Porozmawiajmy o paznokciach. Mój kolega na pytanie, co wprawia go w najwyższe obrzydzenie, bez namysłu odpowiada: paznokcie, a w szczególności kupka świeżo obciętych. Jako że skracanie paznokci to konieczność, kolega dwa razy w miesiącu, znieczulony alkoholem, a mimo to odczuwający mdłości, obcina, pilnując, by broń Boże żaden kawałek nie wystrzelił i nie zaginął, układa w stosik, po czym natychmiast wynosi toto do śmietnika, bo świadomość, że coś tak obrzydliwego zalega w koszu na śmieci, uczyniłaby sen - ba, nawet życie - niemożliwym. Kolega, który najchętniej pozbyłby się paznokci raz a dobrze, nie może pojąć, jak to możliwe, że rzesze kobiet (bywa, że i mężczyzn) poświęcają paznokciom tyle uwagi. Za mojej młodości nie było aż takiego kultu paznokcia. Owszem, istniały już lakiery: bezbarwny, biała perła, różowa perła, szara perła, no i oczywiście czerwony, ale to by było na tyle. Moja mama miała, jak to się mówi, słabe paznokcie, ale chętnie je malowała. Pani Z. - wychowawczyni w podstawówce - miała paznokcie długie, idealnie opiłowane, czerwone. Oniemiała z zachwytu patrzyłam, jak przejeżdża końcem paznokcia po liście w dzienniku i puka dwukrotnie w wybrane nazwisko, zanim je przeczyta i wywoła kogoś do odpowiedzi. Czasem, gdy niesforna drobinka tuszu do rzęs wpadła jej do oka, mrugała kilkakrotnie, doprowadzając ją do mięska łzowego lub na krawędź powieki, a stamtąd wprawnym ruchem usuwała krwistoczerwoną, wyrastającą ze szczupłego palca szpatułką. Kiedy w zabawie przeistaczałam się w panią Z., przyklejałam do swoich kwadratowych łopatek uformowane w kształt migdała kawałki czerwonej plasteliny.
Właśnie, łopatki... Słabe po matce, o krótkiej płytce, z podłużnymi bruzdkami, jakby je kto pługiem potraktował. Skrywane w rękawie, schowane w pięści, wyczekujące zimy, by zanurzyć się w rękawiczce. Był moment, że marzyłam o pracy bibliotekarki, ale szybko zrozumiałam, że paznokcie mnie dyskwalifikują, no bo jak szperać takimi brzydkimi w szufladkach z kartami bibliotecznymi, gdy ludzie patrzą? No to zostałam, o ironio, piosenkarką. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że cholerne pazury są w tym zawodzie tak obecne! Mikrofon do ręki? Tylko nie to! Teledysk, w którym trzeba czegoś dotknąć, coś przestawić, położyć doń na policzku modela, jeśli piosenka jest o miłości? Tragedia. Te wszystkie sesje zdjęciowe, podczas których zawsze przychodzi chwila, gdy fotograf mówi: Może coś z dłońmi zrobisz? Oblewam się wtedy zimnym potem. I ten lęk, że ktoś mi wyśle paczkę do unboxingu, a ja będę musiała gmerać na zbliżeniu w tych pudełkach nieumalowanymi łopatami.
Powiecie: To sobie pomaluj! Na świecie są już wszystkie możliwe kolory, a i kształt sobie można zrobić. Tak, wiem. Ładnych parę lat temu poszłam do profesjonalistki, by utrzeć nosa naturze. Tipsy! Dziesięć, a tyle radości! Do wieczora, bo wieczorem trzeba było wyjąć szkła kontaktowe. Pytam: Czy pośród longnailsów nie ma krótkowidzów? Jeśli są, to co jest ze mną nie tak, że nijak nie mogłam sobie poradzić? Tak oto dołączyłam kolejną pozycję do listy rzeczy, które nie są dla mnie.
Potem pojawiły się lakiery hybrydowe. W niezliczonej ilości kolorów. Pomyślałam o swoich paznokciach - może i krótkie, ale mogą wyglądać przyzwoicie. Boże jedyny, jaka ja byłam szczęśliwa. Nie mogłam oderwać od nich wzroku, a na koncercie krzyknęłam do mikrofonu: Paznokcie - to są Ludzie; Ludzie, przedstawiam wam moje Paznokcie! Posyłałam im (paznokciom) czułe spojrzenia po każdej piosence. Seks w tradycyjnej odsłonie przestał mnie interesować, wolałam rękodzieło, gdyż obserwowanie, jak dłoń z wypielęgnowanymi paznokciami przesuwa się po fallusie góra-dół i z powrotem, wywoływało rozkosz nieporównywalnie większą. Zresztą fallus nie jest tu istotny, ten sam efekt osiągałam, obejmując dłonią poręcz w tramwaju.
Niestety, po trzykrotnej zmianie koloru skóra wokół płytek zaczęła swędzieć niemożebnie. Po usunięciu lakieru byłam bliska rozpaczy, a nawet omdlenia. Pobojowisko. Ruina. Krajobraz po bitwie. Planeta Ziemia zniszczona przez gatunek ludzki. Płytki paznokciowe w fazie ewakuacji. Dosłownie oderwane w połowie długości od łożyska i niemal krzyczące: Spierdalamy stąd!!! Pomyślałam: Już nigdy nie wydrapię nikomu oczu, już nigdy nie usłyszę: Podrap mnie po plecach. I znów powróciło pytanie: Co jest ze mną nie tak?
Szusując po internecie, można odnieść wrażenie, że wszystkie kobiety na świecie mają zajebiste długie pazury, a jeśli nie długie, to wypielęgnowane i kolorowe. Poczułam skrajną samotność. Wstukałam w przeglądarkę "odchodzące paznokcie w ruinie" i dałam głębokiego nura do sieci.
I tak oto trafiłam na Facebooku do grupy Uczulone na hybrydę. Tysiące dziewczyn skoncentrowanych na jednym temacie. Świat równoległy. Poczułam się jak rudy na zjeździe rudzielców, jak gej w San Francisco, jak golas na plaży nudystów, porcelana w składzie porcelany, piwosz na Oktoberfeście, koleś w koszulce Iron Maiden na Metalmanii. Wysyłasz fotografię zmaltretowanych paznokci i natychmiast spieszą ci ze słowami otuchy i z radą te, które rozumieją. Gdyby któraś z nas postanowiła założyć partię UnH, a uczulonych w Polsce byłoby dwadzieścia milionów, z czego wszystkie głosowałyby w wyborach, to wiadomo, kto rządziłby tym krajem. Orzeł miałby szpony oderwane od macierzy.
Tak to się właśnie odbywa - wygrywasz, gdy pod wspólnym sztandarem zgromadzisz tych, których scala ten sam wstyd, ta sama udręka, bliźniacza codzienność. W naszej licznej grupie to zdrowe paznokcie są anomalią, wybrykiem natury. Zdobyłam kolejny dowód na to, że oddzielenie jest iluzją umysłu. Niedawne wyobcowanie rozpłynęło się, gdy odnalazłam sobie podobne.
Samotność też jest iluzją. Można się w niej zatracić, będąc INNYM pośród takich samych, lub rozejrzeć się w poszukiwaniu innych INNYCH. Oni są. Szukajcie.