Poza zasięgiem. Na pełnych obrotach. Tom 1 - K. Bromberg

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Riggs

CUKIER.

Chrzę­ści i strzela mi w ustach, kiedy za­my­kam je na ba­weł­nia­stej chmurce, która szybko roz­ta­pia się na moim ję­zyku.

Naj­pierw zja­dam chmurkę ró­żową.

Mały kęs za każde okrą­że­nie.

Ko­lejny, ile­kroć sa­mo­chód taty po­ko­nuje aleję ser­wi­sową. Czuję dud­nie­nie w piersi i wi­bro­wa­nie w uszach prze­sło­nię­tych słu­chaw­kami.

Pró­buję mie­rzyć czas aż do po­łowy wy­ścigu. Wiem, że to po­łowa, bo mama prze­nosi się na przód loży, w któ­rej sie­dzimy. Taki ma zwy­czaj. To jej ta­li­zman szczę­ścia. Stała tam, gdy tata po raz ostatni wy­grał wy­ścig.

Te­raz chmurka nie­bie­ska.

Po­dej­muję tę samą za­bawę. Kęs za każde okrą­że­nie.

Aż zo­staje już tylko je­den.

Za­cho­wam go dla niego.

Nie zjem go, by - kiedy tata wy­sią­dzie z sa­mo­chodu i pod­bie­gnie, żeby chwy­cić mnie w ob­ję­cia - mógł po­ło­żyć go na ję­zyku, mla­snąć te­atral­nie i po­wie­dzieć: "Mm, mm, mm, słodki smak zwy­cię­stwa".

A ja się ro­ze­śmieję, bo brzmi to śmiesz­nie, kiedy jego włosy są cał­kiem mo­kre, a kask od­ci­ska się na po­licz­kach.

Po­tem po­de­rwie mnie w po­wie­trze i po­sa­dzi so­bie na ra­mio­nach, że­bym wi­dział, jak lu­dzie kle­pią go po ple­cach i mu gra­tu­lują.

Cała masa osób cię ko­cha, kiedy je­steś kie­rowcą - zwłasz­cza gdy koń­czysz wy­ścig na po­dium.

Ale nikt nie ko­cha go tak jak ja. I mama.

Moje ciało wi­bruje, kiedy ko­lejna grupa sa­mo­cho­dów prze­myka przez ostat­nią pro­stą przed główną try­buną. Tym ra­zem nie spraw­dzam czasu. Za bar­dzo an­ga­żuje mnie wpa­try­wa­nie się w to, co zo­stało z nie­bie­skiej cu­kro­wej chmurki. Za­sta­na­wiam się, czy je­śli od­gryzę jesz­cze je­den mały kęs, zo­sta­nie dość dla taty.

Nie­moż­liwe, by po­trwało to wię­cej niż - pod­no­szę wzrok na te­le­wi­zor w loży - dzie­sięć okrą­żeń.

Nie­moż­liwe.

Ob­li­zuję lep­kie od cu­kru wargi. Może ominę kilka okrą­żeń. Może tata się nie do­wie.

- Do cięż­kiej cho­lery.

Sły­szę prze­kleń­stwo na­wet mimo słu­cha­wek i pod­no­szę wzrok. Mama po­rzu­ciła swoje szczę­śliwe miej­sce. Gun­ther, fa­cet, który mówi ta­cie, co ro­bić, jest zły.

"Znowu".

Lubi krzy­czeć na tatę i rzu­cać słu­chaw­kami.

"Za bar­dzo ry­zy­kuje. Jesz­cze ko­goś za­bije".

"Dla­czego po­chwa­lamy jego sza­leń­stwa? Raz się udało. Na­stęp­nym może się nie udać".

Za­pa­mię­tuję, co mówi Gun­ther w loży. Po­tem, kiedy tata układa mnie do snu, wszystko mu po­wta­rzam. Śmie­jemy się z tego, jak nie­do­rzecz­nie brzmią jego groźby.

"Prze­cież wy­gra­łem, tak?"

"Sta­ną­łem na po­dium, tak, Spen­cer? Mia­łem od­po­wied­nio dużo punk­tów, zga­dza się?"

Tak od­po­wiada so­bie tata, z uśmie­chem, mru­gnię­ciem, a po­tem mierzwi mi włosy i gasi świa­tła.

"Zwy­cię­stwo ma słodki smak", po­wta­rza, po czym za­myka drzwi, bym mógł za­snąć i śnić, że pew­nego dnia będę taki jak on.

- Niech cię szlag, Riggs - mam­ro­cze Gun­ther.

Od­ry­wam ka­wa­łek waty cu­kro­wej, szcze­rząc się od ucha do ucha. Będę mógł prze­kli­nać, kiedy wie­czo­rem po­wtó­rzę ta­cie, co mó­wił Gun­ther. Ni­gdy nie każe mi uda­wać.

A mama się zło­ści.

Tata przy­łoży pa­lec do ust i każe mi mó­wić ci­szej, żeby nas nie usły­szała.

Gun­ther woła coś gło­śno, ale nie ro­zu­miem słów, bo po­nad tłu­mem unosi się po­mruk, ktoś za­czyna krzy­czeć.

Roz­lega się wrzask. A póź­niej jęk.

Prze­no­szę wzrok na ścianę lu­dzi przede mną.

A po­tem zer­kam w tym sa­mym kie­runku co oni, na wielki te­le­wi­zor nad na­szymi gło­wami. Wszystko prze­sła­nia dym, czę­ści bo­lidu wy­la­tują w po­wie­trze.

Opony.

Żwir.

Nie­bie­skie ele­menty ka­ro­se­rii.

To sa­mo­chód taty.

W loży za­pada ci­sza. Zdzie­ram słu­chawki z uszu, ale na­dal nie do­ciera do nich ża­den dźwięk.

- Nie. Nie. Nie. Nie - po­wta­rza tylko mama ci­cho, bez końca. Kręci głową i przy­ci­ska dłoń do piersi.

"Gdy­bym kie­dyś miał wy­pa­dek, spójrz na moje ręce, synu. Je­śli się ru­szają, to ozna­cza, że nic mi nie jest".

Nie ru­szają się.

Wpa­truję się w nie. Cze­kam, by się po­ru­szyły. I na­gle wy­bu­cha po­żar.

Mój świat zmie­nia się na za­wsze.

Roz­dział 3

Ca­milla

TAK. MO­DLĘ SIĘ TYLKO O ŚWIETNY SE­ZON, pa­nie dok­to­rze.

Nie chcia­łam pod­słu­chi­wać roz­mowy mię­dzy mamą a le­ka­rzem taty, dok­to­rem Berg­ma­nem.

- Wal­czy cały czas, ale ostat­nio stres wy­grywa.

Mama stała pod do­mem, kiedy po­de­szłam do drzwi, mó­wiła do te­le­fonu ści­szo­nym gło­sem.

- Miewa lep­sze i gor­sze dni. Do­póki tych lep­szych jest wię­cej, o nic in­nego nie śmiem pro­sić. My­ślę, że wy­grana zdzia­ła­łaby cuda.

Pęka mi serce, kiedy sły­szę drże­nie jej głosu wy­wo­łane stra­chem.

- Suk­ces na pewno wzmoc­niłby go psy­chicz­nie. Co­raz czę­ściej zda­rzają mu się epi­zody de­pre­sji i na­pa­dów lęku. Chcia­ła­bym... My­ślę, że do­bry se­zon by mu po­mógł.

Jej słowa, bi­jące z nich tro­ska i mi­łość... utwier­dziły mnie osta­tecz­nie w pod­ję­tej de­cy­zji.

Wal­czy­łam z tym. Nie chcia­łam wra­cać i mie­rzyć się z de­mo­nami, które tu zo­stały, które wy­chyną na po­wierzch­nię, choć przy­się­gła­bym, że są mar­twe i dawno po­cho­wane.

Ale to dla taty. Mu­szę po­móc mu w tej walce, na ile mogę, na­wet gdyby cho­dziło tylko o zre­du­ko­wa­nie po­ziomu jego stresu. To dla mamy, aby mo­gła dłu­żej być z tatą, aby opieka nad nim nie była dla niej zbyt trudna.

Je­śli tylko w taki spo­sób mogę po­móc ro­dzi­com - bo na nic in­nego mi nie po­zwolą - to wy­ko­rzy­stam oka­zję.

Prze­cież tata ofia­ruje mi coś, co kie­dyś było moim ma­rze­niem. Tylko to chcia­łam w ży­ciu ro­bić.

Tyle że obec­nie to, co chcia­łam ro­bić, wy­gląda nieco - no do­bra, cał­kiem - ina­czej niż kie­dyś. Ozna­cza po­zo­sta­wie­nie pracy, którą ko­cham. Lu­bię mó­wić, że je­stem nie­za­stą­piona, ale wiem, że to nie­prawda. Stwo­rzy­łam świetny ze­spół, który z ła­two­ścią so­bie po­ra­dzi. Na­wet to nie gwa­ran­tuje jed­nak bez­pro­ble­mo­wego prze­ka­za­nia obo­wiąz­ków, bo jak spi­sać wszystko, co masz w gło­wie, skoro na­wet nie wiesz, co się w tej gło­wie dzieje?

Jest też kwe­stia spa­ko­wa­nia ca­łego ży­cia i prze­nie­sie­nia go na drugi ko­niec Eu­ropy, do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ja­sne, mogę zo­sta­wić miesz­ka­nie i kie­dyś do niego wró­cić, ale mam też ro­śliny, które na­le­ża­łoby roz­dać, przy­ja­ciół, z któ­rymi trzeba się po­że­gnać, usługi, które na­leży od­wo­łać. Wszyst­kie te dro­bia­zgi dnia co­dzien­nego, o któ­rych się nie my­śli, trzeba prze­ana­li­zo­wać i się nimi za­jąć.

Do tego trzeba się spa­ko­wać.

Swo­boda fi­nan­sowa po­zwoli mi zo­sta­wić wszyst­kie me­ble, ale mu­szę prze­cież wziąć ubra­nia, rze­czy oso­bi­ste i tym po­dobne.

To bę­dzie wstrząs dla mo­jego pie­czo­ło­wi­cie po­ukła­da­nego świata i zdro­wia psy­chicz­nego. Nie je­stem za­chwy­cona... Ale czy mogę się nie zgo­dzić?

Tu cho­dzi o tatę. O czło­wieka, który ofe­ruje mi wszystko. Jak mo­gła­bym od­mó­wić?

Cza­sami kiedy ko­goś ko­chasz, mu­sisz się po­świę­cić dla jego do­bra.

Wła­śnie nad­szedł ten dzień.

Ki­wam z re­zy­gna­cją głową na myśl, że wrzu­cam swoje ży­cie do blen­dera, który za­raz włą­czę, i wcho­dzę do domu ro­dzi­ców, nie zdra­dza­jąc się ze swoją obec­no­ścią przed mamą.

Po­sia­dłość jest urzą­dzona w eks­tra­wa­ganc­kim stylu: wiel­kie po­koje, mnó­stwo świa­tła, białe me­ble i drewno. Mo­głaby stać przy plaży w Ma­libu, w kraju po­cho­dze­nia mo­jej mamy, a nie na an­giel­skiej wsi, w kraju, który wy­brał na swoją drugą oj­czy­znę mój tata. Wszystko tu sta­nowi od­bi­cie mo­ich ro­dzi­ców.

Ele­gan­cja, cie­pło i otwar­tość. Prze­stron­ność i do­mowa at­mos­fera.

Od razu do­my­ślam się, gdzie szu­kać taty. Od za­wsze uwiel­bia go­to­wać, to dla niego naj­lep­sze le­kar­stwo na stres. Za­pach czosnku i ba­zy­lii po­twier­dza, że mam ra­cję.

- Hmm. Pach­nie bo­sko - szep­czę, gdy pod­cho­dzę, by po­ca­ło­wać tatę w po­li­czek. Wy­ciąga do mnie łyżkę, abym spró­bo­wała do­mo­wej ma­ri­nary... Jak­bym mo­gła wąt­pić, że bę­dzie do­sko­nała.

- Wi­dzisz? - Unosi brwi. - Po­win­naś czę­ściej nas od­wie­dzać. Wtedy cią­gle bym dla cie­bie go­to­wał.

