Poza błękitem oceanu - Belinda Jones

-
Proszę czekać

1

Trze­ba wy­zbyć się na­dziei, że mo­rze kie­dy­kol­wiek będzie spo­koj­ne. Trze­ba na­uczyć się żeglo­wać przy sil­nym wie­trze.

Ary­sto­te­les Onas­sis

O nie. Znów się zbliżał.

Pew­nie kro­czył w moją stronę w ide­al­nie wy­pra­so­wa­nym białym mun­du­rze ze sztyw­ny­mi czar­ny­mi epo­le­ta­mi, w miękkich białych mo­ka­sy­nach i w czap­ce z la­kie­ro­wa­nym dasz­kiem, ozdo­bio­nej złoty­mi in­sy­gnia­mi. Na­wet jego śródziem­no­mor­ska opa­le­ni­zna i błyszczące oczy przy­po­mi­nały pla­kat rej­su wy­ciecz­ko­we­go z błęki­tem oce­anu w tle.

Rzu­ciłam się ko­ry­ta­rzem z po­wro­tem do ka­bi­ny i oparłam o drzwi. Odkąd ofi­cer Ale­kos Dia­man­ta­kis za­okrętował się mie­siąc wcześniej na Ala­sce, moje życie stało się jed­nym długim ske­czem Ben­ny'ego Hil­la. Mogłam z ręką na ser­cu po­wie­dzieć, że przez dwa­naście lat pra­cy w Sho­re Excur­sions nikt tak za­wzięcie na mnie nie po­lo­wał. Nie byłam w sta­nie pojąć, dla­cze­go ktoś, kto wygląda o nie­bo le­piej niż ja, od­da­wał się temu z po­dob­nym poświęce­niem. Cho­ciaż te roz­ważania nie miały już większe­go sen­su, bo wkrótce miałam od­frunąć do bez­piecz­nej przy­sta­ni - mój ośmiomie­sięczny kon­trakt do­bie­gał końca i cze­kały mnie te­raz dwa mie­siące wol­ne­go.

W ostat­nie wie­czo­ry na stat­ku zwykła do­pa­dać mnie me­lan­cho­lia. Co chwi­la prze­la­ty­wały mi przed ocza­mi ob­ra­zy miejsc, które od­wie­dziłam pod­czas ostat­niej podróży, a także twa­rze tych, z którymi mu­siałam się pożegnać. Jed­nak ten wieczór był inny, bo po raz pierw­szy złożyłam prośbę o powrót na ten sam sta­tek. Nie dla­te­go, że był lep­szy od in­nych, ale zaczęłam od­czu­wać dziw­ne pra­gnie­nie bli­skości, obce mo­jej na­tu­rze. A przy­najm­niej tak mi się wy­da­wało. Gdy­bym miała podjąć próbę zde­fi­nio­wa­nia tego uczu­cia, byłoby naj­bar­dziej zbliżone do tęskno­ty za do­mem. Ale jak mogło to być możliwe, sko­ro nie miałam domu?

W zeszłym roku ro­dzi­ce prze­nieśli się do No­wej Ze­lan­dii, żeby być bliżej mo­jej sio­stry i jej nowo na­ro­dzo­ne­go dzi­dziu­sia. Przez chwilę czułam się jak po­rzu­co­ne dziec­ko, ale nie miałam do nich żalu. Może fak­tycz­nie nad­brzeżny Wel­ling­ton, uzna­ny za dwu­na­ste z miast o naj­wyższym stan­dar­dzie życia na świe­cie, miał prze­wagę nad Wat­ford. A, jak mówiła moja mama, i tak nig­dy nie było mnie w domu, a szan­sa, że po­ja­wię się na­gle na południo­wej czy północ­nej półkuli, była taka sama.

Poza tym nie mu­siałam re­zy­gno­wać z wy­praw do lo­kal­ne­go cen­trum han­dlo­we­go, bo moja nowa naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Ju­les, miesz­kała tyl­ko kil­ka prze­cznic od sta­re­go domu ro­dziców. Na ra­zie mogłam więc zo­sta­wić moje urządze­nia na­pro­wa­dzające na tych sa­mych współrzędnych. Właśnie z nią miałam miesz­kać pod­czas po­by­tu w An­glii. Pra­co­wała wcześniej na stat­kach wy­ciecz­ko­wych (dzie­liłyśmy ka­binę na Ha­wa­jach), co bar­dzo ułatwiało prze­nie­sie­nie się z po­wro­tem na ląd - ro­zu­miała nasz żar­gon i na­turę pokłado­wych plo­tek. Nie tyl­ko dla­te­go, że często sama była ich przed­mio­tem.

Na stat­ku naj­bar­dziej roz­chwy­ty­wa­ny­mi przed­sta­wi­ciel­ka­mi ro­dza­ju żeńskie­go były dziew­czy­ny spa (te pra­cujące w sa­lo­nie piękności i fit­ness) i tan­cer­ki, zwłasz­cza gdy cho­dziło o ry­wa­li­zujących ze sobą grec­kich ofi­cerów. Za­sta­na­wiałam się, czy to nie dla­te­go Ale­kos zagiął na mnie pa­rol, przy­najm­niej na początku. Kie­dy zro­bił pierw­sze po­dejście, byłam aku­rat z wi­zytą w sa­lo­nie u przy­ja­cie­la - fry­zje­ra Kir­by'ego. Nie uciekł, gdy zo­rien­to­wał się, że ra­czej ob­ser­wuję, niż ma­suję, ale sam fakt, że szwen­dał się po sa­lo­nie, od razu dał mi do myśle­nia.

A pro­pos spa, Ju­les miała mnie umówić na za­bieg usu­wający wszel­kie tok­sy­ny, ja­kie mogłyby za­le­gać w moim cie­le po dzie­sięcio­go­dzin­nym lo­cie z Van­co­uver. Po­tem pla­no­wałyśmy zro­bić ma­ra­ton ogląda­nia za­ległych od­cinków Bra­ci i sióstr i opy­chać się bez­glu­te­no­wy­mi, do­mo­wy­mi muf­fin­ka­mi. Samo słowo bez­glu­te­no­wy za­prze­cza at­mos­fe­rze do­ga­dza­nia so­bie, ale ciało Ju­les jest tak har­mo­nij­nie ukształto­waną świątynią, że mogłam się tyl­ko cie­szyć, że to nie ja będę oglądać te­le­wizję w najróżniej­szych po­zy­cjach jogi. Pod jej da­chem nikt nie wy­ma­gał ode mnie po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji, więc miałam szansę na praw­dzi­we wa­ka­cje. Na co dzień mu­siałam być su­perzor­ga­ni­zo­wa­na, opie­kując się licz­ny­mi gru­pa­mi tu­rystów, a w to­wa­rzy­stwie Ju­les mogłam odłożyć obo­wiązki na bok i re­lak­so­wać się w sie­dze­niu pasażera. I to już w następnym ty­go­dniu, bo po­wie­działa, że zor­ga­ni­zo­wała mały wy­pad do Bri­gh­ton na moje uro­dzi­ny, gdzie miałyśmy ubie­rać się w mod­ne ciu­chy i ko­tur­ny, na­wet idąc na łódki. Taką pew­ność sie­bie prze­niosła chy­ba z pra­cy - gdzie wy­krzy­ku­je po­le­ce­nia pod­czas zajęć ae­ro­bi­ku, ko­ry­gu­je po­stawę, pil­nu­je, żeby lu­dzie wy­ko­ny­wa­li ćwi­cze­nia w po­praw­ny sposób. Jest tak samo do­gma­tycz­na, gdy cho­dzi o życie uczu­cio­we in­nych, a wia­do­mo, że tu po­trze­bo­wałam po­moc­nej dłoni.

Przy­po­mniało mi się, kie­dy pierw­szy raz weszła na pokład; spo­ty­kałam się wte­dy z nor­we­skim ra­dio­ofi­ce­rem - Nil­sem. W za­sa­dzie nie lubiłam wcho­dzić w związki z in­ny­mi człon­ka­mi załogi, chy­ba że albo mnie, albo tej dru­giej stro­nie bra­ko­wało je­dy­nie paru ty­go­dni do końca kon­trak­tu. Pierw­sze py­ta­nie, ja­kie za­da­wałam, brzmiało: "Ile ci jesz­cze zo­stało?". Jak­byśmy byli śmier­tel­nie cho­rzy. Ta­kie związki mogły być zbyt ry­zy­kow­ne - wy­star­czająco strasz­ne jest zry­wa­nie z kimś, kto miesz­ka w tym sa­mym mieście, a na tym sa­mym stat­ku, z mak­sy­mal­nym dy­stan­sem trzy­stu metrów? Okrop­ne. Ale nie spo­ty­kałam się z ni­kim przez dwa lata, a on był tak cho­ler­nie przy­stoj­ny i kul­tu­ral­ny, że złamałam swoją za­sadę. I nie była to do­bra de­cy­zja.

Nie wiedząc, że Ju­les jest moją współlo­ka­torką, Nils ude­rzył do niej. Przyszła pro­sto do mnie, pro­sić mnie o ak­cep­tację za­pro­sze­nia do jego ka­bi­ny, żeby mogła spraw­dzić e-ma­ile w jego lap­to­pie. Wzięła ze sobą pa­kiet do za­biegów spa i uparła się, żeby od razu prze­te­sto­wał go pod prysz­ni­cem, dzięki cze­mu mogła trochę po­mysz­ko­wać. Po­czułam się strasz­nie upo­ko­rzo­na, kie­dy od­kryła ogrom i różno­rod­ność jego oszustw - fa­cet był tak nie­wia­ry­god­nie biegły w utrzy­my­wa­niu bez ko­li­zji wie­lu krzyżujących się związków, że można by po­wie­rzyć mu zarządza­nie kon­trolą ru­chu na lot­ni­sku. A przy­najm­niej do tam­tej chwi­li. Sko­pio­wała wszyst­kie e-ma­ile i przesłała na swo­je kon­to, żeby mi je po­ka­zać: Dro­ga Ca­te­ri­no... Dro­ga Olu... Dro­ga Na­rin­do... Dro­ga She­ilo... Mówi się o dziew­czy­nie w każdym por­cie, ale w jego przy­pad­ku cho­dziło ra­czej o każdą dziurkę. A po­wia­dają, że mężczyźni nie po­tra­fią być wie­lo­za­da­nio­wi.

