Jubileusz siedemdziesięciolecia urodzin
Michała Uniejowskiego zgromadził w Łazienkach Królewskich całą elitę
Warszawy. Zabrakło wprawdzie ministra kultury i sztuki oraz wyższej
rangi przedstawiciela prezydenta RP, ale było to w pełni zrozumiałe, po
tym jak jubilat odrzucił propozycję odznaczenia go Krzyżem Komandorskim
z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a jego cierpkie wystąpienia przeciw
aktualnej administracji stały się stałym elementem antyrządowych
demonstracji. Zresztą obaj dostojnicy państwowi byliby w gronie
biesiadującym w Pałacu na Wyspie ciałem obcym, ot, muchą na powierzchni
czary ze śmietanką. Towarzyską.
- Daleko zaszedł - mruczał pod nosem Marek Półchłopek, który w małym
pokoiku w jednym ze skrzydeł pałacu czuwał nad podglądem kamer telewizji
przemysłowej, uważając, żeby ktoś z biesiadników nie uszkodził cennego
biustu ani nie zwinął obrazu. Los srebrnych łyżeczek był mu w zasadzie
obojętny. Cateringiem zajmowała się firma zewnętrzna. Praca ochroniarza
wymagała czujności, toteż aby nie usnąć, co w jego wieku byłoby stanem
naturalnym, ratował się, dozując starannie małe działki dopalacza.
Półchłopek znał jubilata pięćdziesiąt lat, poznali się na egzaminie na
historię i przez dwa lata brylowali jako prymusi w przedmiotach
kierunkowych. Marek zdawał brawurowo wszystkie podstawowe egzaminy,
natomiast lekceważył sobie języki tak staro-, jak i nowożytne, i prawdopodobnie to sprawiło, że nie zrobił kariery naukowej, po czym
przez kolejne lata spadał w hierarchii społecznej coraz niżej i niżej,
aby w końcu wylądować na chudej emeryturze, dorabiając w charakterze
muzealnego ochroniarza, co załatwił mu jeden z uniwersyteckich kolegów,
kiedy został ministrem.
Zastanawiał się, co by powiedział Michał, gdyby jego stary kompan
pojawił się teraz na przyjęciu i zawołał: "Cześć, kujonku!", chociaż
należy wątpić, czy w jego zniszczonych dżinsach i brudnych butach
wpuszczono by go na pałacowe pokoje. Jeszcze dwadzieścia lat temu, póki
nie rzuciła go Majka, widywali się przynajmniej raz na kwartał,
Uniejowski przysyłał mu zaproszenia na premiery, wpadał na pogaduchy w trakcie długich nocy stanu wojennego. Potem jeszcze dzwonili do siebie
okazjonalnie, ale celebryta nigdy nie miał czasu na spotkanie. Obracał
się w innych sferach, których ekstrakt można było zobaczyć dzisiejszego
wieczora.
Paparazzi mieli używanie, rzadko zdarza się zgromadzenie takiej
menażerii w jednym miejscu - światowej sławy reżyserka, kawaler Legii
Honorowej, członek Akademii Francuskiej, kandydat do Nobla... Samych
senatorów przybyło co najmniej trzech, a posłów nawet nie liczono.
- I w coś ty wdepnął, Michałku? - westchnął Półchłopek. - Naprawdę
zawsze o tym marzyłeś?
W stanie wojennym Uniejowski zachowywał się wyjątkowo dzielnie, rzucił
legitymację partyjną, bojkotował reżimowe media, a jeśli występował, to
po kościołach i pod kościołami. Jak opowiadał, przeżył nawrócenie. U księdza Popiełuszki. Wziął ślub kościelny, ochrzcił dzieci. Pod koniec
stanu wojennego, gdy dostał paszport, wyjechał na Zachód i zaczął
występować w Wolnej Europie... Piękny życiorys.
- I kiedy zaprzeczyłeś temu wszystkiemu? Kiedy zapragnąłeś wymienić żonę
na nowszy model? Kiedy dzieciaki stwierdziły, że nie chcą mieć z tobą
nic wspólnego, i prysnęły za granicę? Ale to jeszcze nie predestynowało
cię, starego lamparta, do zostania lemingiem. Nie mieli na ciebie haka,
nie potrzebowałeś pieniędzy, sławą mogłeś obdzielić pięciu innych. Co
sprawiło, że przeszedłeś na ciemną stronę mocy? Psychologia stada?
Przekonanie, że należy się do wyższej kasty? Pogarda dla tych, którym w życiu się nie udało?
Półchłopek obiecywał sobie, że kiedyś zada te pytania staremu
przyjacielowi. Tylko czego się mógł spodziewać? Że zostanie nazwany
obrzydliwym pisiorem, wtórnym analfabetą, a może ofiarą alzheimera.
Na jednym z monitorów dojrzał, jak lekko wstawiony Uniejowski obściskuje
początkującą gwiazdkę. Ta wprawdzie chichotała, ale chyba nie miała
ochoty na szybki seks. Zamiast tego schwyciła kieliszek z tacy i podała
lowelasowi, a kiedy go wychylał, znikła. Czyżby czas łatwych sukcesów
dobiegał końca?
Czy musiało tak być?
Nagle stanęła mu przed oczami wycieczka w Góry Stołowe. Biwakowali z Michałem w jednym namiocie, czekając na dziewczyny, które następnego
dnia miały dojechać do nich ze Świdnicy, a może ze Świebodzic. Siedzieli
przy ognisku, racząc się winem marki wino, kiedy z mgły wynurzył się
nieznajomy mężczyzna. Starszy pan w postrzępionym płaszczu, z chlebakiem
przewieszonym przez ramię. W pierwszej chwili nieco ich przestraszył,
ale miał szczery uśmiech i nie zdradzał żadnych złych zamiarów.
- Zgubił pan drogę? - zapytał Marek.
- Przeceniłem siły. Wypadnie mi zanocować pod chmurką, ale to dla mnie
nie pierwszyzna.
- A pan skąd? - zainteresował się Michał.
- I stąd, i stamtąd - odparł wymijająco. Mowę miał twardą i nieco
cudzoziemski akcent. - Kręcę się trochę po świecie. Dacie łyka?
Podali mu butelkę, zza pazuchy wyciągnął metalowy kieliszek - nalał
elegancko, wychylił.
- Z podziękowaniem. Widzę, że czekacie.
- Tak, na dziewczyny, mają przyjechać jutro.
- Ja nie w tym sensie. Czekacie na swoje życiowe scenariusze. W końcu
będziecie żyć w ciekawych czasach, choć nie zawsze w dobrze dobranych
rolach.
- Jest może pan prorokiem?
- Jedynie wędrowcem, który trochę się pogubił. Głodni jesteście może?
Nie zdążyli odpowiedzieć, kiedy rozpakował dwie pięknie zawinięte
kanapki opakowane w gazetę.
Bułki i szynka miały niezapomniany smak.