- A gdy­bym nie tylko was od­wie­dzała? Gdy­bym... prze­pro­wa­dziła się tu­taj i przy­jęła po­sadę w dziale mar­ke­tingu pew­nej nie­du­żej, nie­zna­nej dru­żyny wy­ści­go­wej?

Do końca ży­cia za­pa­mię­tam uśmiech, który wy­pływa na usta taty. Jego oczy się roz­pro­mie­niają. Do­łeczki się po­głę­biają. Całe jego ciało się od­pręża, kiedy od­kłada nóż i pa­trzy na mnie ze łzami. Mruga, by je od­pę­dzić.

- Mó­wisz po­waż­nie?

Ki­wam głową.

- Mó­wię po­waż­nie. Po­trze­buję ty­go­dnia, może dwóch na po­wrót do domu i do­pię­cie wszyst­kiego. Po­tem wrócę.

Wy­ciąga do mnie rękę.

- Je­den se­zon.

Ści­skam ją.

- Je­den se­zon.

Przy­cią­gam go do sie­bie i mocno przy­tu­lam.

Je­śli tata może zmie­rzyć się ze swo­imi de­mo­nami, ja mogę zro­bić to samo.

Mo­żemy mie­rzyć się z nimi ra­zem.

Roz­dział 4

Ca­milla

NAPRAWDĘ ZO­STA­JESZ? - Gia prze­cze­suje pal­cami je­dwa­bi­ste czarne włosy i prze­suwa wzro­kiem po go­ściach baru, po­tem jej spoj­rze­nie wraca do mnie.

Wzru­szam ra­mio­nami i uno­szę do ust kie­li­szek z wi­nem, po czym roz­ko­szuję się bo­ga­tym aro­ma­tem wło­skiej czer­wieni. Sma­kuje jak dom pe­łen zie­lo­nych wzgórz i błę­kit­nego nieba. Wiem, że jadę tam za dwa dni, by się spa­ko­wać, po czym wra­cam tu­taj już jako pra­cow­nica Mo­retti Mo­tor­sports, ale wy­daje mi się, że nie było mnie w domu całą wiecz­ność, nie zaś tylko kilka ty­go­dni.

Cóż, pew­nie po­win­nam się do tego przy­zwy­czaić, skoro to już pew­nik, że się prze­pro­wa­dzam. Do Wel­ling­shire. Do miej­sca, które przez lata na­zy­wa­łam swoim dru­gim do­mem, ale ni­gdy pierw­szym. Ro­dzice prze­nie­śli się tu­taj, kiedy tata prze­jął pre­ze­surę po nonno, a ja po­je­cha­łam z nimi. By­łam na­sto­latką. Na­dal pod ich skrzy­dłami. Te­raz mia­łam tu za­miesz­kać jako nie­za­leżna do­ro­sła ko­bieta. Tak wiele się od tam­tego czasu zmie­niło.

- Tak. - Ki­wam głową, a po­tem nią kręcę, jak­bym sama sie­bie pró­bo­wała prze­ko­nać do tego, na co się zgo­dzi­łam. - Lecę do domu, to zna­czy do Włoch, na ty­dzień lub dwa, żeby wszystko ogar­nąć i się spa­ko­wać, a po­tem... - Chi­cho­czę z nie­do­wie­rza­niem.

- De­ner­wu­jesz się, prawda? - pyta Gia.

Po­ta­kuję.

- No wiesz... Nowy po­czą­tek i tak da­lej. - To też brzmi, jak­bym pró­bo­wała samą sie­bie prze­ko­nać. Ta zmiana stop­niowo bu­dzi we mnie co­raz więk­sze pod­eks­cy­to­wa­nie, co nie ozna­cza, że nie jest prze­ra­ża­jąca. - Boję się pa­ko­wa­nia i... sor­to­wa­nia, je­śli to ma ja­kiś sens. Dużo zmian, mało czasu.

- To zro­zu­miałe, ale mam pe­wien po­mysł - wtrąca Isa­bella, je­dyna ze zna­nych mi ko­biet, która wy­gląda sek­sow­nie w krót­kich wło­sach. Może to z po­wodu me­tra osiem­dzie­się­ciu, wy­dat­nych ko­ści po­licz­ko­wych i ide­al­nie wy­kro­jo­nych ust, które wy­dyma, ile­kroć prze­cha­dza się po wy­biegu, ale kto by zwra­cał na to uwagę? - Może zo­sta­wisz wszyst­kie swoje ubra­nia w Rzy­mie? Dzięki temu zy­skam wy­mówkę, aby opro­wa­dzić cię po wszyst­kich do­mach mody w Lon­dy­nie. Ob­ku­pimy się do nie­przy­tom­no­ści, a kiedy się ock­niemy, bę­dziesz cał­kiem od­mie­niona.

Za­ci­skam usta. Nie­na­wi­dzę za­ku­pów. Tak, nie je­stem nor­malna.

- Dzięki, ale wo­la­ła­bym chyba pa­trzeć, jak wi­ruje pra­nie w pralce. A poza tym mam mnó­stwo ciu­chów. Trzeba je tu tylko przy­wieźć.

Gia i Isa­bella zer­kają na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo. Nie wiem, o co może im cho­dzić, i chyba nie chcę wie­dzieć.

- No co? - py­tam.

- Nic - od­po­wiada Isa­bella mało prze­ko­nu­jąco.

Już mam ją przy­ci­snąć, kiedy Gia zmie­nia te­mat.

- Po­myśl, ile wspa­nia­ło­ści cię czeka. Po­dróże. Sławni lu­dzie, któ­rzy będą pró­bo­wali się z tobą za­przy­jaź­nić, żeby za­pew­nić so­bie wstęp za ku­lisy pod­czas wy­ści­gów. Wy­stawne im­prezy ze spon­so­rami. Od­da­ła­bym ży­cie za sam aspekt mo­dowy.

Uno­szę brew w gry­ma­sie su­ge­ru­ją­cym, że jej wi­zja nie bar­dzo po­krywa się z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Od groma ro­boty. Mnó­stwo pro­ble­mów. Cią­gle poza do­mem.

Gia ma­cha na mnie ręką.

- Same wy­mówki, że­bym do cie­bie do­łą­czyła w tym ca­łym sza­leń­stwie. I po­znała tych wszyst­kich sek­sow­nych fa­ce­tów. - Po­ru­sza ra­mio­nami i zerka na Isa­bellę. - Tak?

- No pew­nie! Je­stem ca­łym ser­cem za - mam­ro­cze Isa­bella. Jej uwagę za­prząta jed­nak coś in­nego.

- Za czym? - pyta Gia.

Isa prze­wraca oczami. Na­wet wtedy wy­gląda sek­sow­nie.

- Za roz­bi­ja­niem się od­rzu­tow­cami. Za go­rą­cymi, spo­co­nymi fa­ce­tami w kom­bi­ne­zo­nach, któ­rzy mogą się pew­nie po­chwa­lić więk­szym ego niż moje. - Wszyst­kie par­skamy śmie­chem, bo nikt nie ma więk­szego ego niż ona. - Oczy­wi­ście je­śli zdo­łam to upchnąć w gra­fiku.

Gia zerka na mnie i obie wy­bu­chamy śmie­chem.

- Och, pro­simy o wy­ba­cze­nie, wa­sza kró­lew­ska wy­so­kość. Nie chcia­ły­śmy za­kłó­cać wa­szej trasy po ca­łym świe­cie i wy­so­kiego mnie­ma­nia o so­bie.

- Bar­dzo śmieszne. -Na­sze słowa nie ro­bią na Isa­belli wra­że­nia. - Wie­cie, o co mi cho­dzi.

- Oczy­wi­ście, skar­bie - mru­czy Gia z prze­sad­nym ak­cen­tem. Uwiel­biamy na­bi­jać się z Isa­belli. Do­sko­nale przy tym wiemy, że to głu­pie. W oczach świata wszyst­kie je­ste­śmy bar­dzo uprzy­wi­le­jo­wane. Gdyby nas jed­nak po­rów­nać, od razu wi­dać, że to Isa­bella jest praw­dziwą diwą. I do­sko­nale się z tym czuje.

- No więc... - mówi te­raz, sku­pia­jąc się na mnie z miną, która wy­wo­łuje we mnie nie­po­kój.

- Nie po­doba mi się, kiedy za­czy­nasz zda­nie od "no więc" i pa­trzysz na mnie w ten spo­sób... - Od­wra­cam się, aby spoj­rzeć w tę stronę, w którą co chwilę zerka ona po­nad moim ra­mie­niem.

Na końcu baru sie­dzi pię­ciu fa­ce­tów - wszy­scy są sza­le­nie atrak­cyjni - a kiedy tam spo­glą­dam, dwaj z nich też zwra­cają wzrok w na­szą stronę. Je­den z nich sztur­cha po­zo­sta­łych, co po­ka­zuje, że wie­dzą, że ich ob­ser­wu­jemy. Od­wra­cam się do Isy i uno­szę brew.

- Moja re­ak­cja na to, co wła­śnie knu­jesz, to sta­now­cze "nie". Ko­niec i kropka. Nie ma mowy.

Wiem, jak to wy­gląda, za­nim zo­stanę w coś wro­biona przez dwie naj­bliż­sze przy­ja­ciółki.

Wła­śnie tak!

- Taka sta­now­cza, a nie wie na­wet jesz­cze, co po­wiem. - Isa­bella wy­bu­cha śmie­chem. Zerka na fa­ce­tów, na Gię i na końcu na mnie, jej uśmiech robi się co­raz szer­szy. - Po­my­śla­łam tylko, że skoro czeka cię taka wielka ży­ciowa zmiana, może po­win­ny­śmy ci po­móc.

- Po­móc mi? Już mi się to nie po­doba.

Wino. Po­trze­buję wię­cej wina. Bar­dzo po­trze­buję.

Zer­kam w stronę baru w po­szu­ki­wa­niu kel­nerki i przez przy­pa­dek zde­rzam się spoj­rze­niem z jed­nym z fa­ce­tów. Jest wy­soki, ma ciemne włosy i ja­sne oczy. Do­strze­gam tylko tyle, bo na­wet w naj­lep­szej for­mie ży­wię od­razę do pa­trze­nia w oczy.

- Co ci cho­dzi po gło­wie? - pyta Gia Isa­bellę, jak­bym wcale nie sie­działa obok.

Isa­bella przy­gląda mi się uważ­nie, mruży po­wieki i za­ci­ska wargi.

- Już mó­wi­łam. Nowa fry­zura, nowe ciu­chy, nowy styl...

- Moje ciu­chy i fry­zura są w po­rządku - oświad­czam.

- Pew­nie, je­śli chcesz po­zo­stać sin­gielką, która nie upra­wia seksu. - Isa­bella marsz­czy nos. Mój styl ubie­ra­nia sta­nowi kość nie­zgody, od­kąd się za­przy­jaź­ni­ły­śmy pięć lat temu. Wszyst­kie się śmie­jemy, że przyj­dzie pora, kiedy pod­pali mi szafę. - Wor­ko­wate dżinsy. Ko­szule za­pięte pod szyję. Air jor­dany. Mun­du­rek Ca­milli Mo­retti jest w po­rządku, ale... to nie ty. Dla­czego ukry­wasz swoją urodę?

- No dzięki... - Wy­bu­cham śmie­chem bez krzty urazy. Moje ubra­nia to świa­domy wy­bór pod­jęty wiele lat temu, który wszedł mi w na­wyk. Pa­trzę na sie­bie, po czym pod­no­szę wzrok na przy­ja­ciółkę. - Wszystko jest mar­kowe.

- Nikt by się nie wtrą­cał - do­daje Gia - gdy­by­śmy nie zo­ba­czyły two­ich sta­rych zdjęć nie w tym mun­durku.

- Masz świetne ciało, dziew­czyno. Po­każ je! - Isa­bella po­ciąga łyk drinka przez słomkę.

- Mó­wisz tak, bo nie masz pro­blemu z pa­ra­do­wa­niem na­wet nago. - Kręcę głową. - Je­śli cho­dzi o ubra­nia, nie ma opcji.

- Ca­aaami - prze­ciąga gło­ski Gia.

- Do­bra... Pro­po­nuję kom­pro­mis. Rób­cie, co chce­cie, z wło­sami, bez ob­ci­na­nia na krótko, ale ubra­nia zo­stają. Jest mi w nich wy­god­nie. Mo­że­cie zro­bić po­rzą­dek z bu­tami, je­śli bar­dzo wam za­leży.

