Rozdział 9
Poczwarzec przedarł się przez dziurę w rzeczywistości i ruszył na
Kylara. Wielka poczwara miała rurowate cielsko o przynajmniej dziesięciu
stopach średnicy, jej skóra była spękana i osmalona, a w pęknięciach
przebłyskiwał ogień. Kiedy poczwarzec rzucił się całym cielskiem w przód, pozbawiona oczu przednia część ciała otworzyła się, jakby
wymiotował pyskiem w kształcie stożka. Kylar odskoczył, kiedy każdy z koncentrycznych kręgów zębisk się zatrzasnął. W chwili gdy trzeci krąg
zamknął się na drzewie, zęby wielkości przedramienia Kylara zagłębiły
się w drewnie. Poczwarzec zassał minogowatą paszczę, przesuwając się
jednocześnie naprzód, a kolejne kręgi zębisk wgryzały się w drzewo.
Dziesięciostopowy kawał pnia zniknął, zanim Kylar wylądował na ziemi.
Poczwarzec natychmiast rzucił się drugi raz. Nie było widać, co wprawia
w ruch tę ogromną masę. Nie zbierał się w sobie jak wąż do ataku, ale
raczej poruszał jak jedna z głów albo ramion przyczepionych do znacznie
większego stworzenia, które przyczaiło się po drugiej stronie dziury w rzeczywistości. Poczwarzec znowu zaatakował Kylara.
Kylar skoczył w powietrze, kiedy drzewo przegryzione przez poczwarca
padało z trzaskiem na ziemię, wzbijając tumany kurzu w mglistym świetle
poranka. Kylar złapał się drzewa i obrócił w powietrzu, wbijając szpony
z ka'kari w korę. Przeleciał nad grzbietem poczwarca. Miecz rozbłysnął,
kiedy Kylar przelatywał nad potworem, ale ostrze odbiło się od
chronionej skóry.
Kylar dostrzegł kątem oka coś białego. Opadł na ziemię i zobaczył:
maleńki, biały homunkulus ze skrzydłami i twarzą Vürdmeistera szczerzył
do niego zęby pod ogromnym nosem. Rzucił się ze szponami na twarz
Kylara.
Kylar się zasłonił. Szpony homunkulusa wbiły się w miecz.
Poczwarzec rzucił się znowu, chociaż Feir zaatakował go z boku - jego
miecz zadzwonił we mgle, ale nie zrobił potworowi żadnej krzywdy, nawet
go nie spowolnił. Nic nie mogło odwrócić uwagi poczwarca, powstrzymać
przed rzuceniem się na cel.
Jednakże celem nie był Kylar, tylko homunkulus.
Kylar upuścił miecz i znowu skoczył. Wylądował na pniu drzewa,
trzydzieści stóp w górze, i zatopił palce rąk i stóp w drewnie.
Poczwarzec rzucił się na miecz Kylara. Zębaty stożek zamknął się na
homunkulusie, wgryzając się głęboko w ziemię, w miarę jak zatrzaskiwały
się kolejne kręgi zębów, i pożerając białe stworzenie oraz wszystko
wokół. Poczwarzec cofnął się, wyrzucając w powietrze ziemię, korzenie i martwe liście. Zaspokojony, zaczął się wsuwać z powrotem do piekła, z którego go wezwano.
I nagle zadrżał.
Feir nadal atakował potwora. Z jakiegoś powodu nie używał magii.
Olbrzymi mag znowu uderzył - zadał cios jak ogromnym młotem, ale bez
efektu.
Zanim Kylar dojrzał prawdziwą przyczynę drżenia poczwarca, Lantano
Garuwashi przeciął cielsko już prawie do połowy. Ciął blisko dziury w rzeczywistości. A właściwie wcale nie ciął. Wystarczyło, żeby Garuwashi
drasnął poczwarca Ceur'caelestosem, a ciało odskakiwało, pękając i dymiąc. Kylar widział twarz sa'ceurai - mężczyzna walczył jak urzeczony.
Był największym mistrzem miecza na świecie, dzierżył najwspanialszy
miecz świata i walczył z legendarnym potworem. Lantano Garuwashi
wypełniał swoje życiowe przeznaczenie.
Miecz Garuwashiego poruszał się błyskawicznie. W dwie sekundy przeciął
całego poczwarca. Długi na trzydzieści stóp kawał poczwary padł na
ściółkę leśną, rzucił się raz, a potem rozpadł się na dygocące czerwone
i czarne grudy, które zamieniły się w zielony, śmierdzący zgnilizną dym,
aż w końcu nic nie zostało. Kikut wił się, nie krwawiąc, dopóki
Garuwashi nie ciął go sześć razy z oszałamiającą prędkością i cokolwiek
kontrolowało poczwarca, nie zabrało go szarpnięciem z powrotem do
piekła.
Kylar zeskoczył z drzewa i wylądował dziesięć kroków od Lantano
Garuwashiego. Ponieważ sa'ceurai pierwszy raz walczył z poczwarcem, nie
wiedział, że potwór nie pojawia się tak po prostu, że trzeba go wezwać.
Stracił czujność.
Wielkonosy Vürdmeister uprzedził Kylara - wyszedł zza drzewa i cisnął
kulą zielonego płomienia. Garuwashi podniósł Ceur'caelestosa, ale nie
był przygotowany na to, co się stanie, kiedy miecz zetknie się z magią.
Kiedy Ceur'caelestos napotkał vir, głuche tąpnięcie sprawiło, że z modrzewi posypały się złote igły. Poranna mgła wybuchła jak świetlista
kula, mech wysechł i zadymił na drzewach, a eksplozja ścięła z nóg
Feira, Garuwashiego i Vürdmeistera.
Tylko Kylar nadal stał, bo przed magicznym wybuchem chroniło go ka'kari
na skórze. Mężczyźni padli we wszystkie strony, ale Ceur'caelestos
pozostał w centrum wywołanej przez siebie nawałnicy. Przekoziołkował raz
w powietrzu, a potem wbił się w ziemię.
Kylar natychmiast go porwał. Vürdmeister nawet nie próbował wstać.
Zebrał moc, vir na jego ramionach ożył i wił się powoli; falowanie stało
się ruchem, który - co dziwne - Kylar potrafił odczytać: to będzie
strumień ognia szeroki na trzy stopy i długi na piętnaście.
Zanim Vürdmeister zdążył wypuścić płomień, Kylar podbiegł do niego.
Chłodne niebieskie oczy Khalidorczyka rozszerzyły się z bólu, a zaraz
potem zrobiły się jeszcze większe z czystego przerażenia, kiedy każda
atramentowa cierniowa gałązka na jego ciele wypełniła się białym
światłem. Światło wybuchło wewnątrz skóry. Ciało Vürdmeistera wygięło
się w łuk, miotało się w konwulsjach, a potem padło zwiotczałe. Vir
zniknął bez śladu; skóra trupa miała normalny dla ludzi z północy,
niezdrowo blady odcień. Miało się wrażenie, że nawet powietrze zrobiło
się czystsze.
W oddali, z północnego wschodu ryknęła trąbka Lae'knaught, sygnalizując
rozkaz do szarży. Rozbrzmiewała daleko - w głębi Lasu Mrocznego Łowcy.
- Przeklęci głupcy - mruknął Kylar.
Podpuścił ich, ale nadal nie mógł uwierzyć, że dali się tak skusić.
Spojrzał na Curocha. Takie rzeczy robię dla mojego króla.
"Nie zamierzasz naprawdę go wyrzucić".
"Dałem słowo".
"Masz Talent i wiele żywotów, dość, żeby zostać mistrzem miecza".
Przecież nie mogę pokazywać się publicznie z czarną, metalową ręką, co?
"Noś rękawiczki".
- Musimy uciekać. Natychmiast - powiedział Feir Cousat. - Używanie magii
tak blisko lasu to proszenie się o Mrocznego Łowcę. A w grzywie konia
Vürdmeistera jest jakiś czar, magiczny sygnał. Odegnałem zwierzę, ale
pewnie jest już za późno.
To dlatego Feir nie używał magii do walki z poczwarcem.
- Zabrałeś mojego ceurosa - powiedział Lantano Garuwashi z tak
głębokim oburzeniem, że Kylar go nie zrozumiał.
Potem sobie przypomniał. Duszą sa'ceurai jest jego miecz. Oni wierzyli w to jak najdosłowniej. Jak obrzydliwym postępkiem było skradzenie komuś
duszy?
- A ty nie zabrałeś go komuś innemu? - spytał.
- Bogowie dali mi to ostrze - odpowiedział Lantano Garuwashi.
Trząsł się z nienawiści i wściekłości, ale jeszcze bardziej wyrazista
była rozpacz w jego oczach.
- Kradzież nie jest honorowa.
- Zgadza się - przyznał Kylar. - Obawiam się, że ja też nie jestem.
W lesie rozległo się tęskne wycie, jakiego Kylar nigdy dotąd nie
słyszał. Było przenikliwe i żałosne. I nieludzkie.
- Za późno - powiedział przez zaciśnięte gardło Feir. - Łowca nadchodzi.
Wilk powiedział, żeby Kylar nie zbliżał się do Lasu Łowcy bardziej niż
na czterdzieści kroków, więc Kylar zostawił sobie zapas pięćdziesięciu.
Spojrzał pomiędzy mniejszymi drzewami naturalnego lasu na nadnaturalnie
wysokie i potężne sekwoje. Czuł się mały, wplątany w wydarzenia, które
daleko przerastały jego pojmowanie. Usłyszał gwizd czegoś, co pędziło ku
nim. Zważył w ręku Curocha i cisnął go w Las tak daleko, jak zdołał.
Miecz poszybował jak strzała. Kiedy przeciął powietrze nad lasem,
zapłonął niczym spadająca gwiazda.
Cały las zaczął złociście świecić.
Gwizd ucichł.
Rozdział 10
Trzej mężczyźni stali ramię w ramię, gapiąc się na las. Feir pomyślał,
że tylko on jest stosownie przerażony. Kylar odwrócił uwagę Łowcy,
wrzucając Curocha do lasu, ale nic nie powstrzyma Łowcy przed powrotem.
Kylar spokojnie skrzyżował nogi, siadając na ziemi. Czarna powłoka
wsiąknęła w jego ciało, zostawiając go w samej bieliźnie. Przyglądał się
kikutowi, gdzie wcześniej pojawiła się metaliczna prawa ręka; ledwo
zauważył, że jesienna poświata w Lesie pociemniała, przechodząc w krwawą
czerwień, a potem zaczęła jaśnieć i zielenieć.
Lantano Garuwashi, teraz pozbawiony duszy, patrzył z niedowierzaniem.
Nie widział jednak niczego poza zniknięciem Ceur'caelestosa. Człowiek,
który miał być królem, nagle stał się aceuran - pozbawionym duszy,
wyjętym spod prawa, banitą, którego nawet się nie zauważało. Okrutny
deszcz konsekwencji rozbijał jego przyszłość w pył.
W zeszłym tygodniu Feir widział, jak ten człowiek zachowywał się
publicznie - jakby Ceur'caelestos był mu przeznaczony. Jednakże w chwilach na osobności Feir dostrzegał młodego, asekuranckiego sa'ceurai
z żelaznym mieczem, który wiedział, że niezależnie od osiągniętej
doskonałości, nigdy nie zostanie zaakceptowany wśród urodzonych z lepszymi mieczami. To była ogromna zmiana dla człowieka, który już
pogodził się z brutalną rzeczywistością. A teraz patrzył w twarz nowej,
jeszcze brutalniejszej rzeczywistości.
Feir zastanawiał się, ile czasu minie, nim Garuwashi zdecyduje się
zabić. Lantano Garuwashi nie był człowiekiem, który łatwo odrzuci własne
życie. Za bardzo w siebie wierzył. Ale ta hańba z pewnością go pokona.
Ta myśl wywołała w nim dziwną pustkę. Dlaczego miałaby go smucić śmierć
Lantano Garuwashiego? Oznaczałaby, że Cenaria uniknie kolejnej brutalnej
okupacji, a Feir zakończy służbę u zbyt twardego i zbyt trudnego
człowieka. Nie pragnął jednak śmierci Garuwashiego. Szanował go.
Magia rozbłysła tak intensywnie, że Feirowi zrobiło się biało przed
oczami. To trwało tylko ułamek sekundy. Kylar raptownie wciągnął
powietrze.
Mrugając, żeby pozbyć się łez, Feir spojrzał na niego. Wydawało się, że
w Kylarze nic się nie zmieniło: nadal siedział półnagi, nadal gapił się
w las. Powoli wstał i rozprostował ręce.
- O wiele lepiej - powiedział, szczerząc zęby.
Miał obie ręce. Był cały i w jednym kawałku. Otrząsnął się i znowu
pokryła go czarna skóra. Nie ukrył twarzy za ponurą maską
sprawiedliwości; w dłoni trzymał wąski czarny miecz.
Lantano Garuwashi padł na kolana i przemówił do Feira:
- "Ta ścieżka leży przed tobą. Walcz z Khalidorem i stań się wielkim
królem". To mi powiedziałeś, a ja usłyszałem tylko to, czego pragnęło
moje serce: że pokażę tym zniewieściałym arystokratom w Aenu, na co
zdały się ich kpiny, i zostanę królem Ceury. Nie stanąłem do walki z Khalidorem i teraz straciłem ceurosa. I tak Lantano Garuwashiego czeka
śmierć za jego wiarołomstwo. - Odwrócił się. - Aniele Nocy, będziesz
moim sekundantem?
W pierwszej chwili twarz Kylara zdradzała konsternację, ale zaraz potem
pojawiło się zrozumienie. Kiedy Garuwashi rozetnie brzuch w poprzek
krótkim mieczem, jego sekundant odetnie mu głowę, żeby dokończyć
samobójstwo. To był zaszczyt, chociaż makabryczny, a Feir wbrew sobie
poczuł się znieważony.
- Ciebie, Feir, nefilimie, posłańcu bogów, którego zignorowałem,
poproszę o inną przysługę - powiedział Garuwashi. - Przekaż, proszę,
moją historię moim wojownikom i mojej rodzinie.
Feirowi przebiegł dreszcz po plecach. Nie tylko każdy sa'ceurai na
świecie będzie wiedział, że Lantano Garuwashi zmarł tutaj, ale też dowie
się, że Ceur'caelestosa wrzucono do Lasu. Niezależnie od tego, w jaki
sposób Feir opowie tę historię, zostanie powtórzona tak, żeby pasowała
do wierzeń Ceuran. Największy mistrz miecza, najwspanialszy miecz i najniebezpieczniejsze miejsce na świecie na zawsze pozostaną powiązane w ceurańskich mitach. Każdy nowy szesnastoletni sa'ceurai, który będzie
się uważał za niezwyciężonego - innymi słowy większość młodych Ceuran -
ruszy do Lasu Mrocznego Łowcy, zdecydowany odzyskać Ceur'caelestosa i zostać nowym Lantano Garuwashim.
To oznaczało śmierć całych pokoleń.
Twarz Kylara zmieniła się. Najpierw z jego oczu popłynęły czarne łzy.
Potem oczy pokryły się czarnym olejem. W jeden chwili powróciła maska
sprawiedliwości. Z czarnych oczu płynął żarzący się błękitny płomień.
Kylar przechylił głowę, przyglądając się Lantano Garuwashiemu. Feira
przebiegł zimny dreszcz na widok tego oblicza. Każda cząstka dziecka,
jaka została w młodym człowieku, którego Feir poznał sześć miesięcy
temu, zniknęła. Feir nie wiedział, co je zastąpiło.
- Nie - odpowiedział Anioł Nocy. - Nie ma w tobie zmazy, która
wymagałaby śmierci. Trafi do ciebie inny ceuros, Lantano Garuwashi. Za
pięć lat spotkamy się w dzień letniego przesilenia na Dworze Aenu.
Pokażemy światu taki pojedynek, jakiego jeszcze nigdy nie widział.
Przysięgam.
