szansy, żeby jak gdyby nigdy nic zagadnąć April. Kto wie, może umówiliby
się na wspólną naukę przed testem z biologii?
Nie mógł jednak zmusić ust, żeby się poruszyły. Bliźniaczki już
odchodziły.
- Ej! - zawołał w końcu, czując się niezręcznie i ściskając podręcznik.
- Macie ochotę pójść coś przegryźć, jak już skończycie?
Nie zatrzymując się, Holly odgarnęła włosy za ucho i rzuciła
przepraszająco:
- Nie możemy. Musimy iść na przyjęcie urodzinowe wujka. Może innym
razem.
- Nie ma sprawy, spoko - odparł Jason, chociaż nic z tego, co czuł,
nawet nie przypominało spokoju.
Tim wyszedł z boksu za jego plecami.
- Podoba ci się April? - spytał.
Jason skrzywił się, zerkając ukradkiem przez ramię. To było aż tak
oczywiste?
- Nie tak głośno. Chyba tak. Trochę.
- Moim zdaniem Holly jest fajniejsza - myślał na głos Matt.
Tim rzucił Jasonowi kask pałkarza.
- Teraz ty. Masz szansę zaliczyć serię strike-outów.
- Boki zrywać - odparł Jason, zakładając ciut przyduży kask.
Czerwone światełko zabłysło obok automatu do narzucania. Jason poprawił
pasek od rękawicy, wziął pałkę, wszedł do boksu i wyprowadził kilka
próbnych wymachów; początkowo brał za duży zamach, ale wkrótce wszedł w swój normalny rytm.
- Gotowy? - spytał Matt.
- Dawaj.
Zapaliło się zielone światło. Jason ugiął nogi w swojej typowej pozycji
pałkarza, zakołysał się lekko, przygotowując się do pierwszego narzutu i starając się ignorować możliwość, że April na niego patrzy. Miał
skłonność do opóźnionego zamachu przy pierwszej piłce. Piłka z sykiem
wyleciała z automatu i śmignęła rozmazaną plamą obok niego. Zdecydowanie
za późno wziął zamach.
- Z niego jest kochaś, a nie pałkarz - zażartował Tim.
Jason skupił się na treningu. Następna piłka wyskoczyła z maszyny. Tym
razem wziął zamach we właściwym momencie, ale za niski, więc piłka
odskoczyła w górę i w tył od kija.
Przy trzecim narzucie trafił jak należy. Piłka śmignęła wysoko w głąb
boksu.
Matt zagwizdał.
- Nieźle.
Jason zerknął na kumpli, szczerząc zęby w uśmiechu.
Zerknął w bok i zauważył, że April patrzy na siostrę, wchodzącą do boksu
treningowego do softballu. Kiedy się odwrócił, piłka już ku niemu
mknęła. Zdążył obrócić głowę i nie oberwał w twarz, ale twarda piłka
przywaliła z głuchym łoskotem w bok kasku, który spadł Jasonowi z głowy.
Sam Jason wyciągnął się jak długi.
Sztuczna trawa drapała go w twarz, a Jason próbował pojąć, co się stało.
Nagle Tim i Matt pojawili się obok niego, pytając, czy wszystko w porządku.
- Nic mi nie jest - mruknął, wstając i zataczając się na Tima, który go
złapał.
- Zamroczyło cię - powiedział Matt. - Nieźle oberwałeś.
- Trochę mi tylko we łbie zadzwoniło - zaprotestował Jason, strącając
ręce Tima i idąc do wyjścia z boksu. Miał wrażenie, że ziemia chwieje mu
się pod stopami, jakby balansował, stojąc na środku przechylni. - Muszę
tylko usiąść.
Klapnął ciężko na ławkę za ogrodzeniem i wsparł głowę na dłoniach.
- Powinienem był cię ostrzec. Dla mnie niektóre z tych piłek też wchodzą
za blisko. Ktoś powinien znowu wyregulować tę maszynę.
- To nie twoja wina. Nie uważałem. I miałem pecha. - Dotknął twarzy i pomasował skronie.
- Może powinniśmy zabrać cię do lekarza? - zasugerował Matt.
- Nie, dobrze się czuję. Po prostu trochę mną rzuciło. Zrób parę
zamachów, nic mi nie będzie.
- Na pewno?
- Aha. Pomścij mnie. Zerwij skórki z kilku piłek.
Jason skupił się na oddychaniu, próbując ignorować brzęk aluminiowych
pałek. Zaczął odzyskiwać równowagę. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie
April, która zmrużyła oczy współczująco. Zanim Matt wyszedł z boksu,
Jason był w stanie już stać i ziemia nie kołysała się za mocno pod jego
nogami.
- Chcę coś przegryźć przed zoo - powiedział Jason.
- Przykro mi, ale mam się spotkać z kuzynami - powiedział Matt. -
Właściwie już jestem trochę spóźniony.
Tim zerknął na zegarek.
- Ja też nie mogę. Zostałbyś sam z bliźniaczkami. Brat przyjedzie po
mnie za jakieś pięć minut. Możemy cię podrzucić.
- Przyjechałem rowerem. No dobra, to zobaczymy się później.
Tim i Matt oddali kaski w wypożyczalni, a Jason poszedł na parking, by
zabrać rower ze stojaka. Ciąg ciepłych dni sprawił, że śnieg się stopił,
zniknęła nawet większość zasp przy drodze, przez co drogi były nietypowo
dla tej pory roku przyjazne dla rowerzystów. Chociaż niebo się
zachmurzyło, było za ciepło na śnieżycę.
Kiedy Jason pedałował na wzgórze do spożywczego u Andersona, zaczęła
boleć go głowa i poczuł, że traci równowagę. Zamiast walczyć z dolegliwościami, zdecydował się resztę drogi przejść pieszo.
Przypiął rower łańcuchem obok automatu z napojami, wszedł przez
automatyczne drzwi i podszedł do barku z chińszczyzną z boku od wejścia.
Zamówił na lunch specjalność dnia i facet za kontuarem nałożył mu
pomarańczowego kurczaka, wołowinę, brokuły i smażony makaron na
podzielony przegródkami styropianowy talerz. Brokuły były tak
jaskrawozielone, że aż biły w oczy - miały kolor, jaki rzadko występuje
w naturze. Tutaj brokuły zawsze tak wyglądały, jakby malowano je farbą w spreju albo robiono z plastiku.
Jason znalazł sobie miejsce przy małym stoliku w pobliżu baru i zaczął
jeść. Pomarańczowy kurczak ze smażonym makaronem chow mein to było jego
ulubione danie, ale zjadł raptem połowę porcji, kiedy zaczęły go brać
mdłości. Wypił spory łyk wody i pomasował skronie. Potem odwinął
ciasteczko z wróżbą, złamał je na pół i wyjął skrawek papieru. "Na
horyzoncie widnieją nowe doświadczenia".
Powinni być nieco bardziej odważni, pomyślał, i oznajmić coś w stylu:
"Już za chwilę rozchorujesz się z powodu ciężkiego zatrucia
pokarmowego".
Wyszedł na dwór. Kiedy wspinał się rowerem na wzgórze, w głowie trochę
mu się przejaśniło. Jednakże tępy ból uporczywie mu doskwierał i nawet
jakby pulsował, gdy wjazd pod górkę przyśpieszył Jasonowi tętno. Wkrótce
chłopiec dotarł na parking ogrodu zoologicznego Vista Point. Chociaż ten
interes rodzinny nie umywał się do zoo w Denver, w Vista Point żyła
naprawdę przyzwoita populacja - ponad czterysta zwierząt
reprezentujących prawie sto sześćdziesiąt gatunków. Jak zwykle w zimowe
popołudnie, parking był prawie pusty.
Stojąc koło swojej szafki, Jason włożył szary kombinezon i zamienił
zwykłe buty na robocze. Zjawił się kilka minut przed czasem, więc zdążył
jeszcze przekartkować podręcznik do biologii. Litery wydawały mu się
nieco zamazane. Zamykając od czasu do czasu oczy, recytował nazwy
różnych kości i wyrostków.
Uniósł wzrok i spojrzał na zegar. Czas posprzątać u hipopotama.
Kiedy wszedł na teren dla zwiedzających przy basenie hipopotama,
przystanął, żeby popatrzeć na szklaną gablotę na ścianie podpisaną
"POMNIK LUDZKIEJ GŁUPOTY".
Znajdowały się w niej różne przedmioty, które w ciągu lat pracownicy
wyłowili z basenu hipopotama: aluminiowe puszki, szklane butelki,
monety, niedopałki, dwie zapalniczki, pojemnik z nicią dentystyczną,
scyzoryk, zaplątana sprężyna do zabawy, plastikowy zegarek na rękę,
jednorazowa maszynka do golenia... i nawet kilka nabojów.
Drepcząc za szczotką, Jason patrzył na śmieci zbierające się przed
ciemnym włosiem i zastanawiał się, czym jakiś idiota mógłby przebić
niebezpieczne przedmioty zebrane w gablocie. Może wrzucając do basenu
kosiarkę do trawy? Albo kilka prętów uranowych.