Isa­bella mie­rzy mnie spoj­rze­niem, uśmie­cha się lekko i unosi brwi.

- A mo­żemy zre­zy­gno­wać z gru­bej gu­mo­wej po­de­szwy? Za­pro­po­no­wać coś na szpil­kach? San­dałki?

Wzdy­cham, ale wiem, że mogę się zgo­dzić. To jest ja­kiś kom­pro­mis.

- Tak. Pew­nie.

- We­zmę co­kol­wiek. Czyli włosy. I buty. Na ra­zie. Ale wró­cimy do tego.

- Weź­miemy co­kol­wiek. - Gia znów mie­rzy Isa­bellę po­ro­zu­mie­waw­czym spoj­rze­niem.

- Boże - ję­czę. - Co jesz­cze knu­je­cie?

- Nie knu­jemy... Po­ma­gamy. - Isa­bella uśmie­cha się po­jed­naw­czo.

- Ofe­ru­jemy po­moc, cho­ciaż za­prze­czasz, że jej po­trze­bu­jesz - do­daje Gia.

Tak. Na pewno mnie w coś wra­biają.

- Chcemy cię z Gią umó­wić z na­szym wspól­nym zna­jo­mym, bo po pierw­sze, nic, tylko pra­cu­jesz, a po dru­gie, je­steś tu­taj nowa, więc przy­da­łoby się, że­byś ko­goś po­znała...

- Po pierw­sze - prze­drzeź­niam Isa­bellę - może nie chcę się z ni­kim spo­ty­kać. Fa­cet to kło­pot nie­wart za­chodu. A po dru­gie, mo­gła­bym po­znać mnó­stwo osób... gdy­bym tylko chciała.

- A to się nie wy­da­rzy. - Gia wy­bu­cha śmie­chem.

- Wy mi wy­star­cza­cie. - Igno­ruję ten ko­men­tarz. - Poza tym będę zbyt po­chło­nięta wła­snymi spra­wami, by my­śleć o rand­kach, związ­kach czy przej­mo­wać się czy­imiś uczu­ciami.

- Boże, Cami, kiedy zro­biła się z cie­bie taka nu­dziara? - ję­czy Gia żar­to­bli­wie, sztur­cha­jąc mnie w ra­mię.

- Nie je­stem nu­dziarą. Mam was. Mam nową pracę, któ­rej będę mu­siała się cał­ko­wi­cie po­świę­cić. W pierw­szych ty­go­dniach po prze­pro­wadzce będę mieć cał­kiem nowe miej­sce do ży­cia, które mu­szę po­znać nie jako tu­rystka, mu­szę wie­dzieć, gdzie są sklepy, ka­wiar­nie i tym po­dobne.

- To ta­kie eks­cy­tu­jące, że za­raz ze­mdleję - mam­ro­cze Isa­bella.

Uno­szę pa­lec, by ją uci­szyć.

- A kiedy za­tę­sk­nię za sek­sem, za speł­nie­niem, któ­rego nie dają cze­ko­lada ani spore ilo­ści wina, znajdę so­bie mi­łego fa­ceta i będę upra­wiać z nim seks, nie mar­twiąc się kom­pli­ka­cjami. - Wy­po­wia­dam to kłam­stwo, non­sza­lancko wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Jak wi­dać, nie­po­trzeb­nie mar­twi­cie się o moje ży­cie uczu­ciowe.

- A kiedy ostat­nio ko­goś mia­łaś, co? I cho­dzi mi te­raz o do­bry seks. - Gia krzy­żuje ręce na piersi i unosi brwi. - Przy­znaj sama, że mi­nęło tro­chę czasu.

- Tak bywa, kiedy po­sta­no­wisz od­po­cząć od fa­ce­tów - oświad­czam, a one wy­bu­chają bez­czel­nym śmie­chem.

- Wi­dzisz? I to był błąd! Mia­łaś od­po­cząć od dup­ków po­kroju Da­niela i Blake'a czy tego... jak mu tam, który cię zra­nił, o czym nie chcesz roz­ma­wiać. Nie od wszyst­kich fa­ce­tów! - kon­ty­nu­uje Gia. - Mia­łaś pe­cha, ale wiesz, ja­kie są plusy? Złą passę można prze­rwać.

A może ja się do tego po pro­stu nie na­daję.

Stało się. Było, mi­nęło. Co z tego, że po­tem zro­bi­łam się cał­ko­wi­cie ozię­bła? Że za­czę­łam od­py­chać od sie­bie lu­dzi?

- I wła­śnie dla­tego chcemy cię z kimś umó­wić. Wy­mówka, że miesz­kasz w Rzy­mie, już nie za­działa, bo bę­dziesz miesz­kać tu­taj, w tym sa­mym mie­ście co my. - Oczy Gii roz­bły­skują ni­czym oczy dziecka w skle­pie z cu­kier­kami. To spoj­rze­nie zdra­dza, że mam prze­ki­chane. Że już pod­jęły pewne kroki. Już po­czy­niły plany.

Boże, do­po­móż.

- Wie­lo­krot­nie wam mó­wi­łam, że sama so­bie do­sko­nale ra­dzę w tej dzie­dzi­nie i nie po­trze­buję po­mocy.

Na twarz Isa­belli wy­pływa le­niwy uśmiech.

- Mi­łość to nie to samo co seks. Rze­komo ogar­niasz to pierw­sze, w co nie wie­rzymy. To dru­gie u cie­bie nie ist­nieje, o czym wiemy.

- Bo tak wolę - kła­mię, go­towa umrzeć za to kłam­stwo.

- Świet­nie. - Gia się uśmie­cha. - Wła­śnie od tego masz nas. Ty sama się nie zde­cy­du­jesz.

Na­gle od­no­szę wra­że­nie, że wpa­dłam w pu­łapkę, któ­rej za­sta­wia­nia nie za­uwa­ży­łam.

- Mó­wię wam, że będę zbyt za­jęta na seks.

- Ja­sne. Tak ła­two się nie wy­wi­niesz. Poza tym obie­ca­łaś nam, że coś w tej spra­wie zro­bisz. To było trzy albo cztery mie­siące temu i nie po­sta­wi­łaś na­wet ma­łego kroku w tę stronę... Dla­tego twoje przy­ja­ciółki przy­by­wają ci na ra­tu­nek.

- Mam swoje po­wody. - Jest ich cała masa.

- Wszyst­kie mamy po­wody, ale wy­raź­nie pa­mię­tam pewną kon­kretną noc w Pa­ryżu. Kilka bu­te­lek wina. Wiel­kie wy­zna­nia. Chwilę, kiedy wzię­łaś głę­boki od­dech i oświad­czy­łaś, że po­trze­bu­jesz zmiany. Zmiany pracy. Zmiany sce­ne­rii. Zmiany w ży­ciu pry­wat­nym. Że mu­sisz być od­waż­niej­sza w kon­tak­tach ze świa­tem.

- Świat cię wy­słu­chał, Cami, i wła­śnie daje ci szansę - wtrąca Isa­bella.

Trudno się z nimi nie zgo­dzić. Taka roz­mowa rze­czy­wi­ście się od­była. Wy­szłam z niej na ga­zie i z de­ter­mi­na­cją, by prze­stać kryć się w cie­niu.

A tym­cza­sem da­lej to ro­bię.

- No to chwyć za jaja ten pro­blem... Albo ja­kie­goś fa­ceta - Gia pusz­cza do mnie oko - i za­baw się.

- Do­słow­nie i w prze­no­śni. - Isa­bella wy­bu­cha śmie­chem.

- Uch. - Za­my­kam oczy i marsz­czę nos ze świa­do­mo­ścią, że dziew­czyny mają ra­cję. - Do­bra. Niech bę­dzie. Zga­dzam się na włosy i buty. I na wyj­ście do lu­dzi. Ale czy mogę się tro­chę za­do­mo­wić, za­nim rzu­ci­cie mnie rand­ko­wi­czom na po­żar­cie? - Może to za­pewni mi tro­chę wię­cej czasu. A po­tem będę tak za­jęta po­dró­żo­wa­niem ze staj­nią, że i tak nie znajdę na to czasu.

Znów ucie­kasz, Cami, a prze­cież chwilę temu za­de­kla­ro­wa­łaś, że już nie bę­dziesz tego ro­bić. Ża­ło­sne.

Gia zerka na mnie z po­wąt­pie­wa­niem, jakby nie wie­rzyła w ani jedno moje słowo. Do­brze mnie zna.

- Czyli nowa fry­zura, ciu­chy do ob­ga­da­nia, kilka ran­dek w ciemno. Coś mi umknęło, Iso?

- Miesz­ka­nie. Znamy kilka miejsc, które by­łyby dla cie­bie ide­alne - oświad­cza Isa­bella.

- Już za­ła­twione - od­po­wia­dam. - Oglą­dam kilka miejsc ju­tro. Bio­rąc pod uwagę zdję­cia i od­le­głość do pracy, już pra­wie wiem, które miesz­ka­nie wy­najmę.

- O, im­po­nu­jące. Szybko dzia­łasz - mam­ro­cze Isa­bella. - Przy­naj­mniej na tym polu. - Mruga do mnie, a ja prze­wra­cam oczami, igno­ru­jąc jej ko­men­tarz.

- No cóż, albo to, albo słu­cha­nie w kółko od ro­dzi­ców, że po­win­nam za­miesz­kać z nimi. Ko­cham ich bar­dzo, ale... Nie.

- Miesz­ka­nie z ro­dzi­cami nie sprzyja bzy­ka­niu - do­daje Gia.

- To prawda - po­ta­kuje Isa­bella. - Ale i tak uwa­żam, że po­win­naś obej­rzeć też to, co zna­la­złam w swo­jej oko­licy.

- Do­brze, je­śli będę mu­siała. - Mó­wię to tylko po to, by ją uspo­koić, wcale nie chcę miesz­kać w cen­trum, gdzie nikt nie sy­pia, wszy­scy trą­bią, a głosy niosą się po oko­licy o każ­dej po­rze dnia i nocy.

- No to kiedy wra­casz, że­by­śmy mo­gły za­cząć wszystko pla­no­wać? - pyta Gia, zde­ter­mi­no­wana, by wpro­wa­dzić w ży­cie ma­giczną me­ta­mor­fozę Ca­milli Mo­retti.

- Mu­simy umó­wić ją w The Sa­lon do Ge­no­vese - pod­po­wiada Isa­bella. Do­sko­nale wie, co jest modne. - I do Va­len­tiny na za­bieg.

- A moim zda­niem naj­pierw po­win­ny­śmy umó­wić ją z Hun­te­rem. Roz­ta­cza taką samą aurę co Cami. Sztywny luz. - Gia wy­bu­cha śmie­chem. Za­cho­wują się tak, jakby mnie tu nie było.

- Hun­ter. Po­tem Ar­chie. Na­stęp­nie Paddy. Musi mieć wy­bór. Silne, nie­za­leżne ko­biety lu­bią mieć wy­bór.

- Gdzie to wino? - mam­ro­czę, oglą­da­jąc się przez ra­mię za kel­nerką. Na­sze kie­liszki są już pra­wie pu­ste, a ja będę po­trze­bo­wała kilku rund, aby prze­trwać ten wie­czór.

Kiedy od­wra­cam się do sto­lika, dziew­czyny uśmie­chają się do mnie głu­pio.

- To może ty spraw­dzisz, co z na­szymi drin­kami, a ja i Gia za­pla­nu­jemy cał­ko­witą re­wo­lu­cję w twoim ży­ciu.

- Za­czyna mnie bo­leć głowa - stę­kam.

- Wino po­może. - Gia pusz­cza do mnie oko. - Bę­dziemy się świet­nie ba­wić.

Pró­bują przy­bić ze mną piątkę, a ja wstaję i zmie­rzam w kie­runku baru.

Za­pla­no­wały tę za­sadzkę.

Nie uwie­rzę, że było ina­czej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 2

Riggs

KĄTEM OKA DO­STRZE­GAM BARWNĄ PLAMĘ.

Nie są to ki­bice. Ani re­klamy. Ani też sza­rość bandy.

Ta barwna plama się po­ru­sza, kiedy wy­strze­li­wuję z pola star­to­wego w kie­runku pierw­szego wi­rażu.

- Gar­cia jest dwa koma je­den za nami - mówi mi Pierre do ucha, kiedy wci­skam gaz do de­chy, cze­ka­jąc, aż ktoś za­rzuci mi, że prze­sa­dzam.

Ale nikt tego nie mówi.

W ra­diu ani słowa.

Wie­dzą, że po­trze­bu­jemy tej wy­gra­nej.

Mu­simy wy­grać.

Od­pusz­czam nieco gaz, kiedy wcho­dzę w za­kręt - nie­mal czuję, że Gar­cia dep­cze mi po pię­tach - po czym znów wci­skam go do de­chy, moje kciuki la­tają nad przy­ci­skami kie­row­nicy.

Jesz­cze cztery okrą­że­nia.

Cztery okrą­że­nia po­wstrzy­my­wa­nia tego skur­wiela.

- Opony - mó­wię, pró­bu­jąc wyjść z za­krętu. Przez cały pie­przony dzień wal­czę, by utrzy­mać się na pro­wa­dze­niu. - Chyba...

- Nie da rady.

Ro­bię gry­mas, wy­cho­dząc z ko­lej­nego za­krętu - ręce i kark mam ze­sztyw­niałe - i pró­bu­jąc utrzy­mać jak naj­więk­szy dy­stans po­mię­dzy sobą a Gar­cią.

Na­le­żało zmie­nić opony.

Po­wie­dzia­łem o tym Pierre'owi jesz­cze w bok­sie. Uznał, że nie trzeba. Wi­dzi wszyst­kie po­miary - ma całą je­baną ekipę od tego - ale to ja sie­dzę za kół­kiem. To ja czuję, jak wi­brują. Śli­zgają się. Nie za­cho­wują tak, jak po­winny.

I te­raz to moje ciało płaci za tę zjebę.

Oby nie kosz­to­wało nas to ca­łego wy­ścigu.

Po­trze­bu­jemy tej wy­gra­nej.

Kurwa, po­trze­bu­jemy po­dium.

Ja­kich­kol­wiek punk­tów. Bo­nu­sów od spon­so­rów.

Po­trze­bu­jemy kasy. Bez kasy nie wy­gramy.

Wszy­scy mamy ta­kie same sa­mo­chody, ale to dzięki ka­sie świat kręci się wo­kół nich.

- Do­bra ro­bota - chwali mnie Pierre szorst­kim, lecz ko­ją­cym to­nem. - Już dwa koma osiem. Mu­simy po­ci­snąć na tym okrą­że­niu. Spró­buj po­wal­czyć o prze­strzeń w tym sek­to­rze.

- Ja­sne. - Mój głos wi­bruje, kiedy prze­cią­że­nie wbija mnie w fo­tel z każ­dym ki­lo­me­trem, z któ­rym przy­spie­szam.

To już trzy­na­sta pę­tla, a ja wciąż od­twa­rzam w gło­wie na­stępne kroki, roz­ry­so­wuję so­bie, co mu­szę zro­bić.

Od­pu­ścić na na­stęp­nej szy­ka­nie. Ostry skręt w lewo. Po­tem sze­rzej i de­li­katna ser­pen­tyna. A po­tem banda, która przy­zywa każdy sa­mo­chód, by otarł się o nią tuż przed wą­skim pa­sa­żem, gdzie trzeba wcho­dzić po­je­dyn­czo.

Je­śli uda się to ogar­nąć, wy­prze­dza­jąc Gar­cię, bę­dzie cał­kiem nie­źle.

- Ci­śnij. Ci­śnij. Ci­śnij - za­chęca mnie Pierre.

Śle­dzi wskaź­niki. Wie, co się roz­grzewa, wie, co może pęk­nąć. To moje oczy, uszy, mój prze­wod­nik.

Su­mie­nie na to­rze, któ­rego nie chcę, ale bez któ­rego nie po­tra­fię się obejść.

Za­ci­skam palce na kie­row­nicy i wal­czę z za­krę­tem, opony skwier­czą, kiedy po­ko­nuję ser­pen­tynę.

- Masz go po pra­wej. Jest co­raz bli­żej.

Kurwa.

Da­waj, Riggs. Da­waj, da­waj, da­waj.

Sku­piam się na za­da­niach, które są dla mnie jak druga skóra. Umie­jęt­no­ści wy­ćwi­czone do per­fek­cji, nie­mal in­stynk­towne po wielu go­dzi­nach spę­dzo­nych na stu­dio­wa­niu i wy­czu­wa­niu każ­dej pier­do­lo­nej krzy­wi­zny tego toru.

Ko­lejny za­kręt, ostro w prawo. Blo­kują się ha­mulce. Pisk opon. Dym. Drże­nie kół.

Kurwa. Pró­buję wal­czyć, zjeż­dżam ze swo­jego toru, ale od­zy­skuję kon­trolę.

- Koma osiem.

- Przy­ją­łem. - Pa­nuję nad sa­mo­cho­dem, puls mi sza­leje, ad­re­na­lina krąży w ży­łach.

Wcho­dzę w na­stępną pro­stą, po­trze­buję po­nad se­kundy prze­wagi nad Gar­cią, aby za­blo­ko­wać mu DRS. Nie po­zwolę, żeby ten skur­wiel mnie wy­prze­dził.

Wcho­dzimy w na­stępny za­kręt, a gdy zwal­niam, Gar­cia pró­buje wy­prze­dzić mnie po ze­wnętrz­nej. Blo­kuję go i przy­spie­szam gwał­tow­nie, by po­więk­szyć dy­stans po­mię­dzy nami.

- Ci­śnij, Riggs.

Spier­da­laj, Pierre. Je­stem za­jęty.

Nie po­wi­nie­nem tak my­śleć, kiedy zmu­szam sa­mo­chód do pracy po­nad siły.

- Je­den koma je­den.

Wy­daję wes­tchnie­nie ulgi. Utrzy­mam się. Wy­gram ten pier­do­lony wy­ścig. Będę...

Sa­mo­chód za­czyna się trząść, prze­cią­że­nie się zwięk­sza. Kon­tro­lki na kie­row­nicy roz­bły­skują. Bo­lid zwal­nia.

Obok mnie prze­la­tuje Gar­cia. Po­tem Mont­pier.

- Pierre! - krzy­czę do mi­kro­fonu, choć wiem, że nic się nie da zro­bić.

Sil­nik wy­buchł. Jest ugo­to­wany.

Prze­gra­łem wy­ścig.

Kurwa.

To jedno słowo od­twa­rza się w mo­ich my­ślach w pę­tli, kiedy wi­dzę pod­nie­sioną flagę.

Kiedy wy­sia­dam z sa­mo­chodu.

Kiedy ob­sługa usuwa go z toru.

Kiedy prze­cho­dzę przez pa­dok, za­trza­skuję za sobą drzwi do swo­jej klitki i krążę po niej, pró­bu­jąc po­zbyć się nad­miaru ener­gii, która zżera mnie żyw­cem.

Je­stem tak bli­sko. Tak cho­ler­nie bli­sko, że wręcz czuję smak. Bli­sko zwy­cię­stwa. Przej­ścia do F1, tym ra­zem na dłu­żej. Za­ro­bie­nia kasy, którą zdo­łam za­trzy­mać, za­miast prze­lać ją z po­wro­tem w sport, który ko­cham i któ­rego nie­na­wi­dzę. Ko­cham, bo jak można go nie ko­chać? Nie­na­wi­dzę, bo choć­bym miał nie wia­domo jaki ta­lent, nie jest ła­two dać się za­uwa­żyć, gdy ma się pod­rzędny sprzęt: sa­mo­chody, sil­niki, wspar­cie.

Tylu mo­ich zna­jo­mych, z któ­rymi ści­ga­łem się jesz­cze go­kar­tami, już tam do­tarło, speł­niają swoje ma­rze­nia na szczy­cie pi­ra­midy spor­tów mo­to­ro­wych. A ja wciąż do nich nie do­łą­czy­łem.

Mia­łem szansę. Szansę, która na­de­szła i prze­mi­nęła, na za­wsze po­zo­sta­wia­jąc przy­pis przy moim na­zwi­sku.

Ści­skam pal­cami grzbiet nosa i za­ci­skam mocno po­wieki, igno­ru­jąc wia­do­mo­ści przy­cho­dzące na te­le­fon, który zo­sta­wi­łem w ką­cie.

Mój agent.

Mama.

Przy­ja­ciele.

Su­per. Świet­nie ci po­szło.

Świetny wy­ścig.

Wtopa z tym sil­ni­kiem.

Na­stęp­nym ra­zem się uda.

Nie mu­szę ich czy­tać, żeby wie­dzieć, co w nich jest. Żeby wie­dzieć, że są utrzy­mane w po­zy­tyw­nym, wspie­ra­ją­cym i tym po­dobne to­nie.

To ostat­nie, czego mi trzeba, kiedy je­stem za­jęty bi­czo­wa­niem się z po­wodu tego, co się wła­śnie stało. Z po­wodu tego ca­łego szajsu, który się na mnie za­raz zwali.

Pu­ka­nie do drzwi, które się otwie­rają. Fon­tina za­gląda do środka.

- Kon­fe­ren­cja.

- Bar­dzo jest źle?

- W ja­kim sen­sie? W tym, że otar­łeś się opo­nami o Bick­mana, który wbił się w bandę?

- Je­cha­li­śmy koło przy kole. Nie moja wina, że ko­leś ma pro­blemy z wi­dze­niem prze­strzen­nym. Kurwa, prze­strze­ga­łem za­sad. Mia­łem prze­wagę. Mia­łem pierw­szeń­stwo.

Unosi brwi i mru­czy "hmm".

Świet­nie. Wła­śnie to chcia­łem usły­szeć.

- Nic mu nie jest, prawda? To się nie zmie­niło? - py­tam, na co Fon­tina kręci głową. - Świet­nie. Ta­kie są wy­ścigi. I tyle. Cho­ler­nie do­brze wiesz, że zro­biłby to samo mnie w od­wrot­nej sy­tu­acji.

Prze­wraca oczami, w któ­rych ma­luje się po­waga.

- Ofi­cjalne sta­no­wi­sko dla prasy. To była świetna próba. Pro­blemy z sil­ni­kiem zo­stały zdia­gno­zo­wane i będą na­pra­wione. Pod­kreśl, że ni­gdy w ni­kogo ce­lowo nie wje­cha­łeś i że przej­rzysz na­gra­nia, bo je­steś pe­wien, że dzięki temu na­uczysz się cze­goś no­wego i po­pra­wisz.

- Za­raz... - Na­kła­dam fir­mową cza­peczkę, kiedy do­cie­rają do mnie jej ostat­nie słowa. - To wła­śnie mó­wią? Że ce­lowo we­pchną­łem go na bandę?

Do kurwy nę­dzy.

Fon­tina wzru­sza ra­mio­nami.

- Nie ukry­wasz, że nie ma mię­dzy wami sym­pa­tii.

- Ale ni­gdy nie prze­niósł­bym tego na tor!

- Ja to wiem. Ty to wiesz. Pu­blicz­ność my­śli, co chce.

- Za­je­bi­ście - mam­ro­czę.

- Tylko po­zy­tywne my­śli, Riggs. Tylko po­zy­tywne my­śli i sze­roki uśmiech.

- Chyba szpilki i ko­ron­kowa bie­li­zna - par­skam.

- Naj­waż­niej­sze, żeby dzia­łało, ale in­spi­ra­cji nie do­star­czam.

- Nie wie­dzia­łem, że jest taka opcja!

- Mą­drala! - Ma­cha na mnie ręką. - Idziemy.

Wy­daję nie­chętne stęk­nię­cie, ale idę za nią do sali kon­fe­ren­cyj­nej. To ostat­nie, na co mam ochotę, na co ochotę ma każdy, kto nie ukoń­czył wy­ścigu. I praw­dziwe prze­kleń­stwo mo­jego ży­cia w ostat­nich mie­sią­cach.

- Pierw­sze krze­sło po pra­wej - wska­zuje mi miej­sce Fon­tina, po czym do­daje: - Tylko po­zy­tywne my­śli.

Upi­jam łyk wody z bu­telki i zmie­rzam na swoje miej­sce. Sy­pią się nudne py­ta­nia do mo­ich ry­wali. O prze­my­śle­nia na te­mat ich prze­jaz­dów. Ich na­dziei na ten se­zon. Po­tem nad­cho­dzi moja ko­lej.

