Poza kadrem - Dagmara Kalinko

Reflow text when sidebars are open.
Poza kadrem
Copyright ? Dagmara Kalinko
Copyright ? Wydawnictwo Inanna
Copyright ? MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2025 r.
ebook ISBN 978-83-7995-831-3
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Paulina Kalinowska
Korekta: Aleksandra Igielska
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara
Skład i typografia: proAutor.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
sekretariat@inanna.pl
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz na: MadBooks.pl
W pomieszczeniu panował gwar. Wielkie na całą ścianę okna, przez które zazwyczaj wpadało mnóstwo światła, i za którymi rozpościerał się widok na centralną część miasta, tym razem były przesłonięte czarnymi zasłonami. Nie wpuszczały one do środka ani grama promieni słonecznych. Po drugiej stronie przy ścianie stało dwóch mężczyzn, pili kawę z ekspresu znajdującego się na blacie i ściszonymi głosami wymieniali między sobą uwagi.Na środku pomieszczenia stała duża, czarna kanapa. Miała już ponad rok. Siadając na niej, nadal czuło się jednak jej intensywny, skórzany zapach, jakby kupiono ją zaledwie wczoraj. Zajęta była przez dwie kobiety i przez jednego mężczyznę. Nie rozmawiali, a jedynie z zaciekawieniem patrzyli na wprost, na stojący na stoliku włączony laptop, który w panującej tu ciemności bił po oczach niebieskim światłem. "Głowa prosto, wysuń brodę do przodu, spójrz na mnie. O tak, właśnie tak" - odzywał się co jakiś czas delikatny, kobiecy głos. Był miękki, ale jednocześnie stanowczy.
Dźwięk strzelającej migawki słyszalny w tle informował, iż tworzy się coś nowego. "Ręce na biodra, stań bokiem, teraz tył i odwróć głowę. Okej, ale pozostań w tej samej pozycji, nie zmieniaj jej. Super". - Sara była w swoim żywiole.
Uwielbiała pracować z zawodowcami, a jednocześnie wtrącać coś od siebie. Przez te wszystkie lata na tyle solidnie wypracowała swoją własną renomę, iż mogła sobie pozwolić na tworzenie projektów z najlepszymi. Miała tę przewagę, że było jej dane decydować w znacznej mierze o tym, z kim chce pracować, a z kim nie. Nie lubiła tych, jak ich nazywała, klocków, którym musiała poprawiać każdy palec. Na szczęście ten etap miała już dawno za sobą.
Sara Berezowski nie przyjmowała prywatnych zleceń, nie pracowała z rodzinami i nie robiła sesji ludziom z tak zwanej ulicy. Nie chciała bawić się z wybrednymi klientami, bowiem już z doświadczenia wiedziała, że pomimo zawieranych z nimi umów, świadomości na temat stylu jej zdjęć oraz tego, w jaki sposób pracuje i jak je obrabia, to i tak trzy czwarte klientów domagało się zmian i poprawek. Absolutnie tego nie tolerowała. Chciała tworzyć takie kadry, jakie najlepiej współgrały z jej artystyczną duszą. Jeśli komuś to nie odpowiadało, mógł przecież pójść do innego studia i wybrać innego fotografa. Droga wolna. Na rynku aż roiło się od profesjonalistów w każdym calu, osób po studiach i kursach. Oczywiście nie brakowało też tych, którzy chcieli po prostu zabłysnąć w świecie aparatowych fleszy, takich amatorów, internetowych samouków. Trend był prosty: wielu, zauważając, że komuś coś idzie, że "interes się kręci", próbowało tego samego, ale często, niestety, z marnym skutkiem. Bez jakiejkolwiek wiedzy, bez doświadczenia w pracy z ludźmi, ogłaszali się jako fotografowie i oferowali zdjęcia za półdarmo, psując rynek i ucząc przyszłych, potencjalnych klientów, że nie liczy się jakość, a ilość. Wychodzili bowiem z założenia, że aby usługa była zadowalająca, wystarczy zaoferować multum fotografii, często nawet prześwietlonych, nieostrych, byle jak najtaniej. A klienci przyjmowali te wszystkie fotografie z uśmiechem na ustach, nie widząc, iż większość z nich to przysłowiowe obierki z ziemniaków, które w porządnej restauracji wylądowałyby w koszu.
W związku z tym miała już serdecznie dość wygładzania ust paniom, którym nie chciało się użyć chociażby błyszczyka. Następnie wręcz błagały, by były ponętne i pełne, i aby Sara coś z tym zrobiła. Miała dość likwidacji napisów z męskich koszulek, bo pomimo wcześniejszych ustaleń co do ubioru sesyjnego pan i tak założył T-shirt z logo jakiejś marki na całą klatę. Potem żona, prawie płacząc, żądała jego usunięcia, tłumacząc, że nie pasuje do reszty stylizacji rodzinki. Jakby o tym wcześniej nie wiedziała. Mąż najczęściej olewająco podchodził do tematu, a kobieta odpuszczała i tak wkurzonemu na sam wjazd panu, chyba myśląc, że jakoś to będzie. Zazwyczaj nie było. Dobrze nie było. Bereza krzywiła się tylko z bezradności i klęła w duchu. Miała po dziurki w nosie usuwania brudu spod paznokci w Photoshopie, co też niestety jej się zdarzało. Po prostu drażniło ją, że klienci nagminnie łamali regulamin, a później wymyślali miliony absurdalnych powodów, by obniżyła cenę, chociaż jeszcze przed podpisaniem umowy zapoznali się przecież z jej pracami oraz z liczbą zdjęć, jaką zawierał dany pakiet. Potem udawali głupich, że czegoś nie doczytali, nie dosłyszeli, że w ogóle wszystko miało być inaczej. Miała dosyć takich ludzi i najzwyczajniej w świecie szkoda jej było czasu na pisanie po raz setny wyjaśniających litanii. Stąd szybko dojrzała mentalnie i zmieniła o sto osiemdziesiąt stopni swoją klientelę. Postanowiła współpracować tylko i wyłącznie z profesjonalistami, przede wszystkim z firmami odzieżowymi i z czasopismami, wykonując zlecenia na większą skalę. Pracowała z zawodowymi modelkami i modelami. Często jednak podejmowała również współpracę z nowo tworzonymi markami, a tym samym i z osobami niemającymi zbyt wiele wspólnego z modą, przynajmniej do momentu rozpoczęcia przez nich przygody z tego typu działalnością. Jednak to był, jakkolwiek na to patrzeć, zupełnie inny typ klienta. Wiedział, czego chciał, wiedział, jak takie zdjęcia powinny wyglądać, miał swoje wyobrażenia i wizje, by towar dobrze prezentował się na billboardach, w gazetach czy w katalogach. Przez to i ona zyskiwała dość dużą swobodę w tworzeniu tego typu fotografii. Mogła podpowiadać, powołując się na własne kilkuletnie już doświadczenie. Wszystko było od samego początku klarowne, bez niedomówień. Ona wiedziała, jak ma pracować, a klient, decydując się na podpisanie z nią umowy, wiedział, co dostanie, czego może się spodziewać, akceptując styl jej zdjęć i samej pracy oraz jej podejścia do fotografii.
*
Olbrzymie lampy, z których część wyglądała jak duże, rozłożone na deszczu parasolki, oświetlały tło i modelkę. Dodatkowe, bijące od tyłu, przydymione światło tworzyło tajemniczy klimat.
To wielkie studio było spełnieniem marzeń Sary. Stało się jej "drugim dzieckiem", tylko że starszym, już wypieszczonym, wychuchanym, wydmuchanym, niemalże perfekcyjnym. Panujące w nim wszechobecna czerń i biel sprawiały, iż wchodząc do niego, człowiek początkowo zastanawiał się, czy na pewno dobrze trafił. Wystarczył jednak jeden krok do świata kilkudziesięciu migoczących ze wszystkich stron światełek przypominających gwiazdy na bezchmurnym niebie, że nigdy nie chciało się już z niego wyjść. O tym, że jest to studio fotograficzne, można było zorientować się tylko po zamontowanym na suficie elektrycznym systemie do zawieszania teł oraz kilku stojących lampach: oktach, dyfuzorach, softboxach i stripboxach. Sara nie lubiła bałaganu, dlatego mniejszy gabarytowo sprzęt, jak aparaty, halogeny, czasze czy blendy, wyciągała ze specjalnej szafy dopiero na potrzeby sesji.
W tym miejscu czuło się magię, przyciągało swoim klimatem powstałym wyłącznie z wyobraźni Sary. To była osobista, czarna dziura w otaczającym ją wszechświecie i tylko wybrani mogli mieć do niej dostęp. Jedynie ci, którzy w pełni akceptowali jej warunki, mogli wniknąć za jej zgodą w głąb przestrzeni, jaką stworzyła. Kto nie minął horyzontu zdarzeń, już na zawsze pozostawał poza jej światem i poza nią samą.
Sara urządziła to wnętrze w niebanalnym stylu. W przeciwieństwie do swojego mieszkania, które emanowało ciepłem i domowym ogniskiem, studio to będące połączeniem metalu i szkła, było chłodne, wręcz zimne, jak jej już dawno zamarznięte serce. Przy tym gustowne i z wyrafinowanym smakiem. Zależało jej na tym, aby klienci byli traktowani przez nią i jej pracowników wyjątkowo, i by tak się czuli. Chociaż w jej domu przeważały z kolei drewno i biel, a styl loftowy mieszał się ze skandynawskim, to również ta przestrzeń zapewniała jej komfort. Owa luksusowa przystań była pierwotną wersją jej własnego mieszkania. Kiedyś, dawno temu, nie wyobrażała sobie życia w innym niż ciemne wnętrzu. Zmienny gust człowieka sprawił, że po paru latach, mimo iż nie potrafiła rozstać się z myślami o czerni wokół siebie, nie mogła już w niej przebywać na co dzień. To rozwiązanie było więc dla niej idealne. Dwa w jednym. Wizualizacja przeszłości przeniesiona do studia i plany przyszłości stworzone w obecnym mieszkaniu. Jakby egzystowała w dwóch różnych światach. Jej życie poniekąd przypominało scenariusz filmu "Wyśniona namiętność" z Demi Moore w roli głównej, tylko bez męskiego obiektu w tle. Za dnia w stylowej bajce z porcelany, a wieczorami i rankami w sielskim klimacie boho, z przedmiotami utkanymi ze wspomnień.
*
Unoszący się w powietrzu zapach uderzał w nozdrza, coś na wzór połączenia mroźnego powiewu z jakimiś nieznanymi nikomu wcześniej perfumami. Jednak to nie było świeże powietrze, a włączona klimatyzacja plus obce polskim nosom specyfiki, które do firmy przywoziły razem z Matyldą z różnych stron świata. Obie lubiły wszelkiego rodzaju kadzidła, olejki, żele oraz balsamy o egzotycznym i orientalnym aromacie. Klienci często pytali, co to za zapach. Tylko uśmiechały się wtedy do siebie.
Wszechotaczający luksus Fly2Moon, bo tak nazwała swoje królestwo, kusił, by wejść głębiej, tak jak ona sama stwarzała wokół siebie aurę pociągającą mężczyzn. To trzeba jej było przyznać: Bereza miała świetny gust zarówno jeśli chodziło o zdjęcia, jak i własny styl. Wiedziała, że się podoba. Zdawała sobie sprawę z tego, że ciągnie za sobą łunę pożądania jak przemierzająca wszechświat kometa obłoki srebrzyste. Była tego świadoma, lecz miała to głęboko gdzieś. Już lata temu postanowiła, że żyje tylko dla swojej córeczki. Uwielbiała dobrze wyglądać, ale robiła to wyłącznie dla siebie i dla Małej, by ta nigdy nie musiała się jej wstydzić. Była przeciwnikiem medycyny estetycznej. Wolała zainwestować w droższy krem i zabiegi pielęgnacyjne, niż kłuć się igłą lub pociąć skalpelem. Za bardzo kochała swoje ciało, by je narażać na ból, a ponadto wychodziła z założenia, że lepiej dbać o nie, chodząc na siłownię i prowadząc zdrowy tryb życia, niż iść drogą na skróty. Uważała, że skróty nie istnieją, a nawet jeśli, to co najwyżej można wpaść przez nie w pokrzywy. Tego samego od najmłodszych lat uczyła córkę. Po prostu miała własne zdanie na ten temat, choć nie wdawała się z nikim w dyskusje. Prawo do różniących się od siebie opinii było przecież wpisane w ludzką naturę. Inny pogląd na wszystko, co nas dotyczyło i co nas otaczało, kolorował świat i właśnie to sprawiało, że stawał się piękny w każdym znaczeniu tego słowa. Stąd nie podejmowała rozmów o gustach i przekonaniach, dzięki czemu miała spokojniejszą głowę i mniej stresu. Żyła według własnych zasad i twierdziła, że każdy powinien pilnować swojego tyłka. Choć uważała, że nie zawsze trzeba siedzieć cicho i mieć zamkniętą jadaczkę.
Przez to była inna niż większość kobiet, które znała, zarówno teraz, jak i kiedyś, w przeszłości. Nie każdy z jej bliskiego otoczenia w stu procentach zgadzał się z jej poglądami i ona doskonale o tym wiedziała. Niektórzy nie nadążali za jej sposobem myślenia, ale była tak miłą i tolerancyjną osobą, że bardzo szybko wybaczali jej poniekąd dziwne czasem spojrzenie na dany temat. Pieniądze nie miały dla niej znaczenia. Uważała, że są one tylko fajnym dodatkiem do życia i do pracy. Niby każdy zdaje sobie sprawę, iż nie dają one szczęścia, a jednak wszyscy dążą do tego, aby zdobyć ich jak najwięcej, nawet gdy już mają ich wystarczająco dużo. Sara przebierała w ofertach. Wybierała te według niej najlepsze, najciekawsze i najbardziej wartościowe, mimo że czasem wiązało się to z mniejszym wynagrodzeniem dla jej firmy. Nie kupowała najdroższych ubrań, chociaż mogła sobie na to pozwolić. Skupiała swój wzrok na tych, które jej się podobały i pasowały do sylwetki. Czasem bywała w lumpeksach, zawsze udawało jej się wyszperać coś, co było unikatowe i jedyne w swoim rodzaju. Nie oceniała ludzi po grubości ich portfela i liczbie zer na koncie bankowym. Miała jednak zdolność do właściwej ich oceny. Była konkretna. Bez zbędnego pitolenia mówiła innym, co myśli o nich i o ich zachowaniu czy podejściu. Bez owijania w bawełnę wykładała karty na stół. Całe życie rodzice powtarzali jej, że trzeba w każdej sytuacji być człowiekiem szczerym, nie oszukiwać i nie kłamać, a te wpojone od dziecka zasady były dla niej święte. Szczerość to nie chamstwo, od zawsze każdemu powtarzała. Prawda, nawet jeśli niezbyt miła czy wygodna, powinna być doceniona i przytulona do klatki piersiowej. Z biegiem lat nauczyła się tylko, że dla jej świętego spokoju słowa pewnych ludzi należy przepuszczać przez niewidzialny filtr.
Nie dopuszczała do siebie zbyt wielu osób, znaczenie miała dla niej dosłownie ich garstka. Odkąd rozstała się z ojcem swojej córeczki, świat, w którym żyła, zmienił się diametralnie. Zrobiła selekcję znajomości jakby były jabłkami: odrzuciła przegniłe i wybrała jedynie te najtwardsze i najsłodsze. Zepsute wyrzuciła do kosza, nie chcąc zgnić tak jak one, gdyby tkwiła obok nich. Zrobiła generalne porządki w szafach swojego życia, pozbywając się tych przerdzewiałych od zazdrości i zawiści koleżanek, oraz otworzyła na przestrzał okna w szarych komórkach. Kilka lat wstecz postanowiła, że będzie samowystarczalna i że już nigdy nie dopuści do siebie żadnego mężczyzny. To nawet nie było tak, że nie wierzyła w miłość, ale zwyczajnie bała się kolejny raz komuś zaufać i oddać swoje serce w obce ręce.
- Okej, starczy. Koniec na dziś. Dziękuję - powiedziała, kończąc zdjęcia. Nie lubiła słów "mamy to", były dla niej przereklamowane.
Odwróciła się w stronę osób siedzących na kanapie. Sara wyjęła kartę pamięci z aparatu i podała ją jednej z kobiet prostujących właśnie nogi. Najwyraźniej tkwiła zbyt długo w jednej pozycji. To była jej przyjaciółka, Matylda. Jej prawa ręka i jednocześnie menedżerka. Odkąd tylko sięgała pamięcią, Matylda stała u jej boku. Ufała tej kobiecie bezgranicznie. Była jedyną, poza jej rodzicami i córką, istotą na tej ziemi, która miała dostęp do niemal nikomu nieznanych pokładów jej płatów mózgowych.
- Zgraj zdjęcia, a ja się przebieram i lecę. Obiecałam córce, że spędzę z nią cały dzień - powiedziała tylko.
- Jasne. A, zapomniałam ci powiedzieć. Pojutrze o dziewiątej rano masz sesję. - Mati uśmiechnęła się, po czym dodała: - Bielizna męska. Jakiś instagramowy celebryta ma się pojawić.
- O, to już czuję, że będzie ciekawie. Oby tylko był kumaty - zaśmiała się Sara.
- Podobno to specyficzny klient. Jak dostanę wszystkie szczegóły, to prześlę ci je wieczorem. - Powiedziawszy to, wzięła się za zgrywanie zdjęć.
Studio zaczynało pustoszeć. Modelka w garderobie przebierała się, a ekipa, która dostarczyła ubrania, już dawno zdążyła się spakować i wyjść. Oprócz nich pozostały jeszcze dwie osoby: fryzjerka Magda i makijażysta Michał. Współpracowali z dziewczynami już od wielu lat. Cała czwórka traktowała się po kumpelsku.
- Dobra, ja zbieram kosmetyki i też spadam. Kolejny show już za nami. - Magda chowała swoje szpargały do kufra o dość znacznych rozmiarach.
Bereza przesłała Matyldzie całusa na pożegnanie, po czym zniknęła w holu. Zjeżdżając windą na sam dół, myślała już tylko o tym, jak spędzi ten dzień z córką.
Wielkie szklane drzwi rozsunęły się. Sara poczuła na ciele podmuch ciepłego powietrza. Wiosna zbliżała się wielkimi krokami, ale ona nie mogła doczekać się już lata. Miało być w tym roku bardzo gorące. Sara lubiła lato, lubiła gorąc i ukrop. Wręcz odżywała w taką pogodę i nigdy nie mogła się nią nasycić. Tak jak inni umierali wtedy z braku powietrza, tak ona właśnie wtedy czuła się dopiero jak ryba w wodzie. Nienawidziła tych wszystkich malkontentów, którzy wciąż narzekali, jak to jest parno, duszno i że nie ma czym oddychać. Wtedy mówiła w myślach do siebie: "To się przeprowadź, człowieku, na Syberię". I uśmiechała się, kontynuując rozmyślanie: "Tam byś zapewne narzekał na wieczny chłód".
W południe w okna z tej strony zaglądało słońce, dlatego podczas przedpołudniowych sesji często musiały iść w ruch zasłony i klimatyzacja. Dwa wielkie filary stojące na wprost siebie witały ją, gdy tylko wchodziła do budynku, i żegnały, kiedy go opuszczała. Lubiła te olbrzymie kolumny. Uwielbiała patrzeć, jak na ich elewacji tworzy się żółtawa poświata, gdy obejmowały je złote ramiona słońca. Kochała też tę ruchliwą i długą ulicę, te sklepy i restauracje, całe to tętniące życiem w duże miesto, choć czasami tęskniła za starą małomiasteczkowością, gdzie się wychowała i gdzie dorastała. Żyła jednak tu i teraz, a przeszłość została tylko jej pięknym wspomnieniem.
Auto najczęściej parkowała w bocznej ulicy po lewej stronie budynku. Nie chciała wjeżdżać na podziemny parking. Zresztą nigdy go nie lubiła. Było tam zimno i wilgotno. Tego typu miejsca paskudnie jej się kojarzyły, ze zbrodniami i morderstwami rodem z filmów czy książek. Oczami wyobraźni widziała już, że ktoś ją tam goni, więzi czy zabija, dlatego unikała ich jak ognia. Jak na swoje zarobki posiadała dość skromny samochód. Miał być po prostu przestronny, wygodny i ekonomiczny. Postawiła więc na SUV-a, białego Renault Captur. Wybierała go razem z córką, a Małej od razu spodobał się jego trochę kosmiczny wygląd.
Uwielbiała jeździć nocą. Obserwować zza szyb kolorowe światła ulic i oświetlone witryny sklepowe. Zresztą, mając artystyczną duszę, na krajobrazy za oknem patrzyła jak na fotografie. Wyobraźnia natychmiast podpowiadała jej najróżniejsze scenariusze, do których mogłaby wykorzystać mijane miejsca. Włączała swojego ulubionego rocka z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Rozmyślała. Ta muzyka ją odprężała i wyciszała, a w domu wiecznie było coś do zrobienia. Tu tylko mknęła przed siebie i w nieznanym nawet sobie kierunku. Czasem zabierała na taką przejażdżkę swoją małą dziewczynkę, która z równie wielkim zaciekawieniem wpatrywała się w to, co przemykało za szybą. Czasem śpiewały też głośno znane dziecku piosenki. Czasem śpiewała sama, a Mała z zachwytem słuchała. Były wtedy wolne, szczęśliwe i tylko dla siebie. Bereza miała ładny głos. Taki łagodny i ciepły, choć gdy śpiewała mocniejsze kawałki, zamieniał się w ostry i chrypliwy. Ona sama za nim nie przepadała. Lubiła śpiewać, ale tylko dla siebie, dla córki i razem z najbliższymi. Scena nigdy jej nie pociągała. Jedynie jako nastolatce często zdarzało jej się występować z koleżankami w barach karaoke.
*
Było prawie południe. Na ulicach nie panował jeszcze aż tak wielki ruch. Sara zazwyczaj tak starała się kończyć sesje, by móc odebrać Małą z przedszkola, a wcześniej zrobić zakupy po drodze. Wychowywała ją sama. Nie mogła pozwolić sobie na pracę w godzinach popołudniowych ani na taką mieszczącą się w sztywnych ramach czasowych. Nie miałaby z kim zostawiać wtedy córki, a zatrudnienie opiekunki kłóciło się z jej wyobrażeniami na temat wychowywania dziecka.
Usłyszała dźwięk telefonu.
- Tak, mamo? - odebrała, jednocześnie ściszając muzykę.
- Cześć, skarbie - odpowiedziała mama.
- Właśnie jadę po Nacię do przedszkola. Dziś mamy dzień dla siebie. Nie przyjedziemy więc w piątek i Mała nie zostanie u was - przypomniała mamie. Co drugi tydzień na cały weekend zawoziła córeczkę do swoich rodziców.
- Jasne, wiem. Jedziecie na wieś - rzekła kobieta.
- Może pojedziecie z nami? - zaproponowała Bereza.
- Innym razem, kochanie. Wybieramy się z ojcem do kina w sobotę. Stwierdził, że dawno nie byliśmy.
- Okej, no to całuję. Pa, bo już wysiadam. - Nie czekając na odpowiedź z drugiej strony, rozłączyła się.
Rodzice Sary mieszkali na drugim końcu miasta. Jak tylko mogli, wszyscy razem jeździli do miejsca, w którym mieszkali kiedyś jej dziadkowie od strony mamy. To było jej miejsce na ziemi. Sara kochała je miłością ogromną i niczym przez lata niezmąconą. Tam były jej wspomnienia i tam było jej dzieciństwo. Obawiała się, że rodzina, do której należała teraz ziemia, będzie kiedyś zmuszona ją sprzedać. Niestety od jakiegoś czasu dochodziły ich słuchy o budowie w tamtych okolicach obwodnicy. Była zła, sama myśl o tej niby to potrzebnej technice budziła w niej odrazę i niechęć. Jak ktoś mógł chcieć zniszczyć ich przeszłość? Jakim prawem ktoś obcy próbował odebrać im wciąż namacalną ojcowiznę? Durne i bezduszne przepisy. Babcia w grobie by się przewracała, gdyby to słyszała. Zawsze trafiał ją szlag i jasna cholera, gdy tylko sobie o tym przypominała.
Pamiętała stary, drewniany dom z długą sienią i duże podwórko z górką za stromą dla tak małej dziewczynki. Potem dom został zburzony, a tuż obok postawiono murowany. Przestał być taki wielki. Dziewczynki dorastały, a i oczy już wtedy inaczej widziały. Za ogrodzeniem biegła droga. Kiedyś była to polna droga, gdzie latem spod kół przejeżdżających z rzadka samochodów sypał się piaskowy pył. No a potem wylali tam asfalt i jakoś tak z upływającymi latami to miejsce nie było już takie zaczarowane. Za drogą maleńki sad, gdzie wielka czereśnia co roku o tej samej porze kusiła swoimi wręcz bordowymi owocami. Rozkładały pod nią koc i leżały. Kilka jabłonek pachniało papierówkami, a niektóre obok kosztelami. Wymieszane zapachy pamiętała do dziś. Uwielbiała te jabłka. Smak zielonej papierówki przywoływał w myślach zbyt długo już zamknięte tam obrazy, a sam zapach koszteli do tej pory ranił tym, czego już tam nie było i nigdy nie będzie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiła się w czasie, by na krótką chwilę ponownie stać się małą dziewczynką. Czuła smak dzieciństwa oraz gorącego i parnego lata. Widziała te jabłka wszędzie na zielonej trawie pod drzewami. Wybierały zdrowe i ładne. Było ich tak wiele, że nie dało się niektórych nie podeptać.