Zarzucił wąskie ostrze na plecy, a ono wtopiło się w skórę. Skłonił się
przed Garuwashim, potem ukłonił się Feirowi i zniknął.
- Nie rozumiesz - powiedział Garuwashi, nadal klęcząc, ale Anioła Nocy
już nie było. Spojrzał zrozpaczony na Feira. - Będziesz moim
sekundantem?
- Nie.
- Dobrze więc, niewierny sługo. Nie potrzebuję cię.
Garuwashi wyciągnął krótki miecz, ale ten jeden raz Feir był szybszy od
sa'ceurai. Mieczem wytrącił ostrze z rąk Lantano i chwycił je.
- Daj mi kilka godzin - powiedział Feir. - Uwaga Łowcy skupiła się na
czymś innym. Kiedy pięć tysięcy much wpadło w jego sieć, jednej więcej
może nie zauważyć.
- Co zamierzasz?
Uratuję cię. Uratuję twoich przeklętych, sztywnych, wkurzających,
wspaniałych ludzi. Pewnie dam się przez to zabić jak ostatni idiota.
- Idę po twój miecz - odpowiedział i wszedł do Lasu.
Rozdział 11
Wysokie, pełne udręki wycie obudziło Vi Sovari ze snu, w którym Kylar
walczył z bogami i potworami. Natychmiast usiadła, ignorując ból po
kolejnej nocy spędzonej na kamienistej ziemi. Wycie dobiegało z odległości wielu mil. Nie powinna go słyszeć zza ogromnych sekwoi i poprzez tłumiącą dźwięki poranną mgłę, ale wycie trwało, wypełnione
szaleństwem i wściekłością, narastało, pędząc z głębi Lasu.
Dopiero wtedy Vi wyczuła Kylara przez starożytny kolczyk z mistarillu i złota. Związała ze sobą Kylara, kiedy leżał nieprzytomny, zdany na łaskę
Króla-Boga. Ocaliła w ten sposób Cenarię i jego życie. I teraz wyczuwali
się wzajemnie. Kylar znajdował się dwie mile od niej i Vi czuła, że
trzymał coś o niewiarygodnej mocy. Czuła, jak podejmuje decyzję. Moc się
od niego oderwała, a jego owładnęło dziwne uczucie triumfu.
Nagle wydawało się, że słońce wzeszło na południu. Vi stała, ale kolana
pod nią drżały. Sto kroków od niej powietrze między ogromnymi sekwojami
Lasu Mrocznego Łowcy stało się jasnozłote, promieniując magią. Nawet
niewyszkolona Vi odczuła to jak pocałunek letniego zachodu słońca na
skórze.
A potem kolor pogłębił się, przechodząc w czerwonawe złoto. Każda
drobinka kurzu unosząca się w powietrzu, każda kropelka wody we mgle
zapłonęła jesienną poświatą.
Kiedy Vi miała piętnaście lat, jej mistrz, Hu Szubienicznik, zabrał ją
na robotę w posiadłości ziemskiej. Truposzem był jakiś lordowski bękart,
który dorobił się na handlu przyprawami i postanowił nie spłacać swoich
inwestorów z Sa'kagé. Posiadłość tonęła w klonach. Tamtego jesiennego
poranka Vi szła przez świat ze złota, wyłożony dywanem z czerwono-złotych liści; nawet samo powietrze nabrało złocistego
odcienia. Kiedy stała nad trupem, w myślach uciekła do miejsca, gdzie
cudownym, szkarłatnym liściom nie towarzyszyła pulsująca tętnicza krew.
Rzecz jasna Hu zbił ją za to, a Vi w myślach przyznała mu rację.
Rozkojarzony siepacz to martwy siepacz. Siepacz nie wie co to piękno.
Wycie znowu rozdarło las, przejmując ją zimnem do szpiku kości.
Poruszając się szybko - przerażająco szybko - wycie stawało się coraz
wyższe, potem opadło i znowu stało się bardziej przenikliwe, wszystko to
w ciągu dwóch sekund, jakby poruszało się w tę i z powrotem z niemożliwą
szybkością. Wszędzie towarzyszył mu słaby, brzękliwy odgłos
rozdzieranego metalu. Potem dołączył ludzki krzyk. Po nim rozległy się
następne.
W lesie toczyła się bitwa. Nie, to była rzeź.
Przez chwilę las pulsował magią. Płomienna czerwień przygasła do
żółtawej zieleni, a potem do głębokiej, pełnej życia zieleni, pachnącej
młodą trawą i świeżym kwieciem.
- Kylar dał mu nowe życie - powiedziała Vi.
Nie miała pojęcia, skąd to wie, ale wiedziała, że Kylar zostawił coś w lesie, i to coś odmłodziło całą puszczę. Sam Kylar poczuł orzeźwienie -
nie czuł się tak dobrze od tygodnia, odkąd połączyła ich więź. Czuł się
kompletny.
Vi wyczuła, że coś jest nie tak za jej plecami. Błyskawicznie sięgnęła
po sztylety u pasa. I w tej samej chwili wylądowała na plecach. Jeszcze
nie złapała oddechu, kiedy kula trzaskającej, niebieskiej energii
przecięła z sykiem powietrze w miejscu, w którym chwilę temu stała.
Jedyne, co mogła zrobić, to zaczerpnąć tchu i spróbować odzyskać oddech.
Minęło kilka sekund, zanim zdołała usiąść.
Przed nią mężczyzna odziany w ciemnobrązową skórę oparł stopę na twarzy
trupa i wyciągał sztylet z jego oka. Trup miał na sobie szaty
khalidorskiego Vürdmeistera, a czarny, podobny do tatuażu vir nadal
drżał pod powierzchnią jego skóry. Wybawca Vi otarł sztylet i odwrócił
się. Poruszał się bezszelestnie. Miał na sobie wiele warstw peleryn,
kamizelek, koszul z kieszeniami i sakiewek wszelkich rozmiarów.
Wszystkie wykonano z końskiej skóry, wszystkie miały ten sam odcień
głębokiego brązu i wszystkie były miękkie od długiego używania.
Bliźniacze, wygięte kukri nosił zatknięte za pas, a zdobiony rzeźbami w kości krótki łuk bez założonej cięciwy miał przewieszony przez plecy. Vi
dostrzegła liczne rękojeści wystające spomiędzy warstw ubrań. Mężczyzna
rozwiązał rzemienie brązowej maski, która skrywała jego twarz,
odsłaniając tylko oczy, i odrzucił ją na plecy. Miał życzliwą twarz,
szeroką i płaską, o wysokich kościach policzkowych, kpiarskie piwne oczy
w kształcie migdałów, rozpuszczone czarne włosy. To mógł być tylko
ymmurski tropiciel.
Ymmurscy tropiciele słynęli jako najwspanialsi łowcy wśród władców koni.
Mówiło się, że stają się niewidzialni w lesie i na trawiastych stepach
na wschodzie, gdzie żyli Ymmurczycy. Nigdy nie strzelali do zdobyczy,
która nie biegła albo nie leciała. I wszyscy byli Utalentowani. Innymi
słowy, byli siepaczami ze stepów. Ale w przeciwieństwie do siepaczy, nie
zabijali dla pieniędzy, ale dla honoru.
I niech mnie diabli, jeśli w opowieściach o nich nie ma więcej prawdy
niż w opowieściach o nas.
Łowca złożył ręce za plecami i skłonił się.
- Jestem Dehvirahaman ko Bruhmaeziwakazari - powiedział dziwnie śpiewnym
tonem, charakterystycznym dla ludzi, którzy od małego mówili językiem
tonalnym. - Możesz... słyszeć?... Nazywać... tak, nazywać mnie Dehvi. -
Uśmiechnął się. - Jesteś Vi, prawda?
Vi wstała, przełykając ślinę. Ten mężczyzna podkradł się do niej - do
siepacza! - i z łatwością przewrócił ją na ziemię, a teraz stał,
uśmiechając się przyjaźnie. To było równie niepokojące jak widok kuli
błękitnej śmierci przelatującej parę cali od jej twarzy.
- Chodź - powiedział Dehvi. - To miejsce nie jest już bezpieczne. Będę
ci towarzyszył.
- O czym ty mówisz?
- Magia... mówi? Prosi? Słucha? Demona z Lasu. - Dehvi zmarszczył nos.
Vi wiedziała, co miał na myśli, ale nie była pewna, jakiego słowa szuka.
- Przywołuje! - dokończył, znajdując wreszcie właściwy czasownik. - A to
przywoływanie oznacza śmierć.
- To wezwanie - poprawiła go Vi, powoli składając słowa.
Magia wezwała Łowcę. Vürdmeister posłużył się magią, a Vi była
Utalentowana. Łowca mógł nadejść.
Tropiciel zmarszczył brwi.
- Te słowa sprawiają mi trudność. Mają zbyt wiele znaczeń.
- Dokąd mnie zabierasz? - spytała.
I czy mam jakiś wybór? Rozluźniła ciało, szykując się do Tropu Alathei,
a jej palce mimochodem musnęły pochowane sztylety, kiedy otrzepywała
ziemię ze spodni. Tylko że sztylety już zniknęły.
Tropiciel przyjrzał jej się chłodno. Najwyraźniej nie sprawdziła
sztyletów wystarczająco dyskretnie.
Odwrócił się i przyklęknął przy trupie, mrucząc coś pod nosem w języku,
którego Vi nie rozpoznała. Splunął na człowieka trzy razy, przeklinając
go nie obelżywymi słowami, jak to robiła Vi, ale naprawdę skazując duszę
tego człowieka na jakieś ymmurskie piekło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Logan Gyre siedział w błocie i we krwi na polu bitwy pod Gajem Pavvila.
Ledwie godzinę temu rozgromili Khalidorczyków, kiedy to straszliwy umór,
którego stworzono, aby pożarł cenaryjskie wojsko, rzucił się na swoich
khalidorskich panów. Logan wydał najpilniejsze rozkazy, a potem odprawił
wszystkich, żeby przyłączyli się do hulanek, które już ogarnęły
cenaryjski obóz.
Terah Graesin przyszła do niego sama. Siedział na niskim głazie, nie
zważając na błoto. Jego wspaniałe szaty do tego stopnia przesiąkły krwią
- nie wspominając o gorszych rzeczach - że i tak już do niczego się nie
nadawały. Z kolei suknia Terah, nie licząc samego rąbka, była całkiem
czysta. Królowa włożyła wysokie buty, ale nawet one nie uchroniły jej
przed gęstym błotem. Stanęła przed Loganem. Nie wstał.
Udawała, że tego nie zauważyła. On z kolei udawał, że nie zauważył jej
kryjącej się za drzewami niecałe sto kroków dalej straży przybocznej,
która nie uroniła nawet kropli krwi w bitwie. Terah Graesin mogła
przyjść do Logana tylko z jednego powodu: zastanawiała się, czy nadal
jest królową.
Gdyby nie był tak wykończony, pewnie by się uśmiał. Terah przyszła do
niego sama, żeby popisać się albo swoją bezbronnością, albo odwagą.
- Byłeś dziś bohaterem - powiedziała. - Zatrzymałeś bestię Króla-Boga.
Mówią, że go zabiłeś.
Logan pokręcił głową. Dźgnął umora, którego Król-Bóg zaraz potem
opuścił, ale inni żołnierze zadali potworowi już wcześniej znacznie
poważniejsze rany. Coś innego musiało powstrzymać Króla-Boga, nie Logan.
- Rozkazałeś bestii zniszczyć naszego wroga, a ona posłuchała. Ocaliłeś
Cenarię.
Logan wzruszył ramionami. Miał wrażenie, że to się wydarzyło dawno
temu.
- Więc pozostaje teraz jedno pytanie: czy ocaliłeś Cenarię dla siebie,
czy dla nas wszystkich?
Logan splunął jej pod nogi.
- Skończ z tym pieprzeniem, Terah. Myślisz, że będziesz mną manipulować?
Nie masz mi nic do zaoferowania, nie masz mi czym zagrozić. Chcesz mnie
o coś zapytać? To okaż mi odrobinę szacunku i, do kurwy nędzy, po prostu
zapytaj.
Terah zesztywniała, uniosła głowę i jej ręka drgnęła, ale królowa się
opanowała.
Ten ruch ręką zwrócił jego uwagę. Czy gdyby Terah ją uniosła, byłby to
sygnał do ataku? Logan spojrzał za nią, między drzewa na skraju pola,
ale nie zobaczył ludzi Terah tylko swoich. Psy Agona - w tym dwóch
zdumiewająco utalentowanych łuczników, których generał wyposażył w ymmurskie łuki i wyszkolił na łowców czarowników - po cichu okrążyły
straż Terah. Obaj łucznicy mieli strzały na cięciwach, ale nie napięli
łuków. Obaj specjalnie stanęli tak, żeby Logan dobrze ich widział; żaden
z pozostałych Psów nie rzucał się w oczy.
Jeden z łowców czarowników zerkał na przemian na Logana i na jakiś cel w lesie. Logan spojrzał w tym samym kierunku i zobaczył łucznika Terah,
mierzącego w niego i czekającego na sygnał swojej pani. Drugi łucznik
Agona wpatrywał się w plecy Terah Graesin. Czekali na sygnał Logana.
Powinien był się domyślić, że jego cwani sojusznicy nie zostawią go
samego, kiedy w pobliżu jest Terah.
Spojrzał na nią. Była szczupła, ładna i miała zielone oczy o władczym
spojrzeniu, które przypominały mu oczy jego matki. Terah myślała, że
Logan nie wie o jej ludziach ukrywających się w lesie. Że nie wie o jej
asie w rękawie.
- Złożyłeś mi przysięgę dziś rano w okolicznościach daleko odbiegających
od ideału - powiedziała. - Zamierzasz dotrzymać słowa czy zostać królem?
Nie potrafiła zadać pytania wprost, co? Nie była do tego zdolna, nawet
kiedy myślała, że w pełni panuje nad sytuacją. Nie będzie z niej dobrej
królowej.
Logan myślał, że już podjął decyzję, ale teraz się zawahał. Przypomniał
sobie, jakie to uczucie być całkowicie bezsilnym na Dnie, bezradnie
patrzeć, jak mordują Jenine, jego świeżo poślubioną żonę. Przypomniał
sobie, jak niepokojąco przyjemnie było kazać Kylarowi zabić Gorkhy'ego i widzieć wykonany rozkaz. Zastanawiał się, czy z taką samą przyjemnością
patrzyłby na śmierć Terah Graesin. Wystarczy jedno skinienie w stronę
łowców czarowników i zaraz się przekona. Nigdy więcej nie czułby się
bezsilny.
Ojciec powiedział mu kiedyś: "Przysięga jest miarą człowieka, który ją
składa". Logan widział, co się stało, kiedy zrobił to, co wiedział, że
jest słuszne, choćby nie wiadomo jak głupie wydawało się to w tamtej
chwili. Tym właśnie zjednał sobie Męty. To właśnie ocaliło mu życie,
kiedy gorączkował i był ledwie przytomny. To właśnie sprawiło, że Lilly
- kobieta, którą Vürdmeisterowie włączyli do ciała umora - rzuciła się
na Khalidorczyków. Ostatecznie, słuszne postępki Logana uratowały
Cenarię. Jego ojciec Regnus Gyre też dotrzymał złożonych przysiąg, żyjąc
w nieszczęśliwym małżeństwie i pełniąc nieszczęsną służbę u małostkowego, nikczemnego króla. Każdego dnia zaciskał zęby i każdej
nocy zasypiał snem sprawiedliwego. Logan nie wiedział, czy jest równie
wspaniałym człowiekiem jak jego ojciec. Nie potrafiłby tak żyć.
I dlatego się zawahał. Gdyby Terah uniosła rękę, dając swoim ludziom
sygnał do ataku, zerwałaby umowę między panem i wasalem. A wtedy byłby
wolny.
- Nasi żołnierze uznali mnie za króla - oznajmił neutralnym tonem.
Strać nad sobą panowanie, Terah. Daj sygnał do ataku. Daj sygnał do
własnej śmierci.