Jason przystanął, żeby popatrzeć nad poręczą na ogromnego hipopotama
wyciągniętego nieruchomo na dnie basenu z głową powyżej poziomu wody.
Hank był jedynym hipopotamem w zoo, dorosłym samcem, który tego lata
miał obchodzić czterdzieste urodziny. Jason pokręcił głową.
Majestatyczne zwierzę. Jak zwykle pracuje na pełnych obrotach. Mogliby
go zastąpić posągiem, a i tak nikt z odwiedzających nie zauważyłby
różnicy.
Jason usłyszał dźwięczną muzykę dobiegającą z wody, tak cichą, że ledwie
słyszalną. Z lekko przekrzywioną głową przeszedł wokół basenu, próbując
zlokalizować źródło muzyki. Kiedy natężenie dźwięku przybrało na sile i muzyka stała się bogatsza i czystsza, tak że Jason potrafił rozróżnić
poszczególne instrumenty, zawrócił w stronę wody i stwierdził, że
melodyjne tony najwyraźniej dobiegają z na wpół zanurzonego hipopotama.
Zainstalowali w basenie podwodne głośniki, nic mu o tym nie wspominając?
Jakaś nowa metoda uspokajania otyłego ssaka? A może żałosna próba
przyciągnięcia do hipopotama tłumów?
Melodia brzmiała obco, opierała się na dziwnych harmoniach i była
uzupełniona przeplatającymi się z nią kontrtematami. Basowa, delikatna
perkusja wyznaczała rytm. Jason przechylił się przez poręcz, zdumiony
tym przedziwnym zjawiskiem. Żałował, że nie ma tu nikogo więcej, bo
wtedy mógłby się zorientować, czy nie ma przypadkiem omamów słuchowych.
Hipopotam poruszył się, ogromna paszcza otworzyła się, kiedy zwierzę
ziewnęło, i na tę jedną chwilę muzyka stała się głośniejsza i bardziej
wyraźna, jakby hipopotam naprawdę był źródłem skomplikowanej melodii. I zaraz wielka paszcza się zamknęła.
Kiedy hipopotam nie ziewał, muzyka znowu dobiegała przytłumiona, ale
mimo to, stawała się coraz głośniejsza. Czy to możliwe, że zwierzę
połknęło magnetofon? To było jedyne wiarygodne wytłumaczenie, ale
wydawało się równie niedorzeczne, jak myśl, że hipopotam wydawał te
dźwięki sam z siebie.
A może nie było żadnej muzyki? Może oberwał w głowę mocniej niż myślał?
Nie, zdecydowanie już mu się przejaśniło w głowie, a zaburzenia
równowagi słabły.
Rozejrzał się wokół, ale nikogo nie dostrzegł. Czy to ten moment, w którym powinien natychmiast po kogoś pobiec? Pomyślał o kreskówce Warner
Bros, o śpiewającej i tańczącej żabie, która milkła za każdym razem,
kiedy zjawiał się jakiś świadek.
Opierając się brzuchem o poręcz, Jason wychylił się daleko do przodu,
zadziwiony przywołującą go melodią. Gdyby zdołał przysunąć ucho bliżej
wody, byłby w stanie potwierdzić, czy muzyka rzeczywiście dobiega z dołu. Hipopotam nawet nie drgnął.
Kiedy Jason pochylił się w stronę marszczącej się powierzchni, chwycił
go potężny zawrót głowy. Stracił równowagę, wypuścił z ręki poręcz i wpadł głową do basenu, prosto na hipopotama. I zupełnie, jakby to była
okazja, na którą to zaspane zwierzę czekało przez całą niewolę,
hipopotam wynurzył się z otwartą paszczą, a muzyka rozbrzmiała głośniej
niż dotąd.
Zanim Jason zdążył zareagować, już chwytał rękami śliski język, jego
twarz ślizgała się po natłuszczonej powierzchni. Wyciągnięty na brzuchu
śmignął w dół czarnym, śliskim tunelem. Żadne zwierzę nie jest aż tak
wielkie! Co się działo? Melodia rozbrzmiewała czysto w kontrapunkcie do
jego przerażenia, a on spływał wilgotnym korytarzem. Próbował zaprzeć
się o gumowate boki i spowolnić zjazd, ale mu się nie udało. W końcu
jego ręce i głowa wynurzyły się gwałtownie z dziupli w pniu umierającego
drzewa w pobliżu rzeki o brzegach porośniętych paprociami.
Jakimś cudem zapadła już noc. Srebrzysta ścieżka księżycowego światła
drżała na wodzie. Muzyka, którą Jason słyszał, dobiegała z szerokiej
tratwy dryfującej na leniwym nurcie. Wykaraskał się z dziupli.
Kombinezon miał przemoczony po tym, jak wpadł do basenu hipopotama.
Obejrzał się, żeby przyjrzeć się pustemu wnętrzu drzewa. Od środka pień
był wilgotny i spróchniały. Jason nie był w stanie dojrzeć żadnego
przejścia, nie licząc otworu przez który się wynurzył i szpary w górze,
u szczytu pustego pnia, przez którą dostrzegł gwiazdy.
To było niemożliwe! Gdzie się podział tunel? Jakim cudem prowadził do
drzewa? Gdzie był hipopotam? Gdzie się podziało zoo? W całym mieście nie
było rzeki nawet w połowie tak szerokiej jak ta! Jason zamrugał
zaskoczony, zastanawiając się, czy nie stracił przytomności po uderzeniu
piłką w boksie.
Zapierając się o wewnętrzne powierzchnie ściany pnia, zdołał się wspiąć
na górę, aż wyszedł przez dziurę u szczytu pnia, dwanaście stóp nad
ziemią. Nadal nigdzie nie było śladu po hipopotamie albo zoo Vista
Point. Za to miał stąd doskonały widok na tratwę, która podpłynęła i znajdowała się teraz dokładnie na jego wysokości.
Małe, kolorowe latarenki oświetlały platformę. Szczupły mężczyzna w jasnym stroju walił w ksylofon. Przysadzista kobieta dmuchała w zakrzywiony flet. Kolejny mężczyzna krzątał się między zestawem
rozwieszonych dzwonków i parą wysokich bongosów. Otyła, rozlazła kobieta
o co najmniej pięciu podbródkach szarpała struny instrumentu o przedziwnym kształcie. Niski człowiek trzymał olbrzymi mosiężny róg,
którego rura owijała się wokół szerokiej piersi muzyka i opierała mu się
na ramionach.
Tratwa wpłynęła za parawan płaczących wierzb, nim Jason zdążył wychwycić
szczegóły, ale zobaczył, że paru innych muzyków majstrowało przy
różnorodnych, zdecydowanie mniej znajomych instrumentach. Niedająca mu
spokoju muzyka przenikała powietrze, szybując ku niemu nad rzeką i brzegiem.
Od pytań Jasonowi kręciło się w głowie. Jak się tu dostał? Czy to był
koszmar? Jak wróci do zoo? Wpaść do basenu hipopotama to jedno - rzecz
świadcząca o niedbałości, ale możliwa. Jednakże przejście przez paszczę
hipopotama do tunelu-zjeżdżalni i wynurzenie się ze spróchniałego drzewa
na brzegu rzeki - to już coś trudniejszego do przełknięcia. Wszystkie
jego założenia odnośnie do rzeczywistości zostały właśnie wywrócone do
góry nogami. A jednak otoczenie wydawało mu się takie namacalne. Nie
potrafił zaprzeczać własnym zmysłom. Czuł wilgotną, śliską powierzchnię
kory pod dłońmi; wychwytywał słaby zapach zgnilizny unoszący się ze
stojącej wody w rozlewisku nad brzegiem rzeki. Oleiste soki oblepiały mu
skórę. Powąchał rękę - ostry aromat żywicy przypomniał mu trochę roladki
z figami i cukierki z lukrecją, ale tak naprawdę nigdy nie wąchał czegoś
podobnego.
Westchnął. Znał różnicę między mglistymi doznaniami ze snu i bardziej
wyrazistymi z jawy. Z pewnością czuł, że nie śpi. Mimo to, nie mógł
przestać powątpiewać w realność tej nierealnej sytuacji. Być może to był
po prostu wyjątkowo sugestywny sen. W końcu oberwał w głowę baseballową
piłką. Może nadal leżał nieprzytomny w boksie... Nagle zadrżał. A może
umarł - mógł powstać zakrzep w mózgu. A może hipopotam naprawdę go
pożarł. Czyżby przeszedł na drugą stronę do jakiegoś życia
pozagrobowego?
Podrapał się po brodzie. Wrażenie było rzeczywiste. Mokre ubrania kleiły
się do ciała zupełnie normalnie. Głowa go nieco bolała i nadal miał
pewne kłopoty z zachowaniem równowagi. Czy objawy wstrząsu mózgu
utrzymywałyby się we śnie? A w życiu po śmierci? Posłuchał muzyki i cichego szmeru rzeki. Gdziekolwiek był, jakiekolwiek było tego
wyjaśnienie, pozostał czujny i znajdował się w żywym, działającym na
zmysły otoczeniu. Zlustrował wzrokiem okolicę - omszałe drzewa nad
rzeką, zarośla poniżej, owady bzyczące w pobliżu - nieco zdumiony tym,
jak łatwe do zaakceptowania okazało się niemożliwe, kiedy już się
wydarzyło.
