Poza wiarą. Jak wychować etyczne, wrażliwe dzieci w świeckiej rodzinie - Dale McGowan

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Licen­cja na świec­kie wycho­wa­nie

W ?lmie Rona Howarda z 1989 roku "Spo­koj­nie, tatuśku" (Paren­thood) boha­ter, Tod Hig­gins - grany przez Keanu Reevesa młody czło­wiek o spoj­rze­niu sza­leńca, wycho­wany przez samotną matkę i pró­bu­jący odna­leźć w życiu wła­sną drogę - skarży się przy­szłej teścio­wej, że choć trzeba mieć prawo jazdy, zgodę na posia­da­nie nie­bez­piecz­nego psa, a nawet kartę węd­kar­ską, to żeby zostać ojcem, nie potrzeba żad­nego zezwo­le­nia.

Rząd, wty­ka­jący nos nie­mal we wszyst­kie pry­watne sprawy oby­wa­teli, nie inge­ruje, dzięki Bogu, w kwe­stię wycho­wa­nia dzieci. Mimo to uwaga Hig­ginsa wydaje się uza­sad­niona. Od kan­dy­da­tów na rodzi­ców nie wymaga się bowiem ukoń­cze­nia żad­nego kursu na temat wycho­wa­nia. Zosta­łem ojcem tak jak wszy­scy - bez wcze­śniej­szego planu. Dopóki nie mia­łem dzieci, nie przy­wią­zy­wa­łem więk­szej wagi do spraw wycho­wa­nia. A kiedy moje dzieci przy­szły na świat, nauczy­łem się roli rodzica podob­nie jak inni - peł­niąc ją w cza­sie rze­czy­wi­stym. Od tej pory minęło pięt­na­ście lat, a ja na­dal się uczę.

Żałuję, że nie mia­łem pod ręką Poza wiarą, kiedy roz­po­czy­na­łem tę nie­koń­czącą się (i nie­skoń­cze­nie wypeł­nia­jącą) podróż. Książka ta jest pełna rad i wska­zó­wek, suge­stii i zale­ceń, aneg­dot i poru­sza­ją­cych (a czę­sto także zabaw­nych) opo­wie­ści będą­cych dzie­łem zróż­ni­co­wa­nego kręgu auto­rów. Spra­wiają one, że czy­tel­nik jed­no­cze­śnie śmieje się i pła­cze. Jest też jedyną znaną mi książką na temat wycho­wa­nia dzieci bez reli­gii. W naszej kul­tu­rze uznaje się nie­mal za pew­nik, że dzieci należy wycho­wy­wać w jakiejś reli­gii, w prze­ciw­nym razie wyro­sną na prze­stęp­ców. To nie­prawda. Przy­pusz­cze­nie owo jest tak bigo­te­ryjne i zuchwałe, że nie zasłu­guje na poważną kry­tykę. Mimo to nie­wie­rzący auto­rzy tej książki poświę­cili mu uwagę. Wyka­zali, że wycho­wa­nie dzieci bez reli­gii nie tylko jest etycz­nym i peł­nym wraż­li­wo­ści spo­so­bem podej­ścia do roli rodzica, lecz także zasłu­guje na pochwałę i sza­cu­nek.

Wspól­nie z żoną wycho­wuję naszą córkę, Devon, w śro­do­wi­sku wol­nym od reli­gii. To nie świa­doma decy­zja czy wcze­śniej obmy­ślony plan. Nie wie­rzymy w ist­nie­nie Boga, więc temat ten zwy­czaj­nie nie poja­wił się w naszych roz­mo­wach. Ponie­waż jestem socjo­lo­giem, zdaję sobie sprawę z potęż­nego wpływu, który rodzice wywie­rają na relig?ne, poli­tyczne i spo­łeczne postawy dzieci. Gdy­bym więc pod­jął w tej kwe­stii jakieś kroki, sta­rał­bym się nie zachę­cać zbyt sil­nie mojej córki do pój­ścia w jakim­kol­wiek kie­runku. Oto frag­ment listu, który do niej napi­sa­łem, gdy szła do liceum:

Nasze poglądy na temat ludzi, spo­łe­czeń­stwa, poli­tyki, gospo­darki, reli­gii i wszyst­kich innych rze­czy są kształ­to­wane przez rodzi­ców i rodzinę, przy­ja­ciół i rówie­śni­ków, nauczy­cieli i opie­ku­nów, książki i gazety, tele­wi­zję i inter­net, czyli kul­turę jako taką. Nie mamy poglą­dów, które nie pozo­sta­wa­łyby pod sil­nym wpły­wem wszyst­kich wymie­nio­nych źró­deł. Do tej pory - czyli do wcze­snego okresu doj­rze­wa­nia - twoje poglądy były kształ­to­wane przede wszyst­kim przeze mnie i przez mamę. Ponie­waż zaj­muję się pro­wa­dze­niem badań, pisa­niem o róż­nych poglą­dach oraz publicz­nym wyra­ża­niem wła­snych poglą­dów, lękam się, by moje silne prze­ko­na­nia nie wywarły na cie­bie nad­mier­nego wpływu. Mam nadzieję, że nie­za­leż­nie od tego, w co zde­cy­du­jesz się wie­rzyć, dokład­nie to prze­my­ślisz i upew­nisz się, że są to twoje wła­sne prze­ko­na­nia, a nie prze­ko­na­nia two­ich rodzi­ców. Twoje poglądy w jakiejś kon­kret­nej spra­wie są dla mnie mniej ważne niż to, czy sta­ran­nie je prze­my­śla­łaś, bada­jąc argu­menty i dowody oraz doko­nu­jąc głę­bo­kiej re?eksji.

Wszy­scy sta­ramy się być dobrymi rodzi­cami. Te sta­ra­nia to główny temat wspo­mnia­nego przeze mnie ?lmu. Pamię­tam scenę, w któ­rej Gil Buck­man (grany przez Steve'a Mar­tina) ma nocny kosz­mar, że jego syn wyrósł na osobę nie­przy­sto­so­waną i jest prze­trzy­my­wany na dzwon­nicy col­lege'u, ponie­waż ojciec pomie­szał mu w gło­wie, każąc grać na dru­giej bazie. Żało­sne uspra­wie­dli­wie­nia Gila - że sta­rał się robić, co mógł - można przy­pi­sać każ­demu rodzi­cowi. Przy­po­mi­nam sobie także ri? Robina Wil­liamsa na temat rodzi­ciel­stwa. Opi­suje on w nim dwa sny. W pierw­szym jego syn oznaj­mia: "Chciał­bym podzię­ko­wać człon­kom Komi­tetu Noblow­skiego za to wyso­kie wyróż­nie­nie", w dru­gim pyta: "Chcesz do tego frytki?".

Nagroda Nobla lub powięk­szone frytki! Nie­za­leż­nie od tego, jak poto­czą się losy mojej córki, zawsze będę ją kochał i będę pró­bo­wał jej wpoić fun­da­men­talne zasady moralne. Zasady te zacho­wują waż­ność nie­za­leż­nie od tego, czy Bóg ist­nieje, lecz nabie­rają szcze­gól­nego zna­cze­nia wów­czas, gdy Boga nie ma. Jeśli Bóg nie ist­nieje i jeśli nikt nie pro­wa­dzi rachun­ków, zada­nie rodzi­ców ura­sta do rangi trans­cen­dent­nego wyzwa­nia.

Michael Sher­mer

Michael Sher­mer jest wydawcą maga­zynu "Skep­tic" (www.skep­tic.com), publi­cy­stą pisu­ją­cym na łamach mie­sięcz­nika "Scienti?c Ame­ri­can" oraz auto­rem ksią­żek Why People Believe Weird Things (Czemu ludzie dają wiarę dzi­wac­twom), How We Believe (Jak wie­rzymy), The Science of Good and Evil (Nauka o dobru i złu) oraz Why Dar­win Mat­ters (Czemu Dar­win się liczy).

Wstęp

Dobre życie to życie natchnione miło­ścią i kie­ro­wane przez wie­dzę.

Ber­trand Rus­sell

Dosko­nale pamię­tam pierw­szą osobę nie­je­dzącą mięsa, którą pozna­łem - moją przy­ja­ciółkę z col­lege'u imie­niem Kari. Kari wyrze­kła się tego, co uwa­ża­łem za jedną z naj­więk­szych roz­ko­szy życia. Do końca życia miała nie skosz­to­wać obsma­ża­nej kaczki z poma­rań­czami, ?let mignon w sosie musz­tar­dowo-kapa­ro­wym ani kur­czaka pie­czo­nego na spo­sób połu­dniowy. Nie potra?łem tego pojąć. W końcu te potrawy są naprawdę prze­pyszne. Tłu­ma­czy­łem sobie, że może Kari ni­gdy nie miała oka­zji zjeść dobrego steku. Cóż, mogło być i tak.

Pew­nego dnia prze­rwa­łem Kari chru­pa­nie lun­chu zło­żo­nego z mar­chewki i spy­ta­łem, dla­czego jest wege­ta­rianką.

Przy­znała, że miała nie­jedną oka­zję, żeby spró­bo­wać dobrego steku. Od dzie­ciń­stwa prze­pa­dała za kotle­tem scha­bo­wym z kością. Cho­ciaż uwiel­biała smak mięsa, gdy zasta­no­wiła się - znacz­nie poważ­niej niż ja - nad kwe­stiami zwią­za­nymi z jego spo­ży­ciem, zde­cy­do­wała, że nega­tywne skutki prze­wa­żają nad pozy­tyw­nymi. "Jedze­nie mięsa jest bar­dzo nie­zdrowe - oznaj­miła - na doda­tek łączy się z zada­wa­niem nie­wy­po­wie­dzia­nych cier­pień innym stwo­rze­niom".

Kiedy ukoń­czy­li­śmy col­lege, nasz kon­takt się urwał, lecz idę o zakład, że jeśli Kari ma dzieci, wycho­wuje je w opar­ciu o te same war­to­ści, bo pra­gnie dla nich tego, co naj­lep­sze. Ponie­waż ją znam, wiem rów­nież, że będzie chciała, aby dzieci samo­dziel­nie prze­my­ślały sprawę i doko­nały wyboru, aby nikt ich do tego nie zmu­szał. Jej dzieci wie­dzia­łyby, że mama ma zde­cy­do­wane prze­ko­na­nia, i znały uza­sad­nie­nie tych prze­ko­nań. Ale zde­cy­do­wa­łyby same, czy zga­dzają się z mamą, kiedy byłyby wystar­cza­jąco doj­rzałe.

Bar­dzo cenię ten spo­sób wycho­wa­nia.

Tak się składa, że wycho­wuję wła­sne dzieci, pró­bu­jąc prze­ka­zać im swoje naj­lep­sze doświad­cze­nia i swoje war­to­ści. Nie jestem wege­ta­ria­ni­nem, cho­ciaż od czasu pozna­nia Kari uwa­żam to za wadę. Ist­nieje jed­nak inna dzie­dzina, w któ­rej mam zde­cy­do­wane prze­ko­na­nia - to dzie­dzina wiary i prak­tyk relig?nych.

Kari zja­dła wiele pysz­nych ste­ków. Ja mia­łem mnó­stwo pozy­tyw­nych doświad­czeń z ludźmi relig?nymi oraz insty­tu­cjami kościel­nymi. Pozna­łem wiele wspa­nia­łych osób wie­rzą­cych, mia­łem oka­zję zetknąć się z fascy­nu­ją­cymi i nio­są­cymi pocie­sze­nie ele­men­tami naucza­nia relig?nego.