- Riggs, ostat­nio wię­cej mówi się o two­jej nie­kon­se­kwen­cji i nie­sta­bil­nej for­mie, a także lek­ko­myśl­no­ści na to­rze. Mo­żesz to ja­koś sko­men­to­wać? - pyta re­por­ter.

- Ci, któ­rzy tak mó­wią, po­winni wsiąść za kółko, gdzie ktoś do ucha na­ka­zuje ci je­chać jak naj­szyb­ciej, aby wy­grać wy­ścig, ale nie mo­żesz przy tym prze­cią­żyć sil­nika i mu­sisz wi­dzieć, że opony ry­wala o włos mi­jają twoje. Sil­niki się psują. Bo­lidy się zde­rzają. Różne rze­czy się dzieją. Z ja­kie­goś po­wodu nie­wiele osób za­cho­dzi tak da­leko, to nie jest ła­twy sport.

- Czyli mó­wisz, że dzi­siej­szy wy­buch sil­nika był twoją winą?

- Mó­wię, że je­ste­śmy dru­żyną i wszy­scy po­no­simy winę, kiedy coś idzie źle, tak jak wszy­scy zbie­ramy po­chwały, kiedy od­no­simy suk­cesy. - Bro­nię marki, mimo że je­stem na­prawdę wku­rzony, bo te same cho­lerne pro­blemy z sil­ni­kiem po­wtó­rzyły się w czte­rech z ostat­nich sze­ściu wy­ści­gów.

- W ra­diu sły­chać było roz­mowy o zmia­nie opon - wtrąca inny re­por­ter.

- No i? - Uwa­żam na słowa. Nie pa­mię­tam wy­miany zdań z Pierre'em. A od­była się pu­blicz­nie. Mogę tylko mieć na­dzieję, że co­kol­wiek po­wie­dzia­łem, nie zo­sta­nie wy­ko­rzy­stane prze­ciwko mnie.

- Wy­da­wało się, że je­steś roz­ża­lony de­cy­zją, aby tego nie ro­bić.

Śmieję się lekko i kręcę głową. Za­graj w tę grę, Riggs. Wy­ma­rzony ko­niec to przej­ście z For­muły 2 do For­muły 1. Py­sko­wa­nie (tak jak lu­bisz) jest wy­klu­czone.

- Mogę mieć swoje opi­nie, ale to cała ekipa przy­go­to­wuje dla mnie sa­mo­chód. To ci lu­dzie naj­le­piej wie­dzą, co zro­bić, i dla­tego to oni po­dej­mują de­cy­zję. Praca ze­spo­łowa to je­dyna droga do suk­cesu w tym spo­rcie. - Od­chrzą­kuję i uno­szę brwi w gry­ma­sie su­ge­ru­ją­cym, że­by­śmy skoń­czyli już ten te­mat. Słynę z nie­szcze­gól­nej mi­ło­ści do upier­dli­wych py­tań.

- Nie to po­wie­dzia­łeś przez ra­dio.

- To była trudna chwila. Mnó­stwo ad­re­na­liny. Zda­rza się. Moja ekipa wie, że sza­nuję ją i jej opi­nie. Osta­tecz­nie tylko to ma zna­cze­nie.

- A Bick­man?! - woła ktoś z tyłu sali.

- Cie­szę się, że nic mu nie jest. Wszy­scy uni­kamy wy­pad­ków, nie chcemy ich po­wo­do­wać. Mówi się cza­sami przez ra­dio rze­czy, któ­rych się ża­łuje, po­dob­nie jest z jazdą po to­rze. Ze­tknę­li­śmy się opo­nami. Rów­nie do­brze to ja mo­głem wy­lą­do­wać na ban­dzie i to jego py­ta­li­by­ście, dla­czego mnie tam po­słał. Ta­kie rze­czy się zda­rzają. - Uśmie­cham się i wstaję, bo mam już dość.

- Riggs ma dzi­siaj mało czasu - wtrąca Fon­tina.

- Jesz­cze jedno py­ta­nie, Riggs - roz­lega się głos, który znam aż za do­brze. Har­lan Flan­ders. Do kurwy nę­dzy. - My­ślisz, że twoje nocne wy­bryki miały wpływ na twój dzi­siej­szy wy­nik?

Co on pier­doli?

Nie­ru­cho­mieję i mie­rzę re­por­tera spoj­rze­niem spode łba.

- Cho­dzi o ko­la­cję ze spon­so­rami sprzed dwóch dni?

- Nie. O chla­nie w klu­bie i tańce na sce­nie.

Wy­bu­cham śmie­chem. Pier­do­lony ku­tas. Pró­buje wmó­wić opi­nii pu­blicz­nej, staj­niom F1, mo­jej wła­snej cho­ler­nej eki­pie, że nie trak­tuję tego wszyst­kiego po­waż­nie.

Pró­buje mi za­szko­dzić plot­kami.

- Je­śli ten klub nie mie­ścił się w mo­jej sy­pialni, to mnie tam nie było. Ale gdy­bym tam był, hi­po­te­tycz­nie, jak prze­ło­ży­łoby się to na dzi­siej­szą usterkę sil­nika?

- Ty mi po­wiedz - pro­wo­kuje mnie jak ża­den inny dzien­ni­karz. W su­mie nic dziw­nego, skoro nie­świa­do­mie ukra­dłem mu dziew­czynę kilka mie­sięcy temu. No nie do końca ukra­dłem... Po­ży­czy­łem. Nie wcho­dzę w dłu­gie związki, ich dłu­gość mie­rzę w dniach.

Gdy­bym wtedy wie­dział, że igram z ogniem, na pewno bym się z nią nie prze­spał.

Skąd mia­łem wie­dzieć, że są ra­zem? Uwie­rzy­łem jej na słowo, kiedy po­wie­działa, że ni­kogo nie ma.

Chciała mnie po­de­rwać.

Za­re­ago­wa­łem.

Za­ba­wi­li­śmy się. I tyle. Już o tym za­po­mnia­łem.

A on naj­wy­raź­niej nie, bo to ko­lejna taka sy­tu­acja.

Wy­krzy­wiam usta w uśmieszku mó­wią­cym "pier­dol się".

- Masz ja­kieś praw­dziwe py­ta­nie, Flan­ders?

- Prze­cią­ży­łeś sa­mo­chód. Za bar­dzo ry­zy­ku­jesz na to­rze.

A twoja dziew­czyna świet­nie robi la­skę. Naj­lep­szy jest ten trik, kiedy de­li­kat­nie wy­kręca nad­gar­stek i trąca ku­tasa ję­zy­kiem.

Uno­szę brwi w od­po­wie­dzi, lu­dzie w sali za­czy­nają krę­cić się na krze­słach, wy­czu­wa­jąc, że tu cho­dzi o coś wię­cej niż zwy­kła wy­miana zdań pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej.

Nic dziw­nego, skoro ten zjeb przy­pier­dala się do mnie od kilku ty­go­dni.

- Być może przy­czyną jest fakt, że za kie­row­nicą nie my­ślisz ja­sno i nie po­tra­fisz się skon­cen­tro­wać - do­daje Flan­ders.

Mój uśmiech staje się lo­do­waty.

- Trak­tuję swoją pracę i osoby, które za­in­we­sto­wały we mnie swój czas i pie­nią­dze, bar­dzo po­waż­nie. Li­czy się dla mnie tylko opi­nia wła­ści­cieli, mo­jej stajni i fa­nów. Twoja ani tro­chę. Je­śli pró­bu­jesz się w ten spo­sób wdra­pać na szczyt, to wdra­puj się po ple­cach ko­goś in­nego.

Wstaję, wbi­jam wzrok w ciem­ność tam, gdzie sie­dzi ten zjeb, i uśmie­cham się sze­roko, po czym wy­cho­dzę z sali od­pro­wa­dzany przez wiele mó­wiące spoj­rze­nie Fon­tiny. Spoj­rze­nie, które ozna­cza, że moja spe­cja­listka PR bę­dzie mu­siała po mnie po­sprzą­tać.

- No co? - py­tam, kiedy idziemy ko­ry­ta­rzem, a ona pró­buje za mną na­dą­żyć na tych swo­ich krót­kich nóż­kach.

- Je­śli mu­sisz py­tać, to zna­czy, że już wiesz.

- To zjeb. Uwziął się na mnie. Ty to wiesz. Ja to wiem. Je­stem prze­ko­nany, że ki­bice też się do­my­ślają, bio­rąc pod uwagę, jak się mnie cze­pia.

- Na to wy­gląda, ale i tak przy­jaź­nimy się z prasą - od­po­wiada, po czym kle­pie mnie po ra­mie­niu.

Wiem, do kurwy nę­dzy. Prasa może cię stwo­rzyć i może cię znisz­czyć. Na­wa­li­łem mnó­stwo razy w trak­cie swo­jej ka­riery, ale wiem, kto płaci za to, co wkła­dam do garnka.

Staj­nia. Prasa. Ki­bice. Me­dia spo­łecz­no­ściowe.

- Pró­bo­wał mnie spro­wo­ko­wać. Nie da­łem się. Po­win­naś być za­chwy­cona moim opa­no­wa­niem.

- To za­leży, czy re­por­te­rom na ze­wnątrz po­wiesz coś wię­cej niż "bez ko­men­ta­rza", kiedy bę­dziesz szedł na par­king.

- Za­leży, kto tam bę­dzie - żar­tuję.

- Po­wiem to tylko ten je­den raz: li­czę na to, że ktoś w ko­ron­ko­wej bie­liź­nie i szpil­kach, bo czymś byś się za­jął.

- Nie na­rze­kał­bym.

Fon­tina prze­wraca oczami i chwieje się te­atral­nie, gdy lekko ją sztur­cham. Jest moją rzecz­niczką z ra­mie­nia Sta­rOne Ra­cing od kilku lat, ale trak­tuję ją tro­chę jak młod­szą sio­strę. Jest py­skata. Nie ma cier­pli­wo­ści do głu­poty. I war­czy na mnie, kiedy trzeba.

- Mam po­mysł - mru­czę.

- Nie po­doba mi się, kiedy wpa­dasz na ja­kiś po­mysł. Głów­nie dla­tego, że za­zwy­czaj to coś sza­lo­nego, pro­wo­ka­cyj­nego i po­tem to ja mam kło­poty.

A moja sława ro­śnie, bo moje wy­bryki stają się wi­ra­lem.

Nie­ważne, co mó­wią, byle mó­wili.

- To nic sza­lo­nego. Może tylko na­de­szła pora na nowy fil­mik.

- Masz na my­śli ko­lejną wi­zytę za ku­li­sami uza­leż­nie­nia Spen­cera Rig­gsa od ad­re­na­liny?

- Do­kład­nie tak. - Bły­skam uśmie­chem, który pod­bił serce już wielu ko­biet i który roz­pina sta­niki bez py­ta­nia.

Na Fon­tinę to nie działa.

Raz pró­bo­wa­łem.

Cie­szę się, że nie za­dzia­łało.

- Świet­nie. Udam, że tego nie sły­sza­łam. - Za­krywa rę­kami uszy.

- Co? To ty mi po­mo­głaś z ostat­nim.

- Cho­dzi ci o fil­mik, na któ­rym roz­pacz­li­wie pró­buję wy­per­swa­do­wać ci skok ze spa­do­chro­nem? Nie po­ma­ga­łam ci stwo­rzyć wi­ralu. Chcia­łam utrzy­mać cię przy ży­ciu.

Uno­szę ręce po bo­kach.

- Prze­ży­łem. - Znów prze­wraca oczami. - Poza tym czy wy­ska­ki­wa­nie z sa­mo­lotu ze spa­do­chro­nem na ple­cach na­prawdę jest bar­dziej ry­zy­kowne niż jazda po to­rze z pręd­ko­ścią trzy­stu ki­lo­me­trów na go­dzinę?

Zerka na mnie py­ta­jąco.

- Wiesz, że w pew­nym mo­men­cie twój kon­trakt zo­sta­nie po­pra­wiony i do­pi­szą w nim pa­ra­graf za­bra­nia­jący ci po­dej­mo­wa­nia ja­kie­go­kol­wiek ry­zyka poza to­rem?

Bły­skam uśmie­chem.

- Do­brze, że mó­wisz. Czyli mu­szę spró­bo­wać wszyst­kiego, za­nim to się sta­nie.

Wy­daje sfru­stro­wane jęk­nię­cie.

