6
Mama spała cały dzień i całą noc, każdego dnia i każdej nocy. Była nie do ruszenia. Kiedy tylko mogłam, próbowałam namówić ją, żeby coś zjadła. Zaczęłam robić koko, ulubione danie mojego dzieciństwa. Musiałam pójść do trzech różnych sklepów, żeby kupić właściwy rodzaj prosa, właściwy rodzaj łusek kukurydzianych i właściwe fistaszki do posypania. Liczyłam na to, że owsianka przyjmie się z automatu. Rano przed wyjściem do pracy zostawiałam miskę przy jej łóżku, a kiedy wracałam, powierzchnię pokrywała zaschnięta błona. Warstwa pod spodem była tak twarda, że wydłubanie jej do zlewu kosztowało mnie naprawdę dużo wysiłku.
Mama zawsze leżała odwrócona do mnie plecami. Jakby miała jakiś wewnętrzny czujnik, który uprzedzał ją, kiedy wejdę do pokoju z miseczką koko. Wyobraziłam sobie film o naszym życiu, przeskakujące u dołu kadru numery dni, ja w różnych ubraniach, ale poza tym wszystko tak samo.
Po mniej więcej pięciu dniach takiego życia weszłam do pokoju, a moja matka nie spała i leżała twarzą do mnie.
- Gifty - powiedziała, kiedy odstawiłam miseczkę z koko - nadal się modlisz?
Milej byłoby skłamać, ale nie byłam już miła. Niewykluczone, że nigdy nie byłam. Jak przez mgłę pamiętałam, że byłam miła jako dziecko, ale może pomyliło mi się z niewinnością. Nie czułam prawie żadnej ciągłości między sobą w dzieciństwie i tym, kim byłam teraz, i nie widziałam sensu nawet w zastanawianiu się, czy nie okazać mamie czegoś w rodzaju miłosierdzia. Czy okazałabym jej miłosierdzie, gdybym była dzieckiem?
- Nie - odparłam.
W dzieciństwie się modliłam. Pilnie studiowałam Biblię i prowadziłam dziennik z listami do Boga. Byłam ostrożna do granic paranoi, więc powymyślałam pseudonimy dla wszystkich ludzi w moim życiu, którym moim zdaniem należała się kara od Boga.
Lektura pamiętnika nie pozostawia wątpliwości co do tego, że byłam chrześcijanką spod znaku Boża sprawiedliwość potępieniem grzeszników i wierzyłam w zbawczą moc kary. Ponieważ jest napisane, że czasu swego, czyli wyznaczonego czasu "powinie się noga ich" i upadną przechyleni przez swój własny ciężar[6].
Mama otrzymała pseudonim Czarna Mamba, bo właśnie uczyliśmy się w szkole o wężach. Tamtego dnia nauczycielka wyświetliła nam film, w którym wąż o długości siedmiu stóp, przywodzący na myśl smukłą kobietę w obcisłej skórzanej sukni, sunął zygzakiem przez Saharę i polował na pustynne wiewiórki.
Wieczorem po lekcji o wężach napisałam w pamiętniku:
Kochany Boże,
Czarna Mamba ostatnio zrobiła się dla mnie naprawdę wredna. Wczoraj powiedziała mi, że jeśli nie będę sprzątać w moim pokoju, nigdy nie znajdę sobie męża.
Mój brat Nana nosił pseudonim Buzz. Nie pamiętam już teraz dlaczego. Przez pierwsze lata dziennika Buzz był moim bohaterem:
Kochany Boże,
dziś Buzz dogonił furgonetkę z lodami. Kupił owocową petardę dla siebie i tubkę "Jabbadabbaduba" dla mnie.
Albo:
Kochany Boże,
dziś w świetlicy nikt nie chciał być moim partnerem w wyścigu na trzech nogach, bo powiedzieli, że jestem za mała, i wtedy przyszedł Buzz, i powiedział, że ze mną pobiegnie! I zgadnij co? Wygraliśmy, i to ja zdobyłam puchar.
Czasem mnie złościł, ale w tamtych czasach jego przewinienia były niewinne, błahe.
Kochany Boże,
Buzz bez przerwy wchodzi do mojego pokoju bez pukania! Nie cierpię go!
Jednak kilka lat później moje prośby o boską interwencję całkowicie zmieniły charakter.
Kochany Boże,
wczoraj wieczorem Buzz wrócił do domu i zaczął się wydzierać na CzM. Usłyszałam jej płacz i zeszłam na dół zobaczyć, co się dzieje, chociaż miałam być w łóżku. (Przepraszam). Kazała mu być cicho, bo mnie obudzi, ale on wziął telewizor i walnął nim o podłogę, a potem wybił dziurę w ścianie i rozkrwawił sobie rękę. CzM zaczęła płakać, spojrzała do góry i zobaczyła, że tam stoję. Biegiem wróciłam do pokoju, a Buzz krzyknął za mną: spieprzaj stąd wścibska pizdo. (Co to jest pizda?)
Miałam dziesięć lat, kiedy to napisałam. Starczało mi rozumu, by używać pseudonimów i notować nowe słowa, lecz nie przyszło mi do głowy, że każdy od razu odgadnie, kto się pod nimi ukrywa. Trzymałam dziennik pod materacem. Moja matka należy do osób, które sprzątają pod materacami, więc jestem pewna, że prędzej czy później musiała go znaleźć. Jeśli tak było, nigdy się z tym nie zdradziła. Gdy Nana rozwalił telewizor, matka wbiegła na górę i zamknęła się ze mną na klucz. Nana szalał na dole. Złapała mnie za ramię, pociągnęła w dół i obie uklękłyśmy przy łóżku i modliłyśmy się w twi.
Awurade, b? me ba barima ho ban. Awurade, b? me ba barima ho ban. Panie, chroń mojego syna. Panie, chroń mojego syna.
- Trzeba się modlić - powiedziała teraz moja matka, sięgając po koko.
- Wyszła mi taka, jak trzeba? - zapytałam.
Patrzyłam, jak zjada dwie łyżki i odstawia miskę na szafkę nocną.
Wzruszyła ramionami i znów odwróciła się do mnie tyłem.
Pojechałam do laboratorium. Hana tam nie było, więc temperatura w pomieszczeniu nadawała się do życia. Powiesiłam kurtkę na oparciu krzesła, przyszykowałam się, a potem złapałam dwie myszy i zaczęłam przygotowywać je do zabiegu. Zgoliłam futerko na łebkach, odsłaniając skalpy. Ostrożnie przewiercałam się przez czaszki, ocierając krew, dopóki nie zobaczyłam ich jaskrawo czerwonych mózgów. Klatki piersiowe uśpionych myszy unosiły się miarowo i opadały z każdym nieświadomym oddechem.
Robiłam to już milion razy, ale i tak widok mózgu wprawiał mnie w podziw. Świadomość, że nawet gdyby udało mi się zrozumieć malutki narząd tej jednej myszki, i tak nie powiedziałby mi wszystkiego o znacznie bardziej złożonym narządzie w mojej głowie. Mimo to musiałam próbować zrozumieć i z tego ograniczonego rozumienia ekstrapolować na przedstawicieli gatunku Homo sapiens, najbardziej skomplikowanego zwierzęcia, jedynego zwierzęcia, przekonanego, że sięgnęło poza granice swojego królestwa, jak zwykła mawiać moja nauczycielka biologii w liceum. Ta pewność, to sięganie mieszkało w tym narządzie. Nieskończonym, niepoznawalnym, uduchowionym, może nawet magicznym. Zamieniłam zielonoświątkową wiarę mojego dzieciństwa na tę nową religię, nową misję, chociaż wiedziałam, że nigdy się nie dowiem wszystkiego.
Kończyłam doktorat na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Stanforda. Moje badania dotyczyły obwodów neuronalnych sterujących zachowaniem pod wpływem układu nagrody. Kiedyś na randce, rok po licencjacie, zanudziłam faceta na śmierć opowiadaniem, co robiłam tamtego dnia. Zabrał mnie do Tofu House w Palo Alto. Patrzyłam, jak się męczy z pałeczkami, jak upuszcza kilka kawałków bulgogi na rozłożoną na kolanach serwetkę, i opowiadałam mu ze szczegółami o przyśrodkowej korze przedczołowej, jądrze półleżącym, obrazowaniu metodą dwufotonową wapnia.
- Wiemy, że przyśrodkowa kora przedczołowa odgrywa zasadniczą rolę w tłumieniu zachowań związanych z układem nagrody, ale nie znamy dokładnych obwodów neuronalnych.
Poznałam go na OkCupid. Miał włosy koloru słomy i skórę w ostatniej fazie oparzenia słonecznego. Wyglądał jak surfer z południowej Kalifornii. Kiedy wymienialiśmy esemesy, zastanawiałam się, czy jestem pierwszą czarną dziewczyną, z którą chce się umówić, czy przypadkiem nie odhacza pozycji z listy nowych, egzotycznych rzeczy, których chciałby spróbować, takich jak koreańskie jedzenie przed nami, z którym dał już za wygraną.
- Uch - odezwał się. - Brzmi ciekawie.
Może nie tego się spodziewał. W dwudziestoośmioosobowym zespole mojego laboratorium znajdowało się tylko pięć kobiet, a ja byłam jedną z trzech czarnych doktorantek na wydziale. Powiedziałam Surferowi, że robię doktorat, ale nie wspomniałam z czego, żeby go nie wystraszyć. Neurobiologia kojarzyła się z "inteligencją", ale już niekoniecznie z "seksownością". Poza tym byłam czarna, więc mógł uznać, że to już za bardzo odbiega od normy. Więcej do mnie nie zadzwonił.
Od tej pory mówiłam na randkach, że uzależniam myszy od kokainy, a potem im ją odstawiam.
Dwóch na trzech zadawało to samo pytanie.
- Czyli masz kokainę na tony?
Nie informowałam ich, że przerzuciliśmy się z kokainy na odżywkę Nutrivigor. Była łatwiej dostępna i myszy szybko się od niej uzależniały. Bawiło mnie, że mogę zaimponować czymś interesującym i nielegalnym tym mężczyznom, z którymi przeważnie szłam do łóżka raz i więcej ich nie widziałam. Ekran mojego telefonu rozświetlający się ich imionami jeszcze godziny, dnie i tygodnie po tym, jak widzieli mnie nagą i wbijali paznokcie, czasem do krwi, w moje plecy, dawał mi poczucie władzy. Czytając ich esemesy, lubiłam dotykać śladów, które zostawili. Miałam wrażenie, że mogę zatrzymać ich tam w zawieszeniu, same imiona na ekranie smartfona, lecz w pewnym momencie przestawali dzwonić, szli dalej ze swoim życiem i wtedy czerpałam siłę z ich milczenia. Przynajmniej przez chwilę. Nie byłam przyzwyczajona do poczucia władzy w związkach, poczucia władzy w seksie. Przez całe liceum nikt mnie nie zabrał na randkę. Ani razu. Nie byłam wystarczająco cool, wystarczająco biała. W koledżu byłam nieśmiała i skrępowana, nie zrzuciłam jeszcze do końca skóry chrześcijaństwa, które nakazywało zachować siebie dla męża i zaraziło mnie strachem przed mężczyznami i własnym ciałem. Wszelki grzech, jakiego człowiek się dopuszcza, jest poza ciałem; ale kto się wszeteczeństwa dopuszcza, ten grzeszy przeciwko własnemu ciału.
- Jestem ładna, prawda? - zapytałam raz mamę.
Stałyśmy przed lustrem, nakładała makijaż przed wyjściem do pracy. Nie wiem, ile miałam lat, pamiętam tylko, że nie wolno mi się jeszcze było malować. Musiałam to robić chyłkiem, nie przy niej, ale to nie było trudne. Ciągle pracowała. Nigdy jej przy mnie nie było.
- Co to za pytanie? - zapytała. Złapała mnie za ramię i szarpnęła w stronę lustra. - Spójrz - poleciła.
W pierwszej chwili wydawało mi się, że jest na mnie zła. Próbowałam patrzeć gdzie indziej, ale za każdym razem, kiedy odwracałam wzrok, zmuszała mnie do spojrzenia w lustro. Szarpnęła mnie tyle razy, że myślałam, iż stracę rękę.
- Spójrz na dzieło Boga. Spójrz na moje dzieło - powiedziała w twi.
Długo patrzyłyśmy na nasze odbicia w lustrze. W końcu zadzwonił budzik, który mówił matce, kiedy czas skończyć jedną pracę i zacząć drugą. Domalowała usta, pocałowała swoje odbicie w lustrze i wybiegła z domu. Po jej wyjściu dalej gapiłam się w lustro, całując własne odbicie.
Patrzyłam, jak moje myszy wracają do życia, półprzytomne po narkozie i zamroczone środkami znieczulającymi, które im podałam. Wstrzyknęłam wirusy w jądra półleżące i wszczepiłam do mózgów soczewki, by obserwować w czasie doświadczenia uruchamiające się neurony. Czasem zastanawiałam się, czy myszy czują dodatkowy ciężar w głowach, ale starałam się nie myśleć o nich w ten sposób, nie uczłowieczać ich, ponieważ bałam się, że to utrudni mi pracę. Sprzątnęłam stanowisko i poszłam do mojej kanciapy, spróbować coś napisać. Powinnam pracować nad artykułem, prawdopodobnie ostatnim przed obroną. Najtrudniejsza część, zestawianie liczb, zwykle zajmowała mi tylko parę tygodni, ale tym razem ciągle odwlekałam ten etap. Powtarzałam doświadczenia tak długo, aż ich zakończenie, zabranie się do pisania, skończenie doktoratu zaczęło się wydawać niemożliwe. Przykleiłam nad biurkiem karteczkę z ostrzeżeniem, które miało mnie zdopingować. Codziennie dwadzieścia minut pisania, bo jeśli nie... Jeśli nie, to co? Chciałabym wiedzieć. Każdy wiedział, że to pusta groźba. Po dwudziestu minutach udawania, że coś robię, wyjęłam kartkę z dziennika sprzed lat, którą trzymałam w trzewiach biurka i odczytywałam ją w momentach największej frustracji, kiedy się czułam przygnębiona, samotna, beznadziejna i do niczego. Albo kiedy żałowałam, że nie mam posady za więcej niż tysiąc siedemset dolarów stypendium, które musiało mi wystarczyć na cały semestr w drogim mieście uniwersyteckim.
Kochany Boże,
Buzz idzie na bal na zakończenie roku i wystroił się w garnitur! Ciemnogranatowy, do tego różowy krawat i różowa poszetka. CzM musiała go specjalnie zamówić, bo Buzz jest taki wysoki, że w sklepie nic na niego nie mieli. Przez całe popołudnie robiliśmy mu zdjęcia, śmialiśmy się i ściskaliśmy, a CzM płakała i powtarzała w kółko "Jesteś taki piękny". Potem zajechała limuzyna i zanim pojechał po swoją partnerkę, wystawił głowę przez szyberdach i nam pomachał. Wyglądał normalnie. Proszę Cię, Boże, spraw, żeby zawsze już taki był.
Trzy miesiące później mój brat umarł wskutek przedawkowania heroiny.