Zain­te­re­so­wa­łem się "wiel­kimi pyta­niami życia" w wieku trzy­na­stu lat, gdy zmarł mój ojciec. Smu­tek i ból łago­dziła ogromna cie­ka­wość śmierci, która stała się źró­dłem tysięcy wąt­pli­wo­ści. Zaczą­łem poważ­nie roz­my­ślać nad zagad­nie­niami z dzie­dziny reli­gii, cho­dzić do kościo­łów dzie­wię­ciu wyznań, czy­tać pisma święte reli­gii, w któ­rej wyro­słem, zada­wać pyta­nia duchow­nym i kapła­nom, teo­lo­gom i ludziom świec­kim oraz uważ­nie ana­li­zo­wać argu­menty prze­ma­wia­jące za wiarą i prze­ciw niej. W końcu dosze­dłem do prze­ko­na­nia, że reli­gia jest ludz­kim wymy­słem.

Moi relig?ni przy­ja­ciele są zdu­mieni. Powia­dają, że reli­gia jest "pyszna". Nagroda po śmierci, bez­wa­run­kowa miłość, osta­teczny sens życia... Zgoda, same pysz­no­ści. Dosze­dłem jed­nak do prze­ko­na­nia, że wiara reli­gijna, choć dostar­cza pocie­chy i daje wiele innych korzy­ści, wyrzą­dza rów­nież ogromną szkodę jed­no­stce i zbio­ro­wo­ści. Uzna­łem, że wady reli­gii znacz­nie prze­wyż­szają jej zalety, dla­tego odsu­ną­łem ją na bok.

Nie jestem obo­jętny na kwe­stie teo­lo­giczne, podob­nie jak wege­ta­rianka Kari nie jest obo­jętna na sprawy zwią­zane z dietą i spo­so­bem trak­to­wa­nia zwie­rząt. Pyta­nia doty­czące reli­gii nie prze­stają mnie fascy­no­wać, mam do nich bar­dzo poważny sto­su­nek. Postawa Kari wyro­sła z jej głę­bo­kiego zain­te­re­so­wa­nia pew­nym zagad­nie­niem. Dziew­czyna doszła do prze­ko­na­nia, że wege­ta­ria­nizm sta­nowi słuszny wybór, uwa­żała nawet, że i ja mogę przejść na tę dietę, cho­ciaż nie zamie­rzała zmu­szać do tego ani mnie, ani nikogo innego. Wła­śnie dla­tego jestem prze­ko­nany, że jej dzieci samo­dziel­nie doko­nają wyboru.

To samo można powie­dzieć o moim poglą­dzie na temat wycho­wa­nia relig?nego. Jestem prze­ko­nany, że doko­na­łem naj­lep­szego moral­nego i inte­lek­tu­al­nego wyboru, odsu­wa­jąc na bok reli­gię. Uwa­żam, że nega­tywne skutki wiary reli­gij­nej znacz­nie prze­wa­żają nad skut­kami pozy­tyw­nymi, nie chcę jed­nak zmu­szać nikogo do tego, by myślał tak samo. Doty­czy to rów­nież moich dzieci. One zasłu­gują na to, aby samo­dziel­nie roz­strzy­gnąć tę kwe­stię. Liczy się pro­ces, a nie osta­teczny rezul­tat, do któ­rego ten pro­ces pro­wa­dzi.

W ten spo­sób prze­cho­dzimy do ostat­niej sprawy.

Poza wiarą to książka dla kocha­ją­cych i tro­skli­wych rodzi­ców, któ­rzy pra­gną wycho­wać swoje dzieci bez reli­gii. Nie uwa­żam, że jest to jedyna dobra metoda wycho­wa­nia. Był­bym głup­cem, gdy­bym twier­dził, że nie można wycho­wać inte­li­gent­nych, moral­nych i kocha­ją­cych dzieci w relig?nym domu. Ist­nieje jed­nak wiele chrześc?ańskich ksią­żek poświę­co­nych tema­tyce wycho­wa­nia. Ludzie nie­wie­rzący nie mają żad­nej.

Reli­gia ma wiele do zaofe­ro­wa­nia rodzi­com: sta­bilną wspól­notę, wyraź­nie okre­ślony sys­tem war­to­ści, ter­mi­no­lo­gię i sym­bole, obrzędy przej­ścia i środki pozwa­la­jące wzbu­dzić zadzi­wie­nie, pocie­sza­jące odpo­wie­dzi na wiel­kie pyta­nia życia i otu­chę poma­ga­jącą znieść prze­ciw­no­ści losu oraz bole­sne straty. Ludzie nie­wie­rzący zwy­kle uwa­żają, że korzy­ści te wyma­gają zapła­ce­nia zbyt wyso­kiej ceny. Wielu z nich ma poczu­cie, że musia­łoby pójść na kom­pro­mis w dzie­dzi­nie inte­lek­tu­al­nej uczci­wo­ści, a poję­cie "war­to­ści" staje się narzę­dziem walki "my kon­tra oni". Cho­ciaż relig?ne odpo­wie­dzi są czę­sto uzna­wane za nie­prze­ko­nu­jące, przed­sta­wia się je jako bez­dy­sku­syjne. Szu­ka­jąc tego, co naj­lep­sze dla naszych dzieci, sta­ramy się wyty­czyć ścieżkę omi­ja­jącą Kościół i czę­sto oka­zuje się, że czy­nimy to bez żad­nego kom­pasu.

Książka Poza wiarą poka­zuje, że czę­sto można się cie­szyć nie­za­prze­czal­nymi korzy­ściami wyni­ka­ją­cymi z reli­gii, a pomi­nąć jej strony ujemne. Wege­ta­ria­nin musi zna­leźć źró­dła wita­min, mine­ra­łów i białka pocho­dze­nia roślin­nego. Nie­wie­rzący rodzice muszą poszu­kać innych niż relig?ne spo­so­bów de?niowania war­to­ści, obrzę­dów przej­ścia, znaj­do­wa­nia pocie­sze­nia w obli­czu śmierci i nada­wa­nia życiu sensu. Na szczę­ście wege­ta­ria­nie mają fasolę, wzbo­ga­coną mąkę, mleko sojowe. A nie­wie­rzący rodzice - Poza wiarą.

Oto książka o wycho­wa­niu dzieci dla teo­lo­gicz­nych wege­ta­rian.

Spo­sób podej­ścia i akcenty

Nie jest to wyczer­pu­jący, kom­pletny pod­ręcz­nik wycho­wa­nia dzieci. Nie zaj­mu­jemy się nie­mow­lęcą wysypką, agre­syw­nym zacho­wa­niem ani skar­że­niem na kole­gów. Książka ta ma peł­nić funk­cję źró­dła róż­no­rod­nych opi­nii, prze­my­śleń i doświad­czeń zwią­za­nych z jed­nym zagad­nie­niem - wycho­wa­niem dzieci w śro­do­wi­sku wol­nym od reli­gii - oraz innymi spra­wami, które są z nim bez­po­śred­nio zwią­zane.

Wyraźny jest tu brak narzu­co­nych z góry roz­wią­zań. Cho­ciaż auto­rami ese­jów zawar­tych w tym tomie są leka­rze medy­cyny, dok­to­rzy, a nawet dwóch dok­to­rów teo­lo­gii, naszym zamia­rem nie było wska­zy­wa­nie auto­ry­ta­tyw­nych odpo­wie­dzi. Auto­rzy suge­rują, infor­mują, rzu­cają wyzwa­nie i zachę­cają, ale nie twier­dzą, że pre­zen­tują jedyne słuszne roz­wią­za­nia. (Porad­niki, które stoją przede mną na półce, mają ambitne tytuły w rodzaju Kom­pletny, pełny i mia­ro­dajny pod­ręcz­nik. Święty Boże!) Dodam, że ludzie nie­wie­rzący są zwy­kle wol­no­my­śli­cie­lami. Cha­rak­te­ry­zuje ich silne pra­gnie­nie samo­dziel­nego roz­wa­że­nia wszyst­kich aspek­tów danej sprawy i pod­ję­cia nie­za­leż­nej decy­zji.

Nie jest to książka poświę­cona argu­men­tom oba­la­ją­cym wiarę relig?ną, nie podej­mu­jemy też próby prze­ko­na­nia czy­tel­nika, aby laicko wycho­wy­wał dzieci. Książka ta ma na celu wspie­ra­nie i zachę­ca­nie tych, któ­rzy już posta­no­wili, że będą wycho­wy­wali swoje dzieci bez reli­gii, i szu­kają zachęty oraz wspar­cia.

Ist­nieje wiele zna­ko­mi­tych ksią­żek dla doro­słych, któ­rzy chcą roz­wa­żyć argu­menty za wiarą i prze­ciw wie­rze. Jest to bar­dzo ważne zada­nie: miarą inte­lek­tu­al­nej i etycz­nej doj­rza­ło­ści jest goto­wość do cią­głej re?eksji nad tym, co uwa­żamy za dobre i praw­dziwe. Rodzice powinni umieć w każ­dej chwili wyja­śnić dzie­ciom pod­stawy swo­ich war­to­ści i prze­ko­nań. Pozba­wione uza­sad­nie­nia, nie­pod­dane bada­niu prze­ko­na­nia reli­gijne lub świec­kie są naj­bar­dziej sztywne, naj­mniej podatne na ponowne roz­pa­trze­nie i rewi­zję. Aby wycho­wać dzieci opie­ra­jące wła­sne prze­ko­na­nia na oso­bi­stej re?eksji i otwarte na zmiany, trzeba dawać im przy­kład takiej postawy.

Być może znaj­dziesz w tej książce nowe słowa, mię­dzy innymi okre­śle­nia róż­nych rodza­jów nie­wiary oraz kon­cep­cji zaczerp­nię­tych z ?lozo?i. Każdy z tych ter­mi­nów został zde?niowany w słow­niku ter­mi­nów umiesz­czo­nym na końcu.

* * *

Wycho­wa­nie dzieci to jedno z naj­trud­niej­szych wyzwań, przed któ­rymi sta­jemy. Pro­wa­dze­nie świec­kiego stylu życia w relig?nym świe­cie należy do naj­trud­niej­szych spo­łecz­nych wybo­rów. Kiedy wyzwa­nia te połą­czą się z innymi i rodzice zapra­gną wycho­wać dziecko w śro­do­wi­sku wol­nym od reli­gii, trud­no­ści jesz­cze się pogłę­bią. Mimo to rośnie liczba rodzi­ców podej­mu­ją­cych się tego zada­nia. W 1990 roku osiem pro­cent uczest­ni­ków bada­nia prze­pro­wa­dzo­nego przez "USA Today" okre­śliło się mia­nem ludzi arelig?nych. W 2001 roku liczba ta wzro­sła do 14,1 pro­cent1. Spis powszechny prze­pro­wa­dzony w 2000 roku wyka­zał, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jest 37,3 miliona rodzin z dziećmi w wieku szkol­nym. Zesta­wie­nie tych liczb pozwala na ostrożny sza­cu­nek, że w dzi­siej­szej Ame­ryce żyje sie­dem milio­nów nie­wie­rzą­cych rodzi­ców. Jed­nym z celów tej książki jest wyraźne pod­kre­śle­nie tego pro­stego faktu. Łatwo przy­jąć, że każdy rodzic w oko­licy, kibi­cu­jący swoim pocie­chom pod­czas meczu piłki noż­nej lub wędru­jący mię­dzy rega­łami w super­mar­ke­cie, jest czło­wie­kiem relig?nym, regu­lar­nie uczęsz­cza­ją­cym do kościoła. W naszej kul­tu­rze uważa się to za pew­nik. Nie jest to jed­nak prawdą. Warto to sobie uświa­do­mić. A zatem nie jesteś sam.

Dobrym przy­kła­dem zja­wi­ska skry­wa­nej nie­wiary są spo­tka­nia orga­ni­zo­wane w dys­ku­syj­nym klu­bie książki, w któ­rych uczest­ni­czę po uka­za­niu się moich nowych powie­ści. Ich główny boha­ter jest nie­wie­rzą­cym huma­ni­stą, a intryga łączy się z zagad­nie­niem wiary i nie­wiary, zatem dys­ku­sja zawsze obraca się wokół prze­ko­nań człon­ków klubu. W pew­nej chwili ktoś wstaje i mówi: "Wie pan co? Ni­gdy wcze­śniej nie przy­szło mi do głowy odpo­wied­nie słowo, lecz wydaje mi się, że ja rów­nież jestem nie­wie­rzą­cym huma­ni­stą". Pozo­stali nie kryją zasko­cze­nia: nie potę­piają ani nie osą­dzają, lecz wyra­żają szczere zdu­mie­nie z powodu tego, jak czę­sto przyj­mu­jemy błędne zało­że­nia na temat ludzi, któ­rzy wydają się nam dobrze znani. "Ja rów­nież nim jestem" - zgła­sza się druga osoba, a po niej trze­cia i czwarta. Zwy­kle oka­zuje się, że trzy­dzie­ści, a nawet pięć­dzie­siąt pro­cent obec­nych to ludzie nie­wie­rzący, choć wszy­scy uwa­żali się za osa­mot­nio­nych w swo­ich poglą­dach. Oba­le­nie fał­szy­wych sądów i ujaw­nie­nie róż­no­rod­no­ści prze­ko­nań dostar­cza praw­dzi­wej pocie­chy, a towa­rzy­szy temu wzbo­ga­ce­nie związ­ków mię­dzy­ludz­kich.

Podob­nie się dzieje z nie­wie­rzą­cymi rodzi­cami. Jeste­śmy obecni, lecz rzadko komu­ni­ku­jemy swoje poglądy. Mno­że­nie się forów dys­ku­syj­nych dla nie­wie­rzą­cych rodzi­ców i orga­ni­za­cji zrze­sza­ją­cych wol­no­my­śli­ciel­skie rodziny potwier­dza rosnące zain­te­re­so­wa­nie tym tema­tem. Potrzebna jest książka, która poru­sza­łaby zagad­nie­nia leżące na sercu świec­kim rodzi­com. Książka taka może rów­nież pomóc w inny spo­sób: poka­zu­jąc, że wokół nas ludzie wycho­wują zdrowe, szczę­śliwe, etyczne dzieci w śro­do­wi­sku wol­nym od ide­olo­gii relig?nej.

Kiedy pra­co­wa­łem jako redak­tor kolumny "Family Issues" (Sprawy rodzinne) na stro­nie inter­ne­to­wej Athe­ist Alliance (Towa­rzy­stwa Ate­istycz­nego), uświa­do­mi­łem sobie, jak mało mate­ria­łów pomoc­ni­czych mają nie­wie­rzący rodzice. Przez krótki czas myśla­łem o samo­dziel­nym napi­sa­niu tej książki, lecz na szczę­ście porzu­ci­łem ten pomysł i tak naro­dził się jej obecny kształt - zbiór ese­jów roz­ma­itych ludzi o róż­no­rod­nych poglą­dach i doświad­cze­niach. Prze­czy­tasz tu esej dok­tor Jean Mer­cer o roz­woju moral­nym dziecka, esej aktorki kome­dio­wej, Julii Swe­eney, opo­wia­da­ją­cej o swo­ich wąt­pli­wo­ściach i czę­sto komicz­nych zma­ga­niach z wpły­wem reli­gii na życie jej adop­to­wa­nej córki, otwarty list Richarda Daw­kinsa do jego córki, esej ilu­zjo­ni­sty i saty­ryka, Penna Jil­lette'a, o tym, jak został nie­wie­rzącym ojcem, esej dok­tora Gare­tha Mat­thewsa o spo­so­bie roz­ma­wia­nia z dziećmi o złu, esej Donalda B. Ardel­lego o świec­kim celu i sen­sie ist­nie­nia, esej słyn­nego muzyka blu­egras­so­wego, Pete'a Wer­nicka, o "związ­kach mie­sza­nych", esej Toma Flynna i mój o pyta­niach zwią­za­nych z posta­cią Świę­tego Miko­łaja, frag­menty ksią­żek Marka Twa­ina, Ber­tranda Rus­sella i Mar­ga­ret Kni­ght oraz eseje ponad dwu­dzie­stu leka­rzy, peda­go­gów, pisa­rzy, psy­cho­lo­gów i zwy­czaj­nych nie­wie­rzących rodzi­ców. Znaj­dziesz także infor­ma­cje o źró­dłach pomoc­nych w dal­szym bada­niu tego roz­le­głego tematu.

Przez całą książkę przew?a się jeden wątek: oto powin­ni­śmy zachę­cać dziecko do racjo­nal­nego myśle­nia, a następ­nie zaufać, że to uczyni. Usu­nię­cie reli­gii nie gwa­ran­tuje, że dziecko zacznie samo­dziel­nie i popraw­nie myśleć. Dzieci dora­sta­jące w świec­kim domu są nara­żone na takie samo ryzyko podej­mo­wa­nia nie­roz­waż­nych decy­zji jak dzieci z rodzin głę­boko reli­gij­nych. Aby mogły for­mu­ło­wać samo­dzielne wnio­ski, muszą się dowie­dzieć jak naj­wię­cej o reli­gii jako kul­tu­ro­wym wytwo­rze czło­wieka, a jed­no­cze­śnie nie popaść w chore prze­ko­na­nie, że otrzy­mają nagrodę w nie­bie (lub zostaną uka­rane w pie­kle) z powodu doko­na­nego wyboru - ni­gdy nie powin­ni­śmy sto­so­wać tego rodzaju inte­lek­tu­al­nego ter­roru wobec dzieci i samych sie­bie. Dzieci muszą się rów­nież dowie­dzieć o zarzu­tach pod adre­sem reli­gii. A jeśli moje dzieci, nauczone racjo­nal­nego i samo­dzielnego myśle­nia, dojdą do innych wnio­sków niż ja? Cóż, będę musiał dopu­ścić moż­li­wość, że byłem w błę­dzie. Tak czy owak, aby zachę­cić dzieci do for­mu­ło­wa­nia i pod­trzy­my­wa­nia samo­dziel­nych wnio­sków, trzeba im pozwo­lić dojść do nich w spo­sób nie­za­leżny. Cudowne, a jed­no­cze­śnie skom­pli­ko­wane zada­nie rodzica polega mię­dzy innymi na uła­twie­niu tego pro­cesu, bez wywie­ra­nia pre­sji.

Jako redak­tor zachę­ca­łem wyjąt­ko­wych auto­rów tej książki do zacho­wa­nia indy­wi­du­al­nego stylu i spo­sobu podej­ścia do tematu, a nawet wyra­ża­nia odmien­nych opi­nii w róż­nych spra­wach. Jestem bowiem pewny, że nie­wie­rzący rodzice zdo­łają sobie pora­dzić z tą róż­no­rod­no­ścią i nie będą pra­gnęli niczego innego. Na tym wła­śnie polega rola "wiel­kiego namiotu świec­kiej myśli", który gro­ma­dzi pod kopułą róż­no­rodne, czę­sto sprzeczne wizje życia bez reli­gii. Czy w innej książce zna­la­złyby się eseje autor­stwa dwóch duchow­nych i Penna Jil­lette'a? Jedni auto­rzy przyj­mują podej­ście aka­de­mic­kie, dru­dzy spon­ta­niczne i zapra­wione komi­zmem, jesz­cze inni inspi­ru­jące, odkryw­cze, zuchwałe, pełne gniewu i rado­ści, pew­no­ści sie­bie i zagu­bie­nia. Ist­nieje nie­skoń­cze­nie wiele spo­so­bów bycia czło­wie­kiem nierelig?nym, nie ma więc potrzeby narzu­ca­nia wszyst­kim jed­nego sche­matu.

Chciał­bym rów­nież zwró­cić uwagę na fakt, że cały mate­riał redak­cyjny - wpro­wa­dze­nie do każ­dego z roz­dzia­łów, stresz­cze­nie książki, wstęp i moje eseje - wyraża jedy­nie mój wła­sny punkt widze­nia na poru­szane kwe­stie. Nie ukry­wam, że jest to naj­bar­dziej bły­sko­tliwy i inte­re­su­jący punkt widze­nia, lecz sta­nowi zale­d­wie jeden z wielu i nie należy zakła­dać, że inni auto­rzy cał­ko­wi­cie się z nim zga­dzają.

Mam nadzieję, że uzna­cie tę książkę za war­to­ściową, podej­mu­jąc się cudow­nego, a jed­no­cze­śnie uczą­cego pokory zada­nia wycho­wa­nia kolej­nego poko­le­nia, natchnieni miło­ścią i kie­ro­wani wie­dzą.

dr Dale McGo­wan

Moim rodzyn­kom - Becce, Eri­nowi, Dela­ney i Con­no­rowi

Roz­dział 1

Re?eksje oso­bi­ste

Wpro­wa­dze­nie

Pierw­szym i naj­waż­niej­szym celem, który sta­wia sobie książka Poza wiarą, jest zako­mu­ni­ko­wa­nie nie­wie­rzą­cym rodzi­com, że nie są osa­mot­nieni, że miliony rodzin stają wobec podob­nych wyzwań i zadają sobie podobne pyta­nia. W roz­dziale tym zawarte są oso­bi­ste prze­my­śle­nia nie­za­leż­nie myślą­cych rodzi­ców i dzieci oraz doro­słych, wspo­mi­na­ją­cych czasy swo­jego dzie­ciń­stwa. Wszy­scy oni szu­kają odpo­wie­dzi na podobne pyta­nia. Z tru­dem je zna­leźli i teraz dzielą się doświad­cze­niem z rodzi­cami, któ­rzy wycho­wują swoje potom­stwo w świecki spo­sób.

Dru­gie zada­nie, o któ­rym wspo­mnia­łem już we wstę­pie, polega na roz­sta­wie­niu wiel­kiego namiotu nie­wiary. Nie ma jed­nego "wła­ści­wego" spo­sobu wycho­wy­wa­nia dzieci, nie ist­nieje także jeden rodzaj braku wiary. Ramy tego roz­działu two­rzą dwa świetne przy­kłady ilu­stru­jące zróż­ni­co­wane podej­ście do świec­kiego wycho­wa­nia. Penna Jil­lette'a można porów­nać do sło­nia w skła­dzie por­ce­lany. Za to Julia Swe­eney krąży wokół, sprząta tale­rze i powta­rza "Jezu". Spo­sób podej­ścia obojga auto­rów jest odmienny, lecz głę­bia mądro­ści i zro­zu­mie­nia zawarta w ich ese­jach mogłaby oświe­tlić główną ulicę Las Vegas. Norm Allen opo­wiada, jak dora­stał w domu wie­rzą­cych bap­ty­stów, wspo­mi­na­jąc matkę, która nie­ustan­nie zachę­cała dzieci do nie­za­leż­nego, samo­dziel­nego spo­sobu myśle­nia, a nawet kwe­stio­no­wa­nia ist­nie­nia Boga.

Bio­log z Oks­fordu, Richard Daw­kins, dzieli się wzru­sza­ją­cym listem adre­so­wa­nym do dzie­się­cio­let­niej córki, Juliet, w któ­rym opi­suje swoje war­to­ści inte­lek­tu­alne. Jed­nych czy­tel­ni­ków mogą dener­wo­wać czę­ste wzmianki o duchow­nych, inni mogą uznać podej­ście Daw­kinsa za pozba­wione sza­cunku dla wiary relig?nej. Ale Daw­kins ma uza­sad­nie­nie: nie sza­nuje prze­ko­nań relig?nych. Wcale a wcale.

Rodzi się wobec tego ważne pyta­nie, nada­jące się świet­nie na temat roz­mowy przy stole: czy można nie oka­zy­wać sza­cunku wie­rze­niom innych ludzi? Pro­szę zwró­cić uwagę na fakt, że cho­dzi tu o wie­rze­nia, a nie o wie­rzą­cych. Wszy­scy się chyba zgo­dzą, że ludzie jako tacy zasłu­gują na sza­cu­nek. Czy można sobie jed­nak pozwo­lić na brak posza­no­wa­nia dla cudzych opi­nii? Pod­kre­ślam: nie na nie­zga­dza­nie się z cudzymi opi­niami, ale wła­śnie na brak posza­no­wa­nia dla nich?

Jeśli słowo "sza­cu­nek" ma zacho­wać jaki­kol­wiek sens, nie można obda­rzać nim auto­ma­tycz­nie wszyst­kich opi­nii. Mogę nie zga­dzać się z jakimś poglą­dem, a mimo to go sza­no­wać, uzna­jąc, że jest uza­sad­niony. Mam kilku przy­ja­ciół, zwo­len­ni­ków liber­ta­li­zmu, któ­rzy uwa­żają, że wszyst­kie podatki mają cha­rak­ter repre­syjny i powinny zostać znie­sione. Ja z kolei uwa­żam, że roz­sądne podatki są dosko­na­łym spo­so­bem reali­zo­wa­nia waż­nych celów spo­łecz­nych. Cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie nie zga­dzam się z moimi przy­ja­ciółmi, sza­nuję ich zda­nie, ponie­waż jest poparte roz­sąd­nymi argu­men­tami.

Inni moi przy­ja­ciele sądzą, że ich życiem rzą­dzą gwiazdy. Kiedy pytam o powody takiego prze­ko­na­nia, przy­ta­czają różne aneg­doty, wybiór­cze przy­pad­kowe obser­wa­cje i argu­menty emo­cjo­nalne. Kocham ich i sza­nuję, lecz byłoby głu­pie powie­dze­nie, że sza­nuję także ich wiarę w astro­lo­gię, nie akcep­tuję bowiem spo­sobu myśle­nia, który się za tym kryje. Zwy­kle nie napa­dam na nich z tego powodu, bo ich poglądy wywie­rają nie­wielki wpływ na świat, choć odma­wiam sza­cunku ich poglą­dom.

Ponie­waż Robert Daw­kins uważa, że reli­gia wywiera silny nega­tywny wpływ na świat, brak sza­cunku dla świa­to­po­glądu reli­gij­nego skła­nia go do gwał­tow­nego i ostrego sprze­ciwu wobec tego, co uważa za realne, stale obecne zagro­że­nie. Po ata­kach ter­ro­ry­stycz­nych z 11 wrze­śnia napi­sał: "Resztki mojego sza­cunku dla reli­gii roz­wiały się wśród dymu i duszą­cego pyłu 11 wrze­śnia 2001 roku, po któ­rym nastą­pił "Naro­dowy dzień modli­twy""2. Cho­ciaż czy­tel­nicy mają pełne prawo nie zga­dzać się z tą opi­nią lub ze spo­so­bem, w jaki ją wyra­żono, chłodny i dobrze poin­for­mo­wany głos Daw­kinsa nie powi­nien być wyklu­czony z roz­mowy w naszym wiel­kim namio­cie, podob­nie jak głos zatro­ska­nych ate­istów.

Emily Rosa jest dobrą przed­sta­wi­cielką nie­wie­rzą­cych dzieci, opi­su­jącą, jak wycho­wy­wano ją w duchu poszu­ki­wa­nia prawdy. Eks­pe­ry­ment, który prze­pro­wa­dziła na lek­cji przy­rody w czwar­tej kla­sie, na krótko skie­ro­wał na nią wszyst­kie reflek­tory. Rosa dostar­cza trzeź­wych rad nie­wie­rzą­cym rodzi­com, zachę­ca­jąc ich do tego, żeby wylu­zo­wali się, bawili, śmiali i zacho­wy­wali pogodę ducha - po to, by nie wycho­wać ponu­rego poko­le­nia obse­syj­nych kon­te­sta­to­rów.

Anne Nicol Gay­lor, podob­nie jak Emily Rosa, wycho­wała się w świec­kiej rodzi­nie. Opi­suje kon­takty swo­jej rodziny z reli­gij­nymi sąsia­dami w kate­go­riach postawy "wolę poba­wić się na dwo­rze". Poznamy rów­nież śro­do­wi­sko, w któ­rym dora­stał dwu­dzie­sto­wieczny ?lozof i orę­dow­nik pokoju Ber­trand Rus­sell, mimo wyraź­nej woli zmar­łego ojca oddany pod opiekę ludzi wie­rzą­cych. Próba zako­rze­nie­nia w chłopcu reli­gii zawio­dła, przy­czy­nia­jąc się do naro­dzin jed­nego z naj­bar­dziej wymow­nych i prze­ko­nu­ją­cych rzecz­ni­ków współ­cze­snego agno­sty­cy­zmu. Roz­dział koń­czy pre­zen­ta­cja fascy­nu­ją­cej duali­stycz­nej postawy Dana Bar­kera. Jako ewan­ge­liczny duchowny Dan stwo­rzył czwórce swo­ich dzieci chrześc?ański dom, a póź­niej stra­cił wiarę, roz­wiódł się i ponow­nie oże­nił, by wycho­wy­wać córkę w domu pozba­wio­nym war­to­ści relig?nych.

Czy­tel­nicy mogą się zasta­na­wiać, dla­czego eseje zebrane w tej książce - a przy­naj­mniej więk­szość z nich - mówiąc o "reli­gii", odwo­łują się nie­mal wyłącz­nie do chrześc?aństwa. Fakt ten sta­nowi odzwier­cie­dle­nie kul­tu­ro­wego kon­tek­stu życia auto­rów książki i jej odbior­ców. Ponie­waż więk­szość czy­tel­ni­ków wycho­wała się w kul­tu­rze pozo­sta­ją­cej pod wpły­wem reli­gii chrze­ści­jań­skiej, jest rze­czą natu­ralną, że dys­ku­sja o reli­gii nawią­zuje do lokal­nego prze­jawu wiary reli­gij­nej. Auto­rzy czę­ściej odno­szą się też do reli­gii kato­lic­kiej niż do poglą­dów innych wyznań. Wynika to z dwóch fak­tów. Po pierw­sze, kato­li­cyzm to naj­star­sze i naj­bar­dziej dogma­tyczne wyzna­nie chrześc?ańskie. Po dru­gie, więk­szość nie­wie­rzą­cych była kie­dyś kato­li­kami. I tym razem kon­tekst życia autora w natu­ralny spo­sób prze­są­dza o tre­ści jego pracy.

Cho­ciaż każda z opo­wie­ści zawar­tych w tym roz­dziale jest wyjąt­kowa, łączą je odwaga, uczci­wość i pogoda ducha. Ist­nieje wiele dobrych metod wycho­wa­nia dzieci z ele­men­tami reli­gii i bez nich. Przy­kłady, które poda­jemy, nie są wzo­rem do naśla­do­wa­nia, lecz zapro­sze­niem do poszu­ki­wa­nia wła­snej drogi i zapew­nie­niem, że ją odnaj­dzie­cie.

Lawi­ro­wa­nie wokół stołu

Julia Swe­eney

ZWY­KLE BYŁAM SZCZĘ­ŚLIWA, ŻE JESTEM KATO­LICZKĄ. Z jed­nej strony nie lubi­łam, gdy ludzie nie odpo­wia­dali na moje pyta­nia lub lek­ce­wa­żąco trak­to­wali natu­ralne prze­jawy mojego scep­ty­cy­zmu. Z dru­giej strony czu­łam się szczę­ściarą. Uwa­ża­łam, że bycie kato­liczką jest spoko. Było mi żal ludzi, któ­rzy nie nale­żeli do Kościoła. Nawia­sem mówiąc, zna­łam takich nie­wielu. Wszy­scy moi przy­ja­ciele byli kato­li­kami. Nale­żeli - podob­nie jak ja. Nie tylko do kato­lic­kich para?i i szkół, lecz rów­nież do wiel­kiego kato­lic­kiego klubu. Wszy­scy uczest­ni­czy­li­śmy w tych samych obrzę­dach i nosi­li­śmy te same stroje: szkolne mun­durki. Wszy­scy księża nosili czarne ubra­nia, chyba że odpra­wiali mszę i wkła­dali ornat! Bar­dzo mi się to podo­bało. Na doda­tek wiele w tym było ele­men­tów śre­dnio­wiecz­nych. Klę­ka­łam, wyra­ża­jąc w ten spo­sób posłu­szeń­stwo i pod­da­nie, lecz nie było w tym dla mnie niczego upo­ka­rza­ją­cego. Czu­łam się tak, jak­bym żyła na zamku! Cza­sami w kościele palono kadzi­dło, lecz i to wyda­wało mi się oso­bli­wie mistyczne, nie­ziem­skie. Prócz tego wszy­scy od dawna dobrze się znali, cho­dzili do tych samych szkół, do któ­rych cho­dzili ich rodzice... Stwa­rzało to atmos­ferę bli­skiej zaży­ło­ści i bez­pie­czeń­stwa.

Kiedy doro­słam, przej­rza­łam na oczy i zda­łam sobie sprawę z tego, że nie wie­rzę w nad­przy­ro­dzone powody robie­nia tego wszyst­kiego. Doszłam do wnio­sku, że nie ist­nieją prze­ko­nu­jące dowody na ist­nie­nie Boga, a już z pew­no­ścią na to, że trosz­czy się on o swój Kościół i opie­kuje nim. Prze­nio­słam się ze Spo­kane do Los Ange­les, mia­sta, w któ­rym Kościół kato­licki nie ukształ­to­wał spo­łecz­no­ści lokal­nej w spo­sób, który był mi znany. Gdy cho­dzi­łam do kościoła w Los Ange­les, mój umysł nabrał nie­zno­śnego nawyku auten­tycz­nego słu­cha­nia słów wypo­wia­da­nych pod­czas mszy. Jako antro­po­log zwy­kle wycho­dzi­łam z kościoła roz­gnie­wana, spe­szona i z poczu­ciem obco­ści, a już z pew­no­ścią pozba­wiona poczu­cia więzi. W końcu zaprze­sta­łam cho­dze­nia na nabo­żeń­stwa i zaczę­łam się okre­ślać mia­nem ate­istki. Póź­niej sta­łam się dumna z tego powodu. W tym okre­sie adop­to­wa­łam dziew­czynkę pocho­dzącą z Chin.

