Popołudniu ostatniego dnia kwietnia 190... wzburzone morze
drobnych, postrzępionych obłoków, unosiło się nad High Steet w
dzielnicy Kensington. Płynąca mglista fala, zakrywająca cały niemal
nieboskłon, przypuszczała szturm dokoła skrawka lazurowego nieba,
kształtem do gwiazdy zbliżonego, które jaśniało jeszcze niby
pojedyńczy kwiat gencjany śród nieliczonych traw. Zdawało się, że
każda z tych małych chmurek uzbrojona jest w niewidzialne skrzydła
i, podobnie, jak owady w swoim ustawicznym locie, chmurki
gromadziły się i krążyły dokoła gwieździstego kwiecia, który płonął
tak jasno, daleki i nieruchomy. Z jednej strony skłębiły się niby w
wełnistą masę, takie spiętrzone, że zatarły się, wszelkie kształty
i zarysy; z drugiej - większe, silniejsze wydobywały się z ciżby, i
jakby szły do ataku na oporny skrawek blasku wieczystego.
Nieskończona była różnorodność tych miljonów pojedyńczych lotnych
rojów, niezmienna trwałość tej nieruchornej gwiazdy lazurowej. W dole, na ulicy, pod odwiecznem falowaniem różnorodnych
uskrzydlonych chmur, śród przejrzystego powietrza, tłoczyli się
mężczyźni kobiety, dzieci oraz ich współstworzenia - konie, psy i
koty - i w radosnym nastroju wiosennym załatwiali swoje sprawy.
Dążyli śpiesznie, a odgłos ich żywiołowego ruchu odzywał się
nieprzerwanym szumem: "Ja, ja, ja, ja!" Tłum może byt największy przed gmachem firmy Rose i Thorn. Wszelki
gatunek ludzi, od najwyższego do najniższego; przechodził mimo
setek drzwi tego magazynu, a przed oknem wystawowem z kostjumami
stała wysoka, smukła, pełna wdzięku kobieta, dumając: "Prawdziwy
błękit gencjany! Ale nie wiem czy powinnam sobie na taki zbytek
pozwolić, wobec tej całej nędzy dokoła!" Jej oczy, zielonawo szare, któremi często spoglądała ironicznie, w
obawie, żeby nie zdradzić tego, co działo się w jej duszy,
wpatrywała się badawczo w wystawioną błękitną suknię, jakgdyby
chcąc przeniknąć do dna, jak dalece jest istotnie pożądania godna. "A może nie spodobam się w niej wcale Stefanowi!" Pod wpływem tej
wątpliwości, palce jej, w rękawiczkę obciśnięte, przylgnęły do
stanika, ruchem tym chcąc uciszyć walkę toczącą się w duszy: chęć
posiadania i obawa przed niem, pragnienie istnienia i trwoga przed
niem; woalka, spadająca z krańca kapelusza w odległości trzech cali
od twarzy, osłaniała delikatną tkaniną jej drobne rysy, nadmiernie
wystające kości policzkowe oraz lica zlekka zapadłe, jakgdyby czas
zbyt częste składał na nich pocałunki. Starzec o długiej twarzy, o oczach w obrączce, jak papuga, o sinym
nosie, mający pozwolenie sprzedawania tu - chodząc "bez prawa
siedzenia" - "Westminster Gazette*, zauważył ową panią przed oknem
wystawowem i wyjął z ust zagasłą fajkę. W interesie jego było znać wszystkich przechodniów, co zarazem
stanowiło i jego przyjemność; odrywało mi bowiem myśli od
dręczącego bólu nóg. Znał też tę panią i lubił jej urodę; niekiedy
kupowała dziennik, który, wbrew swoim przekonaniom politycznym,
musiał przez złośliwość losu, sprzedawać. Dama z jej sfery
obowiązana jest niewątpliwie do kupowania dzienników torysowskich.
A on odrazu, raz tylko rzuciwszy okiem, poznawał "damę*. Albowiem,
zanim życie wygnało go na ulicę, skutkiem choroby, która pochłonęła
wszystkie jego oszczędności, - był kamerdynerem i miał dla
"państwa" szacunek równie nieuleczalny, jak nieufność do "tej całej
klasy ludzi", kupujących swoje rzeczy "w tych tu wielkich
magazynach" i uczęszczających na "te tańce składkowe tam w Halli
Miejskiej*. Ze specjalnem zajęciem śledził wzrokiem ową damę, bynajmniej nie w
zamiarze zwrócenia jej uwagi, jakkolwiek aż nadto dobrze wiedział,
iż sprzedał tylko pięć egzemplarzy porannego wydania. Gdy zaś dama
znikła mu z oczu w jednych z setek drzwi, zdumiał się i zasmucił. A ją zniewoliła do wejścia do pp. Rose i Thorn myśl: "Mam lat
trzydzieści osiem; mam córkę siedemnastoletnią! Nie mogę dopuścić
do utraty podziwu męża. Nadszedł czas, kiedy winnam istotnie dbać
więcej o to, żebym ładnie wyglądała!" Przed wysokiem zwierciadłem, w którego lśniącej toni kąpały się
setki ciał kobiecych, ogołoconych ze staników i spódnic, którego
gładka powierzchnia odbijała codziennie dziesiątki dusz kobiecych,
ogołoconych z wszelkiej obsłony, oczy jej zajaśniały jak stal;
stwierdziwszy wszakże, konieczność zacieśnienia encjanowej sukni o
dwa centymetry w piersiach, jeden w pasie, trzy w biodrach i
podłażenia o jeden spódnicy - zachmurzyła się, jakgdyby ogarnęła ją
wątpliwość i lękwobec postanowienia, które teraz powziąć musiała.
Zapinając stary swój stanik, spytała: - Na kiedy będę mogła mieć suknię? - W końcu tygodnia. - Nie wcześniej? - Mamy bardzo dużo roboty. - Ale ja muszę mieć suknię nąjpóźniej na czwartek, bardzo proszę. Panna przymierzająca westchnęła: - Zrobię co będę mogła. - Liczę na panią.... Pani Stefanowa Dallison, 76, Old Square. Idąc po schodach na dół, myślała: "Jąka ta biedna dziewczyna
mizerna; to hańba, żeby im kazano tak długo pracować" i wyszła na
ulicę. Nieśmiały głos odezwał się za nią: - Proszę pani, może Westminster! "To ten stary nieborak", pomyślała Cecylja Dallison, który ma taki
brzydki nos". "Nie wiem, doprawdy, czy" - i zaczęła w woreczku
szukać drobnych. Obok "starego. nieboraka* stała kobieta w zniszczonym, ale czystem
czarnem ubraniu, w starym toczku, który niewątpliwie zdobił kiedyś
wytworniejszą głowę. Marne resztki kawałka futra okalały jej szyję.
Twarz miała szczupłą, dosyć delikatną, łagodne, rozumne piwne oczy
i, skręcone w węzeł, gładkie czarne włosy. Obok niej stał
wynędzniały chłopczyk, na ręku spoczywało niemowlę. Pani Dalison
podała dwa pensy za gazetę, ale wzrok jej skierowany był na
kobietę. - U, pani Hughs, - rzekła, - czekaliśmy na panią, trzeba przecież
obrębić firanki. Kobieta zlekka przycisnęła niemowlę do piersi. - Przepraszam panią bardzo, wiem, że pani czekała, ale miałam tyle
zmartwienia. - Doprawdy? - spytała Cecylja ze współczuciem. - Tak, proszę pani; z mężem. - Ach, Boże! - szepnęła Cecylja. - Ale dlaczego pani do nas nie
przyszła? - Nie mogłam, proszę pani; nie mogłam, naprawdę... Łza potoczyła się po jej policzku i zatrzymała się w zmarszczce
przy ustach. Pani Dallison rzekła z pospiechem. - Tak, tak; bardzo mi przykro. - Ten stary pan, pan Creed, mieszka w jednym domu z nami i pomówi
z moim mężem. Starzec kołysał głową na długiej cienkiej szyi. - Ten człowiek powinienby się wstydzić postępować w taki
nieprzyzwoity sposób, - rzekł. Cecylja spojrzała nań i szepnęła: - Spodziewam się, że nie zrobi za to jakiej krzywdy panu. Starzec zaszurgał nogami. - Ja lubię żyć w zgodzie z każdym. Ale jeśli on ze mną zacznie,
wezwę policję!... Może
Westminster, proszę pana? - ochraniając dłonią usta od
strony pani Dallison, dodał głośnym szeptem: - Wykonanie wyroku na
mordercy z Shoreditch! Cecylja naraz miała wrażenie, że świat przysłuchuje się jej
rozmowie z tymi ubogo odzianymi ludźmi. - Nie wiem, doprawdy, jak mogłabym pani dopomódz. Pomówię z panem
Dallisonem i z panem Hilarym. - Ach, tak; dziękuję pani. Z uśmiechem, który, jakby zaprzeczał swemu ukazaniu się, Cecylja
ujęła w dłoń spódnice i przeszła przez jezdnię. "Sądzę, że nie
byłam nieuprzejma", pomyślała, spoglądając na trzy postacie na
krawędzi chodnika - na starca z gazetami i sinym nosem, zadartym w
górę pod okularami w żelaznej oprawie; na szwaczkę w czarnej sukni;
na wynędzniałego chłopca. Nie mówiąc, nie poruszając się, patrzyli
przed siebie na ruch uliczny; i w duszy Cecylji podniósł się bunt
na ten widok. Był martwy, beznadziejny, nieestetyczny. "Co można uczynić", myślała, dla kobiet podobnych do pani Hughs,
które zawsze tak wyglądają? A ten biedny starzec! Nie powinnam była
jednak kupować nowej sukni, ale Stefan już tej nie lubi". Skręciła z głównej ulicy w aleję, wolną od ruchu handlowego i
zatrzymała się przed niskim, długim domem, na wpół ukrytym za
drzewami ogrodu frontowego. Była. to siedziba Hilarego Dallisona, brata jej męża a męża
Bianki, jej siostry. Naraz wpadła na osobliwy koncept, że dom podobny był do Hilarego.
Miał powierzchowność ujmującą i nieśmiałą, w kolorze zaś był blady;
brwi jego okien zarysowywały się raczej prosto, niż łukiem, a te
głęboko osadzone oczy - okna - jakby witały gościnnie; rzadkie wąsy
i brodę stanowiły pnącze, a ciemne plamy tu i owdzie były niby
bruzdami i cieniami na obliczach ludzi, którzy zadużo rozmyślają. Obok, oddzielnie zupełnie, jakkolwiek pasażem z domem połączona,
stała pracownia a dokoła niej - otynkowanej na biało z malowidłami
pawiego koloru i czamemi drzwiami dębowemi - unosiła się jakaś
chłodna, zlekka odpychająca atmosfera, dostosowana do Bianki, która
istotnie tu malowała. Zdawało się, że stoi, z oczami na dom
skierowanemi, i broni się przeciw wszelkiem zbyt ścisłem
współżyciu, jakgdyby nie mogła niczemu się oddać całkowicie.
Cecylja, która często martwiła się stosunkiem siostry i szwagra,
nagle odczuła jakie to otoczenie jest dostosowane i znamienne. Ale, nieufając nagłym pomysłom, które, jak wiedziała z
doświadczenia, mogły się stać bardzo dręczące. Cecylja podążyła
śpiesznie do drzwi, płytami kamiennemi wyłożoną, ścieżką. Na
werandzie leżała suczka, z rasy małych buldogów, koloru bursztynu,
która podniosła na wchodzącą ślepie lśniące, jak agat, i zlekka
kiwała prostym, jak postronek, ogonem; witała tak zazwyczaj
każdego, gdyż, z każdem pokoleniem psy tej rasy nabierały
mądrzejszych instynktów i jaśniejszej sierści, tak że w końcu
utraciły wszystkie psom właściwe cnoty. Mówiąc: "Miranda!" pani Stefanowa Dallison usiłowała pogłaskać tę
córkę domu. Ale mała buldoczka cofnęła się od pieszczoty i ona
bowiem nie była przyzwyczajona do poufałości... Poniedziałek był "dniem" Bianki: Cecylia skierowała się do
pracowni. Był to wysoki pokój, pełen ludzi. Tut przy drzwiach, zupełnie sam stał stary mężczyzna, bardzo chudy
i nieco pochylony, włosy miał jak srebro, a przezroczyste palce
przesuwał po rzadklej równie srebrzystej brodzie. Ubrany by w szary
letni garnitur, który czuć było torfem, koszulę miał sportową, z
wyłożonego nizko kołnierza wychylała się chuda, ogorzała szyja;
spodnie kończyły się zawcześnie i ukazywały jasne skarpetki. W
postawie jego było coś, co przypominało cierpliwość i wytrwałość
muła. Za zbliżeniem się Cecylji podniósł oczy. I odrazu uwidoczniło
się dlaczego w takim pełnym ludzi pokoju stał samotny. Jego
błękitne oczy patrzyły, jakgdyby miał wygłosić proroczą
przepowiednię. - Opowiadano mi o wykonaniu wyroku śmierci - rzekł. Cecylja poruszyła się nerwowo. - I cóż ojcze? - Odbierać komu życie, - ciągnął dalej starzec, głosem, który
jakkolwiek brzemienny głębokiem wzruszeniem, mówił jakby do siebie,
- było główną cechą idjotycznego barbarzyństwa, które panowało
jeszcze w owych czasach. Wynikało to z wysoce niereligijnego
fetyszu, z wiarą w trwałe istnienie osobistego Ja po śmierci. Z
czci oddawanej temu fetyszowi, wynikła cała niedola rasy ludzkiej. Woreczek w ręku Cecylji zadrżał mimo woli i spytała: - Ojcze, jak możesz?... - Nie wystarczało im kochać się wzajemnie w życiu doczesnem; byli
tacy pewni, że pozostaje im na to jeszcze cała wieczność. Ta
doktryna wynaleziona została po to, żeby ludzie mogli z czystem
sumieniem postępować, jak psy. Miłość nie mogła nigdy dojść do
zupełnego rozkwitu, dopóki nie została wytępiona. Cecylja spojrzała śpiesznie dokoła. Odeszła nieco w bok i
przyłączyła się do najbliższego grona. Usta jej ojca poruszały się
w dalszym ciągu. Powrócił do tej cierpliwej postawy,
przypominającej potrosze muła. Za Cecylją odezwał się głos: - Ojciec pani jest dla mnie taki interesujący. Cecylja odwróciła się i ujrzała kobietę średniego wzrostu, z
włosami spiętemi według starowłoskiej mody, z maleńkiemi, ciemnemi,
żywemi oczami, które spoglądały, jakgdyby jej umiłowanie życia
zniewalało ją do wyzyskiwania każdej mi minuty - jej własnego dnia
i wszyskich minut jakie mogła odkraść z dnia cudzego. - A, pani Tallents Smallpeace! Jakże się pani miewa? Tak dawno
wybieram się do pani, ale wiem, że pani jest zawsze taka zajęta. Niepewnym wzrokiem, nawpół przyjaznym, napoły obronnym, jakgdyby
chciała sama zadrwić, żeby z niej nie zadrwiono, Cecylja spojrzała
na panią Tallents Smallpeace, którą kilkakrotnie spotkała u Bianki.
Wdowa po wybitnym znawcy sztuki była sekretarką "Ligi wychowawczej
dla sierot, które utraciły rodziców", wiceprzewodnicząca "Ochrony
dziewcząt w niebezpieczeństwie" i skarbniczki "Czwartkowych
rozrywek dla robotnic". Zdawało. się, że zna każdego mężczyznę i każdą kobietę, którzy
warci byli poznania a oprócz tego niektórych innych; że ogląda
wszystkie wystawy obrazów; że bywa na koncercie każdego nowego
wirtuoza i na każdej premjerze nowej sztuki. Gdy mówiono o
literaturze oznajmiała, że pisarze ją nudzą; wszelako wyświadczała
im zawsze przysługi, zapraszała ich razem z krytykami i wydawcami,
a niekiedy - ale o tem wiedziało niewiele osób - ratowała ich z
kłopotów pożyczką, poczem - jak się nieraz żaliła, rzadko kiedy
pokazywał się u niej taki uratowany. Dla pani Stefanowej Dallison miała ona znaczenie specjalne, jako
stojąca na pograniczu tych przyjaciół Bianki, których Cecylja nie
chciała przyjmować u siebie; Stefan bowiem, który był obrońcą na
urzędowem stanowisku, nie lubił dziwactw i śmieszności.. Ponieważ
Hilary pisał książki i był poetą a Bianka malowała przeto znajomi
ich, z natury rzeczy byli zajmujący albo dziwaczni; a ponieważ
przez wzgląd na Stefana musiała ustalić do jakiej kategorji ten czy
ów należy, niejednokrotnie przekonywała się, do obu razem. Tacy
ludzie wnosili podnietę jeśli byli przyjmowani w małych. dawkach,
ale zarówno ze względu na męża, jaki na córkę, Cecylja nie
pragnęła, żeby ją odwiedzali całemi rojami. Jej uczucie dla nich
było jakby przyjemnym lękiem - podobne do tego z jakim kupowała
Westmimster Gazette, dla wyczucia tętna życia społecznego. Pani Talients Smalpeace przymrużyła małe ciemne oczki. - Słyszę, że pan Stone... takie jest, zdaje mi się nazwisko ojca
pani... pisze książkę, która wywoła poprostu sensację, gdy się
ukaże. Cecylja zagryzła wargi. Omal nie powiedziała: "Mam nadzieję, że
się to nigdy nie ukaże". - Jakiż będzie jej tytuł? - spytała pani Tallents Smallpeace. -
Słyszę, że ma to być książka o powszechnem braterstwie. Jakie to
szczytne! Cecylja poruszyła się niecierpliwie. - Kto pani to powiedział? - Uważam, - odparła pani Tallents Smallpeace, - że u siostry pani
bywają na tych tygodniowych przyjęciach niesłychanie zajmujący
ludzie. Tak się wszystkiem interesują. - Mojem zdaniem zanadto, - rzekła Cecylja i zdziwiła się własnemi
słowami. Pani Tallents Smallpeace uśmiechnęła się. - Mam na myśli sztukę i sprawy społeczne. Czy można interesować
się zanadto temi kwestjami? Cecylja odparła skwapliwie: - O nie, oczywiście, - i obie panie powiodły wzrokiem dokoła. -
Czy pan widział "Dożynki"? Świetne, znakomite! - Nieborak! jest zapełnię rococo... - Zjawił się nowy człowiek... Jest bardzo sympatyczna... - Ale położenie klasy ubogiej... - Czy to jest pan Balledyće? O istotnie... - To przejmuje człowieka takiem poczuciem życia... - Burżuj!.. Głos pani Tallents Smallpeace odezwał się wśród tego gwaru: - Proszę, niech pani zechce mi powiedzieć, kto jest ta młoda
dziewczyna, która stoi obok młodzieńca, przyglądającego się tamtemu
obrazowi? Lica Cecylji okryły się bardzo delikatnym rumieńcem. - To moja córka. - Czyżby? Pani ma już taką dużą córkę? Ma chyba ze siedemnaście
lat! - Blizko osiemnaście! - Jak jej na imię? - Tyncjana - odparła Cecylja z lekkim uśmiechem. Czuła, że Pani
Tallents Smallpeace zamierza powiedzieć: "Jakie zachwycające imię"! Ale pani Tallents Smallpeace spostrzegła jej uśmiech i po chwili
dopiero spytała: - A kto jest ten młodzieniec przy niej? - Mój bratanek, Marcin Stone. - Syn brata pani, który wraz z żoną został zabity podczas tego
strasznego wypadku w Alpach? Wygląda na młodzieńca bardzo pewnego
siebie. Ma ten nowoczesny wyraz twarzy. Czem on jest? - Prawie lekarzem. Nie wiem nigdy, czy już skończył studja
medyczne. - Przypuszczana, Ze może ma co wspólnego, ze sztuką. - O nie, on sztuką pogardza. - A córka pani również pogardza sztuką? - Nie; moja córka studjuje nawet historję sztuki. - Istotnie! Jakie to interesujące! Dorastające pokolenie jest dla
mnie bardzo ciekawe, a dla pani? Tacy są niezależni. Cecylja spojrzała z niepokojem na dorastające pokolenie. Młodzi
ludzie stali tuż przy sobie przed obrazem, rozglądając się bacznie,
wymieniając krótkie uwagi i spojrzenia. Obserwowali tych wszystkich
krążących, rozgadanych, kłaniających się, uśmiechniętych ludzi z
młodzieńczą, trzeźwą, nawpół niechętną, ciekawością. Młodzieniec
miał twarz bladą, wygoloną, silną szczękę, nos prosty, czoło
wypukłe i mądre, szare oczy dokoła ust osiadł wyraz sarkastyczny i
stanowczy; spoglądał na ludzi niepokojąco bystrym wzrokiem. Młoda
dziewczyna, ubrana w niebieską suknię z zielonawym odcieniem, miała
twarz wprost czarującą. jasne piwne oczy, świeżą cerę i faliste
włosy koloru dojrzałych orzechów. - Wszak to obraz siostry pani "Cień", - któremu się przypatrują,
nieprawda? - spytała pani Tallents Smallpeace. Przypominam sobie,
że w dniu Bożego Narodzenia widziałam i ten obraz i małą modelkę,
która do niego pozowała... zajmujący typ. Szwagier pani wspomniał,
że wszyscy interesujecie się nią niezwykle. Jakie romantyczne było
to jej zemdlenie z głodu, gdy przyszła pierwszy raz pozować,
nieprawda? Cecylja szepnęła coś niezrozumiałego. Ręce jej drżały nerwowo;
była widocznie podrażniona. Oznaki te uszły uwagi pani Tallents Smalpaace, wodziła bowiem
oczami bacznie dokoła. - W. O. D. N. widuję, oczywiście, mnóstwo dziewcząt w drażliwem
położeniu, stojących na krawędzi, pani rozumie? Pani powinna,
naprawdę, zapisać się do naszego stowarzyszenia O. D. N. To
pierwszorzędna instytucja... Wielkie zadanie, wymagające bardzo
dużej pracy. Wyraz wątpliwości w oczach spotęgował się. Pani Tallents Smallpeace niezwłocznie ciągnęła dalej; - Czy pani nie uważa, że żyjemy w niesłychanie interesujących
czasach? We wszystkich dziedzinach wre taki ruch... ta atmosfera
porywa. Wszyscy czujemy, że nie możemy już dłużej zamykać oczu na
zagadnienia społeczne. Mojem zdaniem choćby tylko warunki, w jakich
żyje lud, wystarczą do spowodowania zmory podczas snu! - Tak, tak, powtórzyła Cecylja; to okropne oczywiście. - Politycy i urzędnicy państwowi są tacy bezradni, że od nich nie
można się spodziewać żądnej pomocy. Cecylja wyprostowała się.... - Tak pani sądzi? - rzekła. - Mówiłam właśnie z panem Balladycę. Utrzymuje, że sztuka i
literatura muszą być oparte na zupełnie nowej podstawie. - Tak utrzymuje, doprawdy? Czy to ten komiczny mały człowieczek? - Mojem zdaniem, jest potwornie mądry. - Wiem... wiem, - odparła Cecylją skwapliwie. Oczywiście coś
zrobić trzeba. - Tak, potwierdziła Tallents Smallpeace z roztargnieniem, - myślę,
że wszyscy to odczuwamy. Ale proszę niech mi pani powie...
rozmawiałam właśnie z takim zachwycającym człowiekiem... z jednym z
tych, jakich widuje się tysiącami w City... w takich eleganckich
czarnych surdutach. Spotkać taki typ w naszej sferze, to istotnie
rzadkość dzisiaj; ten rodzaj ludzi oddziąływa tak orzeźwiająco,
mają takie ładne, pełne prostoty, poglądy. O... stoi tam, tuż za
siostrą pani. Cecylja, nerwowym ruchem wskazała, że zna człowieka, o którym
mowa. - Tak, to pan Purcey, - rzekła; nie wiem dlaczego on właściwie u
nas bywa. - Mojem zdaniem jest zachwycający! - po wtórzyła pani Tallents
Smallpeace rozmarzona. Jej małe ciemne oczy, niby pszczoły, pofrunęły ssać miód z kwiatu,
o jakim była mowa - ku barczystemu mężczyźnie średniego wzrostu,
ubranemu z wyszukaną starannością, który jednakże wydawał się jakby
nie W swojem otoczeniu. Na ustach, pod wąsem, osiadł martwy
uśmiech; wesołą twarz okrywał żywy rumieniec, czoło miał niezbyt
wysokie i szerokie, szczękę wystającą, włosy gęste i jasne; oczy
małe, szare i przebiegłe. Przyglądał się jakiemuś obrazowi. - Taki jest rozkosznie naiwny, - szepnęła pani Talients
Smalpeace... Zdaje się, że nie ma nawet pojęcia, iż istnieje jakieś
zagadnienie społeczne, dotyczące klas niż naszych... - Czy mówił pani, że posiada obraz? - spytała Cecylja, byle coś
powiedzieć. - O tak, Harpignies'a, wart trzy razy tyle ile dał za niego. Jak
to przyjemnie odczuć, że istnieje cała masa ludzi, którzy mierzą
wartość wszystkiego tylko tem, co za to zapłacili. - A czy powiedział pani orzeczenie mego dziadka Carfaxa w sprawie
Banstock'a? - spytała Cecylja przyciszonym głosem. - A Jakże. "Człowiek, który nie ma własnego zdania, powinien być
morą aktu parlamentarnego mianowany Irlandczykiem". Powiedział, że
to byłoby świetnie. - On zasługuje na taką nominację - rzekła Cecylja. - Zdaje mi się,
że pan Purcey źle oddziaływa na humor pani. - O nie; przypuszczam, że jest nawet miły. Nie można się na niego
gniewać. Uczynił coś, czem jak mu się wydaje, wyświadczył memu ojcu
wielką przysługę. Poznaliśmy go właśnie przy tej sposobności. Ale
te jego stałe wizyty są nieco nużące. Denerwuje niekiedy. - To właśnie tak mnie w nim zachwyca; jego nikt nigdy zdenerwować
nie zdoła. Zdaje mi się, że my wszyscy mamy za dużo nerwów, czy
pani nie podziela mego zdania? Ale oto szwagier pani. Bardzo
niepospolita postać; radabym pomówić z nim o tej jego modelce.
Wszak to wiejska dziewczyna, nieprawda? Zwróciła głowę ku wysokiemu mężczyźnie o smagłej, okolonej
zarostem, szczuplej twarzy, który pochylony nieco naprzód, c szedł
do nich odedrzwi. Nie zauważyła, że Cecyja zarumieniła, się zlekka
i rzuciła jej, gniewne niemal, spojrzenie. Wysoki mężczyzna,
położył dłoń na ramieniu Cecylji i rzekł łagodnym, tonem: - Dzień dobry Cis! Czy Stefan jest? Cecylja potrząsnęła głową. - Wszak znasz panią Tallents Smalpeace, Hilary? Wysoki mężczyzna złożył ukłon. Jego jasne piwne oczy spoglądały,
nieśmiało, łagodnie i były głęboko osadzone; brwi niemal ciągle w
ruchu, nadawały mu wyraz surowy i kapryśny zarazem. Ciemne włosy
były zlekka przyprószone siwizną, a na ustach igrał często
dobrotliwy uśmiech. Swobodne obejście było takie ciche, jakgdy
pragnął sam się zatrzeć. Dłonie miał długie, chude, smagłe, a w
ubraniu jego nic zwracało uwagi. - Oddaję cię w ręce pani Tallents Smallpeace, - rzekła Cecylia. - Grono stłoczonych dokoła pana Balladyce'a nie pozwoliło jej
jednak oddalić się zbytnio, tak, że głos pani Smallpeace dobiegał
jej uszu. - Mówiłam właśnie o tej małej modelce. Jak to zacnie z pańskiej
strony, że się pan tem dziewczęciem tak zaopiekował. Może i my
mogłybyśmy uczynić coś dla niej. Cecylja miała doskonały słuch, nie uszedł zatem jej uwagi ton
odpowiedzi Hilarego. - O, dziękuję pani; nie sądzę. - Myślałam, że może pan odczuje, iż nasze Stowarzyszenie... zawód
modelki jest taki nieodpowiedni dla młodych dziewcząt! Cecylja dostrzegła, że kark Hilarego pokrył się szkarłatem.
Odwróciła głowę. - Oczywiście jest dużo bardzo przyzwoitych modelek, - odezwał się
głos pani Tallents Smalpeace. - Nie mówię, żeby wszystkie
koniecznie... jeżeli, która ma silny charakter, a zwłaszcza jeżeli
niepozuje do... aktu. Do uszu Cecylji dobiegła sucha, urywana odpowiedź Hilarego: - Dziękuję pani; to bardzo uprzejmie z pani strony. - O, jeżeli to niepotrzebne, tem lepiej. Obraz żony pańskiej
wykazuje taką mądrą koncepcję... bardzo interesujący typ. Mimowoli Cecylja znalazła się przed tym obrazem. Był zwrócony
nieco do ściany, jakgdyby poniekąd w niełasce, a wyobrażał młodą
dziewczynę w całej postaci, stojącą w głębokim cieniu, z
wyciągniętemu, ruchem prośby, rękoma. Oczy jej skierowane były na
Cecylję; zdawało się, że z rozchylonych ust wybiega oddech. Barwami
jaśniały tylko blado niebieskie oczy, blado różowe rozchylone usta
i kasztanowate włosy; reszta tonęła w cieniu. Na pierwszy plan
padało światło, jakby od lampy ulicznej. "Oczy i usta tej dziewczyny prześladują mnie. Co Biankę zniewoliło
do obrania takiego tematu? Mądry, oczywiście... z jej punktu
widzenia pomyślała Cecylja.