Znów odpłynął jeden dzień
jak samotny biały żagiel.
I pozostał po nim tylko cień,
rzucony na życia fale.
Błyszczy jeszcze w słońcu
na horyzoncie jego ślad,
jak na błękitnym niebie
fregaty jasny znak.
Już nie wrócą dawne dnie
i ukochani w naszym śnie.
Przeszłych miłości wspomnienia
i związane z tym uniesienia.
.Już dawno usechł kwiat,
dzieciństwa radosny świat.
Niczym z zaświatów zjawy,
pozostały nam tylko omamy.
Trzeba ciągle żeglować
z prądem życia dryfować.
Bo cień zawsze będzie z nami
mamiąc nas wspomnieniami
.
Dla Kobiet mojego życia.
Tych które kochałem,
które kocham i które dopiero pokocham.
3. Dziwna propozycja
- Szczęść Boże - ksiądz Mateusz, w obszernej, czarnej sutannie, odpowiedział na pozdrowienie i już miał pójść dalej, gdy uzmysłowił sobie, że twarz tej kobiety jest mu znajoma nie tylko z kościoła. - Pani jest mamą Zosi? - zapytał z pełnym przekonaniem.
Hanna zatrzymała się i potwierdziła skinieniem głowy. Nie bardzo miała teraz ochotę na rozmowę. W domu zostawiła cierpiącą Bidulę. Wprawdzie po lekach przeciwbólowych zapisanych przez stomatologa teraz spała, lecz mimo wszystko wolała być przy niej.
Duszpasterz, mając doświadczenie w kontaktach z wiernymi, szybko to zauważył.
- Widzę, że pani się spieszy. Co za czasy - z troską pokręcił głową. - Świat staje na głowie. Wciąż biegniemy do przodu, pędzimy za czymś, co jest tylko mirażem, a zapominamy o sprawach najistotniejszych. Nie mamy czasu nawet na zwykłą rozmowę. A przecież rozmowa ma moc oczyszczenia.
- Może... - odpowiedziała bez przekonania, aby tylko uciąć rozmowę.
- Nie może, a na pewno. Niech pani zapyta córki. Uczę ją religii. Dużo pyta i jest ciekawa świata. Mają państwo naprawdę bardzo inteligentne dziecko.
- Dziękuję bardzo - Hanna połechtana komplementem leciutko się uśmiechnęła. - Wydaje mi się jednak, że nie różni się niczym od innych dzieci.
- Tu bym z panią polemizował. Nie wie pani nawet, jak dzisiejsza młodzież potrafi być płytka. Coraz mniej w nich duchowości, a coraz więcej materializmu. A jak ataki Zosi? - nagle zmienił temat.
Hanna spojrzała na niego zaskoczona.
- Mówiłem - uśmiechnął się - że dużo rozmawiamy.
- Myślałam, że nikt w szkole o tym nie wie.
- Ja wiem i naprawdę jest mi jej żal. Jestem księdzem i też czasami nie potrafię zrozumieć cierpienia. Szczególnie u tak młodych ludzi. Przykład Zosi pokazuje jednak, że cierpienie naprawdę uszlachetnia.
- Czy uszlachetnia? - Hanna zastanowiła się. - Chyba akurat szlachetność nie ma z tym nic wspólnego. Prędzej uwrażliwia na ból innych.
- Może i ma pani rację... Pracowałem kiedyś w hospicjum...
- Tego nie można porównywać - Hanna nie dała mu dokończyć. - Nasza córka cierpi, ale nie umiera. Poza tymi atakami jest zdrowa jak rydz.
- Do tego właśnie zmierzałem.
Spojrzała na niego zaskoczona - Nie bardzo księdza rozumiem...
- Powiem szczerze, dużo o Zosi myślałem i... nie wiem, jak to powiedzieć, żeby pani tego źle nie zrozumiała...
- Niech ksiądz mówi szczerze, ja już nasłuchałam się tylu opinii, że jedna więcej nie zaszkodzi, a może w końcu pomoże.
- Dobrze, więc nie będę owijał w bawełnę. Chciałbym, aby Zosia spotkała się z jednym z moich kolegów po fachu. On jest diecezjalnym egzorcystą.
- Słucham?! - Hanna myślała, że się przesłyszała. - Ksiądz uważa, że Bidula może być opętana?! Że jest na tyle zła, że zamieszkał w niej diabeł?
- To nie tak - duchowny starał się wytłumaczyć. - Wcale nie twierdzę, że jest zła, ponieważ to wspaniała dziewczyna. Poza tym zły duch bardzo często atakuje właśnie tych dobrych. Niech pani poczyta "Żywota Świętych". Na przykład taki Ojciec Pio. Coś pani przeczytam... - mówiąc to, wyciągnął z teczki niezbyt grubą książkę.
