1WE KRWI I W OGNIU
29 września 1944 roku Dawid Szomron skrył się w mroku ulicy Świętego Jerzego, nieopodal rumuńskiej cerkwi w Jerozolimie. Budynek świątyni brytyjskie władze Palestyny wykorzystywały jako kwatery dla oficerów. Szomron czekał na wyjście jednego z nich, Toma Wilkina.
Wilkin był szefem sekcji żydowskiej w wydziale kryminalnym (w skrócie CID) Brytyjskiego Mandatu Palestyny, prawdziwym fachowcem, zwłaszcza w dziedzinie infiltracji i zakłócania pracy żydowskiego podziemia1. Spokojny i przezorny oficer biegle władał hebrajskim, a po trzynastu latach służby w Palestynie dysponował rozległą siatką informatorów. Działania wywiadowcze umożliwiały aresztowania bojowników, przechwytywanie tajnych składów broni i udaremnianie akcji, które miały zmusić Brytyjczyków do opuszczenia Palestyny2.
To właśnie dlatego Szomron miał go zabić.
Szomron i współuczestnik zamachu Jakow Banai (kryptonim "Mazal", czyli "szczęście") działali w Lechi, najbardziej radykalnej podziemnej organizacji syjonistycznej walczącej z Brytyjczykami na początku lat czterdziestych XX wieku. Chociaż nazwa "Lechi" była skrótem od hebrajskich słów "bojownicy o wolność Izraela" (Lochamej Cherut Israel), Anglicy uważali organizację za terrorystyczną, nazywając ją lekceważąco bandą Sterna, od ich założyciela, romantycznego ultranacjonalisty Abrahama Sterna. Stern i grupka jego zwolenników stosowali taktykę siania zamętu poprzez zabójstwa i zamachy bombowe - strategię "osobistego terroru", jak nazywał to szef operacji Lechi (i późniejszy premier Izraela) Icchak Szamir3.
Wilkin dobrze wiedział, że jest na celowniku organizacji4. Lechi już raz, blisko trzy lata wcześniej, próbowało zabić jego oraz jego szefa Geoffreya Mortona. 20 stycznia 1942 roku zamachowcy podłożyli ładunki wybuchowe na dachu i wewnątrz budynku przy ulicy Jael 8 w Tel Awiwie. Skończyło się na tym, że zgładzili trzech funkcjonariuszy policji - dwóch Żydów i Anglika - którzy zjawili się na miejscu przed Wilkinem i Mortonem i wpadli w pułapkę. Gdy Morton odniósł rany w kolejnej próbie zamachu na jego życie, który miał być karą za zabicie Sterna, uciekł z Palestyny.
Ani to, kto kogo zabił, ani to, na czyj rozkaz to uczynił, nie miało najmniejszego znaczenia dla Szomrona5. Liczył się tylko fakt, że Brytyjczycy okupowali ziemię, którą syjoniści postrzegali jako im należną. Dlatego właśnie Szamir wydał wyrok śmierci na Wilkina.
Dla Szomrona i jego kompanów Wilkin był nie tyle osobą, ile celem, znaczącym i cennym. "Byliśmy zbyt zapracowani i głodni, żeby myśleć o Brytyjczykach i ich rodzinach" - przyznał wiele lat później6.
Po odkryciu, że Wilkin rezyduje w dobudówce cerkwi, zamachowcy przygotowali się do misji. Szomron i Banai mieli rewolwery, a w kieszeniach granaty. Dodatkowo w pobliżu kręcili się bojownicy Lechi w garniturach i kapeluszach, co nadawało im wygląd Anglików.
Wilkin wyszedł z kwatery i ruszył w kierunku siedziby CID w dzielnicy rosyjskiej (tzw. Kompleksie Rosyjskim), gdzie przetrzymywano i przesłuchiwano podejrzanych o współpracę z podziemiem7. Jak zawsze ostrożny, obserwował uważnie ulicę i cały czas trzymał rękę w kieszeni. Kiedy skręcił z ulicy Świętego Jerzego w Mea Szearim, młody chłopak siedzący przed sklepem spożywczym wstał i upuścił kapelusz. Na ten znak dwóch zamachowców ruszyło w kierunku Wilkina; rozpoznali go dzięki zdjęciom, które otrzymali od swoich szefów. Zaciskając spocone palce na rewolwerach, Szomron i Banai pozwolili, aby cel ich minął.
Potem odwrócili się i wyciągnęli broń.
"Zanim to zrobiliśmy, Mazal [Banai] powiedział: "Ja strzelam pierwszy" - wspominał Szomron. - Ale kiedy go zobaczyliśmy, nie wytrzymałem i uprzedziłem Mazala".
W sumie oddali czternaście strzałów, z czego jedenaście dosięgło Wilkina.
"Udało mu się odwrócić i wyciągnąć pistolet - powiedział mi Szomron - ale zanim wystrzelił, padł na ziemię. Z jego czoła wytrysnęła struga krwi, zupełnie jak fontanna. Niezbyt piękny widok".
Zamachowcy skryli się w cieniu, po czym wskoczyli do taksówki, w której czekał na nich członek Lechi.
"Nie dawało mi spokoju tylko to, że nie zabraliśmy teczki, w której Wilkin miał wszystkie dokumenty - dodał Szomron. - [Poza tym] nic nie czułem, nie miałem najmniejszego poczucia winy. Szczerze wierzyliśmy w to, że im więcej trumien odleci do Londynu, tym szybciej nadejdzie dzień wolności"8.
Myśl, że powrót Żydów do Ziemi Izraela może nastąpić jedynie dzięki zastosowaniu przemocy, wcale nie zrodziła się po raz pierwszy w umysłach Sterna i jego towarzyszy z Lechi.
Strategia ta wyłoniła się w czasie spotkania ośmiu mężczyzn, którzy zebrali się w dusznej kawalerce z widokiem na gaj pomarańczowy w Jafie 29 września 1907 roku, dokładnie trzydzieści siedem lat przed zamachem na Wilkina, kiedy Palestyna wciąż jeszcze należała do imperium osmańskiego9. Mieszkanie wynajął Icchak Ben Cwi, młody rosyjski Żyd, który w tym samym roku wyemigrował z Rosji do osmańskiej Palestyny. Tak jak wszyscy zgromadzeni tam emigranci z Cesarstwa Rosyjskiego, siedzący na macie rozłożonej na podłodze w oświetlonym płomieniami świec pokoju, był zdeklarowanym syjonistą, aczkolwiek należał do odłamu, który niegdyś groził rozbiciem całego ruchu.
Początki syjonizmu sięgają 1896 roku, kiedy mieszkający w Wiedniu żydowski dziennikarz Theodor Herzl opublikował pracę Der Judenstaat (Państwo żydowskie), ponieważ był głęboko poruszony paryskim procesem Alfreda Dreyfusa, żydowskiego oficera, którego niesłusznie uznano za winnego zdrady Francji.
W swojej rozprawie Herzl twierdził, że antysemityzm jest tak głęboko zakorzeniony w europejskiej kulturze, iż Żydzi zyskają prawdziwą wolność i bezpieczeństwo jedynie we własnym państwie. Żydowskie elity w Europie Zachodniej, wiodące dostatnie życie, w większości odrzuciły idee Herzla. Trafiły one jednak do biednej żydowskiej klasy robotniczej z Europy Wschodniej. Tamtejsi Żydzi cierpieli na skutek powtarzających się pogromów i ciągłego ucisku. Odpowiedzią niektórych z nich stało się uczestnictwo w ruchach rewolucyjnych.
Herzl postrzegał Palestynę, ojczyznę Żydów, jako idealne miejsce na przyszłe państwo żydowskie, twierdził jednak, że jeśli naród żydowski ma przetrwać w pokoju, ewentualne zasiedlenie należy przeprowadzić z rozwagą i delikatnością, wykorzystując kanały dyplomatyczne, i przy międzynarodowej aprobacie. Poglądy Herzla stały się znane jako syjonizm polityczny.
Z kolei Ben Cwi i jego siedmiu towarzyszy należeli (tak jak większość rosyjskich Żydów) do syjonistów praktycznych10. Nie zamierzali czekać, aż reszta świata zapewni im państwo, wierzyli, że sami je sobie stworzą - udając się do Palestyny, pracując na roli i sprawiając, że pustynia zakwitnie. Chcieli wyrwać siłą to, co, jak uważali, im się słusznie należy.
Poglądy te natychmiast wywołały konflikt z większością Żydów, którzy już mieszkali w Palestynie. Jako nieliczna mniejszość na arabskiej ziemi (wielu z nich było handlarzami, rabinami lub urzędnikami osmańskimi) woleli nie zwracać na siebie uwagi. Poprzez uległość, kompromisy i łapówki Żydzi z dawna osiadli w Palestynie zdołali kupić sobie względny spokój i bezpieczeństwo.
Jednak Ben Cwi i inni nowo przybyli byli przerażeni warunkami, które znosili ich pobratymcy. Wielu żyło w skrajnym ubóstwie i nie mogło się bronić, pozostając na łasce i niełasce arabskiej większości i przekupnych urzędników skorumpowanego imperium osmańskiego. Bandy Arabów łupiły żydowskie osady, często zupełnie bezkarnie11. Co gorsza, jak zauważył Ben Cwi oraz jego towarzysze, te same osady powierzały swoją ochronę arabskim strażnikom, którzy nierzadko współpracowali z tymi szajkami.
Ben Cwi i jego przyjaciele uznali tę sytuację za niedopuszczalną. Część z nich w przeszłości należała do rewolucyjnych organizacji inspirowanych przez antycarski ruch Narodnaja Wola, który przeprowadzał akcje terrorystyczne, w tym zamachy12.
Rozczarowani klęską rewolucji w 1905 roku, która przyniosła jedynie minimalne reformy konstytucyjne, niektórzy z tych socjalistycznych rewolucjonistów, socjaldemokratów i liberałów przenieśli się do osmańskiej Palestyny, aby utworzyć państwo żydowskie.
Wszyscy oni klepali biedę, z trudem wiązali koniec z końcem, dorabiając jako nauczyciele lub robotnicy na polach i w sadach pomarańczowych, często chodzili głodni13. Byli jednak dumnymi syjonistami. Jeśli mieli stworzyć państwo, najpierw musieli obronić się sami. Dlatego przemykali ulicami Jafy parami lub pojedynczo, udając się na sekretne spotkanie w mieszkanku Ben Cwiego. Tego wieczoru ta ósemka stworzyła zalążek pierwszych żydowskich sił zbrojnych ery nowożytnej. Uznali, że trzeba zadać kłam powszechnemu na świecie obrazowi słabego i prześladowanego Żyda. Tylko Żydzi obronią Żydów w Palestynie.
Nazwali swą raczkującą armię Bar Giora, nawiązując do Szymona bar Giory, jednego z przywódców powstania przeciwko Cesarstwu Rzymskiemu w I wieku naszej ery. Na swoim sztandarze złożyli hołd tej dawnej rewolcie, a zarazem przewidzieli własną przyszłość. Napisali na nim: "We krwi i w ogniu Judea upadła. We krwi i w ogniu Judea powstanie".
Judea rzeczywiście powstanie. Pewnego dnia Ben Cwi zostanie drugim prezydentem państwa Izrael. Będzie to jednak wymagało mnóstwa ognia i krwi.
Początkowo Bar Giora nie cieszyła się popularnością. Jednak z każdym rokiem do Palestyny przyjeżdżało coraz więcej Żydów z Rosji i Europy Wschodniej (35 tysięcy w latach 1905-1914), którzy wyznawali idee syjonizmu praktycznego.
Gdy więcej podobnie myślących Żydów dołączyło do Jiszuwu - Osadnictwa (pełna nazwa Hajeszuw Hajehudi b'Eretz Israel - Osadnictwo Żydowskie na Ziemi Izraela), jak nazywano żydowską społeczność w Palestynie, w 1909 roku Bar Giora przekształciła się w większy i bardziej wojowniczy Ha-Szomer (po hebrajsku "strażnik"). W 1912 roku organizacja ta broniła już czternastu osad. Oprócz tego jednak jej członkowie ćwiczyli potajemnie działania ofensywne, przygotowując się do tego, co syjoniści praktyczni postrzegali jako nieuchronną ostateczną wojnę o przejęcie władzy w Palestynie. Bojownicy Ha-Szomeru uważali się za zalążek przyszłej żydowskiej armii i służby wywiadowczej.
Członkowie tej samozwańczej straży obywatelskiej najeżdżali konno arabskie osady, żeby ukarać mieszkańców prześladujących Żydów (czasami poprzestawali na pobiciu, kiedy indziej kończyło się na egzekucjach)14. W jednym przypadku specjalne tajne zgromadzenie członków Ha-Szomeru postanowiło zlikwidować beduińskiego policjanta Arefa al-Arsana, który pomagał Turkom i torturował żydowskich więźniów. Zastrzelono go w czerwcu 1916 roku.
Ha-Szomer nie cofał się również przed stosowaniem przemocy, żeby podkreślić swoją władzę nad innymi Żydami15. Podczas pierwszej wojny światowej zwalczał NILI, żydowską siatkę szpiegowską pracującą dla Brytyjczyków w osmańskiej Palestynie. Bojownicy bali się, że Turcy odkryją szpiegów i zaczną się mścić na całej społeczności żydowskiej. Kiedy NILI nie zaprzestała działalności ani nie przekazała im pieniędzy otrzymanych od Brytyjczyków, przeprowadzili zamach na Josefa Liszanskiego, jednego z jej członków, lecz tylko go zranili.
W 1920 roku Ha-Szomer znów się przekształcił, tym razem w Haganę (po hebrajsku "obrona"). Chociaż organizacja działała nielegalnie, brytyjskie władze, które już rządziły krajem przez mniej więcej trzy lata, tolerowały ją jako paramilitarne ramię Jiszuwu. W tym samym roku powstał również Histadrut, związek zawodowy Żydów w Izraelu, a dwa lata później Agencja Żydowska, autonomiczne władze Jiszuwu. Obiema kierował Dawid Ben Gurion, zwierzchnik Hagany.
Ben Gurion przyszedł na świat jako Dawid Józef Grün w 1886 roku w Płońsku. W młodości poszedł w ślady ojca i został działaczem syjonistycznym. W 1906 roku wyemigrował do Palestyny i dzięki charyzmie i determinacji mimo młodego wieku został przywódcą Jiszuwu. Wkrótce potem zmienił nazwisko na Ben Gurion, na cześć kolejnego przywódcy powstania przeciwko Rzymianom.
We wczesnych latach działalności Hagana pozostawała pod wpływem agresywnej postawy Ha-Szomeru. 1 maja 1921 roku arabski tłum zmasakrował czternastu Żydów w hostelu dla imigrantów w Jafie. Kiedy się okazało, że w dostaniu się do schroniska pomógł im arabski policjant Tewfik Bej, Hagana wysłała ekipę, żeby go zlikwidować. 17 stycznia 1923 roku został zastrzelony na środku ulicy w Tel Awiwie. Według jednego z uczestników zamachu "kwestią honorową" było to, żeby strzał oddać z przodu, a nie z tyłu, zamach zaś miał "pokazać Arabom, że ich sprawki nie zostaną zapomniane i zapłacą za wszystko, nawet jeśli poniewczasie"16.
Członkowie Ha-Szomeru, którzy początkowo przewodzili Haganie, dopuszczali się nawet aktów przemocy wobec Żydów. Jacob de Haan był urodzonym w Holandii charedim (ultraortodoksyjnym Żydem) mieszkającym w Jerozolimie od początku lat dwudziestych XX wieku. Żarliwie propagował ideę, że tylko Mesjasz może ustanowić państwo żydowskie, jedynie Bóg może zdecydować, kiedy Żydzi powrócą do swojej dawnej ojczyzny, a ludzie próbujący przyspieszyć ten proces popełniają ciężki grzech. Innymi słowy, był zagorzałym antysyjonistą, zaskakująco skutecznie wpływającym na opinię międzynarodową. Dla Icchaka Ben Cwiego, w owych czasach czołowego działacza Hagany, Haan stanowił zagrożenie. Dlatego nakazał jego zabicie.
30 czerwca 1924 roku, zaledwie dzień przed podróżą Haana do Londynu, gdzie miał poprosić brytyjski rząd o ponowne rozważenie obietnicy utworzenia państwa żydowskiego w Palestynie, dwaj zamachowcy strzelili do niego trzy razy, kiedy wychodził z synagogi przy Rehow Jafo (ulicy) w Jerozolimie17.
Ben Gurion patrzył nieprzychylnym okiem na podobne akcje18. Rozumiał, że aby zyskać choćby częściowe poparcie Brytyjczyków dla celów syjonistów, musi zdyscyplinować i ucywilizować konspiracyjną milicję, którą miał pod swoim dowództwem. Dlatego po zamordowaniu Haana brawurowi samotni skrytobójcy przeistoczyli się w członków zorganizowanych i zhierarchizowanych sił zbrojnych. Ben Gurion rozkazał zaprzestać zamachów. "Jeśli chodzi o terror indywidualny, to Ben Gurion konsekwentnie i stale był przeciwko niemu" - wspominał później dowódca Hagany Israel Galili i przywoływał wiele przypadków, gdy jego przełożony nie godził się na likwidację wysoko postawionych Arabów, w tym palestyńskiego przywódcy Al-Hadżdża Muhammada Amina al-Husajniego i innych członków Wysokiego Komitetu Arabskiego, a także brytyjskich urzędników, takich jak wysokiej rangi pracownik Brytyjskiego Mandatu Palestyny, który blokował żydowskie projekty osiedleńcze.
Nie wszyscy ulegali Ben Gurionowi. Abraham Tehomi, człowiek, który zabił de Haana, pogardzał jego wyważoną taktyką wobec Brytyjczyków i Arabów i wraz z kilkoma innymi ważnymi postaciami ruchu opuścił Haganę, by w 1931 roku założyć Irgun Cwai Leumi, Narodową Organizację Zbrojną, której hebrajski skrót to Ecel. Tą radykalną prawicową grupą dowodził w latach czterdziestych XX wieku Menachem Begin, który w 1977 roku zostanie premierem Izraela. W Irgunie również dochodziło do podziałów, zarówno na tle sporów osobistych, jak i ideologicznych. Przeciwnicy poglądu Begina, że należy współdziałać z Brytyjczykami w ich wojnie z nazistami, odłączyli się od organizacji i założyli Lechi. Dla tych ludzi wszelka kooperacja z Brytyjczykami była niedopuszczalna.
Te dwie dysydenckie grupy popierały, w różnym stopniu, zamachy na arabskich i brytyjskich wrogów, a także Żydów, których uznano za niebezpiecznych dla sprawy19. Ben Gurion pozostał na stanowisku, że selektywnej eliminacji nie można stosować jako broni, i nawet podjął stanowcze kroki przeciwko tym, którzy łamali jego rozkazy20.
Jednak wraz z końcem drugiej wojny światowej zmieniło się wszystko, nawet poglądy niewzruszonego Ben Guriona.
Podczas drugiej wojny około trzydziestu ośmiu tysięcy Żydów z Palestyny zgłosiło się do służby w brytyjskiej armii w Europie. Brytyjczycy sformowali Brygadę Żydowską, aczkolwiek z pewną niechęcią i dopiero po naciskach cywilnego kierownictwa Jiszuwu.
Nie wiedząc do końca, co począć z tą jednostką, najpierw wysłali ją na przeszkolenie do Egiptu. To tam, w połowie roku 1944, żołnierze po raz pierwszy usłyszeli o nazistowskiej operacji wymordowania wszystkich Żydów. Kiedy w końcu wysłano ich do Europy, by walczyli we Włoszech i w Austrii, na własne oczy przekonali się o bestialstwach Holokaustu i znaleźli się wśród tych, którzy jako pierwsi wysyłali szczegółowe raporty na ten temat do Ben Guriona i innych przywódców Jiszuwu.
