I
W psychoanalitycznej teorii umysłu przyjmujemy za pewnik, że przebieg
procesów umysłowych jest automatycznie regulowany przez "zasadę
przyjemności": to znaczy wierzymy, że każdy dany proces ma swój początek
w nieprzyjemnym stanie napięcia i następnie wyznacza sobie taką drogę,
że jego ostateczny wynik zbiega się z rozluźnieniem, tj. z uniknięciem
"bólu" lub z wytworzeniem przyjemności. Kiedy rozważamy obserwowane
procesy psychiczne w odniesieniu do takiej sekwencji, wprowadzamy do
naszej pracy ekonomiczny punkt widzenia. Naszym zdaniem przedstawienie,
które ma na celu oszacowanie nie tylko elementu topograficznego i dynamicznego, ale także elementu ekonomicznego, jest najpełniejszym,
jakim możemy sobie obecnie wyobrazić, i zasługuje na wyróżnienie
terminem metapsychologiczny.
Nie interesuje nas badanie, jak dalece w naszym twierdzeniu o zasadzie
przyjemności zbliżyliśmy się do jakiegoś historycznie ustanowionego
systemu filozoficznego lub go przyjęliśmy. Nasze podejście do takich
spekulatywnych hipotez polega na dążeniu do opisania i wyjaśnienia
faktów wchodzących w zakres naszej codziennej obserwacji. Priorytet i oryginalność nie należą do celów, jakie stawia sobie psychoanaliza, a wrażenia, na których opiera się stwierdzenie tej zasady, są tak
niewątpliwe, że trudno je przeoczyć. Z drugiej strony, powinniśmy
dobrowolnie przyznać, że jesteśmy wdzięczni każdej teorii filozoficznej
lub psychologicznej, która mogłaby nam wyjaśnić znaczenie uczuć
przyjemności i "bólu", które tak silnie na nas wpływają. Niestety, nie
ma żadnej wartościowej teorii. Jest to najbardziej niejasny i najmniej
dostępny obszar życia psychicznego i chociaż nie możemy uniknąć
dotykania go, najbardziej elastyczna hipoteza będzie, moim zdaniem,
najlepsza. Postanowiliśmy rozważyć przyjemność i "ból" w odniesieniu do
stopnia pobudzenia obecnego w życiu psychicznym - i nie jest to w żaden
sposób ograniczone - w taki sposób, że "ból" odpowiada wzrostowi, a przyjemności - zmniejszeniu tego stopnia. Nie zobowiązujemy się przy tym
do przyjęcia prostego związku między siłą uczuć a odpowiadającymi im
zmianami, a już najmniej, sądząc po doświadczeniach
psychofizjologicznych, do jakiegokolwiek poglądu o istniejącej między
nimi bezpośredniej proporcji; prawdopodobnie stopień zmniejszenia lub
wzrostu w danym czasie jest decydującym czynnikiem dla odczuwania. Być
może jest tu miejsce na pracę eksperymentalną, ale my, analitycy, nie
zalecamy zagłębiania się w te problemy, dopóki nie będziemy mogli
kierować się całkowicie określonymi obserwacjami.
Nie możemy jednak wyznać podobnej obojętności, gdy stwierdzimy, że
badacz o takiej reputacji jak G. Th. Fechner opowiadał się za koncepcją
przyjemności i "bólu", która zasadniczo pokrywa się z koncepcją
narzuconą nam przez pracę psychoanalityczną. Oświadczenie Fechnera
znajduje się w jego krótkim dziele Einige Ideen zur Schöpfungs-und
Entwicklungsgeschichte der Organismen, 1873 (rozdział XI, przypis s.
94) i brzmi następująco: "O ile świadome impulsy mają zawsze związek z przyjemnością lub "ból", przyjemność lub "ból" można myśleć w psychofizycznej relacji do warunków stabilności i niestabilności, i na
tym można oprzeć hipotezę, którą zamierzam rozwinąć w innym miejscu, a mianowicie: że każdy ruch psychofizyczny wznoszący się powyżej progu
świadomości naładowane jest przyjemnością w miarę zbliżania się - poza
pewną granicę - do pełnej równowagi, a "bólem" w miarę oddalania się od
niej poza pewną granicę; natomiast między dwiema granicami, które można
określić jako progi jakościowe "bólu" lub przyjemności, istnieje pewien
obszar estetycznej obojętności".