Począt­kowo nie zda­wa­łam sobie sprawy z tego, że nie wycho­wuję jej w duchu jakiejś reli­gii. "Reli­gia" to były obrzędy, w któ­rych uczest­ni­czy­łam, odwie­dza­jąc rodzinne mia­steczko. Nabo­żeń­stwa na­dal tro­chę mnie bawiły - tata i brat trzy­mali moją córeczkę, która wier­ciła się jak inne dwu- i trzy­latki. Póź­niej wyda­rzyło się kilka rze­czy, które wszystko zmie­niły.

Pierw­szym wyda­rze­niem była śmierć ojca.

Dopiero wów­czas stwier­dzi­łam, jak bar­dzo się zmie­ni­łam. Nie powie­dzia­łam córce, że mój ojciec "odszedł". Wie­dzia­łam, że to nie­prawda. On zwy­czaj­nie umarł. Córka miała wów­czas cztery i pół roku, czuła się bar­dzo bli­sko zwią­zana z moim tatą. Wysy­łała do niego kartki z życze­niami na Dzień Ojca i lubiła, gdy ją przy­tu­lał. Tata czę­sto drze­mał obok niej. Zapa­mię­ta­łam taki nie­zwy­kle cie­pły, uro­czy i kojący obra­zek: on z apa­ra­tem tle­no­wym i ona zwi­nięta tuż obok niego. Jego śmierć była dla niej wiel­kim cio­sem. Oczy­wi­ście nie obyło się bez pytań.

Kiedy córka spy­tała: "Co się dzieje po śmierci?", odrze­kłam: "Mówiąc szcze­rze, kocha­nie, roz­kła­damy się". Koniecz­nie chciała się dowie­dzieć, co to zna­czy. Kiedy w naszym ogro­dzie zdechł pta­szek, obser­wo­wa­ły­śmy, jak znika po tro­chu każ­dego dnia. Gdy opo­wia­da­łam ludziom tę histo­rię, spo­glą­dali na mnie z prze­ra­że­niem, jak­bym wmu­szała okropną prawdę dziecku, które jest zbyt małe, by ją pojąć. Myślę, że córka zro­zu­miała, o co cho­dzi, ponie­waż nie ogra­ni­czy­łam się do tego. Powie­dzia­łam jej także inne rze­czy: "Kiedy umie­ramy, nasze ciało ulega roz­kła­dowi. Roz­pada się na maleń­kie czą­steczki, takie jak pył czy powie­trze, któ­rych nie można dostrzec. Póź­niej te cząstki stają się czymś innym". Moja córeczka spy­tała: "Czym?". Odpo­wie­dzia­łam: "Kwia­tem, powie­trzem, trawą, pyłem, a nawet inną osobą". Rezo­lut­nie stwier­dziła: "Chcę się zamie­nić w inną osobę!". "Rozu­miem, jed­nak nawet jeśli nie­które z two­ich czą­stek staną się czę­ścią innej osoby, to nie będziesz ty. Jesteś sobą, a gdy umrzesz, nie będzie takiej dru­giej osoby na świe­cie. Jesteś tak wyjąt­kowa i szcze­gólna, że nie może być takich osób wię­cej. Wraz z tobą bez­pow­rot­nie znik­nie twoja postać! Jesteś jedyna. Tutaj i teraz".

Odnio­słam wra­że­nie, że zro­zu­miała, o co mi cho­dzi. Poczuła się kimś szcze­gól­nym.

Póź­niej powie­dzia­łam jesz­cze, że jej dzia­dek żyje po śmierci w pamięci ludzi, któ­rzy go wspo­mi­nają. Żyje dzięki wpły­wowi, który na nich wywarł, nawet jeśli aku­rat o nim nie myślą. Na przy­kład dzia­dek uwiel­biał sor­bet poma­rań­czowy, dla­tego wspo­mi­namy go zawsze, gdy jemy ten deser. Cza­sami wspo­mi­namy go nie­świa­do­mie, na przy­kład oglą­da­jąc w tele­wi­zji mecz base­bal­lowy. Dzia­dek uwiel­biał trans­mi­sje meczów base­bal­lowych. Jeste­śmy inni z jego powodu. Przy­pusz­czal­nie na tysiące, a nawet miliony spo­so­bów. Ta inność powo­duje, że dzia­dek żyje w nas po śmierci.

Zro­zu­miała.

Poja­wił się jed­nak pewien pro­blem: kole­dzy ze szkoły pytali ją, czy dzia­dek jest w nie­bie. Córka czuła się wewnętrz­nie roz­darta, ponie­waż zaprze­cze­nie wypa­dłoby źle, a przy­tak­nię­cie nie byłoby zgodne z tym, co jej powie­dzia­łam. Pew­nego dnia wra­ca­ły­śmy z parku do domu w towa­rzy­stwie jed­nej z jej przy­ja­ció­łek. "Czy widzia­łaś, jak po śmierci duch two­jego dziadka uniósł się do nieba?" - spy­tała kole­żanka. Córka popa­trzyła na mnie i odpo­wie­działa: "Czy tak było?". "Nie, nie wie­rzymy w takie rze­czy" - odpowie­dzia­łam. Córka spoj­rzała na mnie i powtó­rzyła jak papuga: "Tak, nie wie­rzymy w takie rze­czy". Przez chwilę wyda­wała się pewna sie­bie, lecz po chwili wykrzy­wiła się, spoj­rzała gniew­nie i odwró­ciła głowę.

Nagle zro­biło mi się żal mojej małej dziew­czynki. Jak pora­dzi sobie w świe­cie, w któ­rym będzie się czuła inna? Ja nie musia­łam dźwi­gać takiego cię­żaru. Mówiono mi to samo co pozo­sta­łym dzie­ciom. Dziad­ko­wie umie­rają i idą do nieba. Spo­tkamy się z nimi, gdy umrzemy. Było mi łatwiej niż jej.

Kiedy nad tym roz­my­śla­łam, córka i jej przy­ja­ciółka zaczęły pro­wa­dzić bez­tro­ską roz­mowę o lal­kach. Nic wiel­kiego. Po chwili przy­szło mi do głowy, że wła­śnie w tym okre­sie roz­po­czy­nają się wszyst­kie roz­mowy o "wie­rze". Poczu­łam się nie­swojo. Córka czę­sto zaczy­nała zda­nia sło­wami: "My wie­rzymy... ". Szcze­rze mówiąc, znie­na­wi­dzi­łam te słowa. Znie­na­wi­dzi­łam rów­nież to, że córka uważa moje wypo­wie­dzi za prawdę abso­lutną, w moim ide­al­nym świe­cie nie było bowiem miej­sca na jaką­kol­wiek indok­try­na­cję. Powinna przy­cho­dzić do mnie z wła­snymi odpo­wie­dziami, zamiast powta­rzać "my wie­rzymy" lub "my nie wie­rzymy". Póź­niej sta­łam się bar­dziej doj­rzałą matką. Zro­zu­mia­łam, że nasze zada­nie polega na utrzy­my­wa­niu sta­łego kon­taktu z dziec­kiem, a ono rozw?a się i poszu­kuje u nas odpo­wie­dzi. Nie­udzie­la­nie ich jest błę­dem.

Zro­biło mi się żal mojej małej dziew­czynki. Jak pora­dzi sobie w świe­cie, w któ­rym będzie się czuła inna?

Z więk­szym prze­ko­na­niem zaczę­łam mówić o tym, w co "wie­rzymy". Na przy­kład wie­rzymy, że wyno­sze­nie śmieci na śmiet­nik jest wła­ściwe. Szcze­rze mówiąc, gdy piszę te słowa, wydają mi się głu­pie, jed­nak wła­śnie w ten spo­sób nabra­łam więk­szego prze­ko­na­nia do uży­wa­nia tego słowa. Wie­rzymy, że ludzi należy trak­to­wać uprzej­mie. Wie­rzymy, że nie wolno ich okła­my­wać. Wie­rzymy, że trzeba odra­biać pracę domową. W takie rze­czy wie­rzymy.

Na koniec poczu­łam się tak swo­bod­nie, że mogłam powie­dzieć: "Bar­dzo wielu ludzi wie­rzy, że ci, któ­rzy umarli, na­dal żyją. Myślą tak, bo to łago­dzi smu­tek po śmierci uko­cha­nej osoby. Uwa­żam, że ludzie, któ­rzy umarli, prze­stali żyć. Powin­ni­śmy odczu­wać praw­dziwy żal, a jed­no­cze­śnie być wdzięczni, że piękny kwiat, do któ­rego byli podobni, zakwitł". Cho­ciaż wielu moich przy­ja­ciół uważa, że to zbyt trudne do poję­cia dla cztero- czy pię­cio­let­niej dziew­czynki, myślę, że po kilka razy powtó­rzo­nym wyja­śnie­niu moja córka zro­zu­miała.

Nie ozna­cza to, że inni ludzie, na przy­kład moja matka, nie opo­wia­dali jej o tym, w co sami wie­rzą. Kiedy odwie­dzam mamę, robi cia­steczka razem z moją córką. Sły­szę, jak opo­wiada jej, że dzia­dek jest w nie­bie i że zoba­czymy go ponow­nie. Że jest teraz z Mikiem, moim bra­tem, który też odszedł. Kiedy córka spy­tała mnie póź­niej o te roz­bież­no­ści, odpo­wie­dzia­łam zwy­czaj­nie: "Bab­cia i ja wie­rzymy ina­czej". O dziwo, Mulan przy­jęła tę odpo­wiedź, cho­ciaż mnie ona roz­draż­niła. Która odpo­wiedź wyda się jej lep­sza? Ta, że po śmierci czło­wiek ulega roz­kła­dowi, czy ta, że wraz z innymi, któ­rzy ode­szli, zasiada przy wiel­kim stole zasta­wio­nym w nie­bie? Obraz roz­kładu nie ma szans w porów­na­niu z obra­zem uczto­wa­nia przy zasta­wio­nym stole. Na szczę­ście oka­zało się, że dla mnie i dla Mulan roz­bież­no­ści te oka­zały się mniej bole­sne, niż się spo­dzie­wa­łam.

Kilka mie­sięcy póź­niej Mulan zaczęła cho­dzić do przed­szkola przy szkole publicz­nej. Pod­czas zajęć musiała wyre­cy­to­wać "Przy­sięgę wier­no­ści". Z dumą powtó­rzyła mi przy­sięgę, a ja wzdry­gnę­łam się na słowa "pod­dany woli Boga". Kiedy spy­ta­łam: "Czy wiesz, że nie musisz powta­rzać "pod­dany woli Boga"?", wyba­łu­szyła oczy. "O co ci cho­dzi?" - zapy­tała. "Możesz zamknąć usta i nic nie mówić - powie­dzia­łam. - Ja nie wie­rzę w Boga. Rząd wsta­wił tam te słowa znacz­nie póź­niej. Na twoim miej­scu bym ich nie powta­rzała".

Kiedy któ­re­goś dnia Mulan wró­ciła do domu, stwier­dziła: "Muszę je powta­rzać. Chcę być uprzejma. Jeśli chcesz być uprzejma, musisz to powie­dzieć". Nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek usły­szę bar­dziej bole­sne słowa z ust wła­snego dziecka. Jestem na to bar­dzo uczu­lona z wielu innych powo­dów, nie tylko relig?nych. Od lat sta­ram się zaprze­stać robie­nia pew­nych rze­czy tylko dla­tego, że uważa się je za "uprzejme", przy­tło­czona milio­nem gestów, które wyko­nu­jemy z czy­stej "uprzej­mo­ści". Z dru­giej strony dziecko powinno umieć się dosto­so­wać. Takie postę­po­wa­nie ma głę­boki sens - sprzyja budo­wa­niu wspól­noty.

Na szczę­ście przy­ja­ciółka pod­su­nęła mi roz­wią­za­nie. "Powiedz jej, aby powta­rzała "pod­dany prawu" zamiast "pod­dany woli Boga"". Wspa­niały pomysł! Natych­miast wspo­mnia­łam o tym córce. Spoj­rzała na mnie tak, jak­bym przy­le­ciała z Marsa. Po raz pierw­szy dostrze­głam w jej oczach myśl: "Moja matka osza­lała". Teraz jed­nak, gdy wraca ze szkoły, mówi mi prawdę. "Dzi­siaj powie­dzia­łam "pod­dany woli Boga", wczo­raj "pod­dany prawu"". Myślę, że kie­dyś odnaj­dzie wła­sny rytm.

Ostat­nio poje­cha­łam z Mulan do Spo­kane na Memo­rial Day, dzień pamięci pole­głych na polu chwały. Całą rodziną wybra­li­śmy się na cmen­tarz Holy Cross, tam pocho­wano wielu naszych bli­skich. Uwiel­biam ten cmen­tarz, cho­ciaż jest kato­licki, a na traw­ni­kach widać mnó­stwo świę­tych sym­boli. Chcę być tam pocho­wana razem z moją rodziną. Dodaje mi to otu­chy. Cza­sami wybie­ram się tam na pik­nik, gdy nie ma święta. Wszy­scy w mojej rodzi­nie to robią. Pew­nego dnia każdy z nas tam się znaj­dzie.

Tego dnia moja córka była w mrocz­nym, kłó­tli­wym nastroju. Nie chciała z nami jechać. Mama, która pro­wa­dziła samo­chód, nie­opatrz­nie powie­działa: "Bóg chce, aby­śmy tam poje­chali". Chciała ją roz­we­se­lić, lecz córka krzyk­nęła: "Nie wie­rzę w Boga! Wie­rzę tylko w to, czego można dowieść, a nie można dowieść ist­nie­nia Boga!". Zro­biła to w spo­sób nadą­sany i bez­czelny. Byłam na nią wście­kła. Dotarło do mnie jed­nak, cho­ciaż musia­łam ją zga­nić za ton i bun­tow­ni­czą postawę, że powie­działa prawdę. Miała dość odwagi i przy­tom­no­ści umy­słu, aby ośmie­lić się powie­dzieć coś nie­po­pu­lar­nego (przy­naj­mniej w tam­tej chwili). Była to naj­lep­sza rzecz, jakiej ją mogłam nauczyć - oprócz nie­wiary w Boga.

Jak dzięki samo­dziel­nemu myśle­niu sta­łem się doro­słym czło­wie­kiem

Norm R. Allen Jr.

DZIECI SĄ CIE­KAWE WSZYST­KIEGO, co ma zwią­zek z reli­gią. Nie byłem pod tym wzglę­dem wyjąt­kiem. Moi rodzice byli prak­ty­ku­ją­cymi bap­ty­stami wtedy, gdy teizm był powszech­nie obo­wią­zu­jącą normą. Ludzie uczęsz­cza­jący do kościoła cie­szyli się wiel­kim sza­cun­kiem w lokal­nej spo­łecz­no­ści, a na tych, któ­rzy tego nie robili, patrzono podejrz­li­wie. Podobna sytu­acja panuje na­dal w wielu czę­ściach świata.

Mia­łem pewną prze­wagę nad innymi dziećmi reli­gij­nych rodzi­ców: w naszym domu nie było tema­tów tabu. Zachę­cano nas, aby­śmy zada­wali pyta­nia i doma­gali się sen­sow­nych odpo­wie­dzi. Jeśli odpo­wie­dzi wyda­wały się nam nie­lo­giczne, rodzice suge­ro­wali, aby­śmy pod­cho­dzili do nich scep­tycz­nie.

Sprawy reli­gii trak­to­wano tak samo jak wszyst­kie inne. Pozwa­lano nam na kwe­stio­no­wa­nie ist­nie­nia Boga, a nawet zachę­cano nas do tego.

Pew­nego dnia zapy­ta­łem mamę, skąd mogę być pewny, czy odda­jemy cześć jedy­nemu praw­dzi­wemu Bogu. Odparła, że ni­gdy nie będziemy tego pewni i że możemy jedy­nie zada­wać pyta­nia, sta­ra­jąc się wzra­stać w wie­dzy i mądro­ści. Póź­niej spy­ta­łem ją, co by się stało, gdy­bym pew­nego dnia posta­no­wił zmie­nić wyzna­waną reli­gię. Powie­działa, że nie mia­łaby nic prze­ciwko temu i że na­dal by mnie kochała. Spy­ta­łem wów­czas, co by się stało, gdy­bym w ogóle prze­stał wie­rzyć w Boga. Odparła, że zaak­cep­to­wa­łaby to, pod warun­kiem że byłaby to uczciwa decy­zja. Udzie­la­jąc tego pro­stego zapew­nie­nia, mama obda­rzyła mnie wspa­nia­łym darem - zachę­ciła mnie do samo­dziel­nego myśle­nia i obie­cała mi bez­wa­run­kową miłość.

Spy­ta­łem wów­czas, co by się stało, gdy­bym w ogóle prze­stał wie­rzyć w Boga. Odparła, że zaak­cep­to­wa­łaby to, pod warun­kiem że byłaby to uczciwa decy­zja. Udzie­la­jąc tego pro­stego zapew­nie­nia, mama obda­rzyła mnie wspa­nia­łym darem.

Rodzice nie prze­stali obsy­py­wać mnie darami. Ni­gdy nie pró­bo­wali wybie­rać za mnie boha­te­rów i boha­te­rek, któ­rych chcia­łem naśla­do­wać. Wybie­ra­łem ich sam, a rodzice zawsze apro­bo­wali moją decy­zję. Kupo­wali mi nawet książki, abym mógł się dowie­dzieć cze­goś wię­cej na ich temat. Ufali, że sam się o nich cze­goś nauczę.

Cho­ciaż wycho­wy­wa­łem się w domu wie­rzą­cych bap­ty­stów, rodzice trak­to­wali mnie ina­czej, niż trak­tuje się dzieci w wielu fun­da­men­ta­li­stycz­nych rodzi­nach. Fun­da­men­ta­li­ści bar­dziej sza­nują tych, któ­rzy się z nimi zga­dzają, a mniej tych, któ­rzy są odmien­nego zda­nia, co pro­wa­dzi do bigo­te­rii. Co wię­cej, cenią oka­zy­wa­nie abso­lut­nego posłu­szeń­stwa Bogu bar­dziej niż otwar­tość na nowe idee. Sza­nują wła­sne wie­rze­nia, uzna­jąc je za prawdę obja­wioną. Przed­kła­da­jąc wiarę ponad trudne docie­ka­nie wielu prawd.

Mia­łem rów­nież szczę­ście z powodu szkółki nie­dziel­nej, do któ­rej uczęsz­cza­łem jako nasto­la­tek. Nasz nauczy­ciel bar­dziej przy­po­mi­nał wykła­dowcę ?lozo?i reli­gii, zada­wał trudne pyta­nia i pozwa­lał nam na to samo. Pozwa­lał nam nawet wąt­pić w ist­nie­nie Boga. Nie wszy­scy wie­rzący mają zamknięty umysł, podob­nie jak nie wszy­scy wol­no­my­śli­ciele są otwarci w każ­dej spra­wie. Naj­waż­niej­sze jest naucze­nie dzieci kry­tycz­nego myśle­nia sta­no­wią­cego prze­ci­wień­stwo bez­myśl­nej indok­try­na­cji. Więk­szość dzieci nie ma tyle szczę­ścia we wcze­snych spo­tka­niach z Kościo­łem. Więk­szość uczy się bez­kry­tycz­nie wie­rzyć we wszystko, co sły­szy na temat Boga. Poda­wa­nie w wąt­pli­wość ist­nie­nia Boga jest uwa­żane nie tylko za nie­wła­ściwe, lecz za jaw­nie grzeszne, a nawet bluź­nier­cze. Czę­sto kiedy dzieci wcho­dzą w wiek doj­rze­wa­nia, ich relig?ne wycho­wa­nie jest już zakoń­czone, a w wielu wypad­kach ich postawa relig?na nie­od­wra­cal­nie ukształ­to­wana.

Jeśli rodzice posta­no­wili posłać dzieci do kościoła, powinni zna­leźć taki, w któ­rym ceni się war­tość kry­tycz­nego myśle­nia. Takim kościo­łem może być Kościół uni­ta­riań­sko-uni­wer­sa­li­styczny, cza­sem, choć bar­dzo rzadko, Kościół kato­licki - z otwar­to­ści na bada­nie nowych idei znani są jezu­ici.

Rodzice powinni rów­nież znać naukę, którą prze­ka­zuje się tam dzie­ciom. Nie­które kościoły są znane z homo­fo­bii i sek­si­zmu, inne sprze­ci­wiają się mał­żeń­stwom osób nale­żą­cych do róż­nych ras. W nie­któ­rych wspól­no­tach naucza się, że tylko wyznawcy ich reli­gii pójdą do nieba, a wszy­scy pozo­stali skoń­czą w pie­kle. Rodzice powinni zda­wać sobie sprawę z tego, że żaden tekst relig?ny nie jest dosko­nały i że nauka reli­gii może wyrzą­dzić ich dzie­ciom - a także spo­łe­czeń­stwu - ogromną krzywdę.

Ważne jest kształ­to­wa­nie u dzieci zdol­no­ści kry­tycz­nego myśle­nia. Rów­nie ważne jest nie­po­zwo­le­nie na to, aby padły o?arą nie­hu­ma­ni­tar­nych nauk. Cho­ciaż dora­sta­łem w sto­sun­kowo tole­ran­cyj­nym śro­do­wi­sku, stale się bałem, że tra?ę do pie­kła. Dla dziecka to ogromne - cał­ko­wi­cie zbędne - obcią­że­nie psy­chiczne. Uwa­żam, że gło­sze­nie takiej nauki jest rów­no­znaczne ze znę­ca­niem się nad dziećmi. Żaden kocha­jący rodzic nie powi­nien zachę­cać dzieci do wiary w tak okrutną naukę.

Nie wszy­scy wie­rzący mają zamknięty umysł, podob­nie jak nie wszy­scy wol­no­my­śli­ciele są otwarci w każ­dej spra­wie.

Ludzie, któ­rzy mają odwagę wąt­pić w ist­nie­nie Boga, mają skłon­ność do kry­tycz­nego myśle­nia także w innych dzie­dzi­nach. Dora­sta­łem w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku, kiedy poglądy na wiele spraw były sprzeczne. Czar­no­skó­rzy inte­lek­tu­ali­ści opo­wia­dali się za inte­gra­cją i bier­nym opo­rem. Inni zachę­cali do samo­obrony, gwał­tow­nej rewo­lu­cji i sepa­ra­ty­zmu. Po obu stro­nach stali bar­dzo inte­li­gentni ludzie. Nie cho­dziło jedy­nie o usta­le­nie, które ze sta­no­wisk ma naj­mą­drzej­szych orę­dow­ni­ków, lecz o zde­cy­do­wa­nie, któ­rzy są naj­bliżsi prawdy. Wła­śnie wtedy zaczą­łem inten­syw­nie rozw?ać swoją zdol­ność kry­tycz­nego myśle­nia.

W póź­niej­szym wieku odkry­łem, jak wielki wpływ na naucza­nie histo­rii wywiera poli­tyka. Odkry­łem rów­nież, że zwy­kle pom?a się i lek­ce­waży rolę czar­nych, kobiet i mniej­szo­ści sek­su­al­nych. Stwier­dzi­łem, że to, czego uczymy się poza szkołą, jest czę­sto waż­niej­sze od tego, co prze­ka­zują nam w jej murach. Gdy­by­śmy nie mieli decy­du­ją­cego głosu w kwe­stii wła­snego wykształ­ce­nia, ponie­śli­by­śmy w życiu sro­motną klę­skę. Jest to jedna z naj­waż­niej­szych rze­czy doty­czą­cych kry­tycz­nego myśle­nia, które należy wpoić dzie­ciom.

Ludzie, któ­rzy mają odwagę wąt­pić w ist­nie­nie Boga, mają skłon­ność do kry­tycz­nego myśle­nia także w innych dzie­dzi­nach.

Przez znaczną część życia byłem samotny i nie szu­ka­łem u rówie­śni­ków potwier­dze­nia wła­snych wie­rzeń i ide­ałów. W wypadku więk­szo­ści dzieci jest ina­czej. Potrze­bują zachęty i wspar­cia. Bar­dzo trudno jest im trwać samot­nie w swo­ich prze­ko­na­niach. Kiedy więk­szość dzieci wokół nich wyznaje inną reli­gię, czują się wyob­co­wane. Pytają rodzi­ców, czemu ich poglądy róż­nią się od poglą­dów więk­szo­ści.

W takiej sytu­acji naj­lep­szą rze­czą, jaką można zro­bić, jest stwo­rze­nie dzie­ciom oka­zji do prze­by­wa­nia z rówie­śni­kami podzie­la­ją­cymi ich zapa­try­wa­nia. Nie ozna­cza to, że powinny przy­jąć jakąś formę lojal­no­ści ple­mien­nej wobec wła­snej grupy. Zwy­czaj­nie potrze­bują poczu­cia wspól­noty. W cza­sach inter­netu łatwiej zna­leźć podob­nie myślące jed­nostki i grupy, które mogą pomóc naszym dzie­ciom, dla­tego nie należy lek­ce­wa­żyć tego cen­nego źró­dła.

W życiu wszyst­kich dzieci zda­rzają się bole­sne doświad­cze­nia. Prze­ży­cia takie dostar­czają wspa­nia­łej oka­zji do rozw?ania zdol­no­ści kry­tycz­nego myśle­nia. Naj­bar­dziej bole­snym doświad­cze­niem mojego dzie­ciń­stwa była śmierć uko­cha­nego psa. Mama powie­działa, że nasz pupil jest teraz w nie­bie. Było to pocie­sza­jące, choć nie zga­dzało się do końca z tym, co sły­sza­łem w kościele. Nauczy­ciele ze szkółki nie­dziel­nej stale powta­rzali, że tylko ludzie mogą tra?ć do nieba lub do pie­kła. Nie potra?łem tego wów­czas wyra­zić, ale mia­łem świa­do­mość, że niebo było poję­ciem wypły­wa­ją­cym z życze­nio­wego myśle­nia i pra­gnie­nia nie­śmier­tel­no­ści.

O nie­bie wspo­mi­nają zwy­kle rodzice pra­gnący ochro­nić dzieci przed nie­przy­jem­nymi praw­dami. Pamię­tajmy, że dzieci są sil­niej­sze, niż sądzi wielu doro­słych. Zamiast je chro­nić za pomocą popu­lar­nych, głę­boko zako­rze­nio­nych ilu­zji, rodzice powinni pomóc im zna­leźć odpo­wiedź na trudne pyta­nia, które nie­uchron­nie się poja­wią.

Kry­tyczne myśle­nie spo­wo­duje, że dzieci chęt­niej wystą­pią w obro­nie wła­snych praw i praw innych osób. Wiele donio­słych zmian w dzie­jach zapo­cząt­ko­wali ludzie kwe­stio­nu­jący ist­nie­jącą wła­dzę. Abo­li­cjo­ni­ści pytali, czemu powin­ni­śmy uwa­żać nie­wol­nic­two za ele­ment natu­ral­nego porządku. Przy­wódcy ruchu na rzecz obrony praw czło­wieka zada­wali pyta­nie, dla­czego ma obo­wią­zy­wać segre­ga­cja rasowa. (Nawia­sem mówiąc, w ruchu tym uczest­ni­czyło wiele dzieci). Kobiety i homo­sek­su­ali­ści wystą­pili w obro­nie swo­ich praw, podob­nie jak wiele innych grup. Tam, gdzie nie ma kry­tycz­nego myśle­nia, nie ma też postępu. Jeśli dzieci mają być naszą przy­szło­ścią, muszą się kie­ro­wać kry­tycz­nym myśle­niem.

Na koniec dodam, że kry­tycz­nemu myśle­niu powinno towa­rzy­szyć myśle­nie pozy­tywne. Kry­tyczne myśle­nie powinno zostać wyko­rzy­stane dla naszego szczę­ścia. Więk­szość z nas wola­łaby, aby dzieci były zado­wo­lo­nymi, nie­za­leż­nie myślą­cymi oso­bami, a nie bystrymi nihi­li­stami. Uczmy je zatem, jak zacho­wy­wać pozy­tywną postawę i cie­szyć się życiem, a kiedy staną się doro­słe, pozwólmy im wybrać wła­sną drogę.

Dora­sta­nie bez Boga: Jak zdo­ła­łam prze­żyć metody świec­kiego wycho­wa­nia mamusi

Emily Rosa

PRZY­SZŁAM NA ŚWIAT W 1987 ROKU jako ważąca trzy kilo­gramy, nie­zna­jąca boga poganka, radu­jąca się pozna­wa­niem ota­cza­ją­cego świata. Mama była ura­do­wana moim natu­ral­nym sta­nem.

Uznała, że na tyle, na ile to moż­liwe, będę dora­stała bez pod­da­wa­nia wpły­wom jakiejś reli­gii czy ate­izmu. Ona, a póź­niej mój ojczym wie­rzyli, że gdy osią­gnę pewien poziom doj­rza­ło­ści i doświad­cze­nia, podejmę samo­dzielną decy­zję w tej spra­wie.

Mama bar­dzo wcze­śnie zaczęła mnie uczyć rze­czy, które uwa­żała za ważne: uczci­wo­ści, spra­wie­dli­wo­ści, wol­no­ści i odczu­wa­nia frajdy, jakiej dostar­cza bada­nie i poszu­ki­wa­nie dowo­dów. Wpa­jała mi prze­ko­na­nie, że ciężka praca przy­nosi zysk.

Wszystko szło dobrze, gdy byłam małym dziec­kiem i mama mogła mnie kon­tro­lo­wać. Dawała mi dużo czasu, stwa­rzała oka­zje do pozna­wa­nia oto­cze­nia. Kiedy posta­no­wi­łam wła­mać się do samo­cho­dów sąsia­dów za pomocą sta­rego klu­czyka, szła za mną ulicą i z zado­wo­le­niem obser­wo­wała, jak pró­buję otwo­rzyć zamek. Stała obok, gdy pyta­łam każ­dego sprze­dawcę w skle­pie spo­żyw­czym, czy ma penis, czy pochwę.

Reli­gia dała o sobie znać w przed­szkolu. Moja mama nie kła­mała, więc gdy poja­wiła się bajeczka o Świę­tym Miko­łaju, z miej­sca oznaj­miła, że to zmy­ślona postać i że ona może być jego pomoc­ni­kiem (poro­zu­mie­waw­cze mru­gnię­cie okiem), jeśli tego zechcę. Pew­nego razu chcia­łam naprawdę cie­szyć się tą ilu­zją, więc naka­za­łam mamie: "Nie mów mi, że Święty Miko­łaj nie ist­nieje". Mimo to zna­łam prawdę i póź­niej nie prze­ży­łam takiego roz­cza­ro­wa­nia jak moi przy­ja­ciele.

Naj­trud­niej­szą rze­czą, o któ­rej się dowie­dzia­łam, była śmierć. Obej­rza­łam ?lm ani­mo­wany Spiel­berga "Pra­dawny ląd" (Land Before Time), w któ­rym umiera cudowna mama dino­zaur, choć póź­niej jej duch uka­zuje się cza­sem, aby udzie­lić synowi rad. Myśl o utra­cie matki była dla mnie tak prze­ra­ża­jąca, że zaczę­łam roz­my­ślać o wła­snej śmierci. Nauczy­cielki z przed­szkola zauwa­żyły moje przy­gnę­bie­nie. Deli­kat­nie dora­dziły mamie, aby pocie­szyła mnie nadzieją życia po śmierci. Ponie­waż nie mogła zro­bić tego szcze­rze, nie wie­działa, jak mnie pod­nieść na duchu - mogła jedy­nie spę­dzać ze mną jak naj­wię­cej czasu w tym trud­nym okre­sie. Od tej pory roz­my­śla­łam o śmierci czę­ściej od innych dzieci i być może wła­śnie to tłu­ma­czy moje póź­niejsze zain­te­re­so­wa­nie medy­cyną sądową i wielki sza­cu­nek dla życia.

W czwar­tej kla­sie na kier­ma­szu nauki zain­te­re­so­wał mnie eks­pe­ry­ment pole­ga­jący na wyko­na­niu wyciągu barw­nego z papierka od m&m'sów. Stra­ci­łam zain­te­re­so­wa­nie badaw­cze, gdy się oka­zało, że mimo udziału w eks­pe­ry­men­cie nie dostanę ani jed­nego cukie­reczka. Póź­niej moją uwagę zwró­cił ?lm wideo. Poka­zano w nim pie­lę­gniarki, które utrzy­my­wały, że potra?ą uzdra­wiać ludzi, prze­su­wa­jąc nad nimi dłońmi. Sto­so­wały one coś, co nazy­wały "tera­peu­tycz­nym doty­kiem". Ich zda­niem to metoda nawią­zu­jąca do nakła­da­nia rąk - sta­ro­żyt­nego obrzędu reli­gij­nego. Pie­lę­gniarki wzbo­ga­ciły zaple­cze teo­re­tyczne metody wie­loma wschod­nimi ide­ami mistycz­nymi. Zna­la­zła się wśród nich kon­cep­cja pola ener­ge­tycz­nego, rze­komo ota­cza­ją­cego każ­dego czło­wieka. Na to pole miały wpły­wać za pomocą ruchów dłoni osoby prak­ty­ku­jące "tera­peu­tyczny dotyk". Utrzy­my­wały, że pole ener­ge­tyczne czło­wieka jest w dotyku ela­styczne jak cie­pła gala­retka owo­cowa, a nawet "przy­jemne jak cią­gutka".

Z powodu tre­ści mistycz­nych nie­któ­rzy doro­śli od razu stra­cili zain­te­re­so­wa­nie "tera­peu­tycz­nym doty­kiem", lecz ja bar­dzo chcia­łam poznać prawdę. Czy pie­lę­gniarki naprawdę wyczu­wały coś dłońmi?

Kiedy spy­ta­łam mamę, czy mogę zba­dać "tera­peu­tyczny dotyk", odrze­kła: "Jasne, jeśli wymy­ślisz prze­ko­nu­jący spo­sób". Po krót­kim namy­śle stwo­rzy­łam moż­liwą do zwery?kowania hipo­tezę: jeśli pie­lę­gniarki naprawdę wyczu­wają pole ener­ge­tyczne czło­wieka, powinny je wyczu­wać także wtedy, kiedy mają zasło­nięte oczy.

Na moją prośbę pie­lę­gniarki wsu­wały dło­nie w otwory wycięte przeze mnie w tek­tu­ro­wych tabli­cach, uży­wa­nych w cza­sie kier­ma­szu. Umiesz­cza­łam swoją rękę pod jedną z ich dłoni i pyta­łam, pod którą wyczu­wają pole ener­ge­tyczne.

Prze­ba­da­łam w ten spo­sób kilka bar­dzo miłych adep­tek "tera­peu­tycz­nego dotyku". Jak się póź­niej oka­zało, odpo­wia­dały na moje pyta­nie, zga­du­jąc (udzie­liły czter­dzie­stu ośmiu pro­cent popraw­nych odpo­wie­dzi).

Każda osoba bio­rąca udział w kier­ma­szu nauki dostała nie­bie­ską wstążkę. Ja dodat­kowo dosta­łam odpo­wiedź na swoje pyta­nie.

Mój eks­pe­ry­ment powtó­rzono w pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym "Scienti?c Ame­ri­can Fron­tiers" (Naukowe rubieże Ame­ryki), a wyniki koń­cowe (czter­dzie­ści cztery pro­cent popraw­nych odpo­wie­dzi) uznano za sta­ty­stycz­nie zna­czące i opu­bli­ko­wano w piśmie medycz­nym "Jour­nal of the Ame­ri­can Medi­cal Asso­cia­tion" (Cza­so­pi­smo Ame­ry­kań­skiego Towa­rzy­stwa Medycz­nego). Wyda­rze­niem tym zain­te­re­so­wały się media. Stało się ono czymś na miarę zna­nego z baśni odkry­cia, że król jest nagi. James Randi nagro­dził mnie swoją "Skep­tic of the Year Award" (Nagroda Scep­tyka Roku), a pismo "Skep­tic" (Scep­tyk), zda­jąc sobie sprawę z poten­cjału kry­ją­cego się w eks­pe­ry­mentach prze­pro­wa­dza­nych przez dzieci, zaczęło wyda­wać gazetkę "Jr. Skep­tic" (Mały Scep­tyk). Zosta­łam rów­nież wyróż­niona nagrodą Ig Nobel Awards3 jako pre­zen­terka roku.

Osoby prak­ty­ku­jące "tera­peu­tyczny dotyk" poda­wały głu­pie powody, tłu­ma­cząc, dla­czego nie prze­szły pomyśl­nie mojego spraw­dzianu. Mówiły na przy­kład, że kli­ma­ty­za­cja roz­wie­wała pole ener­gii. I w dal­szym ciągu sto­so­wały swoją metodę. Do dziś nikt nie oba­lił wyni­ków mojego eks­pe­ry­mentu, prze­pro­wa­dza­jąc inne doświad­cze­nie.

W moim rodzin­nym mie­ście nie zwró­cono więk­szej uwagi na ten eks­pe­ry­ment, więc sta­łam się ponow­nie zwy­czaj­nym dziec­kiem. Więk­szość dzieci chce się po pro­stu bawić z przy­ja­ciółmi, reli­gia nie jest dla nich sprawą tak ważną jak dla ich rodzi­ców. Mogłam spy­tać przy­ja­ciółkę: "Wie­rzysz, że Bóg ist­nieje?" i w odpo­wie­dzi uzy­skać jedy­nie wzru­sze­nie ramion. Szybko się jed­nak nauczy­łam, że gdy zadam takie pyta­nie w obec­no­ści rodzica przy­ja­ciółki, mogę zostać wypro­szona z domu, a nawet nazwana dzi­wa­dłem. Pamię­tam, że nie­któ­rzy chłopcy z sąsiedz­twa rzu­cali we mnie kamie­niami i prze­zy­wali mnie "sata­nistką". Póź­niej pyta­łam mamę, dla­czego wymy­ślali mi od "Tita­nica" (ang. gra słów: sata­nic - Tita­nic; przyp. tłum.).

Więk­szość dzieci chce się po pro­stu bawić z przy­ja­ciółmi, reli­gia nie jest dla nich sprawą tak ważną jak dla ich rodzi­ców. Mogłam spy­tać przy­ja­ciółkę: "Wie­rzysz, że Bóg ist­nieje?" i w odpo­wie­dzi uzy­skać jedy­nie wzru­sze­nie ramion. Szybko się jed­nak nauczy­łam, że gdy zadam takie pyta­nie w obec­no­ści rodzica przy­ja­ciółki, mogę zostać wypro­szona z domu, a nawet nazwana dzi­wa­dłem.

Po jakimś cza­sie nauczy­łam się, jak być akcep­to­waną towa­rzyszką zabaw. Jeśli ktoś pytał mnie, do jakiego kościoła cho­dzę, odpo­wia­da­łam zgod­nie z prawdą: "Moja mama i ojczym nie cho­dzą do kościoła, a mój tata i maco­cha są kato­li­kami. Jesz­cze nie pod­ję­łam decy­zji". Umiesz­czało mnie to w gru­pie grzesz­ni­ków nada­ją­cych się do zba­wie­nia. Cho­ciaż sta­łam się z tego powodu celem wysił­ków misyj­nych, uzna­łam, że to zno­śna cena za posia­da­nie towa­rzy­szy do zabaw.

Moje życie towa­rzy­skie kom­pli­ko­wał rów­nież fakt, że rodzice nie akcep­to­wali kre­acjo­ni­zmu ani "Przy­sięgi wier­no­ści". Cho­ciaż kole­żanki zawsze pytały rodzi­ców, czy mogą się ze mną bawić, ni­gdy nie wie­dzia­łam, co mnie czeka. Nie­które dzieci powta­rzały reak­cje swo­ich rodzi­ców i odrzu­cały mnie. Na szczę­ście mia­łam kilka naprawdę dobrych przy­ja­ció­łek, z któ­rymi zawsze mogłam pójść na lunch.

Rodzice mieli wąt­pli­wo­ści, gdy zaczę­łam cho­dzić na spo­tka­nia kościel­nej grupy mło­dzie­żo­wej. Zosta­łam zapro­szona przez przy­ja­ciół, aby słu­chać chrześc?ańskiego rocka, jeść wspólne posiłki i stu­dio­wać Biblię. Rodzice ustą­pili, kiedy się dowie­dzieli, że mogę tam spo­ty­kać innych nie­wie­rzą­cych nasto­lat­ków, wysła­nych tam przez rodzi­ców, któ­rzy mieli nadzieję, że w ten spo­sób zbłą­kane dzieci wrócą do owczarni.

Łatwiej mi było zaak­cep­to­wać ?lozo?ę ate­istyczną, niż sza­no­wać jej zwo­len­ni­ków. Powiedzmy szcze­rze, odkry­łam, że wielu ate­istów to nie­przy­jemni ludzie. Cho­ciaż pozna­łam kilka wyjąt­ko­wych osób, dzia­ła­ją­cych aktyw­nie na rzecz poprawy świata, byłam czę­sto roz­cza­ro­wana ludźmi, przy­cho­dzą­cymi na spo­tka­nia jedy­nie po to, by opo­wia­dać pry­mi­tywne dow­cipy i urzą­dzać nagonki na reli­gię. Cza­sami wręcz bra­ko­wało mi towa­rzy­stwa rado­snych wie­rzą­cych.

Wpa­jaj­cie dzie­ciom typowe świec­kie war­to­ści (tole­ran­cję, moral­ność, umie­jęt­ność kry­tycz­nego myśle­nia i doce­nia­nia roli rozumu oraz nauki), ale nie zapo­mnij­cie nauczyć ich dobrych manier, zaszcze­pić im rado­ści i poczu­cia humoru. Są one bar­dzo ważne w naszym krót­kim życiu.

Naj­lep­szą radą, jakiej mogę udzie­lić nie­wie­rzą­cym rodzi­com, jest ta, by nie wycho­wali ponu­rych, cynicz­nych ludzi, mają­cych obse­sję na punk­cie Boga. Wpa­jaj­cie dzie­ciom typowe świec­kie war­to­ści (tole­ran­cję, moral­ność, umie­jęt­ność kry­tycz­nego myśle­nia i doce­nia­nia roli rozumu oraz nauki), ale nie zapomn?cie nauczyć ich dobrych manier, zaszcze­pić im rado­ści i poczu­cia humoru. Są one bar­dzo ważne w naszym krót­kim życiu.

Naiwny plan moich rodzi­ców, aby chro­nić mnie przed wpły­wem reli­gii dopóty, dopóki nie stanę się doro­sła, zakoń­czył się cał­ko­wi­tym ?askiem. Pro­po­nuję, aby zamiast tego dostar­czać dzie­ciom wiele infor­ma­cji na temat róż­nych reli­gii. Spró­buj­cie zaspo­koić ich natu­ralną cie­ka­wość, ufa­jąc, że zdo­łają oddzie­lić prawdę od fał­szu.

Frag­ment Autobiogra?i Ber­tranda Rus­sella:

Mój ojciec był wol­no­my­śli­cie­lem, lecz umarł, gdy mia­łem zale­d­wie trzy lata. Pra­gnąc, abym wycho­wał się w śro­do­wi­sku wol­nym od prze­są­dów, wyzna­czył na moich opie­ku­nów dwie osoby mające podobne zapa­try­wa­nia. Nie­stety, sąd uchy­lił roz­po­rzą­dze­nie testa­mentu i naka­zał wycho­wa­nie mnie w duchu wiary chrze­ści­jań­skiej... Gdyby ojciec naka­zał, abym tra?ł do chrystadel?an, mug­gle­to­nian lub do szkoły pro­wa­dzo­nej przez Adwen­ty­stów Dnia Siód­mego, sędzia zapewne nie miałby żad­nych zastrze­żeń. Rodzic ma prawo naka­zać w testa­men­cie wpo­je­nie dzie­ciom dowol­nych prze­są­dów, nie może jed­nak wyra­zić woli, aby uchro­nić je przed nimi...

W nie­dzielę zabie­rano mnie na zmianę do kościoła epi­sko­pal­nego w Peter­sham i do kościoła pre­zbi­te­riań­skiego w Rich­mond. W domu prze­ka­zy­wano mi naukę Kościoła uni­ta­riań­skiego... Mając pięt­na­ście lat, roz­po­czą­łem sys­te­ma­tyczne bada­nia rze­ko­mych racjo­nal­nych argu­men­tów potwier­dza­ją­cych praw­dzi­wość głów­nych dogma­tów chrze­ści­jań­skich. Spę­dzi­łem nie­zli­czone godziny, roz­my­śla­jąc nad tymi zagad­nie­niami. Sądzi­łem, że jeśli prze­stanę wie­rzyć w Boga, wolną wolę i nie­śmier­tel­ność, będę bar­dzo szczę­śliwy. Odkry­łem, że argu­menty poda­wane na popar­cie tych dogma­tów były bar­dzo nie­prze­ko­nu­jące...

Cho­ciaż długi okres zwąt­pie­nia reli­gij­nego spra­wił, że sta­łem się bar­dzo przy­gnę­biony stop­niową utratą wiary, kiedy pro­ces ten dobiegł końca, ku swo­jemu zasko­cze­niu poczu­łem radość, że z tym wszyst­kim skoń­czy­łem.

(prze­kład wła­sny)