Szybko odkrył, że jego najpilniejszym kłopotem będzie zejście na dół.
Usiadł niezgrabnie na brzegu wysokiego, pustego pnia, próbując ulokować
się tak, żeby zejść w ten sam sposób, w jaki wcześniej się wspiął.
Najwyraźniej nie bardzo mu to wychodziło. Zakręciło mu się w głowie na
myśl, że miałby ześlizgnąć się wnętrzem pnia, zostać naszpikowany
drzazgami i ostatecznie złamać kostkę przy lądowaniu. Myśl o zejściu
wnętrzem pnia wydawała się mniej niż kusząca. Dlaczego wspinanie się
zawsze jest o wiele łatwiejsze od schodzenia?
W końcu, po wielu pełnych wahania obrotach i skrętach ciała, zsunął się
z powrotem do wnętrza pnia tak, żeby móc się zaprzeć. Kiedy wreszcie
przecisnął się na dół, wyszedł z drzewa, ciesząc się ze światła
księżycowego, i postanowił ruszyć za tratwą, ponieważ stanowiła jedyny
ślad cywilizacji.
Wkrótce dogonił muzykę, chociaż listowie nad rzeką odcinało mu widok na
tratwę. Potruchtał przed siebie, aż dotarł do prześwitu i zobaczył
drobną, zgarbioną postać siedzącą na kłodzie.
- Cześć - powiedział Jason.
Postać gwałtownie obróciła głowę. Twarz należała do dzieciaka mającego
może dziesięć, jedenaście lat. Kiedy chłopiec się poruszył, Jason zdał
sobie sprawę, że ma spory garb na plecach.
- Dlaczego podkradasz się do mnie? - warknął chłopak.
- Ja tylko idę za tratwą - odparł Jason.
Chłopiec, nieco się uspokoiwszy, przesunął się na kłodzie, robiąc trochę
miejsca. Jason usiadł obok niego.
- O co właściwie chodzi z tą tratwą muzyczną? - spytał.
Chłopiec zerknął na niego z powątpiewaniem.
- Żartujesz? To pieśń żałobna Zawrotnej Dziewiątki, najlepszych muzyków
w okolicy. Większość ludzi czeka na nich przy wodospadzie. Tylko ten
etap ich interesuje. Ale ja wolę posłuchać muzyki. To będzie ich ostatni
raz.
- Płyną w stronę wodospadu?
Teraz, gdy zaczął nasłuchiwać, wychwycił odległy ryk wody.
Chłopiec z powagą pokiwał głową.
- Próbują w ten sposób coś zadeklarować. Zabroniono im wspólnych
występów publicznych. Nie rozumiem, w jaki sposób to ma cokolwiek
zmienić. - Rzucił Jasonowi surowe spojrzenie. - Musiałeś o nich słyszeć.
Zgadza się?
- Nie. Jestem tu obcy. Dopiero co się zjawiłem.
- Skąd jesteś?
- Z Vista w Kolorado.
- Nigdy nie słyszałem.
Jason zawahał się, nie bardzo wiedząc, czy chciał usłyszeć odpowiedź
chłopca.
- A o Ameryce? Albo planecie Ziemia?
Chłopiec ściągnął brwi.
- Nie bardzo.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jestem?
- Nad rzeką, jak widać. - Chłopak gwałtownie zerknął z powrotem na nurt.
- Minęli nas. Lepiej chodźmy, bo przegapimy finał.
Jason powlókł się za chłopcem, który poruszał się zadziwiająco szybko
porządnym szlakiem okrążającym kilka bagnistych obszarów i cienistych
gąszczy. Nocne powietrze najwyraźniej dobrze robiło Jasonowi na głowę,
chociaż słaby, pulsujący ból uporczywie nie mijał.
Wspięli się stromym, gęsto porośniętym stokiem i wyszli na wzniesienie z widokiem na rzekę. Ryk wodospadu przybrał na sile. Korzystając z podwyższenia, Jason zerknął w górę rzeki, żeby zobaczyć, o ile
wyprzedzili małą tratwę. Muzyka dobiegała z oddali. Kiedy spojrzał w przeciwnym kierunku, dostrzegł miejsce, w którym rzeka gwałtownie się
kończyła. Wodospad.
- Lepiej chodźmy - ponaglił go chłopiec. - Teraz mamy nad nimi przewagę,
ale nurt przyśpiesza. Wkrótce będą płynąć szybciej, niż my będziemy w stanie się poruszać.
Jason zszedł za chłopcem w mrok pod zwieszającymi się gałęziami. Wkrótce
usłyszał, że woda płynie szybciej. Ryk wodospadu stał się nieprzerwanym
grzmotem, zagłuszającym odległą muzykę. Jason odkrył, że zaczyna mu
brakować tchu, kiedy przyśpieszył, żeby dotrzymać kroku coraz szybciej
idącemu przewodnikowi.
Przeszli przez gęstą kępę drzew i zobaczyli oświetlony księżycem tłum
zebrany obok szczytu wodospadu. Nad samą krawędzią wznosiło się kilka
pięter prowizorycznych trybun, na których tłoczyli się gapie.
- Znajdź dobre miejsce - poradził mu chłopiec, zanim potruchtał nad
brzeg rzeki.
Jason pobiegł do drugiego końca trybun i odkrył, że dochodzą do samej
krawędzi przyprawiającej o zawrót głowy przepaści, z której woda spadała
kaskadami jak niekończące się tsunami. Kiedyś pojechał z rodziną nad
wodospad Niagara - ten wyglądał na niemal równie wysoki i przewalało się
przez niego prawie tyle samo wody. Zimna mgła wodna zwilżyła Jasonowi
twarz.
Obszedł trybuny i dotarł do brzegu rzeki. Tłum ludzi ciągnął się od
trybun spory kawał w górę rzeki. Niektórzy widzowie mieli ponure miny.
Inni pojadali przekąski. Jedna grupa kołysała się i śpiewała, fałszując,
jakąś pieśń. Jason szedł w górę rzeki i szukał wolnego miejsca.
Większość ludzi miała na sobie proste ubrania z samodziału, chociaż
czasem Jason dostrzegał eleganckie futro albo haftowaną kamizelkę. Nikt
nie nosił tego, co on uważał za normalne, współczesne ubranie.
Po tym, jak przepchnął się nieco do przodu, znalazł miejsce, z którego
będzie dobry widok na tratwę spadającą z krawędzi wodospadu, ale który
znajdował się za daleko w górze rzeki, żeby móc obserwować jej dalszy
lot. Stanął obok kobiety w średnim wieku w kwiecistym czepku i w sukni z ciężkiej tkaniny. Patrzyła z niepokojem na rzekę, załamując ręce.
- Może w to pani uwierzyć? - zapytał.
Odwróciła się do niego. Spojrzenie jej szeroko rozstawionych oczu
spoczęło na podbródku Jasona.
- Czy mogę uwierzyć, że mój brat zaraz się zabije, żeby urządzić
absurdalne przedstawienie?
Jason uniósł brwi.
- Pani brat jest na tej tratwie?
- Nigdy nie miał za grosz rozumu. Ani kręgosłupa. Zawsze robi to, co mu
każe Simeon. Ten wariat przekonał cały zespół, żeby się zabili.
Spojrzała znowu na pędzący nurt. Tratwy nadal nie było widać.
- Dlaczego przyszła pani na to patrzeć?
Wzruszyła ramionami i lekko się zarumieniła.
- Żeby ich wesprzeć. Zawrotna Dziewiątka uważa, że ich ofiara jest
ważna. Myślę, że chyba niezależnie od tego, co się stanie, lepiej dla
Darrena, żeby odszedł z tego świata, czując się docenionym.
- To właśnie przywiodło tutaj tych wszystkich ludzi?
Spojrzała w stronę zaimprowizowanych trybun nad krawędzią wodospadu.
- To w większości wielbiciele ich muzyki. Nikt nie rozumie, o co tu tak
naprawdę chodzi. Myślę, że wielu z nich jest tutaj, bo uznali, że to
świetna zabawa, patrzeć, jak tratwa pełna muzyków spada z ogromnego
wodospadu.
Jason w duchu zgodził się, że będzie to imponujący widok. Ale za jaką
cenę! Wodospad był zdecydowanie za wysoki, żeby przeżył którykolwiek z muzyków.
- Żałuję, że nie mogę nic zrobić - denerwowała się kobieta.
- Dlaczego nikt nie spróbuje ich uratować?
- Oni nie chcą, żeby ich ratować. To pogrzeb.
Jason się rozejrzał. Ludzie patrzyli się wyczekująco w górę rzeki,
niektórzy ponurzy, inni podekscytowani.