Fakty, które doprowadziły nas do przekonania o wyższości zasady
przyjemności w życiu psychicznym, znajdują również wyraz w hipotezie, że
ze strony aparatu psychicznego następuje próba utrzymania jak
najmniejszej ilości pobudzenia lub przynajmniej ilości stałej. Jest to
takie samo przypuszczenie, tylko ujęte w inną postać, ponieważ jeśli
aparat psychiczny działa w kierunku zmniejszenia ilości pobudzenia,
wszystko, co zmierza do jego zwiększenia, musi być odczuwane jako
sprzeczne z jego funkcją, to znaczy bolesne. Zasada przyjemności wynika
z zasady stałości; w rzeczywistości zasadę stałości wyprowadzono z faktów, które wymagały przyjęcia zasady przyjemności. Po dokładniejszym
omówieniu stwierdzimy dalej, że postulowana przez nas tendencja ze
strony aparatu psychicznego może być sklasyfikowana jako szczególny
przypadek zasady Fechnera dotyczącej tendencji do stabilności, z którą
powiązał uczucia przyjemności i bólu.
W takim razie należy jednak stwierdzić, że mówienie o wyższości zasady
przyjemności nad przebiegiem procesów psychicznych nie jest całkowicie
poprawne. Gdyby takowa istniała, to ogromnej większości naszych procesów
psychicznych towarzyszyłaby koniecznie przyjemność lub sprzyjałaby im,
podczas gdy najzwyklejsze doświadczenie stanowczo zaprzecza takiemu
wnioskowi. Można tylko powiedzieć, że w psychice istnieje silna
tendencja do zasady przyjemności, której jednak przeciwstawiają się
pewne inne siły lub warunki, tak że ostateczny wynik nie zawsze może być
zgodny z tendencją do przyjemności. Porównajmy komentarz Fechnera
wygłoszony w podobnej sytuacji. "W związku z tym należy zauważyć, że
dążenie do celu nie oznacza jego osiągnięcia i ogólnie cel jest
osiągalny tylko w przybliżeniu...". Jeśli teraz zajmiemy się pytaniem,
jakie okoliczności mogą udaremnić pomyślne urzeczywistnienie zasady
przyjemności, będziemy stąpać po bezpieczniejszym i lepiej poznanym
gruncie i będziemy mogli w pełni korzystać z naszych analitycznych
doświadczeń formułując odpowiedź.
Pierwszy przypadek takiego wyhamowania zasady przyjemności jest nam
doskonale znany ze względu na regularność występowania. Wiemy, że zasada
przyjemności jest dostosowana do pierwotnego sposobu działania aparatu
psychicznego i że dla samopotwierdzenia organizmu pośród trudności
świata zewnętrznego jest ab initio bezużyteczna, a nawet bardzo
niebezpieczna. Pod wpływem instynktu samozachowawczego ego zostaje ona
zastąpiona przez "zasadę rzeczywistości", która nie rezygnując z zamiaru
ostatecznego osiągnięcia przyjemności, wymaga jednak i wymusza
odroczenie zaspokojenia, wyrzeczenie się różnorodnych możliwości oraz
tymczasowe znoszenie "bólu" na długiej i krętej drodze do osiągnięcia
przyjemności. Zasada przyjemności pozostaje jednak przez długi czas
metodą stymulacji popędów seksualnych, które nie tak łatwo wychować, i ciągle się zdarza, że czy to działając poprzez impulsy, czy działając w samym ego, przeważa nad rzeczywistością - z zasady ze szkodą dla
całego organizmu.
Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że zastąpienie zasady przyjemności
zasadą rzeczywistości może wyjaśnić tylko niewielką część, i to niezbyt
intensywną, bolesnych doświadczeń. Innym i nie mniej regularnym źródłem
"bólu" są konflikty i dysocjacje zachodzące w aparacie psychicznym
podczas rozwoju ego zmierzającym w kierunku bardziej skoordynowanych
faz. Prawie cała energia, którą naładowany jest aparat, pochodzi z wrodzonych instynktów, ale nie wszystkie z nich mogą rozwinąć się do
tego samego stopnia. Po drodze zdarza się raz po raz, że poszczególne
instynkty lub ich części okazują się nie do pogodzenia w swoich celach
lub wymaganiach z innymi, które można zespawać w wszechstronną jedność
ego. Następnie są one odrywane od tej jedności przez proces represji,
zatrzymywane na niższych etapach rozwoju psychicznego i są chwilowo
odcięte od wszelkiej możliwości gratyfikacji. Jeśli następnie udaje im
się, jak to się często dzieje w przypadku stłumionych impulsów
seksualnych, przedrzeć się - okrężnymi drogami - do bezpośredniej lub
zastępczej gratyfikacji, to sukces, który w przeciwnym razie mógłby
przynieść przyjemność, jest doświadczany przez ego jako "ból". W wyniku starego konfliktu, który zakończył się stłumieniem, zasada
przyjemności została na nowo naruszona, właśnie w chwili, gdy działały
pewne impulsy dążące do osiągnięcia nowej przyjemności w zgodzie z tą
zasadą. Szczegóły procesu, za pomocą którego represja zmienia możliwość
uzyskania przyjemności w źródło "bólu", nie są jeszcze w pełni poznane
lub nie można ich jeszcze jasno przedstawić, ale pewne jest, że każdy
nerwicowy "ból" tego rodzaju jest przyjemnością, której nie można
doświadczyć jako takiej.