Jednym z tych żołnierzy był Mordechaj Gichon, który później zostanie współzałożycielem izraelskiego wywiadu wojskowego. Ojcem urodzonego w 1922 roku w Berlinie Gichona był rosyjski Żyd i syjonista, a jego matka wywodziła się ze słynnej niemiecko-żydowskiej rodziny i była spokrewniona z rabinem Leo Baeckiem, będącym jednym z przywódców judaizmu reformowanego (zwanego również postępowym). Rodzina Gichona przeniosła się do Palestyny w 1933 roku, po tym, jak Mordechajowi nakazano w niemieckiej szkole oddać nazistowski salut i zaśpiewać partyjny hymn.
Wrócił jako żołnierz do zrujnowanej Europy. Jego naród prawie nie istniał, z domostw pozostały tylko tlące się zgliszcza.
"Żydzi byli poniżani, tratowani, mordowani - zauważył w rozmowie ze mną. - Wreszcie nadszedł czas, żeby się odpłacić, zemścić. W moich marzeniach zemsta przybrała formę aresztowania przeze mnie mojego przyjaciela z Niemiec, Detlefa, syna majora policji. W taki właśnie sposób Żydzi mieli odzyskać godność"21.
To właśnie poczucie utraconej godności i poniżenie, w takim samym stopniu jak wściekłość na nazistów, kierowały ludźmi takimi jak Gichon. Po raz pierwszy spotkał żydowskich uciekinierów na granicy austriacko-włoskiej. Członkowie brygady nakarmili ich, dali im własne mundury, żeby ochronić ich przed zimnem, i spróbowali wyciągnąć z nich szczegóły okropności, jakich doznali22. Pamięta spotkanie z czerwca 1945 roku, kiedy przyszła do niego pewna uciekinierka.
"Oderwała się od grupy i zagadała do mnie po niemiecku - wspominał. - Powiedziała: "Wy, żołnierze brygady, jesteście synami Szymona bar Kochby [wielkiego bohatera drugiej wojny żydowsko-rzymskiej z lat 132-135]. Na zawsze zapamiętam wasze emblematy i to, co dla nas zrobiliście"".
Gichonowi pochlebiło porównanie do Szymona bar Kochby, ale jej pochwały i wdzięczność napełniły go wstydem i współczuciem. Jeśli oni byli synami bar Kochby, kim byli Żydzi, którzy godzili się iść na rzeź? Ci izraelscy chłopcy - wyprostowani, twardzi i silni - postrzegali ocalonych jako ofiary, którym trzeba pomóc, lecz również jako część europejskiego żydostwa, które pozwoliło na dokonanie masakry. Uosabiali stereotyp tchórzliwych, słabych Żydów z diaspory - po hebrajsku galut - którzy nastawili się na kapitulację, a nie na walkę, nie umieli strzelać ani dzierżyć broni. To właśnie ten obraz, w jego najbardziej ekstremalnej wersji, "muzułmana" (w slangu obozowym to słowo oznaczało wychudzonego, przypominającego szkielet, bliskiego śmierci więźnia), nowi Żydzi z Jiszuwu odrzucali.
"Trudno mi było pojąć, zresztą do dzisiaj nie mogę tego zrozumieć, jak to możliwe, że w obozie przebywały dziesiątki tysięcy Żydów, których pilnowało zaledwie kilku niemieckich strażników, a oni nie stanęli do walki, byli jak owce prowadzone na rzeź - stwierdził Gichon ponad sześćdziesiąt lat później. - Dlaczego nie rozszarpali [Niemców] na kawałki? Zawsze powtarzam, że na Ziemi Izraela nie doszłoby do czegoś takiego. Gdyby te społeczności miały przywódców wartych tego miana, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej".
Po wojnie syjoniści z Jiszuwu mieli udowodnić zarówno światu, jak i - co o wiele istotniejsze - sobie, że Żydzi nigdy więcej nie poddadzą się bez walki. I że nie sprzedadzą tanio żydowskiej krwi. Te sześć milionów zostanie pomszczonych.
"Uważaliśmy, że nie wolno nam spocząć, póki nie wyrównamy rachunków. Krew za krew, śmierć za śmierć" - powiedział mi Chanoch Bartow, ceniony izraelski pisarz, który zaciągnął się do brygady miesiąc przed swoimi siedemnastymi urodzinami23.
Zemsta (i odpłacenie złem za zło) mogłaby jednak pogwałcić prawo wojenne i okazać się katastrofalna dla sprawy syjonistycznej. Jak zawsze praktyczny, Ben Gurion stwierdził publicznie: "Zemsta nie ma dla naszego narodu większej wartości. I tak nic nie wróci życia pomordowanym milionom"24.
Mimo to przywódcy Hagany w prywatnych rozmowach przyznawali, że rozumieją chęć wymierzenia kary, zarówno po to, by zadowolić oddziały narażone na okropieństwa wojny, jak i dla sprawiedliwości dziejowej i powstrzymania dalszych prób mordowania Żydów. Dlatego dopuszczali kroki odwetowe na nazistach i ich sojusznikach25. Natychmiast po wojnie w obrębie brygady powstała tajna jednostka, zatwierdzona i kontrolowana przez najwyższe dowództwo Hagany, której istnienie utrzymywano w tajemnicy przed brytyjskimi dowódcami. Nosiła nazwę Gmul, co po hebrajsku znaczy "odpłata". Jej misją była "zemsta, ale nie bandycka zemsta", jak to ujęto w tajnej notatce. "Zemsta na esesmanach, którzy brali udział w rzezi"26.
"Szukaliśmy grubych ryb - przyznał Mordechaj Gichon, łamiąc zmowę milczenia dowódców Gmulu trwającą ponad sześćdziesiąt lat. - Ważnych nazistów, którym udało się zrzucić mundury i wrócić do domów"27.
Członkowie Gmulu pracowali pod przykrywką nawet wtedy, gdy wykonywali swoje normalne obowiązki żołnierskie. Gichon podczas ścigania nazistów posługiwał się dwiema fałszywymi tożsamościami - niemieckiego cywila i brytyjskiego majora. Podczas wypraw w przebraniu Niemca odzyskał archiwa gestapo w Tarvisio, Villachu i Klagenfurcie, pod które uciekający hitlerowcy podłożyli ogień (na szczęście tylko niewielka część materiałów spłonęła). Udając brytyjskiego majora, uzyskał mnóstwo nazwisk od jugosłowiańskich komunistów, którzy sami obawiali się przeprowadzania ataków odwetowych. Pomogli mu również Żydzi pracujący w amerykańskim wywiadzie - przekazali informacje o zbiegłych nazistach, które, ich zdaniem, palestyńscy Żydzi mogli wykorzystać lepiej niż amerykańskie wojsko.
Całkiem niezłe wyniki przynosiło również stosowanie środków przymusu28. W czerwcu 1945 roku agenci Gmulu znaleźli urodzoną w Polsce niemiecką parę, która mieszkała w Tarvisio. Żona była zamieszana w przekazywanie zrabowanych żydowskich dóbr z Austrii i Włoch do Niemiec. Pomagał jej mąż dowodzący podczas wojny miejscową jednostką gestapo. Żydowscy żołnierze z Palestyny dali im prosty wybór: współpraca albo śmierć29.
"Goj pękł i zgodził się na współpracę - wspominał Izrael Karmi, który przesłuchiwał oboje, a później, po powstaniu Izraela, został dowódcą żandarmerii wojskowej. - Poleciłem mu sporządzenie listy wszystkich znanych mu wyższych rangą urzędników, którzy współpracowali z gestapo i SS. Nazwiska, daty urodzenia, wykształcenie i stanowisko"30.
Okazało się to ogromnym przełomem, uzyskano dziesiątki nazwisk. Żołnierze Gmulu poszukiwali wszystkich nazistów z listy - niektórych odnajdywali w miejscowym szpitalu, gdzie leczyli się pod fałszywymi nazwiskami - a potem zmuszali ich do udzielania dalszych informacji. Wszystkim Niemcom wmawiali, że jeśli pójdą na współpracę, nic im się nie stanie, więc większość się na nią godziła. Potem, kiedy już nie byli potrzebni, członkowie Gmulu zabijali ich i pozbywali się ciał. Nie było sensu pozostawiać ich przy życiu, aby Brytyjczycy nie wpadli na ślad działań tajnej jednostki.
Kiedy członkowie jednostki już zweryfikowali jakieś nazwisko, następował drugi etap: zlokalizowanie celu i zgromadzenie informacji na potrzeby ostatecznej misji: egzekucji. Tego zadania często podejmował się Gichon, który przyszedł na świat w Niemczech.
"Żaden z nich mnie nie podejrzewał - powiedział w rozmowie ze mną. - Mój akcent wskazywał na berlińskie korzenie. Mogłem pójść do sklepu na rogu, do baru albo nawet zwyczajnie zapukać do drzwi, by przekazać pozdrowienia od kogoś. W większości przypadków ci ludzie w jakiś sposób reagowali [na swoje prawdziwe nazwiska] albo nagle milkli, co również stanowiło swego rodzaju potwierdzenie"31.
Kiedy już nastąpiła pozytywna identyfikacja, Gichon śledził Niemców i sporządzał dokładne plany ich domów albo innych miejsc, z których zamierzał ich uprowadzić.
Egzekutorzy pracowali w grupach liczących maksymalnie pięć osób32. Zwykle mieli na sobie brytyjskie mundury i mówili poszukiwanym, żeby udali się z nimi na przesłuchanie w jakiejś sprawie. Większość Niemców nie protestowała. Szalom Giladi, jeden z żołnierzy jednostki, zauważył, że naziści czasami byli zabijani natychmiast, a niekiedy przewożeni w ustronne miejsce: "Z czasem wypracowaliśmy ciche, szybkie i skuteczne metody załatwiania esesmanów, którzy dostali się w nasze ręce" - wspominał.
Każdy, kto kiedykolwiek wchodził na pakę furgonetki, wie, że trzeba postawić stopę na tylnym stopniu, podciągnąć się, pochylić pod brezentem, odepchnąć się i wskoczyć do środka. Następnie człowiek staje niepewnie, próbując odzyskać równowagę.
W chwili gdy Niemiec pojawiał się w wozie, nasz człowiek przypadał do niego, otaczał ramieniem jego szyję, a potem, trzymając go w uścisku i dusząc, opadał do tyłu na materac, który pochłaniał każdy dźwięk. Upadając, zwykle skręcał Niemcowi kark.
Pewnego dnia z angielskiego obozu niedaleko naszej bazy uciekła esesmanka. Kiedy Brytyjczycy to odkryli, rozesłali jej więzienne zdjęcia - en face i z profilu - do wszystkich posterunków wojskowych. Przeszukaliśmy obóz dla uciekinierów i odnaleźliśmy ją. Kiedy zwróciliśmy się do niej po niemiecku, chciała nas nabrać, twierdząc, że zna tylko węgierski. Nie stanowiło to dla nas problemu. Wysłaliśmy do niej węgierskie dziecko. Podeszło do niej i powiedziało: "Do Palestyny ma płynąć statek z nielegalnymi imigrantami z Węgier. Spakuj się po cichu i płyń z nami". Połknęła haczyk i poszła z nami do ciężarówki. Podczas tej akcji siedziałem z Zaro [Meir Zorea, późniejszy generał] z tyłu, a Karmi prowadził. Karmi powiedział nam: "Kiedy dojedziemy na pustkowie, zatrąbię. To będzie znak, żeby się jej pozbyć".
I tak właśnie się stało. Jej ostatnim krzykiem było niemieckie: Was ist los? (Co się dzieje?). Dla pewności, że zginie, Karmi ją zastrzelił, a potem upozorowaliśmy gwałt.
W większości przypadków dowoziliśmy hitlerowców do fortyfikacji w górach. Były tam opuszczone jaskinie. Większość Niemców przed egzekucją traciła całą swoją butę, kiedy słyszeli, że jesteśmy Żydami. "Zlitujcie się, mam żonę i dzieci!" - krzyczeli. Ciekawe, ile podobnych okrzyków słyszeli w obozach koncentracyjnych z ust żydowskich ofiar33.
Operacja trwała zaledwie trzy miesiące, od maja do lipca34. W tym czasie członkowie Gmulu zabili od stu do dwustu osób. Niektórzy historycy badający tę akcję utrzymują, że metody służące ustalaniu tożsamości ofiar były niewystarczające i życie straciło wielu niewinnych ludzi35. Dowodzą, że oddziały Gmulu często wykorzystywano jako narzędzie osobistej zemsty; w innych przypadkach po prostu dokonywano błędnych identyfikacji.
Akcje Gmulu przerwano, gdy Brytyjczycy, którzy otrzymywali od niemieckich rodzin zgłoszenia o zaginięciach, zrozumieli, co się dzieje36. Postanowili nie wszczynać śledztwa, tylko przenieść żydowską brygadę do Belgii i Holandii, z dala od Niemców. Równocześnie dowództwo Hagany wydało stanowczy rozkaz zaprzestania operacji odwetowych. Nowym celem brygady (według Hagany, nie Brytyjczyków) miały być opieka nad ocalonymi z Holokaustu, pomoc w organizowaniu imigracji uciekinierów do Palestyny (mimo protestów Brytyjczyków) i zawłaszczanie broni dla Jiszuwu.
Mimo wszystko przywódcy Hagany nie zrezygnowali tak do końca z akcji odwetowych. Uznali, że operacje, które zostały wstrzymane w Europie, będą kontynuowane w Palestynie.
Na początku wojny Brytyjczycy wydalili stamtąd członków niemieckiej sekty protestanckiej Tempelgesellschaft. Powodem były ich narodowość i nazistowskie sympatie. Wielu z nich włączyło się w działania wojenne i brało udział w prześladowaniach i eksterminacji Żydów. Po wojnie niektórzy wrócili do swoich dawnych domów w Saronie, dzielnicy w sercu Tel Awiwu, a także do innych miejsc.
Przywódcą sekty w Palestynie był Gotthilf Wagner, bogaty przemysłowiec, w czasie wojny wspomagający Wehrmacht i gestapo37. Ocalony z holokaustu Szalom Friedman, który podczas wojny udawał węgierskiego księdza, wspominał, że w 1944 roku spotkał Wagnera. "Przechwalał się, że dwukrotnie był w Auschwitz i Buchenwaldzie. Podczas jego pobytu w Auschwitz Niemcy mieli zebrać dużą grupę Żydów, tych najmłodszych, i oblać ich płynem łatwopalnym. Powiedział mi: "Spytałem ich, czy wierzą w piekło na ziemi, a kiedy ich podpalili, dodałem, że taki właśnie los czeka ich braci w Palestynie""38. Po wojnie Wagner próbował zapewnić organizacji powrót do Palestyny.
Rafi Eitan, syn żydowskich pionierów przybyłych z Rosji, miał wówczas siedemnaście lat.
"Oto triumfujący Niemcy, którzy byli członkami partii nazistowskiej i zaciągnęli się do Wehrmachtu i SS, chcieli powrócić do swoich domów, podczas gdy wszystkie żydowskie domy uległy zniszczeniu" - powiedział w rozmowie ze mną39.
Eitan należał do siedemnastoosobowego oddziału wydzielonego ze "specjalnej kompanii" Hagany i wysłanego do likwidacji Wagnera na rozkaz naczelnego dowództwa organizacji40. Szef Sztabu Generalnego Hagany Icchak Sade wiedział, że nie będzie to regularna operacja wojskowa, i wybrał dwóch ludzi, którzy mieli dokonać egzekucji41. Na zachętę opowiedział im o człowieku, którego zastrzelił w Rosji w odwecie za pogrom42.
22 marca 1946 roku, po zebraniu materiałów wywiadowczych, oddział zaczaił się na Wagnera w Tel Awiwie43. Zmusili go do zjechania na piaszczystą działkę przy ulicy Lewinskiego 123 i zastrzelili. Podziemna radiostacja Hagany, Kol Israel (Głos Izraela), ogłosiła nazajutrz: "Okryty niesławą nazista Gotthilf Wagner, lider niemieckiej społeczności w Palestynie, został stracony wczoraj przez członków hebrajskiego podziemia. Niech będzie wszystkim wiadomo, że stopa żadnego nazisty nie postanie na Ziemi Izraela".
Niedługo później bojownicy Hagany zabili dwóch innych członków sekty w Galilei i jeszcze dwóch w Hajfie, gdzie Tempelgesellschaft również miało swoje przyczółki.
"Przyniosło to natychmiastowy efekt - wspominał Eitan. - Członkowie Towarzystwa Tempel zniknęli z kraju, zostawiając cały dobytek, i nigdy więcej już się nie pojawili"44. Wkrótce Sarona, dzielnica Tel Awiwu, w której mieszkali, stała się siedzibą izraelskich sił wojskowych i służb specjalnych, a Eitan, który w wieku siedemnastu lat dokonał pierwszej egzekucji, pomagał w tworzeniu jednostki Mossadu do spraw selektywnej eliminacji.
Zabójstwa członków sekty nie były jedynie kontynuacją akcji odwetowych wymierzonych w nazistów w Europie, oznaczały również poważną zmianę strategii. Holokaust nauczył nowych Żydów z Palestyny, że zawsze będzie grozić im zagłada, że nie ma co liczyć na obronę ze strony innych, że jedynym sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa jest utworzenie niepodległego państwa. Ludzie żyjący w ciągłym poczuciu zagrożenia są gotowi podjąć wszelkie środki, nawet te najbardziej radykalne, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, i zastosują się do międzynarodowego prawa tylko w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle.
Ben Gurion i inni przywódcy Hagany uznali selektywną eliminację, działania partyzanckie i ataki terrorystyczne za dodatkowe narzędzia walki, wykraczające poza naciski polityczne i propagandę, które zawsze stosowali, żeby osiągnąć cel w postaci państwowości i jej zachowania. Środki, których jeszcze kilka lat wcześniej używały jedynie wyrzutki z Lechi i Irgunu, teraz zaczęły być postrzegane przez polityków głównego nurtu jako realne rozwiązania.
Początkowo jednostki Hagany zabijały Arabów odpowiedzialnych za śmierć żydowskich cywilów45. Potem głównodowodzący rozkazali utworzenie "specjalnej kompanii", która miała rozpocząć "operacje terroru osobistego", co stanowiło termin używany wówczas przez funkcjonariuszy brytyjskiego CID-u zwalczających żydowskie podziemie i działających przeciwko żydowskiej emigracji do Ziemi Izraela46. Rozkazano "wysadzanie ośrodków brytyjskiego wywiadu, które uniemożliwiały Żydom zdobywanie broni", i "podejmowanie akcji odwetowych, ilekroć brytyjskie sądy wojskowe będą skazywać członków Hagany na śmierć".
Ben Gurion przewidywał, że już niedługo w Palestynie powstanie państwo żydowskie i nowy naród z miejsca zostanie zmuszony do walki z Arabami w Palestynie oraz odpierania ataków armii sąsiednich państw arabskich. Dlatego dowództwo Hagany w tajemnicy zaczęło przygotowywać się do wojny i w ramach tych przygotowań zarządziło akcję o kryptonimie "Szpak" (hebr. Zarzir), której celem było zgładzenie przywódców arabskiej społeczności w Palestynie.
Podczas gdy Hagana dopiero rozważała śmielsze stosowanie selektywnej eliminacji, radykalne podziemie prowadziło już operacje tego typu na szeroką skalę, usiłując wypchnąć Brytyjczyków z Palestyny.