Powinien spróbować ocalić muzyków? To mu wyglądało na tragiczne
marnowanie ludzkiego życia. Uznał, że gdyby on znalazł się na tratwie,
to niezależnie od swoich przekonań, zmieniłby zdanie i odechciałoby mu
się spadać z wodospadu zaraz po przekroczeniu punktu, z którego nie
byłoby już powrotu. Jacy zdrowi na umyśle ludzie rzuciliby się z własnej
woli z ogromnego wodospadu? Jakie sensowne oświadczenie można w ten
sposób wygłosić? Z tego, co mu powiedziano, wynikało, że pozostali
wykonywali rozkazy ich szalonego przywódcy. A co, jeśli zafundował im
pranie mózgu, jak w jakiejś sekcie? Większość ludzi na tratwie pewnie
ucieszyłaby się, gdyby ich uratowano.
- Chcę pani pomóc - powiedział, zniżając głos. - Wie pani, gdzie mogę
znaleźć linę?
Kobieta zerknęła na niego i w jej oczach zabłysła nadzieja.
- Chcesz temu zapobiec? Ekipa ratownicza ma linę, ale nie liczyłabym na
to, że jej użyją.
- Ekipa ratownicza? Gdzie?
- Są tu tylko na wszelki wypadek. Kawałek stąd w górę rzeki.
Ktoś w tłumie zaczął wiwatować. Pojawiła się tratwa. Jason niemal cudem
wychwycił muzykę.
Zostawiając za sobą grupę gapiów, popędził brzegiem rzeki, aż dotarł do
dwóch mężczyzn. Mieli długą linę zawiązaną wokół potężnego pnia
guzowatego drzewa, wznoszącego się nad pędzącą wodą.
- Panowie są ekipą ratowniczą? - spytał Jason.
Niższy mężczyzna z jedną ręką odpowiedział:
- A owszem.
- Zamierzacie ich ratować?
Muzycy szybko zbliżali się, płynąc z bystrym prądem. Ich instrumenty
zgrzytały i czkały, kiedy tratwa rozkołysała się na spienionych wodach.
- Tylko jeśli wezwą pomoc - zapewnił go niższy mężczyzna.
Jason zobaczył, że drugi koniec cienkiej liny przymocowano do strzały,
którą trzymał szczupły mężczyzna oparty na łuku. Wszyscy trzej stali
około pięćdziesięciu jardów w górę od wodospadu. Tratwa pędziła jakieś
dwadzieścia jardów od brzegu.
- Czy pańska strzała doleci z tą liną? - zaniepokoił się Jason.
- Z pewnością, o ile będę celował nieco wyżej - odparł smukły mężczyzna.
- Dobrze pan strzela?
- Doskonale.
- Może powinni panowie po prostu ich uratować. Założę się, że
ostatecznie panom podziękują.
- Wątpię - prychnął szczupły mężczyzna. - Nie chcieli nawet, żeby
ratownicy się zjawili. Będę interweniował tylko na ich życzenie.
Jason odwrócił się do muzyków, którym groziło śmiertelne
niebezpieczeństwo. Gdyby spróbował popłynąć, żeby podać im linę, nurt
porwałby go, zanim zdążyłby się do nich zbliżyć. Drzewo nie zwieszało
się wystarczająco daleko nad rzeką, żeby mógł wspiąć się po nim i dosięgnąć tratwy. Czas uciekał.
- Spróbujcie ich uratować - nalegał Jason. - Przecież tak nie można.
- Nie, o ile nie... - zaczął niski mężczyzna.
- Słyszę, jak wołają o pomoc - skłamał Jason.
- Odejdź - rzucił szczupły mężczyzna, krzywiąc szerokie usta i odsłaniając pożółkłe zęby. - Ostatnie, czego potrzebujemy, to desperat,
który chce zostać bohaterem. Gdyby naprawdę krzyczeli o pomoc, nie
usłyszelibyśmy ich przez twoją paplaninę.
- Przysłała mnie siostra jednego z muzyków - spróbował Jason.
- Nie obchodziłoby mnie, nawet gdyby przysłał cię sam król Meridonu -
odparł chudzielec. - To ich decyzja.
Tratwa niedługo miała się z nimi zrównać. Nie było czasu na myślenie.
Jason pchnął niskiego ratownika. Zaskoczony mężczyzna zachwiał się na
stromym brzegu i wpadł do wody.
- Co z tobą?! - krzyknął chudy, rzucając łuk i strzałę, żeby skoczyć w nurt za towarzyszem.
Niski mężczyzna został już zniesiony w dół rzeki i było widać, jak młóci
wodę jedyną ręką. Nawet tuż przy brzegu prąd był silny.
Wierząc, że chudzielec uratuje kompana, Jason nie tracił czasu i natychmiast podniósł łuk i strzałę. Założył strzałę na cięciwę i przyciągnął ją do policzka, wytężając wszystkie siły i mrużąc jedno oko.
Nie miał łuku w ręku, odkąd zdobył odznakę łucznika dwa lata temu na
letnim obozie.
Tratwa płynęła, podskakując na wodzie, dwadzieścia jardów od brzegu, ale
jeszcze nie znalazła się dokładnie na wysokości miejsca, w którym stał
Jason. Wiele instrumentów i muzyków wyglądało na przywiązanych do
platformy. Jason odchylił łuk trochę w górę, mając nadzieję, że on i chudzielec tak samo rozumieli słowa "nieco wyżej".
Wypuścił strzałę, która przecięła odległość dzielącą go od tratwy i wbiła się w ramię mężczyzny grającego na bongosach. Dźwięki perkusji
urwały się, kiedy mężczyzna padł, znikając Jasonowi z oczu. Lina na
brzegu dalej się rozwijała, w miarę jak tratwa mknęła błyskawicznie
przed siebie.
Jason zaczerpnął gwałtownie tchu. Czy to naprawdę właśnie się wydarzyło?
Nie zamierzał postrzelić muzyka. Zerknął na rozwijającą się linę
ratowniczą. Nie była za długa? Wyglądała na dość cienką. Wytrzyma?
Lina napięła się z nagłym szarpnięciem. Tratwa przechyliła się,
rozbryzgując wodę i skręcając w stronę brzegu. Tłum krzyknął zaskoczony.
Trzydzieści jardów w dół rzeki szczupły mężczyzna wyciągnął niskiego z wody. Teraz stał z rękami na biodrach i patrzył, jak tratwa zakręca po
łuku w stronę brzegu. Coś w jego ręku rozbłysło w jasnym księżycowym
świetle.
Niezależnie od tego, czy muzycy chcieli zostać uratowani, czy nie,
tratwa była na najlepszej drodze, żeby uderzyć w brzeg. Ranny perkusista
musiał solidnie zaplątać się w jakiś sprzęt, bo lina pozostała
nadzwyczaj napięta. Większość muzyków nie przerwała gry. Kilku
wyglądało, jakby próbowali uwolnić się od wiążących ich lin.
Kiedy, przechylając się nieco, tratwa uderzyła o urwisty brzeg ledwie
dziesięć jardów od wodospadu, wielu gapiów jęknęło. Zaraz jednak jęki
zamieniły się w okrzyki, gdy uderzenie o brzeg zrzuciło przysadzistą
kobietę do wody razem z jej krętym fletem. Rozgardiasz osiągnął apogeum,
kiedy została zmyta z krawędzi wodospadu i spadła razem z huczącymi
masami wody.
Jason wytrzeszczył oczy z przerażenia i poczuł, jak rośnie mu w gardle
gula. Ledwie mógł uwierzyć w to, co właśnie zobaczył. Wszędzie wokół
niego rozległy się wiwaty, kiedy szczupły mężczyzna przeciął napiętą
linę i kaleka tratwa znowu gwałtownie ruszyła z prądem. Jasonowi
wydawało się, że ktoś chyba zeskoczył z tratwy na brzeg, ale nie miał
pewności. Wrzawa wśród tłumu osiągnęła radosne apogeum, kiedy tratwa
podpłynęła do wodospadu, znalazła się dokładnie pod zatłoczonymi
trybunami i zniknęła przy wtórze łoskotu czyneli i ostatniej, piskliwej
nuty drewnianego instrumentu dętego.
Jason stał jak zmrożony, czując się tak, jakby ktoś kopnął go w żołądek.
Żaden z tych ludzi nie miał szansy przeżyć!
Szczupły mężczyzna - nadal z nożem w ręce - i jego przemoczony kolega
szli szybko brzegiem w górę rzeki. Jason otrząsnął się z szoku i paraliżu i pośpiesznie wycofał się między drzewa, byle dalej od rzeki.
Rozdział 2
Depozytariusz wiedzy
Jason przez dłuższą chwilę przedzierał się brawurowo przez listowie, to
rzadsze, to gęstsze, i w końcu zatrzymał się, czując zmęczenie w nogach.
Przykucnął i zaczął bacznie nasłuchiwać, a w głowie dudniło mu w rytm
bicia serca. Albo nikt za nim nie podążał, albo jego prześladowcy
poruszali się cicho jak ninja. Na wszelki wypadek przebiegł jeszcze
kawałek, aż kolka w boku i brak oddechu zmusiły go w końcu do
odpoczynku. Zgiął się wpół, opierając ręce na kolanach, ale nadal nie
słyszał niczego, co świadczyłoby o pościgu.
Usiadł na ziemi i oparł plecy o chropowaty pień drzewa, cicho dysząc. W jakim miejscu ludzie wiwatowaliby na widok muzyków spadających ze
śmiertelnie niebezpiecznego wodospadu? Czy naprawdę właśnie kogoś
zastrzelił z łuku?
Zamknął oczy, schował twarz w dłoniach i spróbował siłą woli zmusić się
do przebudzenia. Dopóki miał zamknięte oczy, mógł być wszędzie.
Nieprzytomny w szpitalnym łóżku. Ogłuszony na sztucznej murawie w boksie. Tyle że nadal czuł pień pod plecami i nadal słyszał cykanie
owadów.
Perkusista zmierzał ku pewnej śmierci w wodach ogromnego wodospadu. Czy
to miało znaczenie, że strzała trafiła go w ramię na kilka sekund przed
samobójczym skokiem? Jason zazgrzytał zębami. Nie miał dość wprawy w strzelaniu, więc mierzył za nisko. To jeszcze nie czyniło z niego
kryminalisty, prawda? Jedynie beznadziejnego ratownika. W końcu próbował
pomóc ludziom, którzy już byli skazani na śmierć. Zgadza się?
Prawdziwym kryminalistą był ten drań, który przeciął linę. Jason nie
mógł uwierzyć, że człowiek z ekipy ratowniczej nie zawahał się odciąć
tych wszystkich ludzi. Właściwie ich zabił.
Jasonowi zadrżały ręce. Noc było chłodna, a w mokrym kombinezonie
bardziej marzł. Spoliczkował się. Uszczypnął się w rękę. Odczucia
wydawały się zupełnie prawdziwe.
Mając dość tego, że siedzi i się trzęsie, wstał i odszedł ciężkim
krokiem od rzeki. Huk wodospadu powoli przeszedł w cichy syk.
Podłoże się wznosiło. Jason rozglądał się za schronieniem. W półmroku
lasu czas wlókł się w nieskończoność. Po godzinie albo dwóch, kiedy
kombinezon wydawał się już nieco suchszy, a długi spacer wymęczył
Jasona, chłopiec zdecydował się wślizgnąć pod gęsty krzak. Zarośla
pachniały trochę jak odświeżacz powietrza w kształcie choinki w samochodzie taty. Jason nie słyszał już wodospadu.
Oparł głowę na zgiętej ręce i zacisnął zęby, żeby przestać nimi
szczękać. Odkrył, że kiedy zgarnął wokół siebie liście, zwinął się w kłębek i przestał się wiercić, wreszcie zrobiło mu się trochę cieplej.
Naprawdę mógł przejść do jakiejś innej rzeczywistości? Na tę myśl
zadygotał. Jak wróci do domu? Nie widział żadnego śladu drogi powrotnej
przy drzewie, z którego wyszedł. Żadnego migoczącego portalu
prowadzącego do wymiaru, w którym znajdował się jego dom. Gdzie ma
zacząć szukać drogi powrotnej? A jeśli nie ma powrotu? Czy to zdarzyło
się już komuś wcześniej?
Jason wyjął telefon komórkowy. Poświata z ekranu rozświetliła ciemny
krzew. Najwyraźniej telefon przetrwał kąpiel w basenie hipopotama. Jason
nie zdziwił się, widząc, że nie ma zasięgu. Nie zadzwoni do domu. Miał
jedną nieodebraną wiadomość. Najpewniej od mamy, która go upominała.
Otworzył wiadomość.
"Proszę, odbierz. Nawet jeśli wolisz zlekceważyć moje zdanie, nadal cię
kocham".
Łzy napłynęły mu do oczu. Zupełnie opacznie go zrozumiała! On po prostu
chciał, żeby nie próbowała wtrącać się do jego toku nauki.
Wcześniej tego dnia wyrwało mu się nieopatrznie, że czeka go sprawdzian
z biologii i musi przygotować pracę z angielskiego. Rodzice niewiele
wiedzieli o jego nawykach, jeśli idzie o naukę, głównie dlatego, że
regularnie przynosił do domu naprawdę dobre oceny, więc nie musieli
specjalnie się martwić. Jednakże od czasu do czasu mama postanawiała
pobawić się w rodzica. Powiedziała mu, że nie powinien iść trenować
odbić, jeśli ma do odrobienia pracę domową. Próbował wytłumaczyć, że ma
to wszystko rozplanowane, ale ona się uparła. Wobec tego po prostu
wyszedł i pojechał na rowerze potrenować mimo jej protestów, nie
przejmując się karą, jaka może go za to czekać.
Dlaczego był taki uparty? Próbowała dodzwonić się do niego, a on nie
odbierał. Tak go właśnie zapamięta? Jako niewdzięcznego, nieposłusznego
palanta? Na tę myśl aż mu się zacisnął żołądek. Czy ta krótka wiadomość
to jego ostatni kontakt z rodziną?
Poczuł, jak wzbiera w nim frustracja i strach, i odruchowo zacisnął
dłonie w pięści. Rozejrzał się wokół po pustym lesie, mając ochotę
wrzasnąć, uderzyć w coś. Jak mógł tu ugrzęznąć, w tym zwariowanym
miejscu, tak daleko od wszystkich, których znał?
Jason pomyślał o swoim psie, Cieniu, trzyletnim labradorze. Kto go
będzie karmił? Wyprowadzał? Kto będzie mu rzucał zniszczoną, starą
piłeczkę tenisową? Rodzice nigdy nie chcieli mieć psa. Żeby go dostać,
Jason obiecał, że weźmie na siebie wszelkie związane z psem obowiązki.
Tresował go, z pieniędzy za koszenie trawników i mycie samochodów
zapłacił za sofę, którą Cień pogryzł. Z oddaniem sprzątał po psie, kąpał
go, bawił się z nim, wędrował z nim po lasach. Wątpił, czy rodzice
wiedzieli, ile Cień je, gdzie lubi być drapany czy choćby, gdzie szukać
jego smyczy. Jeśli Jason nigdy nie odnajdzie drogi do domu, Cień może na
tym ucierpieć bardziej niż inni!
- Halo! - zawołał, chociaż wiedział, że to nie ma sensu. - Chcę wrócić
do domu! Halo! Halo!
Zamrugał, powstrzymując łzy i próbując zapanować nad emocjami. To
wszystko nie miało sensu, ale musiał się uspokoić; musiał to wszystko
rozgryźć, jeśli miał kiedykolwiek ponownie zobaczyć przyjaciół, rodziców
i resztę rodziny.
Wziął głęboki wdech i przejrzał pozostałe wiadomości. Było ich tylko
pięć. Cztery to była krótka, durna wymiana zdań z Mattem. Jedna była od
Tima, który zapraszał go na trening w boksie. Jason był naprawdę dobry w kasowaniu wiadomości. Teraz żałował, że nie ma niczego więcej do
czytania. Bateria rozładowywała się, więc po raz ostatni przeczytał
wiadomość od mamy, a potem zamknął telefon.
Zacisnął powieki. Musiał odpocząć. Miał nadzieję, że rano, wypoczęty i z rozjaśnionymi myślami spojrzy na sytuację z lepszej perspektywy.
W domu, kiedy nie mógł zasnąć, leżał w łóżku, czekając, aż na świecącym
ekranie zegara cyfrowego pojawią się określone układy cyfry, w tym tak
charakterystyczne, jak 11:11, 11:22, 11:24, 12:12, 12:21 i jego ulubione
- 12:34 i 12:48. Tu nasłuchiwał nocnych odgłosów: sporadycznego
pohukiwania sów, trzepotu skrzydeł lub szelestu liści od czasu do czasu,
szmerów i cykania owadów. Przesunął się, próbując znaleźć wygodną
pozycję. Kiedy już się martwił, że nigdy nie zaśnie...
...obudził się, gdy światło słoneczne przesączało się przez listowie.
Zamrugał i w głowie mu się zakręciło na widok nieznajomej okolicy.
Natychmiast powróciły do niego wydarzenia poprzedniego dnia i zaciążyły
kamieniem na sercu. W głębi duszy miał nadzieję, że obudzi się w łóżku
szpitalnym. Czy człowiek może zasnąć we śnie i obudzić się, gdy sen
nadal trwa?
Jason usiadł, zauważając, że kombinezon nadal ma odrobinę wilgotny. W świetle dnia dostrzegł, że niektóre z otaczających drzew były porośnięte
gęstym, fioletowym mchem obsypanym maleńkimi, białymi kwiatuszkami.
Pobliski krzew miał długie, skręcone jak korkociąg liście. Wskazówki
były subtelne, ale Jason wiedział, że z pewnością nie znajduje się w pobliżu miasteczka Vista w stanie Kolorado. Instynkt krzyczał, że
znajduje się z dala od domu, z dala od właściwego mu miejsca. Więcej:
sądząc po ubraniach, jakie nosili ludzie znad wodospadu, możliwe, że
znalazł się nawet z dala od właściwego mu czasu.