Na prawo rozpościerała się wielka łąka ze ścieżką prowadzącą nad dwa stawy. Ileż razy kąpały się w nich, udając, że umieją pływać, a w rzeczywistości po kilkudziesięciu centymetrach małe nóżki dotykały mulastego dna. Mogły tam spędzać cały dzień, gdyby tylko dorośli nie wołali. To tam nauczyła się zarzucać wędkę i nie było istotne, że nic nie udało jej się złowić. Całym dziecięcym dorobkiem stały się jedynie trzy liche japońce. I tak była dumna. Również i z tego, że sama szukała dżdżownic, wkładała je palcami do pojemnika, a potem zakładała na haczyk. Lepiła także kulki z chleba. Zawsze zastanawiała się, na co ryby szybciej biorą. Pomiędzy stawami tkwiła prowizoryczna, drewniana kładka, którą i tak bała się przechodzić ze względu na prześwity między deskami. Odnosiła wrażenie, że zaraz się zawali, a ona wpadnie do głębokiej wody. Jednak można było nią dojść do maleńkiej rzeczki w dole. Dużo ciemnozielonych drzew rzucało na zimną wodę wieczny cień. Do dziś Sara pamiętała uczucie chłodu i wilgoci w upalny dzień, gdy w niej brodziły. Wkładały szklane słoiczki z nadzieją, że wpłynie w nie jakaś śliczna rybka. Raz się udało. Była taka kolorowa.
Wczesną wiosną polana nad rzeką usiana była przebiśniegami próbującymi utorować sobie drogę przez biały puch. Wyżej znajdował się już tylko las. A właściwie lasek, z wąską i stromą dróżką prowadzącą w jego głąb. Nie bała się go. Pomiędzy rosnącymi drzewami widziały w oddali podwórko. Były samodzielne i nikt ich nie pilnował. Nie z braku zainteresowania, może z braku czasu po prostu. Na wsi zawsze znalazło się coś do zrobienia. A być może wtedy były inne czasy. Takie bezpieczniejsze i spokojne. Obecnie Sara nie wyobrażała sobie, by córka zniknęła jej z oczu na cały dzień.
*
Sara zaparkowała auto i udała się alejką w stronę przedszkola. Zawsze starała się przychodzić po Małą troszkę później niż zaraz po obiedzie, by nie natrafić na tłumy rodziców czekających pod drzwiami na otwarcie wejścia przez panią woźną. Wyglądali jak potencjalni klienci sklepu RTV czekający na megapromocję. Potem zazwyczaj sama dzwoniła domofonem po córkę, gdyż nie było na stanowisku już żadnej osoby z personelu.
- Cześć, Skarbie. - Wyciągnęła ręce do schodzącej po schodach Małej Istotki.
- Cześć, mami. - Wielkie, niebieskie oczęta wpatrywały się w nią niczym w obraz, po czym dziewczynka rzuciła się jej na szyję i objęła ją z całą siłą, jaką miała w swoich malutkich rączkach.
Sara odwzajemniła uścisk z wielką ostrożnością, by nie zrobić krzywdy małemu życiu. Przytuliła córkę do siebie, wdychając zapach jej szyi, jakby chciała go zapamiętać już na zawsze i pocałowała jej idealną wręcz skórę. Kochała ją całą. Tak bardzo, że jakby mogła, to by ją zjadła z tej miłości. Sara ubrała Natkę i wyszły z budynku. Malutka rączka wtopiła się cała w maminą dłoń.
- Co robiłaś dzisiaj w przedszkolu, Myszko? - Sara z zaciekawieniem spojrzała na maleńką twarzyczkę dziecka.
- Mamusiu, malowaliśmy rodzinę i uczyliśmy się śpiewać piosenkę - odpowiedziała Mała. Sara uwielbiała to jej dziecięce seplenienie. Było takie słodkie. Dziewczynka wróciła do swoich podskoków, przy okazji wymachując również ręką Sary.
- Co namalowałaś, Kochanie? - Bereza zadumała się nad słowem "rodzina", bojąc się odpowiedzi córeczki.
- Byliśmy ja, ty, babcia, dziadziuś i... - Mała zatrzymała się, a Sara aż się wzdrygnęła. Spojrzała w dal i po chwili dodała: - ...i Kamyk.
Kobieta odetchnęła z ulgą.
Kamyk był psem rasy golden retriever, którego dziadkowie przygarnęli, gdy Mała się urodziła, by dziecko nie wychowywało się samo. Chcieli, by pies się przyzwyczaił się do Małej od szczeniaka, by wiedział, kto w domu jest najważniejszy i nie był o nią zazdrosny. Mała go uwielbiała, robiła z nim, co tylko chciała, ale wiedziała, że nie może go krzywdzić, jak to nawet podczas zabawy potrafiły czynić inne dzieciaki w stosunku do swoich zwierząt.
Sara zamyśliła się. W modelu rodziny, który ona stworzyła i który znała jej córka,brakowało miejsca na tatę. Taty nigdy nie było i miał się nigdy nie pojawić. Jej dziecko czuło się szczęśliwe, ale ona wiedziała, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym zapyta o ojca. Starała się o tym nie myśleć, bo Nati była jeszcze mała. Było dobrze tak, jak jest. Pokiwała głową i jak szybko ta refleksja do niej przyszła, tak jeszcze szybciej zniknęła.
- Mamusiu, ja chcę na plac zabaw - odezwało się dziecko.
- Dobrze, Skarbie, już idziemy - rzekła Sara i skierowały się w jego stronę.
Spędziły na nim prawie dwie godziny. Sara uwielbiała chodzić tam z córeczką. Bawiła się z nią jak małe dziecko. Jakby powróciła do czasów, kiedy ona sama nim była. Wiedziała, że kiedyś jej opowie o swoim dzieciństwie. Nawet już powoli zaczęła to czynić. O żółtych plastikowych pudełeczkach na ciasto, o plackach z błota i o śliwkach węgierkach postrącanych z drzew przez wiatr.
- Mamiś, jestem już głodna - zakomunikowało dziecko po jakimś czasie.
- No to się zbieramy. Zabieram Moją Księżniczkę na obiad.
Różnie ją nazywała. Używała wielu zdrobniałych określeń, by podkreślić jej niezwykłość i jej niezwykłą miłość do niej. Zabrała ją do swojej ulubionej restauracji, gdzie nawet przy maksymalnym oblężeniu dla niej zawsze znalazł się wolny stolik. To z racji tego, że właścicielem był kolega ze studiów, z którym do tej pory utrzymywała dobre relacje, koleżeńskie, ale i równocześnie zawodowe. Adam zadbał o to, by panie poczuły się wyjątkowo w tym miejscu, a w szczególności Mała, która była tam po raz pierwszy w życiu.
Przeszklone drzwi, neon z nazwą lokalu, piękne kwiaty na stole, mnóstwo wiszących żarówek i lampek oraz błyszczące od świateł butelki zrobiły na dziecku niesamowite wrażenie. Co rusz pokazywała mamie wszystko to, co zdążyła dostrzec,i zadawała jej tysiące pytań. Kucharz również musiał zmierzyć się z dociekliwością Maleńkiej Istotki, która wpatrywała się w niego swymi wielkimi, bystrymi oczkami, oczekując natychmiastowej odpowiedzi na zadawane pytania.
*
Zbliżała się godzina dziewiętnasta. Był początek marca. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Żółtopomarańczowe smugi padały na ruchliwą ulicę i odbijały się od karoserii zaparkowanych wzdłuż krawężnika samochodów, tworząc wręcz niespotykaną grę świateł. Wracały właśnie do domu, a zmęczone dziecko zaczęło przysypiać w foteliku. Bereza starała się z nią dużo rozmawiać, by nie pozwolić jej zasnąć. Wiedziała, z czym to się potem wiąże.
W domu były już tylko szybka kąpiel i bajka na dobranoc. Mała zasnęła natychmiast. Sara zostawiała jej zawsze zapalone światła w postaci cotton ballsów, ponieważ zanim sama położyła się spać, to jeszcze kilka razy do niej zaglądała. Natasza była jeszcze malutka. Trzy latka uprawniały ją do tego, by móc się budzić, rozkopywać kołdrę i wołać mamę w środku nocy.
Z torebki Sary dobiegł cichy dźwięk telefonu.
- Czytałaś e-maila, którego ci wysłałam? - Po drugiej stronie odezwał się kobiecy głos. To Matylda była ciekawa reakcji Sary na nowego modela.
- Nie, kochana, dopiero niedawno wróciłyśmy i jedyne, co zdążyłam zrobić, to położyć Małą spać. Zaraz do tego siądę i to ogarnę. Będziemy w kontakcie. - Nastawiła wodę na herbatę i włączyła laptopa.
Była bardzo ciekawa, czemu przyjaciółce tak bardzo zależy na tym, aby zobaczyła i oceniła faceta, który jutro ma się u niej zjawić. Znała ją jednak jak własną kieszeń i wiedziała, że chyba wpadł jej w oko, skoro tak drążyła ten temat.
- A co, jakieś kolejne ciacho? - zapytała.
W głośniku rozległ się delikatny śmiech.
- No, i to jeszcze jakie - odpowiedziała.
- Ech... Dobrze, zaraz go zlustruję i zadzwonię do ciebie, ale przypominam ci o Konradzie - zasugerowała.
- Wiem, wiem, ale na niezłe ciałko popatrzeć zawsze można. W takim razie czekam. Mati zaśmiała się, po czym się rozłączyła.
Matylda stanowiła zupełne przeciwieństwo Sary. Miały po mniej więcej tyle samo lat i chyba tylko to je łączyło. Była kobietą bardzo otwartą i towarzyską. Łatwo nawiązywała kontakty. Lubiła towarzystwo i zabawę. Sarze już się nie chciało. Była domatorką, uwielbiała domowe ciepło. Matylda wręcz odwrotnie, gnało ją po świecie, uwielbiała podróże i nie mogła usiedzieć w miejscu. Po całym dniu pracy potrafiła zjeść coś w biegu, wziąć szybki prysznic i lecieć do klubu. Sara wolała posiedzieć z córką, obejrzeć z nią bajkę, a potem, jak Mała uśnie, jakiś film. A Matylda mogła spakować się w godzinę i być już z walizką na lotnisku, czekając na wylot do ciepłych krajów. Sara podziwiała ją za to. Za tę ogromną werwę i chęć do życia. Chciała umieć się tak nie zamartwiać jak ona i chwytać każdy dzień. Mati była zawsze uśmiechnięta i nie rozkładała każdej sprawy na czynniki pierwsze. Skupiała się na kwestiach przyziemnych. Tak było jej dobrze. Nie szukała mężczyzny na stałe, nie interesował jej wieloletni związek i nie wyobrażała sobie, by ktoś w ciapach i z własną szczoteczką do zębów kręcił jej się po mieszkaniu i jeszcze na dodatek wydawał dyspozycje. Lubiła facetów i miała u nich powodzenie. Była atrakcyjną kobietą pełną seksapilu. Umiała rozmawiać z mężczyznami, kusić ich i zaintrygować własną osobą. Flirt miała opanowany do perfekcji. Mogłaby go uczyć innych. Uwielbiała seks, który był bardzo ważną częścią jej życia i co najważniejsze, umiała oddzielić uczucie od przyjemności cielesnych. Nie zgadzała się na to, żeby jakiś mężczyzna zanadto wszedł w jej przestrzeń. Nie lubiła być od nikogo zależna. Była samowystarczalna. Mogła pozwolić sobie na to, by nie być niczyją marionetką, gdyż niezależność finansowa dawała jej taką możliwość. Zarabiała na tyle dobrze, by móc żyć na poziomie godnym jej potrzeb. Nie szukała wiecznie czułości, tak słodkich, że aż mdłych, i przesłodzonego do zamulenia w ustach przytulania.
Sara jednak wiedziała, jako jedyna chyba, że wbrew temu, jak Matylda żyła, wbrew temu, jaką grubą szybę stworzyła wokół siebie, w głębi serca chciała się tak prawdziwie zakochać. Nieraz rozmawiały o tym szczerze przy lampce wina. Nie płakała po żadnym facecie. Wiedziała, że nie było warto, bo nie kochała ich lub kochała zbyt krótko. Szła dalej i nie czekała jak inne kobiety na przysłowiowego księcia z bajki na białym rumaku, o którym się opowiada małym dziewczynkom. Nie szukała potem nikogo na siłę, na zastępstwo, by tylko ktoś był. Inne dziewczyny mogły się od niej uczyć. Wtedy może wiele z nich nie popełniłoby tylu błędów, wybierając tych niewłaściwych mężczyzn.