Dwa wskazane tutaj źródła "bólu" wciąż nie pokrywają prawie większości
naszych bolesnych doświadczeń, ale co do reszty można powiedzieć, mając
mocny dowód, że ich obecność nie podważa wyższości zasady przyjemności.
Większość "bólu", którego doświadczamy, ma charakter percepcyjny -
postrzeganie albo impulsu niezaspokojonych instynktów, albo czegoś w świecie zewnętrznym, co może być bolesne samo w sobie lub może wzbudzać
bolesne odczucia w aparacie psychicznym i jest przez niego rozpoznawane
jako "niebezpieczeństwo". Reakcja na roszczenia impulsu i groźby
niebezpieczeństwa, w której przejawia się rzeczywista aktywność aparatu
psychicznego, może być właściwie kierowana zasadą przyjemności lub
zasadą rzeczywistości, która ją modyfikuje. Wydaje się więc zbędne
uznawanie jeszcze dalej idącego ograniczenia zasady przyjemności, a mimo
to właśnie badanie reakcji psychicznej na zewnętrzne niebezpieczeństwo
może dostarczyć nowego materiału badawczego i nowych pytań w związku z omawianym tu problemem.
II
Po silnym wstrząsie o charakterze mechanicznym, kolizji kolejowej lub
innym wypadku zagrażającym życiu może dojść do stanu, który od dawna
jest rozpoznawany i nazywany nerwicą pourazową. Straszna wojna, która
właśnie się skończyła, jest odpowiedzialna za ogromną liczbę takich
dolegliwości i przynajmniej położyła kres skłonności do wyjaśniania ich
na podstawie organicznego uszkodzenia układu nerwowego spowodowanego
działaniem siły mechanicznej. Obraz kliniczny nerwicy pourazowej
przewyższa histerię pod względem bogactwa podobnych objawów ruchowych,
ale zwykle robi to silnie zaznaczonymi oznakami subiektywnego cierpienia
- przypominającego raczej hipochondrię lub melancholię - oraz objawami
znacznie bardziej wszechstronnego ogólnego osłabienia i zaburzeniem
funkcji umysłowych. Ani nerwice wojenne, ani traumatyczne nerwice czasu
pokoju nie są jeszcze w pełni poznane. Nerwice wojenne wniosły pewne
wyjaśnienie, ale z drugiej strony wprowadziły pewne zamieszanie przez
fakt, że ten sam rodzaj choroby mógł czasami wystąpić bez interwencji
dużej siły mechanicznej. W nerwicach urazowych istnieją dwie wybitne
cechy, które mogą posłużyć jako wskazówki do dalszych rozważań: po
pierwsze, główny czynnik przyczynowy wydawał się leżeć w elemencie
zaskoczenia, w strachu; a po drugie, uraz lub rana odniesione w tym
samym czasie generalnie zapobiegały występowaniu nerwicy. Strach, lęk,
obawa są błędnie używane jako wyrażenia synonimiczne: w stosunku do
niebezpieczeństwa cechuje je całkiem wyraźne rozróżnienie. Lęk oznacza
pewien stan oczekiwania na niebezpieczeństwo i przygotowania się do
niego, nawet jeśli jest nieznane; obawa wymaga określonego przedmiotu,
którego się boimy; strach to nazwa stanu, który występuje jeśli
napotkamy na niebezpieczeństwo, nie będąc na nie przygotowanym; kładzie
nacisk na element zaskoczenia. Moim zdaniem lęk nie może wywołać nerwicy
traumatycznej; w lęku jest coś, co chroni przed strachem, a więc przed
nerwicą strachu. Wrócimy później do tego zagadnienia.
Badanie snów można uznać za najbardziej wiarygodne podejście do poznania
głębszych procesów psychicznych. W nerwicach traumatycznych sny mają tę
szczególną cechę: nieustannie przenoszą pacjenta z powrotem do momentu
wypadku, z którego budzi się w nowym strachu. Fakt ten wywołuje mniej
zdziwienia, niż na to zasługuje. Wielokrotne narzucanie się pacjentowi,
nawet we śnie, wrażenia wywołanego przez traumatyczne przeżycie jest
jedynie dowodem jego siły. Pacjent przeszedł niejako fiksację psychiczną
na temat traumy. Tego rodzaju fiksacje na doświadczeniu, które wywołało
uraz, znane są nam od dawna w związku z histerią. Breuer i Freud
stwierdzili w 1893 r., że histerycy cierpią głównie z powodu wspomnień.
W nerwicach wojennych psychiatrzy, tacy jak Ferenczi i Simmel, byli w stanie wyjaśnić szereg objawów motorycznych jako fiksację na czynniku
urazu.
Nie słyszałem jednak, by pacjenci cierpiący na nerwice pourazowe byli
bardzo zajęci rozpamiętywaniem tego, co im się przydarzyło. Być może
raczej starają się o tym nie myśleć. Uważanie za oczywiste, że nocny sen
wraca ich do sytuacji, która spowodowała kłopoty, jest niezrozumieniem
natury snów. Byłoby bardziej zgodne z tą naturą, gdyby pacjentowi
przedstawiono (we śnie) obrazy z czasu jego normalnego zdrowia lub
oczekiwanego powrotu do zdrowia. Jeśli nie chcemy całkowicie zbłądzić w kwestii spełniania życzeń w wyniku snów o nerwicach pourazowych, być
może pozostaje nam celowe przypuszczenie, że w tym stanie funkcja snu
ulega przemieszczeniu wraz z innymi i jest odwrócona od swoich zwykłych
celów, w przeciwnym razie musielibyśmy zaakceptować istnienie
enigmatycznych masochistycznych tendencji ego.
Proponuję teraz porzucić niejasny i ponury temat nerwic pourazowych i zbadać sposób, w jaki aparat psychiczny działa w jednej z najwcześniejszych normalnych czynności. Odnoszę się tu do zabawy dzieci.
Różne teorie zabaw dziecięcych zostały ostatnio zestawione przez S.
Pfeifera w Imago, po czym oszacowano ich wartość analityczną. W tym
miejscu odsyłam czytelnika do tej pracy. Teorie te próbują odgadnąć
motywy dziecięcej zabawy, nie kładąc jednak szczególnego nacisku na
"ekonomiczny" punkt widzenia, tj. na osiągnięcie przyjemności. Nie mając
zamiaru kompleksowego badania tych zjawisk, skorzystałem z okazji, która
dawała wyjaśnienie pierwszej zabawy osiemnastomiesięcznego chłopca. Było
to coś więcej niż przypadkowa obserwacja, ponieważ przez kilka tygodni
mieszkałem pod jednym dachem z dzieckiem i jego rodzicami, i upłynęło
sporo czasu, zanim zrozumiałem znaczenie jego zagadkowego i ciągle
powtarzanego czynu.
Dziecko nie było pod żadnym względem zaawansowane w swoim rozwoju
intelektualnym; w wieku osiemnastu miesięcy wypowiedziało tylko kilka
zrozumiałych słów, wydając poza tym wiele znaczących dźwięków, które
były zrozumiałe dla otaczających go osób. Dało się jednak zrozumieć
rodzicom oraz służącej, i miało reputację człowieka, który zachowuje się
"właściwie". Nie przeszkadzało rodzicom w nocy; skrupulatnie stosowało
się do poleceń dotyczących nie dotykania różnych przedmiotów i zakazu
wchodzenia do niektórych pomieszczeń; a przede wszystkim nigdy nie
płakało, gdy matka wychodziła i zostawiała je na wiele godzin, chociaż
jego więź z matką była bardzo silna: nie tylko sama je karmiła, ale
opiekowała się nim i wychowywała bez pomocy nikogo z zewnątrz. Od czasu
do czasu jednak to grzeczne dziecko przejawiało kłopotliwy zwyczaj
rzucania w kąt pokoju lub pod łóżko wszystkich drobiazgów, jakie wpadły
mu w ręce, tak że zebranie zabawek często nie było łatwym zadaniem.
Towarzyszył temu wyraz zainteresowania i zadowolenia, wyrażany poprzez
głośne, przeciągłe "o-o-o-och", które w ocenie matki (która zbiegła się
z moją własną) nie było wykrzyknikiem, ale oznaczało "odejdź". W końcu
zobaczyłem, że to była zabawa i że dziecko używało wszystkich swoich
zabawek tylko po to, by bawić się nimi w "odejdź". Pewnego dnia
poczyniłem obserwację, która potwierdziła mój pogląd. Dziecko miało
drewniany kołowrotek z kawałkiem sznurka owiniętym wokół niego. Nigdy
nie przyszło mu do głowy, żeby ciągnąć go za sobą po podłodze i bawić
się nim w powóz, ale wciąż z dużą wprawą przerzucało go przez krawędź
swojego małego łóżeczka, tak że kołowrotek znikał w nim, a potem
wypowiadało swoje znaczące "o-o-o-och" i ponownie wyciągało kołowrotek
za sznurek z łóżeczka, witając jego ponowne pojawienie się radosnym
"ta". Była to więc kompletna zabawa, znikanie i powrót, przy czym
pierwszy akt był jedynym powszechnie obserwowanym przez widzów i tym,
który dziecko niestrudzenie powtarzało jako zabawę dla siebie samego,
choć niewątpliwie większą przyjemność wiązało z drugim aktem.
Sens zabawy był już wtedy w zasadzie jasny. Wiązał się on z niezwykłym
osiągnięciem kulturalnym dziecka - zrezygnowaniem z zaspokojenia
instynktu - w wyniku którego mogło pozwolić matce odejść bez robienia
zamieszania. Niejako kompensowało sobie to odejście, odgrywając samo
zniknięcie i powrót przedmiotami, które miało pod ręką. Oczywiście dla
wartości emocjonalnej tej zabawy nie ma znaczenia, czy dziecko ją
wymyśliło czy też przyjęło dzięki sugestii z zewnątrz. Nasze
zainteresowanie wiąże się z innym punktem. Odejście matki nie mogło być
dla dziecka przyjemne, ani nawet obojętne. Jak więc zgadza się z zasadą
przyjemności fakt, że dziecko powtarza to bolesne doświadczenie jako
zabawę? Być może odejście musi być odegrane jako konieczne preludium do
radosnego powrotu i że w tym ostatnim leży prawdziwy cel gry. Przeczy
temu fakt, że akt pierwszy, czyli odejście, rozgrywany był samoistnie
jako zabawa i o wiele częściej niż cała inscenizacja z jej radosnym
zakończeniem.
Analiza pojedynczego przypadku tego rodzaju nie prowadzi do pewnych
wniosków: po bezstronnym rozważeniu można odnieść wrażenie, że dziecko
zamieniło doświadczenie w grę z innego powodu. Było przede wszystkim
bierne, przeżyło doświadczenie, ale teraz odgrywa aktywną rolę,
powtarzając je jako zabawę, pomimo jego nieprzyjemnej natury. Wysiłek
ten można przypisać impulsowi opanowania sytuacji (instynkt "władzy"),
który pozostaje niezależny od jakiejkolwiek kwestii, i nie jest ważne,
czy wspomnienie jest przyjemne czy nie. Ale można pokusić się o inną
interpretację. Odrzucenie przedmiotu tak, że znika, mogłoby być
zaspokojeniem odruchu zemsty stłumionego w prawdziwym życiu, ale
skierowanego przeciwko matce za odejście, i miałoby wówczas buntownicze
znaczenie: "Tak, możesz iść, nie potrzebuję cię. Nie chcę cię, sam cię
odsyłam". To samo dziecko rok później niż moje obserwacje zwykło rzucać
na podłogę zabawkę, która mu się nie podobała, i mówić "Idź na wojnę!".
Powiedziano mu, że jego nieobecny ojciec jest na wojnie, więc
stwierdziło że wcale za nim nie tęskni, dając najdobitniejsze sygnały,
że nie życzy sobie, by przeszkadzano mu w wyłącznym posiadaniu matki.
Wiadomo też o innych dzieciach, że mogą dawać upust podobnym wrogim
uczuciom, wyrzucając przedmioty zamiast ludzi. Pozostaje więc
wątpliwość, czy przymus przepracowania w życiu psychicznym tego, co
wywarło głębokie wrażenie, opanowania go w pełni, może wyrażać się
wcześniej i niezależnie od zasady przyjemności. Jednak w omawianym tu
przypadku dziecko mogło powtórzyć w zabawie nieprzyjemne wrażenie tylko
dlatego, że z powtórzeniem wiązała się przyjemność innego rodzaju, ale
bardziej bezpośrednia.
Dalsze badanie kwestii zabawy nie rozwiązuje też naszych wahań między
dwiema koncepcjami. Widzimy, że dzieci powtarzają w zabawie wszystko, co
wywarło na nich wielkie wrażenie w prawdziwym życiu, że w ten sposób
reagują na siłę wrażenia i niejako panują nad sytuacją. Ale z drugiej
strony jest całkiem jasne, że na całą ich zabawę ma wpływ dominujące
pragnienie ich okresu życia: a mianowicie być dorosłym i móc robić to,
co robią dorośli ludzie. Można też zauważyć, że nieprzyjemność
doświadczenia nie zawsze stoi na przeszkodzie, by wykorzystać je jako
zabawę. Jeśli lekarz zbada gardło dziecka lub wykona na nim drobny
zabieg, niepokojące doświadczenie z pewnością stanie się tematem
następnej zabawy, ale w tej zabawie nie można przeoczyć przyjemności
czerpanej z innego źródła. Przechodząc od bierności doświadczania do
aktywności zabawy, dziecko stosuje wobec swojego towarzysza zabaw
nieprzyjemne zdarzenie, które je spotkało, i w ten sposób dokonuje
zemsty na osobie zastępcy.
Z rozważań tych wynika w każdym razie, że nie jest konieczne
przyjmowanie szczególnego impulsu naśladowczego jako motywu zabawy.
Dodajmy jeszcze przypomnienie, że sztuka dramatyczna i naśladowcza
dorosłych, która różni się od zachowania dzieci tym, że mimo iż jest
skierowana do widza, nie szczędzi mu najboleśniejszych wrażeń, jak np. w tragedii, a jednak może być przez niego odczuwana jako bardzo przyjemna.
To przekonuje nas, że nawet pod panowaniem zasady przyjemności istnieją
wystarczające sposoby i środki, by to, co samo w sobie jest
nieprzyjemne, stało się przedmiotem pamięci i psychicznego zajęcia.
Teoria estetyki z ekonomicznego punktu widzenia powinna zajmować się
takimi przypadkami i sytuacjami, które kończą się osiągnięciem
ostatecznej przyjemności: dla naszych celów nie są one pomocne, ponieważ
zakładają istnienie i supremację zasady przyjemności i nie świadczą o działanie tendencji wykraczających poza zasadę przyjemności, to znaczy
tendencji, które mogą mieć wcześniejsze pochodzenie i być od niej
niezależne.
III
Dwadzieścia pięć lat intensywnej pracy przyniosło całkowitą zmianę w określeniu bardziej bezpośrednich celów techniki psychoanalitycznej. Z początku wysiłki lekarza analityka ograniczały się do odgadnięcia
nieświadomości, której nie pojmował pacjent, dokonania syntezy jej
różnych składników i przedstawienia jej pacjentowi we właściwym czasie.
Psychoanaliza opierała się przede wszystkim na interpretacji. Ponieważ
zadanie terapeutyczne nie zostało w ten sposób zrealizowane, kolejnym
celem było zmuszenie pacjenta do potwierdzenia rekonstrukcji poprzez
jego własną pamięć. W tym przedsięwzięciu główny nacisk położono na
opory pacjenta; sztuka polegała teraz na jak najszybszym ujawnieniu ich,
zwróceniu na nie uwagi pacjenta i pod wpływem człowieka - tu pojawiła
się sugestia działająca jako "przeniesienie" - nauczeniu go porzucania
oporów.
Potem jednak stawało się coraz bardziej jasne, że zamierzony cel,
uświadomienie nieświadomości, również tą metodą nie był w pełni
osiągalny. Pacjent nie jest w stanie przypomnieć sobie wszystkiego, co
zostało wyparte, być może nawet zasadniczej części, i dlatego nie
nabiera przekonania, że przedstawiony mu wniosek jest prawidłowy. Jest
on raczej zobowiązany do powtórzenia jako aktualnego doświadczenia tego,
co zostało wyparte, zamiast, jak wolałby to widzieć lekarz,
przypominania sobie tego jako fragmentu przeszłości. Ta reprodukcja
pojawiająca się z niechcianą wiernością zawsze zawiera fragment
dziecięcego życia seksualnego, a więc kompleksu Edypa i jego odgałęzień,
i jest odtwarzana regularnie w sferze przeniesienia, tj. w stosunku do
lekarza. Kiedy osiągnięto ten punkt w leczeniu, można powiedzieć, że
wcześniejsza nerwica zostaje zastąpiona nową, a mianowicie nerwicą
przeniesieniową. Lekarz stara się jak najbardziej ograniczyć zasięg
nerwicy przeniesieniowej, wcisnąć jak najwięcej do pamięci i pozostawić
jak najmniej powtórzeń. Relacja ustanowiona między pamięcią a reprodukcją jest w każdym przypadku inna. Z reguły lekarz nie może
oszczędzić pacjentowi tej fazy leczenia; musi pozwolić mu przeżyć pewien
fragment jego zapomnianego życia i musi dopilnować, aby pozostała jakaś
miara dominacji, w świetle której pozorna rzeczywistość jest zawsze
rozpoznawana jako odbicie zapomnianej przeszłości. Jeśli uda się to
osiągnąć, pacjent uzyskuje przekonanie, a wraz z nim rezultat
terapeutyczny, który od niego zależy.
Aby uczynić bardziej zrozumiałym ten "przymus powtarzania", który
pojawia się w psychoanalitycznym leczeniu neurotyków, musimy przede
wszystkim całkowicie pozbyć się błędnego przekonania, że w tej walce z oporami mamy do czynienia z jakimkolwiek oporem ze strony
nieświadomości. Nieświadomy, tj. "wyparty" materiał nie stawia żadnego
oporu wysiłkom leczniczym; w rzeczywistości nie ma innego celu, jak
tylko przedrzeć się przez ciążące na nim ciśnienie, albo do świadomości,
albo do rozładowania za pomocą jakiegoś rzeczywistego działania. Opór w leczeniu pochodzi z tych samych wyższych poziomów i systemów w życiu
psychicznym, które w swoim czasie spowodowały represje. Ale ponieważ
motywy oporu, a nawet same opory, okazują się w procesie leczenia
nieuświadomione, radzimy poprawić nieadekwatność naszego sposobu
wyrażania się. Unikniemy wieloznaczności, jeśli przeciwstawimy sobie nie
świadomość i nieświadomość, ale spójne i stłumione ego. Wiele treści w ego jest z pewnością nieświadomych, są po prostu tym, co można nazwać
jądrem ego; tylko część tych treści mieści się w kategorii
przedświadomości. Zastępując w ten sposób czysto opisowy sposób
wyrażania się systematycznym lub dynamicznym, możemy powiedzieć, że opór
ze strony analizowanej osoby pochodzi od jej ego, i od razu widzimy,
że "przymus powtórzenia" należy przypisać do stłumionego elementu w nieświadomości. Prawdopodobnie nie znalazł on wyrazu, dopóki działanie
kuracji nie uwolniło wyparcia.
Nie ma wątpliwości, że opór świadomego i przedświadomego ego służy
zasadzie przyjemności; stara się uniknąć "bólu", jaki wywołałoby
uwolnienie wypartego materiału, a nasze wysiłki są ukierunkowane na
wywołanie takiego bolesnego uczucia poprzez odwołanie się do zasady
rzeczywistości. W jakim więc stosunku do zasady przyjemności znajduje
się przymus powtórzenia, który wyraża siłę tego, co wyparte? Oczywiste
jest, że większość tego, co zostaje ożywione przez przymus powtarzania,
nie może nie powodować dyskomfortu dla ego, ponieważ sprzyja
wydobywaniu na światło dzienne działań stłumionych impulsów; ale jest to
dyskomfort, który już wzięliśmy pod uwagę i bez obalenia zasady
przyjemności, ponieważ jest to "ból" w odniesieniu do jednego systemu i jednocześnie satysfakcja dla drugiego. Jednakże nowym i niezwykłym
faktem, który musimy teraz opisać, jest to, że przymus powtarzania
ożywia również doświadczenia z przeszłości, które nie zawierają żadnej
potencjalnej przyjemności i które w żadnym momencie nie mogły być
zaspokojeniem, nawet impulsów obecnych od czasu stłumienia.
Rozkwit dziecięcego życia płciowego, z powodu niezgodności jego życzeń z rzeczywistością i nieadekwatności osiągniętego stadium rozwoju miał
przeminąć. Zginął w najbardziej bolesnych okolicznościach i z uczuciami
o głęboko niepokojącej naturze. Utrata i niepowodzenie w sferze afektów
pozostawione w ego jako ślady urazu porównywalne z narcystyczną blizną,
która według mojego doświadczenia i wykładu Marcinowskiego stanowią
najważniejszy wkład w powszechny "kompleks niższości" wśród neurotyków.
Pogoń za seksem, której granice wyznaczał fizyczny rozwój dziecka, nie
mogła zakończyć się zadowalająco; stąd skarga w późniejszym życiu: "Nic
nie mogę, nigdy mi się nie udaje". Więzy czułości łączące dziecko,
zwłaszcza z rodzicem przeciwnej płci, uległy zerwaniu, wskutek braku
satysfakcji i zazdrości wywołanej narodzinami nowego dziecka,
niewątpliwym dowodem niewierności ukochanego rodzica; podjęta przez
dziecko z tragiczną powagą próba spłodzenia drugiego takiego dziecka
spotkała się z upokarzającym niepowodzeniem; Podczas gdy częściowe
cofnięcie czułości, którą obficie obdarzano maleństwo, surowsze
wymagania dyscypliny i wychowania, surowe słowa i okazjonalne karanie
ujawniły w końcu cały zakres pogardy, jaka stała się jego udziałem.
Można znaleźć kilka regularnie powtarzających się typów, zgodnych ze
sposobem, w jaki zakończyła się typowa miłość tego okresu.
Wszystkie te niepożądane zdarzenia i bolesne sytuacje afektywne są
powtarzane przez neurotyków na etapie "przeniesienia" i reanimowane z dużą pomysłowością. Walczą o przerwanie niedokończonego leczenia,
wiedzą, jak odtworzyć poczucie pogardy, jak zmusić lekarza do szorstkiej
mowy i chłodnego zachowania wobec nich, znajdują odpowiednie obiekty
zazdrości, zastępują żarliwie dziecku upragnioną obietnicę jakiegoś
wielkiego daru, który jest równie mało realny, jak był. Nic z tego
wszystkiego nie mogło nigdy sprawić przyjemności; można by przypuszczać,
że powinno przynieść nieco mniej "bólu", jeśli zostanie ujawnione jako
wspomnienie, niż jeśli zostanie przeżyte jako nowe doświadczenie. Jest
to oczywiście kwestia działania impulsów, które powinny prowadzić do
zadowolenia, ale doświadczenia, które zamiast tego przyniosły "ból", nie
przyniosły rezultatu. Akt powtarza się mimo wszystko; nalega na to
potężny przymus.
To, co psychoanaliza ujawnia w zjawiskach przeniesienia u neurotyków,
można również zaobserwować w życiu osób zdrowych. Sprawia to wrażenie
ścigającego losu, demonicznego rysu na ich losie, a psychoanaliza od
początku uważała taką historię życia za w dużej mierze narzuconą sobie i zdeterminowaną wpływami z czasów dzieciństwa. Wyrażający się w ten
sposób przymus nie różni się w żaden sposób od przymusu powtarzania
występującego u neurotyków, mimo że takie osoby nigdy nie wykazywały
oznak konfliktu neurotycznego skutkującego takimi objawami. Znamy więc
ludzi, z którymi każdy zawarty związek międzyludzki kończy się w ten sam
sposób: dobroczyńców, których podopieczni, jakkolwiek by nie byli różni,
niezmiennie po pewnym czasie opuszczają, tak że są najwyraźniej skazani
na wieczne doświadczanie goryczy niewdzięczności; ludzie, z którymi
każda przyjaźń kończy się zdradą przyjaciela; inni, którzy w nieskończoność często w swoim życiu obdarzają inną osobę autorytetem,
czy to we własnych oczach czy ogólnie, i sami po pewnym czasie obalają
ten autorytet, by zastąpić go nowym; kochankowie, których czułe relacje
z kobietami przechodzą przez te same fazy i kończą się tak samo, i tak
dalej. Mniej zdumiewa nas to "niekończące się powtarzanie tego samego",
jeśli chodzi o aktywne zachowanie danej osoby i jeśli wykryjemy w jej
charakterze niezmienną cechę, która zawsze musi przejawiać się w powtarzaniu identycznych rzeczy. O wiele bardziej uderzające są te
przypadki, w których człowiek wydaje się doświadczać czegoś biernie, bez
wywierania własnego wpływu, a mimo to ciągle spotyka go ten sam los.
Przypomnijmy sobie na przykład historię kobiety, która poślubiła kolejno
trzech mężczyzn, z których każdy po krótkim czasie zachorował i których
musiała pielęgnować aż do ich śmierci. Tasso w wyjątkowo przejmujący
sposób poetycko opisuje taki kierunek losu w romantycznej epopei
Jerozolima wyzwolona. Bohater, Tankred, nieświadomie zabił Kloryndę,
dziewczynę, którą kochał, która walczyła z nim przebrana w zbroję
wrogiego rycerza. Po jej pogrzebie penetruje tajemniczy zaczarowany las,
zmorę armii krzyżowców. Tutaj rąbie mieczem wysokie drzewo, ale z rany w pniu płynie krew, a głos Kloryndy, której dusza jest uwięziona w drzewie, woła do niego z wyrzutem, że ponownie dopuścił się zgubnego
czynu na swej ukochanej.
W świetle takich obserwacji, zaczerpniętych z zachowania podczas
przeniesienia i z losów istot ludzkich, możemy pokusić się o przypuszczenie, że w życiu psychicznym rzeczywiście istnieje przymus
powtarzania, wykraczający poza zasadę przyjemności. Teraz będziemy
również skłonni odnieść się do tej nieodpartej siły, snów pacjentów w szoku i impulsu do zabawy u dzieci. Musimy oczywiście przypomnieć sobie,
że tylko w rzadkich przypadkach możemy rozpoznać działanie przymusu
powtarzania w czystej postaci, bez współdziałania innych motywów. W odniesieniu do zabawy dziecięcej wskazaliśmy już jakie inne
interpretacje dopuszcza jego pochodzenie. Przymus powtarzania i bezpośrednie przyjemne zaspokojenie impulsu wydają się być
nierozerwalnie splecione. Zjawiska przeniesienia oczywiście służą celowi
działania oporu stawianego przez ego, które trwa w swoim stłumieniu:
przymus powtarzania jest niejako wezwany na pomoc ego, które jest
zdecydowane trzymać się zasady przyjemności. W tym, co można by nazwać
zakresem przymusu przeznaczenia, wiele wydaje się dać racjonalnie
wytłumaczyć, tak że nie odczuwa się potrzeby ustanawiania nowego i tajemniczego impulsu. Najmniej podejrzanym przypadkiem jest może sen po
wstrząsie, ale po bliższym zbadaniu trzeba przyznać, że również w innych
przykładach stanu rzeczy nie da się całkowicie wyjaśnić działaniem
znanych nam motywów. Pozostaje ich jeszcze wystarczająco dużo, aby
uzasadnić założenie przymusu powtarzania, a to wydaje nam się bardziej
prymitywne, bardziej elementarne, bardziej instynktowne niż zasada
przyjemności, która została przez nie zastąpiona. Ale jeśli w życiu
psychicznym występuje przymus powtarzania, to oczywiście chcielibyśmy
wiedzieć, jakiej funkcji on odpowiada, w jakich warunkach może się
pojawiać i w jakim stosunku pozostaje do zasady przyjemności, której
dotychczas przypisywaliśmy panowanie nad przebiegiem procesów pobudzenia
w życiu psychicznym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki