ROZDZIAŁ DRUGI
Opowiadałeś mi dzisiaj historię Dumetanu, szkoda, że tak krótko. O waszych utraconych królestwach. Mędrcach, którzy zbudowali latające wyspy i ocalili wasz lud. Pięknie mówiłeś. Szkoda, że ja tak nie potrafię. Inne dzieci zawsze śmiały się z mojego głosu, dopóki większość z nich nie umarła, a te, które przeżyły, nie miały już ochoty na śmiech. To dziwne; połączyła nas śmierć wszystkich pozostałych. Ale nie o sobie chciałam ci dziś pisać, Igo. Chciałabym się odwdzięczyć za twoje historie. Nie umiem opowiadać, ale mogę pisać. Oto jedna z legend mojego ludu.
Dawno, dawno temu, kiedy Gummaran wydobył z głębin mgielnika słoneczne wyspy, gdy tylko podarował je ludziom, podła królowa Zstupienników postanowiła jego dar zawłaszczyć. Wezwała najpodlejsze, najokrutniejsze istoty czające się w najczarniejszych czeluściach i spłodziła z nimi potwora. Nie miał rąk, tylko siedem głów. Nie miał oczu, tylko siedem śmierdzących gąb. Potwór popełzł w stronę Kilumary, najstarszego miasta, i zaczął zionąć śmierdzącą pomroczą w stronę pól, sadów i ulic. Rośliny więdły. Zdychały zwierzęta. A ludzie umierali tak szybko, że chowano ich wprost w ziemi, bez obrzędów i bez trumien.
Podniósł się lament do samego nieba. Wielka Matka pożałowała swoich dzieci i zeszła w nocy do pewnego młodego kowala. Zległa z nim, a rankiem urodziła cudowne dziecię, Ukajnena. Aby szybko rósł, przynosiła mu mleko niebiańskiej krowy, Mulatei - przy okazji, czy wiesz, co to krowa, Igo? Ja nie wiem. Zawsze mnie to ciekawiło. Co to za zwierzę, ta krowa, i czym się różni niebiańska od zwykłej. Wracając zaś do opowieści, minął tydzień i Ukajnen miał wygląd i rozum siedmiolatka. Minął drugi tydzień, przerósł ojca, a mądrością dorównał dziadkowi. Wykuł sobie wówczas miecz, nałożył maskę i zszedł w mgielnik. Walczył długo. Każdego dnia, o wschodzie słońca, ucinał potworowi jedną głowę. Po siedmiu wschodach wrócił z siedmioma głowami do miasta, witany jako bohater.
Później zbudował wielkie młyny, poruszane cudownym mechanizmem, hen, na najdalszej północy, poza Pelleghadorem, i oddał je pod opiekę siedmiu siostrom i siedmiu braciom. Siedem sióstr napełnia perły, a siedmiu braci dba, by młyny się nie zepsuły. Młyny tworzą wiatr, który nie pozwala mgielnikowi podnieść się i zalać naszych szczytów. Od tej pory już nigdy Zstupiennicy nie zagrożą wyspom.
Ale przecież to nie znaczy, że nie będą próbować.
Dziennik Siran Szel Wotan, wiosna 1776
Przez kilka sekund po przebudzeniu Bastian nie mógł zrozumieć, dlaczego widok brudnego sufitu wydaje się tak niewłaściwy. Przede wszystkim powinno być ciemno, na policzkach powinien czuć wiatr niosący tysiąc zapachów. Do tego jeszcze pamięć uparcie podsuwała obraz drobnej, porażająco pięknej dziewczyny, bladej nawet jak na Elkari. Dopiero po chwili przypomniał sobie, w jaki sposób ją poznał. Walka z trzema oprychami, marsz przez ciemne ulice, wreszcie pułapka i noc rozogniona błyskami wystrzałów. A później? Nie pamiętał. Nie czuł wprawdzie bólu, ale musiał oberwać, zdecydowanie musiał. Stracił wszak przytomność.
Zmarszczył czoło. Nie był pewien własnych wspomnień. Czy tylko we śnie widział zapłakaną dziewczynę i ściany rozjaśnione kojąco ciepłym blaskiem?
Głośne pukanie przeszkodziło mu w głębszym rozważeniu tej kwestii.
- Panienka wyspana? - dobiegł zza drzwi znajomy głos.
- Trufin. - Bastian skrzywił się, siadając na pryczy. - Ciszej proszę.
Drugi oficer wmaszerował do kajuty, demonstracyjnie marszcząc nos.
- Na wszystkich bogów i boginie Amdzaratu, wyglądasz jak ścierwo. - powiedział z niesmakiem, przy okazji trącając stopą leżący na podłodze but. - Kapitan chce cię widzieć. Ubieraj się, ale z życiem.
- Powiedz, że nie mogłeś mnie znaleźć - burknął Bastian. - Umarłem, porwali mnie mroczni ludzie, wymyśl coś.
- Przykro mi, ale jestem zmuszony nalegać. Kapitan jest wściekły.
- Na mnie? - Bastian zawahał się. - Cholera. Coś zrobiłem? Nie pamiętam. Nic nie pamiętam. Nawet, jak wróciłem na statek. Widzisz, dostałem z iskiernika i... Co? Co tak patrzysz?
- Bez urazy, Ternet, nie wyglądasz na kogoś, kto by wczoraj - Trufin podkreślił ostatnie słowo - oberwał błyskawicą. Mam inną teorię. Paliłeś z Brahidem, co?
Poprzedniego dnia chciał wciągnąć Brahida do realizacji swojego planu: wóda, panienki, bijatyka, w dowolnej kolejności. Bosman odmówił. Mam lepszy pomysł, powiedział. Wyjął z torby małą paczuszkę, z namaszczeniem ją rozwinął i zademonstrował niepozorne, zasuszone zioło. Prosto z Benedaru. Coś jak tytoń, powiedział, tylko lepsze. W Benedarze, mówił, palą to kapłani. Znaczy, nie cały czas, ale gdy chcą mieć wizje. Dzięki temu uwalniają umysły. Przechodzą na inny poziom świadomości. W sam raz na uczczenie ostatniego dnia w Amdzadracie.
Ternet stanowczo odmówił. Nie miał wcale ochoty na duchowe podróże i poznawanie samego siebie.
- A gówno - odrzekł Bastian. - Zostawiłem Brahida z ziołami i poszedłem na miasto. A co? Zrobiłem coś głupiego?