- Ale ty mnie wku­rzasz.

- Świet­nie. Na taki efekt li­czy­łem. - Ła­two ją wku­rzyć.

- Tylko spró­buj się nie za­bić, do­bra?

- Każ­dego dnia pró­buję. - Wzru­szam ra­mio­nami, a ona kręci głową.

- Do zo­ba­cze­nia, Riggs. Trzy­maj się z dala od kło­po­tów, pro­szę.

- Wiesz, że nie mogę ci tego obie­cać. - Sa­lu­tuję jej prze­kor­nie, po czym skrę­cam do swo­jej przy­czepy i na­gle za­mie­ram.

Cza­sami tak ła­two zi­gno­ro­wać to, co roz­po­ściera się przede mną.

Tor i try­buny.

Lu­dzi - ki­bi­ców, pra­cow­ni­ków toru, re­por­te­rów - prze­cha­dza­ją­cych się w po­bliżu.

Dru­żyny pra­co­wi­cie uwi­ja­jące się w ga­ra­żach i na pa­doku, roz­kła­da­jące to wszystko, co przy­wio­zły, aby zbu­do­wać małe mia­steczko ist­nie­jące tylko przez ty­dzień.

Wra­cam my­ślami do cza­sów dzie­ciń­stwa. Kiedy sie­dzia­łem na ra­mio­nach taty. By­łem czę­ścią cze­goś tak wiel­kiego przy ca­łej swo­jej na­iw­no­ści. Nie mia­łem po­ję­cia o skali przed­się­wzię­cia.

A te­raz je­stem tu­taj. Na­prawdę tu je­stem.

No... Pra­wie.

Tu, gdzie pra­gnie być tak wiele osób. Tak bli­sko ma­rze­nia. Tak bli­sko na­stęp­nego po­ziomu, że nie­mal czuję jego smak.

Po­ra­dzę so­bie ze wszyst­kimi Flan­der­sami tego świata, o ile tylko do­trę na szczyt.

Lata na go­kar­tach. Dłu­gie tre­ningi. Od­kła­da­nie wszyst­kiego in­nego w po­goni za ma­rze­niem. Roz­pacz i żal to­wa­rzy­szące każ­demu kro­kowi na­przód i dwóm kro­kom w tył. Że­bra­nie, po­ży­cza­nie, kra­dzieże, aby zna­leźć środki. Aby od­dać ho­nor na­zwi­sku, które no­szę z dumą. Stać się czę­ścią tej ca­ło­ści.

Spen­cer Riggs. Kie­rowca For­muły 1. Tylko dwu­dzie­stu kie­row­ców na świe­cie nosi ten ty­tuł.

To moje ma­rze­nie. Po­czuć ryk tego sil­nika pod sobą, po­czuć żar na­wierzchni, usły­szeć skan­do­wa­nie tłumu w nie­dzielne po­po­łu­dnie na to­rze wy­prze­da­nym do ostat­niego miej­sca, kiedy prze­kra­czam li­nię mety.

Osią­gnę to. Mu­szę.

Bę­dziesz ze mnie dumny, tato.

To cho­ler­nie długa droga - mor­dęga - ale nie za­trzy­mam się, bo chcę, byś był ze mnie dumny.

Roz­dział 1

Ca­milla

MOJE BUTY SKRZY­PIĄ NA ŚLI­SKICH POD­ŁO­GACH głów­nej sie­dziby Mo­retti Mo­tor­sports. Ko­ry­tarz po­mię­dzy re­cep­cją a biu­rem taty jest jak prze­wod­nik po na­szej hi­sto­rii w F1, od lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku aż do dzi­siaj. Na ścia­nach wi­szą fo­to­gra­fie. Staj­nie z każ­dego rocz­nika. Za­kon­trak­to­wani kie­rowcy. Zwy­cię­stwa.

Prze­cho­dzę po­woli przez to niby-mu­zeum, przy­glą­dam się zdję­ciom i prze­ży­wam po­now­nie uwiecz­nione na nie­któ­rych z nich mo­menty. Mo­menty, które za­pa­dły w pa­mięć mło­dej dziew­czy­nie. Sie­dze­nie na ra­mio­nach nonno, kiedy prze­cha­dzał się po pa­doku. Cho­wa­nie się za no­gami taty na spo­tka­niach z kie­row­cami. Kie­rowcy Mo­retti na po­dium i moje obawy, że po­chla­pie mnie szam­pan, upiję się nim i wpadnę w ta­ra­paty.

Czuję go tu­taj obok, w tych ko­ry­ta­rzach. Czuję obec­ność mo­jego nonno. Jego sze­roki uśmiech i dud­niący śmiech. Kwa­śny smak cy­try­no­wych drop­sów, które wy­kra­da­łam mu z kie­szeni. Po­chy­lał się ku mnie i szep­tał mi wy­ja­śnie­nia do ucha, że­bym coś zro­zu­miała. Moja drobna dłoń zni­kała w jego dłoni. Sły­szę jego na­je­żone prze­kleń­stwami ty­rady, kiedy bo­lid wbi­jał się w bandę albo wpa­dał w po­ślizg na szy­ka­nie. Wi­dzę, jak po wy­ścigu uno­sił do kie­row­ców kie­li­szek w ge­ście to­a­stu.

Na moją twarz wy­pływa mi­mo­wolny uśmiech, ile­kroć o nim my­ślę. O tym męż­czyź­nie, który za­ło­żył na­sze ro­dzinne im­pe­rium. Na pewno nie przy­szłoby mu do głowy, że for­tuna zbita na oli­wie przez jego ojca - a mo­jego pra­dziadka - po­zwoli na za­ło­że­nie i roz­wój stajni wy­ści­go­wej For­muły 1, która znie­sie próbę czasu.

Na­wet je­śli znie­sie ją z tru­dem.

Tyle lat. Tyle wspo­mnień.

W końcu pod­cho­dzę do zdjęć z tego roku, kiedy prze­sta­łam śle­dzić wy­ścigi. Z tego lata, które spra­wiło, że cał­ko­wi­cie po­rzu­ci­łam F1.

Zwal­niam i przy­glą­dam się fo­to­gra­fiom. Pró­buję po­wstrzy­mać falę wspo­mnień, które po­grze­ba­łam głę­boko, lecz na­dal wy­czu­wam je pod stward­niałą tkanką blizn.

- To było wspa­niałe lato, co nie? - Na końcu ko­ry­ta­rza roz­lega się głos mo­jego ojca, który po­woli idzie w moją stronę. La­ska w jego dłoni to coś no­wego, coś, na czym sta­ram się nie kon­cen­tro­wać, na­wet je­żeli trudno mi na to pa­trzeć.

Pod­no­szę wzrok na zdję­cie, na które pa­trzy tata, i się uśmie­cham.

- Twoje ostat­nie lato przed wy­jaz­dem na uni­wer­sy­tet w Sta­nach. Osiem miejsc na po­dium tego roku. Szansa na mi­strzo­stwo. Pa­mię­tam, jakby to było wczo­raj.

Ja rów­nież. A chcia­ła­bym za­po­mnieć.

- Nic z tego nie pa­mię­tam - mó­wię szcze­rze, na­wet je­śli kła­mię w kwe­stii po­wo­dów. - By­łam taka za­jęta, za­czy­na­łam stu­denc­kie ży­cie, wal­czy­łam z tę­sk­notą za do­mem, sta­ra­łam się przy­swoić ame­ry­kań­ski styl ro­bie­nia wszyst­kiego - pró­bo­wa­łam upo­rać się ze wszyst­kim, co się stało - że szcze­rze mó­wiąc, śle­dze­nie po­stę­pów stajni w tam­tym roku nie było dla mnie prio­ry­te­tem.

- W na­stęp­nych la­tach też nie - do­daje tata bez złych in­ten­cji, aż w końcu za­trzy­muje się przede mną, kła­dzie dłoń na moim ra­mie­niu i przy­ciąga mnie do sie­bie. Ca­łuje mnie w czu­bek głowy, jak wtedy, gdy by­łam mała. Na tym się sku­piam, na uczu­ciu, że mój bo­ha­ter jest obok mnie, na tym, że te­raz po­trze­buje la­ski. Nie na tym, że wy­daje się fi­zycz­nie słab­szy, niż kiedy po­przed­nio mnie obej­mo­wał.

- Tak to bywa z dziećmi, prawda?

Po­ta­kuje.

- Ow­szem. Ru­sza­nie na pod­bój świata to na­tu­ralna ko­lej rze­czy, co wcale nie zna­czy, że ro­dzi­com jest ła­twiej, gdy to się dzieje. Mógł­bym ty­siąc razy po­wie­dzieć ci, jak bar­dzo je­stem z cie­bie dumny, ale ni­gdy nie zdo­łam una­ocz­nić ci ogromu tej dumy.

Choć roz­ko­szuję się jego sło­wami, od­py­cham od sie­bie to­wa­rzy­szącą im me­lan­cho­lię. Uśmie­cham się i wtu­lam w ojca, szczę­śliwa, że mogę to zro­bić.

- Kurde, wiem, do kogo się zgło­sić, gdy­bym po­trze­bo­wała pod­ra­to­wać swoje ego.

- Za­wsze do usług. - Od­suwa się i pusz­cza do mnie oko. - Chodź. Chcę z tobą omó­wić parę spraw.

- Po­win­nam się bać? - żar­tuję.

- Nie - za­pew­nia mnie z uśmie­chem, kiedy zmie­rzamy do jego biura.

- Nie. Na pewno?

- Na pewno.

Okna na całą ścianę wy­cho­dzą na za­ple­cze Mo­retti Mo­tor­sports. Główna część bu­dynku ma otwarty plan, wi­dać każde pię­tro. Dział kon­struk­cji. Mar­ke­ting. Dział szko­le­niowy. PR. Lo­gi­styka. Dzie­siątki kwe­stii, które trzeba za­ła­twiać co­dzien­nie, aby staj­nia dzia­łała i po­zo­sta­wała w szczy­to­wej for­mie.

- Duży ruch - mó­wię, od­wró­ciw­szy się ple­cami do ca­łej ar­mii lu­dzi. Sia­dam po dru­giej stro­nie biurka taty. Jego dło­nie drżą, ale tego nie ko­men­tuję.

- Dużo pracy. Bar­dzo dużo. Za­po­wiada się nie­zły rok, są­dząc po pierw­szych wy­ści­gach. - Uśmie­cha się. - Z dru­giej strony każdy se­zon tak się za­czyna, prawda?

- Co mó­wił nonno? Nowe opony, czy­ste bandy i uta­len­to­wani kie­rowcy to wszystko, czego nam trzeba.

- Prawda. Święta prawda. - Uśmie­cha się lekko na myśl o swoim ojcu. Praw­dziwy gi­gant w na­szym ży­ciu i w spo­rcie. - Oby bo­go­wie wy­ści­gów za­pew­nili nam to wszystko w tym se­zo­nie.

- Ale... - po­na­glam go. Nie czu­łam zde­ner­wo­wa­nia, kiedy po­pro­sił, bym go od­wie­dziła. Jest sza­le­nie za­ję­tym czło­wie­kiem, więc na­wet się nad tym nie za­sta­na­wia­łam. Tata pro­szący córkę o wi­zytę, kiedy ta jest w mie­ście. Te­raz jed­nak bu­dzi się we mnie co­raz więk­sza cie­ka­wość. - Dla­czego chcia­łeś się ze mną zo­ba­czyć?

- Od razu kon­krety. Chcesz stąd ucie­kać, za­nim się roz­sia­dłaś. - Uśmie­cha się. - Mam na­dzieję, że to się zmieni.

- To zna­czy?

Wpa­truje się we mnie przez chwilę, po czym spusz­cza praw­dziwą bombę.

- Chcę, że­byś wró­ciła do domu. Tu­taj. Chcę, byś pra­co­wała w Mo­retti.

- O. - Tego się nie spo­dzie­wa­łam. - Ale prze­cież pra­cuję w domu. We Wło­szech - od­po­wia­dam bez za­sta­no­wie­nia, my­śląc o swo­jej po­zy­cji w głów­nej ro­dzin­nej fir­mie, Mo­retti Olive Oil.

Za­nim je­stem w sta­nie w pełni przy­swoić kon­se­kwen­cje tego, co wła­śnie usły­sza­łam, tata zrzuca jesz­cze więk­szą bombę.

- Mó­wiąc do­kład­niej, chcę za­cząć cię wszyst­kiego uczyć, że­byś mo­gła prze­jąć do­wo­dze­nie... i w naj­bliż­szej przy­szło­ści sta­nąć na czele Mo­retti Mo­tor­sports.

Wpa­truję się w niego nie­ru­chomo, mru­gam gwał­tow­nie, jakby to mo­gło po­móc mi prze­tra­wić nowe in­for­ma­cje.

- Tato, to...

- Wiem, wiem. - Unosi ręce, które le­d­wie za­uwa­żal­nie drżą, na jego twarz wy­pływa uśmiech prze­peł­niony dumą. Czuję ko­tło­wa­ninę uczuć w klatce pier­sio­wej. - To jest wy­zwa­nie, a ja wy­ska­kuję z tym wszyst­kim znie­nacka. Wiem, że nie lu­bisz nie­spo­dzia­nek, mo­głem cię ja­koś le­piej przy­go­to­wać... Ale czy to źle, że chcę cię tu­taj? Przy mnie? Z nami? Że chcę, byś stała się czę­ścią cze­goś, co kie­dyś ko­cha­łaś? Że­byś prze­jęła pa­łeczkę.

Na­uczy­łam się kon­tro­lo­wać emo­cje i te­raz mi się to przy­daje. W prze­ciw­nym ra­zie na sam dźwięk eks­cy­ta­cji w jego gło­sie bym się zgo­dziła.

- Tato... - wzdy­cham z py­ta­jącą in­to­na­cją. O cho­lera. - Nie ro­zu­miem. A wu­jek Luca? Prze­cież... Czy to nie on miał cię za­stą­pić? - Bra­kuje mi słów i nie wiem, czy to do­bry znak, czy zły. Wu­jek Luca jest wi­ce­pre­ze­sem. Za­wsze nim był. Lo­giczne, że bę­dzie na­tu­ral­nym kan­dy­da­tem na pre­zesa, kiedy już tata ustąpi.

Kiedy cho­roba prze­szko­dzi mu od­po­wied­nio wy­ko­ny­wać co­dzienne obo­wiązki.

- Tak. Wszy­scy tak za­kła­dają. Ale długo dys­ku­to­wa­li­śmy o tym z Lucą. Na­wet chciał być przy tej roz­mo­wie, byś wie­działa, że masz jego pełne po­par­cie, ale wy­pa­dło mu spo­tka­nie, któ­rego nie można od­wo­łać. To zdolny biz­nes­men, który ro­zu­mie, dla­czego zmiana w tym kie­runku jest po­trzebna. Po­zo­sta­nie szarą emi­nen­cją, pod­czas gdy ty bę­dziesz na­szą cha­ry­zma­tyczną li­derką na ze­wnątrz. Bę­dzie­cie dru­żyną, ale to ty, mała, sta­niesz na czele, je­śli tylko ze­chcesz.

Od­czu­wam pra­gnie­nie od­su­nię­cia krze­sła od biurka, by się po­ru­szać. Dać upust na­głemu ata­kowi nie­po­koju, który wy­wo­łała prośba taty.

- Nie spo­dzie­wa­łam się tego. To... Ojej.

Kiwa spo­koj­nie głową.

- Tak. Wiem. Ale z dru­giej strony... - obej­muje ge­stem swoje ciało, które stop­niowo za­pada się w so­bie, aż w końcu cał­kiem prze­sta­nie mu słu­żyć - ...nie tak miało być.

- Tato... - W tych dwóch sy­la­bach mie­ści się masa emo­cji. Re­zy­gna­cja. Smu­tek. Roz­pacz. Ła­twiej mi uda­wać, że to nie jest prawda. Że dia­gnoza, którą usły­szał, jest błędna, że ja­kieś od­kry­cie me­dyczne za­po­bie­gnie roz­wo­jowi jego cho­roby.

- Wiem. - Uśmie­cha się miękko. Gorzko. To tym smut­niej­sze, że sam mi po­wie­dział, że nie chce, abym mu­siała ob­ser­wo­wać jego od­cho­dze­nie... co na pewno się wy­da­rzy. - Ale jest, jak jest. Mamy czas... Oby było go jak naj­wię­cej.

Po­ta­kuję, gdy sły­szę na­dzieję w jego gło­sie. Też pra­gnę się jej uchwy­cić.

- Tak. Mamy mnó­stwo czasu, bo prze­cież sły­niesz z uporu. - Wiem, że bu­duję zamki na pia­sku tymi sło­wami, że kła­mię, ale mu­simy się cze­goś trzy­mać. - Nie ma więc sensu pro­sić mnie, że­bym te­raz cię za­stą­piła.

- Po­wiedzmy, że chcę przy­go­to­wać się na naj­gor­sze z na­dzieją na naj­lep­szy sce­na­riusz, Cami. - Pod­nosi się z fo­tela i po­woli pod­cho­dzi do okna, za któ­rym roz­po­ściera się jego firma.

Daw­niej sia­dy­wa­łam na tych sze­ro­kich ra­mio­nach, chwy­ta­łam go za włosy ma­łymi rącz­kami i nu­ci­łam śmieszne pio­senki, kiedy prze­cha­dzał się tymi ko­ry­ta­rzami jak jego oj­ciec przed nim.

Wspo­mnie­nia na­pły­wają falą. Jest ich mnó­stwo. Są wy­jąt­kowe. Tak cho­ler­nie nie­winne. Chwy­tam się ich, kiedy tata zbiera my­śli.

- Sta­nę­li­śmy na po­dium tylko pięć razy w ostat­nich dwóch la­tach, Ca­millo. Nie wy­gra­li­śmy żad­nego wy­ścigu od czte­rech. - Oba te fakty ciążą mu, jak cią­ży­łyby każ­demu in­nemu wła­ści­cie­lowi stajni. Tyle że mój tata nie jest byle wła­ści­cie­lem. Trzyma ster kul­to­wej marki, zna­nej i sza­no­wa­nej na ca­łym świe­cie od chwili swo­jego sza­leń­czo uda­nego de­biutu. - Osią­gamy gor­sze wy­niki od spo­dzie­wa­nych. Prze­kre­ślamy ko­lejne szanse z nie wia­domo ja­kiego po­wodu. Sta­jemy się ekipą, którą lu­dzie wi­dzą, ale jej nie za­uwa­żają. Po­woli o nas za­po­mi­nają albo, co gor­sza, pa­trzą na nas z li­to­ścią. My po pro­stu trwamy.

- Mamy gor­szą passę. Każ­dej stajni się to zda­rza. Nie ro­zu­miem jed­nak, co suk­ces dru­żyny ma wspól­nego ze mną. To ty znasz tę branżę na wy­lot. Czy to nie zna­czy, że wła­śnie ty i wu­jek Luca je­ste­ście naj­lep­szymi oso­bami, by tę passę od­wró­cić?

Poza tym mnie cał­ko­wi­cie brak kom­pe­ten­cji, aby za­rzą­dzać ta­kim ko­lo­sem. Czy wiem o tym biz­ne­sie dużo, po­nie­waż przez wiele lat mia­łam z nim kon­takt? Pew­nie. Prze­cież na­wet na ro­dzin­nych uro­czy­sto­ściach o ni­czym in­nym nie roz­ma­wiamy. To wo­kół to­rów kon­cen­trują się na­sze ro­dzinne wy­cieczki.

Czy za­leży mi na suk­ce­sie firmy? Oczy­wi­ście.

To jed­nak nie ozna­cza, że dys­po­nuję umie­jęt­no­ściami nie­zbęd­nymi do za­rzą­dza­nia tym miej­scem. To po­maga, ja­sne, ale nie bar­dzo mi się przyda, kiedy będę chciała tu wejść i rzą­dzić.

Ostat­nie, czego mi trzeba, to przy­ję­cie tej pro­po­zy­cji i za­prze­pasz­cze­nie po­wie­rzo­nego mi dzie­dzic­twa.

- Tato, na­zwi­sko Mo­retti wcale nie zna­czy, że wiem, co ro­bić, ani nie gwa­ran­tuje, że będę w tym do­bra.

Po­woli kiwa głową, po czym od­wraca się do mnie twa­rzą, ręce trzyma w kie­sze­niach spodni. Może po to, by kon­tro­lo­wać ich drże­nie ze względu na mnie. Co­raz le­piej idzie mu ukry­wa­nie ob­ja­wów.

- Masz ra­cję. Można tak na to spoj­rzeć. Że Luca to naj­lep­szy wy­bór. Albo że ne­po­tyzm to o wiele więk­sze ry­zyko po­rażki. A może wy­raź­nie wi­dać, że to, jak funk­cjo­no­wało wszystko do tej pory, co ro­bi­li­śmy Luca i ja, po pro­stu nie działa. Ba, można by na­wet po­wie­dzieć, że je­ste­śmy di­no­zau­rami, które są zbyt uparte na zmianę.

- Nie­prawda.

Unosi pa­lec, aby za­ak­cen­to­wać na­stępne słowa.

- Można też na to spoj­rzeć i uznać, że po­trzebna nam świeża per­spek­tywa. Nowe po­dej­ście. Ktoś, kto przyj­dzie i nie tylko bę­dzie się uczyć, ale też zdoła od­bu­do­wać dru­żynę, wy­ko­rzy­stu­jąc przy tym swoje wy­kształ­ce­nie w mar­ke­tingu.

- Mam dwa­dzie­ścia pięć lat. Sły­szysz, jak nie­do­rzecz­nie to brzmi? Po­sta­wić ko­goś w moim wieku na czele tego wszyst­kiego? - Wy­cią­gam przed sie­bie ręce, aby ob­jąć ge­stem bu­dynki za szybą.

- Dla­tego za­czniemy już te­raz. Nie je­stem na­iwny. Wiem, że nie wej­dziesz tu od razu pierw­szego dnia go­towa do pracy. Upły­nie kilka lat, za­nim roz­wi­niesz się na tyle, by sta­nąć na czele. Na­uczysz się wszyst­kiego. To ja chcę cię uczyć, do­póki jesz­cze mogę.

- My­śla­łam, że o tym nie roz­ma­wiamy - wtrą­cam, bo je­śli nie mó­wimy gło­śno o jego cho­ro­bie, to zna­czy, że nie jest chory, prawda?

- Mu­szę pa­trzeć w przy­szłość, mała, a to ozna­cza, że chcę mieć pew­ność, że ktoś się tym miej­scem za­opie­kuje. Bę­dzie je chro­nić. Za­pewni mu przy­szłość.

Czuję ucisk w gar­dle, kiedy szu­kam słów.

Nie znaj­duję ich, więc po­now­nie sku­piam się na so­bie. Na ode­pchnię­ciu od sie­bie tego po­my­słu, który na równi prze­raża mnie i in­try­guje, choć ni­gdy bym się do tego na głos nie przy­znała, bo to ta­kie prze­ciw­stawne uczu­cia.

- Kto nor­malny słu­chałby mo­ich po­le­ceń? Wszy­scy tu­taj wie­dzą wię­cej ode mnie.

- A od kiedy ob­cho­dzi cię, co my­ślą lu­dzie?

- Nie cho­dzi o to, co my­ślą lu­dzie. Nie da się za­rzą­dzać, kiedy nie cie­szysz się sza­cun­kiem. Nie da się...

- I dla­tego za­trud­nimy cię jako kon­sul­tantkę do stwo­rze­nia no­wej kam­pa­nii me­dial­nej dla Mo­retti. Stra­te­gia marki. Me­dia spo­łecz­no­ściowe. Wpro­wa­dzisz Mo­retti w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Wszy­scy wie­dzą, że się na tym znasz. Weźmy twoją ostat­nią kam­pa­nię re­bran­din­gową.

- Tak, ale to była oliwa. Zu­peł­nie inny pro­dukt. To nie ma nic wspól­nego z wy­ści­gami.

- Nie musi mieć. My też po­trze­bu­jemy od­świe­że­nia marki. Znasz nas, znasz nasz pro­dukt, wiesz, w co wie­rzymy, le­piej niż ja­ki­kol­wiek inny kon­sul­tant. Tym bę­dziesz się zaj­mo­wać ofi­cjal­nie, a nie­ofi­cjal­nie bę­dziesz się wszyst­kiego uczyć. Zo­sta­niesz moim cie­niem, po­znasz firmę od pod­szewki. Bę­dziesz wkra­czać wszę­dzie tam, gdzie okaże się to po­trzebne. Dzięki temu pra­cow­nicy zo­ba­czą, że się uczysz, zo­ba­czą, że po­tra­fisz prze­jąć każdą funk­cję, i uwie­rzą, że ro­zu­miesz ten biz­nes i pro­wa­dze­nie firmy.