Na­prawdę do­brze się stało, że tam poszła.

Po­dob­nie z Ale­ko­sem; wszy­scy prze­ko­ny­wa­li mnie, że po­win­nam dać mu zie­lo­ne światło, Ju­les co praw­da też myślała, że po­win­nam się z nim prze­spać, ale z zupełnie in­ne­go po­wo­du.

- To naj­szyb­szy sposób, żeby się go po­zbyć! - po­wie­działa, kie­dy po raz pierw­szy zaczęłam się żalić na jego nie­ustające za­lo­ty.

- No su­per! - od­parłam. - Su­ge­ru­jesz, że coś jest nie tak z moją spraw­nością w łóżku?

- Nie! - zaśmiała się. - Nic oso­bi­ste­go. Po­dej­rze­wam, że tak się na cie­bie za­sa­dza tyl­ko dla­te­go, że sta­wiasz opór.

Do­bry przy­ja­ciel za­wsze mówi ci prawdę pro­sto w oczy: "Je­dy­ne, o co mu cho­dzi, to po­lo­wa­nie!" i nie zaśmie­ca ci głowy bzdu­ra­mi o tym, jaki ten fa­cet jest inny niż wszy­scy i war­to dać mu szansę.

Ju­les nie była ty­pem ro­man­tycz­ki, a mimo wszyst­ko nie na­rze­kała na brak za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny płci prze­ciw­nej. Po­mi­mo wie­lu pro­po­zy­cji od ofi­cerów, w tym jed­nej nie­sto­sow­nej od ka­pi­ta­na, tym, który za­trium­fo­wał, był okrętowy DJ. Do­mi­nic był mar­nym ma­ry­na­rzem, nig­dy nie myślał o mor­skich wy­pra­wach, nie mówiąc o pra­cy na pokładzie stat­ku, ale jego po­przed­nia dziew­czy­na - try­skająca ener­gią sze­fo­wa roz­ryw­ki o imie­niu Cher­ry - namówiła go, żeby rzu­cił pracę i miesz­ka­nie w Ip­swich i zajął się pro­wa­dze­niem okręto­we­go klu­bu noc­ne­go. Parę ty­go­dni później do­stała lepszą ofertę, nie od in­ne­go mężczy­zny, ale z in­ne­go stat­ku! Na szczęście na miej­scu była Ju­les i po odejściu Cher­ry do­da­wała Do­mi­ni­ko­wi otu­chy. Wkrótce zo­sta­li parą, a kie­dy zakończył się kon­trakt Ju­les, Dom ze­rwał swój i wrócili ra­zem do An­glii. To było pra­wie roku temu.

Bra­ko­wało mi jej na pokładzie, ale pra­ca tam była dla Ju­les tyl­ko spo­so­bem na dobrą opa­le­niznę; dla mnie był to sposób na życie. Może nie całkiem ide­al­ny - cza­sem przy­po­mi­nał szkołę z in­ter­na­tem i nie zbi­jało się ko­kosów - ale w moim przy­pad­ku prze­wyższał wszyst­kie inne.

Mama często do­szu­ki­wała się zaczątków mo­je­go wy­bo­ru ka­rie­ry za­wo­do­wej w przyjęciu o te­ma­ty­ce sy­re­nek, które urządziła na moje dzie­wiąte uro­dzi­ny, a sio­stra przy­pi­sy­wała je ogląda­niu ukrad­kiem Stat­ku miłości, ale na­prawdę to Shir­ley Va­len­ti­ne spra­wiła, że uciekłam na mo­rze.

Prze­ga­piłam ten film, kie­dy wszedł na ekra­ny, a było to - trud­no uwie­rzyć - pra­wie dwa­dzieścia lat temu. Obej­rzałam go ja­kieś osiem lat później, kie­dy sama miałam dwa­dzieścia lat. Myślałam wte­dy o re­zy­gna­cji z uni­wer­sy­te­tu (i pla­no­wa­nej ma­gi­ster­ki z tu­ry­sty­ki), żeby za­szyć się w domu ze swo­im chłopa­kiem - Ric­kym. Nig­dy nie za­pomnę tego, jak się po­zna­liśmy - myłam ręce w łazien­ce mod­nej re­stau­ra­cji i po­czułam spla­tające się z mo­imi na­my­dlo­ne pal­ce. Od­sko­czyłam, zaj­rzałam pod krawędź lu­stra i zo­ba­czyłam po­tar­ganą blond głowę i oczy wpa­trujące się we mnie z za­nie­po­ko­je­niem. Oka­zało się, że pro­jek­tant łazien­ki wymyślił, że będzie za­baw­nie połączyć umy­wal­ki z dam­skiej i męskiej ubi­ka­cji, ale tak, żeby nie było tego widać. Zaczęliśmy roz­ma­wiać i roz­ma­wialiśmy przez cały week­end, a w nie­dzielę wie­czo­rem moje ser­ce i umysł były już na stra­co­nej po­zy­cji. Uczu­cie ab­so­lut­ne­go od­da­nia było w pew­nym sen­sie miłe - tyle jest w życiu za­sta­na­wia­nia, roz­ważań, roz­pi­sy­wa­nia naj­gor­szych sce­na­riu­szy. Dla nie­go byłam go­to­wa poświęcić wszel­kie pla­ny bez żad­nych wątpli­wości. Wszyst­ko inne prze­stało się li­czyć, był tyl­ko on. A kie­dy za­miesz­ka­liśmy ra­zem, mój świat jesz­cze bar­dziej się skur­czył.

Miesz­ka­nie ra­zem nie ozna­czało je­dy­nie przy­tu­la­nia, jak to so­bie wcześniej wy­obrażałam. Pra­co­wał na bu­do­wie i po po­wro­cie do domu ener­gii star­czało mu na to, żeby uwa­lić się przed te­le­wi­zo­rem, na­wet bez zrzu­ce­nia ubra­nia po­kry­te­go ce­gla­nym pyłem. W tym sa­mym cza­sie se­zo­no­wa pra­ca, którą podjęłam la­tem w miej­sco­wej agen­cji tu­ry­stycz­nej, prze­ro­dziła się w pełny etat, a swa­ta­nie urlo­po­wiczów z ho­te­la­mi dawało mi dużo radości. O iro­nio - miałam moc wy­pra­wia­nia lu­dzi w da­le­kie podróże, a nie mogłam spra­wić, żeby mój chłopak pod­niósł tyłek z ka­na­py. Ale co tam. Czy przy­tu­lan­ki przed te­le­wi­zo­rem nie są przy­jem­ne? Zro­biło się jesz­cze bar­dziej przy­jem­nie, kie­dy stra­cił pracę. Nie było wte­dy jesz­cze możliwości cy­fro­we­go na­gry­wa­nia pro­gramów, a on zupełnie nie mógł się zde­cy­do­wać, co oglądać. Samo uczest­ni­cze­nie w bez­myślnym prze­rzu­ca­niu kanałów spra­wiało, że czułam, jak ula­tu­je ze mnie życie. Po­mi­mo wszel­kich zachęt nie robił nic, aby szu­kać no­wej pra­cy - no bo dla­cze­go obo­je mamy cier­pieć? Można prze­cież pra­co­wać na zmianę!

Ma­rian­ne z agen­cji zo­stała za­pro­szo­na na za­po­znawczą wy­cieczkę do no­we­go ku­ror­tu w Gre­cji i po­pro­siła, żebym wpadła na mo­us­sakę w dzień po­prze­dzający jej wy­jazd i ogląda­nie Shir­ley Va­len­ti­ne na wi­deo. Była obu­rzo­na, że nig­dy nie wi­działam tego fil­mu. Bie­dacz­ka nie spo­dzie­wała się po mnie ta­kiej re­ak­cji. Ta miła ko­me­dia wstrząsnęła mną bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek hor­ror - to wszyst­ko mogło się na­prawdę wy­da­rzyć, no i się zda­rza - ko­bie­ty się za­ko­chują, wy­chodzą za mąż, rodzą dzie­ci i gubią sie­bie. I spędzają resztę życia na po­szu­ki­wa­niu, jak mówią słowa prze­wod­niej pio­sen­ki, dziew­czy­ny, która kie­dyś była mną.

Oglądając film, po­czułam przebłysk przyszłości, sy­gnał ostrze­gaw­czy - w wie­ku dwu­dzie­stu lat mogłam już coś po­wie­dzieć o do­mo­wych udrękach i - to właśnie to? - roz­cza­ro­wa­niu. Czy za dwa­dzieścia lat będę gadać do ścia­ny i nosić po­domkę z po­lie­stru? Wyślę tysiące lu­dzi na eg­zo­tycz­ne przy­go­dy, a nie zro­bię jed­nej cho­ler­nej rze­czy ze swo­im życiem? Wróciłam do domu oszołomio­na. Ric­ky, nie od­wra­cając wzro­ku od ekra­nu, rzu­cił, że po­trze­bu­je piątaka na lunch. Po­wie­działam, że nie byłam w ban­ko­ma­cie i mam w port­fe­lu tyl­ko drob­ne. Zaczął się wście­kać, bo jak mogę być tak bez­myślna, a on ma głodo­wać? Wte­dy do­tarło do mnie, że moje życie może po­to­czyć się trochę go­rzej niż Shir­ley, bo jej mąż przy­najm­niej miał pracę.

Kie­dy następne­go dnia weszłam do biu­ra, moją pierwszą myślą było, żeby gnać za Ma­rian­ne na My­ko­nos. Ale przeżyłam już wcześniej okrop­ne wa­ka­cje w Gre­cji i na­wet gdy­by te oka­zały się fan­ta­stycz­ne, i tak ura­to­wałyby mnie tyl­ko na dwa ty­go­dnie. Po­trze­bo­wałam ra­dy­kal­nej zmia­ny. Cze­goś, co nie po­zwo­liłoby mi wy­co­fać się w chwi­li tęskno­ty za pocałunka­mi Ric­ky'ego, właśnie one wpędziły mnie w ten kram. I wte­dy do biu­ra weszła para, żeby za­re­zer­wo­wać miej­sca na stat­ku wy­ciecz­ko­wym.

Wypływa­li na rej­sy co roku przez ostat­nie dzie­sięć lat, za­przy­jaźnili się z pra­cow­ni­ka­mi każdego de­par­ta­men­tu, łącznie z tym, który or­ga­ni­zo­wał i sprze­da­wał wy­ciecz­ki w por­tach, do których za­wi­jał sta­tek - Sho­re Excur­sions.

Moja pra­ca miała z tym wpraw­dzie coś wspólne­go, ale to, o czym mówili, było całko­wi­tym prze­ci­wieństwem mo­jej ówcze­snej eg­zy­sten­cji i lata świetl­ne od przed­mieść, na których żyłam.

- To nie tyl­ko pra­ca - po­wie­dział mężczy­zna. - To całko­wi­ta zmia­na sty­lu życia.

Pod­czas po­by­tu na stat­ku nie trze­ba go­to­wać, sprzątać czy dojeżdżać. Nie mu­siałabym za­wra­cać so­bie głowy pra­niem i od­po­wia­dać za cu­dze żołądki - jeśli fa­cet chce się napić her­ba­ty o szóstej, idzie do bu­fe­tu. Wy­da­wało się to zbyt do­bre, żeby mogło być praw­dzi­we. Bez sta­nia na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym z wrzy­nającymi się w dłonie rączka­mi pla­sti­ko­wych sia­tek z za­ku­pa­mi. Bez tor­tu­ro­wa­nia się pa­trze­niem na pla­ka­ty przed­sta­wiające eg­zo­tycz­ne miej­sca - mogłabym sączyć ka­ra­ibską wodę ko­ko­sową, siedząc pod palmą, zwie­dzać ru­iny miast Majów, pro­mo­wać wy­pra­wy nur­ko­we na Po­li­ne­zji.

Brzmiało to o nie­bo le­piej niż grze­ba­nie się żyw­cem z ma­rud­nym gnil­cem ka­na­po­wym. Wypełniając po­da­nie o pracę, przy­rze­kałam so­bie, że nig­dy więcej nie zbliżę się do gra­nic sta­gna­cji. Zde­cy­do­wałam na­wet, że nie wyjdę za mąż, żeby mieć całko­witą pew­ność, że nig­dy nie zo­stanę kurą do­mową. Moje życie miało być jed­nym nie­ustającym szczęśli­wym rej­sem. Cho­ciaż w po­je­dynkę.

***

Pamiętam swój pierw­szy dzień no­we­go eta­pu w życiu. Byłam wy­stra­szo­na. Za­miast tłuma­cze­nia so­bie, że muszę wy­trzy­mać tyl­ko osiem go­dzin i będę mogła wrócić do domu, miałam przed sobą dzień pra­cy obej­mujący osiem mie­sięcy. Ale za każdym ra­zem, gdy do­pa­dała mnie myśl o odejściu, przy­po­mi­nałam so­bie, do cze­go bym wróciła. A kie­dy je­chałam do An­glii w ra­mach przerw w rej­sach, już po dwóch ty­go­dniach nie mogłam spo­koj­nie usie­dzieć. Jak­bym do­stała bi­let do ma­gicz­ne­go świa­ta i nie mogła się do­cze­kać, gdzie następnym ra­zem za­nie­sie mnie wiatr.

Większości przy­ja­ciół po­do­bała się moja pra­ca, ale również pamiętam, jak parę lat wcześniej wy­bie­ra­liśmy dla każdego z nas pio­sen­ki do ka­ra­oke na przyjęciu gwiazd­ko­wym i ktoś podał mi I've Ne­ver Been Me Char­le­ne... Nie byłam do końca pew­na, jak to ode­brać.

W owym cza­sie nie bar­dzo mogłam zro­zu­mieć roz­cza­ro­waną życiem pio­sen­karkę. Na co ona tak na­rze­ka? Była w Ni­cei i na Wy­spach Grec­kich, sączyła szam­pa­na na jach­cie - to chy­ba niezłe życie? Przy­po­mi­nała mi trochę po­stać z Shir­ley Va­len­ti­ne graną przez Jo­annę Lum­ley - pamięta­cie koleżankę z kla­sy Mar­jo­rie Ma­jors, która zo­stała między­na­ro­dową luk­su­sową dziwką? Byłam w Geo­r­gii i Ka­li­for­nii bez ucie­ka­nia się do pro­sty­tu­cji. Może nie roz­bie­ra­li mnie królo­wie, ale też miałam swoją porcję między­na­ro­dowych ro­mansów i cho­ciaż żaden z nich nie wy­pa­lił, uznałam je za wspa­niałą edu­kację kul­tu­rową.

Tak czy in­a­czej, z prze­ka­zu Char­le­ne wy­ni­kało, że za­mie­niłaby swo­je po­zor­nie wspa­niałe, ale sa­mot­ne życie na co­dzienną rze­czy­wi­stość z mężem i dziec­kiem. Za­sta­na­wiałam się tyl­ko, czy wybór tej pio­sen­ki miał jakiś pod­tekst, bo przy­ja­ciółka, która podała mi kartkę z tek­stem, była matką dwójki dzie­ci.

Dużo roz­myślałam o różni­cach między nami. (Nie­zwykłe, jak ta pio­sen­ka nie­spo­dzie­wa­nie do­pa­dała mnie w naj­dziw­niej­szych miej­scach - su­per­mar­ket na Bar­ba­dos, dys­ko­te­ka w An­cho­ra­ge). Ale wciąż nie mogłam się prze­ko­nać do kom­pro­mi­su. Kim byś nie był, za­wsze będzie prześla­do­wać cię uczu­cie, że cze­goś ci brak. Nie­praw­da? Czy nie jest to ce­cha ro­dza­ju ludz­kie­go? In­a­czej niż Char­le­ne, ja byłam sobą. Wie­działam, kim je­stem. Mniej lub więcej. Mar­twiło mnie tyl­ko to, że za­czy­nało mi bra­ko­wać świa­ta do zwie­dza­nia, bo właśnie to pchało mnie naprzód - dresz­czyk związany z od­kry­wa­niem no­wych rze­czy.

Przy­najm­niej tak za­wsze czułam. Jako man­try używałam "Ru­szaj się!", więc wciąż nie byłam pew­na, czy de­cy­zja po­wro­tu na ten sam sta­tek jest słuszna - miałam tyl­ko na­dzieję, że nie okaże się równią po­chyłą. Czy zwal­niałam bieg, kie­dy to, cze­go na­prawdę po­trze­bo­wałam, to ko­lej­na zmia­na? Ale jaka? Naj­bar­dziej ra­dy­kalną rzeczą, jaką może zro­bić człowiek będący w ciągłym ru­chu, jest za­trzy­mać się! A tego ra­czej nie mogłam zro­bić.

Za za­bu­rzoną równo­wagę winiłam po części Ale­ko­sa. Kie­dy zo­ba­czyłam go po raz pierw­szy, byłam tak za­uro­czo­na jak resz­ta obsługi na stat­ku, ale po­tem roz­niosła się wieść o jego re­pu­ta­cji: łamacz serc pierw­szej wody. Wy­co­fałam się więc, co nie jest łatwe, kie­dy jest się mile połech­ta­nym za­in­te­re­so­wa­niem sza­leńczo przy­stoj­ne­go fa­ce­ta. Tkwiąc w swo­im po­sta­no­wie­niu (w ma­nie­rze "ucie­kaj i kryj się"), przy­po­mi­nałam so­bie, jak okrop­nie czułam się po Nor­we­gu - nie chciałam więcej tego przeżywać. Przy­najm­niej zo­stałam ostrzeżona.

Oczy­wiście in­ten­cje to jed­no, ale niełatwo wyłączyć pra­gnie­nia. Na­wet jeśli skreśliło się tę jedną osobę, nie prze­szka­dza to, leżąc w łóżku, myśleć o al­ter­na­ty­wach... A jeśli­bym tak po­znała kogoś miłego, kogoś, kogo za­apro­bo­wałaby Ju­les? A gdy­byśmy za­miesz­ka­li ra­zem i zno­wu gni­li na ka­na­pie, czy byłoby to ta­kie złe po tym, jak już liznęłam trochę świa­ta?

Ale później je­chałam na jakąś wy­cieczkę i ogar­niał mnie za­chwyt, gdy pa­trzyłam na wy­so­kie na sześćdzie­siąt metrów czoło lo­dow­ca połyskujące na nie­bie­sko, więc myślałam: "Nie mogę za­mie­nić tego wszyst­kie­go na fa­ce­ta".

Byłam lek­ko po­iry­to­wa­na - oto ja ukry­wam się w ka­bi­nie, kie­dy po­win­nam po­pi­jać z przy­ja­ciółmi pożegnal­ne mar­ti­ni. Po­sta­no­wiłam po­cze­kać jesz­cze dwie mi­nu­ty, żeby upew­nić się, że po­szedł, i do­pie­ro wyjść. Może gdy­bym skończyła się pa­ko­wać, czułabym przy­najm­niej, że zro­biłam coś bar­dziej kon­struk­tyw­ne­go...

Otwo­rzyłam wa­lizkę i upchnęłam po bo­kach kil­ka par butów. Nie to, że bra­ko­wało mi miej­sca - pla­nując powrót na sta­tek, nie mu­siałam za­bie­rać do An­glii ciepłych swetrów i kur­tek. Nie mogłam już do­cze­kać się dnia, kie­dy będę mogła wyjść na zewnątrz w sa­mej ko­szul­ce. No, może nie w sa­mej... Za­dzwo­nił te­le­fon.

- Se­le­na? - To była Ju­les.

- Hej! - krzyknęłam. - Właśnie się pa­kuję!

Za­chi­cho­tała, wiedząc, że to sy­gnał, żeby za­cy­to­wać je­den z na­szych ulu­bio­nych frag­mentów z Go­to­wych na wszyst­ko.

- Hej! Mówiłam, żebyś spa­ko­wała tyl­ko naj­ważniej­sze rze­czy! - pa­ro­dio­wała Car­lo­sa zwra­cającego się do swo­jej żony, Ga­briel­le. - Czy to jest boa?

Chwy­ciłam wy­ima­gi­no­wa­ny szal z czar­nych piór i po­wie­działam nadąsana:

- Jeśli za­bie­rasz mnie gdzieś, gdzie nie będę po­trze­bo­wała boa, to nie chcę tam je­chać!

Uśmiałyśmy się set­nie, a po­tem przeszłam do plo­tek - miałam ją zo­ba­czyć już za dwa dni, ale i tak mu­siałam szyb­ko streścić ostat­ni i osta­tecz­ny od­ci­nek z Ale­ko­sem.

- Ha, to ty mówisz, że ostat­ni. Daję głowę, że będzie dziś wie­czo­rem w ba­rze i za­sta­niesz go pod drzwia­mi ka­bi­ny o dru­giej nad ra­nem!

- Nie kracz! - jęknęłam, bojąc się, że nie będę w sta­nie wiecz­nie opie­rać się temu fa­ce­to­wi.

- Pew­nie ucie­szysz się, gdy już wy­je­dziesz - pod­su­mo­wała Ju­les.

- A jesz­cze bar­dziej się ucieszę, gdy cię zo­baczę! Jaką flaszkę mam kupić na bezcłowym?

Ci­sza.

- Ju­les?

- Se­le­na, na­prawdę nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć...

- Po­wie­dzieć mi co? Chy­ba nie rzu­ciłaś pi­cia.

Ci­sza.

- Ju­les?

- Wy­chodzę za mąż!

Mój żołądek opadł w dół, aż do ma­szy­now­ni.

- Za Doma?

Nie wiem, dla­cze­go o to za­py­tałam. Bo za kogo in­ne­go? Wyraźnie grałam na zwłokę.

- Tak! - wy­krzyknęła. - To miała być ta wiel­ka nie­spo­dzian­ka, ale po­tem zna­lazłam bi­le­ty na Mau­ri­tius.

- Bie­rze­cie ślub na plaży? Na boso i tak da­lej?

Wresz­cie zaczęło to mieć sens. Ju­les będzie piękną panną młodą w bi­ki­ni.

- Dom po­wie­dział, że po­win­niśmy być nago, ale ho­tel się na to nie go­dzi.

- Psują całą za­bawę!

- Nie ma spra­wy. Odpłacą mi za to w spa. Już je­stem umówio­na na kil­ka za­biegów.

To ja­sne, że Ju­les ko­cha te mod­ne ma­zidła i okłada­nie pięścia­mi, ale za­brzmiała, jak­by bar­dziej cie­szyło ją spa niż ślub.

- To kie­dy ten wiel­ki dzień? - spy­tałam. - A może ra­czej wiel­kie wa­ka­cje?

- Wyjeżdżamy w nie­dzielę.

- W nie­dzielę nie­dzielę? Tę nie­dzielę? - Czyżby miała na myśli dzień, w którym miałam po­ja­wić się na jej pro­gu. - Czy­li po­ju­trze?

- Trochę na­gle, co? Do­brze, że udało mi się wziąć wol­ne na twój przy­jazd.

- No tak. Cóż. Hm. - Usiadłam na łóżku, rozpłasz­czając słomko­wy ka­pe­lusz kow­boj­ski. - Domyślam się, że je­dzie­cie tyl­ko we dwo­je. Czy może dołącza do was ro­dzi­na?

Na­gle po­czułam się jak out­si­der - co przy­po­mniało mi, jak krótko trwała na­sza przy­jaźń.

- Nie, tyl­ko my dwo­je. Hm... Mam na­dzieję, że nie je­steś urażona?

- Nie bądź głupia - znie­cier­pli­wiłam się. - Je­stem po pro­stu zszo­ko­wa­na. To zna­czy za­sko­czo­na. - Sku­bałam brew, sta­rając się zna­leźć właściwą od­po­wiedź. - Chciałam po­wie­dzieć, że je­stem za­chwy­co­na! - Wy­du­kałam wresz­cie, żeby za­raz dodać: - Jeśli to jest to, cze­go chcesz?

Nie wspo­mi­nała w ogóle o Do­mie w ostat­niej ko­re­spon­den­cji, ale pew­nie to do­bry znak - jak wy­ni­kało z mo­je­go doświad­cze­nia lu­dzie mają zwy­kle więcej do po­wie­dze­nia o swo­ich part­ne­rach, kie­dy są na nich źli i chcą tę złość rozłado­wać. Pamiętam, jak wpadłam na daw­ne­go ko­legę w cza­sie po­przed­niej podróży do An­glii i spy­tałam, jak mu się żyje, odkąd wpro­wa­dziła się do nie­go dziew­czy­na. On od­po­wie­dział, że spo­koj­nie. Według nie­go to była za­le­ta.

Po­sta­no­wiłam ominąć roz­ter­ki emo­cjo­nal­ne i przejść pro­sto do sed­na:

- Co zakładasz?

- Coś sta­re­go. Mam dia­men­to­we kol­czy­ki po bab­ci, coś no­we­go - nie­sa­mo­wi­te białe ce­ki­no­we bi­ki­ni, które ju­tro od­bie­ram, a mama pożycza mi swo­je oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne od Guc­cie­go.

- A coś nie­bie­skie­go?

- Na pew­no znajdę coś na miej­scu.

Słuchałam, jak mówi o nabłysz­czającym bal­sa­mie do ciała o ko­ko­so­wym za­pa­chu i we­lo­nie z po­wiew­ne­go sa­ron­gu, próbując stłumić ogar­niające mnie uczu­cie nie­po­ko­ju.

Oczy­wiście byłam roz­cza­ro­wa­na, że się z nią nie zo­baczę i że na­sze pla­ny wzięły w łeb. Od­czu­wałam to jako afront ze stro­ny Doma - Ju­les wzięła ty­dzień wol­ne­go, żeby pobyć ze mną, a on prze­bił moje to­wa­rzy­stwo pro­po­zycją małżeństwa i za­biegów w spa. Po­czułam się na­gle zupełnie zbędna. Przy­najm­niej nie mu­siałam się mar­twić o miesz­ka­nie, bo uprzej­mie za­pro­po­no­wała, że mogę się u niej za­trzy­mać pod­czas ich nie­obec­ności. A kie­dy wrócą? Czy on od razu się wpro­wa­dzi?

Wzdrygnęłam się. Dla­cze­go tak ego­istycz­nie roz­pa­truję tyl­ko to, co do­ty­czy mo­je­go życia?! To prze­cież czas święto­wa­nia, a co ważniej­sze, czas na za­zdrość. Na pew­no ta ostat­nia trochę mnie zakłuła. I nie cho­dziło mi o samo małżeństwo, a o wspólnotę - by­cie ra­zem z przy­ja­cie­lem czy ko­chan­kiem, podążanie przez życie z kimś u boku. Wes­tchnęłam. To ko­niec pew­nej epo­ki. Szko­da mi było tyl­ko tego, że w przy­pad­ku Ju­les miał nas ominąć wieczór pa­nieński. Gdy zo­baczę ją następnym ra­zem, będzie już czyjąś żoną.

- Oj, muszę kończyć - rzu­ciła na­gle. - Za­czy­na się po­ran­na se­sja pi­la­tes!

Odłożyłam te­le­fon, odwróciłam głowę i wyj­rzałam na zewnątrz, wpa­trując się w skłębioną czarną otchłań. Następne­go dnia miałam napięty har­mo­no­gram obej­mujący au­to­bus, sa­mo­lot i kil­ka pociągów. Biorąc pod uwagę lo­gi­stykę, wie­działam, kie­dy i dokąd zmie­rzam. Ale nig­dy nie czułam się tak za­gu­bio­na pośrod­ku oce­anu.

2

Naj­star­sze i najkrótsze słowa - tak i nie - wy­ma­gają najgłębsze­go za­sta­no­wie­nia.

Pi­ta­go­ras

Wybu­chy śmie­chu osób prze­chodzących pod drzwia­mi ka­bi­ny przy­po­mniały mi, że umy­ka moja ostat­nia noc gwa­ran­to­wa­nych uciech.

- No do­bra, pan­no Har­per - goście cze­kają! - sta­rałam się zmo­ty­wo­wać, roz­pro­sto­wując zagięcia spódni­cy i spraw­dzając wy­szu­kaną fry­zurę, z którą wcześniej eks­pe­ry­men­to­wał Kir­by.

Małe pociągnięcie różem i byłam go­to­wa.

Zwy­kle poszłabym do baru wewnętrznym ko­ry­ta­rzem, ale chciałam za­czerpnąć świeżego po­wie­trza, więc otwo­rzyłam bocz­ne szkla­ne drzwi i wpadłam w objęcia prze­sy­co­ne­go solą wia­tru. Za­miast jak nor­mal­ny człowiek szyb­ko od­sko­czyć do tyłu, śmiało wkro­czyłam w wodną mgiełkę, przy­trzy­mując spódnicę, za­my­kając oczy i po­zwa­lając po­dmu­chom sma­gać mnie z na­dzieją, że te ude­rze­nia po­zba­wią mnie mdłości.

Sięgnęłam do ba­rier­ki, żeby za­cho­wać równo­wagę, i wy­chy­liłam się, patrząc na kotłującą się w dole wodę.

- Nie rób tego! - Na­gle zna­lazł się przy mnie Kir­by, udając, że próbuje ra­to­wać mnie znad krawędzi. We­pchnął mnie do środ­ka. - Chry­ste, wyglądasz jak He­le­na Bon­ham Car­ter! - zaklął pod no­sem, oce­niając szko­dy. - Nig­dy nie wi­działem, żeby ktoś na własne życze­nie tak znisz­czył so­bie fry­zurę. Co ty so­bie w ogóle myślałaś?

Zgod­nie z prawdą od­po­wiedź po­win­na brzmieć: "Nie chcę wyjeżdżać - nie mam nic do ro­bo­ty i ni­ko­go, do kogo mogłabym wrócić!", ale nie chciałam, żeby jego pożegnal­ne wspo­mnie­nie ogra­ni­czyło się do roz­ma­za­nej pan­ny, więc po­wie­działam, że myślałam o tym, jak sztucz­ne zęby pani Bur­rell wy­padły za burtę, kie­dy wy­pa­try­wała wie­lo­rybów.

- Nic się nie martw. - Wygładził moje sterczące ko­smy­ki i po­pro­wa­dził przed sie­bie. - Jesz­cze tyl­ko jed­na noc tego sza­leństwa i będziesz wol­na!

Zmu­siłam się do uśmie­chu, ale to znów mnie do­padło - uczu­cie próżni i py­ta­nie: "I co ja zro­bię z tą wol­nością?".

Ja­kie­go do­ko­nać wy­bo­ru, który po­tra­fiłby ożywić mo­je­go upadłego du­cha?

- Mar­ti­ni czy bel­li­ni?

No cóż. Zaczęłam od małych kroków.

***

Wzięłam łyk do­sko­na­le zmik­so­wa­ne­go i schłod­zo­ne­go kok­taj­lu i ro­zej­rzałam się wokół.

Ofi­cjal­ne im­pre­zy na stat­kach są nie­zwy­kle krze­piące. Wszy­scy się stroją, jak­by wrócili do bar­dziej wy­twor­nej epo­ki.

Lu­dzie zwy­kle nie biorą rejsów pod roz­wagę, myśląc, że ich uczest­ni­cy to głównie pary w mie­siącu mio­do­wym albo sta­rusz­ko­wie na skra­ju śmier­ci. Na­wet moi ro­dzi­ce odkładają ten po­mysł na czas, gdy prze­kroczą osiem­dzie­siątkę - bo na pokładach są le­ka­rze i trum­ny. Ja za­wsze po­wta­rzałam, że nie po­win­no się kry­ty­ko­wać cze­goś, cze­go się nie wi­działo. Pomiędzy pasażera­mi ro­dzi się at­mos­fe­ra, jaką trud­no spo­tkać w ho­te­lach; po­czu­cie wspólne­go doświad­cza­nia. Roz­ma­wiają ze sobą w win­dach i przy ba­rze. To jed­na ze spraw, na które mu­siałam zwra­cać uwagę, kie­dy wra­całam do An­glii - żeby nie mówić "dzień do­bry" każdej oso­bie, którą mijałam na uli­cy. Pomyślałam, że można roz­wiązać ten pro­blem, wy­le­gując się w łóżku do południa.

Pod­czas gdy Kir­by udał się na po­szu­ki­wa­nie Lany - li­tew­skiej kru­pier­ki, którą wysłał, żeby mnie zna­lazła, po­deszłam do gru­py sek­sow­nych czter­dzie­sto­pa­ro­let­nich rozwódek, które wy­brały podróż na Alaskę z po­wo­du dużej po­pu­la­cji nie­zamężnych mężczyzn w tym sta­nie.

- Jak tam po­lo­wa­nie, dro­gie pa­nie?

- Po­kaz drwa­li, na który nas wysłałaś, był nie­sa­mo­wi­ty! - od­parła za­chwy­co­na prze­wod­nicz­ka sta­da. - Te ko­szu­le w kratę i wiel­kie sie­kie­ry!

- Spójrz, mamy z nimi zdjęcia!

Jej koleżanka po­ka­zała mi ekran apa­ra­tu - trzech rosłych ko­le­si z szy­ja­mi jak ko­na­ry drze­wa i je­den, który wyglądał tak, że bar­dziej pa­so­wałby do kom­pu­te­ra niż sie­kie­ry.

- Wie­cie, co mówią o fa­ce­tach z Ala­ski? Szan­se mogą być do­bre, ale te do­bra są szansą! - wy­krzyknęły jed­no­cześnie i za­niosły się śmie­chem.

- No to chy­ba bawiłyście się przed­nio? - spy­tałam za­do­wo­lo­na.

- Jak naj­bar­dziej! - od­po­wie­działy pełne en­tu­zja­zmu. - Już za­re­zer­wo­wałyśmy rejs na Ka­ra­iby na pięćdzie­siąte uro­dzi­ny Jen w przyszłym roku!

Po­gra­tu­lo­wałam im z odro­biną za­zdrości, wy­obra­ziłam je so­bie ba­rasz­kujące ra­zem, gdy moje uro­dzi­no­we pla­ny właśnie wzięły w łeb. Nie miałam jed­nak cza­su na głębsze prze­myśle­nia, bo dwo­je mo­ich naj­bar­dziej żądnych przygód klientów po­ma­chało do mnie znad pia­ni­na.

- Szko­da, że nie będzie cię z nami w przyszłym ty­go­dniu. - Dłoń upstrzo­na pla­ma­mi wątro­bo­wy­mi po­pieściła mój nad­gar­stek. - Tak do­brze się nami opie­ku­jesz!

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie - po­wie­działam pani i panu Sinc­la­irom. - To wy mnie za­in­spi­ro­wa­liście. Mam na­dzieję, że gdy już przejdę na eme­ry­turę, też będę miała ochotę na zjaz­dy na li­nie i spływy ka­ja­ko­we!

- Je­steśmy trochę za­nie­po­ko­je­ni pro­gno­za­mi, po­dob­no mo­rze ma być wzbu­rzo­ne.

- Spróbuj­cie opa­sek na rękę prze­ciw cho­ro­bie mor­skiej - za­pro­po­no­wałam. - Na­prawdę działają.

- A aku­punk­tu­ra? Mają aku­rat pro­mocję.

Skrzy­wiłam się. Może dla niektórych to do­bre, ale je­dy­ne, o czym ja mogłam myśleć, gdy leżałam podźgana jak jeż, to, że gdy­by sta­tek gwałtow­nie się zakołysał, spadłabym ze stołu na podłogę, a wszyst­kie igły wbiłyby mi się głęboko w ciało i umarłabym jak ofia­ra mor­der­stwa z po­wieści Aga­thy Chri­stie. Chy­ba do­tknęła ich moja mina.

- Im­bir po­dob­no jest do­bry na pro­ble­my z żołądkiem... - Próbowałam złago­dzić ne­ga­tyw­ne wrażenie. - Och, za­po­mniałam, zo­sta­wiłam dla was w biu­rze tę książkę o to­te­mach.

To zde­cy­do­wa­nie po­pra­wiło im nastrój.

- Je­steś cu­dow­na! - Ucałowa­li mnie w po­licz­ki.

Idąc da­lej, wpadłam na Ogni­ste­go Dan­ny'ego z eki­py roz­ryw­ko­wej - ogni­ste­go, bo za­wsze jest w pędzie, co nie prze­szka­dza mu być szczególnie uprzej­mym.

- Se­le­na! Cieszę się, że cię złapałem! - Oczy świe­ciły mu na­wet bar­dziej niż zwy­kle. - Roz­ma­wiałem z sze­fem i po­do­ba mu się twój po­mysł!

- Na­prawdę? - Po­pa­trzyłam na nie­go zdzi­wio­na.

To nad­spo­dzie­wa­nie do­bra wia­do­mość.

- Który po­mysł? - Po­ja­wił się obok mnie Kir­by. - Podróżnik czy Podglądacz?

Kir­by wszyst­kie­mu nada­wał zgrab­ne ety­kiet­ki. Podróżni­kiem na­zwał mój pro­jekt, który miał ofe­ro­wać gościom sper­so­na­li­zo­wa­ne wy­ciecz­ki, a Podglądacz to jego na­zwa na po­mysł wygłasza­nia pre­lek­cji. Co ty­dzień za­pra­sza­liśmy eks­per­ta, który przez pół go­dzi­ny opo­wia­dał o przed­mio­cie, w którym się spe­cja­li­zu­je, czy to ope­ra, astro­no­mia, czy coś bar­dziej związa­ne­go z ce­lem na­szej podróży, na przykład za­cho­wa­nia ala­skańskich ba­ri­ba­li. Nie do­sta­wa­li za to wy­na­gro­dze­nia - wy­na­gro­dze­niem był sam rejs - i tu wpi­sy­wała się moja chałtur­ka. Miałam już trochę prak­ty­ki w prze­ma­wia­niu, bo co­dzien­nie opo­wia­dałam ze sce­ny w pokłado­wym te­atrze o pla­no­wa­nych wy­ciecz­kach - to taka kom­bi­na­cja pro­mo­cji i in­for­ma­cji oraz od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które za­da­wa­li goście, cza­sa­mi na­prawdę za­ska­kujące i nie­związane z te­ma­tem.

Zde­cy­do­wałam odważnie, że zo­stanę eks­per­tem od cze­goś, o czym praw­do­po­dob­nie wie­działam naj­mniej - eks­per­tem od miłości.

Wszyst­ko zaczęło się w cza­sie ostat­niej podróży do Ame­ry­ki Południo­wej. Po­znałam tam piękną sie­dem­dzie­sięcio­latkę ze Szwaj­ca­rii, która na mo­ich oczach zmie­niła się w na­sto­latkę, opo­wia­dając o Pe­ru­wiańczy­ku, w którym za­ko­chała się, kie­dy była młoda, i którego nig­dy nie za­po­mniała. To znie­wa­lające ze­tknąć się z tak pie­czołowi­cie prze­cho­wy­wa­ny­mi uczu­cia­mi... Nie mogłam uwie­rzyć, że po po­nad pięćdzie­sięciu la­tach - i śmier­ci męża - przy­je­chała do Limy w na­dziei, że spo­tka tego mężczyznę na uli­cy i do­sta­nie drugą szansę...

To ro­man­tycz­na, ale i smut­na hi­sto­ria. Pa­trzyłam na nią, myśląc, że przeżyła życie, tęskniąc za nim. I za­sta­na­wiałam się, komu przy­tra­fia się taka miłość? Mnie się to nie zda­rzyło. Ale ro­zej­rzałam się wokół - rej­sy są pełne lu­dzi świętujących dwu­dziestą, trzy­dziestą, a na­wet sześćdzie­siątą rocz­nicę ślubu. Zaczęłam słuchać ich hi­sto­rii, a po­tem, kie­dy byliśmy w Sin­ga­pu­rze, zaczęłam na­gry­wać pary opo­wia­dające o tym, jak się spo­tka­li i jak pod­trzy­my­wa­li swo­je szczęście. Przyglądałam się też temu, jak różne na­ro­do­wości wyrażają i de­fi­niują miłość. Kir­by na­zy­wał to podglądac­twem, bo byłam całko­wi­cie sku­pio­na na ob­ser­wa­cji, nie wchodząc z nimi w in­te­rak­cje. Nie mogłam się z tym nie zgo­dzić. Ju­les uważała na­to­miast, że żyję w świe­cie ilu­zji. Mówiła, że to jak zbie­ra­nie do­wodów, żeby, gdy już spo­tkam wy­star­czająco dużo szczęśli­wych związków, za­pre­zen­to­wać na­gra­nia przed sądem i po­wie­dzieć: "Mam do­wody! Praw­dzi­wa miłość ist­nie­je!". A wte­dy jako na­grodę wręczy­li­by mi mo­je­go wy­ma­rzo­ne­go mężczyznę. Może miała rację. Może ko­lej­ne bez­na­dziej­ne za­ko­cha­nie było moim se­kret­nym życze­niem, a za­ra­zem naj­większą obawą.

Dan­ny spro­wa­dził mnie na zie­mię.

- Masz na­gra­nia tych szes­na­stu par, które umieściłaś w za­ry­sie pro­po­zy­cji?

- Zro­biłam na ra­zie czter­naście - od­po­wie­działam. - Pla­no­wałam, że na­gram jakąś bry­tyjską ro­dzinę po po­wro­cie do domu i na zakończe­nie jed­no eu­ro­pej­skie małżeństwo.

- Czy­li jest możliwe, że zgro­ma­dzisz wszyst­ko do cza­su roz­poczęcia następne­go kon­trak­tu?

- Oczy­wiście! Na­prawdę za­mier­za­cie dać mi spróbować przed pu­blicz­nością?

Po­ki­wał głową.

- Ale chce­my też za­ofe­ro­wać gościom próbki afro­dy­zjaków z krajów, które objęłaś w po­ka­zie...

- O kurczę! - za­mru­czał Kir­by. - Ale będzie bujało!

- Czy to ozna­cza nie? - Za­smu­ciłam się.

- Cóż, za­py­ta­liśmy sze­fa kuch­ni i po­wie­dział, że nie ma badań, które określałyby efek­ty mie­sza­nia na­pa­ru z zie­la Da­mia­na z ostry­ga­mi albo owo­cem bo­ro­jo z Ko­lum­bii. Za­su­ge­ro­wał cia­stecz­ka w kształcie ser­ca.

- To mało prze­ko­nujące. - Skrzy­wił się Kir­by. - A może tru­skaw­ki ma­cza­ne w cze­ko­la­dzie?

- O, to lubię! - wy­rwało się i mnie, i Dan­ny'emu.

- Do­bra, muszę pędzić. Leć bez­piecz­nie, no i po­wo­dze­nia w szu­ka­niu praw­dzi­wej miłości!

Puścił do mnie oko i po­biegł da­lej.

Ha! Byłam na­prawdę za­sko­czo­na. Znaj­do­wałam się na skra­ju poważnej chan­dry, ale do­stałam nie­wielką tratwę ra­tun­kową, której ewen­tu­al­nie będę się mogła trzy­mać na mo­rzu nie­pew­ności!

Pomyślałam, że to może do­brze, że nie będzie Ju­les, kie­dy wrócę, bo mogłaby mnie wy­pro­wa­dzić na ma­now­ce. Miałam prze­cież trochę pra­cy nad mon­tażem filmów. Te go­dzin­ne opo­wieści trze­ba było skrócić do około dzie­sięciu mi­nut. Za­raz po przy­jeździe za­mie­rzałam zająć się pracą - usa­do­wić się na bal­ko­nie Ju­les z kwia­tem za uchem i dzban­kiem świeżej le­mo­nia­dy...

- Słyszałaś, że w An­glii leje? - Lana po­ja­wiła się z do­stawą ko­lo­ro­wych kok­taj­li, burząc moje fan­ta­zje. - Mówią, że to będzie naj­bar­dziej desz­czo­we lato od pół wie­ku.

- Kto ci to po­wie­dział? - spy­tałam prze­rażona.

- Je­den z klientów przy blac­kjac­ku. Dzwo­nił do córki, żeby go ode­brała z lot­ni­ska.

Po­czułam się lek­ko klau­stro­fo­bicz­nie - za­mknięta w wil­got­nym miesz­ka­niu w Wat­ford i ogrze­wa­na je­dy­nie miłością in­nych lu­dzi. Wzdrygnęłam się.

- Zim­no? - za­py­tał Kir­by.

- Nie czuję palców stóp - jęknęłam. - Za­miast nich mam dzie­sięć kawałków lodu. Na­prawdę nie mogłam się już do­cze­kać odro­bi­ny ciepła...

- Znam kogoś, kto by cię od­mro­ził...

Posłałam mu groźne spoj­rze­nie, ale to zupełnie go nie po­wstrzy­mało.

- Ale­kos Dia­man­ta­kis - wy­re­cy­to­wał uwo­dzi­ciel­skim, głębo­kim głosem w chwi­li, gdy rze­czo­ny mężczy­zna wcho­dził do po­miesz­cze­nia, a mój żołądek gwałtow­nie skręcił się na ten wi­dok.

- Niżej! - Lana do­tknęła jego gardła.

- Ale­kos Dia­man­ta­kis! - Opuścił podbródek na pierś.

- O to cho­dzi! - Lana pra­wie omdlała. - Myśli­cie, że wszy­scy Gre­cy mają ta­kie głębo­kie głosy czy tyl­ko ofi­ce­ro­wie? Jak mówi, nie słyszę go usza­mi, czuję dud­nie­nie gdzieś tu­taj. - Wska­zała na oko­licę pa­chwin.

- Nie wiem, jak możesz mu się oprzeć, Se­le­na. - Kir­by ukłuł mnie pałeczką do mie­sza­nia kok­taj­li. - Spójrz, jak no­gaw­ki spodni opi­nają mu się na udach...

- Nie sądzisz, że to trochę jak sce­na z Ofi­ce­ra i dżen­tel­me­na? - Po­chy­liłam się, nie chcąc na­wet pa­trzeć w jego stronę.

- Jak­by to było coś złego! - syknęła Lana. - Wiesz, że cza­sa­mi spe­cjal­nie staję obok, kie­dy na cie­bie pa­trzy, żeby trochę tej żądzy i na mnie spłynęło, przy­najm­niej z dru­giej ręki?

- Myślisz, że to złe! - za­grzmiał Kir­by. - Zda­rzyło mi się prze­rwać układa­nie włosów klient­ce, żeby tyl­ko uchwy­cić jego za­pach, jak prze­cho­dził.

- O tak, pach­nie nie­sa­mo­wi­cie... - wy­chry­piała Lana w eks­ta­zie.

- Pa­trz­cie, pa­pa­raz­zi już go mają. - Kir­by na­zy­wał tak star­sze pa­nie robiące Ale­ko­so­wi zdjęcia, kie­dy tyl­ko się na nie­go na­tknęły. - Kla­sycz­ny nu­mer! - Ucie­szył się, gdy jed­na z nich upuściła ce­ki­nową ko­pertówkę, a Ale­kos schy­lił się, aby ją pod­nieść, pre­zen­tując jej siedzącej w fo­te­lu przy­ja­ciółce jędrny tyłek.

Nie mogłam po­wstrzy­mać uśmie­chu - chy­ba w jakiś nie­zdro­wy sposób przy­jem­nie było być obiek­tem jego za­lotów. No bo jak często zda­rza się dawać ko­sza komuś tak przy­stoj­ne­mu? Albo tak od­por­ne­mu. Ale­kos naj­wy­raźniej dawał so­bie radę z od­rzu­ce­niem le­piej niż resz­ta ludz­kości. Uknułam na­wet na ten te­mat teo­rię, którą po­dzie­liłam się szyb­ko z mo­imi śliniącymi się rozmówca­mi.

- Dziś rano do­znałam oświe­ce­nia - grec­kie neh zna­czy tak - zaczęłam, robiąc przerwę na łyk różowe­go mar­ti­ni. - Ja mówię mu nie, ale on słyszy neh i stąd całe za­mie­sza­nie.

- A jak jest po grec­ku nie? - spy­tała Lana.

- Nie wiem, jak się to pi­sze, ale wy­ma­wia się oh-hi.

- Brzmi jak chiński. - Zmarsz­czyła brwi.

- Albo jak szkoc­ki - dodał Kir­by. - Zde­cy­do­wa­nie zbyt en­tu­zja­stycz­nie jak na ne­gację.

- Dokład­nie. Chcesz się ze mną prze­spać? Oh-hi! - zaćwier­kałam.

- Brzmi jak skrzyżowa­nie okay i oh yeah!

- Wy­obraźcie so­bie te­raz mie­sza­ne małżeństwa.

Język nie sta­no­wiłby tu pro­ble­mu - do­wie­działam się, że Ale­kos spędził czte­ry lata na stu­diach w północ­no-za­chod­niej An­glii, a jego an­giel­ski był na tyle do­bry, że mógł na­wet uda­wać ak­cent li­ver­po­ol­ski. Nie wie­działam, skąd znał parę zwrotów z cock­neya, choć wy­da­wały mi się w jego wy­ko­na­niu oso­bli­wie cza­rujące. Tym, co mnie odstręczało, była jego przytłaczająca męskość. Miałam pod­ry­wa­czy wśród naj­bliższych przy­ja­ciół (życie na stat­ku sprzy­ja ro­dze­niu się men­tal­ności typu "Co się wy­da­rzy na środ­ku oce­anu, tam też po­zo­sta­je") i pod wa­run­kiem że nie było się od­biorcą ich za­lotów, byli wspa­niałymi kom­pa­na­mi - z wiel­kim ape­ty­tem na życie. Pomyślałam, żeby spróbować prze­mie­nić flirt z Ale­kosem w przy­jaźń, ale nie oka­zało się to możliwe - w jed­nej chwi­li nor­mal­nie roz­ma­wia­liśmy i już za­czy­nało mi się wy­da­wać, że jest fa­ce­tem całkiem do rze­czy, ale po­tem jego oczy ciem­niały, po­wie­ki się opusz­czały, lu­bieżnie wpa­try­wał się w moje usta i od razu prze­sta­wałam trzeźwo myśleć. Wpa­dałam w pa­nikę i nie mogłam się do­cze­kać, żeby uciec. Dla­te­go właśnie sta­rałam się w ogóle go uni­kać. Ku zmar­twie­niu Kir­by'ego.

- Myślę, że to czy­sty ego­izm. - Wydął za­bar­wio­ne na nie­bie­sko przez curaçao war­gi. - Wszy­scy prze­cież chcie­li­byśmy się do­wie­dzieć, jaki jest w łóżku; ty je­steś je­dyną osobą, która może to spraw­dzić, a z całym okru­cieństwem od­ma­wiasz nam tego doświad­cze­nia!

- Zga­dzam się, bez­dusz­na ego­ist­ka - po­parła go Lana.

- Bar­dzo wątpię w swój wyłączny dostęp - oznaj­miłam. - A poza tym, gdy tyl­ko zejdę z pokładu, znaj­dzie so­bie inny obiekt.

- No do­brze, ta Po­lka, która pra­co­wała z nim w zeszłe lato, mówiła, że co go­dzinę wi­działa go z inną babą i tak, za­wsze jest oto­czo­ny przez cały wia­nu­szek, ale jeśli na­prawdę jest taki nie­za­spo­ko­jo­ny, to jak to się stało, że dał mi ko­sza? - rzu­ciła mi wy­zwa­nie.

To rze­czy­wiście nie­wytłuma­czal­ne. Nikt nie odtrąca Lany. Kładą się twarzą do zie­mi i od­dają jak bo­gi­ni cześć na swo­ich krańcach świa­ta.

- Mu­siał mieć wte­dy wol­ny dzień - mruknęłam.

- Trzy wol­ne dni w jed­nym ty­go­dniu? - Nie za­mie­rzała mi odpuścić. - Nie sądzę. Prze­cież ju­tro wyjeżdżasz. Co ci szko­dzi spędzić z nim jedną noc?

- Po pro­stu nie mogę! - pro­te­sto­wałam, czując się trochę za­szczu­ta. - Jeśli te­raz bym się z nim prze­spała, wie­działabym, że to on wy­grał.

Lana wy­rzu­ciła ręce w geście roz­pa­czy.

- Dla­cze­go nie możesz po­trak­to­wać tego jako ko­lej­ne nacięcie na łóżku? Ja właśnie tak bym o tym myślała!

- Ko­cha­nie, ty nie masz już cze­go na­ci­nać - drażnił się z nią Kir­by. - Słyszałem, że ostat­nio sy­piasz na czte­rech wykałacz­kach i opłatku.

- Oj! - za­gro­ziła, że wsa­dzi mu kum­kwat w oko.

- Chciałabym pożegnać się z Jin­dri­chem. - Za­mie­rzałam odejść w kie­run­ku za­przy­jaźnio­ne­go cze­skie­go kel­ne­ra, ale Lana mnie za­trzy­mała. - Se­le­na, wiem, że przez ten epi­zod z Nor­we­giem je­steś bar­dzo po­dejrz­li­wa i ostrożna, ale to było po­nad rok temu - nie możesz skreślać wszyst­kich ofi­cerów, bo je­den z nich miał fik­sację na punk­cie ha­re­mu.

- A jeśli cho­dzi o re­pu­tację Ale­ko­sa - Kir­by do­rzu­cił swój gro­sik - nie za­po­mi­naj­my, że nie mamy twar­dych do­wodów na to, że jest ko­bie­cia­rzem; może to tyl­ko plot­ki, które roz­sie­wa jakaś dziew­czy­na za­wie­dzio­na, że ją rzu­cił. Zga­dzam się, że za­wsze ma nierządnicę uwie­szoną na ra­mie­niu, ale z tego, co widzę, to one lecą na nie­go, nie od­wrot­nie. - Rzu­cił mi poważne, choć trochę za­wia­ne spoj­rze­nie. - Za­wsze jest szan­sa, że jest tak wspa­niałym Ca­rym Gran­tem, na ja­kie­go wygląda.

- Masz rację - po­wie­działam i wzru­szyłam ra­mio­na­mi. - Ale nie je­stem go­to­wa sko­rzy­stać z tej szan­sy.

Po czym odwróciłam się na pięcie i wpadłam pro­sto w mosiężne gu­zi­ki Ale­ko­sa.

Pro­stując so­bie nos, czułam pa­nujące wokół mnie napięcie - Kir­by uda­wał, że przegląda listę kok­taj­li (jak­by od daw­na nie znał jej na pamięć), a Lana stała ska­mie­niała, jak ulicz­ny mim, bra­ko­wało jej je­dy­nie srebr­nej far­by na cie­le.

- Czy to praw­da? - za­mru­czał.

Na­brałam po­wie­trza. Je­dyną rzeczą gorszą niż roz­mo­wa z Ale­ko­sem była roz­mo­wa z nim, kie­dy słucha­li inni. I pa­trzy­li. Na­wet ko­bie­ta, której udało się wresz­cie zwrócić uwagę ka­pi­ta­na, wyglądała zza jego głowy, żeby ni­cze­go nie prze­ga­pić. Po­sta­no­wiłam odciągnąć Ale­ko­sa na bok, w ustron­ny kącik przy oknie. Te wszyst­kie prze­wier­cające nas na wy­lot oczy w ba­rze nie miały się ni­jak do mocy jego zie­lo­nych błysków. Ta­kim spoj­rze­niem mógłby zro­bić poważną ope­rację!

- Czy co praw­da? - od­po­wie­działam ze złością.

Czy chciał wypróbować nowy sposób na mnie?

- Że ju­tro opusz­czasz sta­tek?

- Tak - po­wie­działam krótko.

- Więc to moja ostat­nia szan­sa?

Wzru­szyłam wy­mi­jająco ra­mio­na­mi. Chciałam jesz­cze dodać coś o bra­ku szan­sy, ale uznałam, że nie muszę być nie­grzecz­na - pew­nie i tak pomyślałby, że tyl­ko się z nim droczę.

Zro­bił krok w moim kie­run­ku. Położył ręce na pa­ra­pe­cie obok mo­ich. Mały pa­lec zaczął pod­kra­dać się bliżej.

- Nie możesz te­raz mi tego zro­bić! - Próbował mnie osa­czyć.

- Owszem, mogę - po­wie­działam pro­sto z mo­stu, krzyżując ra­mio­na.

- Nie możesz.

- Ale to robię.

- Nie ro­bisz.

- Na­prawdę. Ale­ko. Między nami nic się nie wy­da­rzy.

- Ale dla­cze­go? - Był zupełnie oszołomio­ny.

W ta­kich chwi­lach nie­mal ocze­ki­wałam, że wyj­mie ter­mi­narz i wskaże na stronę.

- Po­patrz, miałem tu za­pi­sa­ne, że dzi­siaj ule­gniesz moim wdziękom. Nie możesz tak mi psuć har­mo­no­gra­mu!

Wszy­scy myśle­li­by, że z pre­me­dy­tacją mu się opie­ram, żeby mu tyl­ko do­ku­czyć.

- Nie zda­jesz so­bie spra­wy z tego, co od­rzu­casz, jak do­brze byłoby nam ra­zem...