Icchak Szamir, wówczas dowódca Lechi, postanowił zlikwidować nie tylko najważniejsze postacie Mandatu Palestyny, zabijając funkcjonariuszy CID-u i podejmując kilka prób zlikwidowania komendanta policji w Jerozolimie Michaela Josepha McConnella oraz wysokiego komisarza brytyjskiej Palestyny sir Harolda MacMichaela - lecz także Anglików mieszkających w innych krajach, którzy stanowili zagrożenie dla jego politycznych celów47. Na przykład Waltera Edwarda Guinnessa, oficjalnie zwanego lordem Moyne, wiceministra-rezydenta w Kairze, który wówczas znajdował się pod brytyjskim zarządem48. Żydzi w Palestynie uważali Moyne'a za zagorzałego antysemitę, stale wykorzystującego swoją pozycję do osłabienia Jiszuwu przez znaczące zmniejszanie kwot imigracyjnych dla ocalonych z Holokaustu.
Dlatego Szamir zlecił zlikwidowanie Moyne'a49. Wysłał dwóch bojowników Lechi, Elijahu Hakima i Elijahu Bet-Zuriego, do Kairu. Czekali przy drzwiach domu lorda. Kiedy ten przyjechał (wraz z nim w samochodzie był jego sekretarz), Hakim i Bet-Zuri podbiegli do auta. Jeden z nich wyciągnął pistolet, wycelował w głowę Brytyjczyka i wystrzelił trzy razy. Moyne złapał się za szyję.
- Strzelają do nas! - krzyknął, po czym osunął się na siedzeniu. Jednak akcja okazała się straszną amatorszczyzną. Szamir zalecił młodym egzekutorom ucieczkę samochodem, ale oni wybrali powolne rowery. Egipska policja bez trudu ich zatrzymała i obydwaj zostali osądzeni, skazani i pół roku później powieszeni.
Zabójstwo to miało znaczący wpływ na postępowanie brytyjskich urzędników, chociaż nie taki, jakiego oczekiwał Szamir. W przyszłości przywódcy Izraela jeszcze nieraz się przekonają, że niezmiernie trudno jest przewidzieć, jak potoczy się historia po tym, gdy ktoś został zabity strzałem w głowę.
Bezbrzeżne zło Holokaustu, próba eksterminacji całego narodu, sprawiło, że na Zachodzie rosło poparcie dla sprawy syjonistycznej. Z pewnych źródeł wynika, że w pierwszym tygodniu listopada 1944 roku premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill zmusił swój gabinet do wsparcia wysiłków zmierzających do utworzenia państwa żydowskiego w Palestynie. Przekonał kilka wpływowych osób do pomocy przy tej inicjatywie - w tym lorda Moyne'a. Można zatem przypuszczać, że gdyby nie interwencja Lechi, Churchill zjawiłby się na konferencji w Jałcie z jasną, pozytywną wizją przyszłości państwa żydowskiego. Jednak po zabójstwie w Kairze określił napastników mianem "nowego gangu" i ogłosił, że jeszcze raz przemyśli swoje stanowisko50.
Tymczasem zamachy nie ustawały. 22 lipca 1946 roku członkowie Irgunu Menachema Begina podłożyli trzysta pięćdziesiąt kilogramów materiałów wybuchowych w południowym skrzydle hotelu King David w Jerozolimie, gdzie mieściły się siedziby administracji Brytyjskiego Mandatu Palestyny oraz wojska i wywiadu. Ostrzegawczy telefon z Irgunu prawdopodobnie potraktowano jako głupi dowcip i nie ewakuowano budynku. W wyniku potężnej eksplozji zginęło dziewięćdziesiąt jeden osób, a czterdzieści pięć zostało rannych.
Nie było to zabójstwo pogardzanego brytyjskiego urzędnika ani atak partyzancki na posterunek policji. Tym razem był to otwarty atak terrorystyczny, wymierzony w cywilów znajdujących się w budynku. Co gorsza, wśród ofiar nie brakowało Żydów.
Wybuch w King David Hotel stał się zarzewiem gorącej dyskusji w łonie Jiszuwu. Ben Gurion natychmiast potępił członków Irgunu i nazwał ich "wrogami narodu żydowskiego".
Nie powstrzymało to jednak ekstremistów.
Trzy miesiące później, 31 października, komórka Lechi, raz jeszcze działając na własną rękę, bez zgody i wiedzy Ben Guriona, podłożyła bombę w brytyjskiej ambasadzie w Rzymie51. Budynek uległ poważnym zniszczeniom, ponieważ jednak do akcji doszło w nocy, rany odnieśli tylko strażnik i dwóch włoskich przechodniów.
Niemal natychmiast po tym zdarzeniu Lechi wysłało paczki z ładunkami wybuchowymi do wszystkich członków rządu w Londynie52. Z jednej strony akcja okazała się spektakularną klęską (ani jedna przesyłka nie eksplodowała), z drugiej jednak stało się jasne, jakie są zamiary Lechi, a także jakimi dysponuje siłami. Z akt MI5, brytyjskiej służby bezpieczeństwa, wynika, że terroryzm syjonistyczny uważano w tamtych czasach za najpoważniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego kraju - groźniejsze nawet od działań Związku Radzieckiego. Komórki Irgunu w Wielkiej Brytanii znalazły się pod obserwacją, żeby, jak to określono w jednej z notatek służbowych MI5, "zbić psa w jego własnej budzie". Informatorzy brytyjskiego wywiadu ostrzegali przed falą ataków na "wybranych VIP-ów", wśród nich ministra spraw zagranicznych Ernesta Bevina, a nawet samego premiera Clementa Attlee53. W pochodzącym z 1947 roku raporcie brytyjski wysoki komisarz wymieniał liczbę ofiar z poprzednich dwóch lat: zginęło stu siedemdziesięciu sześciu pracowników Brytyjskiego Mandatu Palestyny i cywilów.
"Jedynie te akcje, te egzekucje zmusiły Brytyjczyków do odejścia - stwierdził Dawid Szomron dziesiątki lat po zastrzeleniu Toma Wilkina na ulicy Jerozolimy. - Gdyby [Abraham] Stern nie zapoczątkował wojny, państwo Izrael mogłoby nie powstać"54.
Nie wszyscy zgodziliby się z tym stwierdzeniem. Kurczące się imperium brytyjskie wycofywało się z większości kolonii, w tym z wielu krajów, w których nie dochodziło do zamachów terrorystycznych. Robiło to z powodów ekonomicznych i z racji żądań coraz silniejszych ruchów niepodległościowych. Przykładem mogą być Indie, gdzie ruch niepodległościowy rozwinął się mniej więcej w tym samym czasie. Niemniej Szomron i jemu podobni są przekonani, że to ich męstwo i stosowane przez nich drastyczne metody doprowadziły do odejścia Brytyjczyków.
To właśnie ludzie uczestniczący w tej krwawej podziemnej walce - partyzanci, skrytobójcy, terroryści - mieli odegrać kluczową rolę w procesie powstawania sił zbrojnych i służb specjalnych nowego izraelskiego państwa.
PROLOG
Meir Dagan, dyrektor Mossadu, legendarny szpieg i skrytobójca, wszedł do pokoju, podpierając się laską.
Używał jej, odkąd został ranny w wybuchu miny podłożonej przez palestyńskich terrorystów, z którymi, w latach siedemdziesiątych, walczył w Strefie Gazy jako członek sił specjalnych. Dagan, mający pewne pojęcie o sile mitów i symboli, nie dementował plotek, jakoby w lasce ukryto ostrze wysuwające się za naciśnięciem guzika.
Był niewysokim mężczyzną o tak ciemnej karnacji, że wszyscy się dziwili, gdy dowiadywali się, że pochodzi z Polski. Sprawiał wrażenie człowieka nieprzywiązującego przesadnej wagi do stroju. Akurat tego dnia miał na sobie prostą, rozpiętą pod szyją koszulę, lekkie czarne spodnie i czarne buty. Emanował pewnością siebie, miał niezaprzeczalną charyzmę i roztaczał aurę spokoju, chociaż czasami potrafił też wzbudzać strach.
Sala konferencyjna, do której wszedł Dagan tego popołudnia, 8 stycznia 2011 roku, mieściła się w Akademii Mossadu na północy Tel Awiwu. Po raz pierwszy w dziejach szef agencji wywiadowczej miał się spotkać z dziennikarzami w sercu jednego z najpilniej strzeżonych i najtajniejszych obiektów w Izraelu.
Dagan nie przepadał za mediami. "Doszedłem do wniosku, że to nienasycony potwór - zwierzył mi się później - więc nie ma sensu wchodzić z nim w bliższe relacje"1. Mimo to trzy dni przed spotkaniem ja i kilku innych korespondentów otrzymaliśmy poufne zaproszenia. Bardzo się zdziwiłem. Przez całą dekadę nie szczędziłem Mossadowi, a szczególnie Daganowi, słów krytyki, co niejednokrotnie doprowadzało go do szewskiej pasji2.
Pracownicy Mossadu zrobili wszystko, aby podtrzymywać atmosferę tajemniczości. Polecili nam zjawić się na parkingu Cinema City, kina niedaleko siedziby agencji, i zostawić w samochodach wszystko z wyjątkiem notesów i przyborów do pisania.
- Zostaniecie gruntownie przeszukani, chcemy wam oszczędzić nieprzyjemności - powiedzieli nam funkcjonariusze z eskorty, po czym zawieźli nas busem o przyciemnianych szybach do głównej siedziby agencji. Pokonaliśmy automatycznie otwierane bramki i minęliśmy elektroniczne znaki informujące wchodzących, co można wnieść, a co jest zabronione. Potem czekało nas skanowanie wykrywaczem metalu - czy aby na pewno nie wnosimy sprzętu audio-wideo. W końcu znaleźliśmy się w sali konferencyjnej, do której kilka minut później wszedł Dagan i zaczął się z nami po kolei witać. Kiedy dotarł do mnie, uścisnął mi rękę i powiedział z uśmiechem:
- Prawdziwy z ciebie bandyta.
A potem usiadł. Towarzyszyli mu rzecznik premiera Binjamina Netanjahu i szefowa cenzury wojskowej w stopniu generała brygady (Mossad podlega urzędowi rady ministrów i w świetle prawa informowanie o jakichkolwiek jego działaniach jest poddane cenzurze). Oboje ci urzędnicy myśleli, że Dagan zorganizował coś w rodzaju oficjalnego pożegnania z dziennikarzami, którzy opisywali jego kadencję, i nie powie niczego konkretnego i kontrowersyjnego.
Cóż, mylili się. W miarę jak dyrektor przemawiał, oczy rzecznika premiera robiły się coraz większe.
- Uraz krzyża ma pewne zalety - rozpoczął. - Dostaje się zaświadczenie lekarskie, że nie jest się pozbawionym kręgosłupa.
Bardzo szybko się zorientowaliśmy, że nie był to zwykły, nic nieznaczący żart, ponieważ Dagan przystąpił do gwałtownego ataku na premiera Izraela. Twierdził, że Binjamin Netanjahu zachowuje się nieodpowiedzialnie i z egoistycznych pobudek wiedzie kraj do katastrofy.
- To, że ktoś został wybrany, nie oznacza jeszcze, że jest inteligentny - zadrwił.
To był ostatni dzień jego urzędowania. Netanjahu pokazał mu drzwi, a Dagan, którego życiowym marzeniem było pozostanie na stanowisku szefa izraelskiego wywiadu do śmierci, nie zamierzał czekać z założonymi rękami. Ostry kryzys zaufania między nimi dotyczył dwóch spraw ściśle związanych z ulubionym orężem Meira Dagana: skrytobójstwami.
Osiem lat wcześniej Ariel Szaron mianował Dagana szefem Mossadu i polecił mu pokrzyżować plany nuklearne Iranu, które obaj postrzegali jako śmiertelne zagrożenie dla Izraela. Dagan wywiązywał się z tego zadania na wiele sposobów. Najtrudniejszym, lecz również, jego zdaniem, najskuteczniejszym, było zidentyfikowanie naukowców pracujących nad bronią jądrową, zlokalizowanie ich i eliminacja. Funkcjonariusze Mossadu wyznaczyli piętnaście osób i zlikwidowali sześć (głównie w drodze do pracy). Użyli do tego bomb z zapalnikami czasowymi, przymocowywanych do samochodów przez motocyklistę. W kolejnym zamachu zginęło siedemnastu członków irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej oraz generał Hassan Tehrani Moghaddam, szef programu rakietowego.
Chociaż te operacje i wiele innych przeprowadzonych przez Mossad (niektóre we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi) zakończyły się sukcesem, Netanjahu i minister obrony Ehud Barak uważali, że przydatność tego rodzaju akcji zmalała. Uznali, że nie są one wystarczająco skuteczne i tylko bombardowanie obiektów wojskowych w Iranie definitywnie zahamuje rozwój prac nad bronią jądrową.
Dagan ostro sprzeciwiał się temu pomysłowi. Przeczył on wszystkiemu, w co wierzył: że otwarte działania wojenne powinno się prowadzić dopiero wtedy, gdy ma się nóż na gardle, w sytuacjach, kiedy nie ma innego wyjścia. W innym wypadku powinno się stosować tajne operacje.
"Zamachy - twierdził - oddziałują na morale i mają skutek praktyczny. Nie sądzę, żeby wiele osób mogło zastąpić Napoleona, Roosevelta czy Churchilla. Z pewnością aspekt osobisty odgrywa tu znaczącą rolę. To prawda, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to istotna różnica, czy zastąpimy ich kimś z charakterem, czy osobą całkowicie bez wyrazu".
Co więcej, według Dagana zamachy "są o wiele bardziej moralne" niż wojna. Wystarczy wyeliminować kilka ważnych osób, żeby ta druga możliwość okazała się niepotrzebna, a tym samym ocalić życie wielu żołnierzy i cywilów po obu stronach. Atak na Iran doprowadziłby do konfliktu na wielką skalę na Bliskim Wschodzie, a być może nie przyniósłby nawet całkowitego zniszczenia irańskich obiektów wojskowych.
Wreszcie, uważał Dagan, wojna Izraela z Iranem byłaby podważeniem jego kariery. W podręcznikach historii będzie się dowodzić, że nie sprostał zadaniu, które wyznaczył mu Szaron: nie udało mu się zniszczyć nukleranych zapędów Iranu przez zastosowanie tajnych akcji, bez uciekania się do otwartych działań.
Sprzeciw Dagana i naciski ze strony dowódców wojskowych i wywiadu doprowadziły do tego, że ciągle odkładano atak. Dagan rozmawiał nawet na temat planów Izraela z dyrektorem CIA Leonem Panettą (premier twierdził, że uczynił to bez jego zgody); wkrótce potem prezydent Obama odradził Netanjahu bombardowanie.
Napięcie między Daganem a premierem sięgnęło zenitu w 2010 roku, w siódmym roku urzędowania tego pierwszego3. Dagan wysłał dwudziestu siedmiu funkcjonariuszy Mossadu do Dubaju, żeby pozbyli się ważnego bojownika Hamasu, palestyńskiej organizacji terrorystycznej. Zadanie wykonano: skrytobójcy dostali się do pokoju hotelowego ofiary, podali paraliżujący specyfik i zdołali uciec z kraju, zanim odkryto ciało. Jednak niedługo potem okazało się, że popełnili mnóstwo błędów - zapomnieli o kamerach telewizji przemysłowej; używali tych samych fałszywych paszportów, co ich koledzy, którzy przedtem przebywali w Dubaju, śledząc przyszłą ofiarę; wreszcie ich rozmowy telefoniczne bez problemu namierzyła miejscowa policja. Wkrótce widzowie na całym świecie mieli okazję obejrzeć materiały wideo ukazujące ich twarze i otrzymali kompletny zapis ich poczynań. Odkrycie, że za tą operacją stoi Mossad, sprowadziło na agencję poważne kłopoty, jak również głęboko zawstydziło Izrael, który po raz kolejny został przyłapany na tym, że funkcjonariusze jego tajnych służb posługują się fałszywymi paszportami zaprzyjaźnionych państw zachodnich.
- Mówiłeś mi, że nie będzie żadnych problemów. Ryzyko, że coś pójdzie nie tak, miało być równe zeru! - zdenerwował się Netanjahu, po czym rozkazał Daganowi zawiesić do odwołania wiele z zaplanowanych zamachów i innych operacji.
Konflikt między dyrektorem Mossadu a premierem przybrał na sile, kiedy ten drugi postanowił nie przedłużać kadencji Dagana (choć arcyszpieg przedstawił nieco odmienną wersję wydarzeń: "Po prostu miałem go dość i przeszedłem na emeryturę" - stwierdził).
Na spotkaniu w Akademii Mossadu i podczas późniejszych rozmów na potrzeby tej książki Dagan wyrażał zdecydowane przekonanie, że agencja pod jego kierownictwem mogłaby powstrzymać Irańczyków przed stworzeniem broni jądrowej dzięki zamachom i innym działaniom - na przykład przez współpracę ze Stanami Zjednoczonymi, dzięki której można by uniemożliwić Irańczykom import ważnych podzespołów, których nie potrafili sami wyprodukować.
"Jeśli Irańczycy będą mieli problem z zaopatrzeniem się w pewne części, poważnie zagrozi to ich projektowi. W samochodzie znajduje się średnio 25 tysięcy elementów. Wyobraźmy sobie, że ginie setka z nich. Bardzo trudno byłoby go uruchomić - stwierdził. - Z drugiej strony - dodał z uśmiechem, powracając do swojej idée fixe - czasami najlepiej po prostu zabić kierowcę".
Ze wszystkich sposobów obrony, jakie stosują państwa demokratyczne, żaden nie jest bardziej niebezpieczny i bardziej kontrowersyjny od "zabicia kierowcy" - czyli zamachu.
Niektórzy nazywają go eufemistycznie "likwidacją". Amerykański wywiad oficjalnie używa określenia "selektywna eliminacja". W praktyce terminy te oznaczają to samo: zabicie określonych osób, żeby osiągnąć określony cel - ocalić życie ludzi, które ofiara zamachu zamierzała zgładzić, zapobiec niebezpiecznym czynom, które zamierzała popełnić, a czasami usunąć jakiegoś przywódcę, aby zmienić bieg historii.
Stosowanie zabójstw przez aparat państwowy niesie ze sobą dwa niezmiernie trudne dylematy. Po pierwsze, czy są one naprawdę skuteczne? Czy wyeliminowanie jednostki lub kilku osób naprawdę zmieni losy świata? Po drugie, czy to moralne i w pełni legalne? Czy uzasadnione jest, aby rząd posuwał się do najpoważniejszego z przestępstw i z premedytacją pozbawiał życia, żeby chronić swoich obywateli?
Ta książka dotyczy głównie zamachów i selektywnych eliminacji przeprowadzanych przez Mossad (i inne organizacje związane z izraelskim rządem) zarówno w czasach pokoju, jak i w trakcie wojny. Na początku poświęcam również nieco miejsca działaniom podziemnych oddziałów z okresu przed wykształceniem się państwowości, organizacji, które stały się wojskiem i służbą wywiadowczą, gdy państwo już powstało.
Od końca drugiej wojny światowej Izrael przeprowadził więcej zamachów niż jakikolwiek kraj zachodni. Jego przywódcy niezliczoną ilość razy musieli decydować, jaki jest najlepszy sposób utrzymania bezpieczeństwa narodowego, i wielokrotnie wskazywali, że najodpowiedniejsze będą tego typu tajne operacje. Uważali, że rozwiązują one największe problemy kraju, a czasami wręcz zmieniają bieg historii. W wielu przypadkach izraelscy przywódcy uznawali nawet, że zabicie wyznaczonego przez nich człowieka jest moralne, i usprawiedliwiali narażanie na szwank życia niewinnych cywilów, którzy akurat znaleźli się na linii ognia. Ich zdaniem krzywdzenie postronnych osób jest złem koniecznym.
Liczby mówią same za siebie4. Do rozpoczęcia intifady Al-Aksa, we wrześniu 2000 roku, kiedy Izrael po raz pierwszy zaczął odpowiadać na samobójcze zamachy przy użyciu uzbrojonych dronów, państwo przeprowadziło około 500 aktów selektywnej eliminacji. W ich wyniku życie straciło co najmniej 1000 osób, zarówno cywilów, jak i bojowników. Podczas intifady Al-Aksa Izrael wykonał około 800 takich operacji, z których prawie wszystkie stanowiły część działań przeciwko Hamasowi w Strefie Gazy w 2008, 2012 i 2014 roku lub były operacjami na Bliskim Wschodzie przeciwko Palestyńczykom, Syryjczykom i Irańczykom5. Tymczasem podczas prezydentury George'a W. Busha Stany Zjednoczone zrealizowały czterdzieści osiem tego rodzaju operacji, a za rządów prezydenta Baracka Obamy - trzysta pięćdziesiąt trzy6.
Przekonanie Izraelczyków, że zamachy stanowią skuteczne narzędzie walki zbrojnej, nie wzięło się znikąd: wywodzi się z ruchu syjonistycznego, traumy holokaustu i przekonania zarówno przywódców Izraela, jak i szeregowych obywateli, że Żydzi znajdują się w nieustannym niebezpieczeństwie i że, podobnie jak w czasach Zagłady, nikt nie przyjdzie im z pomocą.
Z powodu niewielkich rozmiarów Izraela, prób zniszczenia go przez państwa arabskie nawet jeszcze przed jego oficjalnym powstaniem, stałego zagrożenia z ich strony i nieustannej groźby arabskiego terroryzmu państwo rozwinęło nad wyraz skuteczną armię i zapewne najlepszy wywiad świata. A ten z kolei stworzył najsilniejszą i najnowocześniejszą machinę selektywnych eliminacji w dziejach.
W książce ujawnię tajemnice tej machiny, owocu mariażu amatorskiej partyzantki i zapewniającego technologiczną przewagę wojska. Opowiem o agentach, przywódcach, metodach, naradach, sukcesach i porażkach, jak również o kosztach moralnych. Pokażę, w jaki sposób w Izraelu mogły powstać dwa odrębne systemy prawne - jeden dla zwyczajnych obywateli, a drugi dla pracowników wywiadu i Ministerstwa Obrony. Ten drugi, za cichym przyzwoleniem rządu, pozwalał na przeprowadzanie wysoce kontrowersyjnych zamachów bez kontroli parlamentu czy społeczeństwa, a to spowodowało śmierć wielu niewinnych ludzi.
Zarazem to właśnie zamachy przeprowadzane przez wywiad, który jest "po prostu czymś cudownym" (by zacytować byłego dyrektora NSA i CIA generała Michaela Haydena), przyniosły najlepsze rezultaty w walce z terroryzmem. Wielokrotnie to właśnie selektywna eliminacja uchroniła Izrael przed bardzo poważnymi kryzysami.
Mossad i inne izraelskie służby wywiadowcze pozbywały się osób, które uznano za bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, i jednocześnie wysyłały komunikat: "Jeśli jesteś wrogiem Izraela, znajdziemy cię i zabijemy, gdziekolwiek jesteś". Ta wiadomość z pewnością była słyszalna na całym świecie. Sporadyczne błędy tylko utwierdzały wszystkich w przekonaniu, że funkcjonariusze Mossadu są agresywni i bezlitośni - całkiem nieźle, jeśli uznamy cel odstraszający za równie ważny jak udaremnianie wrogich działań.
Likwidacji dokonywały nie tylko niewielkie tajne grupy. Im bardziej skomplikowane były operacje, tym więcej osób w nich uczestniczyło - czasami nawet setki, z czego większość nie przekroczyła dwudziestego piątego roku życia. Bywało, że ci młodzi ludzie udawali się ze swoimi dowódcami na spotkanie z premierem (jedynym uprawnionym do wydania pozwolenia na zamach), żeby wyjaśnić szczegóły operacji i uzyskać ostateczną zgodę. Do takich spotkań, na których większość uczestników opowiadających się za czyjąś śmiercią nie ma jeszcze nawet trzydziestki, prawdopodobnie dochodzi tylko w Izraelu. Niektórzy z niższych rangą funkcjonariuszy, którzy w nich uczestniczyli, z biegiem lat stali się przywódcami partyjnymi, a nawet premierami. Do jakiego stopnia tajne akcje, w których brali udział, odcisnęły się na ich psychice?
Stany Zjednoczone uznały za wzór do naśladowania stosowane przez Izrael techniki gromadzenia informacji wywiadowczych i przeprowadzania zamachów, a po ataku na World Trade Center i rozpoczęciu przez prezydenta Busha kampanii na rzecz selektywnych eliminacji wymierzonych w członków Al-Kaidy przeniosły niektóre z tych metod na własny grunt i zaczęły stosować w walce z terroryzmem. Wojskowe systemy kierowania, nowoczesne centra dowodzenia, zróżnicowane sposoby zbierania informacji i technologie związane z bezzałogowymi statkami powietrznymi i dronami - to, co obecnie służy Amerykanom i ich sojusznikom - w dużej mierze powstały w Izraelu.
Obecnie, kiedy Amerykanie na co dzień stosują tak wiele metod selektywnej eliminacji, należałoby nie tylko podziwiać imponujące zdolności operacyjne Izraelczyków, lecz także przyjrzeć się cenie, jaką zapłacili i ciągle płacą, za korzystanie z tych metod.
RONEN BERGMAN
Tel Awiw
4CAŁE NACZELNE DOWÓDZTWO ZA JEDNYM ZAMACHEM
Zamachy na Hafeza i Salaha wstrząsnęły egipskim wywiadem wojskowym i zmniejszyły liczbę ataków terrorystycznych w Izraelu. Z izraelskiego punktu widzenia był to sukces.
Jednak wkrótce potem niebo nad całym regionem zachmurzyło się z innego powodu.
26 lipca 1956 roku prezydent Egiptu Gamal Abdel Naser, płynąc na fali antykolonializmu, znacjonalizował Kanał Sueski, kluczowe połączenie między morzami Śródziemnym i Czerwonym. Rządy Francji i Wielkiej Brytanii, których obywatele byli głównymi udziałowcami w niezwykle dochodowej kompanii obsługującej drogę wodną, wpadły we wściekłość. Izrael pragnął odzyskać przeprawę przez kanał, ale równocześnie ujrzał w tym szansę na przekazanie Egiptowi jasnego komunikatu - a mianowicie, że Naser powinien w końcu zapłacić za wysyłanie bojowników do Strefy Gazy i że jego jednoznaczne pragnienie zniszczenia Izraela spotka się z miażdżącą reakcją.
Ta zbieżność interesów doprowadziła do zawarcia tajnego sojuszu między trzema państwami, w którym główną rolę odegrał energiczny młody dyrektor generalny Ministerstwa Obrony Izraela Szimon Peres. W myśl ambitnego planu wojennego Izrael miał najechać półwysep Synaj, dostarczając tym samym Francji i Wielkiej Brytanii pretekstu (był nim kryzys zagrażający Kanałowi Sueskiemu) do podobnego ataku. Francja obiecała zapewnić Izraelowi lotniczy parasol ochronny, by uniemożliwić ataki egipskim siłom powietrznym.
Niedługo przed godziną zero funkcjonariusze Amanu dowiedzieli się, że delegacja, w której skład wchodził głównodowodzący egipskich sił zbrojnych generał Abd al-Hakim Amir i wielu innych oficjeli, ma wylecieć samolotem z Kairu do Damaszku. Druga taka okazja mogła się nie zdarzyć. Jednym precyzyjnym uderzeniem Izrael mógł się pozbyć niemal całego dowództwa egipskiej armii.
Lotnictwo zaczęło prowadzić intensywne ćwiczenia w nocnym przechwytywaniu, trudnej operacji wykorzystującej wszelkie dostępne wówczas możliwości techniczne. Ben Gurion i Dajan uznali, że Izrael musi zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby ukryć swój udział w akcji, tak aby nic nie wskazywało na to, że samolot nie rozbił się z powodu usterki1.
Operacja otrzymała kryptonim "Tarnegol" (hebr. "kogut").
Egipcjanie mieli wrócić z Damaszku do Kairu w dwóch samolotach Ił-14. Aman przydzielił zadanie namierzenia powietrznego konwoju jednostce specjalizującej się w rozpoznaniu z kanałów łączności (SIGINT)2. Oddział (znany obecnie pod nazwą Jednostka 8200) odniósł już wiele znaczących sukcesów podczas pierwszej wojny izraelsko-arabskiej, a dzięki temu, że potem Aman zainwestował w jego rozwój, rozrósł się - i zdaniem niektórych stał się najważniejszy w Siłach Obronnych Izraela.
Inwestycja się opłaciła. Kilka dni przed wylotem delegacji z Kairu do Damaszku technikom z jednostki wywiadu z kanałów łączności udało się ustalić, z jakiej częstotliwości prawdopodobnie będą korzystać Egipcjanie podczas krótkiego lotu do stolicy Egiptu. Dwudziestu izraelskich radiooperatorów, wszyscy poniżej dwudziestego piątego roku życia, siedziało w napięciu w siedzibie w mieście Ramat ha-Szaron, na północ od Tel Awiwu, dyżurując na okrągło w oczekiwaniu, aż Egipcjanie opuszczą pas kołowania w Damaszku. Naczelne dowództwo wywierało silną presję na Jednostkę 8200, ponieważ na 29 października zaplanowano lądową inwazję na Synaj, a chaos z powodu utraty całego sztabu z pewnością wpłynąłby niekorzystnie na Egipcjan. Czas się kończył.
Dni mijały wolno, radiooperatorzy czekali cierpliwie na dźwięk w słuchawkach3. Nastał świt 28 października, dzień przed godziną zero, a Egipcjanie wciąż nie opuścili Syrii. W końcu, o drugiej po południu 28 października, nadszedł sygnał, którego Izraelczycy oczekiwali: piloci iłów-14 przygotowywali się do wylotu.
Do dramatycznej misji wyznaczono Mattiasa "Chatto" Birgera, dowódcę 119. Eskadry Sił Powietrznych Izraela i najlepszego pilota tamtych czasów. Około dwudziestej jednostka wywiadu łączności poinformowała lotnictwo wojskowe, że tylko jeden z dwóch egipskich iłów wzbił się w powietrze. Jednak liczono na to, że na jego pokładzie znajdują się wszyscy wyżsi rangą oficerowie. Operacja "Kogut" się rozpoczęła.
Chatto wsiadł do samolotu Gloster Meteor NF.Mk.13 i wystartował. Towarzyszył mu nawigator Eliasziw "Sziwi" Brosz. Noc była wyjątkowo ciemna, tak ciemna, że ledwie dostrzegali horyzont.
Chatto wzbił się na wysokość trzech tysięcy metrów i wyrównał lot. Radar wykrył zbliżający się samolot.
- Kontakt, kontakt, kontakt! - odezwał się Sziwi przez interkom. - Na drugiej, na naszej wysokości, pięć kilometrów przed nami, leci na trzecią. Teraz jest na czwartej! W prawo! Wolniej! Podchodzisz za szybko!
Na tle czarnego nieba Chatto ujrzał niewielkie pomarańczowe płomienie wydobywające się z rur wydechowych iła.
- Cel w zasięgu wzroku - poinformował kontrolę naziemną.
- Muszę mieć potwierdzenie, że to ten samolot - powiedział Dan Tolkowski, dowódca Sił Powietrznych, który dowodził kontrolą naziemną. - Takie ponad wszelką wątpliwość. Jasne?
Chatto obrócił się nieznacznie w lewo, aż ujrzał światło w oknach przedziału pasażerskiego samolotu. Okna kokpitu były większe od innych. Oto potwierdzenie, pomyślał. Tylko ił ma takie okna. Zauważył również ludzi w wojskowych mundurach krążących między siedzeniami.
- Identyfikacja potwierdzona! - zawołał.
- Wolno wam otworzyć ogień tylko w wypadku, gdy nie będziecie mieć wątpliwości - odpowiedział Tolkowski.
- Przyjąłem.
Z dwudziestoczteromilimetrowych działek wbudowanych w dziób samolotu wystrzeliły pociski. Chatto oślepiła niespodziewana jasność: ktoś z załogi naziemnej, próbując pomóc, załadował armatki pociskami smugowymi - jaskrawe błyski w niemal całkowitym mroku oślepiały.
Kiedy pilot odzyskał wzrok, zobaczył blask ognia na niebie.
- Dostał! - krzyknął do kontroli naziemnej. - Lewy silnik płonie i chyba doszło do zwarcia, bo zgasły światła.
Raz jeszcze nacisnął spust. Ił eksplodował - ognista kula wypluwająca kawałki żelastwa. Zaczął pikować w kierunku morza.
- Widzieliście, że się rozbił? - zapytał Tolkowski, kiedy Chatto wyprowadził samolot z korkociągu.
- Potwierdzam, rozbił się - odparł.
Chatto doleciał na resztkach paliwa na lotnisko i został powitany na pasie kołowania przez szefa Sztabu Generalnego Mosze Dajana i Tolkowskiego, który przekazał mu wiadomość, że prawdopodobnie Amir w ostatniej chwili postanowił lecieć drugim samolotem.
- Jeśli jest jeszcze czas - odrzekł Chatto - zatankujemy i polecimy ponownie.
3BIURO DO SPRAW SPOTKAŃ Z BOGIEM
Pierwsza wojna izraelsko-arabska, formalnie rzecz biorąc, zakończyła się wraz z zawieszeniem broni w 1949 roku. W rzeczywistości walki nigdy nie ustały. Na początku lat pięćdziesiątych XX wieku kraj był stale infiltrowany przez Arabów z tych części Palestyny, które po wojnie pozostały w rękach arabskich - mianowicie ze Strefy Gazy, zarządzanej przez Egipt, i z Zachodniego Brzegu, który zaanektowała Jordania. Siły Obronne Izraela oceniały, że w samym tylko 1952 roku na terytorium Izraela przybyło około szesnastu tysięcy przybyszów (jedenaście tysięcy z Jordanii, reszta z Egiptu). Niektórzy byli uciekinierami z czasów wojny o niepodległość i próbowali wrócić do swoich wiosek, by uratować resztki dobytku1. Jednak wielu z nich stanowili bojownicy, których celem pozostawało zabijanie Żydów i sianie zamętu. Nazywali samych siebie fedainami - "tymi, którzy się poświęcają".
Egipcjanie, mimo podpisanego zawieszenia broni, szybko zrozumieli, że fedaini mogą toczyć walki w ich imieniu. Po odpowiednim przeszkoleniu i przy egipskim nadzorze ci palestyńscy bojownicy mogli przeprowadzać ataki w Izraelu, dając Egipcjanom możliwość wiarygodnego zaprzeczania, że nie mają z nimi nic wspólnego.
Misję zorganizowania fedainów powierzono młodemu kapitanowi egipskiego wywiadu wojskowego Mustafie Hafezowi2. Od połowy 1953 roku Hafez (wraz z Salahem Mustafą, egipskim attaché wojskowym w Ammanie, stolicy Jordanii) rozpoczął werbunek i szkolenie oddziałów partyzanckich, które miały być wysłane na południe Izraela. Te liczące w sumie sześciuset fedainów jednostki przez lata przedostawały się przez granicę z Gazy i niszczyły wszystko, co tylko mogły. Wysadzały wodociągi, podpalały pola, podkładały ładunki wybuchowe na torach kolejowych, zaminowywały drogi, mordowały farmerów na polach i uczniów jesziwy podczas nauki - w sumie przyniosło to około tysiąca ofiar cywilnych w latach 1951-19553. Siały tak wielki strach i panikę, że Izraelczycy mieszkający na południu kraju unikali nocą jazdy po głównych drogach.
Działalność tych jednostek uznano za wielki sukces. Izraelczycy nie mogli obarczyć bezpośrednią odpowiedzialnością Egiptu ani Jordanii. Odpowiedzieli powołaniem własnych oddziałów, czyniąc z Arabów informatorów, gromadząc materiały wywiadowcze na temat fedainów, a potem ich zabijając. Te zadania przypadały w udziale głównie zespołowi wywiadowczemu Sił Obronnych Izraela znanemu jako Jednostka 504.
Niektórzy z jej członków dorastali w arabskich rejonach Palestyny, dzięki czemu doskonale znali język i zwyczaje miejscowych. Jednostka podlegała Rehawii Wardiemu. Urodzony w Polsce Wardi przed powstaniem państwa izraelskiego służył w Haganie jako oficer wywiadu wyższego szczebla i słynął z ciętego dowcipu i prostolinijności. "Każdego Araba - twierdził - można zwerbować dzięki trzem "p": pochwałom, pieniądzom i pipkom"4. Czy to dzięki zastosowaniu tych trzech "p", czy z innych powodów, Wardi i jego ludzie zwerbowali jakichś czterystu-pięciuset agentów, którzy w latach 1948-1956 dostarczali bezcennych informacji. Zapewniali oni Jednostce 504 wiadomości o wielu zwierzchnikach fedainów. Kilku z nich zidentyfikowano i ustalono miejsce ich pobytu. W dziesięciu-piętnastu przypadkach Izraelczycy nakłonili arabskich agentów do podłożenia ładunków wybuchowych w pobliżu celów5.
To właśnie wtedy powołano Jednostkę 188. I to właśnie wtedy trzeba było skorzystać z usług Natana Rotberga.
"To była wielka, ale to naprawdę wielka tajemnica - powiedział mi Rotberg. - Nie mogliśmy wymieniać nazw jednostek. Nie mogliśmy mówić komukolwiek o tym, dokąd jedziemy, gdzie służymy ani - to się rozumiało samo przez się - czym się zajmujemy"6.
Rotberg, pogodny kibucnik o grubej szyi i sumiastych wąsach, należał do niewielkiej, liczącej zaledwie kilkaset osób grupy, która brała udział w powstawaniu swoistego triumwiratu złożonego z Amanu, Szin Betu i Mossadu. W 1951 roku został przydzielony do oddziału komandosów o nazwie Szajetet 13 (Flotylla 13). Kiedy izraelski wywiad w tajnej siedzibie na północy Tel Awiwu zaczął uczyć wysadzania różnych obiektów i konstruowania skomplikowanych ładunków wybuchowych, o prowadzenie kursu poproszono właśnie Rotberga, który zajmował się tymi kwestiami we Flotylli 13.
Miał dużą kadź, w której mieszał TNT, pentryt i inne chemikalia, tworząc śmiercionośne mikstury. Ale choć miały one zabijać, twierdził, że sporządzając je, nie kierował się nienawiścią. "Trzeba umieć wybaczać - powiedział w rozmowie ze mną. - Trzeba umieć wybaczać wrogowi. Jednak nie jesteśmy władni, aby przebaczać takim ludziom jak bin Laden. Tylko Bóg może to zrobić. Naszym zadaniem jest doprowadzenie do spotkania między nimi. W swoim laboratorium otworzyłem biuro pośrednictwa, które organizowało takie spotkania. Przeprowadziłem ich ponad trzydzieści".
Kiedy Rehawia Wardi i jego ludzie namierzyli cel, szli do Rotberga po bombę. "Początkowo używaliśmy koszy wiklinowych z podwójnym dnem - wspominał mój rozmówca. - Wykładałem dno kosza papierem nieprzemakalnym i wlewałem miksturę z kadzi. Potem to przykrywaliśmy wieczkiem i wypełnialiśmy kosz owocami i warzywami. Używaliśmy ołówków, w których umieszczaliśmy ampułki z kwasem. Przeżerał on wieczko, po czym docierał do detonatora, aktywował go i doprowadzał do wybuchu. Problem z kwasem polegał na tym, że w zależności od pogody czas, w jakim kwas przeżerał się [przez wieczko] był różny, co skutkowało tym, że nie mogliśmy określić dokładnej godziny eksplozji. Bomba w Strefie Gazy wybuchała kiedy indziej niż ta podłożona na Zachodnim Brzegu, gdzie z reguły jest chłodniej. Dlatego przerzuciliśmy się na mechanizmy zegarowe, które są o wiele precyzyjniejsze"7.
Jednak bomby Rotberga nie mogły rozwiązać problemu fedainów. Z kilku źródeł wynika, że w latach 1951-1953 wskutek wybuchów zginęło zaledwie siedem namierzonych osób, a oprócz tego sześciu przypadkowych cywilów.
Ataki nie słabły, budząc strach izraelskiej ludności cywilnej i upokarzając Siły Obronne Izraela. Wardi i jego ludzie, którzy doskonale sobie radzili z werbowaniem agentów, zdołali zgromadzić niewiele danych o tożsamości dowódców fedainów, a nawet kiedy jednostce udawało się któregoś zidentyfikować, wojsko nie mogło go znaleźć i zabić. "Mieliśmy swoje ograniczenia - tłumaczył Jigal Simon, wieloletni członek Jednostki 504 i jej późniejszy dowódca. - Nie zawsze udawało nam się zdobyć informacje, nie wszędzie mogliśmy wysyłać agentów, a Siły Obronne Izraela nas nie doceniały. Dowództwu zależało na tym, aby pokazać, że to właśnie wojsko - rękami Żydów - może wykonywać takie akcje"8.
Regularne jednostki Sił Obronnych Izraela usiłowały kilka razy dostać się do Strefy Gazy, Synaju i Jordanii, żeby przeprowadzić ataki odwetowe, lecz nigdy się to nie udało. W związku z tym premier Ben Gurion postanowił rozwinąć umiejętności, na których wojsku zbywało. Na tajnym posiedzeniu 11 czerwca 1953 roku rząd Izraela zgodził się z jego zaleceniem, żeby "upoważnić ministra obrony [którym był on sam] do zatwierdzania [...] akcji odwetowych wobec ataków i morderstw [będących dziełem] osób przyjeżdżających zza izraelsko-jordańskiej linii demarkacyjnej"9.
Ben Gurion skorzystał z tych uprawnień już wkrótce. 25 maja zostali zamordowani dwaj strażnicy w Ewen Sappir, osadzie nieopodal Jerozolimy. Rozkazał powołanie specjalnego pododdziału mającego zlikwidować palestyńskiego terrorystę numer jeden Mustafę Samwelego, który stał za śmiercią strażników.
Potrzebował jeszcze tylko odpowiedniego człowieka do pokierowania akcją.
Ariel Scheinerman - lepiej znany jako Ariel Szaron - latem 1953 roku był dwudziestopięcioletnim studentem, ale już zaprawionym w bojach. W młodości przewodził organizacji młodzieżowej, a męstwa dowiódł podczas pierwszej wojny izraelsko-arabskiej, gdy został poważnie ranny. Arik, jak go nazywano, był charyzmatycznym, a zarazem apodyktycznym młodym człowiekiem w znakomitej kondycji i nie wahał się ani chwili, kiedy Sztab Generalny Sił Obronnych Izraela zaproponował mu zlikwidowanie Samwelego.
"Mój ojciec momentalnie się zgodził - pisał w biografii Ariela jego syn Gilad. -Miał pewność, że z siedmioma albo ośmioma dobrymi ludźmi, przyjaciółmi, z którymi służył w wojsku podczas wojny i później, oraz z odpowiednim wyposażeniem zdoła to zrobić"10.
W nocy z 12 na 13 lipca Szaron z oddziałem złożonym z rezerwistów zdołał dostać się do wioski Samwelego na Zachodnim Brzegu i wysadzić w powietrze jego dom. Jednak informacje wywiadowcze okazały się nieprecyzyjne - Samweli nie nocował tam wówczas. Zamachowcy wdali się w strzelaninę i ledwo udało im się ujść z życiem.
Dowództwo uznało operację za sukces - w końcu członkowie oddziału bez trudu przeniknęli na terytorium wroga, a potem zdołali dokonać ataku i wrócić do bazy bez ofiar. Jednak Szaron był wyczerpany i całkowicie nieusatysfakcjonowany. Doszedł do wniosku, że podobne akcje powinni przeprowadzać zawodowcy, a nie przypadkowa zbieranina kumpli, których zabrał ze sobą tej nocy. Oświadczył przełożonym, że widzi konieczność powstania elitarnego oddziału komandosów. I tak 10 sierpnia rozpoczęła działalność Jednostka 10111.
"Jednostka została założona do prowadzenia operacji za granicą, niestandardowych misji, które wymagają specjalnego przeszkolenia i bezbłędnej realizacji" - czytamy w zasadach działania Jednostki 101 napisanych przez Szarona12.
Miał wolną rękę, jeśli chodzi o dobór ludzi (mógł korzystać z rezerwistów i z żołnierzy służby czynnej). Chciał, żeby przeszli wyczerpujące roczne szkolenie. Uczyli się stosowania materiałów wybuchowych, pokonywania dużych odległości, precyzyjnego strzelania podczas ucieczki i biegania po górzystym terenie. Wszystko to zarówno rozwijało ich umiejętności, jak i napawało ich dumą i pewnością siebie.
Młody dowódca zadbał o to, by jego ludzie byli lepiej wyekwipowani od żołnierzy służby czynnej. Zamiast przestarzałych czechosłowackich karabinów, standardowego wyposażenia w tamtych czasach, dostali pistolety maszynowe Carl Gustav; jako pierwsi testowali też nowe i wciąż tajne izraelskie pistolety maszynowe Uzi13.
Szaron poluźnił również przepisy dotyczące stroju i zachowania. W tajnej bazie w górach członkowie Jednostki 101 często pracowali w cywilnych strojach. Zewnętrzne oznaki wojskowego drylu miały dla niego marginalne znaczenie, o wiele ważniejsze było, aby jego ludzie uwierzyli, że są wyjątkowi, najlepsi. I żeby ufali swojemu dowódcy: podczas odpraw Szaron wykazywał się pedanterią i zdecydowaniem, a w trakcie akcji walczył na czele swojego batalionu, często na pozycji najbardziej narażonej na ataki, krzycząc, wzorem najznakomitszych dowódców Sił Obronnych Izraela: "Za mną!".
Szarona charakteryzowała bezgraniczna i niepohamowana determinacja; rozumiał, że jeśli będzie musiał czekać na dokładne materiały wywiadowcze Amanu, może nigdy nic nie zdziałać.
W tych okolicznościach on i Mosze Dajan, szef Sztabu Generalnego, zmienili strategię i wyrzekli się precyzji. Doszli do wniosku, że zamiast zabijać czołowych palestyńskich terrorystów, mogą się mścić za zabijanie Izraelczyków, atakując i zastraszając arabskie osady, z których terroryści wyruszali, aby robić krzywdę Żydom, jak również obozy wojskowe i posterunki policji.
"Nie możemy zapobiec zabijaniu robotników w sadach ani rodzin w łóżkach - stwierdził Dajan podczas prelekcji w 1955 roku - ale możemy drogo sprzedać swoją krew".
Spragniony działania Szaron opracowywał plany serii akcji odwetowych przeciwko arabskiemu wojsku i cywilom, a potem wywierał presję na swoich przełożonych, by je zatwierdzali. Mimo to otwarte pozostaje pytanie, ile z tych ataków było akcjami odwetowymi, a ile prowokacjami. Szaron lubił cytować słynne powiedzenie Dajana: "Nie wszczynamy bitew w czasach pokoju". Uzi Eilam, który służył w tych czasach jako oficer wywiadu, sugeruje, że nie była to żelazna zasada. "W wielu przypadkach na rozkaz Arika prowokowaliśmy wroga za granicą i rozpoczynaliśmy walkę. Gdyby przeanalizować wszystkie akcje odwetowe pod kątem tego, "kto zaczął", okazałoby się, że wcale nie jesteśmy kryształowo czyści"14.
Już wówczas minusy strategii Szarona były dla wszystkich oczywiste. Jesienią 1953 roku fedaini zamordowali młodą kobietę i jej dwoje dzieci w Jehudzie, miejscowości na południowy wschód od Tel Awiwu. Ta okrutna zbrodnia zszokowała opinię publiczną Izraela. Rząd poprzysiągł zemstę15. Przypuszczano, że arabscy bojownicy mieli swoje bazy w osadach na Zachodnim Brzegu, niedaleko granicy. To tam przygotowywali się do ataków. Jako cel operacji Szaron wytypował wioskę Kibja, która mogła (choć nie musiała) mieć związek z zabójstwami w Jehudzie.
15 października, przed świtem, Szaron poprowadził do Kibja stu trzydziestu żołnierzy z Jednostki 101 i innych oddziałów, wyposażonych w około siedmiuset kilogramów materiałów wybuchowych. W kilka godzin wioska została zniszczona. "Podczas operacji "Kibja" - zeznawał później jeden z ludzi Szarona - wysadziliśmy czterdzieści trzy domy. Żołnierze mieli małe latarki pozostawione przez armię brytyjską, które dawały niewiele światła. Wchodziliśmy do domu, zaczynaliśmy nimi świecić i krzyczeliśmy przez megafon: "Jeśli ktoś tu jest, wychodzić, bo zaraz to wszystko wysadzimy w powietrze!". Ludzie wstawali i wybiegali. Potem podkładaliśmy materiały wybuchowe i wysadzaliśmy dom. Po powrocie z akcji napisaliśmy w raporcie, że zabiliśmy jedenastu [Arabów]. Nie kłamaliśmy, po prostu nie mieliśmy pojęcia, ilu ich było"16.
W rzeczywistości liczba ofiar okazała się sześć razy wyższa17. Życie straciło co najmniej sześćdziesiąt dziewięć osób, w większości kobiety i dzieci. Cały świat, w tym społeczności żydowskie rozsiane po wielu krajach, był wstrząśnięty. Atak potępiły Rada Bezpieczeństwa ONZ, a także Department Stanu USA, który ogłosił, że zawiesza pomoc dla Izraela za pogwałcenie ustaleń rozejmu z 1949 roku.
Władze Izraela wyjaśniały, że za masakrę odpowiadają bandy izraelskich cywilów. "Wszystkie jednostki Sił Obronnych Izraela przebywały [tej nocy] w bazach" - powiedział publicznie Ben Gurion. Abba Eban, ambasador Izraela przy ONZ, powtórzył kłamstwo swojego premiera na sesji Rady Bezpieczeństwa.
Nieoficjalnie Ben Gurion okazał Szaronowi pełne wsparcie, ponieważ Jednostka 101 - mimo światowego oburzenia - wzmocniła morale w szeregach izraelskiej armii wyczerpanej ciągłymi działaniami obronnymi. Członkowie jednostki stanowili przykład oddania, odwagi, waleczności oraz wytrzymałości fizycznej i psychicznej, do których dążył każdy żołnierz. Jak później wspominał Szaron, Jednostka 101 "udowodniła w krótkim czasie, że nie ma misji, której by nie podołała", a te misje pomogły strzec granic Izraela18. To dość kontrowersyjny pogląd - istnieją poważne wątpliwości, czy operacje komandosów rzeczywiście zmniejszyły liczbę arabskich ataków i czy niektóre z nich w ogóle osiągnęły cel - jednak izraelscy żołnierze wierzyli, że to prawda.
I to wystarczyło. Na początku 1954 roku, zaledwie pięć miesięcy po utworzeniu Jednostki 101, Dajan połączył ją z Brygadą Spadochronową, z Szaronem jako dowódcą jednego z batalionów19. Dajan uważał, że Jednostka 101 stała się wzorem pod względem dyscypliny i wyszkolenia, a także oddania i umiejętności, i że Szaron mógłby powtórzyć swoje dokonania ze spadochroniarzami, a potem z resztą wojska.
W Brygadzie Spadochronowej Szaron działał nieco powściągliwiej, ponieważ już nie dowodził niezależną jednostką, ale również ze względu na zmiany na najwyższym szczeblu. Ben Gurion ustąpił z funkcji premiera i został zastąpiony przez ugodowego Mosze Szareta, który nie zgadzał się na ataki odwetowe.
Jednak ludzie Szarona wcale nie potrzebowali zgody premiera. Siostra jednego z najsłynniejszych żołnierzy Jednostki 101 Meira Har-Ziona została brutalnie zamordowana przez Beduinów podczas nielegalnego przekraczania jordańskiej granicy. Har-Zion i dwaj jego koledzy, przy moralnym wsparciu i z logistyczną pomocą Szarona, pojechali na miejsce zabójstwa i zabili w odwecie czterech beduińskich pasterzy. Szaret domagał się postawienia ich przed sądem wojskowym, jednak Dajan i Szaron, z pomocą Ben Guriona, uniemożliwili mu to.
W swoim dzienniku pod datą 11 stycznia 1955 roku Szaret zanotował: "Zastanawiam się nad naturą i losem tego narodu, zdolnego do przejawów tak wysublimowanej duchowej wrażliwości, tak głębokiej miłości do człowieka, tak szczerej tęsknoty za rzeczami pięknymi i wzniosłymi, podczas gdy równocześnie wydaje na świat młodych chłopców zdolnych do mordowania z zimną krwią, do dźgania nożami młodych, bezbronnych Beduinów. Który z tych dwóch duchów przewijających się przez karty Biblii zwycięży swego rywala?"20.
Tymczasem Mustafa Hafez wciąż żył. Kapitan egipskiego wywiadu i jego kolega z Jordanii Salah Mustafa dalej prowadzili oddziały palestyńskich bojowników, które szerzyły spustoszenie w Izraelu.
17 marca 1954 roku banda dwunastu arabskich terrorystów zaczaiła się na cywilny autobus jadący z Ejlatu do Tel Awiwu na Przełęczy Skorpiona, na krętej drodze w sercu pustyni Negew. Strzelając z bliska, zabili jedenastu pasażerów. Dziewięcioletni chłopiec, Chaim Furstenberg, ukrył się pod siedzeniem, po czym wstał, kiedy terroryści wyszli z autobusu, i zapytał: "Poszli już sobie?". Terroryści usłyszeli go, wrócili i strzelili mu w głowę. Przeżył, ale był sparaliżowany aż do śmierci trzydzieści dwa lata później. Arabowie okaleczyli ciała zabitych i napluli na nie. Później okazało się, że zamachu dokonali Palestyńczycy i Beduini, którzy przybyli z Jordanii i których wspomagał Salah Mustafa.
Szaret znalazł się pod silną presją, żeby odpowiedzieć, jednak nie zatwierdził akcji odwetowej. "Reakcja na tę rzeź osłabiłaby jej przerażający skutek i postawiłaby nas na równi z mordercemi po drugiej stronie barykady" - zapisał w swoim dzienniku.
Zamiast tego Jednostka 504 Amanu wysłała trzech beduińskich zamachowców, których zatrudniła jako agentów. Przedarli się do Jordanii uzbrojeni po zęby i z dwoma ładunkami wybuchowymi przygotowanymi przez Natana Rotberga. Odkryli, gdzie mieszka jeden z terrorystów (w wiosce w południowej Jordanii) i po uzgodnieniu, że nie będą wysadzać jego domu, zaczekali, aż będzie sam, a wtedy go zastrzelili. "Nasi agenci znaleźli wśród jego rzeczy dokumenty kierowcy autobusu. Przekazali je nam" - wspominał Jigal Simon, dawny członek Jednostki 504.
Operację uznano za sukces, lecz w ostatecznym rozrachunku nie miała większego znaczenia. Selektywne eliminacje nie zdołały zatrzymać ani nawet znacząco spowolnić ataków z zagranicy. Akcje odwetowe wywoływały światowy gniew, nie zapobiegając dalszym jatkom.
W połowie lat pięćdziesiątych XX wieku Hafez wygrywał21. Terroryści, których wyszkolił, przeprowadzali coraz więcej groźnych ataków na terytorium Izraela - zbierali informacje wywiadowcze, dokonywali aktów sabotażu, kradzieży i zabójstw Izraelczyków. Izrael z kolei, z braku odpowiedniej infrastruktury, rozwiniętej technologii, doświadczenia, know-how i licznych, dobrze wyszkolonych i wyekwipowanych kadr, mógł odpowiadać jedynie coraz bardziej chaotycznymi akcjami odwetowymi i bombardowaniem Strefy Gazy.
Nazwisko Hafeza pojawiało się często w raportach, które Jednostka 504 otrzymywała od informatorów z południa. Mimo że był ważną postacią, pozostawał w cieniu. "Nie udało nam się zdobyć jego zdjęcia - wspominał Jakow Nimrodi, dowódca południowej bazy jednostki. - Ale wiedzieliśmy, że jest to młody człowiek około trzydziestki, dość przystojny i niebywale charyzmatyczny. Nasi więźniowie i agenci wypowiadali się o nim z zachwytem i podziwem"22.
Hafez i Nimrodi (skądinąd również młody i charyzmatyczny) znajdowali się po przeciwnych stronach barykady. "Hafeza uważano za jedną z najinteligentniejszych postaci egipskiego wywiadu - powiedział mi Nimrodi. - Niewielu naszych agentów zdołało go przechytrzyć. Większość chwytał i likwidował albo czynił podwójnymi agentami i zwracał ich przeciwko nam. W tej wojnie tylko najlepszy mógł wygrać i przetrwać"23.
Chcąc przełamać niemoc sił wywiadowczych i znajdując się pod silną presją społeczeństwa, Szaret powołał Ben Guriona na stanowisko ministra obrony, a potem, w listopadzie 1955 roku, zrzekł się na jego rzecz teki premiera. Sam zadowolił się funkcją ministra spraw zagranicznych, z której zresztą później, pod naciskiem nowego premiera, również zrezygnował.
Powrót Ben Guriona zachęcił Aman do planowania ostrzejszych ataków na fedainów. Wysunięto pomysł zgładzenia Hafeza. "Był głową węża - powiedział Nimrodi - którą musieliśmy odciąć".
"Jednak było to trudne z trzech powodów - twierdził Awraham Dar, który wówczas, jako major Amanu, odpowiadał za gromadzenie materiałów o Hafezie. - Po pierwsze, musieliśmy zebrać wystarczająco dużo materiałów o nim i miejscach, które często odwiedza; po drugie, należało go dorwać i zabić; po trzecie, dochodził problem dyplomatyczny. Był wyższym oficerem w armii suwerennego państwa. Zabicie go mogło oznaczać przekroczenie granicy w relacjach z Egiptem i doprowadzić do ich pogorszenia".
Próby mediacji ze strony ONZ między Izraelem a Egiptem spełzły na niczym i ataki kierowane przez Hafeza nie ustawały przez cały 1955 i wiosnę 1956 roku.
29 kwietnia 1956 roku oddział palestyńskich partyzantów wyszkolonych przez Hafeza otworzył ogień do Izraelczyków pracujących na polach Nachal Oz, kibucu tuż przy południowej granicy. Roi Rotberg, młody porucznik rezerwy dowodzący ochroną kibucu, nadjechał na koniu, żeby ich odeprzeć. Palestyńczycy zabili go, wyłupili mu oczy i przeciągnęli jego ciało po polu, a potem za rów, przez który biegła granica, aby zasugerować, że Rotberg wtargnął na terytorium ich państwa.
Mosze Dajan przeżył śmierć Rotberga wyjątkowo ciężko. Poznał go zaledwie dzień wcześniej, gdy objeżdżał południowe miejscowości. Nazajutrz, 30 kwietnia, Dajan stał nad otwartym grobem porucznika i wygłaszał mowę pogrzebową, która stała się powszechnie znanym wyrazem izraelskiego militaryzmu24:
Roi został zamordowany wczoraj wczesnym rankiem. Spokój wiosennego poranka uśpił jego czujność i porucznik nie dostrzegł osób czekających na niego na skraju pola.
Nie czas, by winić morderców. Kimże jesteśmy, żeby występować przeciwko nim i kwestionować ich prawo do nienawiści? Przez osiem lat siedzieli w obozie dla uciekinierów w Gazie, a my na ich oczach przejmowaliśmy ich dziedzictwo: ziemię i wioski, w których żyli oni i ich przodkowie. [...]
Jesteśmy pokoleniem osadników i bez hełmów i armat nie będziemy w stanie posadzić drzewa ani wybudować domu. Nasze dzieci nie przeżyją, jeśli nie zbudujemy schronów, a bez ogrodzeń z drutu kolczastego i karabinów maszynowych nie uda nam się utwardzić dróg ani dokopać się do wody. Miliony Żydów zgładzonych, ponieważ nie mieli swojego kraju, spoglądają na nas z mroków żydowskiej historii i każą nam osiąść tutaj i stworzyć kraj dla naszych współbraci.
[...] Nie możemy zamykać oczu na nienawiść, która wypełnia życie setek tysięcy Arabów żyjących wokół nas, czekających na chwilę, gdy będą na tyle silni, aby przelać naszą krew. Nie możemy odwracać wzroku i pozwalać, by nasze ręce osłabły. Takie jest przeznaczenia naszego pokolenia25.
Innymi słowy, Dajan uważał, że żydowscy osadnicy powrócili do swojej starożytnej ojczyzny, ale z punktu widzenia Arabów są najeźdźcami. Dlatego też Arabowie - całkiem zasadnie z ich perspektywy - nienawidzili Żydów i dalsze istnienie tych ostatnich zależało przede wszystkim od ich zdolności obrony przed Arabami, którzy chcieli ich zabić. Cała reszta - rozwój, gospodarka, społeczeństwo i kultura - była podporządkowana konieczności obrony i przetrwania. Tak właśnie, zdaniem Dajana, wyglądało przeznaczenie Izraela, wynikające z tysiącleci żydowskiej kultury.
Jednym z żałobników był kuzyn Roia, Natan Rotberg, konstruktor bomb. Po pogrzebie przyrzekł swojemu wujowi, Szmariachu, że pomści jego syna26.
Dajan również zamierzał pomścić Roia, podobnie jak wszystkich innych Izraelczyków zabitych i terroryzowanych przez oddziały Hafeza. Tym razem nakłonił Ben Guriona nie tylko do zatwierdzenia akcji odwetowej, lecz także do tego, by pozwolił funkcjonariuszom wywiadu zabić Egipcjan przerzucających zamachowców do Izraela - pułkowników Hafeza i Salaha. Należało to uznać za znaczącą radykalizację działań.
Awraham Dar wydał rozkaz rozpoczęcia operacji o kryptonimie "Eunuch" (Saris). Z tego, co udało mi się ustalić, był to pierwszy pisemny rozkaz bojowy dotyczący selektywnej eliminacji w historii państwa Izrael.
"W świetle działalności egipskich fedainów w Strefie Gazy i Jordanii - napisał Dar - postanawia się uderzyć w organizatorów akcji: Mustafę Hafeza w Strefie Gazy i egipskiego attaché wojskowego w Jordanii. Cel: fizyczna likwidacja wyżej wymienionych osób przy użyciu bomb pułapek". Dar wspominał: "Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że [w przypadku Hafeza] bombę musi podłożyć ktoś, komu on ufa".
Znaleźli takiego człowieka w osobie Muhammada al-Talalki, młodego Beduina mieszkającego w Strefie Gazy i pracującego zarówno dla Hafeza, jak i Jednostki 504. Al-Talalka i Hafez nie mieli pojęcia, że Izraelczycy wiedzą, iż jest podwójnym agentem. Aman postanowił wykorzystać ten fakt i przekazać mu paczkę, której zawartość wyda mu się na tyle ważna, że natychmiast odda ją Hafezowi.
Tylko co by to mogło być? Na przykład zeszyt ze wszystkimi szyframi w alfabecie Morse'a używanymi przez Izraelczyków. Członkowie Jednostki 504 kazali al-Talalce zanieść go do innego izraelskiego agenta w Gazie.
Po raz kolejny skorzystano z usług Natana Rotberga. W ten sposób mógł pomścić swojego kuzyna.
"Zadok [Zadok Ofir, oficer południowej bazy Jednostki 504] wezwał mnie i opowiedział o planie - wspominał Rotberg ponad pięćdziesiąt lat później. - Zrozumiałem, o kogo chodzi, i nie posiadałem się z radości. Odparłem, że jeśli uda im się dostarczyć zeszyt Hafezowi, ja zajmę się resztą. [...] Wyciąłem środek zeszytu i umieściłem tam trzysta gramów swojego materiału. Czy to wystarczyło? Oczywiście. Detonator to dwadzieścia gramów - jeśli ładunek wybuchnie ci w ręce, stracisz wszystkie palce. Więc trzysta gramów, które wybuchnie prosto w twarz jakiejś osoby, z pewnością ją zabije. [...] Mechanizm składał się z metalowego ramienia z mocną sprężyną i kulki. Kiedy zeszyt był zamknięty, w opakowaniu przewiązanym wstążkami, ramię było unieruchomione. W chwili gdy ofiara rozwiązała wstążki i zdjęła papier, sprężyna została zwolniona, a ramię popchnęło kulkę, która przebiła detonator, i nastąpiło wielkie bum!"27.
Wszystko poszło jak z płatka. 11 lipca 1956 roku al-Talalka przekroczył granicę, udał się prosto do siedziby wywiadu wojskowego w Gazie i nie kryjąc podniecenia, wręczył paczkę Hafezowi. "Kiedy pułkownik Mustafa Hafez wyjmował książkę z paczki - powiedział później naoczny świadek podczas tajnego egipskiego śledztwa - na podłogę upadł kawałek papieru. Pułkownik schylił się, żeby go podnieść, i w tej chwili nastąpił wybuch". Hafez został śmiertelnie ranny. Niektórzy z obecnych zeznawali, że kiedy leżał na podłodze, krzyczał: "Dopadliście mnie, psy!"28.
Następnego dnia wieczorem Natan Rotberg złożył wizytę wujowi, ojcu Roia. Specjalnie z tej okazji włożył mundur galowy. "Powiedziałem mu: "Szmariachu, w twoim imieniu wyrównałem rachunki z Mustafą Hafezem" - wspominał. - Czy mu to pomogło? Nie jestem pewien. Ale na pewno pomogło mnie. Byłem szczęśliwy. Szmariachu milczał. W jego oczach pojawiły się łzy. Podziękował mi za tę wiadomość".
Egipcjanie czuli zbyt wielkie upokorzenie, aby publicznie przyznać, że ich ochrona zawiodła. Dzień po śmierci Hafeza w egipskiej gazecie "Al-Ahram" pojawiła się notatka: "Pułkownik Mustafa Hafez, stacjonujący w Strefie Gazy, zginął, gdy jego pojazd najechał na minę. [...] Był jednym z bohaterów wojny w Palestynie i walczył o jej wyzwolenie. Jego bohaterskie czyny złotymi zgłoskami zapisały się w historii, a nazwisko budziło strach w Izraelu".
W dniu śmierci Hafeza Salah Mustafa, egipski attaché wojskowy w Ammanie, otrzymał pocztą egzemplarz książki Achtung Panzer! Heinza Guderiana, niemieckiego bohatera wojennego i jednego z ojców koncepcji blitzkriegu. Awraham Dar, miłośnik historii wojskowości, wybrał akurat tę pozycję, ponieważ był pewny, że Salah uzna ją za cenny prezent. Dwóch mista'arwimów znalazło się we wschodniej Jerozolimie, która znajdowała się pod rządami Jordanii, i nadało stamtąd przesyłkę, dzięki czemu stempel pocztowy nie wzbudził podejrzeń. Salah, do którego nie dotarły jeszcze wieści o ataku na jego kolegę w Gazie, otworzył książkę, a ta wybuchła. Zmarł w szpitalu29.
Szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela Mosze Dajan docenił znaczenie tych dwóch akcji i urządził w swoim ogrodzie wystawne przyjęcie z okazji zabicia Hafeza i Salaha. Listę gości ułożył Awraham Dar.
INFORMACJE O ŹRÓDŁACH
Izraelski wywiad zazdrośnie strzeże swoich tajemnic. Niemal całkowity brak informacji wynika z licznych przepisów i procedur, surowej cenzury wojskowej, zastraszania, przesłuchań i oskarżeń dziennikarzy oraz ich informatorów, jak również z solidarności i lojalności pracowników agencji wywiadowczych.
Do dzisiaj nasza wiedza o tym świecie jest, w najlepszym razie, fragmentaryczna.
Jak wobec tego napisać książkę o jednej z najbardziej tajemniczych organizacji świata?
Próby nakłonienia urzędników Ministerstwa Obrony Izraela do współpracy okazały się daremne1. Na prośby kierowane do dowództwa wywiadu, aby zastosowało się do przepisów i przekazało historyczne dokumenty do archiwum państwowego, a także pozwoliło na upublicznienie materiałów, które mają pięćdziesiąt lat i więcej, nie otrzymałem odpowiedzi. Pozostało mi zwrócić się do Sądu Najwyższego, by ten wymógł przestrzeganie prawa2. Sprawa ciągnęła się przez lata i skończyła tym, że przyjęto poprawkę, na mocy której klauzulę tajności dokumentów wydłużono z pięćdziesięciu do siedemdziesięciu lat, co jest okresem dłuższym niż cała historia państwa Izrael.
Tymczasem wyżsi urzędnicy Ministerstwa Obrony nie siedzieli z założonymi rękami3. Jeszcze w 2010 roku, zanim podpisałem umowę na książkę, zorganizowali specjalne spotkanie jednostki Kejsaria (Cezarea) Mossadu, żeby wymyślić sposób na przerwanie moich badań. Napisali listy do wszystkich byłych pracowników agencji, w których ostrzegali przed udzielaniem mi jakichkolwiek informacji, a z byłymi funkcjonariuszami uznanymi za najbardziej niebezpiecznych przeprowadzili indywidualne rozmowy. W 2011 roku szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela generał broni Gabi Aszkenazi poprosił Szin Bet o podjęcie wobec mnie stanowczych kroków. Uznał, że dopuściłem się "aktu szpiegostwa", wchodząc w posiadanie tajnych informacji. A wszystko po to, żeby go "zdyskredytować". Od tej pory różne czynniki podejmowały liczne działania zmierzające do wstrzymania publikacji tej książki lub przynajmniej znacznych jej fragmentów.
Cenzura wojskowa nakłada na izraelskie media obowiązek dodawania formułki "według zagranicznych publikacji" za każdym razem, gdy wspominane są tajne akcje przypisywane wywiadowi Izraela, szczególnie akty tak zwanej selektywnej eliminacji. Tym samym Izrael nie potwierdza, że publikacja świadczy o jego odpowiedzialności. Tak więc również i ta książka musi być uznana za "zagraniczną publikację" - jej treści nie konsultowałem z żadnymi izraelskimi czynnikami oficjalnymi.
Ani jeden z tysiąca wywiadów, które przeprowadziłem na potrzeby tej pracy (a miałem najrozmaitszych informatorów, począwszy od polityków z pierwszych stron gazet, poprzez szefów agencji wywiadowczych, a na szeregowych funkcjonariuszach skończywszy), nie został zaakceptowany przez Ministerstwo Obrony4. Większość informatorów przedstawiałem z nazwiska. Inni, co zrozumiałe, bali się rozpoznania, dlatego podawałem tylko ich inicjały lub pseudonimy i unikałem szczegółów, które umożliwiłyby ustalenie ich tożsamości.
Wykorzystałem tysiące dokumentów przekazanych mi przez informatorów. Wszystkie publikuję po raz pierwszy. Dlatego też ta książka w sposób znaczący odbiega od oficjalnej historii izraelskiego wywiadu.
Moi informatorzy nigdy nie otrzymaliby zgody na wyniesienie tych materiałów ze swoich miejsc pracy, a tym bardziej nie dostaliby pozwolenia na przekazanie ich mnie.
Jak to się zatem stało, że wszyscy ci ludzie ze mną rozmawiali i zapewnili mi tyle dokumentów? Każdy z nich miał własne powody. Czasami były one niemal równie ciekawe jak same informacje. Naturalnie niektórzy politycy i pracownicy wywiadu (jedni i drudzy są wytrawnymi i podstępnymi manipulatorami) próbowali mnie wykorzystać, aby za moim pośrednictwem przedstawić swoją wersję wydarzeń albo dla własnych celów zafałszować historię. Starałem się udaremnić takie próby, konfrontując ich twierdzenia z jak największą liczbą relacji, zarówno spisanych, jak i ustnych.
Wydaje mi się jednak, że często stała za tym wszystkim motywacja, która ma wiele wspólnego z pewną szczególną cechą typową dla Izraelczyków: z jednej strony niemal wszystko, co w tym kraju wiąże się z wywiadem i bezpieczeństwem narodowym, jest zaklasyfikowane jako "ściśle tajne". Z drugiej - wszyscy chcą się chwalić swoimi dokonaniami. Czyny, których obywatele innych krajów by się wstydzili, dla Izraelczyków stanowią powód do dumy, ponieważ są przez nich postrzegane jako konieczne dla zachowania bezpieczeństwa narodowego, a zwłaszcza dla ochrony życia wszystkich mieszkańców czy wręcz samego istnienia tego wciąż oblężonego kraju.
Po jakimś czasie Mossadowi udało się udaremnić mi dostęp do części informatorów (w większości przypadków odbyło się to już po rozmowach z nimi). Niektórzy zmarli po spotkaniu ze mną, większość z przyczyn naturalnych. Dlatego relacje uczestników tych ważnych wydarzeń są w zasadzie jedynymi istniejącymi poza podziemiami tajnych archiwów Ministerstwa Obrony.
Czasami są to w ogóle jedyne istniejące relacje.
2NARODZINY TAJNEGO ŚWIATA
29 listopada 1947 roku Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przegłosowało podział Palestyny i utworzenie suwerennego państwa żydowskiego. Choć podział miał wejść w życie dopiero pół roku później, ataki Arabów zaczęły się już następnego dnia po przyjęciu rezolucji. Hasan Salama, dowódca palestyńskich wojsk na południu kraju, zasadził się wraz ze swoimi żołnierzami na dwa izraelskie autobusy niedaleko miasta Petach Tikwa. Zabili ośmioro pasażerów, a wielu innych ranili1. Dzień po tym ataku Salama stanął na głównym placu arabskiego portowego miasta Jafa.
- Palestyna spłynie krwią - obiecał swoim rodakom. Obietnicy dotrzymał: w ciągu następnych dwóch tygodni życie straciło czterdziestu ośmiu Żydów, a stu pięćdziesięciu pięciu zostało rannych2.
Salama, który stał na czele pięciuset partyzantów i przeprowadzał nawet bezpośrednie ataki na Tel Awiw, w świecie arabskim stał się bohaterem wychwalanym pod niebiosa przez prasę3. Egipskie pismo "Al-Musawar" w numerze z 12 stycznia 1948 roku opublikowało ogromną fotografię wojskowego odwiedzającego swoich podkomendnych. Towarzyszył jej nagłówek: BOHATERSKI HASAN SALAMA, DOWÓDCA POŁUDNIOWEGO FRONTU.
Ben Gurion był przygotowany na tego rodzaju ataki. Palestyńskich Arabów uważał za wrogów, a Brytyjczyków (którzy rządzili aż do formalnego podziału kraju w maju 1948 roku) - za ich wspólników. Żydzi mogli polegać tylko na sobie i swojej obronie. Większość oddziałów Hagany była kiepsko przeszkolona i niewystarczająco zaopatrzona, broń przechowywano w ukryciu, żeby uniknąć skonfiskowania jej przez Brytyjczyków. W skład tych oddziałów wchodzili mężczyźni i kobiety służący przedtem w brytyjskiej armii, wzmocnieni przez nowych imigrantów ocalonych z Holokaustu (niektórzy walczyli w Armii Czerwonej), ale połączone wojska państw arabskich zdecydowanie przewyższały je liczebnie. Ben Gurion zdawał sobie sprawę, że CIA i inne służby wywiadowcze są przekonane, iż Żydzi ugną się przed atakami Arabów. Nawet niektórzy z jego ludzi wątpili w zwycięstwo. Jednak on sam, przynajmniej oficjalnie, wyrażał przekonanie o wygranej Hagany.
Żeby w jakiś sposób zniwelować różnicę liczebną, dowódcy Hagany postanowili wybierać cele zapewniające maksymalną skuteczność. Zgodnie z tą koncepcją miesiąc po rozpoczęciu wojny główne dowództwo dało sygnał do rozpoczęcia operacji "Szpak" i wyznaczyło dwudziestu trzech przywódców palestyńskich Arabów, których należało wziąć na celownik4.
Misji, według słów szefa Sztabu Generalnego Hagany Ja'akowa Doriego, przyświecały trzy cele: "Likwidacja lub pojmanie przywódców arabskich partii politycznych; uderzenie w ośrodki władzy; atak na arabskie obiekty handlowe i przemysłowe".
Na samym szczycie listy znalazł się Hasan Salama. W 1936 roku Salama pomagał Al-Hadżdży Muhammadowi Aminowi al-Husajniemu, wielkiemu muftiemu Jerozolimy i przywódcy duchowemu palestyńskich Arabów w Wielkiej Rewolucji Arabskiej, podczas której arabscy partyzanci przez trzy lata atakowali zarówno Brytyjczyków, jak i Żydów.
Tak al-Husajni, jak i Salama uciekli, gdy Brytyjski Mandat Palestyny umieścił ich na liście najbardziej poszukiwanych przestępców. W 1942 roku połączyli siły z SS i Abwehrą, niemieckim wywiadem i kontrwywiadem wojskowym, przy operacji "Atlas". Był to niezwykle ambitny plan, zakładający zrzucenie na spadochronach na terytorium Palestyny niemieckich i arabskich komandosów, którzy mieli zatruć wodę w Tel Awiwie, żeby zabić jak najwięcej Żydów i pobudzić miejscowych Arabów do udziału w świętej wojnie z brytyjskimi okupantami5. Akcja spaliła na panewce, gdy Brytyjczycy, którzy złamali kod Enigmy, złapali Salamę i czterech innych komandosów zaraz po ich wylądowaniu w pustynnym wąwozie nieopodal Jerycha 6 października 1944 roku.
Po drugiej wojnie światowej Brytyjczycy uwolnili Salama i al-Husajniego. Pracownicy departamentu politycznego Agencji Żydowskiej, która nadzorowała większą część tajnych akcji Jiszuwu w Europie, w latach 1945-1948 kilkakrotnie odnajdywali i próbowali zabić tego drugiego6. Motywem po części była zemsta za przymierze muftiego z Hitlerem, ale również obrona przed atakami: mimo że al-Husajni przebywał na emigracji, to jednak wciąż aktywnie uczestniczył w przygotowywaniu zamachów na żydowskie osady w północnej Palestynie i na żydowskich przywódców. Z powodu braku odpowiednio wyszkolonej służby wywiadowczej żadna z prób jego likwidacji się nie powiodła.
Pościg za Salamą, pierwsza akcja Hagany z wykorzystaniem nowoczesnej techniki, rozpoczął się nader obiecująco7. Jednostka wchodząca w skład SHAI, działu wywiadu Hagany, i dowodzona przez Issera Harela, zaczęła podsłuchiwać linię telefoniczną łączącą Jafę z resztą kraju. Niedaleko szkoły rolniczej Mikwe Jisra'el Harel postawił szopę, którą zapełnił sekatorami i kosiarkami. Jednak pod podłogą ukrył urządzenia podsłuchowe podpięte pod linie telefoniczne Jafy. "Do końca życia nie zapomnę wyrazu twarzy znającego arabski agenta SHAI, który nałożył słuchawki na uszy i zaczął słuchać pierwszej rozmowy - pisał Harel w swoich wspomnieniach. - Otworzył usta ze zdziwienia i zaczął machać gwałtownie ręką, żeby uciszyć pozostałych, którzy w napięciu czekali [...]. Linie buzowały od rozmów, które przywódcy polityczni i dowódcy wojskowi prowadzili ze swoimi kolegami". Jednym z mówiących okazał się Salama. Funkcjonariusze SHAI dowiedzieli się, że wybiera się do Jafy. Dowództwo Hagany postanowiło zastawić na niego pułapkę, zagradzając drogę, którą miał jechać, zwalonym drzewem.
Jednak zasadzka nie wypaliła i wcale nie była to ostatnia porażka, jakiej doznali Żydzi. Salamie udawało się uchodzić z życiem z rozlicznych prób zamachu, aż w końcu padł w walce, a jego zabójca nie miał pojęcia, kto był jego ofiarą8. Niemal wszystkie pozostałe akcje selektywnej eliminacji przeprowadzone w ramach operacji "Szpak" nie udały się z powodu niedostatecznego rozpoznania wywiadowczego lub braku profesjonalizmu i nieporadności niedoświadczonych uczestników.
Jedyne akcje zakończone sukcesem przeprowadziły dwie elitarne jednostki Hagany. Obie wchodziły w skład Palmachu, sił specjalnych organizacji; tylko one mogły pochwalić się dobrze wyszkolonymi żołnierzami i przyzwoitym uzbrojeniem. Pierwszą z tych jednostek była Paljam ("kompania morska"), a drugą - Ha-Machlaka Ha-Arawit ("pluton arabski"), tajny oddział komandosów, którego członkowie działali przebrani za Arabów.
Zaraz po opuszczeniu kraju przez Brytyjczyków członkowie Paljamu mieli uderzyć na Hajfę, najważniejszy port morski Palestyny, aby przejąć jak najwięcej broni i ekwipunku, które Brytyjczycy zaczęli wywozić, a zarazem uniemożliwić to samo Arabom.
"Skoncentrowaliśmy się na arabskich nabywcach broni w Hajfie i na północy. Znajdowaliśmy ich i zabijaliśmy" - wspominał Awraham Dar, jeden z członków Paljamu9. Dar, dla którego angielski był językiem ojczystym, i dwaj inni członkowie jednostki udawali brytyjskich żołnierzy chcących sprzedać Palestyńczykom za ogromną sumę kradziony sprzęt. Do transakcji miało dojść nieopodal opuszczonego młyna na obrzeżach arabskiej wioski.
Kiedy przyjechali Palestyńczycy, trzech Żydów w brytyjskich mundurach było już na miejscu. Czterech innych ukrywało się w pobliżu i czekało na sygnał. W końcu wyskoczyli z kryjówki i zatłukli Arabów metalowymi rurami. "Baliśmy się, że wystrzały obudzą sąsiadów, dlatego zdecydowaliśmy się na cichą akcję" - powiedział mi Dar.
Pluton arabski utworzono, kiedy szefowie Hagany uznali, że potrzebują wyszkolonych bojowników, którzy będą umieli działać daleko za liniami wroga, zbierać tam informacje, dokonywać aktów sabotażu i przeprowadzać akcje selektywnej eliminacji10. Szkolenie tych ludzi (większość stanowili imigranci z ziem arabskich) obejmowało taktykę i podkładanie ładunków wybuchowych, ale również intensywny kurs zwyczajów islamskich i arabskich. Nazywano ich mista'arwimami (tak w niektórych krajach arabskich określano Żydów, którzy praktykowali religię żydowską, lecz przypominali Arabów pod innymi względami - ubioru, języka, zwyczajów i tak dalej).
Współpraca między tymi dwiema jednostkami specjalnymi doprowadziła do próby zamachu na Muhammada Nimra al-Khatiba, przywódcę islamskich organizacji w Palestynie, jednego z głównych celów operacji "Szpak" ze względu na jego znaczący wpływ na Palestyńczyków11. Mista'arwimowie mogli się swobodnie przemieszczać, nie wzbudzając podejrzeń Brytyjczyków ani Arabów. W lutym 1948 roku zaczaili się na al-Khatiba, kiedy wracał z Damaszku samochodem pełnym amunicji. Został poważnie ranny, wyjechał z Palestyny i wycofał się z aktywnego życia politycznego12.
Kilka dni później Awraham Dar usłyszał od jednego ze swoich informatorów obracających się wśród robotników portowych, że grupa Arabów w kawiarni rozmawiała o planach wysadzenia w powietrze pojazdu pełnego materiałów wybuchowych w zatłoczonej żydowskiej części Hajfy. Miał do tego posłużyć brytyjski ambulans, który stał w warsztacie samochodowym przy ulicy Nazaretańskiej, w arabskiej części miasta. Mista'arwimowie umieścili w ciężarówce bombę i pojechali do dzielnicy arabskiej, udając robotników naprawiających pękniętą rurę. Zaparkowali zaraz przy ścianie warsztatu.
- Co wy tu robicie? Tu nie wolno parkować! Zabierajcie tę ciężarówkę! - krzyknął do nich po arabsku jakiś mężczyzna.
- Zaraz jedziemy, ale najpierw musimy zająć się wyciekiem - odpowiedzieli, po czym dodali kilka siarczystych przekleństw. Odeszli do czekającego na nich samochodu, a kilka minut później ich bomba wybuchła, co wywołało również detonację materiałów wybuchowych w ambulansie. Zginęło pięciu Arabów13.
14 maja 1948 roku Ben Gurion ogłosił powstanie nowego państwa, Izraela, i został jego pierwszym premierem oraz ministrem obrony. Dobrze wiedział, czego się spodziewać.
Przed laty tworzył siatkę informatorów w krajach arabskich. Teraz, trzy dni przed powstaniem Izraela, Reuwen Sziloah, dyrektor departmentu politycznego Agencji Żydowskiej, poinformował go, że "państwa arabskie ostatecznie podjęły decyzję o jednoczesnym ataku 15 maja [...]. Liczą na nasz brak ciężkiego uzbrojenia i lotnictwa"14. Sziloah podał przy tym szczegóły spodziewanego najazdu.
Informacje okazały się prawdziwe. O północy, tuż po proklamowaniu państwowości, Izrael zaatakowało siedem armii15. Znacznie przewyższały liczebnie siły izraelskie i były zdecydowanie lepiej wyposażone, dlatego udało im się odnieść znaczące sukcesy: zdobyły osady i zabiły wielu ludzi16. Sekretarz generalny Ligi Państw Arabskich Abd ar-Rahman Azzam stwierdził: "To będzie wojna siejąca wielkie spustoszenie, masakra, którą będzie się pamiętać tak, jak pamięta się rzezie dokonane przez Mongołów i krzyżowców"17.
Jednak Żydzi - oficjalnie zwani odtąd Izraelczykami - pospiesznie się przegrupowali, a nawet przeszli do ofensywy. Po miesiącu, dzięki pośrednictwu specjalnego wysłannika ONZ-u hrabiego Folkego Bernadotte'a, zawarto rozejm. Obie strony były wyczerpane i potrzebowały odpoczynku oraz uzupełnienia zapasów. Kiedy wznowiono walki, szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Izraelczyków i dzięki znakomitej pracy wywiadu i dowództwa, a także pomocy wielu ocalonych z Holokaustu, którzy dopiero co przyjechali z Europy, zdołali oni doprowadzić do wycofania się wojsk arabskich i ostatecznie zdobyli większe terytorium niż to, które Organizacja Narodów Zjednoczonych zamierzała przeznaczyć na państwo izraelskie.
Chociaż Izraelowi udało się odeprzeć przeważające siły wroga, Ben Gurion wcale nie podchodził ze zbytnim optymizmem do tymczasowego zwycięstwa raczkujących izraelskich sił zbrojnych18. Arabowie przegrali pierwsze bitwy, lecz nadal odmawiali uznania nowej państwowości - i to zarówno ci zamieszkujący Palestynę, jak i ci z sąsiednich państw arabskich. Zaprzysięgli zniszczenie Izraela i powrót uchodźców do domów19.
Ben Gurion wiedział, że żołnierzom nie uda się bronić długich, wijących się granic nowego państwa jedynie gołymi rękami. Dlatego też z pozostałości SHAI, wywiadu Hagany, zaczął tworzyć agencję wywiadowczą odpowiednią dla uznanego państwa.
7 czerwca wezwał najbliższych współpracowników, na czele z Sziloahem, do swojej siedziby w byłej kolonii sekty Tempelgesellschaft w Tel Awiwie. "Wywiad jest jednym z narzędzi wojskowych i politycznych, których pilnie potrzebujemy w tej wojnie - napisał Sziloah w notatce służbowej do Ben Guriona. - Powinien stać się trwałym narzędziem również w czasach pokoju".
Premiera nie trzeba było przekonywać20. W końcu zaskakujące powstanie państwa i jego obrona w znacznym stopniu wynikały ze skutecznego wykorzystania technik wywiadowczych.
Tego dnia zarządził utworzenie trzech agencji21. Pierwszą był Departament Wydziału Operacyjnego Sztabu Generalnego, później powszechnie znany pod hebrajskim skrótem Aman. Drugą - Szin Bet (skrót od: Służba Bezpieczeństwa), odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne i będąca czymś pośrednim między amerykańskim FBI a brytyjskim MI5 (organizacja zmieniła później nazwę na Izraelska Agencja Bezpieczeństwa, jednak większość Izraelczyków wciąż stosuje jej skrót Szabak lub częściej, jak w tej książce, Szin Bet). I trzecia - departament polityczny, który z Agencji Żydowskiej został przeniesiony do nowo powstałego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela i miał zajmować się agentami zagranicznymi oraz gromadzeniem materiałów wywiadowczych. Agencje zajęły opuszczone domy członków Tempelgesellschaft w dzielnicy Sarona, nieopodal Ministerstwa Obrony. Siedziba Ben Guriona znajdowała się pośrodku. Wydawało się, że służby będą doskonale zorganizowane22.
Jednak w pierwszych miesiącach i latach nic do końca nie grało. Jednostki agencji Hagana zostały wchłonięte przez różne służby, potem zaś uległy dezorganizacji i zostały ponownie wchłonięte przez inne agencje. Jeśli dodać do tego ciągłą walkę o wpływy i potyczki wynikające z rozbuchanego ego ludzi, którzy byli w zasadzie rewolucjonistami, nic dziwnego, że w podziemiu szpiegowskim panował chaos. "To były ciężkie lata - powiedział mi Isser Harel, jeden z ojców założycieli izraelskiego wywiadu. - Musieliśmy stworzyć państwo i je obronić. [Ale] struktura służb i podział pracy nie zależały od racjonalnej oceny sytuacji, wszystko odbywało się bez dyskusji z odpowiednimi ludźmi, w nieco dyletancki i konspiracyjny sposób"23.
W normalnych warunkach szefowie wyznaczyliby wyraźne granice i procedury, a oficerowie operacyjni cierpliwie przez całe lata pielęgnowaliby źródła informacji. Jednak Izrael nie mógł sobie pozwolić na taki luksus. Akcje jego wywiadu organizowano w pośpiechu i pod presją, podczas gdy młody kraj walczył o przetrwanie.
Pierwsze wyzwanie, przed którym stanęli szpiedzy Ben Guriona, było natury wewnętrznej: niektórzy Żydzi jawnie przeciwstawiali się władzy, wśród nich zaś niedobitki członków prawicowych ruchów podziemnych. Skrajnym przykładem była sprawa "Altaleny" z 1948 roku. Statek o tej nazwie, transportujący z Europy uzbrojenie dla Irgunu, miał właśnie dopłynąć do brzegów Izraela. Na pokładzie oprócz broni znajdowali się też imigranci. Jednak organizacja odmówiła przekazania ładunku armii nowego państwa, upierając się, że część dostarczy swoim wciąż czynnym jednostkom. Ben Gurion, którego poinformowali o tym planie agenci działający w Irgunie, rozkazał, aby statek przejąć siłą. Podczas walk "Altalena" została zatopiona, a śmierć poniosło szesnastu bojowników Irgunu i trzech żołnierzy Sił Obronnych Izraela. Niedługo potem siły bezpieczeństwa urządziły w całym kraju obławę na członków Irgunu, w wyniku której aresztowały dwustu z nich, co ostatecznie położyło kres istnieniu organizacji24.
Icchak Szamir i agenci Lechi pod jego dowództwem również nie podporządkowali się względnie umiarkowanemu Ben Gurionowi. Latem, w czasie trwania rozejmu, wysłannik Organizacji Narodów Zjednoczonych Bernadotte sporządził wstępny plan pokojowy, który miał zakończyć walki. Jednak Szamir i członkowie Lechi nie zaakceptowali go, a Bernadotte został oskarżony o kolaborację z nazistami podczas drugiej wojny światowej i o przygotowanie propozycji, która niekorzystnie zmieni granice Izraela, ponieważ przyzna większość pustyni Negew i Jerozolimy Arabom i odda port w Hajfie oraz lotnisko w Lodzie pod kontrolę międzynarodową, jak również zobowiąże państwo izraelskie do przyjęcia z powrotem trzystu tysięcy arabskich uchodźców, czego kraj by po prostu nie przetrwał.
Lechi rozlepiło na ulicach miast ostrzeżenie: RADZIMY AGENTOWI BERNADOTTE'OWI, ŻEBY TRZYMAŁ SIĘ Z DALA OD NASZEGO KRAJU25. Podziemne radio posunęło się jeszcze dalej: "Hrabia skończy jak lord" (stanowiło to aluzję do śmierci lorda Moyne'a). Bernadotte zignorował ostrzeżenia, a nawet zarządził, żeby obserwatorzy ONZ nie byli uzbrojeni. "Chroni nas flaga Organizacji Narodów Zjednoczonych" - stwierdził.
Przekonany, że plan wysłannika zostanie zaakceptowany, Szamir wydał rozkaz zabicia Bernadotte'a. 17 września, cztery miesiące po proklamowaniu państwowości i dzień po przedstawieniu przez Bernadotte'a planu Radzie Bezpieczeństwa ONZ, jechał on ze świtą w konwoju trzech białych sedanów marki DeSoto z siedziby ONZ do dzielnicy Rehawia w żydowskiej Jerozolimie, kiedy nagle drogę zagrodził im dżip. Wyskoczyło z niego trzech młodych ludzi w wojskowych czapkach. Dwóch z nich przestrzeliło opony pojazdów, natomiast trzeci, Jehoszua Cohen, otworzył drzwi samochodu, którym jechał Bernadotte, i otworzył ogień z pistoletu maszynowego MP40. Pierwsze kule dosięgły mężczyzny siedzącego przy wysłanniku ONZ, francuskiego pułkownika André Serota, jednak już następne trafiły hrabiego w pierś. Obaj mężczyźni zginęli na miejscu26. Cały atak trwał ledwie sekundy. "To było jak grzmot i błyskawica, zajęło tylko tyle czasu, ile trwa wystrzelenie pięćdziesięciu pocisków" - w taki sposób opisał akcję izraelski oficer łącznikowy kapitan Mosze Hillman, który znajdował się w samochodzie z ofiarami27. Sprawców nigdy nie schwytano28.
Zamach ten rozwścieczył i w najwyższym stopniu zawstydził przywódców Izraela. Rada Bezpieczeństwa ONZ uznała go za "akt tchórzostwa popełniony przez przestępczą bandę terrorystów w Jerozolimie", w "New York Timesie" zaś napisano nazajutrz: "Żadna arabska armia nie wyrządziłaby tak dużej krzywdy [państwu izraelskiemu] w tak krótkim czasie"29.
Ben Gurion postrzegał brutalną akcję Lechi jako poważne zagrożenie dla swojej władzy, które mogło doprowadzić do zamachu stanu lub nawet wojny domowej30. Zareagował natychmiast: zdelegalizował zarówno Irgun, jak i Lechi. Rozkazał też szefowi Szin Betu Isserowi Harelowi urządzić obławę na członków tej drugiej organizacji. Na szczycie listy poszukiwanych znalazł się Icchak Szamir. Nie złapano go, ale wielu innych i owszem - trafili do silnie strzeżonych więzień. Lechi jako organizacja przestała istnieć31.
Ben Gurion był wdzięczny Harelowi za jego stanowcze kroki wobec podziemia i uczynił go najważniejszą postacią izraelskiego wywiadu32.
Niski, silny i zdeterminowany Isser Harel zapatrzył się w bolszewików i ich techniki sabotażu, walkę partyzancką i zamachy, jednak równocześnie żywił głęboką odrazę do komunizmu. Pod jego kierownictwem Szin Bet prowadził nieustanną inwigilację przeciwników politycznych Ben Guriona, zarówno lewicowych socjalistów i komunistów, jak i członków prawicowej partii Herut utworzonej przez byłych członków Irgunu i Lechi33.
Tymczasem Ben Gurion i minister spraw zagranicznych Mosze Szaret spierali się o to, jaką taktykę stosować wobec Arabów. Szaret, najbardziej po Ben Gurionie znaczący z wczesnych przywódców Izraela, uważał, że dyplomacja to najlepszy sposób na uzyskanie pokoju w regionach, a co za tym idzie w całym kraju. Jeszcze przed proklamowaniem niepodległości prowadził tajne rozmowy z królem Transjordanii Abdullahem I i premierem Libanu Rijadem as-Sulhem, którzy w dużej mierze przyczynili się do utworzenia koalicji państw arabskich i w znaczącym stopniu odpowiadali za ataki palestyńskich bojowników w Jiszuwie. Mimo swojej napastliwej antyżydowskiej retoryki i antyizraelskich akcji pod koniec 1948 roku as-Sulh kilka razy spotkał się potajemnie w Paryżu z Elijahu Sasonem, jednym z zastępców Szareta, żeby przedyskutować porozumienie pokojowe. "Jeśli chcemy kontaktować się z Arabami w sprawie zakończenia wojny - powiedział Sason, kiedy Szaret, entuzjastycznie nastawiony do jego tajnych kontaktów, poprosił go o złożenie raportu - musimy się kontaktować z tymi, którzy w tej chwili są u władzy. Z tymi, którzy wypowiedzieli nam wojnę [...] i wciąż przysparzają nam kłopotów".
Wszystkie te dyplomatyczne podchody nie przyniosły pożądanych rezultatów, dlatego 12 grudnia 1948 roku Ben Gurion zlecił funkcjonariuszom wywiadu wojskowego zabicie as-Sulha34.
"Szaret stanowczo sprzeciwiał się temu pomysłowi - wspominał Aszer (Artur) Ben Natan, czołowa postać w departamencie politycznym izraelskiego MSZ, odpowiadającym za tajne akcje za granicą. - A kiedy nasz wydział poproszono o pomoc, bo mieliśmy przydatne kontakty w Bejrucie, odwołał ten rozkaz, skutecznie uniemożliwiając zabójstwo"35.
Ten incydent, jak również inne liczne starcia między Harelem i Szaretem, rozwścieczyły Ben Guriona. Uznał metody dyplomatyczne za słaby substytut działań wojskowych i wywiadowczych, a Szareta za konkurenta zagrażającego jego działaniom. W grudniu 1949 roku odłączył departament polityczny od MSZ i umieścił go pod swoim bezpośrednim kierownictwem. Jakiś czas później nadał mu nową nazwę: Instytut do spraw Wywiadu i Zadań Specjalnych. Jednak powszechnie znany on jest po prostu jako Instytut - czyli Mossad.
Wraz z powstaniem Mossadu służby specjalne Izraela zaczęły składać się z trzech agencji, które do dzisiaj mają mniej więcej taki sam kształt: Amanu, czyli wywiadu wojskowego dostarczającego informacje Siłom Obronnym Izraela, Szin Betu, odpowiedzialnego za wywiad wewnętrzny, zwalczanie terroryzmu i kontrwywiad, oraz Mossadu, który zajmuje się tajnymi akcjami poza granicami kraju36.
Tak czy owak, było to zwycięstwo osób, zdaniem których przyszłość państwa izraelskiego zależała od silnej armii i służb specjalnych, a nie od dyplomacji. Zwycięstwo to znalazło odzwierciedlenie nawet w tak przyziemnych kwestiach jak przydział nieruchomości: budynki Templegesellschaft w Tel Awiwie, które zajmował Department Polityczny, przekazano Mossadowi. Było to również osobiste zwycięstwo Issera Harela. Stał już na czele Szin Betu; teraz został na dodatek szefem Mossadu, co czyniło go jedną z najpotężniejszych (i zarazem najbardziej tajemniczych) postaci w historii Izraela37.
Od tego momentu izraelska polityka zagraniczna oraz bezpieczeństwo państwa zależały od starć między Tel Awiwem (gdzie mieściły się siedziby dowództwa wojskowego i wywiadu oraz Ministerstwo Obrony i gdzie spędzał najwięcej czasu Ben Gurion) a Jerozolimą (gdzie w barakach z prefabrykatów urzędowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych). Tel Awiw zawsze wygrywał.
Ben Gurion wciąż bezpośrednio kontrolował wszystkie agencje38. Mossad i Szin Bet podlegały mu jako premierowi, a wywiad wojskowy dlatego, że był również ministrem obrony. Nastąpiła ogromna koncentracja władzy - zarówno tej tajnej, jak i jawnej. Jednak od samego początku trzymano wszystko w tajemnicy przed opinią publiczną. Ben Gurion nie pozwolił, aby ktoś wiedział, że ta rozległa sieć instytucji w ogóle istnieje (nie mówiąc już o ujawnieniu jej działań). Wypowiadanie publicznie nazw Szin Bet i Mossad było zabronione aż do lat sześćdziesiątych XX wieku. Dzięki temu, że nikt nie wiedział o ich istnieniu, premier nie musiał się troszczyć o podstawy prawne akcji przeprowadzanych przez agencje. Żadne przepisy nie regulowały ich celów, roli, misji, sił czy budżetów lub powiązań między nimi.
Innymi słowy, izraelski wywiad od samego początku działał w królestwie cieni i chociaż formalnie podlegał instytucjom państwa, to jednocześnie był od nich oddzielony. Działania służb specjalnych - większość z nich (Szin Bet i Mossad) podlegała bezpośredniej jurysdykcji premiera - odbywały się bez jakiegokolwiek nadzoru izraelskiego parlamentu, Knesetu, czy jakiejkolwiek innej zewnętrznej i niezależnej instytucji.
Wkrótce określenie "bezpieczeństwo państwa" stało się wygodnym wytrychem usprawiedliwiającym wiele akcji, które w normalnym świecie skutkowałyby procesami i długoletnimi karami więzienia: stałą inwigilację obywateli z powodu ich przynależności etnicznej lub poglądów politycznych; metody przesłuchań, przedłużające się pozbawienie wolności bez wyroku sądu i tortury; krzywoprzysięstwo i ukrywanie prawdy przed prokuratorami i sędziami.
Najbardziej wymowny przykład stanowi selektywna eliminacja. Izraelskie prawo nie przewiduje kary śmierci39, jednak Ben Gurion obszedł je, nadając sobie władzę, na mocy której mógł nakazywać egzekucje pozasądowe.
Usprawiedliwieniem dla utrzymywania tego królestwa cieni było to, że jedynie całkowita tajność mogła zapobiec sytuacjom zagrażającym istnieniu Izraela. Państwo izraelskie odziedziczyło system prawny po Brytyjskim Mandacie Palestyny. Zakładał on możliwość stosowania w stanie wyższej konieczności zabezpieczeń służących zaprowadzeniu porządku i powstrzymaniu rebelii. Wśród nich znajdował się też wymóg, że wszystkie media muszą przedstawiać materiały o działaniach armii lub wywiadu cenzurze wojskowej, która większość z nich zatrzymywała. Owe regulacje nie zostały uchylone do czasu powstania tej książki. Jednak, aby rzucić jakiś ochłap rozwścieczonym mediom, Ben Gurion powołał specjalną komisję, złożoną z wydawców, redaktorów naczelnych gazet i szefów rozgłośni radiowych. Od czasu do czasu on lub jego przedstawiciel pojawiał się na zebraniach tego gremium, żeby podzielić się smakowitymi kąskami i wyjaśnić, dlaczego pod żadnym pozorem nie można ich ujawnić. Wydawcy i redaktorzy cieszyli się, ponieważ zyskiwali dostęp do tajnego świata i jego tajemnic. Aby wyrazić wdzięczność, sami stawali się własnymi cenzorami, często o wiele surowszymi od prawdziwych.
W lipcu 1952 roku w Muzeum Egipskim w Kairze otwarto wystawę obrazów francusko-niemieckiego artysty Charles'a Duvalla. Duvall, wysoki i młody, z wiecznie przyklejonym do warg papierosem, przeprowadził się do Kairu z Paryża dwa lata wcześniej, gdyż twierdził, że "zakochał się w kraju nad Nilem". W kairskiej prasie ukazało się wiele pochlebnych artykułów o jego twórczości (zdaniem krytyków znajdował się on pod wpływem Picassa) i wkrótce potem malarz stał się ulubieńcem egipskiej socjety. Dość powiedzieć, że jego wystawę otwierał egipski minister kultury, a nawet kupił dwa obrazy, które następnie wypożyczył muzeum, gdzie wisiały przez dwadzieścia trzy lata.
Pięć miesięcy później, po zamknięciu wystawy, Duvall oświadczył, że jego matka ciężko zachorowała i musi wracać do Paryża, aby się nią zająć. Po powrocie do Francji wysłał kilka listów do starych przyjaciół w Egipcie, a potem wszelki słuch po nim zaginął.
Duvall w rzeczywistości nazywał się Szlomo Cohen-Abarbanel i był izraelskim szpiegiem40. Wychowywał się w Hamburgu jako najmłodszy z czterech synów powszechnie szanowanego rabina. Po dojściu Hitlera do władzy zimą 1933 roku rodzina uciekła do Francji, a potem do Palestyny. Czternaście lat później, w 1947 roku, Cohen-Abarbanel, który już w dzieciństwie przejawiał talent artystyczny, wrócił do Paryża, by w wieku dwudziestu siedmiu lat rozpocząć studia malarskie. Niedługo potem o jego talencie dowiedzieli się agenci Hagany i zwerbowali go do podrabiania paszportów i innych dokumentów. Korzystali z nich europejscy i północnoafrykańscy Żydzi, którzy chcieli dostać się do Palestyny z pominięciem brytyjskich przepisów emigracyjnych. Taki był początek jego długiej kariery w wywiadzie. Udający członka bohemy artystycznej Cohen-Abarbanel prowadził siatkę szpiegowską w Egipcie i werbował nowych agentów ze świata arabskiego. Gromadził również informacje o nazistowskich zbrodniarzach wojennych, którzy schronili się na Bliskim Wschodzie, i informował przełożonych o niemieckich naukowcach gotowych sprzedać swe usługi arabskim armiom. Po powrocie do Izraela w 1952 roku namówił szefów młodego Mossadu do przeznaczenia większych środków na poszukiwanie i likwidowanie nazistów.
Gdy Isser Harel objął szefostwo Mossadu, poprosił Cohena-Abarbanela o stworzenie emblematu agencji. Artysta zamknął się w pokoju i narysował projekt. Pośrodku znajdowała się siedmioramienna menora, świecznik, który stał w Świątyni Jerozolimskiej i został zrabowany przez Rzymian w 70 roku. Dokoła biegł cytat z 24 rozdziału Księgi Przysłów (autorem tych słów, wedle żydowskiej tradycji, był sam król Solomon): "roztropnie poprowadzisz wojnę"41. Później zamieniono je na inne słowa (Księga Przysłów 11,14): "Z braku rządów naród upada, wybawienie, gdzie wielki doradca". Intencje Cohena-Abarbanela nie mogły być jaśniejsze: stosujący tajne metody Mossad miał być tarczą nowego żydowskiego państwa i dbać o to, by Żydzi już nigdy nie zostali zhańbieni, żeby Judea nigdy więcej nie upadła.
Statut Mossadu napisany przez Harela był równie jasny i ambitny. Do celów organizacji, według jego oficjalnych zaleceń, należało "tajne zbieranie informacji (strategicznych, politycznych, operacyjnych) poza granicami kraju; realizacja operacji specjalnych poza Izraelem; niweczenie prób udoskonalania i zdobywania broni niekonwencjonalnych przez wrogie państwa; udaremnianie ataków terrorystycznych na Izrael i żydowskie cele poza jego granicami; rozwój i utrzymanie powiązań wywiadowczych i politycznych z krajami, które nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Izraelem; sprowadzanie do Izraela Żydów z państw, które uniemożliwiają im wyjazd, i tworzenie struktur pozwalających na obronę Żydów wciąż pozostających w tych krajach". Innymi słowy, służby miały chronić nie tylko Izrael i jego mieszkańców, lecz w ogóle Żydów na całym świecie.
Młode służby specjalne Izraela miały stanowić odpowiedź na serię wyzwań ze strony dwudziestu jeden wrogich krajów arabskich grożących jego zniszczeniem. Osoby na najwyższych szczeblach organów obrony państwa uważały, że z zagrożeniami tymi najlepiej poradzą sobie precyzyjne operacje specjalne przeprowadzane daleko za liniami wroga.
Aby to zrealizować, Aman utworzył jednostkę nazwaną Służba Wywiadu 13 (trzynastka w tradycji żydowskiej uznawana jest za szczęśliwą liczbę)42. Awraham Dar, jeden z czołowych funkcjonariuszy, w 1951 roku pojechał do Egiptu, żeby założyć siatkę agentów rekrutowanych spośród miejscowych syjonistów. Rekruci pod różnymi pretekstami jechali do Europy, a potem do Izraela, gdzie przechodzili przeszkolenie w szpiegostwie i sabotażu. Przedstawiając podstawowe cele swojej sieci, Dar wyjaśniał, że "głównym problemem, który zdecydował o tak wielkiej wrogości Egiptu wobec Izraela, był sposób, w jaki król Faruk sprawował władzę. Wiedzieliśmy, że jeśli uda nam się pokonać tę przeszkodę, wiele problemów ulegnie rozwiązaniu. Innymi słowy... - w tym miejscu Dar użył hiszpańskiego powiedzenia: - nie ma psa, nie ma wścieklizny"43.
Pozbycie się "psa" okazało się niepotrzebne - niedługo później Faruk stracił tron w wyniku zamachu stanu. I chociaż przypuszczenia, że bez niego wszystko się polepszy, okazały się całkowicie bezpodstawne, myśl, że już założona siatka egipskich agentów może zmienić bieg historii w tym regionie, była dla izraelskich przywódców zbyt kusząca, aby o niej zapomnieć. Kierownictwo Amanu zdecydowało się użyć miejscowych agentów przeciwko organizacji Wolni Oficerowie, której członkowie dopiero co usunęli Faruka. Postanowiło to uczynić "w celu podkopania zaufania Zachodu do [egipskich] władz poprzez wywoływanie publicznych niepokojów oraz demonstracji, aresztowań i akcji odwetowych, przy czym rola Izraela w nich ma pozostać nieujawniona"44. Jednak cała ta operacja zakończyła się katastrofą.
Mimo intensywnego szkolenia rekruci Amanu pozostali amatorami i wszystkie ich akcje sabotażowe okazały się nieudane. W końcu jedenastu agentów zostało wytropionych przez egipskie władze. Kilku stracono po krótkich procesach, jeden popełnił samobójstwo, nie wytrzymując straszliwych tortur. Pozostałych "szczęściarzy" skazano na wieloletnie więzienie i ciężkie roboty45.
Skandal, jaki wybuchł na skutek tych wydarzeń, wywołał poważny polityczny spór, który rozpalał Izrael przez wiele lat. Dotyczył on pytania, czy Aman miał zgodę polityków na te nieudane operacje.
Główna nauka, jaka płynęła z tej akcji, była taka, że we wrogich krajach, stanowiących cel ataków, nie wolno rekrutować miejscowych Żydów. Ich wpadka oznaczała niemal pewną śmierć i mogła wywołać represje wobec całej żydowskiej społeczności. Mimo pokusy wykorzystywania osób, które znajdują się na miejscu i nie trzeba im zapewniać legendy, Izrael niemal ani razu tego nie powtórzył.
Jednak dalej pokutowało ukryte przekonanie, że państwo żydowskie może działać śmiało i zmieniać historię dzięki operacjom specjalnym za liniami wroga. Co więcej, uległo ono wzmocnieniu jako podstawowa zasada izraelskiej doktryny bezpieczeństwa. Pogląd, że zagraniczne operacje specjalne powinny być co najmniej jedną z głównych metod stosowanych dla zwiększenia bezpieczeństwa narodowego, będzie przeważać wśród izraelskich polityków i oficjeli z sił specjalnych aż do dziś.
I podczas gdy w wielu państwach oddziela się agencje gromadzące informacje od jednostek wykorzystujących te informacje do przeprowadzania tajnych misji, służby specjalne Izraela od samego początku stanowiły integralną część agencji wywiadowczych. Na przykład w Stanach Zjednoczonych jednostki do zadań specjalnych Delta Force i SEAL Team Six wchodzą w skład Połączonego Dowództwa Operacji Specjalnych, a nie CIA czy wywiadu wojskowego. W Izraelu tego rodzaju jednostki znajdują się pod bezpośrednią kontrolą agencji wywiadowczych Mossad i Aman.
Główny cel ich działalności stanowiło nieustanne wykorzystywanie zgromadzonych informacji wywiadowczych. Wprawdzie inne państwa w tamtych czasach również gromadziły materiały wywiadowcze w czasie pokoju, ale robiły to tylko na wypadek wojny albo na potrzeby jakichś sporadycznych misji specjalnych. Tymczasem Izrael nieustannie wykorzystywał dane do przeprowadzania akcji we wrogich krajach w nadziei na uniknięcie zmasowanych działań wojennych.
Stworzenie emblematu, statutu i doktryny to jedno. Jak się wkrótce dowiedział Harel, czym innym jest wprowadzenie tego wszystkiego w życie, zwłaszcza gdy dochodzi do brutalnych akcji.
Pierwsza poważna operacja Mossadu skończyła się fatalnie. W listopadzie 1954 roku kapitan marynarki wojennej Aleksander Israel - dziwkarz i kanciarz pogrążony w długach - wyjechał z kraju z fałszywym paszportem i próbował sprzedać ściśle tajne dokumenty egipskiej ambasadzie w Rzymie. Agent Mossadu zatrudniony w tej ambasadzie natychmiast zaczął opracowywać plan porwania go i odesłania do Izraela w celu osądzenia jako zdrajcy.
Dla Harela był to kluczowy sprawdzian, ważny zarówno dla bezpieczeństwa państwa, jak i jego własnej pozycji. W tych początkowych latach szefowie wszystkich agencji, nie przebierając w środkach, walczyli o władzę i prestiż. Jedna znacząca porażka mogła się okazać zabójcza dla kariery. Harel powołał zespół pierwszorzędnych agentów Mossadu i Szin Betu w celu schwytania Israela w Europie. Na czele operacji postawił swojego kuzyna Rafiego Eitana, który jako nastolatek zabił dwóch członków niemieckiego Tempelgesellschaft.
"Ktoś zaproponował, żeby odnaleźć i jak najszybciej zabić Israela. Jednak Harel momentalnie to uciął. "Nie zabijamy Żydów" - stwierdził i podkreślił, że ma to być porwanie" - powiedział mi Eitan46.
Sam Harel wspominał: "Nie przyszło mi do głowy, że moglibyśmy zabić jednego z naszych. Chciałem sprowadzić go do Izraela, gdzie miał być sądzony za zdradę"47.
To niezwykle ważna kwestia. W judaizmie istnieje tradycja wspólnej odpowiedzialności i głęboka więź między wszystkimi Żydami, zupełnie jakby stanowili jedną wielką rodzinę. Te wartości postrzegane są jako coś, co utrzymywało Żydów przy życiu jako naród przez dwa tysiące lat wygnania. Zrobienie krzywdy innemu Żydowi jest po prostu niedopuszczalne. Wcześniej, w czasach podziemia Jiszuwu, kiedy nie można było przeprowadzać procesów, likwidowanie żydowskich zdrajców uznawano za dozwolone, jednak sytuacja zmieniła się po proklamowaniu państwa Izrael. "Nie zabijamy Żydów" (nawet jeśli stanowią śmiertelne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego) stało się żelazną zasadą izraelskich sił specjalnych.
Początkowo wszystko szło jak z płatka48. Współpracowniczka Mossadu zatrzymała Israela na paryskim skrzyżowaniu. Po chwili został pochwycony przez jej trzech kolegów. Przewieźli jeńca do kryjówki, gdzie lekarz wstrzyknął mu środek usypiający, po czym umieścili go w skrzyni zwykle używanej do przewozu broni. Następnie skrzynia znalazła się na pokładzie samolotu transportowego Sił Powietrznych Izraela. Lot trwał długo - nie obyło się bez wielu międzylądowań. Na każdym lotnisku Israelowi ponownie robiono zastrzyk, aż wreszcie, gdy samolot wylądował w Atenach, jeniec dostał ataku serca i zmarł. Na rozkaz Harela jeden z ludzi Eitana zrzucił ciało z pokładu samolotu do morza.
Funkcjonariusze Mossadu przedstawili izraelskiej prasie bajeczkę, jakoby Israel zostawił ciężarną żonę, ukradł pieniądze i osiadł gdzieś w Ameryce Południowej49. Harel, który bardzo się wstydził tego, że operacja zakończyła się śmiercią Żyda, nakazał ukrycie wszelkich dokumentów dotyczących sprawy w jednym z sejfów Mossadu. Jednak jego rywale zachowali kopie niektórych z nich, żeby - w razie konieczności - kiedyś wykorzystać je przeciwko niemu.
Po tym wydarzeniu Harel doszedł do wniosku, że istnieje pilna potrzeba powołania jednostki sił specjalnych do przeprowadzania aktów sabotażu i selektywnej eliminacji. Zaczął rozglądać się za "wyszkolonymi bojownikami, twardymi i lojalnymi, którzy w razie konieczności bez oporu pociągną za spust". Znalazł ich w ostatnim miejscu, w jakim się spodziewał: wśród weteranów Irgunu i Lechi, z którymi kiedyś prowadził zażartą walkę.
Ben Gurion zakazał zatrudniania dawnych członków prawicowego podziemia w agencjach rządowych i wielu z nich nie miało pracy, byli sfrustrowani i żądni czynu. W Szin Becie uważano niektórych za niebezpiecznych i skłonnych do zakładania podziemnych organizacji antyrządowych.
Harel zamierzał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: założyć jednostkę do zadań specjalnych i zapewnić bojownikom podziemia zajęcie pod swoim dowództwem poza granicami kraju.
Dawid Szomron, Icchak Szamir i ci spośród ich towarzyszy z Irgunu i Lechi, których uznano za wystarczająco odważnych, otrzymali zaproszenia do domu Harela w północnym Tel Awiwie i zostali tam zaprzysiężeni50. Tym samym utworzono zalążek Mifracu (słowo to po hebrajsku znaczy "zatoka"), pierwszej jednostki uderzeniowej Mossadu.