Mati lubiła otwarte związki, nie chciała, by ktoś ją w czymś ograniczał, tym bardziej jakiś facet. Za każdym razem stawiała jasne granice. Nie poświęciłaby dla żadnego z nich kobiecej przyjaźni, wypadów z koleżankami do spa i prywatnych przyjemności. Sara też mogłaby się od niej uczyć. Była inna. Zupełnie inna. Kochliwa, sentymentalna, bardzo empatyczna. Jednak po ostatnim związku, którego owocem była Natasza, zakopała bardzo głęboko swoje pierwotne uczucia kształtowane latami i zbudowała przed sobą ogromny mur z cegieł. Nie było już tamtej Sary, płaczącej na każdym filmie i czytającej wszystkie znane jej książki, w których rozgrywały się ludzkie tragedie. Nie roztkliwiała się już nad losem każdej bożej istoty i zwierzęcia. Dawno postanowiła nie dopuszczać do siebie tych negatywnych emocji, ponieważ wyniszczały ją one od środka. Choć nie stała się z dnia na dzień złym człowiekiem. Nadal była emocjonalna, co wyrażało się chociażby w tym, iż co miesiąc pewna zarobiona przez nią suma trafiała na cele charytatywne. Jednakże tak jak niektóre wyspy znikają z czasem pod powierzchnią oceanów, tak też i znaczna część jej uczuć rozmyła się bezpowrotnie.
*
Sara cicho włączyła muzykę. Potrzebowała wyciszenia i odpoczynku. Lubiła swoją kanapę. Lubiła na niej siedzieć z laptopem na kolanach, otulona mnóstwem dużych i mięciutkich poduch. W takich chwilach wybierała klasyczną muzykę w nowych odsłonach. W tle zaczęły rozbrzmiewać słowa piosenki Celine Dion i Luciano Pavarottiego "I hate you then I love you". Jeszcze tylko ciepły koc i wieczór stał się idealny.
Laptop wreszcie się włączył. Weszła na skrzynkę mailową i ściągnęła wszystkie dane dotyczące kolejnej sesji. Zaczęła je przeglądać, popijając zieloną herbatę. Lubiła gorącą i aromatyczną. Siadała wtedy wygodnie i delektowała się jej smakiem. Herbata wieczorem była dla niej jak parzona kawa o poranku.
Najpierw przeczytała umowę i sprawdziła, czy wszystko się zgadza. Była bardzo skrupulatna i dokładna, jeżeli chodzi o wszelkie dokumenty. Potem zaczęła oglądać bieliznę, jaką miała fotografować. Znała tę markę, jednak nigdy wcześniej nie miała okazji z nią współpracować. Dźwięk Messengera oderwał ją od ekranu.
- Widziałaś go już? - zapytała zniecierpliwiona Matylda.
- Nie - odpisała krótko.
- Dlaczego?
- Najpierw zajęłam się papierologią. - Sara nie lubiła ponaglania.
- Zobacz profil na Instagramie. A, i wysłałam ci też kilka jego zdjęć z poprzedniej sesji. - W jej słowach czuło się podekscytowanie.
Odłożyła telefon i najpierw zaczęła oglądać fotografie. Były czarno-białe i to na dodatek w klimacie, jaki lubiła najbardziej. Przez chwilę się zastanawiała, dlaczego mając tak dobrego fotografa, zgłosili się właśnie do niej, ale w sumie to nie była jej sprawa i nie zamierzała zaprzątać sobie tym głowy. Dla niej były to po prostu praca i pieniądze. Skupiła się bardziej na tym, kto był na tych zdjęciach. Dawno nie widziała tak dobrego ciała. Wyglądał na faceta o średnim wzroście. Jego sylwetka wyglądała, jakby wyrzeźbił ją osobiście sam Michał Anioł. Tak idealna, jakby artysta pracował nad nią całe swoje życie, nie poświęcając się już żadnemu innemu zajęciu. Zdjęcia robione techniką low key mocniej uwydatniały jego największe atuty. Widziała bardzo dokładnie i wyraźnie każdy jego mięsień. Zdawała sobie sprawę z tego, że ogromną rolę w tego typu fotografiach odgrywają światło, kontrasty i cienie, ale faktem było również to, że on już na wstępie musiał dobrze wyglądać, żeby można było dojść do takiego finiszu sesji. Sara nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła wziąć aparat w swoje dłonie i dołożyć do tego i swoją cegiełkę. Oglądała dalej. Kolejne zdjęcie ukazywało jego całą twarz i oczy, które spoglądały bezpośrednio na nią. Zdjęcia były jak żywe, jakby model miał za chwilę z nich wyjść. Aż zachłysnęła się herbatą, ochlapując sobie nią dżinsy. Wylany na spodnie gorący napój wyrwał ją z chwilowego zamyślenia. Musiała wstać, by pójść do kuchni po ścierkę.
*
Gdy wytarła wszystko do sucha, znów klapnęła na kanapę. Dokończyła oglądanie zdjęć nadesłanych jej przez Matyldę. Przejrzała je kilka razy. To nie była sesja dla jakiejś firmy. To była jego osobista sesja. Mogła domyślać się tylko, że chciał tymi zdjęciami zareklamować własne ciało i swoją osobę, a to, że akurat włożył taką bieliznę, przełożyło się pewnie potem na kontrakt z produkującą ją firmą. Dzięki temu został twarzą marki, by nie powiedzieć dokładniej - dupą. Sara, znając rynek, wiedziała, że to się sprzeda. Tak samo jak i to, że sprzeda się bielizna, którą miał reklamować. Tacy faceci kręcą kobiety: umięśnieni i pewni siebie, o zwierzęcym spojrzeniu i wyglądzie chuligana. Co druga z nich marzy o takim w swoich erotycznych fantazjach i wyobraża sobie siebie z nim w intymnych sytuacjach, masturbując się lub uprawiając seks ze swoim zwykłym, jakimś tam Januszem, który podczas chwil uniesienia jest płaski jak morze przy bezwietrznej pogodzie.
Jego zdjęcia nie pokazywały nic, co wychodziłoby poza ramy fotograficznej przyzwoitości czy kultury osobistej. Nie pokazywały ani jego pośladków, ani genitaliów. Mimo to niesamowicie oddziaływały na kobiecą fantazję. Sara nieraz przecież sama robiła mężczyznom tego typu zdjęcia, ale te wyjątkowo przykuły jej uwagę. Nie tylko ich technika była nienaganna, ponieważ trafiała w jej gust i zawodowy smak, ale i dlatego, iż również ciało na nich było takie idealne. Te fotografie dawały do myślenia, pobudzały uśpioną wyobraźnię tym mocniej, im mniej pokazywały tego, co było na nich zakryte. To właśnie to budziło kobiecą ciekawość i zainteresowanie. Z fascynacji wyrwał ją dźwięk telefonu.