- Gdzie to było? - zaczął wertować kartki. - O, mam. Proszę posłuchać. To słowa samego zakonnika:
"Była już późna noc, a one przepuściły szturm, pośród diabelskich hałasów. Chociaż nic wpierw nie widziałem, domyśliłem się, kto wydaje te dziwne dźwięki. Zamiast wpaść w popłoch, przygotowałem się do bitwy, okazując im szyderczy śmiech. Potem pojawiły się, przybrawszy najbardziej odrażające kształty. Traktowały mnie łagodnie, w nadziei, że w ten sposób przekonają mnie do nadużycia Bożej łaski. Ale, dzięki Bogu, zbeształem je, traktując stosownie do tego, ile były warte. Kiedy zrozumiały, że ich starania są całkiem daremne, rzuciły się na mnie, obaliły na podłogę i zaczęły zadawać ciosy, rzucając poduszkami, książkami i krzesłami, wrzeszcząc rozpaczliwie i wykrzykując najobrzydliwsze słowa."
Albo to: "Rzuciły się na mnie, jak sfora zgłodniałych tygrysów, grożąc mi, że zapłacę za to i przeklinając mnie. Od tego dnia codziennie mnie biły."[1]
- Starczy już! - wykrzyknęła Hanna, aż przechodnie stojący na przystanku autobusowym spojrzeli w ich stronę. - Ksiądz przesadza - ściszyła głos. - Moja córka na pewno nie jest opętana.
- Ale ja nie mówię, że jest. Szukam tylko sposobu, żeby jej pomóc. Proszę się zastanowić. Dla dobra Zosi. Przecież to nic was nie będzie kosztowało. Pozwólcie chociaż, aby z nim porozmawiała. Przecież krzywdy jej nie zrobi.
Hanna chwilę pomyślała. W końcu powiedziała:
- Nie mówię tak, ale nie mówię też nie. Na razie jesteśmy umówieni na specjalistyczne badania. Jeśli i one nic nie wykażą, to porozmawiam z mężem i skontaktujemy się z księdzem. A teraz z Bogiem. Muszę lecieć, gdyż Zosia została sama w domu.
Powiedziawszy to, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem oddaliła od duchownego. Sama nie wiedziała, czego bardziej się bała. Tej rozmowy, czy może tego, że kapłan mógł mieć rację. Była osobą wierzącą, modliła się, co niedzielę chodziła do kościoła, ale szatan lub diabeł był dla niej czystą fantazją. Nie upadłym aniołem, nie bytem rzeczywistym, lecz jedynie fikcją i przenośnią literacką.
Hanna, mimo że starała się o tym nie myśleć, wciąż słyszała w uszach jedno słowo - opętana. Gdy wróciła do domu, najpierw zajrzała do pokoju córki. Zosia, jednostajnie oddychając, nadal spała. Jej twarz była spokojna, niemal anielska. Długo wpatrywała się w jej oblicze, a im dłużej patrzyła, tym bardziej była pewna, że ksiądz nie miał racji. Nie negowała jego dobrych intencji. Była przekonana, że powiedział to z dobrego serca, ale...
Podeszła do Biduli i w odruchu czułości delikatnie musnęła ją koniuszkami palców w policzek. W odpowiedzi Zosia nagle spięła się, naprężyła całe ciało, a usta wykrzywiła w grymasie, jakby ktoś miał ją zaraz uderzyć.
- Co się stało córeczko? - Hanna przeraziła się. - To tylko ja, mama.
Zosia wciąż spięta, otworzyła w końcu oczy. Widząc przed sobą zdenerwowaną mamę, wydusiła z siebie:
- To ty dotknęłaś mojego policzka?
- Tak kochanie, to ja. Przepraszam, że cię tak wystraszyłam. Chciałam cię tylko pogłaskać.
Widać było, że ta informacja przyniosła Zosi ulgę, gdyż odetchnęła głęboko, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Nic nie szkodzi mamusiu - odpowiedziała, chwytając dłoń matki i przytulając ją do policzka. - Po prostu wystraszyłam się, że to nadchodzi kolejny atak.
- Ale nie nadchodzi? - zatroskała się Hanna.
- Nie i nawet czuję się dobrze.
- A jak zęby?
- Tak, jakbym ich nie miała - zaśmiała się.
- No to chodź. Pomożesz mi zrobić ciasto. Dzisiaj są urodziny taty.
- Całkiem zapomniałam - Zosia zerwała się z łóżka i zaczęła wciągać spodnie. - Nie mam dla niego żadnego prezentu. A może upieczemy faworki? - zaproponowała - Wiesz, że tata je uwielbia.
- Ty jednak masz głowę. Dobrze ksiądz powiedział, że mam inteligentną córkę.
- Rozmawiałaś z księdzem? - zdziwiła się - Mówił coś?
Hanna nie chcąc zdradzić głównej treści rozmowy, rzuciła tylko:
- Księża zawsze dużo mówią. Ten akurat wychwalał cię pod niebiosa.
- Nic nowego - zażartowała. - Wszyscy mnie wychwalają.
- Och ty! - Hanna pstryknęła ją delikatnie w ucho. - Skromnością, to ty nie grzeszysz.
- Po kimś to muszę mieć - odgryzła się. - A skoro nie po tacie, to zostajesz tylko ty.
W dobrym humorze poszły do kuchni przygotować niespodziankę.
Gdy Henryk wrócił do domu, przywitały go w progu z tacą jego ulubionych pyszności.
5. Ksiądz egzorcysta
Gdy tylko na zegarze wybiła dziewiętnasta, rozległo się delikatne pukanie. Cała trójka wyszła z kuchni do malutkiego holu. Heniu otworzył drzwi. W progu stał niski, szpakowaty mężczyzna.
- Szczęść Boże - przywitał się. - Byliśmy umówieni.
Na widok stojącej za rodzicami Zosi, uśmiechnął się i dodał: - Widzę, że dobrze trafiłem. Ksiądz Mateusz uprzedzał mnie, że mieszka tutaj bardzo piękna osóbka. Więc to ty jesteś tą cierpiącą? - zapytał, wchodząc do środka.
Bidula na potwierdzenie skinęła tylko głową. On jednak niezbyt przejęty tym milczeniem delikatnie położył otwartą dłoń na jej głowie i kciukiem uczynił mały, niewyraźny znak krzyża. Znak krzyża, który poczuła niby lekkie muśnięcie wiatru na włosach.
- A mogę obejrzeć twój pokój? - kontynuował, nie zważając na rodziców.
- Pewnie, że tak - Zosia wyraźnie się rozluźniła. - Proszę... - zaprosiła księdza, otwierając drzwi.
Egzorcysta wszedł do środka i rozejrzał się. Widząc nad drzwiami drewniany krucyfiks a na biurku pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej, uśmiechnął się.
- Widzę, że nie wstydzisz się swojej wiary.
- A dlaczego miałabym się wstydzić? - zdziwiła się.
- Chociażby dlatego - odparł, podchodząc do okna i wyglądając na zewnątrz - że w obecnych czasach nie jest modna wśród młodzieży.
- Ja tam lubię chodzić do kościoła i na religię - odpowiedziała całkiem szczerze. - Spotkanie z Bogiem daje mi siłę i spokój.
- Wiem o tym. Ksiądz Mateusz nie mógł się Ciebie nachwalić. Wiesz, że jesteś jego ulubioną uczennicą?
Zosia zamiast odpowiedzieć, tylko zarumieniła się.
- Mam prośbę - nagle zwrócił się do rodziców. - Czy moglibyście na chwilę zostawić nas samych? Wiem, że to wasza córka i martwicie się o nią, ale obiecuję, że krzywdy jej nie zrobię.
Trochę zaskoczeni dziwną prośbą, chcąc nie chcąc udali się do kuchni i usiedli w milczeniu przy stole. Henryk nie wytrzymał jednak długo. Nagle wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. Gdy po raz chyba setny przemierzył drogę od okna do drzwi, Hanna nie wytrzymała:
- Co tak chodzisz jak kot z pęcherzem? - zwróciła mu uwagę. - Usiądź w końcu!
- Jak nie mogę... Może lepiej będzie jak pójdę posłuchać, co tam się dzieje.
- Zwariowałeś...Chcesz podsłuchiwać swoje dziecko?
Heniu jednak machnął tylko ręką i wyszedł z kuchni. Za parę chwil był już z powrotem.
- No i co? - Hanna sama ciekawa, spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Nic... kompletna cisza - bezradnie rozłożył ręce.
- Żadnych hałasów? - zdziwiła się. - Żadnego wycia ani rumoru?
- Dosłownie nic...
Minął kwadrans, pół godziny, potem godzina. W końcu zaniepokojeni, postanowili zapukać i zaproponować egzorcyście herbatę. Był to świetny pretekst, aby zajrzeć do pokoju. Gdy Hanna wstała, aby zagotować wodę w czajniku, niespodziewanie w drzwiach pojawił się ksiądz, a za nim uśmiechnięta Zosia.
Widząc na twarzach gospodarzy wymalowany niepokój, powiedział:
- Przepraszam, że musieliście tak długo czekać, ale... trochę się zagadaliśmy. Mają państwo bardzo miłą i mądrą córkę - pochwalił Zosię, uśmiechając się do niej.
- Rzeczywiście Bidula jest bardzo kochana - potwierdziła Hanna. - Tylko gdyby nie te bóle...
- No właśnie, co do tych dolegliwości... Zosiu... - zwrócił się do dziewczyny - czy teraz, dla odmiany, ty mogłabyś zostawić nas samych? Nie chodzi mi o jakąś tajemnicę, ale wiesz, że dorośli czasami używają niezrozumiałych zwrotów i mogłabyś nas nieopacznie zrozumieć. A niezrozumienie, to pierwszy krok do niepokoju.
- Nic nie szkodzi - Bidula uśmiechnęła się - i tak mam do odrobienia lekcje.
Gdy zniknęła w swoim pokoju, Hanna wskazała księdzu miejsce przy stole. Ten usiadł i bez żadnego wstępu zaczął mówić:
- Odmówiłem wstępną modlitwę o uwolnienie i nie zauważyłem żadnych oznak manifestacji demonicznych. Nie przeczę jednak, że niepokoją mnie te bóle oraz to, że wasza córka podczas ataków wyraźnie odczuwa czyjąś obecność. Te dwa objawy to jednak mało, aby wskazać na obecność złego ducha. Musiałyby wystąpić jeszcze inne symptomy. A może przypadkiem zaobserwowaliście w jej życiu coś niepokojącego?
- Na przykład?
- Na przykład dziwne zainteresowania: magią, wywoływaniem duchów, jakimiś sektami. Chociażby satanizmem.
- Nic z tych rzeczy - zaprzeczyła Hanna. - Znamy naszą córkę i na pewno coś byśmy zauważyli.
- A może - ksiądz drążył temat - leczyliście ją jakimiś niekonwencjonalnymi sposobami: homeopatią okultystyczną, hipnozą lub odwiedzaliście wróżkę?
- Jesteśmy ludźmi wierzącymi i nie uznajemy takich praktyk.
- A co do zachowania Zosi... - nie dawał za wygraną - może miewa ataki agresji albo wygaduje jakieś niezrozumiałe dla was słowa lub całe zdania?
- Zosia i agresja, to dwa przeciwstawne bieguny - tym razem odpowiedział Henryk. - Nie pamiętam, kiedy ostatni raz podniosła głos.
- A jakiej słucha muzyki?
Hanna zastanowiła się.
- W sumie - odparła - to chyba żadnej specjalnej. Wydaje mi się, że najczęściej tego, co akurat leci w radio.
- To samo mi powiedziała. - Ksiądz zamyślił się. - A może - odezwał się po dłuższej chwili - dręczy ją ktoś bliski? Widzicie państwo, opętanie nie polega tylko na ingerencji ciemnych mocy. To może być ktoś, kto odczuwa z nią jakąś ścisłą więź, jakiś rodzaj zażyłości emocjonalnej. To może być zmarła babcia, dziadek, rodzeństwo. Ktoś, kto nie potrafi się od niej uwolnić.
- Zosia jest jedynaczką - odpowiedział Heniu, a moi rodzice jeszcze żyją.
- A może moja mama? - zastanowiła się Hanna. - Zginęła jeszcze przed narodzinami Zosi.
Egzorcysta z powątpiewaniem pokręcił głową.
- Mało prawdopodobne, prędzej niepokoiłaby panią. A pani ojciec?
- Mój ojciec? Wykluczone - odpowiedziała energicznie.
- A może jakaś zmarła koleżanka, przyjaciółka Zosi?
- Nic z tych rzeczy. Córka od zawsze miała tylko jedną przyjaciółkę. Mieszka piętro wyżej.
- W takim razie nic więcej nie mogę teraz zrobić. Obserwujcie córkę i starajcie się, aby co niedzielę przyjmowała Chrystusa do swojego serca. Wbrew utartej opinii Komunia nie jest dla nas nagrodą, lecz lekarstwem dla naszej udręczonej duszy. To nie Bóg potrzebuje nas, tylko my Jego. Pamiętajcie o tym. A jeśli nastąpiłoby pogorszenie, to proszę dzwonić. Nawet w środku nocy.
Po tych słowach wstał i kreśląc w powietrzu wielki znak krzyża powiedział: - Niech Bóg błogosławi temu domowi i jego mieszkańcom. Następnie podszedł do drzwi od pokoju Zosi i zapukał. Gdy Bidula wyszła, serdecznie się z nią pożegnał.