Mroczniało w pokoju.
Janta chodził bezustannie wzdłuż niego, tam i z powrotem, czasem
odsłaniał kotarę od przyległego pokoju, ale i tam miał za mało
miejsca, błądził po korytarzach, znowu powracał, otwierał
bezmyślnie szafę z książkami i znowu ją zamykał: obrzydły mu
książki, dosyć się już ich naczytał - zresztą nie miał czasu na
czytanie, bo teraz całkiem o czem innem musiał myśleć. Gdyby jeszcze miał Polę przy sobie, możeby było mu się łatwiej
uspokoić, ale Pola - spojrzał na zegarek - chciał jej ciężki wyrzut
zrobić, że tak długo go samego pozostawiła, ale musiał być
sprawiedliwym: godzina jeszcze nie minęła, jak wyszła. Zaledwie godzina, a to przykre sam na sam, wiecznością mu się
wydawało. Przystanął przy oknie: Deszcz padał - już drugi dzień deszcz padał. Na wyciągniętych deszczu strunach łkała i zawodziła ciężka jego
tęsknota za krajem, za własną jego ziemią, którą już chyba
bezpowrotnie był utracił. Przytulił czoło do szyb okna i patrzył. Umyślnie wynajął sobie mieszkanie z dalekim widokiem na ogrody, w
których teraz kwitły najróżnorodniejsze kwiaty w długich rzędach
lub na ogromnych klombach - przy ziemi na zagonach przykucnęło
różnorakie warzywo, a z boku ciągnęła się szkółka młodych,
szlachetnych drzewek - umyślnie tu zamieszkał, by choć kilkaset
metrów otwartej przestrzeni przypominały mu dawniejszy jego
rozległy park, pola jego i łąki i przestronny ogród z drugiej
strony jego dworu: wciąż jeszcze "jego", choć już dawno przez
obcych był zamieszkały - ale tu właśnie rozogniły się rany w jego
duszy, a tęsknota za jego ziemią tak nadmiernie wybujała, że nijako
żadnej rady sobie znaleść nie mógł. A oczy jego wybiegały wzdłuż długiego kanału, obsadzonego z obu
stron odwiecznemi lipami i gdyby nie woda, byłby to
najwidoczniejszy obraz dojazdu od głównej drogi w bok do jego dworu
- a tam dalej, gdzie widniał wśród pokracznie pogiętych i
pokurczonych drzew owocowych czerwony dach podmiejskiej oberży, tam
stała przecież w jego wsi przydrożna karczma. Nie! tu już dłużej pozostać nie mógł! Tu mu tęsknota zbyt silnie
dogryzała, parzyła mu mózg maniackim nawrotem ku własnej jego
ziemi, skręcała jego serce dniem i nocą wiercącym wyrzutem, a przed
duszą jego wyczarowywała jego własną ziemię, rozścielała mamiące
obrazy tego, co bezpowrotnie utracił, do czego już wrócić nie mógł. Chyba żaden syn marnotrawny nie uginał się pod ciężarem tak
miażdżących wyrzutów, żaden nie rwał się tak żrącą tęsknotą do domu
ojca swego, jak on do tej ziemi, którą bezmyślnie stracił! Och! Gdyby tylko Pola rychło wróciła! Łzy deszczu żłobiły na szybach jednostajne rowki i ściekały powoli
w dół, a i dusza jego się rozpłakała tą mroczną, szlochającą
godziną, a nad aleją lipową głębiej i głębiej staczało się niebo
szaremi kłębami deszczowych chmur. Rozpędzał drapieżne ptactwo myśli i wspomnień na wszystkie strony,
ale na nic: bezustannie wracało z większem i śmielszem jeszcze
natręctwem, a w którąkolwiek stronę się zwracał, by się ukryć,
natrafiał na nieprzebyte trudności, przeszkody, druty kolczaste,
głębokie wyboje i rowy i wilcze doły, w które ustawicznie wpadał i
zaledwie w najcięższym znoju i trudzie wciąż na nowo z nich się
wydobywał. Starał się iść śladem wspomnień dzieciństwa, dla innych świetlana
droga, ale właśnie na tej drodze czekały go najprzykrzejsze
zasadzki. Pomnął te swoje lata dziecinne w starym dworze, w którym
niepodzielne rządy sprawował surowy patryarcha, despotyczny starzec
- ojciec jego. Bał się go, z lękliwem drżeniem całował jego rękę co
rana i co wieczór i bała się go żona, matka jego, którą pamiętał
bezustannie zapłakaną, wystraszoną, lękliwą, wysilającą się, by
łagodzić burzę, jaka ustawicznie w duszy starca wrzała. A starzec tłumił swoją surową powagą wszelki wybuch wesołości,
karał bez opamiętania najgłupsze wybryki dziecięcej swawoli i
pustoty, uciekał przed ojcem i krył się po kątach, a w ziemię
pragnąłby się zakopać, gdy przyszły na niego godziny, dnie całe
gniewnego, chorego rozstroju. Janta zatrząsł się na wspomnienie tych nieszczęsnych lat swego
dzieciństwa: z zazdrością przypatrywał się z za parkanu,
okalającego park, swobodnym, rozbrykanym zabawom dzieci wiejskich,
rwał się z dławiącem pragnieniem, by się do ich zabaw wmieszać i
razem z tem chamskiem pokoleniem harcować po drogach i polach,
popędzić razem na łąkę i perz palić, albo w suchych łąkach piec
kartofle, zbierać z niem razem kłosy na zżętem polu, wiercić tunele
w mendlach snopów żytnich, uwieszać się przy drabiastych wozach, na
których żniwo do stodół zwożono, piąć się na wysokie stogi zboża -
pogonić do lasu, zaglądać do gniazd ptasich, albo skradać się za
wiewiórką, przypatrywać się pracy dzięcioła, albo też zaszyć się w
gęstem sitowiu poza jeziorem i na wędkę ryby łowić, ale jemu nie
było nic wolno, a wszelkie zakusy swobody i wolności przepłacał tak
surową karą, że wszystkiego poniechał; włóczył się samotny, zły i
rozdrażniony po parku, a tak wylękniony, że nawet pod nieobecność
ojca trwożliwie się rozglądał, czy go nagle gdzie nie ujrzy, czy go
znowu najniespodziewaniej w świecie na swej drodze nie spotka, czy
nie otrzyma napomnienia, nie posłyszy przypowieści o niepotrzebnym
trutniu i nie zostanie zapędzony do książek, których nienawidził,
do tych wszystkich zajęć, które mu ponoć mózg kształcić miały, a do
których niewypowiedziany wstręt uczuwał. Pomnął starego guwernera, który widocznie był w zmowie z jego
ojcem, bo go na chwilę z oka nie spuszczał, śledził go, gderał
bezustannie, strofował, prawił od rana do nocy moralne nauki i
wciąż jeszcze nauki, bezdusznym, mechanicznym sposobem wkuwał w
mózg jego początki łaciny: chłopiec, który od ukochanej matki w mig
nauczył się języka francuskiego, okazał się nagle tępym i
niepojętnym nieukiem. I tak rósł w tej starczej, zgryźliwej, życia i młodości
nienawidzącej atmosferze - stał się w sobie zamknięty, przebiegły,
podejrzliwy, dojrzewał przedwcześnie, a w duszy jego jęły się
rozrastać najsprzeczniejsze instynkta, które się wzajem ścierały,
zaciekle z sobą walczyły, podstępnie się zmagały, by po
zdradzieckim rozejmie zacieklejszą jeszcze walkę wszcząć. Nie! Nie! Nie chciał o tem myśleć, a jednakoż wciąż musiał do tych
lat budzącej się wiosny - rozśmiał się gorzko - do tej swej wiosny
życia wracać. Słońce dopiekało w marcu, a w maju szron warzył
zieleń i kwiecie. Wtedy - tak! wtedy wyhodowało się w nim bujnie chyłkiem skradające
się tchórzostwo obok heroicznych porywów waryackiej odwagi,
wrodzoną czystość zniechlujał brudny cynizm, egzaltowanym wybuchom
uniesień i wniebowzięć towarzyszyło stale szyderstwo, kpina i
drwiny, wiarę jego mąciła płaska podejrzliwość, wzgardliwa
nieufność, a powagi pełna skromność, nieśmiałość i wstydliwość
myśli i uczuć deptał śmiesznym snobizmem, pyszałkowatą wyniosłością
i komedjaństwem pozy. I zapanowało w jego duszy chore, złośliwe pragnienie, robić sobie
i innym wszystko naprzekór, nicować wszystkie wartości, wywracać na
ręby nawet to, co dla niego samego było aksyomatem, nie zaniechać
niczego, coby go nie stawiało na krańcach przepaści. Wszystko
a rebours! Igrał w szkołach z profesorami, którym wpajał upornie to
przekonanie, że jest ostatnim nieukiem, a nagle ich olśniewał i
zdumiewał niezwykłą wiedzą i zdolnościami, igrał z życiem,
narażając się na największe niebezpieczeństwa wtedy właśnie, gdy je
był mógł z łatwością ominąć, przyjaźnił się i bratał z
współuczniami, którzy dla niego samego byli wstrętni i niechlujni -
właśnie dlatego, że wszyscy od nich stronili i nimi gardzili,
wyrzucał wprost na ulicę pieniądze i wszystko, co miał, właśnie
wtedy, gdy wiedział, że go nazajutrz oczekują najprzykrzejsze
sprawy z wierzycielami, zabawiał się w "wiecznego rewolucyonistę",
ale nie z instynktu, nie z musu, który czyni człowieka twórczym i
nowe wartości wytwarza, ale z dziecinnej fanfaronady: "
pour épater le bourgeois!" Och! jakim niesmakiem go teraz to wszystko napełniało! Patrzył na to swoje życie młodzieńcze, jak na coś całkiem mu
obcego, na coś, co chyba całkiem inny człowiek w nim przeżywał, a
nie on sam. Widział teraz dokładnie to bezustanne błąkanie się po
rozstajnych ścieżkach, taczanie się po błędnych manowcach,
wpoprzek, dookoła, na przełaj, patrzył na dziwaczne wpół-pijane,
wpół-nieprzytomne gzygzaki tej drogi, które w jakimś lunatycznym
transie odbywał i tego wszystkiego pojąć nie mógł - ale aż nadto
wyraźnie stawała mu przed oczyma smutna, a groteskowo śmieszna
rzeczywistość tych lat, które strawił w ciężkiej rozterce, w
ustawicznem oszałamianiu się, w bezmyślnem ogłuszaniu tego
wszystkiego, co było w nim najszlachetniejsze, a co napróżno
ratunku wołało. Ukazywała mu się wtedy w ciemnym, stęchłym labiryncie jego pamięci
jakaś wysoka, pyszna pani z papierosem w ustach, z kijem bilardowym
w ręku, kuszącymi, wyblakłemi oczyma, mdłym, nęcącym uśmiechem a
koło niej kilku czychających samców-wielbicieli, na razie
pokornych, usłużnych psów, którzy w głębokiem nabożeństwie
wyczekiwali, rychło-li na którego z nich kolej nie przyjdzie. A przecież tej pani, która nawet jego ojczystego języka nie znała,
pani, tak dla niego obcej, że na wszystko, co mówiła, co robiła,
miał tylko wzgardliwe wzruszenie ramion, dał swoje nazwisko,
przywiózł ją do siedziby swych ojców i praojców - na co? po co?
Cóżby to było?! Dla jakiegoś dziecinnego - nie! głupio-snobicznego
a rebours, bo przecież doskonale znał całą jej przeszłość? Myślał zimno i natężenie, jak gdyby jakąś zawiłą zagadkę chciał
rozwiązać. Czasami zdawało mu się, iż działał w jakimś mrocznym stanie, w
którym człowiek całkiem nie jest odpowiedzialny za to, co czyni -
czytał kiedyś o kimś, który po kilku tygodniach oprzytomniał aż
gdzieś w Kalkucie i żadną miarą nie zdołał pojąć, jak się tam
dostał - czasami myślał z głębokim wstydem, że może uległ
dziecinnej, niedojrzałej sugestyi, która się każe biednym studentom
rujnować doszczętnie dla jakiejś okrzyczanej i osławionej subretki,
czasami posądzał się o prostą, samczą próżność, by w
współzawodnictwie z tylu innymi ubiedz ich w tym wyścigu i -
coute que coute - chociażby kosztem wstydu i wstrętu
zwyciężyć... nad miarę przykrą była mu myśl, że chcąc chełpić się
zwycięstwem, sam się wplątał w jej sieci i został zdobyty... a może
- może nawet padł ofiarą złudzenia - może spodziewał się tam głębi,
gdzie była tylko mielizna, może starał się przeczuwać moc miłości w
duszy, która była doszczętnie spopielona - nie! głupstwo! tak
płytka dusza, spopielić się nie może - może starał się rozpacznie
widzieć tam przepiękny kwiat, gdzie brudne, szaropopielate kwiecie
blekotu za opłotkami życia więdło - ale, im skrupulatniej swoje
sumienie roztrząsał, im skrzętniej rozgrzebywał śmietnisko swego
życia, wszystko znajdował, ale ani odrobiny miłości. To jedno tylko wiedział, że tej obcej pani nie kochał - mógł
odczuwać niesmak, wstręt, obrzydzenie - ale niepotrzebował zgrzytać
zębami, że miłość jego została zawiedzioną, bo nie było w nim
miłości, raczej cyniczne poczucie zawodu, że nie zdołał w zimnej i
oschłej duszy kobiety miłości rozpalić, jakby żadnym cudem nie
zdołał tego dokonać w pierwszej lepszej, którąby na targowisku
samczej chuci tańszym kosztem mógł sobie kupić. Samcza próżność, że on jeden - zwycięzca w tym głupim pościgu z
kilkoma samcami naraz - jeszcze ten ostatni rekord weźmie! Napróżno eksperymentował, trzeba było machnąć ręką i teraz zdawał
sobie jak najdokładniej sprawę, że w całem tem kilkoletniem
współżyciu w jednej klatce z tą w śmiesznym wyścigu zdobytą
zamorską panią, nie przeżył nic, coby nie było spełzło po naskórku
jego duszy, gdyby kropla wody po gładkiej tafli marmurowej... nic,
nic nie pozostało z tych kilku lat ciężkiego wstydu, że kobieta,
którą już żoną nazywać musiał, była już z rąk do rąk przechodziła,
a który to wstyd pokrywał szarmancką hypokryzyą, że o niczem nic
nie wiedział, ani nie wie, a, aby rolę swoją do końca doprowadzić,
i równocześnie nie zmarnieć, jak ów histryon, który wykrzykiwał;
qualis artifex pereo! udawał, co go zresztą nic nie kosztowało,
niezłomną wiarę w wierność i stałość swej małżonki - a, aby pokryć
tą ziejącą pustkę w sobie, sławił, dławiąc się od wewnętrznego,
kpiącego śmiechu, z zapałem i szczerą emfazą jej niesłychaną
piękność, jej nadzwyczajne talenta, niemiał dość
najprzesadniejszych słów gorącego uwielbienia, najwyszukańszych
porównań, w któreby jej nie był przystrajał, gdyby w pychę
egzotycznych kwiatów. Głębiej i sumienniej zapatrzył się w siebie: Istotnie nic nie pozostało z tych kilku lat pożycia, pełnego
ironicznego podstawiania nogi, przez którą arcymądry, o wszystkiem
wyrokujący mózg jego przez baranów-wielbicieli podziwianej pani
bezustannie najpocieszniejsze koziołki wywracał, dawno puścił w
niepamięć lata, pełne niesmaku nad szyderczo-grzecznem,
niesłuchającem słuchaniu płytkiego rozumowania, przeżuwania obcych
myli, wyławiania jego własnych słów i wykoszlawiania ich
znaczenia...
----------
Słońce już zaszło. W niebo poobciągane ciężkiemi
chmurami deszczowemi wcinały się tu i ówdzie cieniuteńkie kliny
purpury gasnącego światła, a coraz gęstszy zmrok zalegał szeroką
przestrzeń przeciwległego ogrodu. Pola! zawołało w nim coś drżącą miłością i
spragnionem oczekiwaniem: kiedy nadejdzie? I w tej samej chwili przerzuciła się pamięć jego
do onej błogosławionej chwili, w której z najgłębszą rozkoszą
wyzwolenia ujrzał się sam, bo to "nieświadome dziecko" - roześmiał
się sucho - tę przemądrą panią, którą wskutek śmiesznego
wyścigowego rekordu był zmuszon żoną nazywać, uniósł jakiś młody, a
piękny sokół w swoje niedostępne grodzisko. Uzyskał wolność - klatka była na oścież otwarta! Och, jak wtedy głęboko odetchnął w rozkosznem
wyzwoleniu, jak dusza mu się rozrastała poczuciem nowej, nieznanej
dotąd mocy, jaką się w nim wszystko w nowem życiu odradzało! Ta pustynna gleba, leżąca odłogiem i ugorem,
porosła ostami i zielskiem, rozkwietniła się niesłychanem bogactwem
przebogatego kwiecia, a z jego krwi, z jego tęsknot,
najkosztowniejszych snów i szlachetnego skarbca jego duszy, który
dotąd w ukrytych jej głębinach spoczywał, wykwitł nagle wspaniały a
tajemniczy kwiat paprociany miłości - tak! teraz poznał moc i
świętość miłości - do tej, którą teraz z dumą i szczęściem swą żoną
nazywał: Pola! Z jaką rozkoszą pławił się w wspomnieniach onego
miłościwego pierwszego roku, który na swej ziemi spędzili. To jego święte zdumienie, gdy po raz pierwszy
poznał miłość! Ta niewysłowiona radość i pokora, z jaką przyjął z
rąk Poli jej bezgranicznie oddane, czyste, gorące serce! I wstyd,
że wzamian za tą ofiarę niepokalanej czystości nie miał dość
dostojnego daru, którymby się mógł wywdzięczyć! Coby tylko mógł
zrobić, wydało mu się zbyt marnem i biednem, by módz swą
wdzięczność wypowiedzieć... Raz wreszcie poznał tą wielką łaskę, że kocha i
jest kochanym. Nie miał wrażenia przynależności, bo z Polą razem
uczuł się nierozerwalną Jednią, zatracił poczucie jakiegoś
odrębnego, indywidualnego bytu: tak doszczętnie zlały się ich dusze
z sobą. I mówić z sobą nie potrzebowali, bo w ich
milczeniu nie było myśli, któreby się wzajem nie łączyły: mówili
dotknięciem, spojrzeniem, a jednym ruchem wyrażali to, czegoby
sobie w długiej rozmowie powiedzieć nie mogli. Wszystkie brudy i męty jego życia zlały się w
jakiś przepastny lej zapomnienia - blaskiem szczęścia ozłocił mu
się świat cały. Wszystko mu się w oczach jego przeinaczyło. Ten park, z którym go wiązały najprzykrzejsze
wspomnienia dzieciństwa, gdy się w nim krył przed srogim gniewem
swego ojca, a potem nogą w nim nie postał z cynicznej dyskrecyi, by
przypadkowo nie zamącić czułego
tete-a-tete tej tam - splunął - z jakimś wielbicielem,
teraz dopiero ukazał mu się w całej swej piękności. Drzewa mu nagle ożyły, zdawały się brać udział w
ich szczęściu i miłości, coraz szerzej rozpinały swoje gałęzie,
gdyby radośnie błogosławiące ramiona - krzewy zdały się wysilać na
coraz to wspanialsze kwiecie, by oczy ich swem bogactwem uradować;
głębszą i bogatszą zielenią rozruniły się polanki, jakby ich do
spoczynku zapraszały, a nigdy jeszcze nie zapowiadały pola jego
bogatszego żniwa, jak onej błogosławionej wiosny, gdy wszystkie
ciężkie przeszkody zdołał przełamać, przezwyciężyć wszystkie
trudności, których mnóstwo na jego świętej drodze do szczęścia się
jeżyło i swoją Polę poślubił. I teraz siebie odnalazł. Przez Polę i w niej ukochał tę ziemię, którą znał
dotychczas z obrachunków, dostarczonych mu przez zarządcę, zszedł
ją z Polą w długich spacerach, jak daleko i szeroko mu przynależała
i każda miedza była mu drogą, którą razem wzdłuż pól przechodzili,
każda wierzba nad rowem, przecinającym, była mu kochanym i zażyłym
sąsiadem, a rząd starych topoli wzdłuż łąki wydawał mu się być
starą, wierną, przyboczną, gwardyą ich rozkosznego szczęścia. Czerwonem złotem łanów pszenicznych mieniły się
jej włosy, kryniczna czystość zdroju przezierała w jej oczach, a
członki jej, silne i giętkie, gdyby pręty wikliny nad brzegiem
rzeczki, która do poblizkiego jeziora wpadała. Przez nią i w niej odnalazł swoją ziemię. Słuchał jej głosu gdyby tajemniczego rozhoworu
odwiecznych drzew ich parku, wpatrywał się w jej sny, jak w
rozkołysane odbicia na lekko sfalowanej powierzchni jeziora
srebrnych topoli, rosnących tuż nad brzegiem, gdyby słoneczne
wzloty rajskiego ptactwa, świętymi miłości hymnami rozśpiewanego. Razem podpatrywali w lesie trzciny przyjeziornej
gnieżdżące się kuligi, śledzili jaskółki, jak budowały w futrach
stajen i obór misterne gniazda, wpatrywali się na polach w
niebopienne wzloty skowronków, umieli badać z ciekawem natężeniem
pracę mrówki i kłopotliwy wysiłek trzmiela, który nie mógł odnaleść
drogi do swej sadyby - a czasem i najczęściej trawili godziny całe,
leżąc przytuleni do siebie na bujnej murawie małego wzgórka tuż nad
brzegiem jeziora na cichej rozmowie, pełnej miłosnej słodyczy,
wpatrzeni w przejrzysty błękit nieba, w tajemną niebieskość szeroko
przed nimi rozesłanego jeziora, na którem słońce miliardy dyamentów
rozsypało. Stroił ją w gorące maki, zadumane bławaty,
tajemnicze róże wodne, otulał ją najkosztowniejszą przędzą swych
bogatych snów, rozniecił wokół niej święty ogień, a życie ich
stałoby się cudowną baśnią świętojańską, gdyby nie to, że raz poraz
słyszał złowrogie trzeszczenie dachu walącego się dworu, żałobny
postęk ziemi ojców i praojców, usuwającej się z pod nóg jego,
zawodzący pomruk sędziwych drzew parku: jeden bolesny a gorzki
wyrzut całej jego ojcowizny, że ją bezmyślnie zaprzepaścił. Wtedy zrywał się na ratunek, spędzał dnie całe i
bezsenne noce na obrachunkach, różnorodnych kombinacyach, naradach
z swoim zarządcą, pertraktacyach z bankami i lichwiarzami, wytężał
wszystkie siły, by ruinę powstrzymać, ale już za późno. Coś w nim zacharczało, a serce się skręciło, gdyby
je obca łapa w oprawczy uścisk ujęła. Kiedy to było? Aha!
----------
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.