Poza światłem - Wojciech Kuczok

-
Proszę czekać

niewesołe miasteczka

*

Idę główną ulicą. Szukam twarzy, widzę tylko gnęby przygębione.

Charakterystyczny, metaliczny dźwięk gdzieś w oddali: coś komuś szczęka na złomowisku niemożliwości.

Pomyśleć, że Witkacy mówił o przedwojennym Chorzowie: Królewska Chuć.

*

Śnieg sypie, dzień za dniem. Mam z okna widok na perony, pociągi, tramwaje, ludzi mrowiących się, tuptających na mrozie.

Wystarczy zwykły Vivaldi i zaraz robi się z tego studium ruchu, ba, traktat o tajemnicy istnienia.

*

Rano, w drodze na tramwaj, widziałem kobietę leżącą twarzą do ziemi przed kościołem. Nie doszła na mszę, padła w stroju niedzielnym, eleganckim, w rajstopach, płaszczu, berecie. Czyli parę chwil wcześniej ubierała się jak zwykle, malowała, a potem ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu. Nagłość, przeraźliwa nagłość śmierci. Oszczędza cierpień choremu, ale przysparza ich żałobnikom.

*

Kopią pod domem, wiercą, warczą agregatami. Czytam o góralach, oglądam stare fotografie Tatr, ale to mało - nie oddycham górami, oddycham smrodem i zgnilizną miasta. Do tego na korytarzu rozpoczął się remont - robociarze rozstawili na schodach rusztowanie, nie bacząc na to, że ktoś może chcieć wyjść z domu (czy tylko ja wychodzę?!). Dziś musiałem przeleźć na czworakach pod tą konstrukcją, co ich najwyraźniej bawiło.

*

W nocy burza szalała, Rawa wylała; w Świętochłowicach ludzie łódkami pływali po blokowisku, zrobił im się aquaparking.

*

Rozwiośniło się aż po zdjęcia wierzchnie. Spacerowałem wokół zrekultywowanych amelungów, spoglądając na wolną sobotę ludu pracującego: wędkarze, dzieci na placach zabaw, panie z pieskami, zdechłe szczury na brzegach stawów porośniętych rozczochraną pałką.

Miałem banię proletariacką, więc próbowałem zaczepić dziewczęta z ławeczki, ale po piwie zawsze ten sam problem z językiem: składnia mi się rozkłada, fleksja zanika i język plącze. Powiedziałem: "Chciałbym zaznać podróży z pańmi".

*

Słoneczność rozpraszająca; nie pisałem, pojechaliśmy oglądać Śląsk: osiedla na Bobrku, stara huta, elektrownia Szombierki - te wszystkie plątaniny rur i monumentalnych ruin, którymi zachwycają się fotograficy z Krakowa i innych Warszaw. Ale ten wielki mechaniczny smok wciąż jeszcze tu i ówdzie zieje ogniem, wciąż żyje, choć osiedla już raczej bezrobotnicze, z reklamą wypisaną farbą na murze: WPIERDOL CAŁODOBOWO.

*

W hipermarkecie wózek pułapka: koła pocierające o metal działały jak dynamo - co tylko kawałek przejechałem, prąd mnie kopał.

*

Oczyszczalnia na Klimzowcu nie daje żyć. Mimo upałów musimy spać przy zamkniętych oknach, bo taki smród czułem chyba tylko raz w życiu, w Pradze, kiedy na Malej Stranie rąbnęła chmura (może ją rozpruł jakiś mrakodrap?) i zewsząd zaczęły spływać ścieki.

*

Chmurne upały, późna jasność czerwcowa, przeczucie lata, coraz mniej odzieży na kobietach. Wziąłem rower. Chcąc dojechać gdziekolwiek, muszę się przedrzeć przez strefy ruder i blokowisk, lombardów i sklepów monopolowych. Na chodnikach mnóstwo potłuczonego szkła. Ówdzie festyn jakiś, orkiestra górnicza, tłumek kiełbas i piw, tu dziewczyna z królikiem na smyczy, wierzgającym wokół drzewa, tam babcie podrygujące w rytm szlagierów sprzed stu lat. I graffiti na murach (nie umiem rozczytywać tych hieroglifów, nikt z moich znajomych też nie umie, R. powiedział: "Może to jakaś obca cywilizacja do nas pisze, a my tak sobie tę próbę kontaktu ważymy lekce"), ruiny fabryk, ruiny domów, ruiny biografii ludzkich na ławkach nieprzytomnie zalegające.

*

Bielsko jak Łódź - wille, kamienice i stare fabryki: architektoniczne ślady dawnych fortun. W jednej z nich muzeum techniki: rozmaitość krosien w najpotworniejszych, najbardziej abstrakcyjnych formach. Jak wielka wystawa narzędzi tortur. W dziale kapelusznictwa znaleźliśmy "rozciągarkę główek".