- Otwórz. Stoję przed drzwiami - odezwała się Matylda.
Nie użyła dzwonka, ponieważ wiedziała, że Nati już spała. Sara wstała i podeszła do drzwi.
- No i jak? - Mati spojrzała pytająco, gdy tylko ta otworzyła drzwi. Nie czekając na odpowiedź, powiedziała: - Przyniosłam ci zamówione ubrania i peruki. Właśnie przyszły. Stwierdziłam, że nie będę czekać do poniedziałku i poprzymierzamy. Zrobimy sobie mały pokaz mody.
- To tylko pretekst - pewnie odrzekła Sara.
- No jasne. - Uśmiechnęła się. - Mam winko. Takie, jak lubisz - dodała, wymachując butelką.
Wciąż gadając jak nawiedzona, przekroczyła próg mieszkania.
- Dobre zdjęcia - odpowiedziała Sara, nie chcąc tłumaczyć przyjaciółce wszystkiego, co do tej pory zdążyła na nich zauważyć.
- Niezły, co nie? - zapytała, chichocząc.
- No, jak już tak bardzo chcesz wiedzieć, to tak. Facet jest niezły. Niezłe z niego ciacho. - Zaśmiały się obie.
- I pewnie smaczne. - Mati powoli oblizała palec.
- Jesteś okropna! - Bereza pokazała jej język. - Po weekendzie będziemy miały okazję pooglądać go sobie dokładnie.
Sara najczęściej spędzała czas w domu, z wyłączeniem tych dni, kiedy przebywała u rodziców lub na wsi. Doskonale o tym wiedząc, Matylda wielokrotnie wpadała do niej bez zapowiedzi. Sara zdążyła się już do tego przyzwyczaić i nie robiła jej z tego powodu żadnych wyrzutów. Jej dom był dla przyjaciółki zawsze otwarty. Nawet pasowało jej to, lubiła nieprzewidywalność i spontaniczność Mati.
- Wow! Jak ja uwielbiam to twoje mieszkanko - Mati rozejrzała się naokoło. - Będę się nim zachwycać chyba już do końca życia. Jest takie przytulniaste i milusie. Chętnie bym tu z kimś pogrzeszyła, a następnie wychowywała gromadkę dzieciaczków. - Zaśmiała się pod nosem.
- Ty erotomanko, wszędzie widzisz tylko seks - stwierdziła Sara, idąc do kuchni.
- Oczywiście to był żart. Jedynym dzieckiem, jakie akceptuję, jest twoja Natasza.
- Zrobić ci coś ciepłego do picia? A może jesteś głodna? - zapytała, krzątając się pomiędzy kuchennymi szafkami.
- Nie. Dzięki. Niedawno jadłam - rzuciła. - Daj tylko otwieracz i chodź tu szybko, obejrzymy jego Insta. Pokażę ci, co jeszcze doszło. - Wstała, by wyjąć z komody jakieś kieliszki.
Czuła się tu jak u siebie. Znała każdy kąt i wiedziała, gdzie szukać tego, czego w danym momencie potrzebowała. Wiedziała, gdzie znajduje się każda, nawet najmniejsza rzecz. Niejako było to jej takie drugie mieszkanie. Tak samo jak jej mieszkanie było też mieszkaniem Sary.
- No, mój drogi, zlustrujmy cię jeszcze - powiedziała Sara, siadając na kanapie.
- Masz ręczny. W tym elektrycznym wyczerpały się baterie. Muszę jutro je kupić. - Podała urządzenie Matyldzie, która była mistrzem w otwieraniu butelek. Miała wprawę, co można było tłumaczyć tym, że zwyczajnie lubiła i wino, i imprezowy styl życia. Jak zawsze poszło jej niezwykle zwinnie i sprawnie.
- Zmień muzę! - zarządziła stanowczym głosem. Nie lubię tych twoich łzawych klasyków. Puszczasz jakieś smęty, a potem się dołujesz.
- Zaznaczam, że ja lubię takie smęty, jak to ty je nazywasz - Bera próbowała bronić swoich muzycznych wyborów.
- Wiem, wiem. Dobra, już nic nie mówię.
Usadziły się wygodnie i stuknęły się kieliszkami na znak kolejnego spotkania oraz kolejnego projektu do zrealizowania. Zaczęły oglądać jego profil. Jawił się na nim jako ktoś, kto lubi piękne kobiety, a raczej zrobione laski oraz przepych i drogie, luksusowe życie. Wszędzie mięśnie, idealne ciało, sesje. Sarze nie umknęły jednak mądrze pisane posty, które tak na szybko udało się jej wychwycić.
- Zobacz, ilu obserwujących - zwróciła uwagę lekko zdziwiona Matylda.
Sara spojrzała na ich liczbę. Ponad siedemset tysięcy.
- No, nieźle. Ja mam dwanaście. - Uśmiechnęła się do siebie sarkastycznie.
- Wow! Wzięłabym go w ciemno, ale... - Matylda zawahała się - ...pewnie jest nieosiągalny dla mnie jak dla mrówki księżyc. No, pomarzyć można - westchnęła. - Ty jednak będziesz miała okazję nie tylko pomarzyć, ale i w najbliższym czasie przyjrzeć mu się na żywo, tak że korzystaj - wymamrotała cicho. - To nie moja bajka. - Zamknęła laptopa i powiedziała już głośniej: - Dawaj te stroje!
*
Nawet nie zauważyły, że wypiły już pół butelki wina. Nati spała w swoim pokoju. Sara co jakiś czas do niej zaglądała i sprawdzała, czy Mała się nie rozkopała. Dziewczyny zaczęły przymierzać sukienkę po sukience, perukę po peruce. W tle cicho leciała muzyka z dawnych lat. Wino się kończyło, a szumy w głowach stawały coraz bardziej wyraźne. Kreacje były niezwykłe, uszyte na specjalne zamówienie ich studia na potrzeby pomysłu, na który jakiś czas temu wpadła Sara. Czarne i czerwone, z odkrytymi plecami, zmysłowe i delikatne zarazem. Sara chciała bowiem pokazać kobiece piękno w inny, nietypowy sposób.
Jedna z sukienek była wyjątkowo zachwycająca. To był ulubiony projekt Bery, dopracowany z nienaganną starannością.
- Idź, przymierz - zaproponowała Matylda. - Jestem ciekawa, jak na tobie będzie wyglądać.
Sara wróciła po chwili.
- Jeszcze peruka - dodała jej przyjaciółka.
Spojrzały w duże lustro.
- Zajebiście! - krzyknęły jednocześnie.