- Głupiego? Gdybyś biegał na golasa po pokładzie, z fujarą pomalowaną na zielono i tyłkiem w żółte grochy, udając sztukę nowoczesną, wtedy byłoby to coś "głupiego". Serio nic ci nie świta? - Trufin westchnął i usiadł na stołku naprzeciw koi Terneta. - Pomyśl. Gdzie jesteśmy?
Bastian zdumiony spojrzał na drugiego oficera.
- Na statku... Zaraz, cholera. My lecimy?
- Owszem. A dlaczego, panie pierwszy, my lecimy?
- Nie mam pojęcia.
Trufin parsknął śmiechem i klepnął się dłońmi po kolanach.
- No to słuchaj, panie Kal Ternet... Opowiem ci kapitalną historię. Po prostu: ubaw po pachy. Budzę się ja dzisiaj i co słyszę? Otóż nic! Żadnych krzyków tragarzy, szczebiotu ptaków. Nic! Cisza kompletna. Dłoń przykładam do ściany: drży. Dziwna sprawa, myślę. Startować mieliśmy po południu. Nikt mnie nie powiadomił o zmianie planów? Cóż, może kapitan dostał ekstra kontrakt? Odsuwam więc zasłony, wyglądam ja na świat i co ja widzę?
Bastian chwilę patrzył na Trufina, wreszcie wstał i jednym ruchem dłoni odsłonił świetlik.
- Mgielnik - powiedział zdumiony.
- Tuż pod powierzchnią, i całe szczęście. Żeby było ciekawiej, silnik wyłączony - powiedział Trufin. - Lecimy przez cholerny mgielnik. Jasny gwint, biegam po pokładach, patrzę, załoga śpi. Bez masek. Ktoś zapomniał ogłosić alarm.
Trufin umilkł, zaciskając zęby. Później odetchnął i podjął znowu głosem spokojnym i opanowanym:
- Kurwa, Ternet. Od pięciu godzin lecieliśmy prosto na północny zachód, na tereny Dumetanu. Dobrze, że statek niedawno uszczelniany. Zauważ, że opowiadam o tym, nie podnosząc głosu. Sam nie mogę wyjść z podziwu nad własnym opanowaniem. Ktoś inny wyrzuciłby cię za burtę. A ja - popatrz, stoję sobie i czekam, czekam, aż wreszcie wciągniesz na tyłek te pieprzone spodnie.
- Odczep się. Dobra, lecimy przez mgielnik. Skąd pomysł, że przeze mnie? - Bastian pochylił się, szukając butów.
- Ha, teraz zaczyna się ciekawie. Pędzę do sterówki, siedzi jeden fluger, kompletny nowicjusz. Taki, co najwyżej by się zesrał ze strachu, gdyby do czegoś doszło. A obok dwóch Elkari. Ze spluwami.
- Elkari? - ożywił się Bastian. - Wreszcie coś sensownego. Dwie dziewczyny, jedna z tatuażem, druga taka mała, śliczna śnieżynka, zgadza się?
- Nie. Pierwszy, wyraźnie powiedziałem "dwóch", a nie: "dwie". Faceci. Bez tatuaży. Poprosili mnie grzecznie, bym wyszedł. Pytam, jakim prawem, oni na to, że mają pozwolenie od kapitana. W porządku, myślę, czyli faktycznie kolejny genialny plan Sztorma, więc idę do starego, budzę, ale on nic nie wie. Nic!
- Dobra - powiedział Bastian. - Wiesz, co ci powiem, ale tak szczerze, od serca? Pieprzysz. Nie rozumiem, czemu miałbym mieć z tym coś wspólnego.
Skończył zakładać but i rozejrzał się za drugim.
- Fluger pilnujący furty twierdzi, że znali hasło. Od kogo? No? A kto wydał rozkaz startu mechanikowi, a potem wygaszenia silnika? No?
- Niby ja? - wydedukował Bastian. - Że co, niby polunatykowałem do siłowni, a mechanik przyjął polecenie od upalonego pijaka? Trufin, palnij się w łeb.
- No nie, rozkaz dotarł rurami komunikacyjnymi, ale go nie wydałem, kapitan też nie, czyli zostajesz ty, prawdaż?
- Gówno tam prawdaż - odrzekł Bastian, wyciągając but spod łóżka. - Rozkaz dotarł rurami ze sterówki, tak? A kto tam siedział? Mówiłeś chyba, Elkari?
- A kto ich tam zaprowadził? Zresztą czekaj, to nie koniec...
- Słucham - powiedział Bastian.
- Ci dwaj Elkari w sterówce właśnie celują do naszego Sztorma. Podobno nie bardzo wierzą, że dowodzi statkiem, ponieważ wcześniej, wyobraź sobie, otóż wcześniej kapitan Ternet wynajął im naszą cudowną "Sarennę".
Bastian przerwał zawiązywanie buta i obrzucił drugiego oficera zdumionym spojrzeniem.
- Że co? - parsknął wreszcie. - Drugi, weź się odwal.
- Pierwszy, tak z ręką na sercu, ja ciebie nawet bardzo nie potępiam. Dostałeś wczoraj list, nie wiem, co w nim było, ale widziałem twoją reakcję. Chciałeś o czymś zapomnieć, poeksperymentować... No i miałeś okazję. Zioła Brahida.
- Odwal się, drugi - powtórzył Bastian, zapinając kamizelkę. - Chodźmy już lepiej...
Trufin wyszedł z kajuty przodem, błazeńskim ruchem dłoni zapraszając Bastiana na zewnątrz.
Szybko przeszli krótki korytarz i stanęli przed wejściem do sterówki. Czekało tam dwóch flugerów dyskutujących o czymś zawzięcie. Na widok oficerów zamilkli, stając na baczność.
- Trzymają kapitana - powiedział z przejęciem młodszy z nich. - To Elkari! Nie pozwalają wejść. Szefie, co robimy? Iść po broń?
- Budzić załogę, czekać na dalsze polecenia! - polecił Trufin. Przez chwilę obserwował, aż chmurynarze znikną za załomem korytarza, po czym wkroczył do sterówki.
- Panie kapitanie! - obwieścił służbiście - zgodnie z poleceniem sprowadziłem winowajcę!