*

We Frydmanie narzeka tubylec: "Panie, tu są piwnice olbrzymie, jeszcze z dziewiętnastego wieku, panie, piękne, długie, tych korytarzy tam jest, ho, ho, tam wino trzymali kiedyś, wisz pan. No i to by była atrakcja dla turystów, jakby tak pociągnąć światło, wysprzątać to, jakąś wystawę urządzić. Zysk byłby łatwy i szybki, panie, gdzie indziej już by dawno ludzie pieniądze z tego mieli, ale u nos to niemożliwe. Bo czterech właścicieli jest, tych działek nad piwnicami. I oni musieliby się ze sobą dogadać, a że się nienawidzą, jeden drugiemu woli nie pozwolić zarobić niż samemu się wzbogacić, tak to u nos jest, wisz pan, taki to kraj".

*

W Jędrzejowie wściekli kierowcy o wyżętych spojrzeniach ludożerców przejeżdżają rynek z ręką na klaksonie. Wokół kloaczne bary pełne śmierdzącego języka Polski Fe. Złej, sfrustrowanej, rozdrażnionej. Nieco tylko tę nieuprzejmość małego miasteczka wprost z dupy Bursy łagodzi opactwo, na którego murach znalazłem graffiti przed wiekami wydrapane. I muzeum zegarów słonecznych, na których się nie znam, więc zadałem beztrosko pytanie: "Jak mierzono czas w dni pochmurne?".

Im bardziej zapyziała mieścina, tym bardziej dziwaczne ma zbiory w muzeum. W Śremie natknąłem się na największą w Polsce kolekcję kusz, w Gwizdałach na muzeum gwizdków. Kiedy zwiedzałem z synkiem muzeum chleba w Radzionkowie, usłyszał, że patronem górników jest święty Klemens (ten, co zakotwiczył w Morzu Czarnym). Wymyślił więc, że patronem piekarzy powinien być święty Kredens. Tak mu się dopasowało kuchennie.

*

W Lublinie, w Teatrze NN w Bramie Grodzkiej para natchnionych filosemitów z uporem godnym podziwu przywraca pamięć o żydowskiej historii miasta. Zbierają wspomnienia tych, co ocaleli, stare fotografie, dokumenty i eksponują na kilku piętrach kamienicy, która stała się już czymś w rodzaju lubelskiego Yad Vashem. Wiedzą, jak poruszać czułe struny moralnie upośledzonej ludzkości - a to chłopczyk żydowski patrzy nam w oczy nieświadom, że za parę dni zginie w komorze gazowej, a to dziewczynka przed śmiercią pisze wiersz, znaleziony potem w buciku: "Jestem Elżunia, umieram tu sama, tata na Majdanku, w Oświęcimiu mama". I to jest sztych w samo serce - te wersy dziecięce, z tego nie sposób się obmyć.

*

Starałem się pokazać córce Warszawę. Na trasie do Łazienek wszędzie porozrzucane reklamy i wizytówki domów publicznych. Zośka zbierała je i nazwała "karteczkami z modą".

Jedyna szczera uciecha podczas pawich godów w parku Łazienkowskim. Wachlarze samców i ich walka w amfiteatrze o zdobycie najwyższego punktu w okolicy. To miasto pawi. Ludzkie pawie w niebieskich koszulach pod krawatami wracają z pracy o trzeciej w nocy z okularami słonecznymi Prady na czole.

*

Nocny spacer po gdańskiej Starówce, rosłej, wyremontowanej, podświetlonej, amsterdamsko się prezentującej kamienicami zaszczyconymi i oknami bez firan, z życiem wystawionym na pokaz. Miasto zdaje się trzymać fason, póki się nie stanie przed swojskim neonem: CINEMA CITY KREWETKA.

*

Na plaży w Sopocie zdechłe meduzy, małże, mewy dziobate, suche wodorosty, panowie z pieskami, panie z kijkami.

Wróciłem do hotelu i znalazłem na szybie napis: "Prosimy nie otwierać okna w celu uniknięcia przedostawania się owadów".

*

Po festiwalowej nocy w hotelu Gdynia obudziło mnie o świcie sakramenckie chrapanie spod drzwi pokoju. Sprawdziłem - na korytarzu leżał goły facet z pyskiem wpasowanym idealnie w szparę między drzwiami i podłogą. Kiedy zadzwoniłem na recepcję, przyszedł boy, z trudem dobudził gościa i dowiedział się, że on w ogóle tu nie mieszka i nic nie pamięta. Przestrzegano mnie, że filmowcy lubią czasem podłożyć komuś świnię.

*

Na spotkanie autorskie w Kołobrzegu postanowiłem dopłynąć łódką, rzeką Parsętą. Im bliżej miasta, tym brudniej, w wodzie więcej śmieci. Zośka jako niepoprawna optymistka co chwila chciała wyławiać "butelkę z listem rozbitka".

Jest jednakowoż w tym zestawieniu kolorów (ciemnoniebieska toń rzeczna i prześwietlona zieleń trzcin) jakieś metafizyczne rozmigotanie, poza czas i mapę wykraczające rozwodnienie rzeczywistochy. Taka śródletnia bujność bezczynności w pełnym słońcu, kiedy się pagaje wciągnie na pokład i podda nurtowi.