2
Zbyszek Kurchat zaparkował quada z przyczepką wypełnioną po brzegi narzędziami ogrodniczymi. Nim zsiadł z pojazdu, przez chwilę obserwował zarośniętą drogę, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, dokąd prowadzi dukt, który podjął się wykosić. Drzewa oraz zarośla przesłaniały mu widok, którego się obawiał. Nikt tu nie zaglądał od dekady, nawet grzybiarze starali się nie zbliżać za bardzo w miejsce, które napawało strachem i obrzydzeniem każdego, kto słyszał o tym, co się tu wydarzyło. Kurchat zerknął na zegarek i odwrócił się. Romka nie było widać, a przecież miał tu być przed nim.
- Cholerny pijak. - Splunął i zsiadł z dwuśladu.
Sięgnął do kieszeni koszuli flanelowej po paczkę fajek, żałując, że przyjął tę robotę od Łuczaka. Powinien odmówić, niech sam kosi swoją drogę, to przecież jego działka, jego las oraz dom. Skusił się na te pieniądze ekstra. Ale kiedy opłaci tego pijusa, niewiele mu zostanie z zysku. Mógł sam zrobić porządek, tyle że nie miał na to czasu. Pokaże tylko Romkowi co i jak, a sam weźmie się do innej roboty.
Na dole drogi dojrzał idącą w górę wzniesienia ciemną postać, szybko jednak po ruchach poznał, że to Błaszczyk. Romek prowadził rower, bo nie miał sił podjechać nim pod niezbyt stromą ścieżkę. Lata chlania i sypiania po rowach zrobiły swoje. Facet zatrzymał się, aby odsapnąć. Kurchat zdenerwował się, zerknął na zegarek i krzyknął do człowieka w dole, aby się spieszył, bo zastanie ich noc, nim w ogóle ruszą z robotą.
Błaszczyk przyczłapał wreszcie i oparł rower o drzewo. Zbigniew przyglądał się mu z odrazą. Facet wyglądał fatalnie: nieogolony i na kacu.
- Romek, do cholery, jaka była umowa?
- Już biorę się do roboty. Dawaj sprzęt, odpalam go i jadę z koksem.
- Jesteś nawalony?
- Zaraz nawalony. Tylko wczorajszy, ale robotę zrobię. Przecież mnie znasz...
- I tego się właśnie obawiam.
Zbigniew wiedział, że Błaszczyk potrafi wywiązać się ze zleconej roboty, ale jak niuchnie gorzały, to po robocie i po gościu.
- Żadnego picia.
- Przysięgam.
Kurchant wyładował z przyczepki kosę spalinową, pilarkę, siekierę i tasak. Przypatrywał się Romkowi i zaczynał wątpić w to, czy ten da radę oczyścić te kilkadziesiąt metrów duktu. Przy dobrych obrotach roboty było na dwa dni. Dzisiaj powinien wszystko wykosić i wyciąć, a jutro ściągnąć z drogi.
- Roman, jest szósta rano, więc w południe przywiozę ci coś do jedzenia i wodę. Do tego czasu postaraj się zrobić jak najwięcej.
- I jakieś małe piwko dorzuć, a gwarantuję ci, że robota będzie na glanc. - Romek cmoknął, a Zbyszek z powątpiewaniem pokiwał głową.
- Spiszesz się, to może coś będzie - powiedział i nim dosiadł quada, wręczył Romkowi paczkę fajek oraz zapałki, instruując, aby nie podpalił lasu.
Błaszczyk odprowadził wzrokiem Zbyszka, po czym odwrócił się i spojrzał wzdłuż zarośniętej drogi - gdzieś tam, w głębi tego zagajnika, na końcu drogi, stała leśniczówka. Nie odrywając oczu od miejsca, w które patrzył jak zahipnotyzowany, sięgnął do paczki po fajkę, którą bardzo powoli wkładał do ust. Wokół panowała głucha cisza. Próbował wychwycić świergot ptactwa, ale niczego nie było słychać. Korony drzew stały nieruchomo jak namalowane i nawet jeden liść nie drgał. Niebo na wschodzie, gdzieś nad horyzontem, było purpurowe, jakby kilometry stąd płonęły suche trawy ugorów. Romek splunął, zapomniawszy, że trzymał papierosa w zębach, który ze śliną poleciał w chaszcze.
- Niech to szlag!
Gdy od strony drogi doszedł go znajomy gwizd, Błaszczyk wyłonił się z gęstwiny i zobaczył przed wjazdem na posesję bryczkę i trzymającego klacz za uzdę Czesława Podgórskiego.
- Miałeś być u mnie przed wschodem i go zabrać! Stara nie może się o tym dowiedzieć. Powiedziałem jej, że skurczybyk uciekł - oznajmił przybysz.
- Myślisz se, Ceniu, że byłbym wstanie przytachać go aż tutej?
- To po co się oferowałeś, psia mać? - Podgórski wyrzucił niedopałek i siłował się ze zdjęciem z wozu wypełnionego wora jutowego, który u spodu był zakrwawiony. - Nie gap się, do jasnej cholery, tylko mi pomóż!
- No widzisz? A chciałeś, żebym skurczybyka taszczył na rowerze!
Romek pomógł Podgórskiemu zdjąć pakunek, który ledwo zatachali na podwórze Łuczaka. Zwłoki były ciężkie, jakby nieśli świniaka do rozbiórki. Ceniu wrócił po szpadel i w ukryciu przed tym pijusem Błaszczykiem przechylił stugramową butelkę z alkoholem. Nie zamierzał odpalać mu za niewykonaną robotę. Pochowa to ścierwo na podwórku Łuczaka, przecież nikt tu nie mieszkał, a on sam pewnie od czasu do czasu tylko zaglądał, aby się upewnić, że nikt chałupy z dymem nie puścił. Worek położyli pomiędzy sosnami. Zmachali się obaj i aby chwilę odsapnąć Podgórski zapalił papierosa, częstując również kompana od brudnej roboty. Z wora wysunął się olbrzymi siwy łeb z dziurą w czaszce pomiędzy oczami.
- Jaki skurczybyk wielki! A po co wam był taki? - Roman pokręcił głową.
Owczarek anatolijski robił wrażenie. Błaszczyk dziwnie się poczuł, widząc tak wielkiego martwego psa, któremu Podgórski przebił łeb gwoździem krokwiowym.
- Gdyby nie to, że przekopał mi podwórko, to może by został. Tfu, ścierwo! - Ceniu splunął na truchło i złapał szpadel.
Zaczął kopać. Na całe szczęście grunt przy iglakach nie był zbyt ubity. Po wykopaniu trzydziestu centymetrów mężczyzna natrafił na jakieś szczątki. Kilka kości wyrzucił na wierzch i kopał dalej, znajdując niekompletną czaszkę. Wszystko na to wskazywało, że również psa.
- Jasna cholera! Tu też ktoś pochował jakiegoś kundla?
Ceniu zaprzestał kopania, aby odsapnąć. Tusza dawała się mu we znaki. Przetarł rękawem zlane potem czoło i patrzył w dół. Mrużył powieki, a oczy mu łzawiły.
- To nie wisz? Gdzieś tu Łuczak pochowoł swojego psa, po tym jak ich tu wszystkich...
- To czemu nie mówiłeś? - wyszeptał Ceniu.
- Skąd mogłem wiedzieć, gdzie dokładnie? Potocki nie zgodził się, aby złożyć go do grobu z resztą familii, więc pochowoł psa na podwyrku.
- A chusteczka z nimi wszystkimi - rzucił Podgórski i wrócił do kopania.
Roman znów przełknął ślinę. Nie spodobało mu się przeklinanie zmarłych. Żywemu można było powiedzieć do słuchu, ale o zmarłych nie powinno się wypowiadać źle. Nawet temu psu, którego Podgórski w bestialski sposób zabił, należał się jakiś szacunek. W końcu żył w ich rodzinie.
Po pogrzebaniu zwierzęcia Ceniu wypalił jeszcze jednego papierosa i nim opuścił podwórko Łuczaków, zerknął w stronę wyzierającej spomiędzy zarośli chałupy. Im dłużej przyglądał się budynkowi, tym mocniejszy ogarniał go niepokój. Szybko się oddalił. Strach wypychał go z tego podwórza, a on pragnął jak najszybciej się wydostać z niego, nim będzie... za późno!