Powtórka z morderstwa - Monika Szwaja

Kup ebooka

34.00 zł
28.22 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sza­now­ni Czy­tel­ni­cy, uprzej­mie za­wia­da­miam, że tę ksi­ążkę na­pi­sa­łam wy­łącz­nie dla za­ba­wy. Oczy­wi­ście wszyst­ko, co zo­sta­ło tu przed­sta­wio­ne, jest fik­cją, nie ma nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią, jest wy­my­ślo­ne, nie­praw­dzi­we... jak­by to jesz­cze okre­ślić, żeby ni­ko­go nie ku­si­ło po­szu­ki­wa­nie "dru­gie­go dna"?... Nie ma żad­ne­go dna. Jest nie­win­na roz­ryw­ka. Wy­łącz­nie!

Ilon­ka Ka­ram­bol po­wo­li po­pa­da­ła w de­pre­sję.

Mąż, Ja­ro­mir Ko­peć, któ­re­go ko­cha­ła mi­ło­ścią pierw­szą, choć ostat­ni­mi cza­sy nie­co jak­by przy­ku­rzo­ną - ale była mu wier­na, do dia­bła! - rzu­cił ją dla pa­ty­ko­wa­tej mi­ło­śnicz­ki węd­ko­wa­nia na cie­płym ka­na­le koło Dol­nej Odry. Sam był za­pa­lo­nym węd­ka­rzem, cze­go zu­pe­łnie nie ro­zu­mia­ła Ilon­ka - ale go­dzi­ła się z tym, cho­le­ra ja­sna! - ab­so­lut­nie na­to­miast nie po­dzie­lał na­mi­ęt­no­ści żony do mo­to­ry­za­cji w ogó­le i do pew­ne­go dwu­let­nie­go je­epa che­ro­kee w szcze­gól­no­ści. Ja­ro­mir Ko­peć miał jej chy­ba tro­chę za złe, że ku­pi­ła tego je­epa za pie­ni­ądze odło­żo­ne na bu­do­wę wła­sne­go dom­ku - ale to były jej pie­ni­ądze, szlag by to tra­fił! - ta­tuś jej dał, kie­dy spie­ni­ężył po­sia­dło­ść otrzy­ma­ną w spad­ku po wła­snej bab­ce (po­sia­dło­ść była zresz­tą dość mi­kra, na­wet na nów­kę nie wy­star­czy­ła). Ma­łżo­nek krzy­wo pa­trzył rów­nież na fakt, iż ulu­bio­na za­ba­wecz­ka Ilon­ki pa­li­ła nie mniej niż dwa­dzie­ścia li­trów ben­zy­ny na sto ki­lo­me­trów - a ile mia­ła pa­lić z po­jem­no­ścią pięć prze­ci­nek dwa?

Szcze­gól­nie in­ten­syw­nie Ja­ro­mir Ko­peć nie­na­wi­dził ko­lo­ru ka­ro­se­rii sa­mo­cho­du swo­jej żony - so­czy­ste­go fio­le­tu przy­po­mi­na­jące­go Cle­ma­tis Jack­ma­ni w pe­łni roz­kwi­tu.

Roz­wie­dli się jak lu­dzie kul­tu­ral­ni, bez orze­ka­nia o wi­nie.

Nie­wiel­kie miesz­kan­ko w wie­żow­cu zaj­mo­wa­ne przez nich do­tych­czas, jeep zwa­ny przez wła­ści­ciel­kę Zyg­fry­dem i mops imie­niem Gi­zmo po­zo­sta­ły przy Ilon­ce. Mops na­le­żał w za­sa­dzie do Ja­ro­mi­ra i to Ja­ro­mir był jego sam­cem alfa, nie­ste­ty - pa­ty­ko­wa­ta don­na twier­dzi­ła, że jest uczu­lo­na na psią sie­rść. Bied­ny Gi­zmo, po­zba­wio­ny prze­wod­ni­ka sta­da, na­tych­miast do­stał po­tężnej ner­wi­cy.

Ilon­ka po­wró­ci­ła do pa­nie­ńskie­go na­zwi­ska i na­zy­wa­ła się te­raz Dy­mek.

Stan de­pre­syj­ny po­głębiał u niej fakt, że je­dy­ny czło­wiek, na któ­re­go ewen­tu­al­nie za­mie­ni­ła­by swo­je­go Kop­cia - ko­le­ga z re­dak­cji in­for­ma­cji szcze­ci­ńskiej te­le­wi­zji - rzu­cił te­le­wi­zję ni­czym Ko­peć Ilon­kę, oże­nił się z ja­kąś tłu­stą fa­cet­ką i ra­zem za­ło­ży­li ro­dzin­ny dom dziec­ka.

Boże je­dy­ny. Dom dziec­ka...

Ilon­ka mo­gła­by pra­co­wać z dzie­ćmi, ow­szem, gdy­by ją do tego zmu­si­ły ja­kieś oko­licz­no­ści, dzie­ci jej nie brzy­dzi­ły w naj­mniej­szym stop­niu, mo­gła z nimi roz­ma­wiać i na­wet się za­przy­ja­źniać - z wła­snej woli jed­nak zde­cy­do­wa­nie wy­bie­ra­ła pro­fe­sję dzien­ni­kar­ską. Ruch - to było coś, bez cze­go ab­so­lut­nie nie mo­gła żyć. Bar­dziej niż bez Kop­cia. Ilon­ka była pi­sto­le­tem do­sko­na­łym, sta­no­wi­ła­by na pew­no ozdo­bę ka­żdej re­dak­cji in­for­ma­cji w kra­ju, ale ja­koś nie chcia­ło jej się opusz­czać Szcze­ci­na. Przy­wi­ąza­ła się.

Ulu­bio­ną dzia­łką dzien­ni­kar­ską spo­śród kil­ku, któ­re upra­wia­ła, były in­for­ma­cje o ru­chu dro­go­wym. Za­wdzi­ęcza­ła im swój pseu­do­nim, zna­ny do­sko­na­le w ca­łej mo­to­ry­za­cyj­nej Pol­sce. Nie­ste­ty - od pew­ne­go cza­su mia­ła wra­że­nie, że wszyst­ko już w tej dzie­dzi­nie po­ka­za­ła... mu­sia­ła­by się jej tra­fić ka­ta­stro­fa o ja­ki­chś nie­wy­obra­żal­nie wiel­kich roz­mia­rach, a na taką trud­no li­czyć, nie­ste­ty.

To zna­czy na szczęście.

Do de­pre­sji po­roz­wo­do­wej po­łączo­nej ze smu­tecz­kiem spo­wo­do­wa­nym znik­ni­ęciem Ada­ma Grzy­bow­skie­go, po­ten­cjal­ne­go kan­dy­da­ta na po­cie­sza­cza, do­łączy­ło się więc nie­przy­jem­ne uczu­cie wy­pa­le­nia za­wo­do­we­go.

Po sze­ściu la­tach pra­cy. Za wcze­śnie.

Ilon­ka za­sta­na­wia­ła się po­wa­żnie, czy w tej sy­tu­acji do roz­le­głe­go spek­trum swo­ich za­in­te­re­so­wań za­wo­do­wych nie do­łączyć spraw ści­śle kry­mi­nal­nych. Mor­der­cy, ban­dy­ci, wy­łu­dza­cze, szan­ta­ży­ści, gan­ste­rzy, ma­fio­zi. Ja­kaś zmia­na. Nie­ste­ty, nie mia­ła od­po­wied­nich cho­dów w wy­dzia­le kry­mi­nal­nym, a za­przy­ja­źnie­ni po­li­cjan­ci z dro­gów­ki, któ­rzy ją zresz­tą sza­le­nie lu­bi­li, sta­now­czo od­ma­wia­li po­śred­ni­cze­nia w za­wie­ra­niu no­wych zna­jo­mo­ści.

- Ty, Ilon­ka, masz za­nad­to wy­bu­cho­wy tem­pe­ra­ment - po­wie­dział jej kie­dyś wi­ce­szef wo­je­wódz­kiej dro­gów­ki, od­wiecz­ny przy­ja­ciel, z któ­rym wy­pi­ła mo­rze wód­ki i zja­dła becz­kę sło­nych śle­dzi pod tę wód­kę. - Zro­zum, kwia­tusz­ku, nie mogę cię na­słać na mo­ich kry­mi­nal­nych ko­le­gów, bo by mnie prze­klęli. Ty my­ślisz, że oni tak od razu bio­rą eki­pę ant­ków w ka­skach, ka­mi­zel­kach i z wiel­ki­mi ar­ma­ta­mi, a naj­le­piej w ogó­le ze śmi­głow­cem, i pędzą wal­czyć ze złem pa­nu­jącym wśród nas, i ro­bią dużą strze­la­ni­nę, i masę wy­bu­chów. A to prze­cież nie­praw­da. Oni dłu­bią. Ty­go­dnia­mi, mie­si­ąca­mi, cza­sem la­ta­mi. Ty się do dłu­ba­nia nie na­da­jesz, ty je­steś wul­kan, dziew­czy­no. Więc zo­staw kry­mi­nal­nych w spo­ko­ju, niech oni po­ma­łu ro­bią swo­je, a ty jedź z na­szy­mi chło­pa­ka­mi na ak­cję "Bez­piecz­ny po­wrót do domu". Na­ła­piesz so­bie kli­ma­tów. Faj­nie będzie, zo­ba­czysz.

Ilon­ka tro­chę po­dy­sku­to­wa­ła, ale efek­tu wiel­kie­go to nie dało. Poza tym wsku­tek swo­jej po­roz­wo­do­wej de­pre­sji stra­ci­ła spo­rą część wro­dzo­nej wa­lecz­no­ści. Po­go­dzi­ła się z sy­tu­acją, nie­mniej gdzieś w tyle gło­wy po­zo­sta­ło jej ma­rze­nie - a na­wet po­sta­no­wie­nie: do­rwać się wresz­cie do po­rząd­nych, pe­łno­tłu­stych prze­stęp­ców i może na­wet zmie­nić ksy­wę... z nie­zbyt po­wa­żnej Ilon­ki Ka­ram­bol na Ilo­nę Kry­mi­nał...

- Hej, Szy­mon, co tam masz w tym pu­dle?

Re­ali­za­tor świa­tła, któ­ry w za­sa­dzie po­wi­nien już sie­dzieć w re­ży­ser­ce, prze­mie­rzał wiel­ki­mi kro­ka­mi stu­dio, la­wi­ru­jąc po­mi­ędzy kłębi­ącym się tam tłu­mem pra­cow­ni­ków i go­ści pro­gra­mu. Ci­ągnął za sobą ogrom­ny sre­brzy­sty ku­fer, a na twa­rzy miał wy­raz ci­chej acz nie­co wy­mu­szo­nej re­zy­gna­cji.

Za­trzy­mał się w pół dro­gi i ob­rzu­cił py­ta­jącą ci­ężkim wzro­kiem.

- Co mam mieć? Lam­py. Ma­ciek so­bie za­ży­czył, żeby mu do­świe­tlić tam­ten cho­ler­ny kącik. Bo mu się sce­no­gra­fia gubi. Czy was wszyst­kie kom­plet­nie po­gi­ęło, żeby tylu lu­dzi na raz za­pra­szać?

- Nie wia­do­mo, czy to nie jest na­sza ostat­nia szan­sa na zro­bie­nie ja­kie­go­kol­wiek pro­gra­mu - prych­nęła Wik­to­ria. - Co ty, nie wiesz, na ja­kim świe­cie ży­jesz?

Szy­mon po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem i pod­jął swo­ją wędrów­kę na prze­łaj przez stu­dio. Wik­to­ria uda­ła się do cha­rak­te­ry­za­tor­ni, spraw­dzić, czy wszy­scy go­ście już są upu­dro­wa­ni. Do we­jścia na an­te­nę zo­sta­ło jesz­cze czter­dzie­ści mi­nut, ale pro­gram wy­my­śli­ły ra­zem z Lal­ką moc­no skom­pli­ko­wa­ny i na­le­ża­ło pi­ęt­na­ście razy wszyst­ko spraw­dzić, żeby nie było głu­pich nie­spo­dzia­nek.

Naj­głup­sza wła­śnie sie­dzia­ła na fo­te­lu i pod­da­wa­ła się za­bie­gom Te­re­ni-Pu­der­ni­cy.

- Jezu - po­wie­dzia­ła nie­wy­ra­źnie, bo Te­re­nia aku­rat po­pra­wia­ła kon­tu­rów­ką ob­rys jej po­nęt­nych uste­czek, za­zwy­czaj zło­żo­nych w mi­luch­ny ciup. To nie do wia­ry, ale fa­ce­ci le­cie­li na ten ciup jak mu­chy na lep. - Jezu, Wika, ja so­bie nie dam rady, ja nic nie pa­mi­ętam, nie od­ró­żniam tych two­ich wszyst­kich go­ści, ja cię pro­szę, ty naj­le­piej bądź w stu­diu!

- W stu­diu ci nic nie pod­po­wiem - od­pa­rła su­cho Wik­to­ria. - Mo­gła­bym cię co naj­wy­żej ła­pać za rącz­kę od cza­su do cza­su. Albo za nó­żkę. Lal­kę masz w po­bli­żu, a ja si­ądę z Ma­ćkiem w re­ży­ser­ce. Nie martw się, wszyst­ko ci z góry po­wiem. Tyl­ko że­byś nie my­li­ła go­ści. Za­pisz so­bie, w ja­kiej ko­lej­no­ści sie­dzą. Patrz na mo­ni­tor, będzie­my ich pod­pi­sy­wać. Nie bój się, będzie do­brze.

Wy­do­by­cie z sie­bie cie­plej­szych to­nów kosz­to­wa­ło Wik­to­rię spo­ro. Naj­chęt­niej trza­snęła­by ko­le­żan­kę w ten głu­pi łeb, żeby so­bie cho­ciaż odro­bi­nę ulżyć, ale wte­dy bo­ska Ka­ro­la Pu­ćko za­po­mnia­ła­by praw­do­po­dob­nie na­wet wła­sne­go na­zwi­ska.

Bo­ska Ka­ro­la po­ja­wi­ła się w stu­diu wczo­raj w cha­rak­te­rze tej naj­głup­szej nie­spo­dzian­ki. Nie była sama. Przed nią ta­necz­nym kro­kiem po­stępo­wa­ła pani Ewe­li­na Prosz­kow­ska, od dwóch lat dy­rek­tor ośrod­ka te­le­wi­zyj­ne­go w Szcze­ci­nie. Wo­kół niej po­wie­wa­ły, jak zwy­kle, licz­ne sza­le, a za nią nió­sł się osza­ła­mia­jący za­pach naj­dro­ższych per­fum, ja­kie mo­żna ku­pić w Se­pho­rze.

- Pani Wik­to­rio, pani Eu­la­lio - po­wie­dzia­ła dy­rek­tor­ka, jak zwy­kle to­nem wład­czym. - Pod­jęłam de­cy­zję co do pań tok­szo­łu...

Wika i Lal­ka spoj­rza­ły po so­bie w po­pło­chu. Za chwi­lę mia­ła się za­cząć pró­ba te­goż tok­szo­łu. W stu­diu kłębi­ły się tłu­my lu­dzi, prze­wa­żnie w wie­ku pó­źno­li­ce­al­nym, choć było też kil­ko­ro bar­dziej do­ro­słych. One same za­mie­rza­ły za mo­ment usi­ąść na miej­scach pro­wa­dzących. To zna­czy tak im się wy­da­wa­ło. Oka­za­ło się, że mia­ły myl­ne wy­obra­że­nie co do kszta­łtu wła­sne­go pro­gra­mu.

- Będzie le­piej, je­że­li pa­nie nie będą go same pro­wa­dzić. Ka­ro­la zro­bi to bar­dzo do­brze... na­mó­wi­łam ją, nie chcia­ła po­cząt­ko­wo, bo to tak nie­zbyt wy­god­nie, we­jść z mar­szu w pra­wie go­to­wą pro­duk­cję... nie­mniej dla do­bra spra­wy...

- Ja­kie­go do­bra spra­wy? - Lal­ka była bla­da jak śmie­rć, pod­czas gdy Wika spur­pu­ro­wia­ła i stra­ci­ła głos z wra­że­nia. - Pani dy­rek­tor chce nam na­rzu­cić pro­wa­dzącą te­raz? Kie­dy ko­ńczy­my przy­go­to­wa­nia? Za­raz za­cznie się pró­ba, a ju­tro jest an­te­na! Na żywo, pani dy­rek­tor!

- Wiem, że na żywo, pani re­dak­tor - wes­tchnęła po­bła­żli­wie dy­rek­tor­ka. - Mają pa­nie dwa dni cza­su. Bar­dzo do­brze, że jest pró­ba, Ka­ro­la wej­dzie z mar­szu. Na pew­no da­cie so­bie radę. O, jest pan Ko­cha­ński. Do­sko­na­le. Pa­nie Ma­cie­ju, mała zmia­na. Uwa­żam, że dwie pro­wa­dzące są nie­po­trzeb­ne, wy­star­czy jed­na. Ka­ro­la to zro­bi.

Ma­ciek Ko­cha­ński, re­ali­za­tor pro­gra­mu, osłu­piał. Zsze­dł na chwi­lę z re­ży­ser­ki, żeby po­go­nić całe to­wa­rzy­stwo, wi­dział, oczy­wi­ście, dy­rek­tor­kę i Ka­ro­lę Pu­ćko, ale te­raz po­wód ich przy­by­cia na pró­bę przy­pra­wił go o mały szok - i dużą zło­ść.

- Prze­pra­szam, ale nie ro­zu­miem - po­wie­dział uprzej­mie, stłu­miw­szy uczu­cia. - Ka­ro­lin­ka? Mia­łem wra­że­nie, że to Lal­ka i Wika pro­wa­dzą. To ich kon­cep­cja i ich pro­gram...

- Nie za­prze­czam by­naj­mniej, pa­nie Ma­cie­ju. Kon­cep­cja, któ­ra bar­dzo mi się po­do­ba, na­wia­sem mó­wi­ąc. Ale sam pan przy­zna, że nie ma ta­kie­go obo­wi­ąz­ku, żeby au­tor był jed­no­cze­śnie pro­wa­dzącym. Pół roku temu... co naj­mniej pół roku temu uma­wia­łam się z pa­nia­mi, że nie będą pro­wa­dzić w stu­diu. Nie ro­zu­miem, cze­mu pa­nie mają ta­kie par­cie na szkło.

- Ale Lal­ka i Wika bar­dzo do­brze pro­wa­dzą, pani dy­rek­tor. Po­nad­to są do­sko­na­le przy­go­to­wa­ne... w ko­ńcu to one wszyst­ko wy­my­śli­ły i pra­co­wa­ły nad kon­cep­cją pro­gra­mu od mie­si­ąca...

- Pa­nie Ma­ćku - prze­rwa­ła mu bez­ce­re­mo­nial­nie dy­rek­tor­ka. - To, że wy­my­śli­ły i pra­co­wa­ły, nie ozna­cza, po­wta­rzam, że mu­szą pro­wa­dzić. A co do tego, że ro­bią to do­brze, to, pro­szę wy­ba­czyć, ale zda­nie dy­rek­cji na ten te­mat jest wręcz prze­ciw­ne. Chcia­łam być de­li­kat­na, ale sko­ro pa­ństwo sami do­ma­ga­ją się praw­dy bez osło­nek... Cóż. Prze­cież pa­nie wie­dzą, jak wy­gląda­ją, praw­da? Pani Ma­now­ska, ile pani ma lat? Pani Woj­ty­ńska, ile pani ma nad­wa­gi? Bar­dzo prze­pra­szam, ale pre­zen­ter musi trzy­mać pe­wien stan­dard!

- Czy pani dy­rek­tor uwa­ża, że je­stem grub­sza od Woj­cie­cha Man­na? - Wika od­zy­ska­ła głos. - Któ­re­go wszy­scy rów­no uwiel­bia­ją?

- A co, do dia­bła, za zna­cze­nie ma mój wiek? - sark­nęła Lal­ka. - Wy­glądam zu­pe­łnie przy­zwo­icie! A to jest pro­gram au­tor­ski i w do­dat­ku pu­bli­cy­stycz­ny, nie roz­ryw­ko­wy! Kan­ka­na nikt nie ta­ńczy! Roz­ma­wia­my o fi­lo­zo­fii i li­te­ra­tu­rze.

- Pani Eu­la­lio... na­praw­dę pa­nie się same na­pra­sza­ją, żeby im mó­wić nie­przy­jem­ne rze­czy... a ja chcia­łam oka­zać mak­si­mum de­li­kat­no­ści. Ale do­brze. Sko­ro pa­nie chcą. Uwa­żam, że źle pa­nie pro­wa­dzą.

- Co to zna­czy "źle"? - Wika była wście­kła i war­cza­ła jak zły pies. - Co to zna­czy? Obie z Lal­ką mamy bez­ter­mi­no­we kar­ty ekra­no­we, pani dy­rek­tor! Pre­zen­ter­skie! Co to zna­czy "źle"? Co nam się na­gle po­psu­ło?

- Boże je­dy­ny. - Pani dy­rek­tor wznio­sła oczy ku nie­bu. - Źle to zna­czy źle. I niech pan się nie sta­ra bro­nić ko­le­ża­nek, pa­nie Ma­cie­ju - uprze­dzi­ła Ma­ćka, któ­ry już na­bie­rał po­wie­trza w płu­ca. - Te nie­do­mó­wie­nia pani Wik­to­rii są po pro­stu nie­zno­śne! A pani Eu­la­lia jest in­fan­tyl­na...

- Chy­ba pani dy­rek­tor nie wie, co ozna­cza sło­wo "in­fan­tyl­ny" - prych­nęła Eu­la­lia. - A nie­do­mó­wie­nia są bar­dzo do­bre, bo wte­dy roz­mów­ca za­czy­na sam z sie­bie mó­wić wi­ęcej! To wła­śnie cho­ler­ni ama­to­rzy przy­go­to­wu­ją so­bie wszyst­kie py­ta­nia na kart­ce i nie słu­cha­ją od­po­wie­dzi, tyl­ko kle­pią to, co so­bie przy­szy­ko­wa­li za­wcza­su, ma to sens, czy nie...

- Poza tym, pani dy­rek­tor - wtrąci­ła Wika - obie mamy z Aka­de­mii Te­le­wi­zyj­nej do­sko­na­łe opi­nie, z za­zna­cze­niem, że bar­dzo do­brze pro­wa­dzi­my...

Pani dy­rek­tor mia­ła dość tej roz­mo­wy.

- Pani Wiko, nie dys­ku­tuj­my już. Może je­stem za­baw­na, ale wy­zna­ję za­sa­dę, że po­le­ce­nia dy­rek­to­ra na­le­ży po pro­stu wy­ko­ny­wać. Je­śli pa­niom nie od­po­wia­da moja pro­po­zy­cja ra­to­wa­nia wa­sze­go pro­gra­mu, to ten pro­gram może się w ogó­le nie od­być. Tyl­ko że wte­dy będzie­my się mu­sie­li po­wa­żnie za­sta­no­wić nad sen­sem na­szej dal­szej wspó­łpra­cy. Pa­nie, jak się zda­je, nie­wie­le ostat­nio ro­bią...

Wika i Eu­la­lia mia­ły śmie­rć w oczach. Ma­ciek, z na­tu­ry przy­tom­niej­szy od nich oby­dwu, rzu­cił im ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Do­sko­na­le wie­dział, że żad­ne ich pro­po­zy­cje w ci­ągu ostat­nie­go roku nie zy­ska­ły uzna­nia pani dy­rek­tor; wie­dział też, że po­spa­da­ły im do­tych­cza­so­we pro­gra­my, łącz­nie z nie­śmier­tel­nym cy­klem mor­skim Wiki i Ro­cha Sol­skie­go, zwie­rząt­ka­mi Eu­la­lii i sym­pa­tycz­nym cy­klem pro­du­ko­wa­nym wspól­nie z te­le­wi­zją rze­szow­ską, któ­ry Wice świet­nie wy­cho­dził. Ro­zu­miał ich zło­ść i roz­go­ry­cze­nie. Uwa­żał jed­nak, że dłu­żej klasz­to­ra niż prze­ora i był zda­nia, że me­gie­rę trze­ba prze­cze­kać.

Me­gie­ra ski­nęła na cza­jącą się nie­co z tyłu Ka­ro­lę.

- Po­zwól, moja dro­ga, mu­sisz się jak naj­szyb­ciej za­po­znać ze sce­na­riu­szem, bo pa­ństwo prze­cież po­win­ni już za­czy­nać pró­bę. Naj­wy­ższy czas, go­ście się nie­cier­pli­wią. Pani Wik­to­rio, cie­szę się, że nie jest pani oso­bą ma­łost­ko­wą i za­pro­si­ła pani pana Sol­skie­go, mimo że już nie pra­cu­je­cie ra­zem...

Wik­to­ria lek­ko się za­chły­snęła i po­da­ła Ka­ro­li Pu­ćko wła­sny sce­na­riusz.

- Lal­ka to z tobą szyb­ko omó­wi, jak zła­pię Kry­się, dam ci inny eg­zem­plarz, bo na tym są moje no­tat­ki. Ja te­raz pój­dę z Ma­ćkiem do go­ści, rze­czy­wi­ście trze­ba z nimi po­ga­dać.

Na szczęście wszy­scy go­ście byli za­przy­ja­źnie­ni i za­miast na­rze­kać na te­le­wi­zyj­ną nie­punk­tu­al­no­ść, za­częli się już lek­ko podśmie­wać.

- Cóż to się sta­ło, Wi­kuś? - Roch Sol­ski, jak zwy­kle życz­li­wy, pierw­szy za­uwa­żył fu­rię w oczach przy­ja­ció­łki re­dak­tor­ki. - Wy­glądasz, jak­by ktoś cię w zęby strze­lił, za prze­pro­sze­niem.

Wika wes­tchnęła głębo­ko.

- Go­rzej, Ro­chu. Słu­chaj­cie, prze­pra­sza­my was obie z Lal­ką, ale przed chwi­lą sze­fo­wa zmie­ni­ła nam pro­wa­dzące­go. To zna­czy za­mie­ni­ła nas na jed­ną taką, co się wła­śnie te­raz przy­go­to­wu­je.

- Pu­ćko Ka­ro­la, zna­na gwiaz­da? Wi­dzę ją z wa­szą dy­rek­tor­ką i na­szą dro­gą Lal­ką. Ona ma po­pro­wa­dzić to, o czym mó­wi­my od mie­si­ąca?

- Tak, a ja jej będę pod­rzu­cać py­ta­nia na ucho...

- O ile so­bie nie wyj­mie słu­chaw­ki - rzu­cił nie­dba­le

Ma­ciek. - Ostat­nio mi zro­bi­ła taki nu­mer i mo­głem do niej krzy­czeć dłu­go i na­mi­ęt­nie. Oczy­wi­ście zwa­li­ła winę na dźwi­ękow­ców. Tak czy ina­czej, mu­si­my za­czy­nać. Czy je­ste­śmy go­to­wi? Pa­nie pro­fe­so­rze...

- Od ty­go­dnia je­ste­śmy na ty - za­śmiał się Ma­rek Rudz­ki, fi­lo­zof i czło­wiek po­god­ny. - Miło było u Wik­to­rii na gril­l­ku, ale nie wie­dzia­łem, że aż stra­ci­łeś kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią...

- Tyl­ko pa­mi­ęć! - Ma­ciek, też z na­tu­ry po­god­ny oraz kon­struk­tyw­ny, prze­sze­dł do po­rząd­ku dzien­ne­go nad zmia­ną dwóch pro­wa­dzących re­dak­to­rek na jed­ną gwiaz­dę i usi­ło­wał za­cząć pra­cę. - Jesz­cze pani Aga­ta, praw­da? O, jest, z mło­dzie­żą. Pani Aga­to, pro­si­my na miej­sce, ko­le­ga pa­nią uzbroi w mi­kro­fon. A pana pi­sa­rza ktoś wi­dział? Wika?

- Sie­dzi w holu i to­ku­je przez ko­mór­kę. Bar­dzo się sta­ra, żeby wszy­scy sły­sze­li, że roz­ma­wia z dy­rek­to­rem Te­atru Na­ro­do­we­go. Słu­chaj­cie, może to on chciał mieć Ka­ro­lę za pro­wa­dzącą?

- Na pew­no! - Kry­sia, zdy­sza­na, do­szła do nich, szar­pi­ąc się ze swo­im bo­ga­tym wy­po­sa­że­niem dźwi­ęko­wym za­in­sta­lo­wa­nym na pa­sku dżin­sów. - Kur­czę, coś mnie tu przy­szczy­pa­ło. Prze­pra­szam, że mnie nie było, ale mu­sia­łam skse­ro­wać sce­na­riusz dla gwiaz­dy. Wika, po co ci był ten cały Pa­proch? Nie masz w Szcze­ci­nie in­nych li­te­ra­tów?

- On na­pi­sał ostat­nio dra­mat o dwóch fa­ce­tach wal­czących z ży­wio­ła­mi i dzi­ęki temu prze­war­to­ścio­wu­jących całe swo­je par­szy­we ży­cie - wes­tchnęła Wika. - Pa­su­je nam do te­ma­tu. Poza tym o mało co, a do­sta­łby za ten dra­mat na­gro­dę li­te­rac­ką "Nike". Naj­ki, jak mówi na­sza mło­dzież. Był no­mi­no­wa­ny. Aga­ta mówi, że on ma praw­dzi­wy ta­lent.

- Ta­lent ma jak cho­le­ra - przy­tak­nęła Kry­sia, od­cze­piw­szy od sie­bie dru­cik, któ­ry ją szczy­pał w oko­li­cy le­wej ner­ki. - Ka­wa­łek z tego dra­ma­tu dru­ko­wa­li w "An­go­rze". Na­wet na­szych ma­szy­ni­stów zbrzy­dzi­ło.

- Wasi ma­szy­ni­ści czy­ta­ją dra­ma­ty wspó­łcze­sne? - zdzi­wił się Ma­rek.

- Tyl­ko wte­dy, kie­dy au­to­ra­mi są mężo­wie dy­rek­to­rek - ob­ja­śni­ła go Kry­sia. - I to wy­łącz­nie we frag­men­tach. Szy­mon przy­nió­sł, bo chciał mnie za­py­tać, o co tam cho­dzi. Ale ja też nie zro­zu­mia­łam. Na­to­miast by­łam bli­ska pusz­cze­nia pa­wia. Pani Aga­to, on na­praw­dę jest wy­bit­ny?

- Tak mó­wią - po­twier­dzi­ła ostro­żnie Aga­ta Pa­kul­ska, po­lo­nist­ka, za­pro­szo­na do pro­gra­mu ra­zem ze swo­ją trzy­dzie­sto­oso­bo­wą ma­tu­ral­ną kla­są by­strza­ków. - Oso­bi­ście wolę Szek­spi­ra i paru in­nych sta­rych grzy­bów. Ale fak­tem jest, że do tej "Nike" bar­dzo mało mu bra­ko­wa­ło. Co zbrzy­dzi­ło wa­szych ma­szy­ni­stów?

- Zbrzy­dzi­ło i zgor­szy­ło. Opi­sy męsko-męskich i męsko-zwie­rząt­ko­wych de­wia­cji sek­su­al­nych. Rów­nież z przed­mio­ta­mi i je­dze­niem. Sto­su­nek sek­su­al­ny z wy­pa­tro­szo­nym kur­cza­kiem.

- Ouu, kur­czak... obrzy­dli­stwo. Ale męsko-męskie to już się nie li­czy za de­wia­cje...

- Za­pew­niam cię, Ma­ciuś, że w in­ter­pre­ta­cji pana Pa­prosz­ka to były de­wia­cje. Mam tę "An­go­rę", przy­nio­sę ci, to so­bie po­czy­tasz. Do­brze, chy­ba już do­syć tego bi­cia pia­ny, za­czy­na­my pró­bę!

W Kry­si ode­zwał się duch kie­row­ni­ka pro­duk­cji i za­częła za­ga­niać wszyst­kich na swo­je miej­sca. Ostat­ni po­ja­wił się Se­ba­stian Proch-Prosz­kow­ski, je­den z naj­wy­bit­niej­szych mło­dych (przed pi­ęćdzie­si­ąt­ką) pol­skich dra­ma­tur­gów wspó­łcze­snych, a pry­wat­nie ma­łżo­nek pani Ewe­li­ny Prosz­kow­skiej. Pa­trząc przez ze­bra­nych jak przez po­wie­trze, po­zwo­lił przy­pi­ąć so­bie mi­kro­fon i za­sia­dł na wska­za­nym fo­te­lu.

Lal­ka za­jęła stra­te­gicz­ne miej­sce w stu­diu, za ope­ra­to­rem ka­me­ry nu­mer trzy, Wika usia­dła w re­ży­ser­ce obok Ma­ćka. Ka­ro­la Pu­ćko po­sta­no­wi­ła pro­wa­dzić pro­gram na sto­jąco i nie po­zwo­li­ła so­bie wy­tłu­ma­czyć, że sko­ro ona stoi, to obec­nym w stu­diu mężczy­znom nie wy­pa­da sie dzieć. Po­pa­rła ją wci­ąż obec­na pani dy­rek­tor, teo­re­tycz­nie bier­na ob­ser­wa­tor­ka. Ma­ciek w re­ży­ser­ce zgrzyt­nął i ka­zał od­su­nąć sto­lik przy­go­to­wa­ny dla pro­wa­dzących. Pró­bę mo­żna było za­cząć.

Pięć mi­nut pó­źniej Wik­to­ria spie­ni­ła się po raz pierw­szy i pod­nio­sła głos, mó­wi­ąc do ucha pro­wa­dzącej.

Dzie­si­ęć mi­nut pó­źniej Ma­ciek za­czął war­czeć i rzu­cać do mi­kro­fo­nu wy­ra­zy po­wszech­nie uwa­ża­ne za obe­lży­we.

Kwa­drans pó­źniej Ka­ro­la Pu­ćko wy­jęła z ucha słu­chaw­kę.

To, co dzia­ło się w na­stęp­nych mi­nu­tach i kwa­dran­sach, wy­wo­ła­ło bu­rzę nie­kon­tro­lo­wa­nej ra­do­ści wśród bio­rących udział w pro­gra­mie trzy­dzie­ścior­ga by­strych ma­tu­rzy­stów. Po­zo­sta­li dy­plo­ma­tycz­nie uda­wa­li désin­téres­se­ment.

O sie­dem­na­stej dzie­si­ęć pró­bę za­ko­ńczo­no i wszy­scy za­pro­sze­ni go­ście - mniej lub bar­dziej roz­ba­wie­ni - opu­ści­li stu­dio. Kry­sia i Lal­ka, wy­czer­pa­ne do osta­tecz­no­ści, sia­dły ci­ężko na frag­men­cie sce­no­gra­fii. Wika i Ma­ciek ze­szli do nich z re­ży­ser­ki i sie­dli obok.

- Mat­ko je­dy­na - wes­tchnęła Kry­sia. - Nie mam siły. Mu­szę iść do den­ty­sty, ale nie mam siły. Już je­stem spó­źnio­na, to się jesz­cze tro­chę spó­źnię. Słu­chaj­cie, jest gle­ba. Ja nie wiem, co będzie ju­tro. Ja nie wiem, co będzie ju­tro. Ja nie wiem...

- Gdzie ta cho­ler­na glo­ria? - Ma­ciek był już spo­koj­ny, ale przy­ja­zny błysk obec­ny za­zwy­czaj w jego oczach gdzieś się za­po­dział. - Będę miał do niej kil­ka za­sad­ni­czych spraw.

- Chy­ba przez te­le­fon! - Lal­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Dała w dłu­gą, jak tyl­ko ści­ągnąłeś he­ble w dół. Pew­nie po­szły z pa­nią dy­rek­tor oma­wiać ju­trzej­szy suk­ces.

- Nie spo­dzie­wam się suk­ce­su - mruk­nął Ma­ciek. - To będzie ma­sa­kra, moje ko­cha­ne dziew­czy­ny.

- Lu­bię, jak tak do mnie mó­wisz - za­chi­cho­ta­ła na­gle Lal­ka, star­sza od nie­go o pi­ęt­na­ście lat. - Słu­chaj­cie, czym my się mar­twi­my? Jak to wal­nie, to przez Ka­rol­kę. I pa­nią dy­rek­tor.

- Bądź ab­so­lut­nie spo­koj­na, przy­ja­ció­łko, że winę zwa­lą na cie­bie i Wikę. Ja bym wam ra­dził wzi­ąć gwiaz­decz­kę za pi­rze ju­tro od rana i pod­dać ostre­mu szko­le­niu. Ina­czej po­ło­ży pro­gram, a pani dy­rek­tor może to uznać za świet­ny pre­tekst do ode­bra­nia wam wszyst­kich po­zo­sta­łych pro­gra­mów, któ­re ro­bi­cie.

- To zna­czy tego jed­ne­go, bo tyl­ko ten nam zo­stał. - Wika stra­ci­ła już swo­je pur­pu­ro­we ru­mie­ńce. - Wiesz, że my ją po­win­ny­śmy zbio­ro­wo uka­tru­pić. Lal­ka, ja tam nie mam zdol­no­ści do ręko­dzie­ła, poza tym mo­kra ro­bo­ta mnie brzy­dzi, ale mogę dać parę gro­szy na wy­na­jęcie fa­chow­ców. A ty?

- Ja też. Ma­ciuś, do­kła­dasz się?

- Ja­sne. Po­pro­si­my in­for­ma­ty­ków, żeby dali do In­tra­ne­tu, to zo­ba­czy­cie, mało kto się nie do­ło­ży.

- Ja coś wy­go­spo­da­ru­ję z bu­dże­tu pro­gra­mu - obie­ca­ła Kry­sia. - O, Roch. Ro­chu, do­kła­dasz się do puli?

- Oczy­wi­ście. - Roch ob­ja­wił się znie­nac­ka i jak zwy­kle pro­mie­nio­wał ocho­czą życz­li­wo­ścią. - A na co skład­ka? Idzie­my opi­jać suk­ces? Tak a prio­ri?

- Nie, na ra­zie zbie­ra­my na fa­chow­ców ce­lem uka­tru­pie­nia pani dy­rek­tor - za­wia­do­mi­ła go Kry­sia. - Suk­ce­su ra­czej się nie spo­dzie­wa­my. Będzie ma­sa­kra. Aż nam wstyd. Może by­śmy się jed­nak upi­li?

- Upić się mo­że­my - zgo­dził się Roch bez opo­rów. - Ale nie tra­ćcie du­cha. Ro­zu­miem, że cho­dzi wam o tę bez­tro­ską pa­nien­kę?

Gru­pa sie­dząca na sce­no­gra­fii zgod­nie po­ki­wa­ła zmęczo­ny­mi gło­wa­mi. Zło­ść już im prze­szła, pod­nie­ce­nie wal­ką też i wła­śnie wi­ędli ko­lek­tyw­nie na sztucz­nych szcząt­kach an­tycz­nej ko­lum­ny.

Roch po­pa­trzał na nich i uśmiech­nął się cie­pło.

- Nie mar­tw­cie się, dziew­czy­ny i chło­pa­ki. Wika, mia­łaś szczęście, że mnie za­pro­si­łaś. Osta­tecz­nie po­ło­ży­li­śmy ra­zem nie­je­den pro­gram... rów­nież stu­dyj­ny.

Czwór­ka na ko­lum­nie jed­no­cze­śnie wbi­ła w nie­go wzrok, w któ­rym za­czy­na­ło błysz­czeć zro­zu­mie­nie. Roch po­ki­wał gło­wą.

- No, wi­dzę, że za­czy­na­cie kmi­nić, jak mó­wią moje dzie­ci. Głów­nie syn. No więc je­śli ta bździ­ągwa się stra­ci, to ja jej po­mo­gę, dys­kret­nie i z wdzi­ękiem, jak to ja...

- Ro­siu! - jęk­nęła Wika. - Ko­cham cię nad ży­cie.

- Też cię ko­cham i dla­te­go mo­żesz prze­stać się de­ner­wo­wać. Aż tak - do­dał po krót­kim na­my­śle. - I ten twój fi­lo­zof ku­ma­ty czło­wiek i z do­świad­cze­niem...

- Dwa lata z nim pro­wa­dzi­łam pro­gram w lep­szych cza­sach... I tak samo z ma­ło­la­ta­mi. Uwiel­bia­li go na ogół.

- No wła­śnie. Masz w stu­diu dwóch swo­ich, do­świad­czo­nych pro­wa­dzących. Pani Agat­ka wy­gląda na oso­bę in­te­li­gent­ną... skąd ją ma­cie, na­wia­sem mó­wi­ąc?

- Przez nia­nię mo­je­go dziec­ka - od­rze­kła Wika. - A nia­nię mam przez Ilon­kę Ka­ram­bol, któ­ra zna męża Aga­ty. On jest pi­lo­tem. Jego też chcia­łam zwa­bić, bo by nam pa­so­wał do te­ma­tu; wi­cie, ro­zu­mi­cie, z po­wo­du sta­łej wspó­łpra­cy z ży­wio­ła­mi, ale sta­now­czo się opa­rł. To ja­kiś faj­ny gość, tyl­ko mało mówi. Za to Aga­ta ma tę swo­ją prze­mądrza­łą kla­sę. Bar­dzo faj­ne dzie­cia­ki, mo­żna przy nich pęk­nąć ze śmie­chu, na­praw­dę, sza­le­nie in­te­li­gent­ni. Kur­czę, głu­pia Ka­ro­la na­wet nie będzie po­tra­fi­ła ich zak­ty­wi­zo­wać...

- Nie rycz, prze­cież mó­wię ci, że so­bie z fi­lo­zo­fem po­ra­dzi­my. Ma­ciek, po­wiedz jej!

- Mó­wię ci, Wika. Roch ma ra­cję. To na­wet może być śmiesz­ne, kie­dy Ka­rol­ka do resz­ty stra­ci wątek i nasi pa­no­wie przej­mą ste­ry. Cie­ka­we tyl­ko, czy do sze­fo­wej to do­trze...

Po­ża­ło­wa­nia god­ny stan umy­słu Ka­ro­li opra­co­wy­wa­nej wła­śnie fa­cho­wo przez Te­re­nię spra­wił, że Wika po­dzi­ęko­wa­ła w du­chu Opatrz­no­ści za wczo­raj­sze de­kla­ra­cje Ro­cha i Mar­ka (przy­łączył się bez pro­te­stów). Wy­gląda­ło na to, że w isto­cie na nich spo­cznie od­po­wie­dzial­no­ść za sen­sow­ne po­pro­wa­dze­nie pro­gra­mu. Wika zo­sta­wi­ła ze­stre­so­wa­ną gwiaz­dę na fo­te­lu i po­szła li­czyć go­ści.

- Są wszy­scy - za­mel­do­wa­ła nie­za­wod­na Kry­sia, jak zwy­kle za­mo­ta­na w urządze­nia nadaw­czo-od­bior­cze. - Cho­dź, po­ga­daj jesz­cze z Mar­kiem i Ro­chem, przy­da im się ostat­nia po­wtór­ka sce­na­riu­szo­wa. Lal­ka zaj­mu­je się pi­sa­rzem, a Aga­ta swo­imi dzie­cia­ka­mi. Ja bym na nich uwa­ża­ła, mam na my­śli ma­ło­la­tów. Sły­sza­łam tro­chę, jak roz­ma­wia­li mi­ędzy sobą. Prze­czy­ta­li na­sze­go Pa­pro­cha i za­mie­rza­ją go za­szo­ko­wać swo­bo­dą oby­cza­jów. To się może źle sko­ńczyć.

- Ma­rek so­bie z nimi po­ra­dzi - zba­ga­te­li­zo­wa­ła spra­wę Wika. - Masz tę mu­zycz­kę z ar­chi­wum?

Kry­sia nie zdąży­ła od­po­wie­dzieć, bo­wiem po­nad gwar pa­nu­jący w stu­diu wznió­sł się na­gle po­tężny ryk re­ali­za­to­ra świa­tła. Stał nad swo­im wiel­kim pu­dłem i wrzesz­czał, po­wta­rza­jąc po wie­le­kroć kil­ka pod­sta­wo­wych prze­kle­ństw.

- Mat­ko świ­ęta, co mu się sta­ło? - za­nie­po­ko­iła się Kry­sia. - Może rąb­nęli mu te nowe lam­py, co to się upa­rł i ku­pił za ci­ężkie pie­ni­ądze? Cze­go się drzesz, co się sta­ło?

- Cho­dź, zo­bacz! - ryk­nął Szy­mon i do­dał kil­ka ozdob­ni­ków.

Pod czar­nym ty­go­dnio­wym za­ro­stem był bla­dy jak per­ga­min, ocie­rał dło­nią czo­ło, a w oczach miał spo­ry szok. Wo­kół nie­go za­czął się gro­ma­dzić tłu­mek zło­żo­ny z ope­ra­to­rów, tech­ni­ków i by­strych li­ce­ali­stów. Wszy­scy za­gląda­li do wnętrza otwar­te­go pu­dła i od­ska­ki­wa­li jak­by z prze­ra­że­niem.

Wika z Kry­sią po­spie­szy­ły zo­ba­czyć, o co cho­dzi. Z dru­giej stro­ny po­de­szli jed­no­cze­śnie Lal­ka, Roch i Ma­rek. Przedar­li się przez tłu­mek i jed­no­cze­śnie zaj­rze­li do pu­dła. Jed­no­cze­śnie też od­sko­czy­li.

- Co tam się dzie­je? - Z su­fi­tu za­brzmiał znie­cier­pli­wio ny głos re­ali­za­to­ra wi­zji sie­dzące­go w re­ży­ser­ce. - Pro­szę za­jąć miej­sca! Lalu, Wika, Kry­siu! Pro­szę, zdy­scy­pli­nuj­cie wszyst­kich!

- Zej­dź do nas na­tych­miast - po­wie­dzia­ła prze­jęta Kry­sia do swo­je­go mi­kro­fo­nu. - Mamy pro­blem.

- Nie pora te­raz na pro­ble­my - od­rze­kł Ma­ciek. - Na pro­ble­my będzie czas po an­te­nie...

Tu prze­rwał umo­ral­nia­jący wy­wód, al­bo­wiem je­den z ope­ra­to­rów przy­ci­ągnął sto­jącą naj­bli­żej ka­me­rę i skie­ro­wał jej obiek­tyw do wnętrza pu­dła. Nie było w nim kosz­tow­nych świa­teł Szy­mo­na. Była na­to­miast pani dy­rek­tor Ewe­li­na Prosz­kow­ska, nie­wąt­pli­wie nie­ży­wa, z jed­nym ze swo­ich po­wiew­nych sza­li za­mo­ta­nych ści­śle wo­kół szyi. Nie wy­gląda­ła do­brze.

Z ust Ma­ćka wy­rwał się nie­kon­tro­lo­wa­ny okrzyk za­sko­cze­nia, nie­ko­niecz­nie cen­zu­ral­ny, i do­ta­rł do uszu wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych. Przy­tom­ny re­ali­za­tor na­tych­miast jed­nak opa­no­wał emo­cje i pod­jął bły­ska­wicz­ną de­cy­zję:

- Pro­szę, niech nikt nie wy­cho­dzi ze stu­dia, już dzwo­ni­my po po­li­cję. Pro­gram w tej sy­tu­acji spa­da. Kry­siu, spró­buj wszyst­kich uspo­ko­ić. Wika, cho­dź do nas, pro­szę, trze­ba za­ła­twić ja­kiś za­py­chacz na pół go­dzi­ny an­te­ny.

Wika, wci­ąż w lek­kim szo­ku, po­bie­gła w stro­nę ażu­ro­wych schod­ków wio­dących na pi­ętro, do re­ży­ser­ki, a w tym mo­men­cie do stu­dia wsze­dł, pro­sto z cha­rak­te­ry­za­tor­ni, god­ny i jak­by lek­ko nie­obec­ny, ele­ganc­ki Se­ba­stian Proch-Prosz­kow­ski. Skro­nie i za­to­ki miał do­sko­na­le zma­to­wio­ne. Wąsy przy­cze­sa­ne. Po­dob­nie jak dłu­gie wło­sy zwi­sa­jące po obu stro­nach po­ka­źnej ły­si­ny. Lal­ka mo­gła­by przy­si­ąc, że Te­re­nia mu­snęła mu ko­ści po­licz­ko­we be­żo­wym ró­żem. Spo­dzie­wa­jąc się za­pew­ne, że wszy­scy już cze­ka­ją tyl­ko na nie­go, sta­nął w drzwiach, za­sko­czo­ny ogól­nym roz­gar­dia­szem.

- O mać naj­ja­śniej­sza - wy­rwa­ło się Kry­si. - Pan mąż!

- Czy coś się sta­ło? - za­py­tał no­so­wym gło­sem wy­bit­ny dra­ma­turg.

- Sta­ło się, jak nie wiem co - jęk­nął Szy­mon. - Ktoś mi świa­tła pod­mie­nił na nie­ży­wą babę...

- Szy­mek, idio­to! Nich pan go nie słu­cha... - Kry­sia pod­bie­gła do dra­ma­tur­ga i usi­ło­wa­ła wzi­ąć go pod ło­kieć ce­lem po­pro­wa­dze­nia do pierw­sze­go lep­sze­go krze­sła, za­pew­ne w oba­wie, że fa­cet może ze­mdleć. Proch-Prosz­kow­ski wy­rwał jej ra­mię i god­nie po­ma­sze­ro­wał w stro­nę fo­te­la przy­dzie­lo­ne­go so­bie na czas pro­gra­mu. Naj­wy­ra­źniej mało go in­te­re­so­wa­ła przy­czy­na za­mie­sza­nia, za­mie­rzał ją prze­cze­kać i wzi­ąć udział w dys­ku­sji, któ­ra za kwa­drans po­win­na za­cząć się na an­te­nie. Kry­sia rzu­ci­ła Lal­ce spoj­rze­nie pe­łne roz­pa­czy. Ko­le­żan­ka ją zro­zu­mia­ła i po­de­szła do nie­świa­do­me­go wdow­ca.

- Pa­nie Se­ba­stia­nie - po­wie­dzia­ła ci­cho, pod­czas kie­dy kłębo­wi­sko w stu­diu przy­bie­ra­ło na sile, bo­wiem do ak­cji wkro­czy­li by­strzy li­ce­ali­ści. - Pa­nie Se­ba­stia­nie... strasz­nie mi przy­kro, nie wiem, jak mogę panu to po­wie­dzieć...

- Niech pani nie owi­ja w ba­we­łnę - po­ra­dził li­te­rat. - I chy­ba po­win­na pani coś zro­bić z tym ca­łym ba­ła­ga­nem, prze­cież za kil­ka mi­nut za­czy­na się ten wasz pro­gram, praw­da?

- Nie­zu­pe­łnie... Wi­dzi pan, pro­gram zo­stał od­wo­ła­ny... no, nie może się od­być...

- Pani ra­czy żar­to­wać - prze­rwał, czer­wie­nie­jąc wy­ra­źnie z obu­rze­nia. - Jak to od­wo­ła­ny? Tak po pro­stu od­wo­ła­ny? To po co mnie pani tu ci­ągnęła, naj­pierw na pró­by, te­raz też... Pani re­dak­tor, ośmie­lę się stwier­dzić, że wszy­scy je­ste­ście nie­po­wa­żni. Czy pani so­bie wy­obra­ża, że ja nie mam nic lep­sze­go do ro­bo­ty, niż uga­niać się po te­le­wi­zjach i roz­ma­wiać z gro­ma­dą dzie­cia­ków? I z kil­ko­ma prze­mądrza­ły­mi fi­lo­zo­fa­mi, któ­rym wy­da­je się, że po­zja­da­li wszyst­kie ro­zu­my? Co ja tu ro­bię w chwi­li, kie­dy po­wi­nie­nem sie­dzieć w domu i ko­ńczyć sztu­kę! Te­atr cze­ka! Za­wsze dzi­wi­łem się mo­jej żo­nie, jak może pra­co­wać w tak idio­tycz­nej in­sty­tu­cji i z tak nie­od­po­wie­dzial­ny­mi lu­dźmi! Wpraw­dzie na ogół wy­ra­ża­ła się o was z dużą re­zer­wą, ale...

Lal­ką tąp­nęło. Nie lu­bi­ła pro­tek­cjo­nal­ne­go sto­sun­ku do te­le­wi­zji, zwłasz­cza wy­ra­ża­ne­go w ten spo­sób. A to bęcwał. Nie za­słu­gu­je na względy.

- Pa­ńska żona nie żyje - prze­rwa­ła dra­ma­tur­go­wi mo­no­log. - Ko­le­ga ją zna­la­zł w pu­dle na lam­py. Ktoś ją za­bił. Nie mo­że­my wcho­dzić na an­te­nę, bo za­raz tu będzie po­li­cja. Czy do pana do­ta­rło, co po­wie­dzia­łam?

- Wie­dzia­łem, że pa­ństwo są w prze­wa­ża­jącej ma­sie nie­nor­mal­ni, bo trze­ba być nie­nor­mal­nym, żeby pra­co­wać w tak nie­nor­mal­nej in­sty­tu­cji, ale żeby ro­bić aż tak idio­tycz­ne dow­ci­py...

- Pa­nie! Pa­ńską żonę ktoś udu­sił! Chce pan sam zo­ba­czyć? Pro­szę ze mną!

Se­ba­stian Proch-Prosz­kow­ski spoj­rzał na nią, jak­by przed chwi­lą się na­ro­dził. Prze­stał to­ko­wać, ale z fo­te­la nie wstał. Prze­ciw­nie, osu­nął się na opar­cie i zwi­ądł.

- Mat­ko Bo­ska! - krzyk­nęła Lal­ka, wście­kła i zroz­pa­czo­na. - Te­raz ten! Za­wa­łu do­stał, czy co? Kto się na tym zna? Hej! Fa­cet mi tu wy­mi­ęka!

Tłu­mek, któ­ry już się na­pa­trzył na zna­le­zi­sko Szy­mo­na, od­wró­cił się te­raz w stro­nę Lal­ki i jej kło­po­tu. Wy­pry­snęli zeń dwaj ro­śli mło­dzie­ńcy.

- Pani po­zwo­li - po­wie­dział wi­ęk­szy i bar­dziej py­ska­ty (za­pa­mi­ęta­ła jego wy­po­wie­dzi z wczo­raj­szej pró­by). - Mamy sko­ńczo­ne kur­sy ra­tow­ni­cze, za­raz się pa­nem zaj­mie­my. Ja­cek, on w ogó­le żyje?

Ja­cek, blon­dyn z aniel­skim wy­ra­zem twa­rzy, któ­re­mu to wy­ra­zo­wi zde­cy­do­wa­nie prze­czył błysk w błękit­nych oczkach, spraw­dzał już fa­cho­wym ge­stem tęt­ni­cę szyj­ną nie­przy­tom­ne­go li­te­ra­ta.

- Żyje, żyje, szo­ku do­stał. Pa­ństwo się roz­su­ną, po­ło­ży­my go na tym czy­mś... a to dru­gie wy­ko­rzy­sta­my, żeby mu dać pod nogi. Ma­ciek, raz, dwa, trzy­y­yy!

Wzbu­dza­jąc ogól­ny szmer uzna­nia, krzep­cy ma­tu­rzy­ści jak piór­ko pod­nie­śli le­jące­go im się przez ręce li­te­ra­ta i zło­ży­li na frag­men­cie sce­no­gra­fii. Unie­śli mu nogi pra­wie do pio­nu i pod­par­li in­nym frag­men­tem sce­no­gra­fii, po czym od­su­nęli się i spoj­rze­li z apro­ba­tą na wła­sne dzie­ło.

- Za­raz doj­dzie do sie­bie - rze­kł to­nem nie­dba­łym blon­dy­nek zwa­ny Jac­kiem. - Chwi­lo­we omdle­nie. Za­pew­ne z wra­że­nia. Wra­żli­wy na nie­bosz­czy­ków?

- Ale ty głu­pi je­steś - za­uwa­ży­ła drob­na dziew­czy­na z bu­rzą lo­ków. - Też byś ze­mdlał, jak by ci żonę rąb­nęli!

- Opa­nuj­cie się - przy­wo­ła­ła swo­ich uczniów do po­rząd­ku Aga­ta. - Jak mo­że­cie?

- O co cho­dzi? - Ma­ciek miał na twa­rzy wy­raz zra­nio­nej nie­win­no­ści. - Ura­to­wa­li­śmy mu ży­cie, nie? O, już przy­cho­dzi do sie­bie...

Istot­nie, Se­ba­stian Proch-Prosz­kow­ski otwo­rzył wła­śnie oczy. Pierw­szym, co nad sobą zo­ba­czył, był po­ły­sku­jący gra­na­to­wo obiek­tyw pro­wa­dzo­ny pew­ną ręką ope­ra­to­ra. Li­te­rat ze­rwał się na rów­ne nogi, omal nie prze­wra­ca­jąc Pa­we­łka ra­zem z jego ka­me­rą.

- Hie­ny! - za­krzy­czał cien­kim gło­sem. - Hie­ny cmen­tar­ne! Sza­ka­le! Pa­dli­no­żer­cy! Ta­blo­idy! Że­ru­je­cie na tra­ge­dii ludz­kiej! Nie ma dla was nic świ­ęte­go!

Wy­po­wie­dziaw­szy się, padł z po­wro­tem na sce­no­gra­fię.

- Tak jest le­piej - za­uwa­żył fi­lo­zo­ficz­nie Ja­cek. - Będzie­my przy nim czu­wać, niech pa­nie się nie mar­twią.

- A swo­ją dro­gą, co ty tu ro­bisz, Pa­weł? Ilon­ka! Jak się do­wie­dzia­łaś?

- Nie żar­tuj - od­po­wie­dzia­ła z po­li­to­wa­niem Ilon­ka Ka­ram­bol. - Czy­żby­śmy nie pra­co­wa­ły w tej sa­mej fa­bry­ce? Zwra­cam ci uwa­gę, że new­sro­om jest pi­ętro wy­żej! Do­ku­men­tuj, Pa­weł, do­ku­men­tuj! Nie kręć tego mi­sia, on i tak nic nie po­wie! Lal­ka, niech ja pęk­nę ty­si­ąc razy w po­przek! Po­dob­no skła­da­li­ście się na Ukra­ińców wczo­raj. I co, już re­zul­tat? Tak szyb­ko?

- W ja­kiej spra­wie pa­ństwo skła­da­li się na Ukra­ińców?

Py­ta­nie za­da­ne było przy­jem­nym, chłod­nym gło­sem. Za ple­ca­mi Ilon­ki zma­te­ria­li­zo­wał się nie­zna­ny to­wa­rzy­stwu ciem­ny blon­dyn. Bił od nie­go mróz jak od lady chłod ni­czej w su­per­mar­ke­cie. Ko­le­żan­ki te­le­wi­zor­ki do­ko­na­ły bły­ska­wicz­nych oględzin i wy­mie­ni­ły bły­ska­wicz­ne, wie­le mó­wi­ące spoj­rze­nia.

- Pra­wie taki pi­ęk­ny jak Za­ko­ściel­ny - szep­nęła Ilon­ka do ucha Kry­si, któ­rą mia­ła naj­bli­żej. - Szko­da, że nie czar­ny...

- Star­szy - od­szep­nęła Kry­sia, a gło­śno po­wie­dzia­ła:

- Pan z po­li­cji, praw­da? Nie zło­ży­li­śmy się osta­tecz­nie, ale rze­czy­wi­ście, był taki po­my­sł. Pan po­zwo­li, ja się na­zy­wam Kry­sty­na Sie­ra­kow­ska, je­stem pro­du­cen­tem tego pro­gra­mu. - Wy­ci­ągnęła do blon­dy­na rękę, któ­rą ten, za­pew­ne z za­sko­cze­nia, uści­snął. - A to moja ko­le­żan­ka, Lal­ka Wi­ązow­ska.

- Jaka Wi­ązow­ska! Prze­cież nie wy­szłam za nie­go! Ma­now­ska, Eu­la­lia Ma­now­ska, też au­tor­ka. O, idą nasi ko­le­dzy...

Roch i Ma­rek nad­ci­ąga­li wła­śnie, jak zwy­kle pe­łni uczuć po­zy­tyw­nych, a z re­ży­ser­ki zbie­ga­li po kar­ko­łom­nych schod­kach Wika i Ma­ciek.

- Ma­rek Rudz­ki, wi­tam, pa­nie mnie za­pro­si­ły do pro­gra­mu...

- Wik­to­ria Woj­ty­ńska, au­tor­ka pro­gra­mu...

- Roch Sol­ski, pro­wa­dzący. Tfu, jaki pro­wa­dzący, też gość. Prze­pra­szam, kie­dyś pro­wa­dzi­łem i tego... po­mie­sza­ło mi się. Ko­bie­ty, a gdzie wa­sza gwiaz­da?

- Do­sta­ła stu­po­ru i sie­dzi, jak sia­dła, na ja­ki­mś kloc­ku - po­wie­dzia­ła spo­koj­nie Kry­sia. Obec­no­ść po­li­cji spra­wi­ła, że prze­sta­ła się de­ner­wo­wać. - Aga­ta, może twoi stu­den­ci by zo­ba­czy­li, czy pro­wa­dząca jesz­cze żyje... Tfu, prze­pra­szam, to był głu­pi dow­cip. Pani Aga­ta też jest na­szym go­ściem...

- Dzień do­bry, Aga­ta Czu­pik. To zna­czy Pa­kul­ska. Nie­daw­no zmie­ni­łam na­zwi­sko. Ale zde­cy­do­wa­nie Pa­kul­ska.

- Ma­ciek Ko­cha­ński miał re­ali­zo­wać - je­cha­ła z roz­pędu Kry­sia - no ale sam pan ro­zu­mie, pro­gram od­wo­ła­li śmy. Tu gdzieś przed chwi­lą był Szy­mon Wy­soc­ki, gdzie on się po­dział? To re­ali­za­tor świa­tła, on zna­la­zł... tego... pa­nią dy­rek­tor.

- Szu­ka swo­ich re­flek­to­rów, któ­re były w pu­dle przed na­szą sze­fo­wą...

- A ja je­stem Ilon­ka Ka­ram­bol - wy­rwa­ła się Ilon­ka. - Na pew­no pan o mnie sły­szał, bo wspó­łpra­cu­ję z po­li­cją bar­dzo często. Na­praw­dę na­zy­wam się Ilo­na Ko­peć. Nie, prze­pra­szam, Ilo­na Dy­mek. Roz­wio­dłam się ostat­nio i wró­ci­łam do pa­nie­ńskie­go na­zwi­ska, jesz­cze mi się myli. A pan?

Blon­dyn wci­ąż za­cho­wy­wał po­zo­ry ice­ma­na, ale chy­ba coś w środ­ku za­czy­na­ło mu bu­zo­wać, o czym świad­czy­ła le­d­wie do­strze­gal­na zmia­na w wy­ra­zie twa­rzy.

- Ko­mi­sarz To­masz Ogi­ński. Czy pa­ństwo są do ko­ńca pew­ni wła­snych na­zwisk, bo od­nio­słem wra­że­nie, że nie­ko­niecz­nie?

- Ach, bo to u nas, wie pan, jak to w te­le­wi­zji, same ślu­by, roz­wo­dy, prze­gru­po­wa­nia, kto by spa­mi­ętał...

- Ilon­ka, prze­stań!

- A bo mnie pan ko­mi­sarz de­ner­wu­je, czy pan ko­mi­sarz my­śli, że my tak spe­cjal­nie albo że chce­my go zmącić? Wszy­scy wpa­dli­śmy w emo­cje, to mamy pra­wo się po­my­lić!

Ko­mi­sarz miał naj­wy­ra­źniej inne zda­nie, ale opa­no­wał się i za­nie­chał te­ma­tu na­zwisk.

- Chcie­li­by­śmy roz­po­cząć pra­cę. Czy tym ca­łym ba­ła­ga­nem ktoś rządzi?

- Kry­sia! - pa­dło jed­no­cze­śnie z kil­kor­ga ust. Kry­sia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Tyl­ko Mar­cin może wszyst­kim po­wie­dzieć, żeby się prze­sta­li mio­tać. To re­ali­za­tor dźwi­ęku, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ma do­stęp do gło­śni­ków. On chy­ba cały czas sie­dzi w re­ży­ser­ce?

- Sie­dzi, a ja­kże. - Ma­ciek też wzru­szył ra­mio­na­mi. - Dziew­czy­na do nie­go za­dzwo­ni­ła ja­kieś pół go­dzi­ny temu, cały czas z nią gada, mo­żna by wy­mor­do­wać pół mia­sta, a on się nie przej­mie. Po­wiedz mu, Kry­siu...

Kry­sia uży­ła swo­je­go oprzy­rządo­wa­nia i po chwi­li z su­fi­tu roz­le­gł się do­no­śny, ca­łko­wi­cie od­prężo­ny te­no­rek:

- Pro­szę pa­ństwa, pro­szę wszyst­kich na swo­je miej­sca! Pro­szę usi­ąść tak, jak mie­li­ście sie­dzieć w pro­gra­mie, po­li­cja chce za­cząć dzia­łać, a nie może się prze­drzeć! Tak, ki­ziacz­ku, już do cie­bie wra...

Su­fit za­mil­kł.

Ko­mi­sarz Ogi­ński le­d­wie do­strze­gal­nie za­ci­snął szczęki, ale nic nie po­wie­dział.

Te­le­wi­zja nie spodo­ba­ła mu się od pierw­sze­go wej­rze­nia. Wpraw­dzie na jego eki­pę cze­kał kom­pe­tent­ny stra­żnik, go­tów na­tych­miast pro­wa­dzić na miej­sce, na tym się jed­nak po­zy­tyw­ne wra­że­nia ko­ńczy­ły. Naj­obrzy­dli­wiej wy­glądał kłębi­ący się w stu­diu kil­ku­dzie­si­ęcio­oso­bo­wy tłum zło­żo­ny z mło­dych lu­dzi wy­gląda­jących (słusz­nie, jak się po­tem oka­za­ło) na wy­lu­zo­wa­nych ma­tu­rzy­stów oraz z lu­dzi ca­łkiem do­ro­słych też, nie­ste­ty, pre­zen­tu­jących de­ner­wu­jące lu­zac­two wi­docz­ne w spo­so­bie by­cia i ubie­ra­nia się. Kil­ka osób wy­gląda­ło nor­mal­nie, ale mo­żna je było po­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki.

Pod­nie­co­ny tłu­mek nie­chęt­nie od­stąpił od Szy­mo­na i jego pu­dła, dzi­ęki cze­mu zgro­ma­dze­ni mo­gli do­strzec sto­jącą w drzwiach i go­to­wą do czy­nu eki­pę po­li­cyj­ną. Pod­czas gdy li­ce­ali­ści wy­ła­zi­li ze skó­ry, żeby zo­ba­czyć jak naj­wi­ęcej, kil­ku fa­ce­tów przy­stąpi­ło do swo­jej ro­bo­ty, sy­pi­ąc ja­kieś prosz­ki, ma­cha­jąc pędzel­ka­mi, fil­mu­jąc, fo­to­gra­fu­jąc, kręcąc się po ca­łym wiel­kim stu­diu i wy­gląda­jąc przy tym nie­sły­cha­nie pro­fe­sjo­nal­nie. Swo­ją ro­bo­tę kon­ty­nu­ował rów­nież Pa­weł.

Przez ja­kieś dwie se­kun­dy ko­mi­sarz wy­glądał, jak­by zbie­rał my­śli. Już chciał coś po­wie­dzieć, kie­dy za­uwa­żył Pa­wła sta­ra­jące­go się jak naj­le­piej wy­ko­ny­wać wy­uczo­ny za­wód.

- A co ten pan robi? - rzu­cił w prze­strzeń dość ja­do­wi­cie. - Na­tych­miast pro­szę go od­wo­łać! I ka­se­tę pro­szę mi od­dać.

- A po cho­le­rę panu moja ka­se­ta?! - za­pro­te­sto­wa­ła gwa­łtow­nie Ilon­ka. - My tyl­ko do­ku­men­tu­je­my. Jak się pan uprze, to nie wy­emi­tu­je­my tych zdjęć, ale ja uwa­żam, że trze­ba je zro­bić. No co pan, wczo­raj się uro­dził, pa­nie ko­mi­sa­rzu! Pan robi swo­je, a my swo­je! Jak pan będzie chciał, to panu udo­stęp­ni­my!

- Po­pro­szę o ka­se­tę - po­wie­dział lo­do­wa­to ko­mi­sarz. - My rów­nież ro­bi­my do­ku­men­ta­cję. Może na­sze zdjęcia nie będą mia­ły tego ar­ty­zmu, ale wy­star­czą w zu­pe­łno­ści. Pro­szę też, żeby pa­ństwo usie­dli na swo­ich miej­scach.

- Ope­ra­to­rzy nie sie­dzą. - Kry­sia zro­bi­ła, co mo­gła, żeby osi­ągnąć po­dob­ny po­ziom chło­du w gło­sie. - Sto­ją przy ka­me­rach. Albo cho­dzą. Ja też nie sie­dzę.

- Do­brze, za­raz to wy­ja­śni­my. Do­sta­nę tę ka­se­tę, czy mam po­pro­sić ko­le­gów, żeby sami ją za­bra­li?

- Do­brze, do­brze, niech pan się tak nie pru­je. - Ilon­ka na­bra­ła po­wie­trza w płu­ca i wrza­snęła na cały głos. - Pa­weł! Od­daj wła­dzy ka­se­tę! - Ści­szy­ła nie­co głos. - We­zmę ją od nie­go. Chwi­la, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Za­nim ko­mi­sarz zdążył...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej