Powtórka - Ken Grimwood

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (24,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Jeff Win­ston umarł, roz­ma­wia­jąc przez tele­fon z żoną.

- Powin­ni­śmy... - powie­działa, ale nie usły­szał już, co takiego powinni, bo poczuł na piersi jakiś cię­żar, który pozba­wił go tchu. Słu­chawka wypa­dła mu z dłoni i wyszczer­biła szklany przy­cisk do papieru sto­jący na biurku.

Zale­d­wie tydzień wcze­śniej powie­działa coś podob­nego, zapy­tała: "Wiesz, co powin­ni­śmy zro­bić, Jeff?" i zapa­dło mil­cze­nie - nie nie­skoń­czone, nie osta­teczne jak ta śmier­telna cisza, ale wyraźne. Sie­dział przy kuchen­nym stole, w "kąciku śnia­da­nio­wym", jak lubiła go nazy­wać Linda, choć nie była to żadna wydzie­lona prze­strzeń, po pro­stu mały sto­lik z bla­tem z lami­natu i dwa krze­sła wci­śnięte mię­dzy lewy bok lodówki i przód suszarki do pra­nia. Mówiąc te słowa, Linda sie­kała cebulę i może to łzy w kąci­kach jej oczu pobu­dziły go do myśle­nia, nadały jej pyta­niu więk­szą od zamie­rzo­nej wagę.

- Wiesz, co powin­ni­śmy zro­bić, Jeff?

A on powi­nien był zapy­tać: "Co, kocha­nie?", powi­nien był to powie­dzieć nie­uważ­nie i obo­jęt­nie, bo czy­tał w maga­zy­nie "Time" arty­kuł Hugh Sideya o pre­zy­den­tu­rze. Ale Jeff uwa­żał; wywody Sideya nic go nie obcho­dziły. Nawet wię­cej - nie był tak sku­piony i baczny od bar­dzo, bar­dzo dawna. Więc przez dłuż­szą chwilę nie mówił nic; wpa­try­wał się tylko w fał­szywe łzy w oczach Lindy i myślał o tym, co powinni zro­bić, on i ona.

Po pierw­sze, powinni wyje­chać, powinni wsiąść w samo­lot i pole­cieć gdzieś, gdzie jest cie­pło i zie­lono - na przy­kład na Jamajkę albo na Bar­ba­dos. Nie mieli praw­dzi­wych waka­cji od czasu tej długo pla­no­wa­nej, lecz nie­zbyt uda­nej wycieczki po Euro­pie przed pię­ciu laty. Jeff nie liczył ich corocz­nych wyjaz­dów na Flo­rydę, do jego rodzi­ców w Orlando i rodziny Lindy w Boca Raton; było to odwie­dza­nie coraz bar­dziej odda­la­ją­cej się prze­szło­ści, tylko tyle. Powinni spę­dzić tydzień, mie­siąc, na jakiejś deka­dencko egzo­tycz­nej wyspie: w dzień miłość na bez­kre­snych, pustych pla­żach, a w nocy dźwięki reg­gae uno­szące się w powie­trzu niczym zapach jaskra­wo­czer­wo­nych kwia­tów.

Byłoby rów­nież miło mieć porządny dom, może jedną z tych sta­rych rezy­den­cji przy Upper Moun­tain Road w Montc­lair, obok któ­rych prze­jeż­dżali w tyle melan­cho­lij­nych nie­dziel. Albo dwu­na­sto­po­ko­jową willę w stylu Tudo­rów przy Rid­ge­way Ave­nue w White Pla­ins, nie­da­leko pól gol­fo­wych. Nie żeby chciał zacząć grać w golfa; po pro­stu sądził, że te leniwe poła­cie zie­leni o nazwach w rodzaju Maple Moor i Wes­t­che­ster Hills sta­no­wi­łyby przy­jem­niej­sze oto­cze­nie niż dojazd do Bro­oklyn-Queens Expres­sway i droga star­towa lot­ni­ska LaGu­ar­dia.

Powinni też mieć dziecko, choć Linda odczu­wała zapewne jego brak jesz­cze bar­dziej bole­śnie niż on. Jeff zawsze wyobra­żał sobie ich nie­na­ro­dzo­nego potomka w wieku ośmiu lat, kiedy nie wyma­gałby już takiej opieki jak we wcze­snym dzie­ciń­stwie, ale nie prze­ży­wałby jesz­cze mąk okresu doj­rze­wa­nia. Dobre dziecko, nie nazbyt słod­kie czy przed­wcze­śnie roz­wi­nięte. Chło­piec, dziew­czynka, nie­ważne; po pro­stu dziecko, ich wspólne dziecko, które zada­wa­łoby śmieszne pyta­nia, sia­dało za bli­sko tele­wi­zora i obja­wiało prze­bły­ski swej kształ­tu­ją­cej się oso­bo­wo­ści.

Ale nie docze­kają się dziecka; wie­dzieli, że jest to nie­moż­liwe, od lat, od poza­ma­cicz­nej ciąży Lindy w 1975. Nie kupią też domu w Montc­lair ani w White Pla­ins. Sta­no­wi­sko dyrek­tora działu wia­do­mo­ści, jakie Jeff zaj­mo­wał w nowo­jor­skim radiu infor­ma­cyj­nym WFYI, nie było wcale tak pre­sti­żowe ani tak lukra­tywne, jak się wyda­wało. Może mógłby jesz­cze awan­so­wać do tele­wi­zji; ale mając czter­dzie­ści trzy lata, stop­niowo tra­cił na to szanse.

Powin­ni­śmy, powin­ni­śmy... poroz­ma­wiać, pomy­ślał. Spoj­rzeć sobie pro­sto w oczy i powie­dzieć: nie wyszło nam. Nic nam nie wyszło z miło­ści, z namięt­no­ści, ze wspa­nia­łych pla­nów. Spa­liły na panewce i nie było w tym niczy­jej winy. Po pro­stu tak się stało.

Oczy­wi­ście ni­gdy tego nie zro­bią. Był to główny ele­ment porażki, to, że rzadko mówili o swo­ich głęb­szych potrze­bach, ni­gdy nie wspo­mi­nali o roz­dzie­ra­ją­cym poczu­ciu nie­speł­nie­nia, które zawsze stało mię­dzy nimi.

Linda otarła nic nie­zna­czącą cebu­lową łzę wierz­chem dłoni.

- Sły­sza­łeś mnie, Jeff?

- Tak, sły­sza­łem.

- Powin­ni­śmy - pod­jęła, patrząc w jego stronę, ale nie­zu­peł­nie na niego - kupić nową zasłonę prysz­ni­cową.

Według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa taki wła­śnie poziom potrzeb chciała wyra­zić przez tele­fon, zanim zaczął umie­rać. "...sko­sić traw­nik", tak pew­nie zakoń­czy­łaby zda­nie, albo "zapła­cić za prąd".

Dla­czego jed­nak, na litość boską, myślał o czymś takim? Prze­cież umie­rał; czy jego ostat­nie myśli nie powinny być głęb­sze, bar­dziej filo­zo­ficzne? Albo może powi­nien zoba­czyć migawki z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń swego życia, czter­dzie­ści trzy lata na Beta­sca­nie. Tego wła­śnie doświad­czają ludzie, kiedy toną, prawda?

Czuję się, jak­bym tonął, pomy­ślał, gdy mijały roz­cią­gnięte sekundy: ten okropny ucisk, ta bez­na­dziejna walka o oddech, wil­goć oble­pia­jąca ciało, słony pot spły­wa­jący z czoła i kłu­jący w oczy.

Tonię­cie. Umie­ra­nie. Nie, do cho­lery, to było nie­re­alne słowo, słowo odno­szące się do kwia­tów albo zwie­rząt, albo innych ludzi. Sta­rych ludzi, cho­rych ludzi. Ludzi, któ­rzy mieli pecha.

Głowa Jeffa opa­dła na biurko, prawy poli­czek roz­płasz­czył się na segre­ga­to­rze, który miał zamiar prze­stu­dio­wać, gdy zadzwo­niła Linda. Szczerba w przy­ci­sku do papieru roz­warła się przed jego otwar­tym okiem jak prze­paść, jak pęk­nię­cie samego świata, poszar­pane lustro prze­szy­wa­ją­cej ago­nii w jego wnę­trzu. Przez stłu­czone szkło widział świe­cące czer­wone cyfry elek­tro­nicz­nego zegara sto­ją­cego na półce z książ­kami:

13:06 18 PAŹ 1988

A potem nie musiał się już bro­nić przed żad­nymi myślami, ponie­waż ustał sam pro­ces myśle­nia.

Jeff nie mógł oddy­chać.

Oczy­wi­ście, że nie mógł oddy­chać; był mar­twy.

Ale skoro był mar­twy, dla­czego miał świa­do­mość, że nie może oddy­chać? Dla­czego miał jaką­kol­wiek świa­do­mość?

Odwró­cił głowę od sfał­do­wa­nej koł­dry i zaczerp­nął powie­trza. Stę­chłego, wil­got­nego powie­trza, prze­sy­co­nego zapa­chem jego wła­snego potu.

Więc nie umarł. O dziwo, to odkry­cie wcale go nie ucie­szyło, podob­nie jak wcze­śniej­sze prze­czu­cie śmierci nie wywo­łało prze­ra­że­nia.

Może w głębi duszy był rad, że nad­szedł kres jego życia. A teraz to życie będzie się toczyło jak przed­tem: nie­za­do­wo­le­nie, bole­sna utrata ambi­cji i nadziei, powody lub skutki porażki jego mał­żeń­stwa, nie pamię­tał już kolej­no­ści.

Odsu­nął koł­drę z twa­rzy i wyplą­tał nogi ze zmię­tych prze­ście­ra­deł. Gdzieś w tym ciem­nym pomiesz­cze­niu grała muzyka, ledwo sły­szalna. Stary prze­bój Da Doo Ron Ron jed­nej z tych dziew­czę­cych grup Phila Spec­tora.

Cał­ko­wi­cie zdez­o­rien­to­wany, zaczął po omacku szu­kać kon­taktu. Albo był w szpi­talu, gdzie docho­dził do sie­bie po tym, co się stało w biu­rze, albo obu­dził się w domu z gor­szego niż zwy­kle snu. Wyma­cał nocną lampkę, włą­czył ją. Znaj­do­wał się w jakimś małym, nie­po­rząd­nym pokoju, gdzie ubra­nia i książki roz­rzu­cone były po pod­ło­dze i uło­żone byle jak na dwóch sto­ją­cych obok sie­bie biur­kach i krze­słach. Ani szpi­tal, ani sypial­nia jego i Lindy, skądś jed­nak znał ten pokój.

Z dużej foto­gra­fii przy­kle­jo­nej do jed­nej ze ścian patrzyła na niego naga, uśmiech­nięta kobieta. Roz­kła­dówka "Play­boya", i to kla­syczna. Pier­sia­sta bru­netka leżała skrom­nie na brzu­chu na nadmu­chi­wa­nym mate­racu na pokła­dzie jachtu, do relingu przy­wią­zane było jej czer­wone bikini w białe gro­chy. W swej weso­łej mary­nar­skiej czapce, ze sta­ran­nie ucze­sa­nymi i spry­ska­nymi lakie­rem wło­sami, bar­dzo przy­po­mi­nała młodą Jac­kie Ken­nedy.

Inne ściany były ude­ko­ro­wane w rów­nie sta­ro­świec­kim, mło­dzień­czym stylu: pla­katy z walk byków, duże zdję­cie czer­wo­nego jagu­ara XK-E, okładka sta­rej płyty Dave'a Bru­becka. Nad jed­nym z biu­rek wisiał czer­wono-biało-nie­bie­ski trans­pa­rent z uło­żo­nym z gwiazd i pasków napi­sem "PIE­PRZYĆ KOMU­NIZM". Jeff uśmiech­nął się, gdy go zoba­czył; zamó­wił sobie dokład­nie taki sam w obra­zo­bur­czym szma­tławcu Paula Kras­snera, "The Realist", kiedy był w col­lege'u, kiedy...

Gwał­tow­nie usiadł na łóżku, czu­jąc w uszach pul­so­wa­nie krwi.

Pamię­tał, że wygięty kor­pus sta­rej lampy z biurka sto­ją­cego bli­żej drzwi zawsze odpa­dał od pod­stawy, kiedy ją prze­su­wał. A na dywa­niku przy łóżku Mar­tina była wielka krwi­sto­czer­wona plama - tak, tutaj - od czasu, kiedy Jeff prze­my­cił na górę Judy Gor­don, a ona zaczęła tań­czyć po całym pokoju do muzyki Dri­fter­sów i prze­wró­ciła butelkę chianti.

Lek­kie oszo­ło­mie­nie, które Jeff czuł po prze­bu­dze­niu, ustą­piło miej­sca total­nej kon­ster­na­cji. Odrzu­cił koł­drę, wstał z łóżka i pod­szedł chwiej­nym kro­kiem do jed­nego z biu­rek. Do swo­jego biurka. Prze­biegł wzro­kiem tytuły leżą­cych na nim ksią­żek: Wzory kul­tury, Doj­rze­wa­nie na Samoa, Popu­la­cje sta­ty­styczne. Socjo­lo­gia 101. Dok­tor... jak się nazy­wał? Dan­forth, San­born? W dużym, wil­got­nym sta­rym gma­chu na dru­gim końcu kam­pusu, o ósmej rano; zawsze jadł śnia­da­nie dopiero po zaję­ciach. Wziął do ręki książkę Bene­dict, prze­kart­ko­wał ją; liczne frag­menty były grubo pod­kre­ślone, w notat­kach na mar­gi­ne­sach roz­po­znał wła­sny cha­rak­ter pisma.

- Były to The Cry­stals, prze­bój tygo­dnia sta­cji WQXI! Następny utwór zagramy dla Bobby'ego z Marietty, od Carol i Pauli. Te ładne dziew­czyny chcą, aby Bobby wie­dział, że jak śpie­wają The Chif­fons, He's Sooo Fine...

Jeff wyłą­czył radio i starł z czoła war­stwę potu. Z zakło­po­ta­niem spo­strzegł, że ma pełną erek­cję. Kiedy ostatni raz tak stward­niał, nawet nie myśląc o sek­sie?

W porządku, czas wykom­bi­no­wać, co tu jest grane. Ktoś musiał mu zro­bić wyjąt­kowo wyszu­kany kawał, ale nie znał nikogo, kto bawił się w takie rze­czy. Poza tym, czy ktoś zadałby sobie tyle trudu? Te książki z notat­kami wyrzu­cił wiele lat temu, nikt nie mógłby ich odtwo­rzyć tak dokład­nie.

Na jego biurku leżał "New­sweek" z arty­ku­łem o ustą­pie­niu zachod­nio­nie­miec­kiego kanc­le­rza Kon­rada Ade­nau­era. Miał datę 6 maja 1963. Jeff utkwił w niej wzrok, z nadzieją, że przyj­dzie mu do głowy jakieś racjo­nalne wytłu­ma­cze­nie tego wszyst­kiego.

Nie przy­szło.

Drzwi pokoju otwo­rzyły się gwał­tow­nie i wewnętrzna gałka rąb­nęła w regał. Jak zawsze.

- Hej, co tu, do dia­bła, robisz? Jest za pięt­na­ście jede­na­sta. Prze­cież mia­łeś o dzie­sią­tej test z lite­ra­tury ame­ry­kań­skiej.

Mar­tin stał w progu, z colą w jed­nej ręce i pod­ręcz­ni­kami w dru­giej. Mar­tin Bailey, współ­lo­ka­tor Jeffa na pierw­szym roku, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel w col­lege'u i przez kilka lat potem.

Mar­tin, który popeł­nił samo­bój­stwo w 1981 roku, tuż po swoim roz­wo­dzie i zwią­za­nym z nim ban­kruc­twie.

- I co zro­bisz? - zapy­tał Mar­tin. - Dasz się oblać?

Osłu­piały Jeff patrzył w mil­cze­niu na swego dawno zmar­łego przy­ja­ciela: na jego gęste czarne włosy, które jesz­cze nie zaczęły się prze­rze­dzać, na gładką twarz, jasne mło­dzień­cze oczy, w któ­rych jesz­cze ni­gdy nie malo­wał się praw­dziwy ból.

- Hej, co z tobą? Powiedz coś, Jeff.

- Nie... nie czuję się naj­le­piej.

Mar­tin roze­śmiał się i rzu­cił książki na łóżko.

- Coś o tym wiem! Teraz kapuję, dla­czego ojciec mnie ostrze­gał, żebym nie mie­szał szkoc­kiej i bour­bona. Hej, pode­rwa­łeś wczo­raj u Manu­ela nie­złą cizię. Judy by cię zabiła, gdyby to widziała. Jak jej na imię?

- Aaa...

- Daj spo­kój, nie byłeś aż tak pijany. Zadzwo­nisz do niej?

Jeff odwró­cił się w nara­sta­ją­cej panice. Chciał powie­dzieć tysiąc rze­czy, ale żadna z nich nie mia­łaby dla Mar­tina wię­cej sensu niż ta obłą­kana sytu­acja dla niego.

- Co jest, stary? Wyglą­dasz naprawdę fatal­nie.

- Muszę wyjść na dwór. Zaczerp­nąć tro­chę powie­trza.

Mar­tin ze zdu­mie­nia zmarsz­czył brwi.

- Chyba masz rację.

Jeff chwy­cił spodnie khaki rzu­cone nie­dbale na krze­sło sto­jące przy jego biurku, a potem otwo­rzył szafę obok łóżka i zna­lazł w niej kolo­rową baweł­nianą koszulę oraz sztruk­sową mary­narkę.

- Zaj­rzyj do gabi­netu lekar­skiego - ode­zwał się Mar­tin. - Powiedz, że zła­pa­łeś grypę. Może Gar­rett pozwoli ci napi­sać ten test póź­niej.

- Tak, jasne.

Jeff ubrał się pospiesz­nie, wło­żył skó­rzane moka­syny. Był bli­ski zapo­wie­trze­nia i zmu­szał się, aby oddy­chać powoli.

- Nie zapo­mnij, że idziemy dziś na Ptaki. Paula i Judy będą na nas cze­kać o siód­mej u Dooleya. Naj­pierw coś zjemy.

- Dobrze. Na razie.

Jeff wyszedł na kory­tarz, zamknął za sobą drzwi. Zna­lazł schody i zbiegł trzy kon­dy­gna­cje w dół. Rzu­cił zdaw­kowe "Cześć!", gdy jeden z mło­dych ludzi, któ­rych mijał, zawo­łał go po imie­niu.

Hall wyglą­dał tak, jak go pamię­tał: sala tele­wi­zyjna z pra­wej strony, teraz pusta, ale zawsze zatło­czona, gdy poka­zy­wano jakiś mecz albo start rakiety kosmicz­nej; grupka dziew­cząt chi­cho­czą­cych mię­dzy sobą, cze­ka­ją­cych na swo­ich chłop­ców u pod­nóża scho­dów, na które nie wolno im było wcho­dzić; auto­maty z colą naprze­ciwko tablicy infor­ma­cyj­nej, na któ­rej stu­denci wie­szali ogło­sze­nia o kup­nie lub sprze­daży aut i ksią­żek, poszu­ki­wa­niu miesz­kań, wol­nych miej­scach w samo­cho­dach na podróż do Macon, do Savan­nah albo na Flo­rydę.

Na zewnątrz kwit­nące drzewa dere­niowe zale­wały kam­pus różowo-białą poświatą, która dawała się odbi­jać od śnież­no­bia­łego mar­muru dostoj­nych pseu­do­kla­sycz­nych gma­chów. Bez wąt­pie­nia było to Emory: rezul­tat wytę­żo­nych wysił­ków Połu­dnia, aby stwo­rzyć wła­sny uni­wer­sy­tet w kla­sycz­nym stylu Ivy League. Zamie­rzona ponad­cza­so­wość archi­tek­tury zbi­jała z tropu. Bie­gnąc przez dzie­dzi­niec, obok biblio­teki i budynku Prawa, Jeff pomy­ślał, że rów­nie dobrze może być rok 1988, jak 1963. Nie znaj­do­wał żad­nych jasnych wska­zó­wek, nie dostar­czały mu ich nawet stroje i krót­kie włosy stu­den­tów, któ­rzy spa­ce­ro­wali po alej­kach i leżeli na roz­le­głych traw­ni­kach. Moda mło­dzie­żowa lat osiem­dzie­sią­tych, pomi­ja­jąc posta­po­ka­lip­tyczny styl punk, była prak­tycz­nie nie do odróż­nie­nia od mody z jego cza­sów stu­denc­kich.

Boże, lata, które spę­dził w tym kam­pu­sie, marze­nia, które się tu naro­dziły i ni­gdy nie speł­niły... Ten mały mostek pro­wa­dzący do szkoły kościel­nej; ile razy wysta­wał na nim z Judy Gor­don? A tam, pod gma­chem Psy­cho­lo­gii, pod­czas trze­ciego roku stu­diów nie­mal codzien­nie uma­wiał się na lunch z Gail Ben­son: jego pierw­sza i ostat­nia praw­dzi­wie bli­ska pla­to­niczna przy­jaźń z kobietą. Dla­czego nie wyniósł wię­cej ze zna­jo­mo­ści z Gail? Jak to się stało, że fala życia znio­sła go tak daleko, pod tyloma róż­nymi wzglę­dami, od pla­nów i aspi­ra­cji zro­dzo­nych wśród krze­pią­cego spo­koju tych zie­lo­nych traw­ni­ków, tych szla­chet­nych budowli?

Jeff prze­biegł ponad milę do głów­nej bramy kam­pusu, lecz o dziwo nie miał zadyszki. Stał na niskim pagórku pod Glenn Memo­rial Church, patrząc w dół na North Deca­tur Road i Emory Vil­lage, małą dziel­nicę han­dlową, która obsłu­gi­wała kam­pus.

Rzędy skle­pów z ubra­niami i księ­garń wyglą­dały mniej wię­cej zna­jomo. Zwłasz­cza jeden lokal, Hor­ton's Drugs, wywo­łał falę wspo­mnień: Jeff widział oczami duszy sto­jaki z prasą, długi biały kon­tuar, prze­grody z kana­pami z czer­wo­nej skóry, każda z wła­sną, ste­reo­fo­niczną szafą gra­jącą. Widział świeżą, młodą twarz Judy Gor­don po dru­giej stro­nie sto­lika, czuł zapach jej czy­stych blond wło­sów.

Potrzą­snął głową i sku­pił się na widoku, jaki miał przed sobą. Znowu nie mógł orzec na pewno, który jest rok; nie odwie­dził Atlanty od czasu kon­fe­ren­cji Asso­cia­ted Press w 1983, zaty­tu­ło­wa­nej "Ter­ro­ryzm i media", a w Emory był po raz ostatni... Jezu, pew­nie rok albo dwa po skoń­cze­niu stu­diów. Nie miał poję­cia, czy wszyst­kie te sklepy na­dal tam są, czy też zastą­piły je wyż­sze budynki, może cen­trum han­dlowe.

Samo­chody, to mogła być wska­zówka; teraz, gdy zwró­cił na nie uwagę, uświa­do­mił sobie, że nie widzi na ulicy ani jed­nego nis­sana czy toyoty. Wyłącz­nie star­sze marki, w więk­szo­ści wiel­kie, nie­eko­no­miczne maszyny z Detroit. A "star­sze", stwier­dził, nie ozna­czało, że pocho­dzą tylko z początku lat sześć­dzie­sią­tych. W dole prze­jeż­dżało mnó­stwo lan­dar pamię­ta­ją­cych głę­bo­kie lata pięć­dzie­siąte; natu­ral­nie w roku 1963 byłoby na uli­cach rów­nie dużo sze­ścio- i ośmio­let­nich samo­cho­dów jak w 1988.

Wciąż jed­nak nic roz­strzy­ga­ją­cego, pomy­ślał. Zaczy­nał się nawet zasta­na­wiać, czy to krót­kie spo­tka­nie z Mar­ti­nem w aka­de­miku nie było po pro­stu nie­zwy­kle reali­stycz­nym snem, z któ­rego się nagle obu­dził. Ale teraz na pewno nie spał i był w Atlan­cie. Może się zalał, pró­bu­jąc zapo­mnieć o ponu­rym kosz­ma­rze, jakim stało się jego życie, i przy­le­ciał tutaj w nocy pod wpły­wem jakie­goś nostal­gicz­nego impulsu. Prze­waga sta­rych samo­cho­dów mogła być przy­pad­kowa. Za chwilę ktoś prze­je­dzie jed­nym z tych małych japoń­skich pude­łek, do któ­rych widoku tak przy­wykł.

Był pro­sty spo­sób, aby to wyja­śnić raz na zawsze. Jeff zbiegł ze wzgó­rza do postoju tak­só­wek przy Deca­tur Road i wsiadł do pierw­szego z trzech nie­bie­sko-bia­łych wozów. Kie­rowca był młody, może jesz­cze stu­dio­wał.

- Dokąd, panie kolego?

- Hotel Peach­tree Plaza - powie­dział Jeff.

- Jaki hotel?

- Peach­tree Plaza, w cen­trum.

- Chyba go nie znam. Ma pan adres?

Chry­ste, ci dzi­siejsi tak­sów­ka­rze. Czy nie zdają żad­nego egza­minu ze zna­jo­mo­ści mia­sta?

- Wie pan, gdzie jest Regency? Hyatt House?

- Tak, jasne. Tam chce pan jechać?

- Mniej wię­cej.

- W porządku, panie kolego.

Tak­sów­karz poje­chał kawa­łek na połu­dnie i skrę­cił w prawo, w aleję Ponce De Leon. Jeff się­gnął do kie­szeni, uświa­do­miw­szy sobie nagle, że w tych obcych spodniach może nie mieć pie­nię­dzy, ale zna­lazł jakiś znisz­czony brą­zowy port­fel, nie swój.

W środku na szczę­ście były pie­nią­dze - dwie dwu­dziestki, piątka i kilka jed­no­do­la­ró­wek - więc nie musiał się mar­twić, jak zapłaci za kurs. Zwróci forsę wła­ści­cie­lowi, kiedy będzie mu odda­wał port­fel, razem z tymi sta­rymi ciu­chami, które poży­czył... gdzie? Od kogo?

Szu­ka­jąc odpo­wie­dzi, roz­chy­lił jedną z małych prze­gró­dek port­fela. Była tam legi­ty­ma­cja stu­dencka z Uni­wer­sy­tetu Emory na nazwi­sko Jef­frey L. Win­ston. Karta biblio­teczna z Emory, rów­nież na jego nazwi­sko. Kwit z pralni che­micz­nej przy Deca­tur. Zło­żona ser­wetka z dziew­czę­cym imie­niem, Cindy, i nume­rem tele­fonu. Zdję­cie jego rodzi­ców sto­ją­cych przed sta­rym domem w Orlando, tym, w któ­rym miesz­kali, zanim ojciec tak ciężko zacho­ro­wał. Kolo­rowa fotka Judy Gor­don, roze­śmia­nej i rzu­ca­ją­cej śnieżkę; jej bole­śnie młodą i rado­sną twarz oka­lał biały futrzany koł­nierz posta­wiony dla ochrony przed zim­nem. I prawo jazdy, wydane na Flo­ry­dzie Jef­freyowi Lama­rowi Win­stonowi, ważne do 27 lutego 1965 roku.

Jeff sie­dział sam przy sto­liku dla dwóch osób w mają­cym kształt lata­ją­cego spodka barze Pola­ris na szczy­cie hotelu Hyatt Regency i patrzył, jak zubo­żała pano­rama Atlanty prze­suwa się obok niego co czter­dzie­ści pięć minut. Tak­sów­karz nie był jed­nak igno­ran­tem: sie­dem­dzie­się­cio­pię­trowy cylin­der hotelu Peach­tree Plaza nie ist­niał. Nie ist­niały też wieże Omni Inter­na­tio­nal, szary kamienny masyw Geo­r­gia Paci­fic Buil­ding ani wiel­kie czarne pudło Equ­ita­ble. Naj­wyż­szym budyn­kiem w cen­trum Atlanty był Hyatt Regency z jego słyn­nym, kopio­wa­nym przez innych archi­tek­tów atrium. Krótka roz­mowa z kel­nerką wyja­śniła mu, że hotel jest nowy i jedyny w swoim rodzaju.

Naj­trud­niej­szy był moment, kiedy Jeff spoj­rzał w wiszące za barem lustro. Zro­bił to celowo, dosko­nale już wie­dząc, co zoba­czy, ale mimo to prze­żył wstrząs na widok swego bla­dego, chu­dego osiem­na­sto­let­niego odbi­cia.

Obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, chło­pak w lustrze wyglą­dał na wię­cej niż osiem­na­ście lat; bez pro­blemu kupo­wał alko­hol, tak jak przed chwilą. Jeff zda­wał sobie jed­nak sprawę, że to tylko złu­dze­nie wywo­łane jego wzro­stem i głę­boko osa­dzo­nymi oczami. Dla niego obraz w lustrze przed­sta­wiał nie­do­świad­czo­nego i nie­wie­dzą­cego, co to ból, smar­ka­cza.

I tym smar­ka­czem był on sam. Nie we wspo­mnie­niach, ale tutaj i teraz: te gład­kie dło­nie, w któ­rych trzy­mał szklankę, te upo­rczy­wie sku­pione oczy, któ­rymi patrzył.

- Jesz­cze raz to samo, skar­bie?

Kel­nerka obda­rzyła go ład­nym uśmie­chem; miała jaskra­wo­czer­wone usta, mocno uma­lo­wane oczy i sta­ro­świec­kie ucze­sa­nie w kształ­cie ula. Ubrana była w "futu­ry­styczny" kostium, mie­niącą się nie­bie­ską sukienkę mini - za dwa, trzy lata będą takie nosić dziew­czyny na całym świe­cie.

Za dwa, trzy lata od teraz. Od wcze­snych lat sześć­dzie­sią­tych.

Jezu Chry­ste.

Nie mógł dłu­żej zaprze­czać temu, co się stało, nie mógł się już łudzić, że to racjo­nal­nie wyja­śni. Umie­rał na atak serca, ale prze­żył; był w swoim biu­rze w 1988 roku, a teraz znaj­do­wał się... tutaj. W Atlan­cie, w roku 1963.

Bez­sku­tecz­nie szu­kał w gło­wie jakie­goś wytłu­ma­cze­nia, cze­goś, co mia­łoby cho­ciaż odro­binę sensu. Jako nasto­la­tek czy­tał sporo science fic­tion, ale jego obecna sytu­acja nie przy­po­mi­nała książ­ko­wych podróży w cza­sie. Nie było żad­nej maszyny, żad­nego naukowca, sza­lo­nego lub nie; i w prze­ci­wień­stwie do boha­te­rów opo­wie­ści, które nie­gdyś tak łap­czy­wie pochła­niał, nie prze­niósł się w prze­szłość cia­łem. Naj­wy­raź­niej tylko jego umysł prze­sko­czył lata i wyma­zaw­szy wcze­śniej­szą świa­do­mość, zamiesz­kał w jego osiem­na­sto­let­nim mózgu, w zre­ge­ne­ro­wa­nym ciele.

Czy unik­nął śmierci, czy tylko się z nią roz­mi­nął? Czy w jakimś alter­na­tyw­nym stru­mie­niu czasu przy­szłego jego trup leży w nowo­jor­skiej kost­nicy, kro­jony skal­pe­lem pato­loga?

Może jest w śpiączce: bez­na­dzieja prze­kształ­cona w fik­cyjne nowe życie na żąda­nie znisz­czo­nego, umie­ra­ją­cego umy­słu. A jed­nak, a jed­nak...

- Skar­bie? - powtó­rzyła kel­nerka. - Dolać ci czy nie?

- Popro­szę tylko kawę, jeśli można.

- Jasne. Może kawę po irlandzku?

- Nie, zwy­kłą. Z odro­biną śmie­tanki, bez cukru.

Dziew­czyna z prze­szło­ści przy­nio­sła mu kawę i Jeff popa­trzył na roz­pro­szone świa­tła na wpół zbu­do­wa­nego mia­sta zapa­la­jące się pod pociem­nia­łym nie­bem. Słońce znik­nęło za czer­woną gliną wzgórz, które cią­gnęły się w stronę Ala­bamy, w stronę lat cha­otycz­nych i rady­kal­nych zmian, lat tra­ge­dii i marzeń.

Gorąca kawa spa­rzyła mu wargi, więc ochło­dził je łykiem lodo­wa­tej wody. Świat za tymi oknami nie był sen­nym marze­niem; był rów­nie mate­rialny jak nie­winny, rów­nie rze­czy­wi­sty jak ślepo opty­mi­styczny.

Wio­sna 1963.

Mógł doko­nać tylu wybo­rów.

2.

Jeff spę­dził resztę wie­czoru, spa­ce­ru­jąc po cen­trum Atlanty, z oczami i uszami wyczu­lo­nymi na wszel­kie niu­anse powtó­rzo­nej prze­szło­ści: tabliczki "Biali" i "Kolo­rowi" na publicz­nych toa­le­tach, kobiety w kape­lu­szach i ręka­wicz­kach, pla­kat w oknie biura podróży rekla­mu­jący rejs Queen Mary do Europy, papie­ros w ręku nie­mal każ­dego męż­czy­zny, któ­rego mijał. Zgłod­niał dopiero po jede­na­stej i wszedł na ham­bur­gera i piwo do małej knajpki koło Five Points. Zda­wało mu się, że mgli­ście pamięta ten prze­ciętny bar sprzed dwu­dzie­stu pię­ciu lat jako lokal, do któ­rego wpa­dał cza­sem z Judy, żeby coś prze­ką­sić po kinie; ale był już tak sko­ło­wany, tak wyczer­pany nie­koń­czą­cym się zale­wem nowych/sta­rych wido­ków i miejsc, że nie miał pew­no­ści. Każda wystawa skle­powa, każda twarz ulicz­nego prze­chod­nia wyda­wały mu się nie­po­ko­jąco zna­jome, cho­ciaż zda­wał sobie sprawę, że nie może pamię­tać wszyst­kiego, co widzi. Stra­cił zdol­ność odróż­nia­nia fał­szy­wych wspo­mnień od tych, które były bez wąt­pie­nia praw­dziwe.

Roz­pacz­li­wie pra­gnął pójść spać, na jakiś czas odciąć się od tego wszyst­kiego; może, wbrew wszel­kiemu praw­do­po­do­bień­stwu, obu­dzi się w świe­cie, który opu­ścił? Marzył mu się ano­ni­mowy, poza­cza­sowy pokój w hotelu bez widoku na zmie­nioną pano­ramę mia­sta, bez radia i tele­wi­zora, które by mu przy­po­mi­nały, co się stało; nie miał jed­nak dość pie­nię­dzy ani, oczy­wi­ście, kart kre­dy­to­wych. Jeśli nie chciał noco­wać w parku Pied­mont, musiał wró­cić na Emory, do aka­de­mika. Może Mar­tin będzie już spał.

Nie­stety. Współ­lo­ka­tor Jeffa nie spał i sie­dział przy biurku, kart­ku­jąc "High Fide­lity". Kiedy Jeff wszedł do pokoju, spo­koj­nie pod­niósł głowę i odło­żył pismo.

- No więc - ode­zwał się Mar­tin. - Gdzie, do dia­bła, byłeś?

- W cen­trum. Tak się włó­czy­łem.

- I nie mogłeś się przy­wlec do Dooleya? Albo cho­ciaż pro­sto do Foxa? Cze­ka­li­śmy na cie­bie tak długo, że omal się nie spóź­ni­li­śmy na ten cho­lerny film.

- Prze­pra­szam. Nie mia­łem nastroju na kino. Nie dzi­siaj.

- Mogłeś mi cho­ciaż zosta­wić pie­przoną kartkę. Nawet nie zadzwo­ni­łeś do Judy, na litość boską. Sza­lała z nie­po­koju, że coś ci się stało.

- Posłu­chaj, jestem wykoń­czony. Nie chce mi się gadać, w porządku?

Mar­tin roze­śmiał się iro­nicz­nie.

- Oby chciało ci się gadać jutro, bo jak nie, to wię­cej nie zoba­czysz Judy. Będzie wku­rzona jak dia­bli, kiedy się dowie, że nie umar­łeś.

Jeff śnił o umie­ra­niu i obu­dził się ponow­nie w pokoju w aka­de­miku. Nic się nie zmie­niło. Mar­tin wyszedł, pew­nie na jakiś wykład; ale jest sobota rano, przy­po­mniał sobie. Czy w sobotę mieli wykłady? Nie był pewien.

W każ­dym razie był w pokoju sam i sko­rzy­stał z tej spo­sob­no­ści, aby na chy­bił tra­fił pogrze­bać w swoim biurku i sza­fie. Wszyst­kie książki były mu znane: Oca­lić Nowy Jork, Jak wybie­ra­li­śmy pre­zy­denta - 1960, Podróże z Char­leyem. Płyty gra­mo­fo­nowe, w nowych, nie­wy­bla­kłych i nie­po­gię­tych okład­kach, obu­dziły sto mul­ti­zmy­sło­wych wspo­mnień dni i nocy, które spę­dził, słu­cha­jąc tej muzyki: Stan Getz i Jo?o Gil­berto, King­ston Trio, Jimmy Wither­spoon i dzie­siątki innych albu­mów, z któ­rych więk­szość dawno zgu­bił albo zdarł.

Włą­czył wieżę marki Har­man-Kar­don, którą dostał od rodzi­ców na Gwiazdkę, nasta­wił Desa­fi­nado i wró­cił do prze­trzą­sa­nia swo­jego mło­dzień­czego dobytku: spodnie h.i.s. z man­kie­tami i spor­towe kurtki Botany 500 na wie­sza­kach, puchar z tur­nieju teni­so­wego w szkole z inter­na­tem pod Rich­mond, dokąd uczęsz­czał przed Emory, owi­nięty w bibułki zbiór kie­lisz­ków Hur­ri­cane kupio­nych u Pata O'Briena w Nowym Orle­anie, rów­niut­kie stosy "Play­boya" i "Rogue'a".

Zna­lazł pudełko z listami i zdję­ciami, wycią­gnął je i usiadł na łóżku, aby przej­rzeć zawar­tość. Były tam jego foto­gra­fie z dzie­ciń­stwa, fotki dziew­cząt, któ­rych imion nie mógł sobie przy­po­mnieć, kilka pasków zdjęć zro­bio­nych dla żartu w auto­ma­cie... i mały album rodzinny: jego rodzice i młod­sza sio­stra na pik­niku, na plaży, wokół bożo­na­ro­dze­nio­wej cho­inki.

Pod wpły­wem impulsu wygrze­bał z kie­szeni garść monet, zna­lazł w kory­ta­rzu auto­mat tele­fo­niczny i dowie­dział się o dawno zapo­mniany, stary numer swo­ich rodzi­ców w infor­ma­cji w Orlando.

- Halo? - ode­zwała się jego matka tonem, który z bie­giem lat stał się jesz­cze bar­dziej roz­tar­gniony.

- Mama? - powie­dział nie­pew­nie.

- Jeff! - Przez chwilę jej głos był przy­tłu­miony, bo odwró­ciła się od słu­chawki. - Kocha­nie, odbierz w kuchni. To Jeff! - A potem znów czy­sto i wyraź­nie: - Co zna­czy to "mamo"? Uwa­żasz, że jesteś za doro­sły, żeby mówić "mamu­siu"?

Jeff prze­stał się tak zwra­cać do matki, kiedy miał dwa­dzie­ścia parę lat.

- Jak... jak się macie? - zapy­tał.

- Smutno nam, odkąd wyje­cha­łeś, wiesz o tym, ale mamy co robić. W zeszłym tygo­dniu byli­śmy na rybach koło Titu­sville. Ojciec zło­wił trzy­dzie­sto­fun­to­wego pom­pano. Szkoda, że nie mogę ci tro­chę posłać; w życiu nie jadłeś tak kru­chego mięsa. Zosta­wi­li­śmy ci mnó­stwo w zamra­żarce, ale nie będzie takie smaczne jak świeże.

Jej słowa wywo­łały falę wspo­mnień, sub­tel­nie ze sobą powią­za­nych: let­nie week­endy na łodzi jego wuja na Atlan­tyku, jasne słońce na wyszo­ro­wa­nym do czy­sta pokła­dzie, gdy ciemne burzowe chmury gro­ma­dziły się na hory­zon­cie... zapy­ziałe mia­steczka Titu­sville i Cocoa Beach przed wielką inwa­zją NASA... ogromna biała zamra­żarka w garażu w domu, pełna ste­ków i ryb, a nad nią półki z jego sta­rymi komik­sami i powie­ściami s.f. Roberta Hein­le­ina...

- Jeff? Jesteś tam?

- Tak, prze­pra­szam... mamu­siu. Na chwilę zapo­mnia­łem, po co dzwo­nię.

- Kocha­nie, wiesz, że nie musisz mieć powodu, żeby...

Na linii roz­legł się trzask i Jeff usły­szał głos ojca.

- O wilku mowa! Wła­śnie roz­ma­wia­li­śmy o tobie, prawda, skar­bie?

- Tak jest - potwier­dziła matka Jeffa. - Rap­tem pięć minut temu powie­dzia­łam, że dawno nie dzwo­ni­łeś.

Jeff nie miał poję­cia, czy ozna­cza to tydzień, czy mie­siąc, i nie chciał pytać.

- Cześć, tato - powie­dział pospiesz­nie. - Podobno zło­wi­łeś rekor­do­wego pom­pano.

- Szkoda, że cię przy tym nie było. - Ojciec roze­śmiał się. - Bud przez cały dzień nawet nie miał bra­nia, a Janet tylko się popa­rzyła od słońca. Jesz­cze scho­dzi jej skóra i wygląda jak roz­go­to­wana kre­wetka!

Jeff mgli­ście pamię­tał, że są to imiona przy­ja­ciół jego rodzi­ców, ale nie potra­fił sko­ja­rzyć z nimi twa­rzy. Ude­rzyło go, jak żywotni i pełni ener­gii wydają się zarówno jego matka, jak i ojciec. Ojciec zapadł w 1982 roku na roze­dmę płuc i rzadko już wycho­dził z domu. Z tru­dem mógł go sobie wyobra­zić na oce­anie, wal­czą­cego z potężną głę­bi­nową rybą, z pall mal­lem w kąciku ust wil­got­nym od kro­pel wody. Jeśli o to cho­dzi, pomy­ślał tępo, jego rodzice są teraz pra­wie w jego wieku - to zna­czy w wieku, w jakim był wczo­raj.

- Och - ode­zwała się matka. - Spo­tka­łam oneg­daj Bar­barę. Świet­nie sobie radzi w Rol­lins i pro­siła, żeby ci prze­ka­zać, że Cappy roz­wią­zał tam­ten pro­blem.

Bar­bara, jak Jeff męt­nie sobie przy­po­mi­nał, była dziew­czyną, z którą cho­dził w liceum; ale imię Cappy nic mu nie mówiło.

- Dzięki - mruk­nął. - Kiedy ją znów zoba­czysz, powiedz, że bar­dzo mnie to cie­szy.

- Na­dal się spo­ty­kasz z tą małą Judy? - zapy­tała matka. - To jej zdję­cie, które przy­sła­łeś, było takie uro­cze, nie możemy się docze­kać, żeby ją poznać. Jak się miewa?

- Dobrze - odparł wymi­ja­jąco, zaczy­na­jąc żało­wać, że zadzwo­nił.

- Jak się spi­suje chevy? - wtrą­cił ojciec. - Na­dal tak cią­gnie olej?

Jezu; Jeff nie myślał o tym sta­rym aucie od lat.

- Z wozem wszystko w porządku, tato.

Tylko zga­dy­wał. Nie wie­dział nawet, gdzie mógł go zapar­ko­wać. Dostał tego kop­cą­cego potwora od rodzi­ców, kiedy skoń­czył liceum, i zajeź­dził go na śmierć pod­czas ostat­niego roku na Emory.

- A co ze stop­niami? I z tą pracą, o któ­rej nam opo­wia­da­łeś w zeszłym tygo­dniu? Jęcza­łeś, że masz z nią kło­poty. Z jakiego była przed­miotu?

- W zeszłym tygo­dniu? A tak, praca z... z histo­rii. Skoń­czy­łem ją. Jesz­cze nie dosta­łem stop­nia.

- Nie, to nie była histo­ria. Mówi­łeś chyba, że to coś z lite­ra­tury angiel­skiej.

Nagle w słu­chawce ode­zwał się dzie­cięcy głos, pod­nie­cona papla­nina. Jeff uświa­do­mił sobie wstrzą­śnięty, że to dziecko jest jego sio­strą - kobietą, która miała za sobą dwa roz­wody, któ­rej córka szła wła­śnie do liceum. Sły­sząc jej dzie­wię­cio­let­nią wylew­ność, poczuł wzru­sze­nie. Głos sio­stry wydał mu się wcie­le­niem utra­co­nej nie­win­no­ści, czasu bole­śnie obró­co­nego prze­ciw sobie.

Roz­mowa z rodziną zaczęła go męczyć, wpra­wiać w zakło­po­ta­nie i nie­po­kój. Uciął ją, obie­cu­jąc, że zadzwoni za kilka dni. Kiedy odwie­sił słu­chawkę, czoło miał mokre od zim­nego potu, gar­dło wyschnięte. Zszedł do hallu, kupił w auto­ma­cie colę za ćwierć dolara, osu­szył ją trzema dłu­gimi łykami. Ktoś był w pokoju tele­wi­zyj­nym i oglą­dał serial przy­go­dowy Sky King.

Jeff się­gnął do dru­giej kie­szeni, wyjął kółko z sze­ścioma klu­czami. Jeden z nich otwie­rał drzwi aka­de­mika, użył go poprzed­niego wie­czoru, żeby dostać się do środka; trzech nie pozna­wał, a dwa były z pew­no­ścią kom­ple­tem Gene­ral Motors do sta­cyjki i bagaż­nika.

Wyszedł na dwór, zmru­żył oczy w jasnym słońcu Geo­r­gii. W kam­pu­sie czuło się week­end, cha­rak­te­ry­styczny leniwy spo­kój, który Jeff natych­miast roz­po­znał. Wie­dział, że w domach bractw stu­denc­kich kan­dy­daci na człon­ków robią wiel­kie porządki i wie­szają deko­ra­cje z papier-mâché na sobot­nie zabawy. A w Har­ris Hall i w nie­na­zwa­nym jesz­cze nowym żeń­skim aka­de­miku dziew­częta w ber­mu­dach i san­dał­kach kręcą się bez celu, cze­ka­jąc na chłop­ców, któ­rzy zabiorą je po połu­dniu na prze­jażdżkę do Soap Creek albo Stone Moun­tain. Z lewej strony dobie­gały go ryt­miczne komendy musz­try Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy Sił Powietrz­nych, pro­wa­dzo­nej zupeł­nie na poważ­nie i bez pro­te­stów. Nikt nie grał na tra­wie we fris­bee, w powie­trzu nie snuł się zapach mari­hu­any. Stu­denci Emory nie mieli poję­cia, jakie zmiany cze­kają świat.

Rozej­rzał się po par­kingu przed Long­street Hall, szu­ka­jąc swo­jego nie­bie­sko-bia­łego che­vro­leta rocz­nik 1958. Ni­gdzie nie było go widać. Poszedł Pierce Drive, zato­czył sze­ro­kie koło Arkw­ri­ght obok Dobbs Hall i za drugą grupą męskich aka­de­mi­ków; tam też nie było samo­chodu.

Idąc w stronę Cli­fton Road, ponow­nie usły­szał szcze­kliwe roz­kazy i auto­ma­tyczne odpo­wie­dzi dola­tu­jące z boiska KSOR. Te odgłosy o czymś mu przy­po­mniały i skrę­cił w lewo, na mały mostek naprze­ciwko poczty, a potem wdra­pał się pod górę, mija­jąc budy­nek medycz­nego brac­twa Phi Chi. Tu koń­czył się teren kam­pusu i prze­cznicę dalej zna­lazł swój samo­chód. Był pierw­szo­rocz­nia­kiem, więc pla­kietkę upraw­nia­jącą do par­ko­wa­nia w kam­pu­sie mógł dostać dopiero jesie­nią. Za wycie­raczką zna­lazł man­dat. Powi­nien był rano prze­sta­wić auto, zgod­nie z godzi­nami wypi­sa­nymi na sto­ją­cej obok tablicy.

Kiedy usiadł za kie­row­nicą, zalała go fala wspo­mnień. Spę­dził na tym wytar­tym sie­dze­niu setki, może nawet tysiące godzin: w kinach i restau­ra­cjach dla zmo­to­ry­zo­wa­nych z Judy, pod­czas wycie­czek z Mar­ti­nem albo innymi kole­gami, albo samot­nie - do Chi­cago, na Flo­rydę, raz aż do Mek­syku. To w tym samo­cho­dzie, a nie w jakimś pokoju w aka­de­miku, miesz­ka­niu czy mie­ście, z chłopca stał się męż­czy­zną. Upra­wiał w nim seks, upi­jał się w nim, poje­chał nim na przed­wcze­sny pogrzeb swo­jego ulu­bio­nego wuja, posłu­gi­wał się jego humo­rza­stym, ale potęż­nym ośmio­za­wo­ro­wym sil­ni­kiem, aby wyra­zić gniew, radość, przy­gnę­bie­nie, znu­dze­nie, żal. Ni­gdy nie nadał mu imie­nia, sądząc, że byłoby to dzie­cinne; ale teraz uprzy­tom­nił sobie, ile ten wóz dla niego zna­czył, jak dogłęb­nie jego wła­sna toż­sa­mość spla­tała się z eks­cen­tryczną oso­bo­wo­ścią sta­rego chevy.

Wło­żył klu­czyk do sta­cyjki, prze­krę­cił go. Sil­nik raz kich­nął, a potem zasko­czył. Jeff skrę­cił z Cli­fton Road w prawo, obok nie­do­koń­czo­nego budynku Cen­trum Zakaź­nych Cho­rób. W latach osiem­dzie­sią­tych na­dal nazy­wano go CZC, ale wtedy ten skrót ozna­czał Cen­trum Zapo­bie­ga­nia Cho­ro­bom, a ośro­dek sły­nął na całym świe­cie z badań nad takimi prze­ra­ża­ją­cymi pla­gami przy­szło­ści, jak cho­roba legio­ni­stów i AIDS.

Przy­szłość: strasz­liwe epi­de­mie; zwy­cię­stwo i póź­niej­szy odwrót rewo­lu­cji sek­su­al­nej; triumf i tra­ge­dia w kosmo­sie; ulice miast zaanek­to­wane przez zaćpa­nych pun­ków w skó­rach i łań­cu­chach, z posta­wio­nymi na cukier różo­wymi wło­sami; zabój­cze pro­mie­nio­wa­nie na orbi­cie wokół ska­żo­nej, duszą­cej się Ziemi... Chry­ste, pomy­ślał Jeff, wzdry­ga­jąc się, z tego punktu widze­nia mój świat wygląda jak naj­bar­dziej kosz­marne science fic­tion. Pod wie­loma wzglę­dami rze­czy­wi­stość, do któ­rej przy­wykł, miała wię­cej wspól­nego z fil­mami w rodzaju Łowcy andro­idów niż ze sło­neczną naiw­no­ścią początku lat sześć­dzie­sią­tych.

Włą­czył radio: trzesz­czące, mono­fo­niczne dłu­gie, na skali nawet nie było pasma UKF. Our Day Will Come, zawyli Ruby and the Roman­tics, i Jeff roze­śmiał się gło­śno.

Skrę­cił w lewo, w Briarc­liff Road, prze­je­chał bez celu przez cie­ni­ste dziel­nice miesz­ka­niowe na zachód od kam­pusu. Briarc­liff prze­szła w More­land Ave­nue, a on jechał dalej, obok parku Inmana, obok wię­zie­nia fede­ral­nego, w któ­rym sie­dział kie­dyś Al Capone. W pew­nym momen­cie znik­nęły miej­skie znaki i zna­lazł się na szo­sie wio­dą­cej na połu­dnie, do Macon.

Radio dotrzy­my­wało mu towa­rzy­stwa nie­koń­czą­cym się stru­mie­niem przed­be­atle­sow­skich prze­bo­jów: Sur­fin' USA, I Will Fol­low Him, Puff, the Magic Dra­gon. Śpie­wał im wszyst­kim do wtóru, uda­jąc, że słu­cha jakiejś sta­cji retro. Mówił sobie, że wystar­czy wci­snąć inny guzik, a usły­szy Spring­ste­ena albo Prince'a, albo może roz­gło­śnię jaz­zową, pusz­cza­jącą z kom­paktu naj­now­szy album Pata Metheny'ego. W końcu sygnał zanikł i Jeff prze­stał fan­ta­zjo­wać. Nie mógł zna­leźć w radiu nic oprócz takiej samej sta­ro­świec­kiej muzyki. Nawet sta­cje coun­try nie znały jesz­cze Wil­liego ani Way­lona; nada­wały wyłącz­nie sza­cow­nego Erne­sta Tub­bsa i Hanka Wil­liamsa.

Pod McDo­no­ugh minął przy­drożny stra­gan z brzo­skwi­niami i arbu­zami. Zatrzy­mali się z Mar­ti­nem przy dokład­nie takim samym stra­ganie pod­czas jed­nej ze swo­ich wycie­czek na Flo­rydę, głów­nie z powodu dłu­go­no­giej dziew­czyny w bia­łych szor­tach, która sprze­da­wała owoce. Miała wiel­kiego owczarka nie­miec­kiego i po chwili bez­sen­sow­nych prze­ko­ma­rza­nek miej­skich chło­pa­ków z wiej­ską dziew­czyną kupili od niej cały kosz brzo­skwiń. Nawet nie mieli ochoty na te cho­lerne owoce, po trzy­dzie­stu milach zro­biło im się nie­do­brze od ich zapa­chu i zaczęli rzu­cać nimi w znaki dro­gowe, wyda­jąc okrzyki bez­myśl­nej rado­ści przy każ­dym tra­fie­niu.

Kiedy to było, latem 1964 czy 1965? Za rok lub dwa lata od teraz. Według stanu na dziś nie poje­chali jesz­cze z Mar­ti­nem na tę wycieczkę, nie kupili tych brzo­skwiń, nie zapać­kali nimi połowy zna­ków z ogra­ni­cze­niem pręd­ko­ści stąd do Val­do­sty. Więc co to ozna­czało teraz? Jeśli na­dal będzie tkwił w tej nie­wy­tłu­ma­czal­nie zre­kon­stru­owa­nej prze­szło­ści, gdy znów nadej­dzie ów czerw­cowy dzień, czy wybie­rze się na tę samą wycieczkę, będzie sobie opo­wia­dał z Mar­ti­nem te same dow­cipy, będzie rzu­cał tymi samymi doj­rza­łymi brzo­skwi­niami w te same znaki dro­gowe? A jeśli nie, jeśli zde­cy­duje się zostać w Atlan­cie albo po pro­stu minie dziew­czynę z nogami i brzo­skwi­niami... co z jego wspo­mnie­niem tego epi­zodu? Skąd się wzięło i co się z nim sta­nie?

Z jed­nej strony wyglą­dało na to, że prze­żywa swoje życie powtór­nie, odtwa­rza je jak kasetę wideo; ale z dru­giej naj­wy­raź­niej nie był ogra­ni­czony tym, co zda­rzyło się wcze­śniej, w każ­dym razie nie do końca. O ile mógł się zorien­to­wać, oko­licz­no­ści poprze­dza­jące jego powrót do tego punktu w życiu pozo­stały nie­zmie­nione - zapi­sał się na Emory, dzie­lił pokój z Mar­ti­nem, wybrał te same wykłady co ćwierć wieku wcze­śniej - ale przez dwa­dzie­ścia cztery godziny, jakie upły­nęły, odkąd się tutaj obu­dził, zaczął już mini­mal­nie zba­czać ze ście­żek, któ­rymi podą­żał poprzed­nio.

Wysta­wie­nie Judy do wia­tru poprzed­niego wie­czoru - to naj­więk­sza i naj­bar­dziej oczy­wi­sta zmiana, cho­ciaż w osta­tecz­nym roz­ra­chunku wcale nie musiała wpły­nąć na ich zwią­zek. Pamię­tał, że spo­ty­kali się ze sobą jesz­cze tylko sześć czy osiem mie­sięcy, mniej wię­cej do Bożego Naro­dze­nia. Judy rzu­ciła go dla "star­szego męż­czy­zny", przy­po­mniał sobie z uśmie­chem, stu­denta ostat­niego roku wybie­ra­ją­cego się na medy­cynę w Tulane. Jeff czuł się zra­niony i przy­gnę­biony przez kilka tygo­dni, po czym zain­te­re­so­wał się innymi dziew­czy­nami. Przez jakiś czas cho­dził z chudą bru­netką Mar­ga­ret, potem z inną ciem­no­włosą dziew­czyną, któ­rej imię zaczy­nało się na D albo V, potem z jakąś blon­dynką, która potra­fiła zawią­zać języ­kiem supeł na ogonku cze­re­śni. Lindę, kobietę, z którą się oże­nił, spo­tkał dopiero po stu­diach, kiedy pra­co­wał w roz­gło­śni radio­wej w West Palm Beach. Stu­dio­wała na uni­wer­sy­te­cie Flo­rida Atlan­tic, poznali się na plaży w Boca Raton...

Jezu, co robi Linda w tej chwili? Była dwa lata młod­sza od niego, więc musiała jesz­cze cho­dzić do liceum, miesz­kać z rodzi­cami. Poczuł nagłe pra­gnie­nie, aby do niej zadzwo­nić, może poje­chać dalej na połu­dnie, do Boca Raton, i zoba­czyć się z nią... Nie, nie mógł tego zro­bić. Byłoby to zbyt dziwne, zbyt nie­bez­pieczne, mógłby stwo­rzyć w ten spo­sób jakiś strasz­liwy para­doks.

Ale czy rze­czy­wi­ście? Czy naprawdę musiał się mar­twić o para­doksy, uwa­żać, żeby nie zabić wła­snego dziadka? Może wcale nie. Nie był out­si­de­rem błą­ka­ją­cym się w tym cza­sie z obawą, że spo­tka sie­bie samego w młod­szym wieku; był tym młod­szym sobą, czę­ścią mate­rii tego świata. Tylko jego umysł pocho­dził z przy­szło­ści - a przy­szłość ist­niała tylko w jego umy­śle.

Zje­chał na pobo­cze i przez kilka minut, obej­mu­jąc głowę dłońmi, roz­wa­żał impli­ka­cje tego faktu. Zasta­na­wiał się wcze­śniej, czy ten powrót do prze­szło­ści nie jest przy­wi­dze­niem. A jeśli było odwrot­nie? Jeśli to cały zło­żony bieg następ­nych dwu­dzie­stu pię­ciu lat - wszystko od upadku Saj­gonu po muzykę Nowej Fali i kom­pu­tery oso­bi­ste - oka­zał się fik­cją, która jakimś cudem zakieł­ko­wała w jego mózgu z dnia na dzień, tutaj, w real­nym świe­cie roku 1963, któ­rego ni­gdy nie opu­ścił? Miało to tyle samo sensu, ile wszel­kie alter­na­tywne wytłu­ma­cze­nia typu podróż w cza­sie, życie po śmierci czy zakrzy­wie­nie cza­so­prze­strzeni. A może nawet wię­cej.

Ponow­nie włą­czył sil­nik, wró­cił na dwu­pa­smową szosę US 23. Locust Grove, Jen­kins­burg, Jack­son... zapy­ziałe, senne mia­steczka pro­win­cjo­nal­nej Geo­r­gii prze­su­wały się obok jak obrazy z filmu o epoce Wiel­kiego Kry­zysu. Może wła­śnie to pocią­gało go w tej jeź­dzie bez celu: bez­cza­so­wość kra­jo­brazu za Atlantą, cał­ko­wity brak wska­zó­wek co do tego, który może być rok czy dekada. Zruj­no­wane sto­doły z wiel­kimi napi­sami "Jezus nas zbawi", toporne rymo­wanki na reszt­kach tablic rekla­mo­wych kremu do gole­nia Burma Shave, stary Murzyn pro­wa­dzący muła... w porów­na­niu z tym nawet Atlanta roku 1963 spra­wiała futu­ry­styczne wra­że­nie.

W Pope's Ferry, tuż przed Macon, zatrzy­mał się na rodzin­nej sta­cji ben­zy­no­wej połą­czo­nej ze skle­pem. Żad­nych samo­ob­słu­go­wych dys­try­bu­to­rów, żad­nej ben­zyny bez­oło­wio­wej; Gulf Pre­mium po trzy­dzie­ści trzy centy za galon, zwy­kła po dwa­dzie­ścia sie­dem. Powie­dział chło­pa­kowi, który stał na zewnątrz, żeby nalał mu Pre­mium, spraw­dził olej i ewen­tu­al­nie dolał dwie kwarty.

Kupił w skle­pie kilka "Slim Jims"1 i piwo Pab­sta i przez chwilę bez­sku­tecz­nie wal­czył z puszką, zanim dotarło do niego, że nie ma języczka.

- Musisz być naprawdę spra­gniony, skar­bie... - Stara kobieta za ladą zachi­cho­tała. - Żeby pró­bo­wać ją otwo­rzyć gołymi rękami!

Uśmiech­nął się zawsty­dzony. Kobieta wska­zała mu otwie­racz wiszący na sznurku przy kasie i Jeff wybił w wieczku puszki dwa otwory w kształ­cie litery V. Chło­pak ze sta­cji zawo­łał przez roz­kle­ko­tane siat­kowe drzwi sklepu:

- Wygląda na to, psze pana, że wejdą ze trzy kwarty oleju!

- W porządku, dolej tyle, ile trzeba. I sprawdź naciąg paska wen­ty­la­tora, dobrze?

Jeff pocią­gnął długi łyk piwa, wziął ze sto­jaka jakieś pismo. Był w nim arty­kuł o nowym szale pop artu: powięk­szone komiksy Lich­ten­ste­ina, wiel­kie, mięk­kie winy­lowe ham­bur­gery Olden­burga. Dziwne, wyda­wało mu się, że to wszystko zda­rzyło się póź­niej, w 1965 albo 1966. Czyżby zna­lazł nie­zgod­ność? Czyżby ten świat róż­nił się już nieco od tego, który, jak sądził, znał?

Musiał z kimś poroz­ma­wiać. Ale Mar­tin obró­ciłby to wszystko w żart, a rodzice zaczę­liby się mar­twić o jego zdro­wie psy­chiczne. Może to było to, może powi­nien iść do psy­chia­try. Lekarz przy­naj­mniej go wysłu­cha i dochowa tajem­nicy; ale taka wizyta nio­słaby ze sobą mil­czące zało­że­nie, że ma pro­blemy z głową, że pra­gnie się wyle­czyć.

Nie, nie mógł nikomu o tym opo­wie­dzieć, nie wprost. Ale nie mógł też uni­kać wszyst­kich zna­jo­mych w oba­wie, że się zdra­dzi; wyda­wa­łoby się to zapewne jesz­cze dziw­niej­sze niż jakie­kol­wiek ana­chro­niczne prze­ję­zy­cze­nie. A poza tym, do dia­bła, czuł się samotny. Nawet jeśli nie mógł wyznać prawdy, czy tego, co za prawdę uzna­wał, po wszyst­kim, co prze­szedł, potrze­bo­wał jakiejś pocie­chy.

- Roz­mieni mi to pani na tele­fon? - zapy­tał kobietę przy kasie, poda­jąc jej bank­not pię­cio­do­la­rowy.

- Roz­mie­nię ci dolara, dobrze?

- Chcę zadzwo­nić do Atlanty.

Ski­nęła głową, wci­snęła kla­wisz kasy i wyjęła z szu­fladki garść monet.

- Dolar wystar­czy ci aż nadto, skar­bie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prze­ką­ska w postaci pasków suszo­nego mięsa (wszyst­kie przy­pisy tłu­maczki). [wróć]