Jej oczy zabłysły, ale głos miała spokojny, a dłoń się nie poruszyła.
- Ludzie mówią różne rzeczy w ferworze walki. Jestem gotowa wybaczyć to
potknięcie.
Po to właśnie Kylar mnie uratował?
Nie. Ale takim właśnie jestem człowiekiem. Jestem synem swojego ojca.
Logan wstał powoli, żeby nie zaniepokoić łuczników żadnej ze stron, a potem, równie powoli, uklęknął i dotknął stóp Terah Graesin w hołdzie
lennym.
Później tej nocy grupa Khalidorczyków zaatakowała cenaryjski obóz,
zabiła kilkudziesięciu pijanych hulaków, po czym uciekła pod osłoną
nocy. Rankiem Terah Graesin wysłała Logana Gyre z tysiącem jego ludzi,
żeby wytropili wroga.
Rozdział 2
Wartownik był zaprawionym w bojach sa'ceurai - "panem miecza" - który
zabił szesnastu mężczyzn i wplótł pasma ich włosów we własną ogniście
rudą czuprynę. Nerwowo przyglądał się cieniom w miejscu, gdzie las
przechodził w dębowy zagajnik, a kiedy się odwracał, osłaniał oczy przed
malutkimi ogniskami kamratów, żeby nie osłabiły jego widzenia w ciemnościach. Mimo zimnego wiatru, który omiatał obozowisko i sprawiał,
że wielkie dęby jęczały i trzeszczały, nie włożył hełmu, chcąc dobrze
słyszeć. A jednak nie miał szans zatrzymać siepacza.
Byłego siepacza, poprawił się w myślach Kylar, balansując jedną ręką na
szerokim dębowym konarze. Gdyby nadal był płatnym zabójcą, zamordowałby
wartownika i miał kłopot z głowy. Teraz jednak był czymś innym, Aniołem
Nocy - nieśmiertelnym, niewidzialnym i niemalże niezwyciężonym - i skazywał na śmierć tylko tych, którzy na to zasłużyli.
Mistrzowie miecza pochodzący z krainy, której sama nazwa oznaczała
"miecz", byli najlepszymi żołnierzami, jakich Kylar widział w swoim
życiu. Rozbili obóz ze sprawnością, która zdradzała lata spędzone na
wyprawach wojennych. Wycięli zarośla, które mogłyby zasłonić
zbliżających się wrogów, okopali malutkie ogniska, żeby były jak
najmniej widoczne, i ustawili namioty tak, aby chronić konie i dowódców.
Przy każdym ognisku grzało się po dziesięciu mężczyzn. Każdy dobrze znał
swoje obowiązki. Żołnierze poruszali się jak mrówki w lesie; po
wypełnieniu zadań żaden nie oddalił się bardziej niż do sąsiedniego
ogniska. Grali, ale nie pili i nie rozmawiali głośno. Jedyną słabością
Ceuran - mimo ich ogromnej sprawności w działaniu - były ich zbroje. W pancerz z laki i bambusa można ubrać się samemu, ale do przywdziania
khalidorskich zbroi, jakie ukradli tydzień temu z okolic Gaju Pavvila,
potrzebna była pomoc. Obok zbroi łuskowych trafiały się kolczugi, a nawet zbroje płytowe, i Ceuranie nie potrafili się zdecydować, czy
powinni spać w zbrojach, czy też każdemu wyznaczyć giermka.
Kiedy pozwolono poszczególnym oddziałom zdecydować samodzielnie, żeby
żołnierze nie tracili czasu i nie pytali przedstawicieli kolejnych
szczebli hierarchii wojskowej, Kylar wiedział, że jego przyjaciel Logan
Gyre jest skazany na klęskę. Wielki Dowódca Lantano Garuwashi połączył w swoim wojsku ceurańskie zamiłowanie do porządku z osobistą
odpowiedzialnością. To tłumaczyło, dlaczego Garuwashi nie przegrał ani
jednej bitwy. I dlatego musiał umrzeć.
Kylar przemykał się więc wśród drzew jak oddech mściwego boga i wydawało
się, że liście szeleszczą tylko z powodu nocnego wiatru. Dęby rosły w dużych odstępach, w prostych szeregach, łamanych czasem przez młodsze
drzewa, które wcisnęły się między ramiona starszych i same się
zestarzały. Kylar przesunął się na konarze najdalej jak zdołał i obserwował Lantano Garuwashiego między kołyszącymi się gałęziami w słabym świetle ogniska. Lantano dotykał leżącego na kolanach miecza z zachwytem, jaki wywołuje nowy nabytek. Gdyby Kylar dostał się na
sąsiedni dąb, po zejściu z drzewa znajdowałby się raptem kilka kroków od
truposza.
Czy mogę nazywać cel "truposzem", jeśli już nie jestem siepaczem?
Nie sposób było myśleć o Garuwashim jak o "celu". Kylar nadal słyszał
głos mistrza, Durzo Blinta, który szydził: "Zabójcy mają cele, bo
zabójcy czasem chybiają".
Kylar ocenił odległość do następnego konaru, który utrzyma jego ciężar.
Osiem kroków. Żaden wielki skok. Kłopot tylko w tym, jak wylądować na
drzewie i bezszelestnie wyhamować, mając jedną rękę. Jeśli nie skoczy,
będzie musiał przekraść się obok dwóch ognisk, między którymi ludzie
nadal się kręcili, a ziemia była usiana suchymi liśćmi. Zdecydował, że
skoczy przy następnym odpowiednim podmuchu wiatru.
- W twoich oczach płonie dziwne światło - powiedział Lantano Garuwashi.
Był potężnie zbudowany jak na Ceuranina - wysoki i szczupły, ale
umięśniony jak tygrys. Pasma jego włosów - takiej samej barwy jak
migoczące płomienie ogniska - przebłyskiwały między sześćdziesięcioma
lokami we wszelkich kolorach, odciętymi zabitym przeciwnikom.
- Zawsze lubiłem ogień. Chcę go pamiętać, kiedy będę umierał.
Kylar przesunął się, żeby zerknąć na mówiącego. To był Feir Cousat,
jasnowłosy olbrzym, równie szeroki w barach jak wysoki. Kylar spotkał go
raz. Feir był nie tylko wspaniałym wojownikiem, ale też magiem. Kylar
miał szczęście, że mężczyzna siedział zwrócony do niego plecami.
Tydzień temu, po tym, jak zabił go khalidorski Król-Bóg, Garoth Ursuul,
Kylar zawarł umowę z żółtooką istotą zwaną Wilkiem. W swoim dziwnym
legowisku w krainie między życiem i śmiercią Wilk obiecał, że zwróci
Kylarowi prawą rękę i szybko przywróci go do życia, jeśli Kylar ukradnie
miecz Lantano Garuwashiego. To, co wydawało się całkiem proste - cóż
może powstrzymać niewidzialnego człowieka przed kradzieżą? - z każdą
sekundą stawało się coraz bardziej skomplikowane. Kto może powstrzymać
niewidzialnego człowieka? Mag, który widzi niewidzialnych.
- Zatem naprawdę wierzysz, że Mroczny Łowca żyje w tym lesie? - zapytał
Garuwashi.
- Wysuń odrobinę ostrze z pochwy, Wielki Dowódco - odpowiedział Feir.
Garuwashi wysunął miecz na szerokość dłoni. Ostrze, które wyglądało jak
kryształ wypełniony ogniem, rozbłysło światłem.
- Ostrze płonie, ostrzegając przed niebezpieczeństwem lub magią. Mroczny
Łowca to jedno i drugie.
Tak samo jak ja, pomyślał Kylar.
- Jest blisko? - spytał Garuwashi.
Uniósł się, przysiadając, jak tygrys gotowy do skoku.
- Uprzedzałem, że wciąganie cenaryjskiego wojska w pułapkę tutaj może
zakończyć się naszą śmiercią, nie ich - odparł Feir.
Znowu spojrzał w ogień.
Przez ostatni tydzień od czasu bitwy pod Gajem Pavvila Garuwashi
odciągał Logana i jego ludzi na wschód. Ponieważ Ceuranie przebrali się
w zbroje martwych Khalidorczyków, Logan myślał, że ściąga niedobitki
pokonanej khalidorskiej armii. Kylar nadal nie miał pojęcia, dlaczego
Lantano Garuwashi ściągnął tutaj Logana.
Z drugiej strony nie miał też pojęcia, dlaczego czarna, metaliczna kula
zwana ka'kari wybrała sobie jego i jemu służyła - ani dlaczego
przywracała go do życia, ani dlaczego widział skazę na duszach ludzi,
którzy zasługiwali na śmierć ani, skoro już o tym mowa, dlaczego słońce
wschodzi i jak to się dzieje, że wisi na niebie i nie spada.
- Mówiłeś, że nic nam nie grozi, dopóki nie wejdziemy do lasu Łowcy.
- Powiedziałem, że prawdopodobnie nic nam nie grozi - poprawił go Feir.
- Łowca wyczuwa magię i nienawidzi jej. Ten miecz jak najbardziej
podpada pod magię.
Garuwashi zbył groźbę machnięciem ręki.
- Nie weszliśmy do lasu Łowcy, a jeśli Cenaryjczycy chcą z nami walczyć,
będą musieli tam wejść - odpowiedział.
Kiedy Kylar zrozumiał w końcu plan, zaparło mu dech. Lasy ciągnące się
na północ, na południe i na zachód miały gęste poszycie. Logan mógł
wykorzystać swoją przewagę liczebną tylko nadchodząc od wschodu, gdzie
ogromne sekwoje Lasu Mrocznego Łowcy zostawiały wojsku mnóstwo miejsca
do manewrów. Mówiło się jednak, że ta istota z dawnych wieków zabijała
każdego, kto wszedł do lasu. Uczeni zbywali to jako przesąd, ale Kylar
rozmawiał z wieśniakami z Zakola Torras. Jeśli w ogóle byli przesądni,
to panował wśród nich tylko jeden przesąd. Logan wejdzie prosto w pułapkę.
Znowu powiało i konary dębów jęknęły. Kylar warknął cicho i skoczył.
Dzięki Talentowi z łatwością pokonał dystans. Skoczył jednak za daleko,
z za dużym rozmachem i prawie ześlizgnął się z konaru. Małe, czarne
szpony rozerwały jego ubranie z boku kolan, wzdłuż lewego przedramienia,
a nawet wzdłuż żeber. Przez chwilę szpony były z płynnego metalu i nie
tyle rozdarły materiał, ile przesączyły się przez niego, ale zaraz
stwardniały i gwałtownie powstrzymały upadek Kylara.
Kiedy wciągnął się z powrotem na konar, pazury znowu wtopiły się w skórę. Kylar dygotał, ale nie dlatego, że o mały włos by spadł. Czym się
staję? Z każdą zadaną śmiercią i z każdą, której sam doświadczył, stawał
się coraz mocniejszy. To go przerażało do szpiku kości. Jaka jest tego
cena? Musi być jakaś cena.
Zgrzytając zębami, Kylar zszedł z drzewa głową na dół, pozwalając, żeby
pazury wysuwały się z jego ciała i znikały z powrotem, zostawiając
niewielkie dziury w ubraniu i korze. Kiedy doszedł do ziemi, czarne
ka'kari wylało się każdym porem skóry, pokrywając ją dokładnie. Ukryło
jego twarz i ciało, ubranie i miecz, i zaczęło pożerać światło. Będąc
niewidzialnym, Kylar ruszył przed siebie.
- Marzyłem o tym, żeby zamieszkać w takim miasteczku jak Zakole Torras -
powiedział Feir, nadal zwrócony potężnymi plecami do Kylara. -
Zbudowałbym małą kuźnię nad rzeką, zaprojektowałbym koło wodne, żeby
napędzało miechy, dopóki synowie nie podrośliby na tyle, żeby mi pomóc.
Pewien prorok powiedział mi, że to może się wydarzyć.
- Dość tych marzeń - przerwał mu Garuwashi, zbierając się do wstania. -
Trzon mojej armii już prawie przeszedł przez góry. Ty i ja ruszamy.
Trzon armii? Ostatni fragment układanki wpadł na swoje miejsce. To
dlatego sa'ceurai przebrali się za Khalidorczyków. Garuwashi odciągał
najlepszych cenaryjskich żołnierzy daleko na wschód, podczas gdy jego
wojska gromadziły się na zachodzie. Ponieważ Khalidorczyków pokonano pod
Gajem Pavvila, cenaryjscy chłopi - żołnierze z poboru - już pewnie
wracali w pośpiechu na swoje farmy. Za kilka dni kilkuset gwardzistów
zamkowych w Cenarii będzie musiało stawić czoło całej ceurańskiej armii.
- Ruszamy? Dziś w nocy? - zdziwił się Feir.
- Teraz. - Garuwashi uśmiechnął się znacząco, patrząc prosto na Kylara.
Kylar zamarł, ale Ceuranin go nie widział. Za to Kylar dostrzegł coś w zielonych oczach Garuwashiego - coś strasznego.
Ujrzał w nich osiemdziesiąt dwa zabójstwa. Osiemdziesiąt dwa! Żadne z nich nie było morderstwem. Zabicie Lantano Garuwashiego nie byłoby
sprawiedliwe; to byłoby morderstwo. Kylar głośno zaklął.
Lantano Garuwashi zerwał się na równe nogi, wyciągając błyskawicznie
miecz, który wyglądał jak żywy płomień. Od razu stanął w gotowości do
walki. Potężny jak góra Feir był ledwie odrobinę wolniejszy. Już stał z obnażonym ostrzem - zerwał się z taką szybkością, jakiej Kylar nigdy nie
spodziewałby się po tak potężnie zbudowanym człowieku. Wytrzeszczył oczy
na widok Kylara.
Kylar krzyknął sfrustrowany i pozwolił, żeby błękitny płomień oblał
pokrytą ka'kari skórę i złowieszczą maskę na twarzy. Usłyszał kroki,
kiedy jeden z przybocznych Garuwashiego zaszedł go od tyłu. Talent
wezbrał i Kylar zrobił salto do tyłu, lądując na ramionach mężczyzny i odbijając się od nich. Sa'ceurai padł na ziemię, a Kylar wyskoczył w powietrze; błękitne płomienie strzelały i trzaskały na jego ciele.
Zanim chwycił się gałęzi, zgasił błękitny ogień i stał się niewidzialny.
Skakał z gałęzi na gałąź nie próbując już się skradać. Jeśli czegoś nie
zrobi - i to dzisiejszego wieczoru - Logan i jego ludzie zginą.
***
- To był Łowca? - zapytał Garuwashi.
- Gorzej - odpowiedział Feir, blednąc. - To był Anioł Nocy, zapewne
jedyny człowiek na świecie, którego powinieneś się bać.
Oczy Lantano Garuwashiego zabłysły ogniem, który powiedział Feirowi, że
słowa "człowiek, którego powinieneś się bać" odebrał jako "godny
przeciwnik".
- Którędy uciekł? - spytał Garuwashi.
Rozdział 3
Kiedy Elene podjechała do małego zajazdu w Zakolu Torras, kompletnie
wycieńczona, przepiękna, młoda kobieta o długich rudych włosach
związanych w koński ogon i z błyszczącym kolczykiem w lewym uchu,
dosiadała właśnie dereszowatego ogiera. Stajenny gapił się na nią,
patrząc, jak odjeżdża na północ.
Mężczyzna odwrócił się dopiero, kiedy Elene prawie na niego wjechała.
Zamrugał, patrząc na nią jak otumaniony.
- Ej, pani przyjaciółka właśnie odjechała - powiedział, wskazując na
odjeżdżającą rudowłosą dziewczynę.
- O czym pan mówi? - Elene była tak zmęczona, że nawet nie potrafiła
zebrać myśli.
Szła dwa dni, zanim odnalazł ją jeden z koni. Nigdy nie dowiedziała się,
co się stało z pozostałymi jeńcami Khalidorczyków ani z Ymmurczykiem,
który ją uratował.
- Jeszcze da pani radę ją dogonić - dodał stajenny.
Elene widziała młodą kobietę wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że
nigdy się nie spotkały. Pokręciła głową. Musiała kupić zapasy, zanim
ruszy do Cenarii. Poza tym, prawie już zapadł zmrok, a po kilku dniach
wędrówki z khalidorskimi porywaczami, Elene potrzebowała nocy w łóżku
równie desperacko jak kąpieli.
- Nie sądzę - odparła.
Weszła do zajazdu, wynajęła pokój u rozkojarzonej żony oberżysty, płacąc
srebrem, którego całkiem sporo znalazła w jednej z sakw, umyła się,
uprała ubranie i natychmiast zasnęła.
Przed świtem włożyła z niechęcią wilgotną jeszcze sukienkę i zeszła do
jadalni.
Oberżysta, drobny, młody człowiek, wniósł właśnie skrzynkę umytych
dzbanów i ustawiał je do góry nogami, żeby obciekły, zanim wreszcie
położy się spać. Przyjaźnie skinął do Elene głową, ledwie na nią
zerknąwszy.
- Żona poda śniadanie za pół godziny. A jeśli... O, do diabła. - Znowu
spojrzał na nią i najwyraźniej po raz pierwszy naprawdę ją zobaczył. -
Maira nic mi nie powiedziała...
Otarł ręce o fartuch, z przyzwyczajenia, bo ręce miał suche i podszedł
do stołu, na którym piętrzył się stos bibelotów, papierów i ksiąg
rachunkowych.
Wyciągnął list i podał go Elene z przepraszającą miną.
- Nie widziałem pani wczoraj wieczorem, bo od razu dałbym to pani.
Na kartce wypisano imię Elene i podano jej rysopis. Rozłożyła ją i ze
środka wypadł mniejszy, pognieciony liścik. Był napisany charakterem
pisma Kylara. Data wskazywała na dzień, w którym wyjechał z Caernarvon.
Gardło jej się zacisnęło.
Elene - przeczytała - wybacz. Próbowałem. Przysięgam, że próbowałem.
Niektóre rzeczy są warte więcej niż moje szczęście. Niektórych rzeczy
tylko ja mogę dokonać. Odsprzedaj to panu Bourary i przeprowadź się z rodziną do lepszej części miasta. Zawsze będę Cię kochać.
Kylar nadal ją kochał. Kochał ją. Zawsze w to wierzyła, ale czym innym
było ujrzenie takich słów napisanych jego niechlujnym charakterem pisma.
Łzy popłynęły jej po policzkach. Nie przejmowała się nawet
zaniepokojonym oberżystą, który otwierał i zamykał usta, niepewny, co
zrobić z zapłakaną kobietą w swoim zajeździe.
Elene nie chciała się zmienić i zapłaciła za to wysoką cenę, ale Bóg dał
jej drugą szansę. Pokaże Kylarowi, jak silna, głęboka i rozległa potrafi
być miłość kobiety. To nie będzie łatwe, ale był mężczyzną, którego
kochała. Był tym jedynym. Kochała go i tyle.
Minęło kilka minut, zanim przeczytała drugi list, napisany nieznajomym,
kobiecym charakterem pisma.
Nazywam się Vi - napisano w liście - i jestem siepaczem, który zabił
Jarla i porwał Uly. Kylar zostawił Cię, żeby ratować Logana i zabić
Króla-Boga. Mężczyzna, którego kochasz, ocalił Cenarię. Mam nadzieję,
że jesteś z niego dumna. Jeśli wybierasz się do Cenarii, to przekazałam
Mamie K dostęp do moich rachunków. Bierz, co będzie ci potrzebne. W każdym razie Uly będzie w Oratorium, tak samo jak ja, i myślę, że
wkrótce pojawi się tam również Kylar. Jest... coś jeszcze, ale nie mam
odwagi o tym napisać. Musiałam zrobić coś strasznego, żebyśmy mogli
wygrać. Żadne słowa nie przekreślą krzywdy, którą Ci wyrządziłam.
Ogromnie przepraszam. Chciałabym wszystko naprawić, ale nie mogę. Kiedy
przyjedziesz, będziesz mogła zemścić się tak, jak zechcesz, nawet mnie
zabić. Vi Sovari.
Elene zjeżyły się włosy na karku. Jaka osoba mogłaby uważać się za
takiego wroga i takiego przyjaciela jednocześnie? Gdzie są ślubne
kolczyki Elene? "Jest coś jeszcze"? Co to znaczyło? Vi zrobiła coś
strasznego?
Intuicja podpowiedziała jej, co się stało, i Elene poczuła ołowiany
ciężar w żołądku. Kobieta, którą wczoraj widziała, nosiła kolczyk.
Pewnie to nie był... to na pewno nie był...
- O mój Boże - jęknęła.
Popędziła po konia.
***
Każdej nocy śnił coś innego. Logan stał na podwyższeniu, patrząc na
ładną, drobną Terah Graesin. Była gotowa iść po trupach - po całej armii
trupów - albo wyjść za mężczyznę, którym gardzi, żeby tylko zrealizować
swoje ambicje. Tak samo jak tamtego dnia, i teraz serce zawiodło Logana.
Jego ojciec ożenił się z kobietą, która zatruła jego szczęście. Logan
tak nie potrafił.
Jak tamtego dnia, Logan poprosił, żeby złożyła mu hołd lenniczy, a okrągłe podwyższenie przypominało mu Dno, na którym gnił w czasie
khalidorskiej okupacji. Terah odmówiła. Jednakże zamiast się samemu
ukorzyć, żeby nie doszło do rozłamu w armii w przededniu bitwy, we śnie
Logan powiedział: "Więc skazuję cię na śmierć pod zarzutem zdrady".
Jego miecz zadzwonił. Terah zatoczyła się do tyłu, ale zbyt wolno.
Ostrze przecięło jej szyję do połowy.
Logan złapał ją i nagle trzymał w ramionach inną kobietę i był w innym
miejscu. Z rozciętego gardła Jenine lała się krew na jej białą koszulę
nocną i na jego nagą pierś. Khalidorczycy, którzy włamali się do ich
poślubnej sypialni, śmiali się.
Logan rzucał się we śnie i w końcu się obudził. Leżał w ciemności.
Potrzebował chwili, zanim przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Jego
Jenine nie żyła. Terah Graesin była królową. Logan złożył jej przysięgę
lenniczą. Dał jej słowo, a to było coś więcej niż przysięga - to
oznaczało całkowitą uczciwość. Zatem, gdy jego królowa rozkazała mu
pozbyć się khalidorskich niedobitków, podporządkował się. Zawsze z przyjemnością zabije paru Khalidorczyków.
Siadając w mrocznym namiocie, Logan zobaczył kapitan swojej straży
przybocznej, Kaldrosę Wyn. W czasie okupacji burdele Mamy K były
najbezpieczniejszym miejscem dla kobiet. Mama K przyjmowała tylko
najpiękniejsze i egzotyczne kobiety. To one pierwsze w tej wojnie
przelały khalidorską krew w ramach obejmującej całe miasto zasadzki,
którą nazwano później Nocta Hemata - Noc Krwi. Logan uhonorował je
publicznie i wtedy stały się jego sojuszniczkami. Te, które potrafiły
walczyć, walczyły i wiele zginęło, ratując mu życie. Po bitwie pod Gajem
Pavvila Logan odprawił wszystkie kobiety, które były kawalerami Orderu
Podwiązki, z wyjątkiem Kaldrosy Wyn. Jej mąż był jednym z dziesięciu
łowców czarowników, a że byli nierozłączni, powiedziała, że równie
dobrze może dalej służyć Loganowi.
Kaldrosa nosiła swoją podwiązkę na lewej ręce. Uszyta z zaczarowanych
khalidorskich chorągwi skrzyła się nawet w ciemności. Rzecz jasna,
Kaldrosa była ładna. Miała oliwkową sethyjską cerę, gardłowy śmiech i setki historii na podorędziu - niektóre z nich były nawet prawdziwe, jak
twierdziła. Nosiła niedopasowaną kolczugę i kasak z białozorem, którego
skrzydła wychodziły poza czarny krąg.
- Już czas - powiedziała.
Generał Agon Brant zajrzał do namiotu i wszedł. Nadal chodził o dwóch
laskach.
- Zwiadowcy wrócili. Nasz elitarny oddział Khalidorczyków myśli, że
urządza zasadzkę. Jeśli nadejdziemy z północy, południa albo od zachodu,
będziemy musieli iść przez gęsty las. Możemy przejść tylko przez Las
Łowcy. Jeśli on naprawdę istnieje, wybije nas co do nogi. Gdybym miał
tylko setkę ludzi przeciwko tysiącu czterystu, to nie sądzę, żebym to
lepiej obmyślił.
Gdyby do takiej sytuacji doszło miesiąc temu, Logan by się nie wahał.
Poprowadziłby wojsko przez względnie otwartą przestrzeń Lasu Łowcy i chrzanić legendy. Ale pod Gajem Pavvila zobaczyli legendę na własne oczy
- pożarła tysiące. Umór wstrząsnął przekonaniem Logana, że potrafi
odróżnić zabobon od rzeczywistości.
- Są Khalidorczykami. Dlaczego nie poszli na północ do Przełęczy
Quoriga?
Agon wzruszył ramionami. Od tygodni wałkowali to pytanie. Ścigany pluton
nie był nawet w przybliżeniu tak niedbały jak Khalidorczycy, których
znali. Nawet uciekając przed wojskiem Logana organizowali wypady.
Cenaria straciła setkę ludzi. Khalidorczycy ani jednego. Agon zgadywał,
że to oddział elitarny wywodzący się z jakiegoś plemienia
khalidorskiego, z którym Cenaryjczycy nigdy wcześniej się nie zetknęli.
Logan miał wrażenie, że natrafił na zagadkę.
- Nadal chcesz uderzyć na nich ze wszystkich stron? - spytał Agon.
Zagadka nadal stała przed Loganem, kpiąc sobie z niego. Odpowiedź się
nie pojawiła.
- Tak.
- Nadal upierasz się, że sam poprowadzisz kawalerię przez Las?
Logan pokiwał głową. Jeśli miał prosić ludzi, żeby narazili się na
śmierć z rąk jakiegoś potwora, to sam też musi się poświęcić.
- To bardzo... odważne - powiedział Agon.
Służył arystokratom wystarczająco długo, żeby, mówiąc komplement,
wyrazić tysiąc obelg.
- Dość tego - powiedział Logan, biorąc hełm od Kaldrosy. - Chodźmy zabić
paru Khalidorczyków.
Rozdział 4
Vürdmeister Neph Dada zakaszlał głębokim, rzężącym, niezdrowym kaszlem.
Odchrząknął głośno i splunął na dłoń. Przechylił głowę i patrzył, jak
flegma ścieka na ziemię, a potem spojrzał na pozostałych Vürdmeisterów
siedzących wokół ogniska. Nie licząc młodego Borsiniego, który cały czas
mrugał, żaden nie okazał, że wzbudził w nich odrazę. Człowiek utrzymywał
się przy życiu wystarczająco długo, żeby zostać Vürdmeisterem, nie tylko
dzięki magicznej sile.
Świecące słabo figurki ustawiono na ziemi w szyku bojowym.
- To tylko przybliżone pozycje wojsk - powiedział Neph. - Siły Logana
Gyre to czerwone figurki. Około tysiąca czterystu ludzi na zachód od
Lasu Mrocznego Łowcy, na ziemiach cenaryjskich. Jakichś dwustu Ceuran
udających Khalidorczyków to niebieskie figurki, znajdujące się na samym
skraju Lasu. Białe figurki dalej na zachód to pięć tysięcy naszych
ukochanych wrogów, Lae'knaught. My, Khalidorczycy, ostatni raz
walczyliśmy bezpośrednio z Lae'knaught, kiedy wy jeszcze trzymaliście
się cycka, więc pozwólcie, że wam przypomnę: Lae'knaught nie nienawidzi
wszelkiej magii, a zniszczenie nas jest głównym powodem powołania do
istnienia tego zakonu. Pięć tysięcy tych ludzi z powodzeniem wystarczy,
żeby dokończyć robotę, którą zaczęli Cenaryjczycy w bitwie pod Gajem
Pavvila, musimy więc rozegrać to bardzo ostrożnie.
Pokrótce Neph przedstawił im to, co wiedział o rozmieszczeniu wszystkich
sił, zmyślając szczegóły, kiedy wydawało się to stosowne, i chętnie
rzucając wojskowym żargonem, jakby się spodziewał, że Vürdmeisterowie
pojmą wszystkie niuanse sztuki dowodzenia, której nigdy się nie uczyli.
Zawsze, kiedy umierał Król-Bóg, zaczynały się rzezie. Najpierw
spadkobiercy zwracali się przeciwko sobie. Potem ci, którzy przetrwali,
gromadzili wokół siebie meisterów i Vürdmeisterów i zaczynali walki od
nowa, aż zostawał tylko jeden Ursuul. Jeśli nikt nie ugruntował swojej
przewagi dostatecznie szybko, rozlew krwi obejmował też meisterów. Neph
Dada nie zamierzał na to pozwolić.
Kiedy tylko się upewnił, że Król-Bóg Garoth Ursuul nie żyje, odnalazł
Tensera Ursuula, jednego ze spadkobierców Króla-Boga i przekonał go,
żeby przejął Khali. Tenser pomyślał, że to przejęcie bogini oznacza
potęgę. I rzeczywiście, ale dla Nepha. Dla Tensera oznaczało to
katatonię i szaleństwo. Potem Neph rozesłał prostą wiadomość do
wszystkich Vürdmeisterów we wszystkich zakątkach khalidorskiego
imperium: "Pomóżcie mi sprowadzić Khali do domu".
Odpowiadając na ten religijny apel, każdy Vürdmeister, który nie chciał
ryzykować życia, popierając jakiegoś bezwzględnego dzieciaka z rodu
Ursuulów, miał pretekst do ucieczki. Jeśli Neph zapanuje nad tymi
pierwszymi Vürdmeisterami, którzy przybyli z posterunków na pobliskich
ziemiach, to, kiedy zjawią się pozostali z dalszych regionów imperium,
sami się podporządkują. Jeśli Królowie-Bogowie byli w czymś dobrzy, to
we wszczepianiu posłuszeństwa.
- Las Mrocznego Łowcy znajduje się między nami - Neph machnął ręką,
obejmując Vürdmeisterów, siebie i strażników Khali, w sumie ledwie
pięćdziesięciu ludzi - a tymi wojskami. Osobiście widziałem ponad setkę
ludzi, meisterów i nie tylko, którym rozkazano wejść do Lasu. Żaden nie
powrócił. Nigdy. Gdyby nie szło o bezpieczeństwo Khali, w ogóle bym o tym nie wspominał. - Neph znowu zakaszlał; w płucach naprawdę miał żywy
ogień, ale kaszel był wkalkulowany w jego plan. Ci, którzy nie ugięliby
kolan przed młodym mężczyzną, mogą chętnie służyć słabnącemu starcowi,
uznając, że to nie potrwa długo. Splunął. - Ceuranie mają miecz mocy,
Curocha. Tutaj. - Neph wskazał miejsce, gdzie wylądowała jego flegma,
sam skraj Lasu Mrocznego Łowcy.
- Czy miecz przyjął kształt Ceur'caelestosa, ceurańskiego Ostrza
Niebios? - zapytał Vürdmeister Borsini.
To on cały czas mrugał; był młodzieńcem o groteskowo wielkim nosie i ogromnych uszach. Gapił się w przestrzeń. Nephowi się to nie podobało.
Borsini podsłuchiwał, kiedy zwiadowcy składali raport?
Vir Borsiniego, miara względów bogini i jego magicznych mocy, wypełniał
mu ramiona jak setka kolczastych różanych łodyg. Tylko vir Nepha
pokrywał więcej skóry, falując jak żywy tatuaż w lodricarskich
zawijasach, czerniąc jego ciało od czoła aż po paznokcie. Ale mimo
inteligencji i mocy Borsini opanował dopiero jedenaście shu'ra. Neph,
Tarus, Orad i Raalst byli Vürdmeisterami dwunastego shu'ra - wyżej mógł
zajść tylko Król-Bóg.
- Curoch przyjmuje taki kształt, jaki zechce - powiedział Neph. - Chodzi
o to, że jeśli Curoch znajdzie się w Lesie Łowcy, nigdy już go nie
opuści. Mamy jedyną szansę przechwycić łup, którego szukaliśmy od
wieków.
- Ale tam są trzy armie - zauważył Vürdmeister Tarus. - Wszystkie mają
przewagę liczebną i każda z radością nas zabije.
- Próba przechwycenia miecza najprawdopodobniej zakończy się śmiercią
śmiałka, ale pozwólcie, że wam przypomnę, że jeśli nie spróbujemy,
odpowiemy za to - powiedział Neph. - Dlatego ja pójdę. Jestem stary.
Zostało mi tylko kilka lat, więc moja śmierć nie będzie wysoką ceną dla
imperium.
Oczywiście, kiedy już będzie miał w ręku Curocha, który stukrotnie
wzmocni jego magiczne moce, wszystko się zmieni i każdy o tym wiedział.
Vürdmeister Tarus jako pierwszy wysunął sprzeciw.
- A kto wyznaczył ciebie na dowódcę...
- Khali - przerwał mu Borsini, zanim Neph zdążył odpowiedzieć. Niech to
szlag! - Dzięki Khali miałem widzenie. To dlatego zapytałem, jak
Ceuranie nazywają miecz. Khali powiedziała mi, że to ja mam przynieść
Ceur'caelestosa. Jestem z nas najmłodszy, najbardziej zbędny i najszybszy. Vürdmeisterze Dada, powiedziała, że porozmawia z tobą dziś
rano. Masz czekać na jej słowo przy łożu księcia. Sam.
Ten chłopak był genialny. Chciał zaryzykować z mieczem i na oczach
wszystkich przekupywał Nepha. Neph zostanie z Khali i księciem w katatonii, a kiedy wyjdzie, ogłosi "słowo od bogini". Prawdę mówiąc,
Neph wcale nie chciał iść po miecz, ale musiał to zaproponować, bo tylko
wtedy na pewno zmusiliby go do pozostania. Borsini spojrzał mu w oczy.
Jego spojrzenie mówiło: "Jeśli zdobędę miecz, będziesz mi służył.
Jasne?".
- Błogosławione niech będzie jej imię - powiedział Neph.
Pozostali powtórzyli jak echo. Nie do końca rozumieli, co właśnie się
rozegrało. Z czasem to do nich dotrze.
- Powinieneś wziąć mojego konia. Jest szybszy od twojego - zaproponował
Neph.
Wplótł malutkie zaklęcie w grzywę wierzchowca. Kiedy słońce wzejdzie -
mniej więcej w czasie, kiedy jeździec dotrze do południowego krańca lasu
- zaklęcie zacznie pulsować magią, która ściągnie Mrocznego Łowcę.
Borsini nie dożyje południa.
- Dziękuję, ale źle sobie radzę z cudzymi końmi. Wezmę swojego -
odpowiedział Borsini, starając się zachować neutralny ton.
Poruszył ogromnymi uszami i nerwowo skubnął ogromny nos. Spodziewał się
pułapki i wiedział, że jej uniknął, ale chciał, żeby Neph uznał to za
ślepy traf.
Neph zamrugał, udając rozczarowanie, a potem wzruszył ramionami, jakby
chciał ukryć niezadowolenie i dać do zrozumienia, że to nie ma
znaczenia.
I rzeczywiście nie miało. Takie samo zaklęcie wplótł w grzywy wszystkich
koni w obozie.
Rozdział 5
Kylar jeszcze nigdy nie rozpętał wojny.
Podkradając się do obozu Lae'knaught, nie musiał tak uważać, jak kiedy
podchodził do obozu Ceuran. Po prostu przeszedł niewidzialny obok
wartowników w czarnych kasakach ozdobionych złotym słońcem - czystym
światłem rozumu pokonującym ciemnotę i zabobon. Wyszczerzył zęby.
Lae'knaught będą zachwyceni Aniołem Nocy.
Obóz był ogromny. Stacjonował tu cały legion, pięć tysięcy żołnierzy, w tym tysiąc słynnych lansjerów. Jako społeczność opierająca się jedynie
na ideologii Lae'knaught twierdził, że nie posiada ziemi. W rzeczywistości okupował wschodnią Cenarię od osiemnastu lat. Kylar
podejrzewał, że legion przysłano tutaj, żeby zniechęcić Khalidor do
dalszego parcia na wschód. A może po prostu zjawili się tu przypadkiem?
Prawdę mówiąc, to go nie obchodziło. Rycerze Lae'knaught to zwyczajne
oprychy. Gdyby w ich zapewnieniach, że walczą z czarną magią, była
chociaż krztyna prawdy, przyszliby Cenarii z pomocą, kiedy napadł na nią
Khalidor. Zamiast tego zabijali czas, paląc miejscowe "czarownice" i rekrutując ludzi spośród cenaryjskich uchodźców. Pewnie zamierzali
"przyjść z pomocą", kiedy Cenaria już upadnie, i uzyskać w zamian za to
lepsze ziemie.
Chociaż Cenaria nie prowokowała niczyjego ataku, została najechana od
wschodu przez Lae'knaught, od północy przez Khalidor i teraz od południa
przez Ceurę. Najwyższy czas, żeby te wygłodniałe miecze spotkały się ze
sobą.
Dymiące czarne ostrze wysunęło się z lewej ręki Kylara. Sprawił, że
zaczęło się jarzyć i spowiło błękitnymi płomieniami, ale sam został
niewidzialny. Dwaj żołnierze, którzy sobie gawędzili, zamiast być na
wyznaczonym obchodzie, zamarli na ten widok. Pierwszy był względnie
niewinny. Z oczu drugiego Kylar wyczytał, że mężczyzna oskarżył młynarza
o czary, bo pragnął jego żony.
- Morderca - powiedział Kylar.
Ciął ostrzem uformowanym z ka'kari. Miecz nie tyle ciął, ile pożerał.
Niemal bez oporu ostrze przeszło przez nosal hełmu, sam nos, podbródek,
kasak, przeszywanicę i brzuch. Mężczyzna spojrzał w dół, a potem dotknął
rany na rozciętej twarzy, z której trysnęła krew. Krzyknął i z jego
torsu wypłynęły wszystkie wnętrzności.
Drugi uciekł z wrzaskiem.
Kylar biegł, spowijając się w iluzje. Jakby zza dymu rozbłyskiwała
opalizująca, czarna metaliczna skóra, łuki wyolbrzymionych mięśni,
oblicze Sprawiedliwości: wyraziste ściągnięte brwi, wysokie kanciaste
kości policzkowe, drobne usta i lśniące czarne oczy bez źrenic, z których wylewał się błękitny płomień. Przebiegł obok garstki
wychudzonych cenaryjskich rekrutów, którzy wytrzeszczyli oczy na jego
widok; trzymali broń, ale całkiem o niej zapomnieli. W ich oczach nie
było zbrodni. Dołączyli do Lae'knaught, bo przymierali głodem.
Za to następna grupa brała udział w setkach podpaleń i gorszych rzeczy.
- Gwałciciel! - ryknął Kylar.
Ciął ostrzem ka'kari krocze mężczyzny. To będzie ciężka śmierć.
Kolejnych trzech zginęło, zanim ktokolwiek go zaatakował. Zrobił unik
przed włócznią, odciął jej grot i znowu ruszył biegiem w stronę namiotów
dowództwa w centrum obozu.
Trąbki zagrały na alarm. Wreszcie. Kylar biegł między namiotami, czasem
z powrotem znikając w niewidzialności, ale zanim zabił, zawsze znowu się
pojawiał. Uwolnił kilka koni, żeby narobić większego zamieszania, ale
nie za dużo. Chciał, żeby wojsko było w stanie szybko zareagować.
W ciągu kilku minut w obozie rozpętało się pandemonium. Kilka koni
ruszyło galopem, ciągnąc za sobą poprzeczkę, do której były uwiązane;
poprzeczka latała we wszystkie strony, zaczepiając o namioty i ciągnąc
je za sobą. Mężczyźni krzyczeli, klęli, bełkotali coś o duchu, demonie,
widziadle. Niektórzy atakowali siebie nawzajem w zamieszaniu i ciemności. Jakiś namiot buchnął ogniem. Za każdym razem, kiedy pojawiał
się jakiś oficer, krzycząc i próbując zaprowadzić porządek, Kylar
zabijał. W końcu znalazł tego, którego szukał.
Starszy mężczyzna wypadł z największego namiotu w obozie. Miał na głowie
wielki hełm, symbol grafa Lae'knaught - generała.
- Stawać w szyku! Formacja jeż! - krzyknął. - Głupcy, daliście się
omamić! Formować jeże, niech was szlag!
Z powodu przerażenia i ponieważ wielki hełm stłumił głos dowódcy,
początkowo niewielu mężczyzn posłuchało, ale trębacz raz za razem
wygrywał sygnał. Kylar zobaczył, że mężczyźni zaczynają formować luźne
kręgi, stając do siebie plecami i mierząc przed siebie włóczniami.
- Walczycie tylko ze sobą. To złudzenie. Pamiętajcie o swojej zbroi.
Graf miał na myśli Zbroję Niewiary. Lae'knaught uważali, że przesądy
mają wpływ na człowieka tylko wtedy, kiedy się w nie wierzy.
Kylar skoczył wysoko w powietrze i stał się widzialny, kiedy opadał
przed grafem. Wylądował na jednym kolanie i z pochyloną głową, opierając
się lewą ręką z mieczem o ziemię. Chociaż w oddali nadal panował zgiełk,
mężczyźni wokół niego zamilkli oszołomieni.
- Grafie - powiedział Anioł Nocy - mam dla ciebie wiadomość.
Wstał.
- To tylko zjawa, nic więcej - oznajmił graf. - Formacja orzeł trzy!
Trębacz odegrał rozkazy i żołnierze ruszyli biegiem, by zająć pozycje.
Ponad stu ludzi tłoczyło się na polanie przed namiotem grafa, tworząc
ogromny krąg jeżący się włóczniami. Anioł Nocy ryknął, błękitne
płomienie buchnęły z jego ust i oczu. Płomienie wciekły strużką z powrotem do miecza. Kylar zataczał ostrzem kręgi tak szybko, że było
widać tylko rozmazane wstążki światła. Potem schował go z powrotem do
pochwy, pozwalając światłu mignąć po raz ostatni i zostawiając żołnierzy
oślepionych powidokiem.
- Jesteście głupcami, rycerze Lae'knaught. To teraz ziemie Khalidoru.
Uciekajcie albo wybijemy was co do nogi. Uciekajcie albo zostaniecie
osądzeni.
Sugerując, że jest Khalidorczykiem, Kylar miał nadzieję sprowokować
odwet, który uderzy w przebranych za Khalidorczyków Ceuran, próbujących
zabić Logana i jego ludzi.
Graf zamrugał. A potem wrzasnął:
- Złudzenia nie mają nad nami władzy! Pamiętajcie o swojej zbroi!
Kylar pozwolił, żeby płomienie przygasły, jakby Anioł Nocy tracił siły
pozbawiony wiary rycerzy Lae'knaught. Znikał, aż widoczny pozostał tylko
jego miecz, zakreślający powoli klasyczne sztychy i finty: Poranne
Cienie przechodzące w Chwałę Hadena, Kapiącą Wodę przechodzącą w Zwód
Kevana.
- Nie może nas tknąć - oznajmił graf setkom żołnierzy tłoczących się
teraz na obrzeżach polany. - Światło należy do nas! Nie obawiamy się
ciemności.
- Osądzę was - powiedział Anioł Nocy. - Widzę, że tego pragniecie!
Zniknął całkiem i zobaczył ulgę w oczach wszystkich zgromadzonych w kręgu; niektórzy otwarcie szczerzyli zęby w uśmiechach, kręcąc głowami,
zdziwieni, ale triumfujący.
Adiutant grafa przyprowadził mu konia, podał wodze i lancę. Graf dosiadł
konia; zdawał sobie sprawę, że musi zacząć wydawać rozkazy, umocnić
panowanie nad sytuacją, zagonić ludzi do działania, żeby nie myśleli i nie panikowali. Kylar odczekał, aż graf otworzy usta, a wtedy ryknął tak
głośno, że zagłuszył go całkowicie.
- Morderca!
Pojawił się tylko łuk bicepsa, węzły mięśni ramion i płonące oczy, a zaraz po nich świsnął płomień, kiedy Kylar zaczął kreślić kręgi płonącym
mieczem. Żołnierz padł na ziemię. Zanim jego głowa odtoczyła się od
ciała, Anioł Nocy zniknął.
Nikt się nie poruszył. To nie działo się naprawdę. Widmo było wytworem
masowej histerii. Nie miało ciała.
- Handlarz niewolnikami!
Tym razem miecz ukazał się, kiedy sterczał już z pleców żołnierza.
Nabitego na ostrze mężczyznę coś uniosło i cisnęło nim głową naprzód w stronę żelaznego kotła. Szarpnął się, kiedy węgle zaczęły przypiekać mu
ciało, ale się nie odturlał.
- Oprawca!
Miecz rozciął brzuch kolejnego żołnierza.
- Nieczysty! Nieczysty! - krzyczał Anioł Nocy; cała jego postać
świeciła, płonęła błękitem. Zabijał na prawo i lewo.
- Zabić to! - wrzasnął graf.
Spowity w niebieskie płomienie, które strzelały i trzaskały długimi
strumieniami w ślad za nim, Kylar przeskoczył ponad kręgiem. Pozostając
widzialnym i nadal płonąc, pobiegł prosto na północ, jakby wracał do
obozu "Khalidorczyków". Ludzie uskakiwali mu z drogi. Potem zgasił
płomienie, stał się niewidzialny i wrócił sprawdzić, czy podstęp
zadziałał.
- Ustawić się w szyku! - krzyczał siny ze złości graf. - Wkroczymy do
lasu! Czas zabić paru czarowników! Ruszamy! Natychmiast!
Rozdział 6
- Eunuchowie na lewo - powiedział Rugger, khalidorski strażnik.
Był tak muskularny, że wyglądał jak wór orzechów, ale najwyraźniej
rysowała się groteskowa narośl na jego czole.
- Ej, Półczłowieku! To dotyczy też ciebie!
Dorian powlókł się do szeregu po lewej stronie, odrywając wzrok od
strażnika. Znał go - to był bękart, którego spłodził z jakąś niewolnicą
jednego ze starszych braci Doriana. Infanci, synowie godni tronu,
bezlitośnie dręczyli Ruggera. Nauczyciel Doriana, Neph Dada, zachęcał do
tego. Obowiązywała tylko jedna zasada: żadnemu niewolnikowi nie mogli
zrobić krzywdy, która uniemożliwiałaby mu wykonywanie obowiązków. Narośl
Ruggera to była robota małego Doriana.
- Na co się gapisz? - warknął Rugger, szturchając Doriana włócznią.
Dorian uparcie wbijał wzrok w ziemię. Pokręcił głową. Zanim przyszedł do
Cytadeli prosić o pracę, zmienił swój wygląd najbardziej, jak tylko się
ośmielił, ale nie mógł posunąć się z tworzeniem iluzji za daleko. Będzie
regularnie bity. Strażnik, arystokrata albo infant zauważy, gdy cios nie
natrafi na stosowny opór albo Dorian nie wzdrygnie się jak powinien.
Eksperymentował ze zmianą równowagi humorów, żeby przestały mu rosnąć
włosy jak u dorosłego mężczyzny, ale efekty były przerażające. Na samo
wspomnienie dotknął torsu - na szczęście pierś powróciła już do męskich
proporcji.
Zamiast tego więc ćwiczył, aż nauczył się omiatać ciało ogniem i powietrzem, żeby skóra pozostała bezwłosa. Zważywszy, z jaką prędkością
rosła mu broda, będzie to splot, którego przyjdzie mu używać dwa razy
dziennie. W życiu niewolnika zostawało niewiele miejsca na prywatność,
więc szybkość była kluczowa. Na szczęście niewolników w zasadzie nie
zauważano - dopóki nie ściągali na siebie uwagi, gapiąc się na
strażników, jakby to były jakieś dziwolągi.
Skul się albo umrzesz, Dorianie. Rugger znowu go uderzył, ale Dorian nie
drgnął, więc strażnik ruszył dalej, by podręczyć kogoś innego.
Stali przed Wieżą Bramną. Dwieście kobiet i mężczyzn czekało u wejścia
po zachodniej stronie. Nadchodziła zima i nawet ci, którzy zebrali
obfite plony, stali się żebrakami przez wojska Króla-Boga. Dla prostych
ludzi to prawie nie miało znaczenia, czy armia przechodząca przez ich
ziemie jest własna czy obca. Jedni plądrowali, drudzy szabrowali, ale
tak czy inaczej wszyscy brali, co chcieli, i zabijali tych, którzy
stawiali opór. Ponieważ Król-Bóg opróżnił Cytadelę, wysyłając wojska i na południe do Cenarii, i na północ na Zmarzlinę, nadchodząca zima
zapowiadała się okrutnie. Wszyscy oczekujący ludzie mieli nadzieję, że
sprzedadzą się w niewolę, zanim nadejdą mrozy i kolejka wydłuży się
czterokrotnie.
Zapowiadał się mroźny, bezchmurny, jesienny dzień w mieście Khaliras; do
świtu brakowało jeszcze dwóch godzin. Dorian zapomniał już, jak
wspaniale wyglądają gwiazdy na północy. W mieście paliło się niewiele
lamp - olej był za drogi, więc niewiele ziemskich płomieni konkurowało z ogniami w eterze, płonącymi jak dziury w płaszczu nieba.
Wbrew sobie Dorian czuł budzącą się w nim dumę, kiedy patrzył na miasto,
które mogło do niego należeć. Khaliras rozpościerała się ogromnym
kręgiem wokół przepaści otaczającej Górę Niewoli. Kolejne pokolenia
Królów-Bogów z rodu Ursuulów otaczały murami wycinki miasta, żeby
chronić swoich niewolników, rzemieślników i kupców, aż te fragmenty
zbudowane z różnego kamienia połączyły się w jeden krąg, otaczając cały
gród.
Wznosiło się tu tylko jedno wzgórze - wąski, granitowy grzbiet, na
którym główna droga wznosiła się serpentynami, uniemożliwiającymi wjazd
machinom oblężniczym. U szczytu tej grani znajdowała się Wieża Bramna,
która przysiadła tam jak ropucha na pniaku. I zaraz po drugiej stronie
zardzewiałych zębów kraty w bramie Doriana czekało pierwsze wyzwanie.
- Ta czwórka, wchodzić - powiedział Rugger.
Dorian był trzeci z czterech eunuchów i wszyscy się trzęśli, kiedy
zbliżali się do przepaści. Świetlisty Most był jednym z cudów świata i w czasie wszystkich swoich podróży Dorian nie widział magii, która mogłaby
się równać z tą. Bez przęseł, bez filarów długi na czterysta kroków most
jak pajęcza nić łączy Wieżę Bramną z Cytadelą na Górze Niewoli.
Ostatnim razem, kiedy przekraczał Świetlisty Most, Dorian dostrzegał
tylko wspaniałość magii, błyszczący, sprężysty chodnik, skrzący się
tysiącem kolorów przy każdym kroku. Teraz nie widział niczego innego
prócz bloków, do których zakotwiczono magię. Jeśli idzie o konkretne
materiały, z których wykonano most, nie był to kamień, metal czy drewno.
Most wybrukowano ludzkimi czaszkami, tworząc ścieżkę wystarczająco
szeroką, żeby zmieściły się obok siebie trzy konie. Gdy w miarę upływu
lat pojawiały się wyrwy w kościanym bruku, po prostu dokładano nowe
głowy. Każdy Vürdmeister - jak nazywano mistrzów viru, którzy opanowali
dziesięć shu'ra - mógł rozproszyć tworzącą most magię jednym słowem.
Dorian nawet znał to zaklęcie, chociaż nie miał z tej wiedzy wielkiego
pożytku. Żołądek zaciskał mu się nerwowo, bo wiedział, że magię
Świetlistego Mostu obmyślono tak, by magowie, którzy korzystali z Talentu, a nie z nikczemnego viru, jak meisterowie i Vürdmeisterowie,
automatycznie z niego spadali.
Ponieważ był prawdopodobnie jedyną osobą w Midcyru, którą szkolono
zarówno na meistera, jak i na maga, Dorian pomyślał, że ma większą
szansę przejść most niż jakikolwiek inny mag. Kupił wczoraj wieczorem
nowe buty i wsunął do każdego ołowianą płytkę. Pomyślał, że w ten sposób
wyeliminuje wszelkie ślady południowej magii, jakie mogły się do niego
przyczepić. Niestety, istniał tylko jeden sposób, żeby się przekonać,
czy ma rację.
Z bijącym sercem wszedł za eunuchami na Świetlisty Most. Przy pierwszym
kroku most rozbłysnął dziwaczną zielenią i Dorian poczuł mrowienie w stopach, kiedy vir sięgnął w górę wokół jego butów. Zaraz jednak zgasł i nikt niczego nie zauważył. Dorianowi udało się. Świetlisty Most wyczuł
Talent, ale przodkowie Doriana byli wystarczająco mądrzy, żeby wiedzieć,
że nie każda Utalentowana osoba jest magiem. Każdy następny krok
Doriana, kiedy wlekł się za pozostałymi podenerwowanymi eunuchami,
wywoływał migotanie magii, przez które wydawało się, że osadzone w moście czaszki ziewają i przesuwają się, gapiąc się z nienawiścią na
przechodzących górą. Ale most nie załamał się pod nim.
O ile na widok geniuszu Świetlistego Mostu Dorian poczuł pewną dumę, o tyle Góra Niewoli wzbudziła jedynie grozę. Urodził się we wnętrznościach
tej przeklętej skały, głodzono go w jej lochach, walczył w jej jamach,
popełniał morderstwa w jej sypialniach, kuchniach i korytarzach.
Wewnątrz tej góry Dorian odnajdzie swoje vürd, przeznaczenie, fatum,
swój koniec. Znajdzie też kobietę, która zostanie jego żoną. I obawiał
się, że dowie się, dlaczego odrzucił dar jasnowidzenia. Co tak
strasznego go czekało, że chciał odrzucić wiedzę o tych przyszłych
wydarzeniach?
Góry Niewoli nie stworzyła natura - to była ogromna czarna piramida o czterech ścianach, dwa razy wyższa niż szeroka i schodząca głęboko pod
ziemię. Ze Świetlistego Mostu Dorian spojrzał w dół i zobaczył chmury
przesłaniające nieznane głębiny, które leżały w dole. Trzydzieści
pokoleń niewolników, zarówno Khalidorczyków, jak i jeńców wojennych
wysłano w te głębiny, do kopalni, gdzie wśród gnilnych wyziewów wydawali
z siebie ostatnie tchnienie i wzbogacali rudę własnymi kośćmi.
Piramida była ścięta przy jednej krawędzi i wypłaszczała się, tworząc
płaskowyż przed ogromnym trójkątnym sztyletem góry. Na tym płaskowyżu
wznosiła się Cytadela. Ginęła w porównaniu z Górą Niewoli, ale kiedy
człowiek zbliżał się do niej, zaczynał rozumieć, że Cytadela była
miastem samym w sobie. Znajdowały się tam koszary dla dziesięciu tysięcy
żołnierzy, ogromne magazyny, olbrzymie cysterny, place treningowe dla
ludzi, koni i wilków, zbrojownie, kilkanaście kuźni, kuchni, stajni,
stodół, zagród, składów drzewnych i mnóstwo miejsca dla robotników,
narzędzi i surowców potrzebnych, żeby dwadzieścia tysięcy ludzi
przetrwało roczne oblężenie. Ale mimo to Cytadela wydawała się maleńka
przy Górze Niewoli - czyli przy zamku, bo tym właśnie była piramida,
którą przecinały rozliczne korytarze, komnaty, apartamenty, lochy i dawno zapomniane przejścia, sięgające samych jej korzeni.
Od dziesięcioleci ani cytadela, ani Góra Niewoli nie były całkowicie
wypełnione ludźmi, a teraz kiedy wojsko wysłano na południe i na północ,
wydawały się jeszcze cichsze niż zazwyczaj. W Khaliras mieszkało teraz
tylko pospólstwo, minimalna obsada wojskowa, mniej niż połowa meisterów
królestwa, skromna liczba urzędników - tylu tylko, ilu było w stanie
doglądać okrojonych interesów państwa, infanci, żony i konkubiny
Króla-Boga oraz ich strażnicy.
Na czele tych strażników stał Główny Eunuch, Yorbas Zurgah. Yorbas był
starym, zniewieściałym, całkowicie pozbawionym owłosienia mężczyzną,
który nawet golił sobie głowę i wyskubywał brwi i rzęsy. Siedział przy
bramie dla służby otulony w gronostajowy płaszcz, który chronił go przed
chłodem poranka. Przed nim stało biurko ze zwiniętym pergaminem.
Obrzucił Doriana pełnym powątpiewania spojrzeniem niebieskich oczu.
- Niski jesteś - powiedział szambelan Zurgah.
Sam był wysokiego wzrostu, typowego dla eunuchów.
A ty jesteś gruby, pomyślał Dorian.
- Tak, mój panie.
- Wystarczy samo "panie".
- Tak, panie.
Szambelan podrapał się po bezwłosym podbródku palcami grubymi jak
kiełbaski i ozdobionymi licznymi pierścieniami.
- Jest w tobie coś dziwnego.
W młodości Dorian rzadko widywał Yorbasa Zurgaha. Nie sądził, żeby
mężczyzna go pamiętał, ale wszelkie dokładniejsze badania mogły się
okazać niebezpieczne.
- Wiesz, jaka czeka kara mężczyznę, który próbuje wejść do haremu? -
zapytał Zurgah.
Dorian pokręcił głową i nieugięcie patrzył pod nogi. Zacisnął zęby i nie
podnosząc wzroku, odgarnął włosy za uszy.
Ten szczegół uważał za genialny pomysł: dodał sobie kilka srebrnych
pasemek do włosów, lekko szpiczaste uszy i błonę pławną między paroma
palcami u stóp. Takimi cechami wyróżniało się tylko jedno plemię w Khalidorze. Faeyuri twierdzili, że są potomkami ludu Faerie, za co
pogardzano nimi w równej mierze jak za ich pacyfizm. Dorian wyglądał na
mieszańca Faeyuri. Miał nadzieję, że egzotyczny wygląd i pochodzenie z tak pogardzanej grupy sprawią, że nikt nawet się nie zastanowi, dlaczego
jego khalidorska część tak bardzo przypomina Garotha Ursuula. Tłumaczyło
to także niski wzrost.
- To jeszcze jeden powód, dla którego nazywają mnie Półczłowiekiem.
Yorbas Zurgah zacmokał z niesmakiem.
- Rozumiem. Oto więc warunki twojej umowy: będziesz służył o każdej
wymaganej porze, a twoim pierwszym zadaniem będzie opróżnianie i mycie
urynałów konkubin. Jedzenie będziesz dostawał zimne i nigdy w wystarczającej ilości. Nie wolno ci rozmawiać z konkubinami, a jeśli
będziesz miał z tym kłopot, wyrwiemy ci język. Zrozumiano?
Dorian pokiwał głową.
- Zostaje więc jeszcze jedno, Półczłowieku.
- Tak, panie?
- Musimy się upewnić, że rzeczywiście jesteś w połowie mężczyzną.
Zdejmij spodnie.
Rozdział 7
Lantano Garuwashi siedział na drodze Kylara z obnażonym mieczem na
kolanach. Obok niego stał olbrzymi Feir Cousat ze skrzyżowanymi na
piersi potężnymi rękami. Blokowali wąską ścieżkę wydeptaną przez
zwierzęta, która biegła wzdłuż południowego skraju Lasu Łowcy. Feir
mruknął ostrzegawczo, kiedy pojawił się Kylar.
Miecza Garuwashiego nie dało się z niczym pomylić. Rękojeść miał na tyle
długą, że można ją było chwycić jedną albo dwiema rękoma. Był z czystego
mistarillu, na którym wygrawerowano złote runy w języku staroceurańskim.
Lekko zakrzywione ostrze ozdobiono głową smoka skierowaną ku ostremu
czubkowi. Kiedy Kylar podszedł, smok zionął ogniem. Płomienie buchnęły
wewnątrz ostrza, które stało się wtedy przezroczyste jak szkło. Ogień
sięgał coraz dalej, w miarę jak Kylar się zbliżał. Kylar przywołał
ka'kari do oczu i zobaczył Ceur'caelestosa w różnych odcieniach magii.
Wtedy zorientował się, że miecz pochodzi z innych czasów. Już samą magię
tak pomyślano, żeby była piękna - chociaż Kylar nic a nic z niej nie
pojmował. Wyczuwał w niej żartobliwy ton, dostojeństwo, pychę i miłość.
Kylar zdał sobie sprawę, że ma skłonność do pakowania się w sprawy,
które przerastają go o głowę. Do których należało także wykradzenie
takiego miecza Lantano Garuwashiemu.
- Porzuć cienie albo ci w tym pomogę - powiedział Feir.
Piętnaście kroków przed nimi Kylar porzucił cienie.
- Więc magowie widzą mnie, kiedy jestem niewidzialny. Niech to szlag.
Właściwie to spodziewał się tego.
Feir uśmiechnął się ponuro.
- Tylko jeden na dziesięciu mężczyzn. I dziewięć na dziesięć kobiet.
Widzę cię na odległość nie większą niż trzydzieści kroków. Dorian
wypatrzyłby ciebie z pół mili, i to przez drzewa. Ale zapominam się.
Baronecie Kylarze Stern z Cenarii, znany też jako Anioł Nocy,
przysposobiony synu siepacza Durzo Blinta, oto Wielki Dowódca Lantano
Garuwashi Niepokonany, Wybraniec Ceur'caelestosa, z rodziny Lantano ze
Wzniesienia Aenu.
Kylar ścisnął lewą ręką kikut prawej i skłonił się na modłę ceurańską.
- Wielki Dowódco, wiele opowieści o twych dokonaniach zaświadcza o twoim
męstwie.
Garuwashi wstał i wsunął Ceur'caelestosa do pochwy. Skłonił się, a jego
usta leciutko drgnęły.
- Aniele Nocy, podobnie jak nieliczne opowieści na twój temat.
Horyzont już pojaśniał, ale w lesie nadal panował mrok. Pachniało
deszczem i nadchodzącą zimą. Kylar zastanawiał się, czy to będą ostatnie
zapachy, jakie poczuje w tym życiu. Uśmiechnął się, czując narastającą
desperację.
- Najwyraźniej mamy pewien problem.
A właściwie to nawet kilka.
- To znaczy? - spytał Garuwashi.
Nie mogę walczyć z tobą, będąc niewidzialnym, dopóki nie zabiję Feira,
ale nawet gdybym tego dokonał, żaden z was nie zasłużył na śmierć.
- Masz miecz, którego potrzebuję - odpowiedział.
- Czyś ty całkiem osz... - zaczął Feir, ale urwał, kiedy Garuwashi
uniósł rękę.
- Wybacz mi, Aniele Nocy - powiedział Lantano - ale nie jesteś
leworęczny i poruszasz się, jakbyś stracił prawą rękę całkiem niedawno.
Jeśli aż tak bardzo pragniesz śmierci, że rzucasz mi wyzwanie, to nie
odmówię ci tej przyjemności. Ale dlaczego miałbyś tego chcieć?
Bo zawarłem umowę z Wilkiem.
Ledwie kilka godzin później Kylar znalazł list od Durzo, który kończył
się słowami "NIE ZAWIERAJ ŻADNYCH UMÓW Z WILKIEM". Może właśnie dlatego.
Nie dam rady wygrać.
"Chyba że przyjmiesz moją pomocną dłoń" - odezwało się w umyśle Kylara
ka'kari.
Czarna metaliczna kula, która w nim żyła, rzadko się odzywała, a nawet
kiedy to robiła, nie zawszy była pomocna.
"Przezabawne" - odpowiedział w myślach Kylar.
Garuwashi zerknął na nadgarstek Kylara.
Feir patrzył rozgorączkowany.
Kylar spojrzał w dół i zobaczył czarny jak smoła metal wijący się wokół
nadgarstka. Powoli przybrał kształt dłoni. Kylar spróbował zacisnąć
pięść i udało mu się to.
"Czy to jakiś żart?"
"To by było zbyt okrutne. A tak przy okazji, Jorsinowi Alkestesowi nie
podobała się idea wrogów powracających do życia. Jeśli ten miecz cię
zabije, naprawdę umrzesz".
Zabawne, że Wilk zapomniał mi o tym wspomnieć.
Kylar poruszył palcami. Miał w nich nawet pewne czucie. Jednocześnie
ręka wydawała się za lekka. Była pusta, skórę miała cieńszą niż
pergamin.
"Ej, skoro już robisz cuda..."
"Nie".
"Nawet nie wiesz, co chcę powiedzieć!"
"No to dawaj".
Kylar miał wrażenie, jakby ka'kari przewróciło oczami. Jak ono to
robiło? Przecież nie miało oczu.
"Możesz zrobić coś z wagą?"
"Nie".
"Dlaczego?"
Ka'kari westchnęło.
"Mam stały rozmiar. Już pokrywam całą twoją skórę i teraz daję ci rękę.
Niewidzialność, niebieskie płomienie i dodatkowa ręka to dla ciebie za
mało?"
"Więc zrobienie z ciebie sztyletu i rzucenie nim, to byłby kiepski
pomysł?"
Ka'kari umilkło naburmuszone, a Kylar wyszczerzył zęby. A potem zdał
sobie sprawę, że szczerzy zęby do Lantano Garuwashiego, który ma
sześćdziesiąt trzy śmierci wplecione we włosy i osiemdziesiąt dwie w oczach.
- Potrzebujesz chwili? - zapytał Garuwashi, unosząc brew.
- Ehm, nie, już jestem gotowy.
Kylar wyciągnął miecz.
- Kylarze, co zamierzasz zrobić z mieczem? - spytał Feir.
- Myślałem, że odstawię go w bezpieczne miejsce.
Feir wytrzeszczył oczy.
- Zabierzesz go do Lasu?
- Planowałem go tam wrzucić.
- Dobry pomysł - zgodził się Feir.
- Może i niezły, ale z pewnością nie dobry - odparł Garuwashi.
Błyskawicznie doskoczył do Kylara. Miecze dzwoniły o siebie, grając
staccato, które będzie narastało aż do śmierci jednego z nich. Kylar
postanowił udawać, że ma tendencję do przeciągania ripost. Przy
fechmistrzu tak utalentowanym jak Lantano Garuwashi, powinno wystarczyć,
że ujawni słabość dwa razy, a już za trzecim będzie mógł zastawić
pułapkę.
Tyle że już za pierwszym razem, kiedy za bardzo przeciągnął ripostę,
miecz Garuwashiego trafił w odsłonięte miejsce, przejeżdżając po żebrach
Kylara. Mógł go zabić tym jednym pchnięciem, ale powstrzymał się,
spodziewając się podstępu.
Kylar zatoczył się do tyłu, dając przeciwnikowi możliwość przyszykowania
się do następnego ataku. W oczach Garuwashiego było widać rozczarowanie.
Raptem pięć sekund temu skrzyżowali ostrza. Ten człowiek był za szybki.
Niewiarygodnie szybki. Kylar przysunął ka'kari do oczu i przeżył jeszcze
większy szok.
- Nawet nie masz Talentu - powiedział.
- Lantano Garuwashi nie potrzebuje magii.
"W przeciwieństwie do Kylara Sterna!"
Kylar poczuł stary znajomy dreszczyk, echo z przeszłości. To był lęk
przed śmiercią. Gdyby walczyli zwykłymi, alitaerańskimi mieczami, Kylar
zniszczyłby Garuwashiego samą prostą siłą swojego Talentu. Ale przeciwko
eleganckiemu ostrzu ceurańskiemu Talent Kylara prawie na nic się nie
zdał.
- Skończmy to - rzucił.
Znowu podjęli walkę; Garuwashi próbował wyczuć Kylara, nawet oddawał mu
pole, żeby zobaczyć, co zrobi. Ale już się nie wstrzymywał. Kylar to
wyczuł i wiedział, że niedługo się zmęczy i zrobi coś rozpaczliwego.
Garuwashi poczeka na tę chwilę - ilu zrozpaczonych ludzi widział już w trakcie sześćdziesięciu trzech pojedynków? Z pewnością każdy człowiek,
który przetrwał pierwsze krótkie starcie, czuł, jak mu się wszystko
przewraca w żołądku - zupełnie jak teraz Kylarowi. Nie było miejsca na
okłamywanie samego siebie, kiedy ostrza zaczęły śpiewać.
Coś zmieniło się na twarzy Garuwashiego. Zmiana nie była na tyle
wyraźna, żeby Kylar potrafił powiedzieć, co tamten zamierza, ale
wystarczająca, żeby wiedział, że Lantano zna już jego mocne strony.
Teraz zakończy sprawę.
W walce był rytm. Kylar poczekał, aż Garuwashi przejdzie do natarcia -
te jego diabelnie długie ręce były niewiarygodnie szybkie, a postawa
pewna, lecz nieustannie zmienna.
- Czujesz to, prawda? - zapytał Garuwashi, wstrzymując się z atakiem. -
Rytm.
- Czasem - burknął Kylar; nie spuszczał wzroku z Garuwashiego, żeby mu
nie umknął początek następnego ruchu. - Raz nawet usłyszałem w tym
prawdziwą muzykę.
- Wielu zginęło tamtego dnia?
Kylar wzruszył ramionami.
- Trzydziestu górali, czterech czarowników i jeden khalidorski książę -
odpowiedział Feir.
Lantano Garuwashi uśmiechnął się; nie zaskoczyła go wiedza Feira.
- A jednak dziś walczysz, jakbyś był z drewna. Jesteś sztywny i wolniejszy niż zwykle. Wiesz dlaczego? Tamtego dnia ryzykowałeś życie
tak samo jak dzisiaj.
Nieprawda, ale wtedy o tym nie wiedziałem.
- Dzisiaj - ciągnął Garuwashi - boisz się. To ogranicza twoje pole
widzenia, sprawia, że niepotrzebnie napinasz mięśnie. To cię spowalnia.
Przez to umrzesz. Walcz, żeby zwyciężyć, Kylarze Stern, nie żeby
przegrać.
To było niepokojące - słyszeć dobre rady od człowieka, który zaraz go
zabije.
- Proszę - powiedział Garuwashi. Uniósł Ceur'caelestosa i Kylar
zobaczył, że tnące krawędzie stają się tępe. - Zorientuję się, kiedy
będziesz gotowy.
Feir oparł się o drzewo i cicho zagwizdał.
Garuwashi znowu zaatakował i po paru sekundach stępiony miecz otarł się
o żebra Kylara. Minęło kilka kolejnych sekund zaciekłego dzwonienia
stali i tępe ostrze zadrapało mu przedramię, a potem dźgnęło go w ramię.
Ale kiedy Garuwashi zasypywał go gradem ciosów, Kylar zaczął przypominać
sobie bezlitosne sparingi z mistrzem Durzo. Strach minął. Wtedy było tak
samo, tyle że teraz Kylar był wytrzymalszy, silniejszy, szybszy i bardziej doświadczony niż rok temu. Pokonał Durzo. Raz. Kylar znowu
widział wyraźnie i jego serce zwolniło, przestało walić jak oszalałe.
- Dobrze! - powiedział Garuwashi.
Ceur'caelestos znowu stał się ostry i jeszcze raz zaczęli walczyć.
Kylar był świadomy obecności Feira. Arcyszermierz drugiego stopnia
siedział na ziemi ze skrzyżowanymi nogami i z rozdziawionymi ustami.
Mruczał do siebie:
- Rozgrywka Gabela, Wiele Wód, przejście do Trzech Górskich Twierdz,
świetnie, świetnie, do Łowów Czapli... A to co? Parada Praavela? Unik
Goramonda i... A to co, u diabła? Nigdy w życiu... Atak Yrmiego, dobrzy
bogowie. A to jakaś odmiana Dwóch Tygrysów? Byki Harańskie...
Walka nabierała tempa, ale Kylar zachował spokój. Zdał sobie sprawę, że
nawet... się uśmiecha! To szaleństwo! A jednak tak właśnie było; wąskie
usta Garuwashiego też wyginały się w krzywym uśmieszku. W tej walce było
piękno, coś cennego i rzadkiego. Każdy mężczyzna marzył, że umie
walczyć. Nieliczni potrafili i tylko jeden na stu umiał walczyć tak
dobrze. Kylar jednak nigdy nie myślał, że zobaczy drugiego mistrza,
który dorównywałby Durzo Blintowi. Lantano Garuwashi mógł być nawet
lepszy od Durzo, odrobinę szybszy, mieć trochę większy zasięg.
Kylar uskoczył za drzewko sekundę przed tym, jak Garuwashi przeciął je
na pół. Kiedy Lantano odepchnął przewracający się pieniek, Kylar
pomyślał. Miał tylko jedną rzecz, której brakowało Lantano Garuwashiemu.
To znaczy jedną oprócz niewidzialności.
"O, nie! Nie rób tego! To byłoby nieuczciwe!"
To, czego nie miał Lantano Garuwashi, to długie lata walki z kimś
lepszym od siebie. Kylar studiował styl Garuwashiego tak, jak Garuwashi
nigdy nie studiował niczyjego. Sprawa była prosta. Garuwashi opierał się
na przewadze w szybkości, sile, zasięgu, technice i zręczności, i dzięki
temu wygrywał. I... proszę!
Kylar wykonał do połowy atak zwany Estokadą Lorda Umbera, a potem
zmodyfikował go, obracając się przy ostatniej paradzie tak, że
Ceur'caelestos o włos minął jego policzek. Sam rozciął ramię
Garuwashiego, ale riposta już nadchodziła. Kylar uniósł rękę i odruchowo
przesunął na nią ka'kari.
Białe światło rozbłysło i strzeliły tysiące iskier, jakby ręka Kylara
była ogromnym krzemieniem, a Ceur'caelestos kawałkiem stali w krzesiwie.
Kylar poczuł palenie w ręce.
Obaj zatoczyli się do tyłu, a Kylar zrozumiał, że gdyby Garuwashi włożył
chociaż trochę więcej siły w tę ripostę, zniszczyłby ka'kari.
"Proszę... proszę, nie rób tego nigdy więcej".
- Kto cię tego nauczył? - ostro zapytał Garuwashi z twarzą czerwoną jak
burak.
- Ja... - Kylar urwał zaskoczony.
Lewa ręka go rwała i krwawiła w miejscu, gdzie zadrapał ją
Ceur'-caelestos.
- On pyta o tę kombinację - wyjaśnił mu Feir, patrząc oczami wielkimi
jak spodki. - Nazywa się Obrót Garuwashiego. Nikt inny nie jest
dostatecznie szybki, żeby ją wykonać.
Kylar stanął w gotowości do walki. Już się nie bał, czuł tylko jałowość
swoich wysiłków. Zaatakował Garuwashiego najlepiej jak potrafił i ledwie
go drasnął.
- Nikt mnie tego nie uczył - odpowiedział. - Po prostu wydało mi się to
właściwe.
W jednej chwili zniknął gniew z twarzy Lantano Garuwashiego. Kylar
zrozumiał, że to był człowiek pełen pasji, nieprzewidywalny, gwałtowny,
niebezpieczny. Garuwashi wyjął białą chusteczkę i z nabożeństwem otarł
Ceur'caelestosa z krwi Kylara. Schował Ostrze Niebios do pochwy.
- Nie zabiję cię dzisiaj, doen-Kylar, pokój niech będzie twemu mieczowi.
Za dziesięć lat osiągniesz szczyt formy. Spotkajmy się wtedy w Aenu i walczmy przed królewskim dworem. Tacy mistrzowie jak my zasługują na
walkę w obecności minstreli, dziewic i pomniejszych mistrzów. Jeśli
wygrasz, otrzymasz wszystko co moje, łącznie z tym świętym ostrzem.
Jeśli ja wygram, to przynajmniej zyskasz dziesięć lat życia i chwały,
czyż nie? Wszyscy będą czekali na ten pojedynek dziesięć lat, a potem
przez tysiąc lat będą o nim opowiadać.
Za dziesięć lat Kylar rzeczywiście osiągnie szczyt formy, ale Garuwashi
nie wspomniał, że sam będzie miał już wtedy za sobą najlepsze lata.
Skończy wtedy... ile? Czterdzieści pięć lat? Możliwe, że obaj będą
równie szybcy. Lantano zachowa zasięg i obaj zyskają lata doświadczeń,
ale to akurat bardziej przyda się Kylarowi. Czy Wilkowi będzie
przeszkadzało, jeśli Kylar poczeka dziesięć lat? Do diabła, jeśli nie da
się przez ten czas zabić, to pewnie nie zobaczy Wilka przez... no,
dziesięć lat właśnie. Z drugiej strony, jeśli zginie od tego miecza, w ogóle nie zobaczy Wilka.
Krzywiąc się, powiedział:
- Sam mi powiedz, gdybym obiecał zdobyć coś dla ciebie, to wolałbyś
dostać to od razu czy za dziesięć lat?
- Jeśli spróbujesz teraz, zginiesz. Za dziesięć lat będziesz miał
szansę.
Miesiąc temu Kylar miał tylko jeden cel: przekonać swoją dziewczynę
Elene, że osiemnaście lat w dziewictwie to wystarczająco długo. Potem
zamordowano Jarla, który przyjechał z wiadomością, że Logan Gyre siedzi
uwięziony we własnych lochach. Zobowiązania wobec żywych i martwych
wyznaczyły mu dwa nowe cele, za które ceną byli ci żywi. Aby ocalić
Logana i pomścić Jarla, zabijając Króla-Boga, porzucił Elene chociaż
przysiągł, że tego nie zrobi. Stracił przez to rękę, został magicznie
związany z piękną chodzącą katastrofą zwaną Vi Sovari i przysiągł, że
ukradnie miecz Garuwashiego.
Teraz Kylar chciał tylko zadbać, żeby jego ofiary nie poszły na marne, a potem uporządkować sprawy z Elene.
Jakby za karę za swoją niewierność usłyszał w głowie słowa Elene:
"Przysięga, której dotrzymujesz, kiedy ci to pasuje, to żadna
przysięga".
- Nie mogę tego odkładać - powiedział Kylar. - Przykro mi.
Garuwashi wzruszył ramionami.
- To kwestia honoru, tak? Rozumiem. To jest...
- Poczwarzec! - wrzasnął Feir, zrywając się na równe nogi.
Kylar obrócił się i zobaczył pękającą przestrzeń dziesięć kroków od
niego, a w powstającej dziurze dostrzegł piekło i przesuwającą się
spękaną od ognia skórę. W lesie śmiał się Vürdmeister o wielkich uszach
i wielkim nosie.
Rozdział 8
- Szczyny. Jesteś inny, Półczłowieku - powiedział Skoczek.
To był wysoki i szczupły siwy stary eunuch, który szkolił Doriana...
Półczłowieka, poprawił się w myślach. Skoczek podał mu nocnik.
- Co masz na myśli?
- Dwa gówna.
Skoczek podał Półczłowiekowi dwa następne nocniki.
Półczłowiek wylał szczyny po pół do każdego nocnika i spłukał nimi
zawartość do ogromnego, glinianego dzbana osadzonego w wiklinowym
nosidle.
- Nocnik szczyn na każde dwa gówna. Resztę wylewasz na końcu. To idzie
łatwo. Jak trafiasz na wymiociny albo sraczkę, to bierzesz dwa nocniki
szczyn. Nikt nie chce wąchać tego smrodu przez cały dzień.
Półczłowiek już myślał, że Skoczek mu nie odpowie, ale kiedy skończył
opróżniać nocniki do ogromnych, glinianych dzbanów - dzisiaj było ich
sześć, co oznaczało dla Półczłowieka jeden spacer więcej niż zwykle -
Skoczek przerwał pracę.
- Czy ja wiem? Sam popatrzaj, jak siedzisz, taki prosty.
Klnąc w duchu, Półczłowiek się zgarbił. Zapominał się. Trzydzieści dwa
lata siedzenia prosto, jak przystało na królewskiego syna, to był
niebezpieczny nawyk. Oczywiście, nikt nie spędzał z nim tyle czasu co
Skoczek, ale jeśli stary eunuch to zauważył, to co by było, gdyby
zauważył Zurgah, nadzorca, meister albo infant? Jego wygląd zdradzający
domieszkę krwi Faeyuri skutecznie odizolował go od reszty. Regularnie
wyznaczano mu dodatkowe prace i bito za wyimaginowane naruszenia. Rzadko
się zdarzało, żeby kładł się spać nieobolały.
- Nie zapominaj się. Wymiociny: jakim sposobem tym dziewczynom udaje się
buchnąć wino, to mi się we łbie nie mieści... Bo jak się zapomnisz, to
wiesz...
Skoczek podniósł jedną stopę w sandale, a potem drugą i poruszył
paluchami. Zostały mu tylko te palce. Powiedział, że przyłapano go, jak
uczył tańczyć znudzone kobiety w haremie. Wyszedł z tego obronną ręką
tylko dzięki temu, że Zurgah go lubił, a taniec nie wiązał się ani z dotykaniem kobiet, ani z rozmową z nimi. Innych eunuchów, jak
wytłumaczył, zabijano za mniejsze przewiny.
- Dwadzieścia dwa lata minęły od mojego małego tańca. Dwadzieścia dwa
lata pracuję przy nocnikach i zostanę przy nich aż do śmierci. A teraz
pomóż mi z pustymi. Pamiętasz procedurę?
- Jedna porcja wody do spłukania dziesięciu nocników szczyn albo
czterech z gównem.
- Bystrzak z ciebie. Pomóż mi spłukać pierwszych czterdzieści, a potem
będziesz mógł je wynieść.
Pracowali w milczeniu. Półczłowiek nie robił żadnych postępów w szukaniu
kobiety, która zostanie jego żoną. W Cytadeli znajdowały się dwa osobne
haremy, a poza tym kilka kobiet trzymano poza nimi. Półczłowieka
wyznaczono do zwykłego haremu.
Mieszkało tam ponad sto żon i konkubin Garotha Ursuula - żonami były te,
które urodziły synów, a konkubinami te, które urodziły córki albo w ogóle nie miały dzieci, co właściwie uważano za jedno i to samo.
Zważywszy, że Garoth Ursuul musiał już dobiegać sześćdziesiątki,
wszystkie kobiety były zaskakująco młode. Nikt nigdy nie mówił, co się
stało ze starszymi żonami.
To było dziwne uczucie znaleźć się w haremie ojca. Poznawał inną i dziwacznie osobistą stronę człowieka, który ukształtował go na sto
różnych sposobów. Jak większość Khalidorczyków, Król-Bóg preferował
mocno zbudowane kobiety o szerokich biodrach i pełnych pośladkach.
Istniało takie powiedzonko z północy: volaer ust vassuhr, vola uss
vossahr. Tłumacząc dosłownie: "wierzchowce i oblubienice powinny być
wystarczająco duże, żeby mężczyźni mogli ich dosiąść". Większość kobiet
pochodziła z Khalidoru, ale w haremach Króla-Boga można znaleźć kobiety
wszystkich narodowości z wyjątkiem Faeyuri. Wszystkie były piękne,
wszystkie miały wielkie oczy i pełne usta; jak powiedział Skoczek,
Garoth brał je najchętniej zaraz po tym, jak wchodziły w okres
pokwitania.
Życie w haremie nie miało wiele wspólnego z opowieściami, jakie
powtarzali południowcy. Może i rzeczywiście było to życie w luksusie,
ale też w narzuconej kobietom nudzie.
Każdego dnia, kiedy Półczłowiek zabierał nocniki z pokojów konkubin,
zerkał na kobiety. Pierwsza rzecz, którą zauważył, to fakt, że zawsze
były całkowicie ubrane. Nie dość, że Król-Bóg wyjechał z miasta, to
także nadchodziła zima. Ponieważ nie groziło im, że nagle zostaną
wezwane do spełnienia obowiązku, niektóre kobiety nawet nie zawracały
sobie głowy czesaniem włosów czy przebieraniem się z bielizny nocnej,
ale najwyraźniej istniały pewne zasady, dzięki którym żadna nie
zapędzała się w niedbalstwie zbyt daleko.
- Kiedyś przez całą zimę siedziały półnagie i wymalowane jak dziwki,
tłocząc się wokół ognia i dygocąc jak szczeniaki na śniegu - powiedział
Skoczek. - Teraz dajemy im znać, kiedy nadjeżdża Król-Bóg. Tylko czekaj,
aż to zobaczysz. W życiu nie widziałeś, żeby ktokolwiek ruszał się tak
szybko. Albo jak jedna zostaje wezwana z imienia: wtedy wszystkie
pozostałe rzucają się do niej. Na krew Khali, przez bite pięć minut
nawet jej nie widać w tej ciżbie. A potem wynurza się z kręgu i mógłbyś
przysiąc, że wymieniły ją na samą boginię. Chociaż nienawidzą się
nawzajem, knują przeciwko sobie i plotkują, to pomagają sobie, kiedy
wzywa Król-Bóg. Jedna rzecz to kłamać i plotkować - powiedział Skoczek,
zniżając głos - ale całkiem inna przyczynić się do tego, że jakaś
dziewczyna trafi do infantów.
Dorianowi wszystko wywróciło się w żołądku. Więc wiedziały. Oczywiście,
że wiedziały. Klasa potomków Garotha, do której należał Dorian, uczyła
się obdzierania ze skóry na krnąbrnej konkubinie. Dorianowi, jako
prymusowi w swojej klasie, przydzielono twarz. Pamiętał dumę, z jaką
pokazał zdartą twarz nauczycielowi, Nephowi Dadzie - była cała, nawet
rzęsy i brwi zachowały się nienaruszone. Dziesięcioletni Dorian założył
tę twarz do kolacji jak maskę, wygłupiając się ze swoją klasą, podczas
gdy Neph Dada uśmiechał się zachęcająco. Dobry Boże, wyprawiał jeszcze
gorsze rzeczy.
Co on tu robił? To miejsce było chore. Jak ludzie mogli coś takiego
tolerować? Jak mogli czcić boginię, która uwielbiała cierpienie? Dorian
czasem myślał, że kraje mają takich przywódców, na jakich sobie
zasłużyły. Co to mówiło o Khalidorze z jego podziałami plemiennymi i typową dla niego korupcją, nad którą dawało się zapanować tylko dzięki
przemożnemu strachowi przed ludźmi przedstawiającymi się jako
Królowie-Bogowie? Co to mówiło na temat Doriana? To był jego lud, jego
kraj, jego kultura... i kiedyś także jego dziedzictwo. On, Dorian
Ursuul, przetrwał. Zniszczył całą swoją klasę - zniszczył jednego brata
po drugim, judząc ich przeciwko sobie nawzajem, aż tylko on przetrwał.
Wypełnił uurdthan, swoją Udrękę, i udowodnił, że jest godny miana syna i następcy Króla-Boga. Ten harem... to wszystko mogło do niego należeć,
ale nie pragnął tego nawet przez sekundę.
Kochał wiele rzeczy w Khalidorze: muzykę, tańce, gościnność wśród
ubogich; kochał mężczyzn, którzy otwarcie śmiali się i płakali, i kobiety, które zawodziły i lamentowały nad swoimi zmarłymi, podczas gdy
południowcy tylko stali milcząc, jakby o nic nie dbali. Dorian kochał
zoomorficzne motywy w khalidorskiej sztuce, szalone tatuaże w kolorze
indygo ludzi z nizin, dziewczęta o zimnych, niebieskich oczach i mlecznobiałej skórze, ale o ognistym temperamencie. Kochał ze sto
różnych rzeczy w swoim ludzie, ale czasem zastanawiał się, czy świat nie
byłby lepszym miejscem, gdyby morze zalało te ziemie i wszystkich
potopiło.
Ile z tych błękitnookich dziewcząt złożyło swoich kwilących
pierworodnych w ofierze na stosach Khali, żeby stada dobrze się mnożyły?
Ilu z tych wylewnych mężczyzn zamknęło swoich starych ojców w wiklinowych trumnach i patrzyło, jak powoli toną w trzęsawiskach, aby
zbiory były obfite? Płakali mordując, ale mimo to mordowali. Gdy
mężczyzna umierał, to, jeśli wódz klanu nie zażądał dla siebie jego
żony, honor wymagał, żeby kobieta rzuciła się na stos pogrzebowy męża.
Dorian widział czternastoletnią dziewczynkę, której zabrakło odwagi.
Ledwie miesiąc wcześniej wydano ją za starca, którego pierwszy raz
zobaczyła dopiero na ślubie. Ojciec zbił ją do krwi i sam rzucił na
stos, przeklinając córkę, bo narobiła mu wstydu.
- Ej - odezwał się Skoczek - myślisz. Nie rób tego. To nic dobrego
tutaj. Jak pracujesz ciężko, to nie musisz myśleć. Kapujesz?
Półczłowiek pokiwał głową.
- Więc zawieśmy ci dzban i będziesz dalej pracował.
Wspólnie umocowali wiklinowy kosz na plecach Półczłowieka. Wokół ramion
i bioder obwiązano go rzemieniami, które pomagały mu unieść ciężar
glinianego dzbana pełnego nieczystości. Skoczek obiecał, że przygotuje
następny dzban, zanim Półczłowiek wróci.
Półczłowiek wlókł się mozolnie zimnymi, bazaltowymi korytarzami. W przejściach dla służby zawsze było ciemno - paliło się tylko tyle
pochodni, żeby niewolnicy nie wpadali na siebie.
- Mam dość bzykania bezzębnych niewolnic - dobiegł czyjś głos zza rogu
następnego skrzyżowania korytarzy. - Słyszałem, że w Wieży Tigrisów jest
nowa dziewczyna. Mówią, że jest piękna.
- Tavi! Nie możesz tak nazywać tej wieży.
Bertold Ursuul był pradziadem Doriana. Oszalał i uwierzył, że może
wspiąć się do nieba, jeśli zbuduje odpowiednio wysoką wieżę i ozdobi ją
harańskimi tigrisami szablozębnymi. Jego szaleństwo wprawiało w zakłopotanie Garotha Ursuula, zakazał więc nazywać tę wieżę inaczej niż
Wieżą Bertolda.
Dorian się zatrzymał. Przy skrzyżowaniu wisiała pochodnia i nie było
mowy, żeby wycofał się niezauważony. Infanci - bo nikt inny nie mówiłby
z taką arogancją - szli w jego kierunku. Nie było ucieczki.
Potem sobie przypomniał, że teraz jest Półczłowiekiem, eunuchem,
niewolnikiem. Zgarbił się więc i modlił się, żeby stać się
niewidzialnym.
- Będę mówił, jak zechcę - powiedział Tavi, wychodząc na skrzyżowanie w tej samej chwili, co Półczłowiek.
Półczłowiek zatrzymał się, odsunął się na bok i odwrócił wzrok. Tavi był
typowym infantem: przystojny mimo orlego nosa, zadbany, pięknie ubrany,
otoczony aurą władzy i smrodem ogromnej mocy, chociaż miał raptem
piętnaście lat. Półczłowiek mimo woli natychmiast zmierzył go wzrokiem -
ten na pewno jest pierwszy w swojej klasie. Takiego Dorian spróbowałby
zabić od razu, na samym początku. Ale Tavi był też zbyt arogancki.
Należał do tych, którzy muszą się przechwalać. Nigdy w życiu nie
wypełniłby swojego uurdthan.
- I mogę pieprzyć się, z kim zechcę - dodał Tavi, zatrzymując się.
Rozejrzał się po korytarzach, jakby zabłądził. Przez jego
niezdecydowanie Półczłowiek zamarł w miejscu. Nie mógł się ruszyć, nie
wchodząc w drogę infantowi.
- Poza tym - powiedział Tavi - haremy są za dobrze strzeżone. A Wieży
Tigrisów pilnuje tylko dwóch strachów na dole, a poza tym są tam tylko
jej głuchoniemi eunuchowie.
- On cię zabije - odparł drugi infant.
Najwyraźniej nie podobało mu się, że rozmawiają w obecności niewolnika.
- A kto mu powie? Dziewczyna? Żeby ją też zabił? W mordę, gdzie my
jesteśmy? Szliśmy tędy dziesięć minut temu. Wszystkie te korytarze
wyglądają tak samo.
- Mówiłem, że powinniśmy byli pójść innym... - zaczął drugi.
- Zamknij się, Rivik. Ty! - Tavi rzucił do eunucha.
Półczłowiek wzdrygnął się, jak wzdrygnąłby się niewolnik.
- Na Khali, ale ty cuchniesz! Którędy do kuchni?
Półczłowiek niechętnie wskazał drogę, którą nadeszli infanci.
Rivik się zaśmiał. Tavi zaklął.
- Daleko? - zapytał Tavi.
Półczłowiek znalazłby inny sposób, żeby odpowiedzieć, ale Dorian nie
mógł się powstrzymać:
- Z dziesięć minut.
Rivik zaśmiał się znowu, jeszcze głośniej.
Tavi spoliczkował Doriana.
- Jak się nazywasz, półczłowieku?
- Milordzie, ten niewolnik nazywa się Półczłowiek.
- No proszę! - Rivik zagwizdał. - Ten to ma ikrę!
- Długo się nią nie nacieszy - odparł Tavi.
- Jeśli go zabijesz, doniosę - ostrzegł go Rivik.
- Ty? - Pogarda i niedowierzanie na twarzy Taviego powiedziały
Półczłowiekowi, że dni Rivika w roli przybocznego są policzone.
- Rozśmieszył mnie - odparł Rivik. - Chodź. Już jesteśmy spóźnieni na
zajęcia, a wiesz, że Draef będzie próbował wykorzystać to przeciwko nam.
- Dobra, ale jeszcze chwilę.
Vir na skórze Taviego uniósł się i chłopak zaczął nucić.
- Tavi...
- To go nie zabije.
Magia wywołała delikatny wstrząs kilka cali od piersi Półczłowieka,
ciskając nim o ścianę jak szmacianą lalką. Wiklina połamała się,
gliniany dzban się roztrzaskał, a nieczystości trysnęły na Półczłowieka
i ścianę za nim.
Rivik zaśmiał się jeszcze głośniej.
- Musimy pamiętać o tym, kiedy znowu będziemy się nudzić. Na cycki
Khali, ale to cuchnie! Wyobraź sobie, jakbyśmy rozbili taki dzban w pokoju Draefa.
Infanci zostawili Półczłowieka, który z trudem łapał powietrze, leżąc na
podłodze i ocierając nieczystości z twarzy. Minęło pięć minut, zanim
wstał, ale kiedy już wstawał, zrobił to skwapliwie. Ogarnięty strachem i skupiony na udawaniu strachu, prawie przegapiłby tę informację. Tylko
najnowsza konkubina mogła być poszukiwaną kobietą. Jego przyszła żona
przebywała na szczycie Wieży Bertolda i groziło jej niebezpieczeństwo.