Tymczasem osuszyli drugą butelkę. Przybysz wstał i dziękując,
stwierdził, że czas na niego.
- Tylko nie zapomnijcie - powtórzył z naciskiem. - W życiu warto robić
tylko to, co najważniejsze, póki czas.
I znikł we mgle.
Właściwie, biorąc pod uwagę wypity alkohol, mogło to być jedynie
przewidzenie, aliści zaskoczeniem okazały się kawałki gazety, które
zachowały jeszcze zapach szynki. Wyglądały na dość świeże. Wrażenie
mąciła jedynie gotycka czcionka, tytuł "Nowiny Szląskie" i data wydania
- 1885 rok.
- Oczywiście to musiał być jakiś reprint - ocenił Półchłopek.
W każdym razie nie posłuchali podróżnika - Marek schrzanił swoje życie
dokumentnie, a jakich wielkich rzeczy dokonał Michał? Porównywano go z młodym Łomnickim. Ale przerósł go jedynie fizycznie. Jego ostatnia
wielka rola teatralna przypadła na początek lat osiemdziesiątych. Potem,
po powrocie z Zachodu, grywał już wyłącznie role dyrektorskie, duża
kreacja filmowa warta wspomnienia pochodziła z końca zeszłego wieku.
Reszta należała do filmowej galanterii - epizody, dzięki którym jego
nazwisko pojawiało się w czołówkach, rólki w serialach dające pieniądze
i popularność, ale nic ponadto. W miarę upływu lat "wyrósł z warunków".
Dopóki był energetycznym młodzieńcem, przykuwał wzrok, gdy podtatusiał,
przestał być bożyszczem kobiet, a nie znalazł w sobie tego geniuszu,
który w wieku dojrzałym uskrzydlił Romana Wilhelmiego czy Zbigniewa
Zapasiewicza.
Czując, że zamykają mu się oczy, Marek połknął kolejną pigułkę.
"Tylko nie przesadź", zgromił się w duchu. Środki, które brał w trakcie
długich łazienkowskich nocy, miewały swoje skutki uboczne, a zwidy,
które go nachodziły, przekraczały zdecydowanie spotkanie z tajemniczym
mężczyzną w Górach Stołowych.
Widywał więc listopadowej nocy widmo Wielkiego Księcia pomykające przez
park w damskich szatkach Księżnej Łowickiej. Parę razy nad stawem zawisł
cień Józefa Piłsudskiego. Nie brakowało też dam różnej konduity
podążających w stronę Białego Domku czy dobrze urodzonych panien, które
dla pięknych podchorążych nie wahały się zostawić swego wianka w krzakach.
- Ach, pofatygowałaby się która do mnie - wzdychał Marek. Ale wiedział,
że to płonne marzenia. Był przecież stary, chory i bez gotówki. W dodatku widma, choć widoczne na kamerach, nijak nie chciały się
rejestrować na płytkach pamięci, nie mówiąc o bardziej namacalnych
dowodach swego istnienia.
Kobiety. Do gardła napłynęła znajoma gorycz. Wielkie niespełnienie!
Najlepiej odczuł to, kiedy przed kilkunastoma laty ze swą grubą,
starzejącą się i gderliwą żoną znalazł się na wczasach w Świnoujściu i któregoś dnia odwiedził Międzyzdroje, w którym trwał Festiwal Gwiazd. Na
wysokości hotelu Amber nieomal zderzył się z Uniejowskim, prowadzonym
przez rozszczebiotane dziewczyny, jakby wycięte z okładki "Penthouse'a".
- Michał!
Aktor zrobił ruch, jakby w pierwszej chwili chciał go ominąć, ale
zreflektował się i wyciągnął rękę do niego.
- Kopę lat. Musimy się spotkać. Tylko dziś jestem cholernie zajęty. Może
jutro w południe, tu, w barku? - Przy okazji kompletnie zignorował
Majkę.
Następnego dnia Półchłopek zjawił się godzinę przed czasem. Czekał i czekał, a ponieważ Uniejowski się nie zjawiał, zapytał o niego w recepcji.
- Wyjechał jeszcze wczoraj - padła odpowiedź.
Jakiś ruch przyciągnął nagle ochroniarza do ekranu. Transmisja szła bez
dźwięku, ale pustka, która zapanowała w większości sal, dowodziła, że
coś się stało.
Cały tłum koncentrował się przy barze, gdzie na ziemi pośród
potłuczonego szkła dało się dostrzec czyjeś nogi. Pot zalał Półchłopka.
Błyskawicznie włączył cichy alarm. Coś stało się z dostojnym jubilatem!
I
Kace można dzielić na ciężkie, średnie i lekkie. Towarzyszy im ból
głowy, utrata równowagi, duszności lub wymioty, bywa, że nadmiar
spożytego alkoholu odbija się na ostrości widzenia, oznacza wstręt do
światła i łomotanie serca. W najgorszych przypadkach wszystkie te
symptomy występują równocześnie. W moim przypadku poranny katzenjammer
należał do średnich, odczuwałem jedynie mocne pragnienie. Nieźle, biorąc
pod uwagę morze wypitego wina i fakt, że pod koniec imprezy film mi się
urwał. To, co nastąpiło potem, było raczej elementami złego snu.
Falujący świat, brzęk tłuczonego szkła. Okrzyki i daremna próba
wydobycia z siebie choćby słowa.
Chciałem zawołać "ratunku", ale wychodził mi jedynie bezwładny bełkot,
potem jeszcze zarejestrowałem kolorowe błyski świateł i charakterystyczne dźwięki karetki... To musiał jednak być tylko sen,
ponieważ otworzyłem oczy we własnym mieszkaniu. Nie do końca własnym.
Naturalnie, pamiętałem te drewniane łuki między pokojami, szafy pękające
od nadmiaru książek i staromodny żyrandol, w którym niemiecki pocisk
uszkodził jeden z małych kloszy. (Chwileczkę, nie odkupiłem go
przypadkiem podczas wakacji w Grecji w 1978?) To, że obudziłem się w mieszkaniu, które opuściłem w drugiej połowie lat osiemdziesiątych,
przenosząc się do wybudowanego w odległości dwustu metrów "domu mych
marzeń", też nie było czymś nadzwyczajnym. Zdarzało się, że po kłótni z żoną (tym razem też mogło do niej dojść z powodu przesadnej troski o moje zdrowie - "masz już dość, nie pij tyle") chroniłem się w rodzinnym
drewniaczku, zajmowanym od śmierci mamy przez moją siostrę w czasie jej
pobytów w kraju między Londynem a Buenos Aires. Domek przydawał się
również, gdy w spokoju chciałem udzielić wywiadu jakiejś młodej
dziennikarce czy też popracować nad rolą z początkującą, gotową na
wszystko aktorką. Tym razem jednak na przyjęciu w Łazienkach nie byłem z Bożeną. "Jestem chora i niereprezentacyjna" - stwierdziła. I szanowałem
jej opinię.
Okulary znalazłem na nocnej szafce i wyglądały, jakby ktoś wylał na nie
zupę.
"Obudziłeś się wreszcie" - dobiegł mnie zachrypnięty głos z sąsiedniego
pokoju. Bożenka czy Iza?
Bez szkieł postać odległa o całą długość domu stanowiła dla mnie jedynie
plamę, ale szczupłość wskazywała raczej na siostrę.
Dość równym krokiem dotarłem do łazienki. Umyłem okulary, założyłem na
nos i zdębiałem. Skąd się wzięła na mej twarzy ta imponująca broda,
przywodząca na myśl szlacheckich rewolucjonistów? Co dziwniejsze, równie
gęsta była czupryna bez jednego siwego włoska. Dotknąłem twarzy, pragnąc
upewnić się, czy ja to ja. Oczywiście ja! Tylko kiedy zdążyłem zapuścić
taki zarost? I ufarbować włosy? To prawda, marzyłem o tym od czasu
ukończenia pięćdziesiątego roku życia, ale nie chciałem narażać się na
kpiny kolegów z jednej garderoby. I dlaczego zupełnie o tym zapomniałem?
A może rzeczywiście przeżyłem jakiś udar, objawiający się utratą
pamięci? Przypomniałem sobie chorobę mojej mamy, u której rok przed
śmiercią wystąpiła afazja. Straciła umiejętność mówienia. A jeśli i mnie
to dopadło? Przestraszyłem się nie na żarty i na wszelki wypadek
powiedziałem półgłosem: "W czasie suszy szosa sucha, Kaczor Donald i Donald Trump". W porządku - zero usterek, mój aparat mowy działał
nienagannie. Rozejrzałem się po łazience. Coś mi się tu nie zgadzało.
Oczywiście pamiętałem doskonale ten wystrój, łącznie z liczbą kafelków,
które liczyłem z nudów, siedząc na sedesie. Tylko wydawało mi się, że
Izabella przeprowadziła ostatnio remont.
Odwróciłem głowę w stronę okna. I z trudem powstrzymałem okrzyk. Coś się
stało z moim ogrodem. W miejsce iglaków pojawiły się rzędy winogron i krzaki porzeczek, znikł za to niski dworek, który postawiłem dla mej
córki i stale powiększającego się stadka wnuków. Wychyliłem się przez
okno i obróciłem głowę w lewo. Zobaczyłem cherlawy żywopłot z mirabelek,
za nim parkan z połamanych desek, rozłożystą morwę i pusty plac.
Ani śladu mego domu z kolumienkami, wieżą i przeszkloną oranżerią.
Zresztą nie tylko dom zniknął, przestało istnieć całe gęsto zabudowane
osiedle za nim. W jego miejscu rozciągało się ogromne pole, aż po barak
przez wiele lat służący za kościół.
Majaczę. Ściągnąłem pidżamę i obejrzałem się w lustrze. I nie mogę
powiedzieć, że wszystko było w porządku. Znalazłem parę dobrze
zagojonych blizn, których nigdy nie miałem, za to ciało było jędrne, bez
grama tłuszczu, młode.
Z coraz większym mętlikiem w głowie i pidżamą w ręku wróciłem do
sypialni. I tam pierwszy ruchem było zasłonięcie się trzymaną garderobą.
Kobieta w szlafroku nie była moją żoną Bożenką. Z drugiej strony, wcale
nie była zaskoczona moją golizną.
- Zrobić ci jajecznicę? - zapytała, jakby zaczynał się normalny dzień
według stałego rytuału.
Chciałem zawołać: "Kim pani jest i co tu robi?", ale postanowiłem się
powściągnąć. Najpierw sam musiałem zorientować się w sytuacji. Zacząłem
się ubierać w jakieś okropne niemodne ubranie, słysząc, jak nieznajoma
zbiega po schodach na dół i z kimś rozmawia. Ruszyłem za nią. Koło drzwi
rzuciłem okiem na wiszący tam kalendarz. 25 sierpnia. Zatem od mego
jubileuszu nie upłynęła nawet doba. Ale rok? Mniejszymi literkami widać
było wyraźnie 1978. O kurwa mać!
Przez moment naszły mnie myśli, że jest to sprawka moich kolegów z teatru. Genialnie wymyślony kawał, polegający na precyzyjnym wkręceniu
staruszka jubilata. Ucharakteryzowali mnie, gdzieś wywieźli,
zaaranżowali przestrzeń, wynajęli statystkę. A kiedy zejdę na dół,
usłyszę gremialne: "Niespodzianka".
I w tym momencie przypomniałem sobie, skąd znam kobietę w szlafroku. To
Ala Gąsowska, szara gąska z naszego roku, na którą nigdy nie zwracałem
uwagi, skupiając ją na Helenie i Marioli. W pierwszej kochałem się
obłąkańczo (i beznadziejnie), z drugą obściskiwałem podczas prywatek, a po latach, kiedy wpadła do garderoby, rzuciłem ją na stolik... (Ot, chwila
słabości!) Tylko w jaki sposób Alicja znalazła się w moim domu i to
bynajmniej nie jako przypadkowy gość?
- Cześć, pijaczku - dobiegł do mnie męski głos z kresowym zaśpiewem.
Leszek?! Mój nieżyjący od ponad trzydziestu lat ojczym - Lech Żwirski...
Ale jeśli byłby faktycznie rok 1978, miał przed sobą jeszcze dekadę!
Zdecydowanie nie przypominał ducha, siedział na bujanym fotelu i popijając kawę, wertował plik porannych gazet. (Miał swoją teczkę w kiosku przy pętli tramwajowej).
Osłupienie nie pozwoliło mi nawiązać rozmowy, tym bardziej że z kuchni
dobiegał świergot kobiecych głosów. W tej samej chwili stanęła przede
mną moja mama. Młodzieńcza, bez jednego siwego włosa, z żywo
błyszczącymi oczami i ustami umalowanymi jaskrawą szminką.
- Mama! - Przytuliłem ją do siebie. Szczupłe ciało wieloletniej
sportsmenki, przepojone zapachem perfum i damskich papierosów. -
Mamusia!
- A cóż ci się tak na czułości zebrało? - zapytała, wyswobadzając się z objęć. - Trzydzieste urodziny miałeś wczoraj.
Siedliśmy do naszego starego stołu w kuchni, przykrytego ceratą. Alicja
uwijała się wokół nas niczym doskonała kelnerka i od razu widać było
różnicę między relacjami w moim domu. Z Bożenką moja mama nienawidziła
się do szpiku kości, tu wyczuwałem klimat pobłażania, jeśli nie
sympatii.
A więc sen - pomyślałem - ciekawy sen, który lada moment się skończy.
Tylko nic nie wskazywało, by się miał zakończyć. Nawet kiedy przecinając
z rozmachem bułkę, uszkodziłem sobie dłoń i Ala Gąsowska zajęła się rolą
siostry miłosierdzia, świat nie stracił ani grama ze swego realizmu.
Nie mogłem jeść. Wdusiłem w siebie jajecznicę, popiłem gorzką kawą...
- To ty nie słodzisz? - zdziwiła się mama.
Pohamowałem się, by nie powiedzieć, że doktor mi zabronił. Zajrzałem do
wiszącej apteczki i łyknąłem dwie polopiryny, choć nie bardzo wierzyłem,
żeby pomogło to na moje zwidy. Idąc z powrotem na górę, zdałem sobie
sprawę, że utykam na prawą nogę. Dziwiło mnie też, że przy schodach nie
ma mojej galerii zdjęć teatralnych i filmowych, która powstała jeszcze w latach siedemdziesiątych - Robespierre w Dantonie Przybyszewskiej,
Komandos w Hyde Parku Kreczmara, Albin w Ślubach panieńskich, no i brawurowy zagończyk w Ciemnych tumanach. Gdzie to się wszystko
podziało? Za to nad drzwiami pojawił się krzyż. (Oczywiście Ala,
bigotka!)
Pewnych informacji udzielił mi mój portfel. Z papierowego dowodu
osobistego wynikało jasno, że jestem rozwiedziony, rubryka "Dzieci"
pozostawała pusta, a przecież Łukasz powinien mieć już trzy lata, w dziale "Zatrudnienie" znalazłem stempel: "Szkoła Ogólnokształcąca nr
26", a potwierdzenie porażającej informacji, że jestem belfrem,
dostarczyła legitymacja Związku Nauczycielstwa Polskiego i brak
jakichkolwiek dokumentów świadczących o przynależności do SPATiF-u.
Korzystając z tego, że Leszek poszedł do ogrodu zająć się ulubionymi
pracami gospodarskimi, przejrzałem gazety. Nie wyglądało na to, by w otaczającym mnie świecie zaszły jakieś istotne zmiany. Nadal pierwszym
sekretarzem PZPR był Edward Gierek, premierem Piotr Jaroszewicz, Stanami
rządził Jimmy Carter, a Związkiem Radzieckim Leonid Breżniew. Nic się
nie zmieniło poza mną. Tylko dlaczego? Na dalszych stronach znalazłem
wzmiankę o trwającym konklawe. No tak, umarł Paweł VI i lada dzień
wybiorą tego Włocha o ujmującym uśmiechu. Nazwiska zapomniałem, ale
wiedziałem, że przyjmie imię Jan Paweł I. Na krótko. Obejrzałem też
sobie moją bibliotekę. Na tyle, na ile pamiętam swój księgozbiór z tamtych czasów, odniosłem wrażenie, że teraz więcej jest historii, a mniej współczesnej literatury i teatraliów. Było to zrozumiałe - jeśli
nie zostałem aktorem i byłem wierny uniwersyteckiej specjalizacji... Tylko
dlaczego zrezygnowałem z kariery scenicznej? Późną wiosną 1969 przyjęto
mnie przecież do Wyższej Szkoły Teatralnej i jesienią porzuciłem wydział
historyczny, mimo że byłem już na trzecim roku UW. Jeśli miała się
dokonać jakaś zamiana, to wtedy, przed dziewięciu laty.
Zastanawiałem się, z kim mógłbym porozmawiać o przeszłości i dokonać
rekonstrukcji dziesięciu lat mego życia. Tata nie żył od czterech lat.
Mamy nie chciałem denerwować, Leszek uwielbiał teoretyzować na każdy
temat, rzadko dochodząc do jakichś konkluzji, a Gąsowska... Jak miałem ją
zapytać, dlaczego wlazła do mego życia?
Z osób, które przychodziły mi do głowy, najsensowniejszy wydawał się
Maciek Kalinowski, swego czasu kierownik organizacyjny studenckiego
kabaretu Elektron, w którym robiłem za gwiazdę. Maciek w III RP
nadzwyczajnie rozwinął się w biznesie. Nie zabrakło go na moim
jubileuszu, a jedna z jego firm córek ufundowała wspaniały tort, tak
wielki, że w miarę potrzeby zmieściłby się w nim nawet snajper mafii. W szalonych latach siedemdziesiątych często-gęsto pożyczaliśmy sobie
panienki, zawsze pewni własnej dyskrecji. Był jedną z trzech osób, które
mogłem uważać za swych przyjaciół. Tyle że Marek się zmenelił, a Artur
umarł.
Nadto przewaga Kalinowskiego nad pozostałymi polegała na tym, że był pod
ręką. Zadzwoniłem. Telefon był ciągle ten sam - wystarczyło odrzucić
tylko jedną cyferkę, którą po latach miała dorzucić telekomunikacja.
Maciej wydawał się zaskoczony moim telefonem, ale na propozycję
spotkania rzucił krótko:
- Wpadnij!
Wyszedłem na nieutwardzoną uliczkę, minąłem stado bezpańskich psów
goniących za suką i dotarłem do szosy, dziwnie wąskiej i pozbawionej
dźwiękoszczelnych ekranów. Bez trudu - ruch był słaby - przeszedłem na
drugą stronę i dotarłem do przystanku. Tam wsiadłem w autobus pośpieszny
F i pojechałem do Anina.
Maćka zastałem w zakładzie jego ojca. Wyglądało na to, że wcześniej
zakończył swoją karierę artystyczną. W poprzedniej wersji mego życia
bawił się w wiecznego studenta, dość długo działał w ruchu młodzieżowym,
robił karierę w partii i dopiero zmiana wiatrów wobec prywatnego sektora
sprawiła, że wskoczył w koleinę wytyczoną przez jego rodziców. Byłem
przygotowany, że zobaczę jego młodszą wersję, ale nie pamiętałem, że w 1978 roku posiadał jeszcze kompletne owłosienie.
Zaczął od przeprosin:
- Wybacz, stary, ale wczoraj mieliśmy tu taki młyn, że kompletnie
zapomniałem o twoich urodzinach.
- Nic nie szkodzi. Napić się można przy każdej okazji!
Maciek zrozumiał aluzję:
- Po piwku?
Zamachałem ręką.
- Dziękuję. Ostatnimi czasy alkohol ma na mnie zły wpływ. Mam kłopoty z pamięcią.
- Każdemu to się zdarza, ostatnio w knajpie zapomniałem o uregulowaniu
rachunku, aż kelner gonił mnie taksówką... - zachichotał.
- To coś poważniejszego - tłumaczyłem. - Nagle zdarzają mi się ogromne
luki. Zapominam nazwisk różnych ludzi, zdarzeń, wypadają mi z pamięci
całe partie z życiorysu.
- Byłeś u lekarza?
- Mam wizytę w przyszłym miesiącu, ale póki co, chciałbym to i owo
posztukować i liczę na twoją pomoc. Na przykład w żaden sposób nie mogę
sobie przypomnieć, jak się zakończyła nasza przygoda z Elektronem?
- Jak się skończyła? - pucołowata twarz Maćka pokraśniała. - Nie
pamiętasz?! Po twoim wypadku wszystko szlag trafił, Lidka poszła do
Stodoły, Zbynia połknęły Hybrydy...
- Po moim wypadku? - Moje zdumienie było tak szczere, że Maciek wyglądał
na zaniepokojonego.
- Nie mów, że nie pamiętasz, jak wpadłeś pod wagonik kolejki, a ta
pociągnęła cię wzdłuż całego peronu na Gocławku.
Słuchałem go z zapartym tchem, nie przerywając.
- Szpitala też nie pamiętasz? - pytał z rosnącym zaskoczeniem. -
Niekończących się operacji, rehabilitacji, jeżdżenia wózkiem na
uniwerek...?
- Jak przez mgłę.
- To koniecznie wal do lekarza, profesor, który cię składał, mówił nam,
że miałeś bardzo wiele szczęścia, ale ostrzegał, że mogą pojawić się
komplikacje. Nie miałem pojęcia, że dopadnie cię to dopiero po
dziewięciu latach. A właściwie co pamiętasz z tamtych czasów?
Nie byłem gotów na wyznanie całej prawdy. Dlatego, żeby dowieść swej
pamięci, zacząłem mu recytować jego sztandarowy utwór z Elektrona o czerwonej książeczce przewodniczącego Mao, po czym skwapliwie
wykorzystałem fakt, że pojawiła się żona Maćka, Brygida, i po
wymienieniu garści uprzejmości stwierdziłem, że muszę lecieć, bo jestem
umówiony w szkole.
- To pozdrów od nas druhnę Grażynę - zawołał za mną kierownik
organizacyjny nieistniejącej już trupy.
Poszedłem na skróty przez las, minąłem teren, na którym wkrótce miano
rozpocząć budowę centrum kardiologii, a także willę Tuwima, obecnie
zajmowaną przez premiera Jaroszewicza. (Z tego, co pamiętam, wywalą go
dopiero za dwa lata). Ciekawe, co by powiedział towarzysz premier,
gdybym uprzedził go, że prawie dokładnie za czternaście lat, 1 września
1992 roku, zostanie zamordowany razem z żoną przez nieznanych sprawców?
Od dawna nie odczuwałem tak intensywnie sygnałów wysyłanych mi przez
przyrodę. Aromatu igliwia, śpiewu ptaków, wietrzyka tarmoszącego moje
gęste włosy. Lekkie utykanie stanowiło niewielką przeszkodę. Kac
ostatecznie mi przeszedł i dawno nie czułem takiej rozsadzającej mnie
energii. Znowu pomyślałem, jak bardzo brakuje mi mojego ojca. Wprawdzie
od rozwodu z mamą spotykaliśmy się rzadko, ale jak bardzo esencjonalne
były to spotkania... Tata był człowiekiem niezwykłym. Przed wojną
znakomity prawnik, w trakcie okupacji wdał się w konspirację i ze swoją
aparycją superaryjskiego inteligenta i bezbłędną niemczyzną parokrotnie
jeździł w charakterze kuriera po całej Europie. Nie zdążył na powstanie
i razem ze swoją młodą żoną, moją mamą, śledził zagładę miasta zza
Wisły. Po wojnie wznowił praktykę, ale okres stabilizacji trwał krótko.
Spłodził mnie, można powiedzieć, w ostatnim momencie, zanim aresztowany
przez bezpiekę, wskutek donosu zawistnego przyjaciela, trafił na parę
lat do więzienia. Zrehabilitowany w 1956, nie wrócił do zawodu.
Małżeństwo też nie bardzo chciało się skleić. W roku 1959, po rozwodzie,
wyjechał z Warszawy do Łodzi, gdzie pracował w jakichś wielkich
zakładach włókienniczych w charakterze radcy prawnego. Ciekawe, gdyby
powstanie zastało go na lewym brzegu, pewnie nie pojawiłbym się na tym
świecie.
W poprzednim życiu przez sporo lat po maturze nie zaglądałem do
macierzystego ogólniaka, dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaczęto
zapraszać mnie jako znanego aktora, byłem też gwiazdą zjazdu
koleżeńskiego na początku nowego stulecia.
Wchodząc przez niedomkniętą furtkę, nie potrafiłem pozbyć się natłoku
wspomnień. To tu podarłem spodnie, przełażąc przez szkolny płot, tu
usiłowałem nieskładnie pocałować Ankę (nie żyje dobrych dwadzieścia lat)
i tu w sali gimnastycznej, grając w szkolnym teatrzyku, marzyłem o rolach Kordiana i Konrada.
Obok boiska zobaczyłem ciecia koszącego trawę, nie znałem go, on jednak
musiał mnie znać.
- Dzień dobry, panie profesorze!
Podałem mu rękę, którą uścisnął skwapliwie.
- Otworzę panu tylne wejście do budynku - zaofiarował się. - Skończyli
już remont, ale na razie większość drzwi jest pozamykana.
- A w ogóle ktoś tam jest?
- Dyrektor.
Skinąłem głową, zastanawiając się czy "dyrem" nadal może być nasz
matematyk przezywany Plackiem, może dlatego, że gdy się denerwował, na
jego policzki występowały ceglaste wypieki, nauczyciel wymagający i bezwzględny, który sprawiał, że klasówki z matmy jeszcze długo po
maturze śniły mi się po nocach. Aliści, wedle mych wyliczeń, musiał
(jeśli jeszcze żył) przebywać na emeryturze.
Nie pomyliłem się. Jego następca Hubert Kawka nie pochodził ze starej
kadry moich nauczycieli. Przypominał partyjnego aparatczyka dawnego
typu, zmęczona twarz, oczy bez wyrazu, paluchy zżółkłe od nikotyny...
Musiał tu trafić po linii organizacyjnej, partyjnej, związkowej albo
ubeckiej, co już wkrótce powinno się wyjaśnić.
- Znakomicie, że wpadliście już dziś, towarzyszu Uniejowski - powitał
mnie kordialnie. Tytuł mnie zaciekawił, czyżbym także w tym wcieleniu
zapisał się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej? Dyrektor
tymczasem kontynuował: - Cieszę się, że jesteście w formie. Od nowego
roku musimy wziąć tę rozbrykaną hałastrę mocno za twarz!
Poczułem nieprzyjemny podmuch chłodu. Zaiste, atmosfera w placówce
edukacyjnej różna była od libertyńskiego środowiska artystów, gdzie
nawet w latach siedemdziesiątych jawnie kpiono z władzy, podpisywano
protestacyjne listy, a przynależenie do partii ograniczało się do
udziału w pochodzie pierwszomajowym i obsługiwania akademii z okazji
rewolucji październikowej.
Zamieniłem parę kurtuazyjnych zdań z dyrektorem Kawką, który
poinformował mnie, że obejmę wychowawstwo IV C, i zajrzałem do pokoju
nauczycielskiego, gdzie sprawdziłem na grafiku, kto z moich nauczycieli
jeszcze pracuje. Uchowało się całkiem wielu: i chemica Antonina, i geograf Henio, i Trotyl od fizyki, a także wuefica Kosa, której sam
widok w sportowym dresiku skłaniał niejednego nastolatka do masturbacji
w toalecie. Nadal uczyła polonistka Grażyna Miller, opiekunka naszego
szczepu harcerzy, promotorka mych szkolnych występów, a nawet wiekowy
Praszczur, łysy krasnal, który rozbudził moją miłość do historii. Tyle
że jego nazwisko znalazłem przekreślone. Czyżby umarł?
Powiem szczerze, moja obecność w tych murach ciągle wydawała się sceną z Gombrowiczowskiej Ferdydurke, ale powrót do domu w ramiona Gąsowskiej
pociągał mnie jeszcze mniej.
Nagle pomyślałem o Bożence. Od dawna nasz związek był głównie formalny,
ale przez czterdzieści lat była to osoba, na którą zawsze mogłem liczyć,
matka naszych trojga dzieci, dla których poświęciła świetnie
zapowiadającą się karierę pianistyczną. Poznałem ją podczas pierwszego
roku mojej pracy w teatrze, kiedy przyszła w zastępstwie na próbę do
jakiegoś muzycznego spektaklu. Bodajże Kramu z piosenkami. Po roku
byliśmy po już ślubie, potem urodził się Łukasz... Ciekawe, czy teraz
mógłbym ją odszukać i spróbować raz jeszcze?
Z pokoju nauczycielskiego zatelefonowałem na numer, który dobrze wrył mi
się w pamięć. W pierwszych miesiącach znajomości z Bożenką, zanim
zdecydowaliśmy się wynająć mieszkanie na osiedlu Za Żelazną Bramą, co
rusz dzwoniłem do Zalesia, gdzie mieszkała z rodzicami.
Po trzecim dzwonku odebrał jakiś mężczyzna.
- Czy zastałem Bożenę? - spytałem, bo wydało mi się, że poznaję głos
teścia. W tle słychać było płacz jakiegoś dziecka.
- Niestety, żony nie ma w domu. - Usłyszałem w odpowiedzi. - Czy mogę
coś przekazać?
Szybko odłożyłem telefon, konstatując z przerażeniem, że w tej
rzeczywistości Łukasz, Agnieszka i Viola prawdopodobnie nigdy się nie
urodzą. Inna sprawa, że od lat jakby ich nie było - Łukasz mieszkał w Kanadzie, Agnieszka w Tokio, Viola w jakimś Kongo czy innej Angoli.
Utrzymywaliśmy symboliczny kontakt. Żadne z dzieci nie poszło w moje
ślady, a Violetta, chyba najzdolniejsza, została zakonnicą. Wszystko na
złość ojcu.
Musiałem ochłonąć, toteż zdecydowałem się wrócić do domu pieszo.
Od strony ulicy Kajki rozległo się bicie dzwonów. Najwyraźniej odbywał
się jakiś pogrzeb. Podszedłem bliżej, mijając barak, w którym ongiś
mieściło się kino Wrzos. Stary drewniany kościół stał jeszcze, ale już
rozpoczęła się budowa nowego, na którą zgodę uzyskano dzięki wsparciu
premiera Jaroszewicza. Tymczasem kondukt wylał się na ulice i na
centralnej alei Anina zatrzymano ruch. Kiedy mijała mnie trumna,
instynktownie się przeżegnałem. Zaskoczył mnie ten odruch. Od wielu lat
wykonywałem ten gest, jedynie grając księdza w filmach historycznych.
Formalnie nie deklarowałem się jako ateista, ale Pan Bóg nie był mi do
niczego potrzebny. Idąc chodnikiem, wyprzedziłem żałobników, wyraźnie
zmierzających pieszo na cmentarz w Marysinie. Kawał drogi! Widziałem
jakiś sztandar i opaski na ramionach kilku mężczyzn koło
sześćdziesiątki. Najwidoczniej chowano jakiegoś zasłużonego powstańca.
Nie interesowało mnie to. Zastanawiałem się, jak najszybciej przejść na
drugą stronę. Mogłem szybkim krokiem wyprzedzić kondukt, ale jakoś
wydawało mi się to niestosowne. Zwróciłem za to uwagę na mężczyzn
idących chodnikiem po drugiej stronie, ich zainteresowanie pogrzebem
było wyraźnie służbowe. Zauważyłem, jak zerkali na postępującego za
krzyżem księdza, smukłego, wysokiego o bladej twarzy. Wydał mi się
znajomy. Tylko skąd?
Ty idioto! Zapomniałeś o własnym ślubie w parafii na Żoliborzu i o tym,
kto ci go udzielał?! Inna sprawa, że działo się to w latach, kiedy byłeś
wzorem opozycjonisty i patrioty zbliżonym do Komitetu Prymasowskiego.
Dzięki twej pozycji nie zawracano ci głowy formalnościami, znajomy
postępowy ksiądz ze Śródmieścia dał ci rozgrzeszenie bez konieczności
spowiedzi... Tylko skąd ksiądz Jerzy znalazł się tutaj? Z zakamarków
pamięci wyskoczyła informacja, że Jerzy Popiełuszko był przez jakiś czas
wikarym w parafii Matki Boskiej Królowej Polski w Aninie. Widocznie
trafiłem akurat na ten moment.
Zadziwiający zbieg okoliczności! Zamyślony przepuściłem pogrzeb i dopiero potem przeszedłem na drugą stronę ulicy. Zanim wróciłem do domu,
wpadłem jeszcze do fryzjera, gdzie kazałem ogolić brodę i podstrzyc
włosy. Zostawiłem jedynie dłuższą grzywkę, tak aby zasłaniała brzydką
bliznę na czole.
W domu Alicja przywitała mnie pocałunkiem. Krótki dotyk jej wąskich
suchych ust nie sprawił mi większej przyjemności niż ssanie płyty
laminowanej.
- Jesteś jakiś inny - powiedziała z wyrzutem.
- Podejrzewam, że to fatalne skutki kaca - mruknąłem, z niepokojem
myśląc o wieczorze. Z kłopotu, jaki nastręczała dalsza konwersacja,
wybawiła mnie mama.
- Dzwonił Artur, chce wpaść wieczorkiem. Może zagramy w kierki?
Do licha, na śmierć zapomniałem o mym najstarszym przyjacielu. W roku
1978 Artur jeszcze żył i czekały nas całe kilometry spacerów i dyskusji,
z przerwą na czas stanu wojennego, kiedy rozdzieliła nas emigracja i różnica poglądów na temat Solidarności. Nie spotykaliśmy się przez
dobrych sześć lat.
Wyczekałem, aż panie wyjdą do ogrodu zażywać słonecznej kąpieli, i dorwałem się do szafki z rodzinnymi albumami. Te pierwsze, z pięknymi
podpisami białym atramentem i kaligraficznym liternictwem, sporządzał
jeszcze tata, potem było kilka lat przerwy, po czym osobiście przejąłem
funkcję rodzinnego kronikarza. Aż do matury nic nie uległo zamianie.
Podobnie ze zdjęciami z Elektrona: ja, Maciek Kalinowski, Lidka Jaroń,
Zbyszek Rączkowski.
Potem znalazłem kilka zdjęć ze szpitala. Wyglądały dość egzotycznie. W bandażach, z nogą na wyciągu, na wózku... Przeważanie w towarzystwie
Artura.
Obróciłem kolejną kartkę i prawie krzyknąłem. Brałem ślub w pałacu
ślubów przy Zamku Królewskim, a panną młodą była... Nie wierzę! Helena
Kaczmarzyk! A więc to, co nie udało się kandydatowi na Kordiana,
zrealizował połamaniec z instytutu historycznego. Cud!
Serwis zdjęciowy olśniewał bogactwem szczegółów, zorientowałem się, że
świadkami byli Artur Schwartz i Ala Gąsowska (konsekwencji nie sposób
jej odmówić). Wśród gości przeważali koledzy z uczelni, zjawił się
profesor Lindner, u którego zapisałem się na seminarium, a także szeroka
rzesza przyjaciół mamy i Leszka. Wesele, jak łatwo dało się zauważyć,
odbywało się w naszym ogrodzie pełnym kwiatów i bujnej czerwcowej
zieleni. Były też zdjęcia z naszej podroży poślubnej do Kazimierza, a nawet frywolne zdjęcie panny młodej w półprzezroczystej nocnej koszulce,
najwyraźniej bez stanika i majtek.
Helenę zauważyłem po raz pierwszy w trakcie zajęć z przysposobienia
bibliotecznego. Mego wzrostu, ale na wysokim obcasie, robiła wrażenie
wręcz posągowej, z twarzą śródziemnomorskiej piękności, namiętnymi
ustami i błyszczącymi oczami... Tylko nosek był drobny, słowiański,
leciutko zadarty, wnoszący w niedostępną powagę klimat rozbawienia.
Śniłem o niej po nocach, adorowałem dość bezskutecznie, a mocniejszy
szturm podczas obozu naukowego skończył się oblaniem mnie pełnym
kieliszkiem szampana.
A jednak wyszła za mnie! To graniczyło z cudem!
Tylko dlaczego ten raj skończył się rozwodem? Miałem zamiar wypytać na
ten temat Artura, ale znalazłem prostszy sposób. Od lat wykorzystywałem
kalendarzyki do zapisywania ważniejszych wydarzeń. Prowadziłem także
nieregularny pamiętnik, ukryty za serią klasyki na najwyższej półce
biblioteki. Wcale nie zdziwiłem się, że tkwił tam nadal, doprowadzony
nieomal do dnia dzisiejszego, choć ostatnie wpisy dotyczyły czerwca. Z tego, co pamiętałem, notatki grzeszyły jednostronnością, rozpisywałem
się głównie w chwilach psychicznego dołka, pomijając kompletnie momenty
sukcesu.
Doraźne zdarzenia odnotowywałem głównie w kalendarzykach, których
kolekcje znalazłem w najniższej szufladzie starego biurka. Razem z pamiętnikiem tworzyły niezłe źródło historyczne na temat mej zgubionej
przeszłości. Początkowo sądziłem, że Helena zajęła się mną kierowana
empatią, na co wskazywała jej wizyta w szpitalu, w którym usiłowano
poskładać to, co ze mnie zostało. Jednak z kolejnych wpisów wynikało, że
stałem się jej potrzebny (wręcz niezbędny) przy pracy proseminaryjnej,
oboje znaleźliśmy się na seminarium u profesora Karola Lindnera, a ja,
mimo że sesję jesienną zaliczałem na wózku, wkrótce zacząłem robić za
naukową gwiazdę. Może dlatego, że inne przyjemności życiowe stały się
dla mnie niedostępne na długo. Helena, co wynikało z zapisków pełnych
ckliwych narzekań, a nawet grafomańskich wierszy ("Madonno, ciemna jak
flamandzki arras..."), długo nie zwracała na mnie uwagi jako na mężczyznę.
Traktowała raczej jak przyjaciółkę z wąsami, której bezpruderyjnie
zwierzała się ze swych osobistych fascynacji. Krótko po Nowym Roku,
kiedy ostatecznie odłożyłem kule, w jej sercu zagościł niejaki Roman
(przez jej koleżanki zwany Ramonem), ognisty brunet kończący właśnie
studia na AWF-ie. Typowy mięśniak, chętnie wchodzący w bójki i traktujący kobiety jak dodatek do materaca. Helena, tak zwykle rozważna
i romantyczna, straciła dla niego głowę i oddała mu swe dziewictwo w jakimś zawszonym akademiku. Przez parę miesięcy byli parą. Ja (czy
raczej moja kaleka replika) cierpiałem w milczeniu. Związek tego
zjawiskowego duetu przetrwał wakacje i pękł we wrześniu, kiedy po
powrocie z objazdu naukowego moja Madonna zastała swego Adonisa w łóżku
z koleżanką. Co gorsza, jej rywalka zalicytowała ostrzej od niej i błyskawicznie zaszła w ciążę. Helena walczyła jeszcze jakieś trzy
miesiące, ale kiedy rozniosło się o ślubie wymarzonego mięśniaka,
spasowała. I postanowiła się zemścić. Byłem pod ręką. Z zapisków
wynikało, że w trakcie kolejnej sesji uczyliśmy się tak intensywnie, że
nie pozostało mi nic innego, jak zaprosić ją na noc. Oczywiście nie
miałem pojęcia, co z tego wyniknie.
W kalendarzyku pod datą 21 stycznia zanotowałem czerwonym długopisem:
"Stało się!".
Z późniejszych notatek, prowadzonych już po rozstaniu, udało mi się
odtworzyć przebieg wydarzeń tamtej doby. Gdzieś po północy przerwaliśmy
naukę, zaczęliśmy gadać o życiu i szczęściu, a Helena się rozpłakała.
- Ja to nie mam szczęścia! - powtarzała. - Zostanę starą panną. Nikt się
ze mną nie ożeni.
- Nie przesadzaj. - Pocieszałem ją, jak mogłem. - Każdy po prostu
marzyłby o życiu z tobą.
- Ty też? - Podniosła na mnie załzawione oczy.
- Oczywiście - potwierdziłem skwapliwie.
- I ożenisz się ze mną? (W innej rzeczywistości słyszałem to tak często
od rozmaitych zaliczonych panien, że zacząłem traktować ten zwrot wręcz
jak część rytuału. Tym razem nie próbowałem wykrętów).
- Choćby jutro! - zawołałem.
Zaczęła mnie całować, ja rewanżowałem się pieszczotami. I tak zastał nas
świt i moja mama, która zajrzała przez uchylone drzwi (ciekawość była
jej drugą naturą), a widząc śpiącą w mej pościeli brunetkę i mój
rozanielony wzrok, pokazała mi króliczka na znak zwycięstwa. Szkoda, że
nie wiedziałem nic więcej o początkowej fazie naszego związku. A może i nie szkoda!
W ramach rekonstrukcji udało mi się ustalić część faktów. Narzeczeństwo
musiało być dla mnie dziwnym okresem. Helena zachowywała się jak
wytrawny rybak. Złapawszy rybkę na haczyk, nie pozwoliła jej się urwać i udając "wtórną dziewicę", rozgrzewała moje pożądanie do białości. Z jakiegoś powodu żadna ze stron nie nalegała na ślub kościelny.
Oczywiście, noc poślubna przebiegła po bożemu, jeśli pełnosprawnym można
nazwać kogoś, kto wlał w siebie trzy czwarte litra alkoholu.
W kalendarzyku jednak nie musiałem zapisać jak Ludwik XVI po ślubie z Marią Antoniną: "Rien!". Wspaniale za to przebiegł miesiąc miodowy, o czym świadczyły dyskretne kropki, stawiane na marginesach notatnika,
oznaczające celne strzały. W dodatku na wyjeździe. Później sytuacja
wróciła do normy, którą wyznaczały przyjemności raz na tydzień,
oczywiście w przypadku mego nienagannego zachowania przez resztę
tygodnia. Z notatek wynika, że nie mogłem pojąć tej polityki. Początkowo
myślałem, że moja żona postanowiła uczynić z seksu "dobro rzadkie",
stymulując w ten sposób moje pożądanie, potem skłaniałem się do opinii,
że po prostu nie przepadała za tymi rzeczami. Szczególnie ze mną. I traktowała "obowiązki małżeńskie" jako zło konieczne.
Tymczasem po pół roku kropki stały się jeszcze rzadsze, a w zapiskach
zaczął dominować ponownie ton cierpiętniczy.
Podejrzewam, że prawdziwe kłopoty zaczęły się po egzaminie magisterskim.
Przynajmniej od czasu mego wypadku traktowałem moją przyszłą asystenturę
jako rzecz pewną. Tymczasem im bliżej było końca studiów, tym obietnice
Lindnera stawały się coraz bardziej mgliste. Dużo podróżował, rzadko
miał dla mnie czas. Wreszcie dał mi do zrozumienia, że od czasu Marca
'68 niewiele może na wydziale, że rozejrzy się za możliwością
umieszczenia mnie w PAN-ie, chociaż to też nic pewnego. Z notatek
wynikało, że zwierzyłem się z mych kłopotów Półchłopkowi.
- A na coś ty liczył? - obśmiał mnie Marek. - Przecież w całej historii
wydziału nie zdarzyło się, żeby Lindner zrobił swoim asystentem
jakiegoś, choćby i najzdolniejszego, goja.
- A docent Piotrowska? Stuprocentowa Aryjka!
- Dysponowała widocznie innymi atutami.
Gdzieś pół roku przed końcem studiów pojawiło się inne rozwiązanie.
Nieoczekiwanie zaprosił mnie do gabinetu doktor Zawada, marcowy docent,
specjalizujący się w historii ruchu robotniczego.
Przebieg rozmowy, nieomal in extenso, znalazł się w mym dzienniku.
- Powiem panu, panie kolego - zaczął, skrobiąc się po karku - mówi się,
że nie ma pan zbyt wielkich perspektyw w mediewistyce, gdyby pan jednak
zdecydował się zmienić specjalizację i zaczął doktoryzować się u mnie...
- U pana?
- Historia najnowsza wymaga najzdolniejszych naukowców. Stypendium nie
jest szczególnie wysokie, ale przy lekkim piórze mógłbym załatwić panu
pisanie recenzji do kilku gazet.
Pomyślałem sobie o "Życiu Partii", gdzie Zawada był w składzie kolegium,
i zrobiło mi się niedobrze. Tymczasem dalej było jeszcze gorzej.
- Oczywiście - kontynuował docent - należałoby pomyśleć o waszym
statusie politycznym. Myślę, że moglibyśmy przyjąć was do partii,
skracając staż kandydacki.
Przytomnie stwierdziłem, że się namyślę, i uciekłem z gabinetu.
Rozterkami podzieliłem się z Heleną. Wręcz wybuchła.
- Nie możesz tego zrobić Karolowi! - zawołała. - Profesor Lindner po
inwazji na Czechosłowację rzucił legitymację partyjną, a ty ją
skwapliwie podnosisz!
- Lindner mnie zwyczajnie olał - tłumaczyłem.
- A to, że ja piszę u niego pracę, w ogóle cię nie obchodzi.
Zawstydzony, nie wracałem do tematu. Może powinienem, choć wątpię, żeby
uratowało to moje małżeństwo.
Helena ukończyła studia pół roku po mnie. Nasze relacje psuły się w zastraszającym tempie. Na podstawie mych rozpaczliwych wpisów mogłem
wnosić, że awantury zdarzały się nam coraz częściej, a o pieszczotach
musiałem zapomnieć. Żeby jakoś ją udobruchać, podjąłem pracę w podstawówce na Gocławku, ale chuda pensyjka nie starczała na wydatki
"kobiety luksusowej".
Po egzaminie magisterskim okazało się, że upragniona asystentura jednak
się znalazła. Dla Heleny.
- Doktorantka może średnia, ale reprezentacyjna - zarekomendował ją
Lindner na radzie wydziału.
Pół roku później wyjechali razem na placówkę do Londynu. Kiedy zostali
kochankami, nie mam pojęcia. W każdym razie nadspodziewanie szybko
trafił do mnie pozew rozwodowy.
Z pamiętnika wynika, że wskutek tych wydarzeń jego autor kompletnie się
rozkleił. Pił, roztkliwiał się nad sobą. Walczył z myślami samobójczymi.
Nie poznawałem siebie. Facet wyłaniający się z rozpaczliwych notatek
wydawał się moim zaprzeczeniem, nie przypominając w najmniejszym stopniu
optymisty, lekkoducha, sybaryty.
Potem żałosne wpisy stały się rzadsze, a w kalendarzykach zaczęło się
przewijać nazwisko Gąsowskiej, najwyraźniej przyjmującej rolę
pocieszycielki i terapeutki. Wreszcie koło Wielkiejnocy pojawiła się
spora rozmazana kropa. W pamiętniku nie poświęciłem temu zdarzeniu ani
strony. Zawiesiłem, zresztą na dłuższy czas, pisanie memuarów. Wygląda
na to, że rozpocząłem normalne, banalne życie bez zrywów i załamań, w którym nic ani szczególnie dobrego, ani wyjątkowo złego nie miało prawa
się wydarzyć!