- Sły­szę, co do mnie mó­wisz, ale nie wie­rzę, że to się uda.

- Uda się.

- Ale jak, tato? Co wniosę ta­kiego, czego nie ma wasz ogromny dział mar­ke­tingu?

- Mło­dość. Inną per­spek­tywę. Ze­wnętrzny punkt wi­dze­nia.

- Mógł­byś za­trud­nić każ­dego.

- Nie chcę każ­dego. Chcę cie­bie. - Wzru­sza upar­cie ra­mio­nami. - Je­ste­śmy starą szkołą. Ro­bimy to samo od lat. Mogę wpro­wa­dzać no­wych lu­dzi, ale oni uty­kają w oko­wach tego, kim by­li­śmy daw­niej. Po­trze­bu­jemy no­wej stra­te­gii. Na­sza staj­nia jest znana, ale nie sławna. Ist­nie­jemy, ale nie ma w tym ra­do­ści, iskry. Mu­simy stwo­rzyć trend, żeby lu­dzie nas oglą­dali, na­wet kiedy nie wy­gry­wamy. To przy­cią­gnie więk­szych spon­so­rów, więk­sze pie­nią­dze i po­zwoli nam do­ko­nać skoku tech­no­lo­gicz­nego.

- Am­bitny plan.

- Nie. To coś, czego po­trze­buje ta firma. Ty je­steś tym, czego po­trze­bu­jemy.

- Świeża per­spek­tywa i kam­pa­nia mar­ke­tin­gowa nie za­gwa­ran­tują nam suk­cesu.

- Nie. Ale dzięki nim dasz się po­znać pra­cow­ni­kom. Zo­ba­czą, jaką masz etykę pracy. I kiedy to sta­nie się wi­doczne - obej­muje ge­stem swoje ciało, po­woli pod­da­jące się cho­ro­bie Par­kin­sona - ty bę­dziesz już znana, a lu­dzie się nie prze­stra­szą, gdy sta­niesz na czele.

Wpa­truję się w niego i kręcę głową. Wiem, że nie ma sensu do tego wra­cać, ale i tak to ro­bię. Nie pierw­szy raz.

- Na­dal nie ro­zu­miem, dla­czego chcesz utrzy­my­wać dia­gnozę w ta­jem­nicy. To musi być mę­czące.

- Jest, ale po­zwól mi jesz­cze przez chwilę na­cie­szyć się swo­bodą, Cami. - Zniża głos, uśmie­cha się de­li­kat­nie. - Nie chcę się czuć jak małpa w zoo, ob­ser­wo­wany przez tych, któ­rzy cze­kają tylko, aż moje ciało z czymś się zdra­dzi. Nie chcę, by się nade mną li­to­wano, nie chcę, by ro­biono dla mnie wy­jątki. Nie chcę być te­ma­tem ar­ty­ku­łów o tym, że for­muła je­den jest in­klu­zywna i tak da­lej. Chcę być po pro­stu sobą naj­dłu­żej, jak się da.

Czuję pie­cze­nie łez w gar­dle, ale udaje mi się je po­wstrzy­mać. Po raz pierw­szy zdra­dził po­wód, dla któ­rego utrzy­muje to w ta­jem­nicy.

- Do­brze. Ale jak wy­tłu­ma­czysz tę la­skę?

- Pro­blemy z bio­drami, za­le­ce­nie le­ka­rza. - Wzru­sza ra­mio­nami bez cie­nia skru­chy. - Rzadko jej po­trze­buję, więc nikt tego nie kwe­stio­nuje. Głów­nie, kiedy je­stem ze­stre­so­wany, bo stres za­ostrza ob­jawy. To ko­lejny po­wód, dla któ­rego je­steś mi po­trzebna. Świa­do­mość, że tu je­steś, że po­kie­ru­jesz tym miej­scem z pra­wo­ścią i de­ter­mi­na­cją, które to­wa­rzy­szą nam od po­ko­leń, na pewno mi po­może.

- A moje obecne sta­no­wi­sko? Nie mogę tak po pro­stu odejść.

- Pew­nie, że mo­żesz. Uroki pracy w ro­dzin­nej fir­mie. - Unosi wy­zy­wa­jąco brwi.

- Wy­cho­wa­łeś mnie w prze­ko­na­niu, że na­leży koń­czyć to, co się za­częło. Na­leżę w ta­kim sa­mym stop­niu, a pew­nie na­wet w więk­szym, do Mo­retti Olive Oil, jak tu­taj.

- Ale po­wta­rza­łem też, że kiedy nada­rza się oka­zja, nie wolno jej prze­pu­ścić.

Jezu. Na wszystko ma od­po­wiedź.

- Poza tym - do­daje - o ile do­brze pa­mię­tam, to ty kilka ty­go­dni temu po­wie­dzia­łaś, że do­ku­cza ci sta­gna­cja. Ja pro­po­nuję ci coś in­nego. Coś no­wego, am­bit­nego. Na świe­cie jest tylko dzie­sięć dru­żyn for­muły je­den. My na­le­żymy do tej dzie­siątki. Można by po­my­śleć, że na­uka za­rzą­dza­nia taką firmą cię za­in­try­guje z ra­cji two­jej sła­bo­ści do roz­bi­ja­nia szkla­nych su­fi­tów.

- Po pro­stu... dużo tego - wy­krztu­szam. Bo jest tego dużo. Bar­dzo dużo. Sama prośba. Jej na­głość. Po­ten­cjalna re­wo­lu­cja w moim ży­ciu. Jego dia­gnoza.

Ro­dzina Mo­ret­tich za­ło­żyła to im­pe­rium pod ko­niec XIX wieku, naj­pierw ho­do­wała oliwki, a po­tem na­uczyła się wy­ci­skać z nich oliwę. To wła­śnie ta ga­łąź była mi prze­zna­czona, Mo­retti Olive Oil. Po­ma­ga­nie w za­rzą­dza­niu tam­tym gi­gan­tem. Nie tym!

- Wiem. - Tata wy­krzy­wia wargi, kiedy na­sze oczy się spo­ty­kają, ale po chwili ką­ciki jego ust uno­szą się w ła­god­nym uśmie­chu. - Pra­gnę zo­sta­wić ten sport w lep­szym sta­nie, niż go za­sta­łem. Po­trze­bu­jemy tu­taj więk­szej liczby ko­biet. Nie tylko, by móc po­wie­dzieć, że tu­taj też je­ste­ście, ale dla­tego, że ina­czej pa­trzy­cie na pewne sprawy. Wi­dzi­cie je pod in­nym ką­tem. Po­strze­ga­cie pro­blemy z in­nej per­spek­tywy. Wa­sze zda­nie różni się od opi­nii wła­ści­cieli, z któ­rych każdy jest męż­czy­zną.

- Tylko tyle?

Uśmiech roz­świe­tla rów­nież jego oczy.

- Może też pra­gnę, by znów po­łą­czyła nas taka więź jak kie­dyś. Gdy by­łaś mała, gdy by­łaś na­sto­latką i prze­sia­dy­wa­li­śmy na pa­doku, dud­niło nam w pier­siach, szu­miało w uszach, na­sze serca wa­liły pod­czas wy­ści­gów. Może to no­stal­gia, może sta­rość, ale tę­sk­nię za tam­tymi dniami z tobą.

Jezu. Rów­nie do­brze mógłby pal­cami ści­snąć mi serce. Ucie­kłam od tego sportu. Kon­cen­tro­wa­łam się tylko na tym, by uciec. Dla sie­bie. Sa­mo­lub­nie ni­gdy jed­nak nie my­śla­łam o tym, co on stra­cił. Jak moje gwał­towne odej­ście i ko­lejne lata wpły­nęły na niego. By­łam zbyt za­jęta... No cóż, ucie­ka­niem.

Ra­dze­niem so­bie.

Zdro­wie­niem.

- Ja też za tym tę­sk­nię. - Taka jest prawda. To moje naj­lep­sze wspo­mnie­nia. - Ale... Sama nie wiem, tato.

Prze­chyla głowę i lu­struje mnie wzro­kiem. Ema­nuje mi­ło­ścią, na­wet kiedy tak uważ­nie mi się przy­gląda.

- Ani razu nie po­wie­dzia­łaś, że twoim zda­niem to do­bry po­mysł albo że się cie­szysz. Na­wet się nie uśmiech­nę­łaś. Po­wiesz mi, co się na­prawdę dzieje, Ca­millo? Dla­czego tego nie chcesz? - Jego oczy mó­wią, że wie, że ma ra­cję. Że nie zna ca­łej prawdy o tym, dla­czego ode­szłam.

Otwie­ram usta, a po­tem je za­my­kam. Wra­cają do mnie te wszyst­kie chwile, kiedy sie­dzia­łam na ra­mio­nach jego albo nonno i mó­wi­łam, że pra­gnę za­rzą­dzać tym miej­scem. To było moje ma­rze­nie. Moje naj­więk­sze ma­rze­nie.

Mój wzrok przy­kuwa zdję­cie pra­dziadka, mo­jego nonno, a także wujka Luki, taty i mnie - cztery po­ko­le­nia Mo­ret­tich. Prze­szłość. Te­raź­niej­szość. I to, co okaże się przy­szło­ścią.

Od razu wi­dać, że je­ste­śmy spo­krew­nieni. Ciemne włosy. Oliw­kowa cera. Ja­sno­brą­zowe oczy. Po­dobne ge­sty.

Je­stem dumna z by­cia czę­ścią tej ro­dziny, tego dzie­dzic­twa. Nie mogę znieść my­śli, że nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na prośbę taty.

- Cami? - po­na­gla mnie.

- Nic się nie dzieje - kła­mię. - Zna­la­złam swoją ni­szę w mar­ke­tingu. Je­stem w tym do­bra.

Nie od­po­wiada, a kiedy w końcu pod­no­szę wzrok, za­uwa­żam, że na­dal mi się przy­gląda. To ni­gdy nie wróży nic do­brego. Czyta we mnie jak w otwar­tej książce.

Ist­nieje po­wód, dla któ­rego mu­sia­łam na­rzu­cić dy­stans po­mię­dzy nami - cały ocean - by upo­rać się z nową rze­czy­wi­sto­ścią i łań­cu­chem zda­rzeń, z któ­rymi mu­szę się po­go­dzić.

- Je­steś w tym do­bra. O to mi wła­śnie cho­dzi. Staj­nia cię po­trze­buje. Ta firma cię po­trze­buję. Ja cie­bie po­trze­buję.

Te trzy ostat­nie słowa są jak cios pro­sto w serce.

Za­ci­skam palce na grzbie­cie nosa, to­czy się we mnie wojna, o któ­rej tata nie ma po­ję­cia.

- Wiesz co, mała? Daj mi rok. Daj mi czas do końca se­zonu. Po­pra­cuj dla mnie i je­śli do końca se­zonu cię nie prze­ko­nam, je­śli da­lej nie bę­dziesz tego chciała, ni­gdy wię­cej nie wrócę do te­matu. Bę­dziesz mo­gła wró­cić do MOO i za­po­mnieć o wy­ści­gach.

- Obie­rasz taką stra­te­gię, bo wiesz, że nie będę chciała cię zo­sta­wić, prawda? - żar­tuję.

- Chyba nie można mnie za to wi­nić. - Wy­bu­cha śmie­chem, jego oczy płoną.

- Po­trze­buję czasu, aby się nad tym za­sta­no­wić.

- Oczy­wi­ście. Ale na­prawdę cię po­trze­buję, Cami.

- Wiem. Chcę to tylko prze­my­śleć.

Od­wraca się twa­rzą do świata Mo­retti.

- Je­stem tu­taj, gdy­byś chciała to prze­ga­dać. Za­wsze je­stem tu­taj.

- Dzięki, tato.

Ale to nie­prawda. Je­steś chory i pew­nego dnia, wcze­śniej, niż my­śle­li­śmy, już cię tu nie bę­dzie.

Ni­czego nie boję się bar­dziej niż tego wła­śnie dnia.