Dowódca "Sarenny", Sztorm Keljan, siedział na kapitańskim fotelu, w ręku obracając złożoną lunetę. Nieświeży wygląd kapitana sugerował, że uprzednią noc spędził w towarzystwie butelki. Może nawet kilku. Z przodu mostku przy sterze stał sztywno wyprostowany, młody fluger. Oprócz nich w pomieszczeniu było dwóch białoskórych Elkari. Jeden z nich, z chustą zakrywającą pół twarzy, pilnował sternika, trzymając lekki, elegancki karabin, z rodzaju tych używanych przez piechotę szturmową. Drugi - młody, najwyżej dwudziestokilkuletni - siedział obok kapitana i bawił się niedbale niewielkim iskiernikiem o bogato zdobionej kolbie. Na widok wchodzących oficerów Sztorm Keljan poderwał się z miejsca. Młody Elkari natychmiast w niego wymierzył, nie zmieniając przy tym obojętnego wyrazu twarzy.
- Nareszcie - warknął kapitan, siadając ostrożnie i zerkając bojaźliwie na lufę wycelowanego w siebie iskiernika. - Bastian, do cholery. Co to za jedni?
Bastian poprawił kamizelkę i posłał Sztormowi uspokajające spojrzenie.
- Dzień dobry panom - zagaił. - Bastian Kal Ternet, pierwszy oficer. Podobno mam coś wspólnego z waszą obecnością na pokładzie "Sarenny".
Sztorm poczerwieniał. Przez chwilę zdawało się, że skoczy na swojego oficera z pięściami albo przynajmniej zacznie krzyczeć, ale ostatecznie sapnął tylko głośno, zapadając głębiej w fotel.
- Dester wczoraj wynajął ten statek - powiedział Elkari trzymający iskiernik. - To jedyne, co nas interesuje.
- Ile razy mam tłumaczyć, że ja jestem właścicielem "Sarenny", a ja z nikim, cholera, z nikim - na nic - się nie umawiałem! - ryknął Sztorm.
- Mam to w nosie - arogancko odparł Elkari. - Okręt został wynajęty. Od kogo, to już nas nie obchodzi. Resztę ustalcie między sobą.
- Może panowie zawołajcie tego Destera - zasugerował delikatnie Bastian. - Widzicie, zaszło małe nieporozumienie.
Elkari przemyślał sprawę i skinął głową.
- Krel, biegiem po szefa - rzucił drugiemu.
Mężczyzna nazwany Krelem bez pośpiechu podniósł karabin i wyszedł.
- Zaraz wszystko się wyjaśni - powiedział Bastian z nadzieją. Widząc spojrzenie kapitana, umilkł.
Niewygodna cisza trwała dobry kwadrans, nim do sterówki wszedł kolejny Elkari: młody, szarooki mężczyzna z krótko przystrzyżoną, białą bródką. Na jego widok coś przeskoczyło w umyśle pierwszego oficera.
- To pan - powiedział, z nagła olśniony. - Kiedy leżałem na ulicy, pan się nade mną pochylał.
Nowo przybyły mężczyzna obdarzył go obojętnym spojrzeniem.
- Widzi pan, zaszło nieporozumienie - kontynuował Bastian. - Nie mogłem panu wynająć statku. Jestem tylko pierwszym oficerem.
- Rozumiem. - Brodacz z namysłem schylił czoło. - W takim razie mamy kłopot. Kapitanem jest...
- Sztorm Keljan, do pieprzonych usług - wycedził kapitan. - Teraz proszę powiedzieć swoim ludziom, by opuścili sterówkę. Wychodzimy z mgielnika i wracamy do Amdzadraty.
- Obawiam się, że to niemożliwe - odparł brodacz. - Proszę nie wstawać, panie kapitanie. Na pewno dojdziemy do porozumienia. Jestem Dester Del Garma.
Bastian skinął głową. Tego właśnie imienia wzywała ta wytatuowana dziewczyna tuż przed początkiem strzelaniny.
- Gówno tam, niemożliwe! - wrzasnął Sztorm. - A ty zabieraj tę lufę, mówię ci! Zabieraj, zanim ci ją wepchnę w biały tyłek!
- Del Garma. Czyli Mirin to pana siostra - wtrącił Bastian, ignorując wybuch kapitana. - To wy mnie tutaj przynieśliście?
Sztorm, Trufin i Dester jednocześnie obrócili ku niemu twarze. Sztorm wściekły, Trufin rozbawiony, Dester, marszcząc brwi.
- Dokładnie tak - kiwnął głową Del Garma. - Powtarzał pan, że w Niskim Porcie jest pański statek. A nam akurat statek był bardzo potrzebny.
- Wydawał pan rozkazy w moim imieniu - stwierdził Bastian.
Dester przytaknął.
- Nie mieliśmy wyjścia. Uznałem, że nie będzie pan miał nic przeciwko. Sądziłem, że formalności załatwimy, kiedy dojdzie pan do siebie.
- No właśnie - przypomniał sobie Bastian. - Jakim cudem ja już stoję na nogach?
- Silny organizm, jak sądzę - odparł Dester. Odwrócił się do Sztorma Keljana, mierząc go uważnym spojrzeniem. - Panie kapitanie, przejdźmy do interesów. Proponuję pięćset franków za przewóz do Tariweli.
- Pięćset? - Kapitan spurpurowiał. - Pięćset? Miałem umówiony towar. Zarobiłbym dwanaście razy tyle. A tak będę musiał zapłacić jeszcze kary! Bastian, ja cię sprzedam do kopalni. Pięćset! To jakaś kpina! Żądam najmniej siedmiu tysięcy, albo zaraz wydam rozkaz powrotu do Amdzadraty!
- Za osobę - uściślił łagodnie Dester, na co kapitan umilkł. Widząc pytanie w jego oczach, brodaty Elkari uśmiechnął się pierwszy raz od wejścia do sterówki. - Trzynaście osób.
Sztorm zastanowił się chwilę.
- Pięćset to za mało.
- Siedemset - powiedział Dester. - Wciąż uważa pan stawkę za zbyt niską? W takim razie osiemset. Więcej nie mogę zaoferować.
- To wychodzi... jakieś jedenaście tysięcy - powiedział z namysłem kapitan.
Ternet nie dziwił się błyskowi w jego oczach. Suma przewyższała zwykłą stawkę ponad sześciokrotnie. Nawet na luksusowych jachtach opłaty były niższe.
Na dodatek od pasażerów nie będzie musiał płacić cła.
- Podziwiam pańskie zdolności arytmetyczne, kapitanie... Niech będzie nawet i jedenaście.
- W porządku. - Kapitan wzruszył ramionami. - Pozostaje jedno pytanie. Dokąd?
- Nie interesuje pana, przed kim uciekamy?
Głupie pytanie, pomyślał Bastian. Przecież to oczywiste. Lot na żaglach, czyli bał się uruchomienia silników. Dlaczego? Bo wówczas statek zostałby wykryty przez wuadper, wykrywacz aktywności duszpereł. Kto ma dostęp do wuadperów w Amzadracie? Wojsko. Dumetanu.
- Nie - powiedział tymczasem kapitan. - Dwanaście tysięcy franków w zupełności zaspokaja moją ciekawość. Dokąd więc?
- Jedenaście - poprawił Dester. - Naszym celem jest Tariwela.
- Tariwela jest na północy - zauważył kapitan.
- Wiem, wiatr nam nie podpasował. Uznałem, że to nawet lepiej, zmyli pościg...
Kapitan, już całkowicie spokojny, z zadowoleniem kiwnął głową.
- To chciałem tylko powiedzieć, że to na północ, a wiatr mamy cały czas na zachód. O tej porze roku to szybko to się nie zmieni. Bez silników do Tariweli nie da rady. Uruchamiamy?
- Myślę, że już możemy - zgodził się Dester. - Ci, którzy nas ścigają, szukają na zupełnie innej trasie.
- Świetnie, umowa zawarta - kapitan wyciągnął dłoń w stronę brodatego Elkari. - Płatność srebrem, jak mniemam? Weksli nie przyjmuję, papierami Amdzadraty może się pan podetrzeć, ewentualnie mogę wziąć kwity Dumetanu, ale wtedy cena pójdzie w górę.
- Płatność po dotarciu na miejsce. - Uśmiechnął się uprzejmie Dester. - Niestety, nie mam przy sobie zbyt dużej gotówki.
- Połowa teraz, reszta na miejscu - próbował targów kapitan.
- Przykro mi. - Elkari pokręcił głową. - Czy to wszystko? W takim razie przepraszam panów. Muszę zobaczyć resztę towarzyszy.
Ukłonił się ostatni raz i wyszedł.
- A wy macie zamiar tak sterczeć i gapić się nam na ręce? - warknął kapitan w stronę uzbrojonych Elkari.
Tamci uśmiechnęli się tylko.
- To na wszelki wypadek - powiedział fałszywie młodszy z nich. - Gdybyście panowie potrzebowali pomocy.
Dowódca łypnął na niego srogo. Później odłożył lunetę i wstał energicznie, zakładając ręce za plecami.
- Alarm na wszystkich pokładach! - ogłosił. - Budzić załogę! Jeżeli będą jacyś chorzy, Ternet, osobiście urwę ci jaja. Mechanik uruchomić silnik. Za piętnaście minut wszystko ma być gotowe do wyjścia z mgielnika. Trufin, wezwij Mahanę do steru, niech zastąpi młodego.
- Mahana nie nadaje się do użytku - zameldował radośnie Trufin. - Palił z Brahidem. Bosman też dopiero dochodzi do siebie. Może Aldera? Latał kiedyś na tym stanowisku.
- Dawaj Alderę. A ty, Ternet, wyjdziesz na zewnątrz, sprawdzisz błony, czy coś nas nie poharatało. - Wydając rozkaz, kapitan twardo wbił wzrok w pierwszego oficera, jakby wyzywając go do sprzeciwu. - Później sprawdzisz, co się dzieje na dolnym pokładzie. I jeszcze jedno, pierwszy... Tym razem nie daruję. Naraziłeś życie nas wszystkich. W Tariweli poszukasz innego statku. Jeszcze zastanowię się, czy wspomnieć w Gildii o tym całym, całym... incydencie.
Bastian skinął głową bez słowa. Coś w głosie kapitana mówiło, że nie ma sensu się tłumaczyć.
- To tyle - zakończył kapitan, rozsiadając się na krześle. - A teraz, panienki, do roboty!
***
Mgła otaczała okręt ze wszystkich stron. Wokół burt tańczyły niewyraźne, zmienne kształty, spływając po napiętych błonach balonu, owijając się wokół sznurów i klejąc się do ramion. Wyobraźnia ubierała cienie w łuski i kolce, kazała doszukiwać się niebezpieczeństwa we wszystkich odgłosach. Owszem, Bastian niby wiedział, że istoty zamieszkujące mgielnik rzadko atakują ludzi. Niby wiedział, ale i tak za każdym razem, gdy sięgał w krążące wokół opary, musiał wpierw pokonywać niemal fizyczny opór własnego ciała. Ataki paniki zdarzały się nawet weteranom. Bastian ściągał kiedyś z pomostu technicznego doświadczonego, starego flugera, kurczowo uczepionego sznurów poręczy. Mężczyzna do końca rejsu odmawiał wyjścia na zewnątrz. Po dotarciu do portu natychmiast porzucił okręt.
Najlepszą metodą na lęki było całkowite skupienie na pracy. Nie patrzeć na nic poza sznurami, poza płótnem i błonami poszycia, zastanawiać się tylko nad tym, gdzie położyć stopy. Bastian zwykł jeszcze pogwizdywać, chociaż zniekształcone maską dźwięki za nic nie przypominały zamierzonej melodii.
Wychylił się jeszcze raz w dół, świecąc latarką, a później uniósł głowę. Drugi fluger na migi pokazał, że u niego wszystko w porządku. Bastian uniósł dłoń i zasygnalizował "wracamy". Poczekał, aż fluger odpowie tym samym gestem, wyprostował plecy i uważnie stawiając stopy, przesunął się wzdłuż burty okrętu do śluzy. Zastukał w pokrywę okrywającą burtklapę. W środku z ulgą zdjął maskę z twarzy.
Podszedł do rury komunikacyjnej i uderzył w dzwonek.
- Gotów - odezwał się Trufin ze sterówki.
- Brak uszkodzeń, płótna i błony całe - zakomunikował Bastian.
- Brak uszkodzeń - potwierdził Trufin i niezbyt regulaminowo dodał: - Po sprawdzeniu magazynów robisz, co chcesz. Stary nie chce cię widzieć. Jasne?
- Jak słońce - odparł Bastian. Odwrócił się do chmurynarzy. - Kubera, idziesz ze mną. Reszta wolne.
Na dolnym pokładzie, ciemnym i zimnym, wyraźnie dało się wyczuć słodką woń migdałów. Bastian natychmiast założył maskę. Obejrzał dokładnie pustą ładownię, po czym zawiadomił sterówkę, że nie odkrył niczego niepokojącego. Kuberze polecił uprzedzić załogę, by nikt na razie nie schodził na dół bez masek. Sam wrócił na górny pokład.
Chwilę wiercił się bez celu; wreszcie uznał, że skoro i tak nie ma nic do roboty, równie dobrze może wspiąć się na wieżę obserwacyjną podziwiać widoki.
Tymczasem zadźwięczały dzwonki oznaczające polecenie przygotowania do wznoszenia. Ternet nie zwrócił na nie większej uwagi. Taki stary wyga jak on nie czuł sensacji żołądkowych przy zmianie wysokości.
Na wieży na górze siedział tylko Brahid.
- Czołem, bosmanie. Słyszałeś najnowsze wieści? Przez to świństwo, które mi próbowałeś wmusić, mogę stracić pracę - powiedział Bastian bez gniewu. - Drugi ubzdurał sobie, że upaliłem się i miałem wizje. Co gorsza, kapitan chyba mu wierzy.
- Ii tam. Kapitan co chwila kogoś wyrzuca - odparł Brahid. - Mnie średnio raz na miesiąc. Że niby mam schudnąć dziesięć kilo, bo zmniejszam udźwig.
Kal Ternet westchnął i podszedł do półokrągłych świetlików. Szyby ze specjalnie obrobionej błony wietrzniawca drżały niczym połówki mydlanych baniek. Podłoga wieżyczki chybotała lekko. Kilkadziesiąt metrów pod nimi stalowe młotki właśnie uderzały w duszperły, każdym stuknięciem wyzwalając z kamieni zastrzyk energii i rozczerwieniając siłownię blaskiem wyładowań. Bastian dokładnie wiedział, co się działo w każdym miejscu statku: właśnie zatańczyły tłoki w drżących silnikach, w wirnikach wolno poruszyły się potężne łopaty. Na samym dole flugerzy zrzucali balast.
Przez świetliki widział, jak balony z heletrium pęcznieją i dygoczą, jakby chcąc wyskoczyć ze skórzanych pasów. Statek powoli nabierał wysokości. Za oknami dostrzegał już pierwsze prześwity, luki, rysy rzeźbione przez spadające z góry smugi światła.
Wreszcie "Sarenna" uniosła się ponad mgielnik. Chmury poniżej kotłowały się bezustannie, rozbłyszczone setkami, tysiącami kolorowych lśnień, pełne wijących się cieni. Statek mknął coraz szybciej, przechylał się na boki jak stary, tłusty i pijany moczymorda, rozdzierając dziobem wytryskujące z dołu kolumny szarego dymu. Za jedną z nich kilka perłogrozów grzało brzuchy w promieniach słońca. Na widok "Sarenny" olbrzymie zwierzęta obróciły cielska i zamachały gigantycznymi skrzydłami. Przez chwilę Bastian sądził, że spróbują prześcignąć okręt, ale stado zmieniło kierunek i znikło w nieskończonym strumieniu oparów płynącym w dole.
- Uwielbiam ten widok - powiedział nagle Brahid.
Zaskoczony Bastian oderwał wzrok od widoku na zewnątrz.
- Ty?
- Nigdy mi się nie znudzi. Ptaki sunące po niebie... Chmury pod nami, nad nami, światło, słońce... W takich chwilach rozumiem poetów. Czy ty się śmiejesz?
- Ależ skąd. Po prostu, chłopie, znam cię kupę lat, ale o taki liryzm nigdy ciebie nie podejrzewałem.
- O co? - ostrożnie zapytał bosman. - To coś obraźliwego?
Bastian zaśmiał się tylko. Brahid zmarszczył brwi. Na koniec uznał, że rzecz nie jest warta sprzeczki i wrócił do podziwiania przesuwanych wiatrem chmur.
- Jeszcze kiedy służyliśmy w armii Begherawidy... Czasami, przed rozpoczęciem bitwy, kiedy nikt nie patrzył, wyglądałem przez świetlik i po prostu... - bosman urwał, jakby dobierał odpowiednie słowa - po prostu patrzyłem. Przestań się szczerzyć. Otwieramy okna? Przydałoby się trochę przewietrzyć...
Dalszą rozmowę przerwało im skrzypnięcie otwieranej klapy w podłodze. Obrócili się jednocześnie i jednocześnie zamarli.
Do pomieszczenia wspięła się młoda Elkari. Dziewczyna tak drobna, tak bezbronna i blada, że mogłoby ją zranić zwykłe dotknięcie. Płatek śniegu na hałdzie węgla, pomyślał Bastian, prószek na grzbiecie perłogroza. Jak ona miała na imię?
- Dzień dobry - powiedziała Elkari, rozjaśniając twarz na widok Bastiana. - Tutaj pan się chowa! Przepraszam, nie będę przeszkadzać? Chciałabym sobie zerknąć na niebo.
Bastian milczał, próbując znaleźć jakąś wyszukaną odpowiedź.
- Jesteśmy na służbie - odezwał się bosman. - No i nie za jasno tu dla Elkari?
- Nie, w sam raz. Mogę zostać? Będę cicho - obiecała dziewczyna.
- Proszę - powiedział wreszcie Bastian. - Pod warunkiem, że niczego panna nie zepsuje.
- To tu można coś zepsuć? - Zatrzepotała rzęsami dziewczyna.
- Potrzebuje panienka okularów? - Zatroszczył się bosman. - Albo chusty na twarz? Słońce...
Dziewczyna pokręciła głową.
- Kilka minut mi nie zaszkodzi. I tylko nie "panienko", bardzo proszę. Jestem już dorosła. Dorosła!
Podeszła do okna i oparła się obiema dłońmi o poręcze.
- Piękne - westchnęła. - Jak sklep z puchowymi poduszkami. Nieprawdaż? Cudowne, kolorowe, puchowe poduszki, a pod nimi... Morze rozsypanych klejnotów. Czasami jakby do nas śpiewały, prosząc, by po nie sięgnąć, prawda?
- Jeżeli panience chodzi o syczenie, to wiatr - wtrącił bosman. - Nic niezwykłego, tak bywa, gdy zakotłuje się pomrocza. A może pływoły, one często buczą do siebie. Albo perłogrozy. Minęliśmy właśnie całe stado...
Uśmiech na chwilę znikł z ust Mirin, gdy omiatała Brahida wzrokiem. Szybko jednak wróciła do Bastiana.
- Nie ma pan wrażenia, że tam coś jest, tam na dole, pod chmurami? Złote wieże pełne skarbów...
- Nie - odpowiedział. Bogowie, jakie ona ma oczy, pomyślał. Po prostu cudne. Jeszcze ten mały, zadarty nosek, nadający jej słodko-łobuzerski wygląd. Usta stworzone do nieśmiałych uśmiechów. Mógłby tak stać i słuchać jej głosu cały dzień, nieważne o czym by szczebiotała.
- Nie? Dlaczego nie? A może jednak? Może właśnie lecimy nad miastem mrocznych ludzi, czekających w ciemności na możliwość zemsty... Zna pan tę legendę, panie Bastianie?
Bastian znał. Nie wiedział wprawdzie, którą konkretnie opowieść ma na myśli dziewczyna, ale w sumie nie miało to znaczenia. Wszystkie były mniej więcej takie same. Bajki o mrocznych ludziach, pomroczarzach, zstupiennikach - czy jak tam ich jeszcze nazywano - opowiadały nianie dzieciom od Pelleghadoru na najdalszej północy, aż po Sztemeter w Gujamarze.
Ale zaraz, dziewczyna chyba coś do niego mówiła?
- Halo, panie Bastianie? Słucha mnie pan?
- Tak, przepraszam. - Oficer oprzytomniał. - Wspominałem legendy z rodzinnych stron. Na północy też mówią o mrocznych ludziach, ale u nas nazywają ich mglarzami. Nocą mglarze wypełzają z czarnej mgły i porywają niegrzeczne dzieci. Mszczą się za coś. Nie pamiętam już, za co. Za kradzież światła?
- Nie. Zna pan "Legendy i mity" Urnufta z Tariweli?
Bastian kiwnął głową.
- Oczywiście. Świetna rzecz. Miałem dziesięć lat, gdy dostałem od ojca.
- Właśnie! Nie pamięta pan? Jak ludzie światła i mroku pokłócili się, kto ma zająć szczyty, a kto zejść w mgielnik?
Bastian uśmiechnął się. Rzeczywiście, teraz już pamiętał. Spór o wyspy. Jedna z jego ulubionych historii. Urnuft potrafił pisać jak mało kto, z werwą i humorem. Spór miał rozstrzygnąć ślepy bożek Gummaran. Ludzie podsunęli mu cydr, a mglarze mięso wietrzniawców. Gummaran mięso wypluł, przepłukał usta cydrem i przyznał wyspy ludziom.
Znał także inną wersję. W Dur Begheren słyszał, że szczyty na początku miały przypaść mglarzom. Królowa Begherawidy wymyśliła wówczas podstęp. Kazała złapać wysłannika pomroczarzy, a później przebrała się i poszła do Gummarana prosić o błogosławieństwo i potwierdzenie daru. Bożek zorientował się w podstępie dopiero, gdy położył dłonie na jej głowie. Nie mógł wycofać błogosławieństwa, przeklął więc tylko kobietę, żądając, by po wsze czasy ona i jej potomkinie składały mu co miesiąc ofiarę z własnej krwi.
- Dużo pani czyta, panno Mirin - powiedział.
- O nie, żadnego "panno" - przerwała mu dziewczyna. - Po prostu Mirin. Wie pan, kiedy stanął pan w naszej obronie, myślałam, że to pomoc zesłana od samej wielkiej Ummy Tiremy. A później się pan przedstawił...
Elkari obdarzyła go rozmarzonym uśmiechem i wróciła do podziwiania widoku za oknem. Niesamowite, pomyślał Bastian. Czyżby nie zauważała mojego wyglądu? Trudno było uwierzyć, że nie widziała dwudniowego zarostu, tłustych włosów i pomiętego ubrania. Nagle poczuł się bardzo brudny i bardzo, ale to bardzo nieświeży. Bogowie, jak ja muszę śmierdzieć, pomyślał zmieszany. Odsunął się nieznacznie.
Mirin tymczasem westchnęła głęboko, otrząsając się nagle.
- Strasznie tutaj zimno - powiedziała. - To znaczy zimno jest na całym okręcie, ale tutaj to już w ogóle trudno wytrzymać.
- Może lepiej, żeby panienka zeszła? - zasugerował bosman. - Zaziębi się jeszcze panienka...
- Trudno - odrzekła dziewczyna po chwili. - Dla tego widoku warto. Dla was to chyba nie pierwszyzna, w końcu ciągle latacie. A pan, panie Bastianie, pan to wcześniej służył w armii, prawda?
- Owszem - przytaknął Bastian. - Opowiadałem o tym wczoraj? Nie pamiętam. Panny brat o tym też mówił. Czyżbym majaczył, kiedy byłem nieprzytomny?
- Coś pan wspominał, rzeczywiście... Dawno pan odszedł?
- Niedługo miną cztery lata - odrzekł.
- A gdzie pan służył, jeśli wolno zapytać?
- W armii Begherawidy.
- Razem służyliśmy! - wtrącił bosman.
- Begherawidy - powtórzyła dziewczyna. Podniosła głowę i przymrużyła okolone białymi rzęsami oczy, wpatrując się w Bastiana z nieukrywanym napięciem. Teraz, w świetle słońca, błyszczały krwistą purpurą. - To pewnie pan walczył w czasie rozruchów w Dur Begheren siedem lat temu? A może los rzucił pana gdzie indziej?
- "Walczyłem" to za mocno powiedziane - powiedział Bastian, zastanawiając się, dlaczego to takie ważne. - Ale byłem tam.
Mirin skinęła głową, jakby potwierdzając, że zrozumiała.
- Proszę już wyjść - zwrócił jej uwagę Brahid. - Skórę ma już panienka całkiem czerwoną. Za dużo słońca.
- Tak - powiedziała dziewczyna. - Za dużo. Bardzo dziękuję za rozmowę... i za to, że pan nas ratował. Znaczy wczoraj. I tak w ogóle dziękuję.
- Proszę nie dziękować. Byłem pijany i szczerze mówiąc, szukałem okazji do rozróby. Gdyby nie to... Kto wie, jak bym się zachował.
- Och. - Dziewczyna uśmiechnęła się. - Znam ludzi, którzy po pijaku dopuszczają się najgorszych świństw. A pan? Pan jest pierwszym człowiekiem, który piciem tłumaczy dobre postępki. Do zobaczenia, panie Bastianie. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję do rozmowy.
Kiedy dziewczyna wyszła, bosman się wzdrygnął.
- Byłaby nawet ładna, gdyby nie te oczy - powiedział. - Wygląda, jakby nie miała brwi. I rzęs. Elkari mnie przerażają... Ciebie nie?
- Nie - odrzekł Bastian zaskoczony. - Ani trochę.
- Chodzące trupy. Albo pieprzone wampiry - powiedział bosman. - Wiesz, moja babcia opowiadała, że Elkari łapią dzieci, które nie zdążą wrócić do domu przed nocą, i wypijają ich krew. Co mi przypomina, że widziałem kiedyś jednego flugera, którego dopadł kruchacz. Wyssał z niego krwi chyba z kwartę, potem oczywiście zdechł, ten kruchacz znaczy, chociaż dla chłopaka żadna pociecha. Po śmierci młody był tak samo blady jak ta Elkari. Tyle tylko, że przynajmniej włosy miał w kolorze... Chociaż przyznaję, że dziewczynka cycki ma niezłe. Aż dziw, że chucherko chodzi prosto z takimi ciężarami, he, he...
- Cycki? - zdziwił się Bastian.
- No cycki, Bastuś, piersi, melony. Udajesz teraz, czy co? Serio nie zauważyłeś? - Zdumiony Brahid pokręcił głową. - Przecież... Zaraz, chwila. Pierwszy, coś błysnęło z prawej. Widziałeś?
- Lornetka - zakomenderował Bastian. Podniósł szkła do oczu i chwilę lustrował horyzont. Później uderzył w dzwonek przy rurach komunikacyjnych.
- Gotów - zaszumiało w rurze.
- Szybowiec na prawej burcie, z tyłu, wschód-południe-południe, trzysta metrów - zameldował.
- Przyjąłem. Kto nadaje? Ternet, to ty? Co ty tam robisz? Na wieży postawiłem Brahida.
- Jest ze mną - potwierdził Bastian. - On pierwszy zauważył.
W rurze zaszumiało tylko w odpowiedzi.
Niecałe dziesięć minut później do pomieszczenia wspięło się dwoje Elkari. Młody, arogancki mężczyzna, ten sam, który wcześniej pilnował kapitana w sterówce. Za nim gramoliła się szarowłosa dziewczyna z chustą szczelnie zakrywającą twarz. Niosła karabin wyposażony w lunetę, z długą, posrebrzaną lufą.
- Cholera, następni - burknął bosman. - Złaźcie stąd. Wieża obserwacyjna to nie miejsce schadzek.
- Dester nas przysłał - odparł sucho Elkari.
- Niech przynajmniej panienka zejdzie.
- Panienka? Mered, on cię obraża - wtrąciła dziewczyna.
Bastian natychmiast rozpoznał jej głos. Blonnid.
- Widzisz pan? Zasmuciłeś chłopaka.
- Proszę o lornetkę - rzekł Elkari. - Gdzie mam patrzeć?
Bosman niechętnie pokazał kierunek.
- Zwiadowca - powiedział Bastian. - Jeden pilot. Leci za nami już kilka minut. Równolegle do nas, trzyma cały czas tą samą odległość.
- Barwy Dumetanu - dodał Elkari. - Mógłby podlecieć bliżej, ale się boi... Czyli dobrze wie, że tutaj jesteśmy. Blonnid, możesz coś z nim zrobić?
Blonnid kiwnęła brodą. Odwinęła chustę, pokazując blade, wytatuowane policzki i podeszła do jednego z okien, zakręcając korbą odsuwającą szybę.
- Zaraz - powiedział Bastian. - Ona chyba nie zamierza strzelać? To znaczy... szybowiec i tak leci poza zasięgiem. To co najmniej trzysta metrów. Chcecie postraszyć pilota? Bez sensu. Nawet nie zauważy. I dobrze, bo jakby zauważył, tylko by się wkurzył. Potem byśmy musieli tłumaczyć, dlaczego groziliśmy dumetańskiej armii.
- Straszyć? Nie do końca - odrzekł Elkari.
- Jak chcecie, mamy radio i lampę sygnałową - dodał Bastian. - Możemy błysnąć, że nie życzymy sobie towarzystwa.
Elkari zignorowali go całkowicie. Wytatuowana dziewczyna otworzyła komorę iskrownicy, wyłuskując ze środka duszperłę. Rozłożyła na deskach kawałek płótna. Zza pasa wyjęła ładownicę i delikatnie wyciągnęła z niej duszperły, układając jedną po drugiej na leżącym płótnie. Na koniec przejechała po nich palcami, długo się przy każdej zastanawiając, zanim wreszcie jedną wybrała.
- Stój! - zawołał Bastian. - Rozkręć sprężynę. Włożyłaś duży kamień, do tego maksymalnie naładowany. Młotek uderzy za mocno. Iskra zniszczy karabin.
- Nie przeszkadzaj - odrzekła.
- Słuchaj, w dupie mam, że chcesz sobie odstrzelić pół twarzy, ale wybuch może uszkodzić pokład.
- Spokojnie, to oldebajn - wyjaśnił Elkari, jakby miało to odpowiedzieć na wszelkie zastrzeżenia.
Blonnid oparła lufę karabinu o dolną krawędź okna i przyłożyła lunetę do oka. Teraz już naprawdę wściekły Bastian chwycił ją za rękę.
- Zabierz łapę - powiedziała Blonnid z groźbą w głosie.
- Nie rozwalisz mojego statku.
Drugi Elkari wyjął iskiernik i nieśpiesznie przyłożył go do głowy Bastiana.
- Nie słyszałeś, co powiedziała Blonnid? - zapytał. - Zabierz łapę. Inaczej ten twój statek będzie potrzebował nowego pierwszego oficera. I mycia pokładu.
- Naprawdę chcesz spróbować? - powiedział spokojnie Ternet.
Elkari tylko wykrzywił twarz w pogardliwym grymasie. Bastian odpowiedział uśmiechem, po czym uderzył kantem dłoni w bok pistoletu, równocześnie wbijając mężczyźnie pięść w brzuch. Tamten zwinął się; Bastian natychmiast uderzył znowu, krótko, przez skos od góry, trafiając w szczękę. W tej samej chwili rzuciła się na niego wytatuowana dziewczyna, wprost z klęczek przechodząc do skoku. Dzięki rozpędowi powaliła go na ziemię. Zdążyła zadać Bastianowi dwa ciosy w twarz, nim zdołał silnym szarpnięciem zrzucić ją z siebie. Dziewczyna poderwała się na nogi, wyciągając zza pasa nóż.
- Wszyscy stać, albo rozwalę wam łby - wrzasnął Brahid.
Bastian cofnął się, próbując nie spuszczać Blonnid z oczu, a równocześnie obejmując spojrzeniem resztę ciasnego pomieszczenia.
Mered wstawał powoli z rękami w górze. Jego iskiernik trzymał Brahid; szybkimi, nerwowymi ruchami przesuwał pistoletem od mężczyzny do Blonnid i z powrotem.
- Powiedz grubasowi - warknął Mered - by oddał broń. Później obaj stąd macie zniknąć.
- Ty wciąż się jeszcze niczego nie nauczyłeś - powiedział zimno Bastian.
Dziewczyna, patrząc na Bastiana, parsknęła nagle i schowała nóż.
- Mered, daj spokój. Przecież to bohater! Dester ci nie mówił? Bohatera chcesz bić?
- Blonnid... - zaczął mężczyzna.
- Spokojnie, ja to załatwię. Wyjdź proszę. Wyjdź, powiedziałam.
Towarzysz Blonnid wyszedł, przedtem rzucając Bastianowi ostatnie nienawistne spojrzenie. Ona pochyliła się i podniosła leżącą na deskach pokładu duszperłę.
- Ty to jednak jesteś wariat. Oczywiście, gdybym chciała, dalibyśmy wam radę - zaznaczyła, klękając przy karabinie. - Widziałam wczoraj, co potrafisz, ale na mnie by to nie starczyło. Stawałeś jednak po naszej stronie, a to coś znaczy. Dlatego udzielę ci kilku rad. Po pierwsze, nigdy, ale to nigdy mnie nie dotykaj. Nie lubię. Bardzo nie lubię. Mogę ugryźć. Po drugie, jeżeli następnym razem zaczniesz ze mną bójkę, skończy się czyjąś śmiercią. Najpewniej twoją. Jeżeli więc nie jesteś gotów zabijać albo umrzeć, odpuść sobie. I po trzecie...
Dziewczyna podniosła czerwone oczy i spoważniała.
- Po trzecie, nie należy mi przeszkadzać, kiedy strzelam.
- Jesteś głucha? - powiedział Bastian. - Jeżeli natychmiast nie wstaniesz, połamię ci tę zabawkę i jeszcze spuszczę manto na tyłek.
- Pierwszy raz widzę człowieka tak bardzo pragnącego śmierci - odparła dziewczyna z zadumą, gładząc lufę iskrownicy. - Naprawdę myślisz, że nie wiem, co robię? To nie jest zwykły karabin, tylko oldebajn. Nie wybuchnie. Został specjalnie zapro-kurwa-jektowany do takich rzeczy.
- To jeszcze nie znaczy, że możesz grzać z mojego okrętu do szybowców.
- Ach, no tak, zapomniałam, nie chcesz wkurzać Dumetanu. Tylko że o tym trzeba było pomyśleć wcześniej, zanim wczoraj stanąłeś w naszej obronie. Zabiłeś ich agentów. Ojej, nie wiedziałeś? No to już wiesz. Teraz wszystko jedno, czy będziecie do nich strzelać, czy machać chusteczkami. I tak macie przesrane. A my nie możemy pozwolić, by śledził nas ich szybowiec. Najgorsze, że mógł już zdążyć nadać meldunek o naszym położeniu. Trudno, strzelanie do Dumetanu jest dobrym uczynkiem niezależnie od okoliczności. A teraz zamknij buźkę albo zrobi się nieprzyjemnie.
Mówiąc to, dziewczyna przyłożyła oko do lunety karabinu. Odetchnęła głęboko i zamarła. Bastian zawahał się, wreszcie podniósł lornetkę. Szybowiec wciąż unosił się za ich ogonem.
- Pilot i tak nie zauważy - powiedział jeszcze. - A jak zauważy, to się nie wystraszy. To wojskowa maszyna, więc...
Usłyszał suchy trzask, kiedy Blonnid zwolniła spust. Karabin plunął niebieskim wyładowaniem. Pocisk, niesiony iskrą, pomknął do celu niczym rozżarzona do białości igła.
Szybowiec nagle zawirował, przechylił się i łagodnie opadł. Bastian śledził chwilę jego lot, zanim maszyna zniknęła w oparach mgielnika na dole.
- Trafiłaś pilota - powiedział ze zdumieniem. - Z trzystu metrów. O, bogowie.
- Za pierwszym razem - powiedziała Blonnid, wyraźnie zadowolona. - Sama siebie zaskakuję. Przyznam się, że miałam naszykowane trzy kamienie.
- Ty idiotko - wybuchnął. - Zestrzeliłaś wojskowy szybowiec Dumetanu. Z mojego statku.
- Spokojnie. Myślisz, że miał czas kogoś powiadomić, że go trafiłam? No? No? Miał? Co w najgorszym razie wiedzą teraz Dumetanu? Że szybowiec nas śledził i nagle bach! Nieszczęście, zaginął. Da się z tego wyłgać. W wymyślaniu bajek masz pan w końcu pewną wprawę. A teraz panowie wybaczą damie... Albowiem udaję się do kajuty. He, he. A gdyby pojawił się jeszcze jakiś zwiadowca, zawiadomcie. Se postrzelam.
Kiedy wytatuowana dziewczyna opuściła obserwatorium, Brahid splunął i potrząsnął głową.
- Dlatego właśnie nie lubię Elkari - wyznał. - Pieprzone wampiry. Bękarty nocy. Mam nadzieję, że żaden więcej już do nas nie wejdzie.
***
Kamgaru Uto nie cierpiał Amdzadraty. Tutejsze uliczki były zbyt wąskie, zbyt tłoczne, zbyt brudne. Tonęły w wiecznym półmroku, zacieniane przez wysokie budynki i rozpięte między nimi mosty. Dochodził do tego zapach, nieokreślony, zostawiający w ustach gorzki posmak. Przywodzący na myśl kadłub śmieciarki rdzewiejącej w wilgotnej ziemi. I jeszcze ci ludzie - tłumy ciemnookich i ciemnoskórych Amdzajów, umykających przed spojrzeniem, wciskających się w brudne ściany, jakby agent bezpieczeństwa niósł im śmierć, nie wyzwolenie.
Na koniec - nazwa. Amdzadrata, stolica Amdzaratu. Źródło ciągłych pomyłek i zamieszania w papierach. Miejscowym to oczywiście nie przeszkadzało. Chaos był ich żywiołem.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.