Boże, do­daj mi sił!

- Wiesz, któregoś dnia zna­lazłam dla cie­bie ide­al­ne określe­nie. - Uśmiechnęłam się słodko. - Fan­fa­ron.

Uniósł brwi.

- To ktoś, kto prze­chwa­la się, nie mając ku temu pod­staw, i kro­czy jak paw pew­ny swo­ich zdo­by­czy - zde­fi­nio­wałam.

- Myślisz, że kroczę jak paw?

W za­sa­dzie po­do­bał mi się sposób, w jaki cho­dził, a może na­wet bar­dziej, jak sia­dał - jed­na ręka zwie­szo­na z tyłu opar­cia, roz­par­ty jak pan świa­ta. Opuścił już daw­no króle­stwo wyższości, wchodząc pro­sto w gro­madę grec­kich bogów. Naj­wy­raźniej to ty­po­we dla mężczyzn z Kre­ty - to naj­większa wy­spa grec­ka i ich ego musi spro­stać jej wiel­kości. Mity za­miast lun­chu i tak da­lej.

- Skąd możesz wie­dzieć, że moje prze­chwałki są pu­ste, jeśli mnie nie spraw­dziłaś? - wdzięczył się.

Z roz­paczą pokręciłam głową.

- Nie wolałbyś, żeby ktoś się z tobą prze­spał, bo mu się po­do­basz, a nie dla­te­go, że zo­stał spro­wo­ko­wa­ny? - spy­tałam.

- Nie widzę w tym pro­ble­mu.

- Pro­blem jest taki, że nie do­cie­ra do cie­bie słowo nie.

Jak­by to słowo miało dla nie­go jakiś ter­min ważności. Jak­by po­wie­dział: "No do­brze, mówisz tak te­raz!".

Dla Ale­ko­sa każdy dzień był no­wym dniem - dzi­siaj nie po­wie­działa nie. Więc jeśli da­lej robiłby pod­cho­dy, w końcu mógłby tra­fić na inny hu­mor, zmęczyć mnie...

- Wy­trwałość jest cechą godną po­dzi­wu - od­parł z dumą.

- Nie w tym przy­pad­ku. Jest tyl­ko wku­rzająca.

- A jeśli to ja wiem le­piej? Jeżeli wiem, że je­steśmy so­bie prze­zna­cze­ni?

- To ta­kie ro­man­tycz­ne! - po­wie­dział przy­pad­ko­wy prze­cho­dzień.

- Nie, nie jest! - wy­buchłam urażona. - To aro­ganc­kie i pom­pa­tycz­ne. Po­ka­zu­je całko­witą po­gardę dla mo­ich uczuć i opi­nii.

Ty­po­we dla nie­go. Pamiętam, gdy któregoś razu sie­działam przy ba­rze, a on pod­szedł i zamówił mi drin­ka. Nie spy­tał, cze­go się na­piję, po pro­stu zde­cy­do­wał, co będzie dla mnie od­po­wied­nie. Pew­nie myślał, że za­chwycę się jego zna­jo­mością do­brych win, ale moja re­ak­cja wska­zy­wała bar­dziej na to, jak­by ofia­ro­wał mi kie­lich tru­ci­zny.

Ale­kos zdjął czapkę i prze­cze­sał włosy, rzu­cając mi pełne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie.

- Nie wiem, dla­cze­go myślisz, że nie można mi za­ufać.

- Bo, szcze­rze, byłoby to nie­nor­mal­ne, gdy­by można było! - wy­rzu­ciłam z sie­bie, sta­rając się opa­no­wać chęć przygładze­nia po­tar­ga­nych czar­nych ko­smyków. - Mężczy­zna z two­im wyglądem i z twoją po­zycją - nie­ustające propo­zycje od zmie­niającej się ciągle de­fi­la­dy ko­biet - jak można ci za­ufać?

Ist­nieją dwa typy przy­stoj­nych mężczyzn - nieświa­do­mych tego i tych, którzy o tym do­sko­na­le wiedzą - Ale­kos był tak świa­do­my, jak­by w kom­ple­cie nosił ze sobą lu­stro. Był je­dyną osobą, jaką znałam, która popędziłaby do tej lu­strza­nej ko­mo­ry, gdzie Trin­ny i Su­san­nah prze­ra­biają ko­bie­ty na lep­sze, żeby tyl­ko móc obej­rzeć się pod każdym kątem.

- Czy wiem, że uważa się mnie za przy­stoj­nia­ka? - za­py­tał, wpa­so­wując się w moją iry­tację. - Tak! Czy wiem, że je­stem atrak­cyj­ny dla ko­biet? Tak. Mu­siałbym być to­tal­nym im­be­cy­lem, żeby nie zda­wać so­bie z tego spra­wy.

Na­resz­cie zaczął mówić do rze­czy!

- Czy byłem z in­ny­mi ko­bie­ta­mi? Oczy­wiście. Ale ja­kie to ma zna­cze­nie te­raz, kie­dy po­znałem cie­bie?

Uniosłam oczy.

- Nie wiem, dla­cze­go spo­tka­nie mnie miałoby tak zatrząsnąć zie­mią! Co nie zna­czy, że nie myślę, że je­stem bo­ska, ale pra­wie mnie nie znasz.

- Znam cię le­piej, niż myślisz.

- Co? Co to ma zna­czyć?

- Jeśli nie znam cię wy­star­czająco do­brze, to tyl­ko dla­te­go, że mi na to nie po­zwa­lasz.

- Bo je­steś zbyt agre­syw­ny, zbyt natrętny! - bro­niłam się.

- Po pro­stu... - Przy­najm­niej raz za­brakło mu słów. - Tak długo na to cze­kałem.

- Mie­siąc. Znasz mnie mie­siąc.

- Tak, ale cze­kałem dużo dłużej, żeby po­czuć się w ten sposób...

Byłam zbi­ta z tro­pu. Nie wie­działam, jak to po­trak­to­wać. To na­prawdę było ro­man­tycz­ne.

- Ale o co cho­dzi? - Mu­siałam po­wie­dzieć coś oczy­wi­ste­go. - Ju­tro wyjeżdżam... A kie­dy wrócę, cie­bie tu już nie będzie.

To była ko­lej­na po­dej­rza­na spra­wa w przy­pad­ku Ale­ko­sa - pra­co­wał na zastępstwa, czy­li pod­czas gdy resz­ta z nas miała ośmio­mie­sięczne kon­trak­ty, on był na jed­nym stat­ku tyl­ko przez dwa mie­siące. Czy nie mogło to su­ge­ro­wać, że prze­cho­dził ze stat­ku na sta­tek, żeby utrzy­mać jak naj­szyb­szy obrót ko­biet?

- Dla cie­bie mógłbym to zmie­nić.

Wie­działam, że mówi o har­mo­no­gra­mie, ale nie mogłam prze­stać myśleć o tym, jak zmie­niają się mężczyźni, kie­dy już ich dopuścisz...

Jeśli się kie­dyś było zra­nio­nym, sta­wia się kro­ki bar­dzo ostrożnie, a oni usil­nie sta­rają się zro­bić wrażenie. Roz­piesz­czają cię, sza­leją za tobą, mówią, że ko­chają... Po­wo­li za­czy­nasz im wie­rzyć i nakłaniasz swo­je ser­ce, żeby zno­wu na­brało wrażliwości, a wte­dy, w chwi­li, gdy za­czy­nasz od­wza­jem­niać ich uczu­cia, zmie­niają się. Wi­działam, jak to się dzie­je, nie­mal w cza­sie jed­nej nocy - na­gle jest się pew­nia­kiem, kimś, komu nie po­trze­ba już się poświęcać. I nie cho­dziło mi tyl­ko o Ric­ky'ego. Nie cho­dziło wyłącznie o mnie. Ta­kie rze­czy zda­rzają się co­dzien­nie.

Dla­cze­go aku­rat z Ale­ko­sem miało być in­a­czej? I dla­cze­go w ogóle pro­wa­dziłam z nim tę roz­mowę? Za­mie­rzałam za­po­biec stra­tom i odwrócić się na pięcie, kie­dy po raz ko­lej­ny za­rzu­cił przynętę.

- Naj­bar­dziej fru­stru­je mnie, że nig­dy nie dałaś mi szan­sy.

Mój Boże, ten fa­cet był wku­rzający!

- Je­steś tak cho­ler­nie do tego upraw­nio­ny! - zdu­miałam się. - To nie działa w ten sposób - ta­kie rze­czy za­czy­nają się od wza­jem­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia.

Jego pew­ność sie­bie była jak zwy­kle nie­za­chwia­na.

- Wiem, że tak na­prawdę ci się po­do­bam. Je­stem tyl­ko parę kroków przed tobą. To wszyst­ko. Resz­ta przyj­dzie z cza­sem. Każdy dzień, który ze mną spędzisz, da ci więcej ja­sności i będziesz ufać mi trochę bar­dziej.

Wes­tchnęłam znużona.

- No cóż, chy­ba nig­dy się tego nie do­wie­my.

I rzu­ciłam do nie­go yas­sou, co po grec­ku zna­czy... "do wi­dze­nia".

Zwy­kle, kie­dy do­pro­wa­dzałam do końca jakiś męski sce­na­riusz, od­czu­wałam ulgę - udało mi się opuścić strefę za­grożenia. Mój pakt z samą sobą, że nig­dy nie wyjdę za mąż, nie zo­stał na­ru­szo­ny. Wszyst­ko w porządku.

Ale kie­dy od­da­lałam się od Ale­ko­sa, męczyło mnie wrażenie, że spra­wy nie zo­stały jesz­cze zakończo­ne.

Właśnie wte­dy przy­po­mniałam so­bie, że yas­sou zna­czy również "cześć"...