Zesztywniałe mięśnie zaprotestowały, gdy Jason wstał. Roztarł bok, w który przez całą noc wbijał mu się kamień. Szczególnie obolałe miał
mięśnie pod prawą łopatką. Pomyślał, że to pewnie efekt napinania łuku
poprzedniego wieczoru.
Westchnął. Przez drzewa rosnące wokół i zasłaniające widok, nie
wiedział, w którym kierunku ma iść. Malutki żółty ptaszek z czarnymi
cętkami zaświergotał na gałęzi. Mały wachlarz z piórek zdobił mu tył
głowy. Jason zawsze bardziej niż inni ludzie zwracał uwagę na zwierzęta,
ale nie rozpoznał tego gatunku ptaka.
Z rękami na biodrach rozważył możliwości. Gdziekolwiek był, śmierć w dziczy pozostawała realnym zagrożeniem, jeśli Jason nie podejmie żadnych
działań. Myśląc o ludziach, których widział nad wodospadem, uznał, że
gdzieś w okolicy musi znajdować się miasteczko.
Czując coraz większy głód, skręcił w stronę wschodzącego słońca. Wkrótce
doszedł do potoku, wystarczająco wąskiego, żeby dało się przez niego
przeskoczyć. Pomyślał, że gdyby chciał, mógłby dojść z biegiem potoku do
rzeki. Tłum powinien się już rozejść.
Przykucnął w miejscu, gdzie woda spadała z małej skalnej półki.
Wyglądała na czystą, ale powstrzymał chęć, żeby się jej napić, bo mógłby
się od tego rozchorować.
Postanowił iść wzdłuż strumienia. Wtedy, gdyby zaczął umierać z pragnienia, zawsze mógł zaryzykować zatrucie bakteriami, przy okazji
ratując sobie życie. Postanowił jednak pójść najpierw w górę potoku,
ponieważ rzekę uznał za pechowe miejsce.
Nie przeszedł wiele, kiedy dotarł do sadzawki, z której brał początek
strumień. Rozejrzał się po okolicy i oniemiał, dostrzegając między
drzewami wielki budynek zbudowany w całości z cętkowanego granitu.
Szczyt budowli okalał fryz przedstawiający walczących mężczyzn -
żołnierzy piechoty uzbrojonych we włócznie i tarcze, którzy stawiali
czoło uzbrojonym jeźdźcom na rydwanach. Pozbawione okien ściany z idealnie dopasowanych bloków kryły się za rozlicznymi, żłobkowanymi
kolumnami. Potężne kamienne posągi stały po obu stronach ciągu
szerokich, kamiennych stopni prowadzących do mosiężnych drzwi
wbudowanych w zwieńczoną łukiem niszę. Całość przywodziła na myśl
wymyślne muzeum. Tyle że ta ogromna konstrukcja stała pośrodku lasu i nie prowadziła do niej żadna dostrzegalna droga czy nawet ścieżka.
Jasonowi ulżyło na widok dowodu istnienia cywilizacji i pośpiesznie
wspiął się po schodach. Zawahał się przy drzwiach. Może to był ogromny
grobowiec? Ta myśl sprawiła, że nagle zamarł. Czy naprawdę chciał wejść
do mauzoleum na pustkowiu?
Złapał mosiężną klamkę, szarpnął ciężkie drzwi i z ulgą odkrył, że nie
są zamknięte na zamek - z ulgą, bo kto by zostawił grobowiec otwarty?
Pociągnął drzwi i otworzył je szeroko.
Kiedy Jason wszedł do środka, stary mężczyzna w fioletowym kapeluszu o kształcie oklapłego grzyba podniósł wzrok znad wielkiego, drewnianego
biurka. Na kościstym nosie opierały mu się wielkie okulary w drucianej
oprawce i z dwuogniskowymi soczewkami. Odchylił głowę i spojrzał na
Jasona oczami o powiększonych tęczówkach. Skóra pod jego oczami opadała
głębokimi żłobieniami.
- Wielka Matko Wiedzy - szepnął.
- Dzień dobry - powiedział Jason z ulgą, że znalazł prawdziwą i nierozgniewaną osobę.
Mężczyzna wstał i obszedł biurko. Jego fioletowe pumpy pasowały do
kapelusza i rozdymały się jak balony na wysokości ud. Przy butach
połyskiwały błyszczące sprzączki.
- Witam, Poszukiwaczu Wiedzy - wyrecytował z powagą mężczyzna. - Z pewnością przybyłeś z daleka i zniosłeś wiele trudów, by zasłużyć na
prawo studiowania w Skarbnicy Wiedzy. Niewielu ma odwagę przybyć tutaj,
i dość umiejętności, by odnaleźć ten niezwykły gmach.
- Chyba rzeczywiście jestem z daleka. I zdecydowanie cieszę się, że pana
widzę.
Starszy mężczyzna zatarł dłonie.
- W tej dekadzie jesteś pierwszym dzielnym poszukiwaczem przygód, który
zwycięsko dotarł do tych świętych korytarzy oświecenia. Doprawdy, musisz
być poszukiwaczem, którym kieruje przemożny głód wiedzy. Zbyt długo
obywałem się bez nowego towarzystwa. Bądź łaskaw zaszczycić mnie
opowieściami z twej podróży.
Jason zamrugał zaskoczony i podrapał się z zakłopotaniem po policzku.
- Nikt pana nie odwiedza? Dopiero co widziałem grupę ludzi przy
wodospadzie niedaleko stąd.
Starzec skrzywił się w zadumie.
- Miejscowi zbliżają się do skarbnicy równie rzadko, jak do wodospadu.
Musiała nadarzyć się jakaś specjalna okazja.
Jason nie rwał się do opowiadania o wypadku z tratwą.
- Chyba tak. Mówi pan, że chce usłyszeć moją historię? Cóż, połknął mnie
hipopotam. Tylko że nie znalazłem się w hipopotamie. Wylądowałem w drzewie. A potem po prostu dotarłem tutaj.
Mężczyzna zmrużył oczy za okularami.
- Wolisz mówić zagadkami. Dobrze więc, zasłużyłeś sobie na to, by
pozostać zagadkowym. Jestem Bridonus Keplin Dunscrip Garonicum
Dziewiąty, depozytariusz wiedzy. Jestem strażnikiem zgromadzonej tu
wiedzy. Czym mogę służyć?
Jason przyjrzał mu się w zamyśleniu.
- Nikt nie zjawił się tutaj od dekady?
- Jesteś pierwszy od dziesięciu lat.
- Co pan porabia całymi dniami?
Starzec przekrzywił głowę.
- Zajmuję się archiwami. Opiekuję się wiedzą. Każdy tom jest
skatalogowany w mojej głowie. - Popukał się długim palcem w skroń.
- Czyli jest pan bibliotekarzem.
Starzec spuścił na chwilę wzrok.
- Wolę określenie depozytariusz wiedzy.
- Proszę posłuchać, nazywam się Jason i znalazłem się tutaj przypadkiem,
chociaż wygląda na to, że niektórzy robią co w ich mocy, by odnaleźć to
miejsce. Rozumiem, czemu im to trochę zajmuje, skoro ta budowla znajduje
się pośrodku niczego. Może mi pan powiedzieć, gdzie jestem?
Depozytariusz wiedzy miał taką minę, jakby był w rozterce.
- Jesteś w Skarbnicy Wiedzy - wyjaśnił z wahaniem.
- Nie, pytam bardziej ogólnie. O ten świat. Nazywa się jakoś?
Depozytariusz wiedzy pochylił się, unosząc gwałtownie brwi.
- Świat?
- Słyszał pan kiedyś o Kolorado?
- Nie.
- Ale mówi pan po angielsku.
- Naturalnie. Większość ludzi mówi w języku wspólnym.
- Wie pan, skąd się wziął angielski?
- Oczywiście: ze świata Poza. Zadajesz podejrzane pytania, wędrowcze.
- Czyżby? - Jason się zaśmiał. - Na moim miejscu też by pan je zadawał.
Z tego, co wiem, może pan być halucynacją, częścią zwariowanego snu,
który nie chce się skończyć.
- Rozumiem - odparł depozytariusz wiedzy. - Jesteś filozofem.
- Nie, w jakiś sposób przedostałem się tu z mojego świata. Wylądowałem w tutejszych lasach. Pochodzę z tego samego miejsca co język angielski.
Depozytariusz wiedzy nagle spojrzał z rezerwą.
- Pozaświatowiec?
- Możliwe, skoro mówi pan, że angielski pochodzi ze świata Poza. Często
zjawiają się tutaj ludzie z mojego świata?
- Już nie - odparł sceptycznie depozytariusz wiedzy.
- Wie pan, jak mogę wrócić?
Mężczyzna uśmiechnął się do Jasona.
- Proszę, nie mów już ani słowa. Przebyłeś długą drogę do tego
sanktuarium, żeby po prostu ze mnie zakpić? Kto cię do tego namówił?
Może mój syn?
- Pan myśli, że żartuję?
Depozytariusz wiedzy oparł pięści na biodrach.
- Chcesz, żebym uwierzył, że pierwszy od wielu dziesięcioleci
Pozaświatowiec, który odwiedził Lyrian, zjawił się akurat w Skarbnicy
Wiedzy? Może i jestem znany z naiwności, młody wędrowcze, ale i ona ma
swoje granice.
Jason złapał się za głowę.
- Nie mogę w to uwierzyć. Wygląda pan jak ktoś, kto mógłby mi pomóc,
gdyby mi zaufał.
Depozytariusz wiedzy uśmiechnął się cieplej, jakby świetnie bawił się
absurdalnością sytuacji, gdy Jason pozostał w swojej roli, chociaż go
zdemaskowano.
- Dość tych bzdur. Z pewnością zjawiłeś się tutaj nie tylko po to, by
spłatać mi figla?
- Ten świat nazywa się Lyrian?
Poirytowany depozytariusz wiedzy nie odpowiedział.
- Gdzie znajduje się najbliższe miasto?
Depozytariusz wiedzy zdjął okulary i potarł oczy.
- Jak doskonale wiesz, nie ma żadnych osiedli w tej okolicy. Najbliższe
miasto znajduje się dwa dni drogi stąd.
- To dlaczego dziesiątki ludzi oglądały muzyków rzucających się z pobliskiego wodospadu?
- Rzadko kiedy zawracam sobie głowę wydarzeniami rozgrywającymi się poza
tymi murami.
Jason pogrzebał w kieszeni i wyjął klucze. Z łańcuszka przy kluczach
zwieszał się mały laserowy wskaźnik. Jason przycisnął guzik i na ścianie
pojawiła się czerwona kropeczka.
- Widział pan kiedyś laser?
- Cóż za ciekawy przyrząd. - W głosie depozytariusza wiedzy znowu
pojawiło się szczere zainteresowanie.
Jason podciągnął niebieskawą nogawkę kombinezonu.
- Proszę spojrzeć na moje buty. Sądząc po tym, jakie stroje zobaczyłem u ludzi nad wodospadem, nigdy nie widział pan podobnych butów.
Depozytariusz wiedzy pochylił się, mrużąc oczy.
- Niezwykłej roboty obuwie.
Jason poklepał się po kieszeniach.
- Większość rzeczy zostawiłem w szatni, ale domyślam się, że mój strój
też nie jest typowy.
- Zgadza się.
- Cóż, a ja nigdy nie widziałem kapelusza, który byłby podobny do
pańskiego. Mówię panu, to może brzmieć dla pana równie dziwnie, jak
wydaje się mnie, ale naprawdę nie jestem stąd.
Depozytariusz wiedzy złożył ręce, prostując palce wskazujące i opierając
je o spierzchnięte usta.
- Pojawienie się Pozaświatowca byłoby wielkiej wagi nowiną. Byłbym
głupcem, wierząc, że to możliwe. Starym głupcem, który powinien wiedzieć
swoje. A jednak sprawiłeś, że się zawahałem.
- Świetnie. Mówi pan, że ma pan książki. Są tu jakieś książki, z których
się dowiem, gdzie jestem?
- Oczywiście.
- A książka, która pomoże mi powrócić do mojego świata?
Depozytariusz wiedzy spiorunował Jasona pełnym podejrzliwości
spojrzeniem i zniżył głos.
- Nie powinieneś domagać się nierozsądnych informacji. Niezależnie od
tego, czy z ciebie żartowniś, czy wariat, obaj wiemy, że cesarz zabrania
otwartych dyskusji na takie tematy.
- I tu się pan myli - powiedział Jason, cofając się do wyjścia. - Nie
znam tutejszych reguł. Nie próbuję nikogo obrazić, ale najwyraźniej cały
czas wchodzę komuś na odcisk. Nic nie wiem o cesarzu. Jeżeli nie chce mi
pan pomóc, to pójdę sobie, nie ma sprawy. Przepraszam, że zawracałem
głowę.
- Chwileczkę. - Depozytariusz wiedzy przyjrzał się uważnie Jasonowi. -
Jak wspomniałem, goście zjawiają się tu coraz rzadziej. Naprawdę tak
chętnie odwrócisz się plecami do największego magazynu wiedzy na tych
ziemiach? Powiedzmy, że uwierzę w twoje szaleńcze rojenia. Twierdzisz,
że nic nie wiesz o tym świecie. Znam pewną księgę, która dostarczy ci
solidnych podstaw.
- Pomoże mi wrócić do domu?
Depozytariusz wiedzy podrapał się po brodzie poznaczoną plamami
wątrobowymi ręką.
- Nie wiem, czy taką informację można zaleźć w jakiejkolwiek książce.
Jeżeli jednak naprawdę jesteś obcy w Lyrianie, ta dostarczy ci
fundamentów. Być może przywiodła cię tutaj Ręka Opaczności. Chodź.
Jason wyszedł za depozytariuszem wiedzy z holu wejściowego, mijając
żłobkowane kolumny i brodate popiersia w owalnych niszach. Przeszli
długimi korytarzami zastawionymi wysokimi regałami z książkami. Na
niektórych półkach leżały zwinięte zwoje, na innych ryte tabliczki.
Jason zauważył jedną półkę zastawioną książkami oprawionymi w żelazo. Na
innej znajdowały się miniatury wielkości naparstków.
Chwilę kluczyli po zastawionym książkami labiryncie, aż depozytariusz
wiedzy nakazał Jasonowi gestem usiąść przy szerokim stole z ciemnego
cedru. Stękając, zdjął z półki ciężki, niebieski tom, tak wysoki, że
prawie sięgał mu do pasa, i ze srebrnymi literami o wyszukanym kształcie
wytłoczonymi na froncie okładki. Zataszczył książkę na stół. Nie dość,
że była nadzwyczaj wysoka i szeroka, to jeszcze miała wiele cali
grubości. Jason przeczytał tytuł.
Skrócona historia Lyrianu. Podpisywał się pod nią ktoś określony jako
"Autor Nieznany".
- Żartuje pan - powiedział Jason, dotykając tomiszcza.
- Ta książka może dostarczyć ci podstawowej wiedzy na temat naszego
świata - wyjaśnił depozytariusz.
- Jest ogromna. Skrócona historia? To jakiś żart?
Depozytariusz wiedzy pokręcił głową.
- Lyrian to starożytna ziemia o długiej i zawiłej przeszłości. Wiele
dawnej wiedzy straciło dziś na ważności, ale mogę wskazać ci kilka
trafnych akapitów.
Otworzył tom i przekartkował większość stronic. Książka była w doskonałym stanie - albo była nowa, albo doskonale zakonserwowana.
Po przekartkowaniu po kilka stronic naraz depozytariusz wiedzy wskazał
napisany ozdobnymi literami nagłówek.
- Możesz zacząć tutaj. Każda część historii zaczyna się od streszczenia.
- "Schyłek Epoki Czarnoksiężników" - przeczytał Jason. Słowa napisano
czarnymi, wykaligrafowanymi literami. - Macie tutaj czarnoksiężników?
- Kiedyś było ich wielu. Teraz został tylko jeden.
- Czarnoksiężników, którzy rzucają czary? - dopytywał się z niedowierzaniem Jason. - Którzy posługują się magią?
- Większość nazywa to magią. Czarnoksiężnicy mówią po edomicku, w języku
stworzenia. Słowami zrozumiałymi dla całej materii i intelektu.
Zobaczysz, że wspomina się o tym w historii. Przeczytaj streszczenie.
Jason westchnął. Kaligrafia była ozdobna, ale czytelna.
Trzy główne postaci pod koniec Epoki Czarnoksiężników powszechnie uważa
się za jedynych prawdziwych mistrzów języka wysokoedomickiego. Eldrin i Zokar realizowali swoje ambicje stworzenia idealnej rasy, Certius
natomiast odsunął się od cywilizowanego świata, zadowalając się
zaludnianiem południowych dżungli swoimi dziełami. Eldrin słynął z tego,
że pracował samotnie, odmawiając podzielenia się swoimi odkryciami.
Zokar sprzymierzył się z innymi wybitnymi czarnoksiężnikami tej epoki,
przyjmując na uczniów Arastusa, Orrucka i Maldora.
- Ci goście mają dziwne imiona - narzekał Jason.
- Czytaj dalej - ponaglał depozytariusz wiedzy. - Nie musisz zapamiętać
każdego szczegółu.
Nie ulega wątpliwości, że z czasem biegłość Eldrina w niuansach
edomickiego przewyższyła zdolności Zokara. Wkrótce po tym, jak Eldrin
stworzył Amar Kabal, Zokar wypowiedział wojnę.
Zokar poświęcił lata na gromadzenie najbardziej przerażającej armii na
ziemi i zawarł przymierza z najpotężniejszymi królestwami tej epoki.
Rasy, które stworzył, wiernie mu służyły w kampanii przeciwko Eldrinowi,
podobnie jak torivorowie. (Wbrew roszczeniom Zokara, pozostaje wiele
wątpliwości, czy rzeczywiście stworzył torivorów. Patrz: podrozdział F,
ustępy 7-33.)
Obawiając się przymierza między dwoma swoimi największymi rywalami,
Zokar najpierw wysłał siły na południe, by wyeliminować Certiusa,
mniejsze zagrożenie, i to mu się powiodło. Manewr ten został zapamiętany
jako Szaleństwo Zokara, ponieważ alians między Certiusem i Eldrinem był
wysoce nieprawdopodobny, a przedsięwzięcie to dało Eldrinowi czas na
przygotowania. Oczekując nieuchronnej bitwy, stworzył drinlingów.
Przed ostateczną bitwą Orruck i Maldor wypadli z łask Zokara -
prawdziwa ironia losu, zważywszy, że ostatecznie to Arastus zdradził
Zokara w zamian za przywilej zostania pierwszym i jedynym uczniem
Eldrina. Ostatecznie, Zokar był zmuszony stawić czoło Eldrinowi
osobiście, w legendarnym pojedynku, który powszechnie uznaje się za
koniec Epoki Czarnoksiężników.
Po zwycięstwie z pomocą Arastusa rozgoryczony Eldrin postanowił pozbyć
się wszystkich tych, którzy aspirowali do miana czarnoksiężnika, i złupił ogromne zasoby wiedzy, skutecznie kładąc kres studiom nad
edomickim. Po dwóch czarnoksiężnikach słuch wszelki zaginął i nigdy już
nie stworzyli nowej rasy.
- W tym miejscu kończy się podsumowanie - powiedział Jason, podnosząc
wzrok.
- Potem następuje o wiele bardziej szczegółowa relacja streszczonych
wydarzeń - wyjaśnił depozytariusz wiedzy. - Poważny student może sięgnąć
do rozległych odnośników i komentarzy.
- Nie zrozumiałem wszystkich słów - przyznał Jason. - Zwłaszcza nazw
ras. Co to jest drinling? Albo torivor? I co to jest Amar Kabal?
- Na razie to nieistotne dla ciebie szczegóły - zapewnił go
depozytariusz wiedzy. - Co zrozumiałeś z tego streszczenia?
- Wynika z niego, że nie powinno być już żadnych czarnoksiężników.
Eldrin i Arastus wszystkich zniszczyli, a potem odeszli.
- Zrozumiałeś wystarczająco dużo. - Depozytariusz wiedzy przekartkował
książkę dalej, aż doszedł prawie do końca. - Tu jest ustęp opisujący
obecne czasy.
- "Zarania rządów Maldora" - przeczytał na głos Jason.
Z zaciśniętymi ustami depozytariusz wiedzy skinął głową.
- Kiedy Eldrin opuścił te ziemie, kilka ras, które stworzył, założyło
własne królestwa. Niektóre przemieszały się z rodzajem ludzkim; inne
zachowały dystans, jeszcze inne osłabły i wyginęły. Minęły wieki. Nikt
nie spodziewał się ponownie ujrzeć czarnoksiężnika. I wtedy wrócił
Maldor.
- Jeden z uczniów Zokara.
- Wszyscy, łącznie z Eldrinem, zakładali, że Zokar pozbył się Maldora.
Nikt nie zgadł, że przetrwał w ukryciu. Maldor może i był najmniej
potężnym z uczniów Zokara, ale nie brakowało mu przebiegłości, a w świecie pozbawionym czarnoksiężników jego zdolności wydały się nagle
ogromne. Czytaj.
Maldor wykazał nadzwyczajną cierpliwość w swoich staraniach o władzę.
Nikt nie poznał jego tożsamości, dopóki nie stworzył twierdzy na
Felrook, umocniony przymierzami z Castonem i Dimdellem. W ukryciu udało
mu się zgromadzić wokół siebie wiele rozproszonych i podupadłych ras
Zokara, co ostatecznie pozwoliło mu zebrać i wyposażyć imponujące siły.
Największą przewagę bez wątpienia zyskał, kiedy zdobył kontrolę nad
torivorami.
Potem nadeszły dekady genialnych politycznych manewrów. Sprzymierzeńcy
stali się poddanymi, a wrogów trzymano na dystans dzięki skomplikowanemu
systemowi rozejmów. Maldor okazał się mistrzem w izolowaniu
zagrażających mu królestw, pokonywaniu ich w walce, a potem pozyskiwaniu
ich zasobów dla swojej sprawy. Zdołał zapobiec zorganizowaniu
zjednoczonego oporu do czasu, kiedy taka opozycja nie miała już żadnej
szansy na zwycięstwo. Chociaż przetrwały jeszcze pojedyncze wolne
królestwa, roszczenia Maldora do tytułu cesarza Lyrianu w rzeczywistości
pozostają niepodważone.
- Wasz cesarz jest czarnoksiężnikiem? - zapytał Jason.
- Ostatnim - poinformował go z powagą depozytariusz wiedzy. - Po tym,
jak był świadkiem upadku swojego mistrza, sam nie wziął sobie żadnego
ucznia. Cesarz doskonale zdaje sobie sprawę, jaką przewagę daje mu fakt,
że tylko on zna edomicki, i zabronił studiów nad tym językiem.
- Zakładam, że Maldor nie jest miłym władcą.
Depozytariusz wiedzy uniósł brwi.
- Cesarz to twardy człowiek. Oczywiście, pozostaję jego dłużnikiem,
ponieważ pozwala mi trwać na tym posterunku, gdzie czuwam nad zasobami
wiedzy.
- Skoro jest czarnoksiężnikiem, myśli pan, że mógłby wiedzieć, jak
odesłać mnie do domu?
- Jasonie, jeśli szukasz rady, rozważ moje słowa. Nierozważne jest
ściąganie na siebie uwagi Maldora. Większość ludzi bardzo się stara,
żeby pozostać z dala od jego myśli. Jeżeli naprawdę jesteś
Pozaświatowcem, wolałbyś raczej nie dzielić się tą informacją wszem
wobec. Przyczaj się. Ucz się powoli i po cichu. W dzisiejszych czasach
przykre konsekwencje dotykają tych, którzy wyróżniają się w tłumie.
Jason pokiwał w zadumie głową.
- Kto spisał historię, którą właśnie czytałem?
Depozytariusz wiedzy odwrócił wzrok.
- Trudno powiedzieć, jak powstają te księgi: autor nieznany i tak dalej.
Domyślam się, że tekst ten przekazywano sobie od niegdysiejszych czasów.
- Treść wydaje się dość aktualna. A przecież wspomniał pan, że jestem
pierwszym gościem od dziesięciu lat, prawda?
Starzec zacisnął usta.
- Maldor pracował długie dziesięciolecia nad umocnieniem swojej władzy.
Mogłem zdobyć tę księgę na wiele różnych sposobów.
- Możliwe, ale założę się, że to pan ją napisał.
Depozytariusz wiedzy poczerwieniał i odwrócił wzrok.
- To niedorzeczne.
- Proszę się nie wstydzić! Ja bym się tym przechwalał. Proszę spojrzeć,
jaka jest długa! I jeszcze ręcznie napisana!
Depozytariusz westchnął.
- Nie podoba mi się idea przypisywania pracy piśmiennej konkretnej
osobie. Tekst, który pochodzi z nieznanych źródeł, ma w sobie więcej
tajemniczości. Trudniej go zignorować.
- Czyli to pan ją napisał.
- Tak.
- Podoba mi się to, że chociaż streszczenia są zwięzłe, nadal opowiadają
historię. Napisał pan coś jeszcze?
- Nic, co zamierzam ci ujawnić. Pragnę jedynie, by zapamiętano mnie jako
Autora Nieznanego.
- Przyzna się pan kiedyś do czegoś, co pan napisał?
Depozytariusz wiedzy zdjął okulary i potarł oczy.
- Być może. Mój ojciec nakłonił mnie, bym opanował prawa, które rządzą
pięknym stylem pisarskim, aż będę w stanie utkać ze słów całe światy.
Jeśli kiedykolwiek dokonam tego wyczynu, być może podpiszę własnym
imieniem opowieść.
Jason rozejrzał się wokół, po korytarzach pełnych książek. Książek
spisanych w innym świecie - historii, spostrzeżeń i filozofii, których
przeczytanie wymagałoby wielu żywotów i których nigdy nie pozna.
Depozytariusz wiedzy założył z powrotem dwuogniskowe okulary.
- Zgłodniałem - powiedział Jason.
- Nakarmiliśmy umysł - powiedział starszy mężczyzna, klepiąc się po
brzuchu - czemu nie zająć się żołądkiem?
***
Depozytariusz wiedzy podał lunch w pokoju, który nazywał Komnatą
Kontemplacji. Ogromne maski zdobiły ściany, każda ukazująca ludzką twarz
z brązu i każda z jednym zmrużonym okiem. Nieco poplamione i miejscami
rozmazane zawiłe malowidło przedstawiające tysiące splecionych rąk
pokrywało sufit. Kilkanaście świec osadzonych w żeliwnym żyrandolu i kilka lampek oliwnych rozstawionych w pomieszczeniu dawało światło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki