Rozdział 1
Franco
- Salve. Wita się z wami Alessandro Soto. Mam nadzieję, że zostaliście szczęśliwcami i udało się wam zaopatrzyć w porządny odgarniacz do śniegu. W sklepach jest to obecnie towar luksusowy, a importerzy nie nadążają go sprowadzać. Zima zaskoczyła nas wszystkich, w końcu w tych rejonach to absolutna rzadkość. W sparaliżowanych pogodą miastach, w tym w także w Rzymie, nie działa komunikacja miejska. Jedyna pozytywna informacja jest taka, że synoptycy przewidują odwilż, i to w najbliższych dniach. Cóż, pozostało mi powiedzieć, wesołego po świętach - kończy głos dochodzący z radia i śmieje się, jakby było z czego.
- Szlag by to trafił - mamroczę pod nosem i wysyłam do diabła cały ten dzień.
W aucie z oponami, których bieżniki pozostawiają wiele do życzenia, jadę dosłownie dwadzieścia na godzinę. I to na całkowicie prostym odcinku, pośród sadów oliwnych. Celowo wybrałem boczną drogę prowadzącą z Peschici do Vieste. Gdybym wracał trasą obok urwiska i morza, z pewnością znajdowałbym się już na plaży. I to bynajmniej nie dlatego, że chciałbym na niej odsapnąć czy popatrzeć na widoki. Po twardym lądowaniu pewnie niewiele by ze mnie zostało.
Wpatruję się w przednią szybę auta, próbując jeszcze bardziej wytężyć wzrok, bo gęsto padający śnieg zdecydowanie ogranicza widoczność. Jestem w stanie dojrzeć to, co znajduje się góra cztery metry przed maską mojego porsche. Reszta to w tym momencie zagadka, choć przecież doskonale znam tę drogę.
Jestem idiotą, bo przecież mogłem przełożyć negocjacje w podziemiach na jutro albo pojutrze. Jak zawsze przerosła mnie kretyńska ambicja. Podciągam rękawy kurtki, odsłaniając mankiety czarnej koszuli. Wciąż nie przywykłem do eleganckich ciuchów, ale pozycja zobowiązuje. A don Fabio aż nadto kładzie nacisk na tradycję. Łapię za kierownicę oburącz, co nie zdarza mi się zbyt często. Droga jest jednak przerażająco śliska i tak zasypana śniegiem, że nie widać, gdzie kończy się asfalt. Jeśli wpadłbym w zaspę, chyba utknąłbym tutaj na dobre. Odgrzebaliby mnie może jutro wieczorem. I to przy odrobinie szczęścia, bo mam wrażenie, że mogłoby być nawet gorzej. I to ma być to wielkie ocieplenie klimatu? To raczej jakiś pieprzony armagedon.
Z radia znowu dobiega przerywany głos dziennikarza:
- A za momencik specjalnie dla państwa Michael Bublé i White Christmas. Może zimowa piosenka ukoi trochę temperament rozochoconej la Befany1), która, w mojej ocenie, maczała palce w dzisiejszej pogodzie. Wygląda na to, że oprócz węgla i cebuli może przynosić także śnieg. Chyba wszyscy byliśmy w ostatnim czasie trochę niegrzeczni.
1) La Befana to włoska odpowiedniczka naszego polskiego... św. Mikołaja. Jak głosi tradycja, ta dobroduszna staruszka o wyglądzie wiedźmy, z haczykowatym nosem i w łachmanach, w noc z 5 na 6 stycznia, czyli w święto Trzech Króli, przemierza niebo na miotle, by odwiedzić wszystkie włoskie dzieci. Te grzeczne obdarowuje słodyczami i prezentami, niegrzecznym zaś, zamiast rózgi, zostawia węgiel, popiół, cebulę lub czosnek. Do domów dostaje się przez kominy, a upominki zostawia w zawieszonych na nich skarpetach (przyp. aut.).
Prawie zapomniałem, że dzisiaj noc poprzedzająca Epifanię, czyli święto Trzech Króli. Kiedy byłem mały, wyczekiwałem tego dnia ze sporą obawą. A że nie należałem do grzecznych dzieci, babcia zawsze straszyła mnie, że la Befana nie przyniesie mi słodyczy. Gdyby istniała naprawdę, teraz pewnie obrzucałaby mnie paroma tonami węgla i popiołu.
- La Befana vien di notte, con le scarpe tutte rotte... - nucę pod nosem początek jednej z rymowanek, których uczono nas kiedyś w szkole. Nie pamiętam już reszty słów.
- Zrobiło się klimatycznie - odzywa się znów spiker, kiedy piosenka ustaje. - A teraz na poważnie, lepiej zostańcie w domach. Jest niebezpiecznie.
- No jasne - prycham.
Gdybym był rozsądniejszy, siedziałbym teraz w fotelu ze szklanką whisky albo Aperolu. Ale ambicje zawsze miałem wygórowane, choć startowałem od zera.
Wszystko, co udało mi się osiągnąć, wypracowałem sobie sam. W końcu stałem się prawą ręką dona włoskiej mafii. I capo zarządzającym rejonem Apulia. Mówiąc nieskromnie, całkiem nieźle sobie radzę. Od kiedy kupiłem porsche, ludzie w mieście zaczęli zwracać na mnie podwójną uwagę. I tworzyć głupie plotki. Pieprzyć ludzi i ich gadkę. Zawsze wiedzą lepiej i zawsze będą szukali czegoś, do czego mogliby się doczepić. Im bardziej nieszczęśliwi, tym więcej chrzanią. Nazywam się Franco Meli i znam swoją wartość. Nie potrzebuję uznania wśród tych, którzy nie mają dla mnie żadnego znaczenia.
Kiedy wchodzę w zakręt, a tuż przy drodze wyrastają drzewa, naciskam na hamulec. Wóz zwalnia do dziesięciu kilometrów na godzinę. Ledwo się wlecze. To jakaś kpina. Nie ma tutaj żadnego oświetlenia. Rozglądam się na boki, bo nie pierwszy raz wyszedłby mi tutaj przed maskę jakiś dzik. Żyją w tych rejonach od lat. Naprawdę jeszcze tylko tego mi brakuje, by na koniec dnia jakiś nieogarnięty zwierz porysował mi karoserię.
Podnoszę leżący na fotelu pasażera telefon i zerkam na godzinę. Dwudziesta pierwsza dwadzieścia. I zero kresek sieci. Zero! Pogoda potrafi nieźle nas urządzić. Wystarczy jeden jej kaprys i cały cywilizowany świat trafia szlag.
A ja jestem wygodnicki i przyzwyczaiłem się do tych wszystkich elektronicznych gadżetów. Życie bez mikrofalówki, czajnika, lodówki, nie wspominając już o konsoli do gier, byłoby zdecydowanie trudniejsze.
Odkładam telefon na bok i wyjeżdżając z niewielkiego lasku, wyłączam "długie". I tak niewiele pomagają. Z minuty na minutę zaczyna sypać coraz mocniej, a ludzie naprawdę wzięli sobie do serca wskazówki o pozostaniu w domach. Od dłuższego czasu nie minąłem ani jednego auta.
Rewelacja. Jestem naprawdę wkurzony i porządnie zestresowany. Jazda w takich warunkach męczy mnie bardziej niż przesłuchania urządzane w podziemiach.
Ale, przy tej pogodzie, zostało mi jakieś dziesięć minut drogi i też będę w domu. W tym momencie nie marzę o niczym innym, tylko o długim prysznicu i jakimś dobrym filmie. Dawno niczego nie oglądałem. Ta myśl determinuje mnie do dalszej jazdy.
Co jest?
Wytężam wzrok, mijając znajdujący się po lewej stronie przystanek autobusowy.
Widzę tam coś... albo raczej kogoś... Wychodzi na to, że nie jestem jedynym szaleńcem, który wyruszył w drogę w taką zawieruchę.
Ciemna postać na przystanku przyciąga moją uwagę. Podróż autem nie była mądrym pomysłem, ale wyczekiwanie teraz na autobus to już absurd. To raczej oczywiste, że w taką pogodę żaden tutaj nie dotrze. Zresztą, o ile się nie mylę, ten przystanek jest już chyba nieaktywny. Sądząc po jego wyglądzie, mam rację. Wydaje się totalnie zdezelowany i nie zauważyłem na nim rozkładówki.
Ma va'. Bez jaj. Chyba kogoś nieźle pogrzało.
Może to jakiś menel.
Ten ktoś podpiera się o jedną ze ścian przystanku. Pewnie ma problemy z równowagą, co tylko potwierdza moją hipotezę. Jadę dalej, choć mam nieodparte wrażenie, że postać macha w moim kierunku.
Olać to. Nie moja sprawa. Jeśli ktoś używa tylko fragmentu swojego mózgu, niech cierpi. Ja dobrodusznie go podwiozę, a on zeszcza mi się w aucie. Albo zrzyga. Już nie wiem, co byłoby gorsze. Nie ma się nad czym zastanawiać. Jadę dalej.
- Jak spędziliście sylwestra? Nie wiem, czy słyszeliście, ale w jednej z restauracji w Bari odbyła się naprawdę wybuchowa impreza... Otóż... - Głos dochodzący z radia przycina się. Potem słychać tylko szumy, aż w końcu sygnał znika na dobre.
Czuję niepokój. Myślę o człowieku stojącym na przystanku.
Wiedziałem, że tak będzie.
- Cazzo! Kurwa! - Uderzam ręką w kierownicę i zjeżdżam na bok, bo pieprzone wyrzuty sumienia dręczyłyby mnie pewnie przez cały wieczór.
Zawracam na środku drogi, wykonując manewr, który mógłby mnie kosztować nie tylko solidny mandat. Przy takiej widoczności ryzykuję kolizją, i to stuprocentowo z mojej winy. Jednak mało prawdopodobne, by ktoś teraz nadjechał. Chwalę się w myślach za to, że ostatecznie zdecydowałem się na carrerę z napędem na cztery koła. Auto zrywa się z miejsca, kiedy szczęśliwie udaje mi zawrócić. Opony ślizgają się po nawierzchni, ale ostatecznie dają radę. Ściągam nogę z gazu, uświadamiając sobie, że trochę mnie poniosło. Toczę się więc do przystanku. Przez moment przechodzi mi przez głowę myśl, czy to nie były tylko omamy. Wyobraźnia naprawdę zmęczonej głowy. Może to wcale nie był człowiek? W końcu warunki naprawdę nie sprzyjają widoczności.
Kiedy jednak jestem dostatecznie blisko, widzę wyraźnie, że ktoś nadal tam stoi. Teraz nie mam już żadnych wątpliwości - ani wzrok, ani umysł mnie nie zawiodły.
Zatrzymuję auto, zaciągam hamulec ręczny i nie gasząc silnika, wysiadam na zewnątrz. Powiew lodowatego powietrza uderza mnie prosto w twarz. Zapinam cienką kurtkę. Światło samochodowych reflektorów oświetla mi drogę.
Pierwszym, co dociera do moich uszu, jest jęk. Przerażający.
Jestem już blisko, a mimo to jeszcze przyspieszam kroku. Muszę uważać, żeby nie wywinąć tutaj orła i nie połamać gnatów.
Postać stojąca na przystanku to bez dwóch zdań kobieta. Pochylona, ubrana w rozpięty płaszcz i czapkę, spod której wyłania się gęstwina ciemnych włosów. Nie widzę jej twarzy, bo patrzy w dół. Ale sprawia wrażenie, jakby była obłąkana.
I ten jej lament. Santo Cielo. Boże. Mam ciarki na rękach.
- Czy coś się stało? - pytam ostrożnie, zaznaczając swoją obecność.
Kobieta znowu jęczy, obejmując jedną ręką swój ogromny brzuch.
Zerkam w dół, na ogromną plamę pokrywającą nogawki jej spodni. Są kompletnie przemoczone. Łapię się za głowę, próbując zacząć logicznie myśleć, choć przyznaję, że przychodzi mi to z trudem.
Ona jest w ciąży.
To nie ulega żadnej wątpliwości. Nawet gdyby porządnie się przejadła, nie wyglądałaby w ten sposób. Ale to niestety nie jest jedyny problem.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie zaczęła rodzić.
- Niech mi pan pomoże. Ti prego - kwili, podnosząc na mnie wzrok.
A ja nie wiem, jak się za to wszystko zabrać. Mam sucho w gardle i czuję totalną bezradność. Łapię ją pod ramię.
- Proszę iść ze mną. Zaraz zadzwonię po pogotowie. - Opieram jej ciężar na swoim ramieniu, chociaż nie bardzo chce ze mną współpracować i tylko zwisa bezwładnie. Dobrze, że poza ciążowym brzuchem jest całkiem szczupła.
Nie wiem, jak z nią postępować, żeby nie wyrządzić jej żadnej krzywdy. Łapię ją za drugi bok, starając się omijać dłonią brzuch, by nie wywierać na niego nacisku. Już dawno nie waliło mi tak serce. Dosłownie ściska mnie w klatce.
Kobieta znowu jęczy.
- Aaaa! - krzyczy niespodziewanie, zatrzymuje się i pochyla do przodu. Prawie wyślizguje mi się z rąk.
Jestem przerażony. Mogła mnie jakoś ostrzec, że zamierza tak zrobić.
- Krwawię - dyszy. - Chyba nie jest dobrze.
- Spokojnie. Nie jest źle - paplę od rzeczy. Próbuję ją jakoś wesprzeć, choć sam potrzebuję w tym momencie kogoś, kto pomógłby mi się ogarnąć. I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą jechałem do swojego domu z wizją rychłego zakończenia tego paskudnego dnia. - Jesteśmy już przy samochodzie. Zaraz zadzwonię po karetkę - obwieszczam głosem, którego sam nie rozpoznaję. Już dawno nic nie doprowadziło mnie do takiego stanu.
Próbuję się skupić. Zacząć logicznie myśleć. Przecież przy tej pogodzie pogotowie dotrze tutaj w najlepszym wypadku za pół godziny. Drugie tyle pojadą z powrotem. Zerkam na wijącą się kobietę. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, jak bardzo cierpi. Całe jej ciało manifestuje ból. Nie pamiętam, czy przeżyłem kiedyś coś, co wywarłoby na mnie takie wrażenie. A przecież widziałem już setki pieprzonych egzekucji. Dannazione! Szlag by to trafił. Kombinuj, Franco, kombinuj!
- Albo panią zawiozę. - Jest szansa, że tak będzie szybciej. I tak musiałbym zaproponować jej wejście do auta. Przecież nie będziemy sterczeć na zewnątrz w taką śnieżycę. Przez chwilę zastanawiam się, jak będzie wyglądać moja tapicerka po tym, jak rodząca na niej usiądzie, ale to szybko przestaje mieć znaczenie.
Otwieram tylne drzwi, zdejmuję z siebie kurtkę i rozkładam ją na fotelach. Przytrzymuję nieznajomą, pomagając jej wejść do środka. Wciąż jęczy, ściskając mnie przy tym tak, że prawie miażdży mi dłoń. Schylam się, by dźwignąć jej nogi, których sama nie jest w stanie podnieść nawet na wysokość progu. Kładzie się na siedzeniach, odchylając głowę do tyłu. Dopiero kiedy zamykam drzwi, zauważam, jak bardzo trzęsą mi się palce. I to wcale nie z zimna.
Jasna cholera. Przeczesuję ręką krótko przycięte włosy, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem bezsilny.
Wizja pokonania półgodzinnej trasy w takich warunkach i z rodzącą kobietą na tylnej kanapie, nie napawa mnie optymizmem. Wciągam powietrze i wsiadam za kierownicę. Zastanawiam się tylko nad jednym. Gdzie, do cholery, jest w tym momencie jej partner? Gdzie jest jej rodzina? Dziewczyna potrzebuje natychmiastowej pomocy, tymczasem została kompletnie sama i szukała ratunku w miejscu dalekim od jakichkolwiek zabudowań. Na co ona liczyła? Całe szczęście dla niej, że tędy przejeżdżałem. I całe nieszczęście dla mnie.
Podnoszę telefon z fotela pasażera, ale rozświetlający się ekran tylko przypomina mi o tym, że nie ma tu sieci. Mimo to wybieram 112, bo przecież połączenia alarmowe rządzą się swoimi prawami. Może uda mi się jakoś dodzwonić. W słuchawce nie słychać jednak żadnego sygnału.
Zaraz zwariuję. Zwalniam hamulec ręczny i ruszam, choć w stanie takiego ogłupienia zdecydowanie nie powinienem prowadzić. Nie mam wyjścia. Choć potrafię poważnie nagiąć granice swojego komfortu psychicznego, ta sytuacja sprawia, że zupełnie tracę kontrolę nad emocjami. Nie jestem przyzwyczajony do widoku cierpiącej kobiety. Tego w moim świecie po prostu nie ma.
Chrząkam nerwowo, mając ochotę na czymś się wyżyć. Moje samopoczucie nie ma teraz jednak większego znaczenia. Ściskam drążek z biegami, jakbym zaraz miał go zmiażdżyć.
- Błagam pana, tylko nie do Vieste - wydusza z siebie kobieta pomiędzy kolejnymi jękami, a jej prośba na moment zwala mnie z nóg. - Gdzieś dalej. Ti prego. Proszę...
Zdejmuję nogę z gazu i na parę sekund odwracam się do tyłu.
- Słucham? - pytam zdębiały. Jak to nie do Vieste? - Przecież tam znajduje się najbliższy szpital. Chyba sama pani widzi, że nie mamy czasu na takie wybrzydzanie. - Jej słowa momentalnie doprowadzają mnie do stanu, kiedy staję się nieprzyjemny.
Kobieta marszczy czoło, a w jej niebieskich oczach nie widzę nic oprócz przerażenia. Rozumiem, że dzisiaj ludzie mają prawo decydowania o tym, w którym szpitalu chcą się znaleźć. Ale tutaj chyba nie ma innego wyjścia. Jeśli nie ruszymy do Vieste, za chwilę możemy utknąć w miejscu i w ogóle nigdzie nie dojedziemy. Zresztą z tego, co zauważyłem, odwiedzając kiedyś na oddziale żonę dona, Sofię, opieka w tym szpitalu jest na całkiem dobrym poziomie.
Wygodnisia. Jestem poirytowany. Już mam zamiar jej wygarnąć, że powinna się cieszyć, bo przecież ratuję jej dupę, choć to zdecydowanie nie należy do moich obowiązków, ale właśnie wtedy zaczyna coś mówić.
- On... On... - powtarza. Znowu zaczyna dyszeć.
Patrzę w lusterko i widzę, że mocno zaciska oczy. Jej krzyk wypełnia wnętrze samochodu. Nieznajoma bezwładnie uderza głową o siedzenie. Jakby faktycznie była opętana. Co jest grane? Santo Cielo. Boże, w co ja się wpakowałem? Przyspieszam, choć w takich warunkach to niezbyt rozsądne. Mam jednak nieodparte wrażenie, że zwyczajnie możemy nie zdążyć. Nie znam się na akcjach porodowych. Cholera. Z kobietą w ciąży miałem do czynienia tylko wtedy, kiedy odwiedzałem dona Fabia i jego ukochaną. Nie zyskałem jednak dzięki temu jakiejś niezbędnej i praktycznej wiedzy.
Na moment nastaje cisza, o ile można to tak nazwać. Kobieta wciąż głośno dyszy.
- On nas zabije. Mnie i dziecko - kończy na jednym wydechu, jakby się bała, że za moment znowu zabraknie jej sił.
- O czym pani mówi? Cazzo! Czy to jakiś kiepski żart? - wybucham. Wiem, że nie powinienem tego robić, bo moja złość i tak w niczym nie pomoże. Szybko zaczynam tego żałować, bo to przecież nie czas na kłótnie. Ani ona, ani ja nie czujemy się w tej sytuacji komfortowo.
Patrzę w boczne lusterka. Nikt za nami nie jedzie.
On nas zabije. O kim ona gada?
Niech ten cyrk jak najprędzej się skończy.
- Przepraszam. - Kobieta zaczyna wyć z bólu. Wypowiedzenie tego słowa przychodzi jej z trudem i wcale nie chodzi tutaj o urażoną dumę. - Przepraszam, że pana w to wpakowałam - łka.
Przełykam ślinę.
Sam się wpakowałem. Na własne życzenie. Mogłem nie zawracać.
Daremne gadanie. Trudno, mleko się rozlało. Przecież jej tutaj nie wysadzę.
Zwalniam i odwracam się, by na nią zerknąć. Zauważam, że zdjęła czapkę. Spod długich, opadających jej na twarz włosów widać delikatne rysy. Po jej policzkach płyną łzy. Czuję kolejny ucisk w klatce piersiowej. Boli. Może to zawał? Szczerze powiedziawszy, już chyba nic nie będzie w stanie mnie zdziwić.
Nie wiem, kim jest i w co się wpakowała. Nie mój biznes, więc nie zamierzam w to wnikać. Może w bólu opowiada jakieś brednie. Cierpienie sprawia, że ma urojenia. Szlag by to trafił. A może najzwyczajniej w świecie to jakaś wariatka. Któż o zdrowych zmysłach przychodzi na nieaktywny przystanek autobusowy w takim stanie? Jeśli faktycznie nie mogła poprosić o pomoc żadnej bliskiej osoby, może powinna zadzwonić po taksówkę.
Kontynuuję jazdę, bo nie pozostało mi nic innego. Musimy jak najprędzej znaleźć się w szpitalu. W Vieste. Nie zdążymy dotrzeć nigdzie indziej. Nie, kiedy za okiem nie widać prawie nic, a drogi z minuty na minutę stają się coraz mniej przejezdne.
- Ojciec mojej córeczki to zły człowiek. Bardzo zły - mówi sama od siebie, bardzo słabym głosem, mało wyraźnie.
Po raz kolejny zerkam w lusterko. Zastanawiam się, czy coś mi się nie przesłyszało.
Dopiero teraz zrozumiała, że jest zły? Nie myślała o tym, kiedy kładła się z nim do łóżka? Próbuję ugryźć się w język, zanim powiem coś, co niekoniecznie będzie na miejscu. Zerkam na swoje ręce i dopiero teraz zauważam na nich plamy krwi. Jej krwi. Ten widok akurat nie robi na mnie wrażenia. Przez lata zdążyłem do niego przywyknąć.
Z tylnej kanapy rozlega się kolejny przerażający wrzask. Odwracam się i widzę, że nieznajoma zwija się w kłębek, jakby właśnie była w cholernej agonii.
- Nie dam rady! - krzyczy z pełnym przekonaniem. - Nie wytrzymam dłużej! Dziecko zaraz się urodzi. - Wydaje z siebie nieludzki odgłos.
Zamieram. Zjeżdżam na pobocze. Biorę do ręki telefon, zaciągam hamulec i wysiadam z auta. Trzaskam drzwiami i zmierzam prosto na tyły mojego porsche.