Powrót posła - Julian Ursyn Niemcewicz

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Akt I

SCENA I.
JAKÓB i AGATKA.
Jakób (nakrywając stolik.)

Imość panna Agatka niech się trochę krząta, Już to będzie podobno godzina dziesiąta, Sniadanie czy gotowe?

Agatka.

Od samego ranka Kłócę się; zwarzyła się dwa razy śmietanka.

Jakób.

Żal mi ciebie Agatko... Jakże się masz, zdrowa?

Agatka.

Dziękuję ci: herbata i kawa gotowa, Lecz cóż, Imość śpi, pan się dopiero przebudził.

Jakób.

Pan Starosta ich wczoraj tak do późna nudził, Jak zaczął to o sejmie, to o wojnach bajać, Ze wszystkimi się sprzeczać, wszystkich kłócić, łajać, Gęba się nie zamknęła przez całą wieczerzę, Powywracał butelki, szklanki i talerze; Naostatek chociaż mu nikt nie odpowiadał, On jednak zapyrzony jak gadał tak gadał,

I dopiero jak postrzegł, że już wszyscy spali, Że świece gasły, przecież mrucząc wyszedł z sali, I na schodach dokończył ostatka swej mowy; Prawdziwyż to gaduła!

Agatka.

Potrzeba zajść w głowy Z takimi natrętami, czyli boska kara! Prawda, że się wybornie dobrała ta para, Bo i żona Starosty przednia w swym gatunku, Wszystkich znudziła, wzdycha w ustawnym frasunku, Zawsze narzeka; nie wiem co siedzi w tej głowie! Bóg dał piękny majątek, honory i zdrowie, A zawsze nieszczęśliwa, we dnie spać się kładzie, A całą noc się tłucze w dzikiej promenadzie; Płacze, patrzy na miesiąc, gada do obłoków, Wzywa jakichściś cieniów, jakichściś wyroków. Starosta się z nią żeniąc musiał być szalony, Ach co to za różnica od nieboszczki żony! Już teraz takich nie ma: to to pani rzadka, Co to za gospodyni, jaki dobra matka! Jak córkę swą kochała.

Jakób.

Pewnie, że dzisiejsza, Mniej od pierwszej rozsądna, lecz za to modniejsza, Byłaby z niej zrobiło pocieszne stworzenie.

(Słychać za sceną trąbkę myśliwską.)
Agatka.

Ale co to za hałas, co to za trąbienie?

Jakób.

To zapewne Szarmantcki wyjeżdża na łowy.

Agatka.

Ten sowizdrzał dom cały przewrócić gotowy, Co też on nie wyrabia! gada bez pamięci, Lata z kąta do kąta, wierci się i kręci, Każdą zaczepi; ja mu nie mogę darować, Wczoraj na schodach chciał mię gwałtem pocałować; Jam się od tej napaści jak mogła broniła, Nareszciem go ze złości za włosy chwyciła. Lecz śmiech mię jeszcze bierze, uciekł przelękniony; A w ręku mym się został warkocz przyprawiony, Chcesz? to ci podaruję tę zdobycz ogromną.

Jakób.

Nie chcę, ja mu kawałka tego nie zapomnę.

Agatka.

Nie wiem dla czego trzpiot ten u nas przesiaduje, Widzę, że Starościnie bardzo nadskakuje. I samemu Staroście; jeźli nie mylę się, To podobno zamyśla o pannie Teresie.

Jakób.

Kto? on? niechże Bóg broni: takowe zamęście, Przyniosłoby tej pannie ostatnie nieszczęście: Któżby ją znowu oddał trzpiotowi takiemu?

Agatka.

On jej nigdy nie godzien.

Jakób.

Dajmy pokój temu, Mówmy raczej o sobie: Agatko kochana!

Ja cię kocham, tyś do mnie trochę przywiązana, Znasz mię już od lat kilku; jestem państwu wierny, Pilny w swych powinnościach, a choć zbiorek mierny, To go pomnoży praca, staranie, a zatem Będzie człowiek szczęśliwym, będzie i bogatym: Prawda, że się w podległym stanie urodziłem, Zawsze jednak poczciwym, rządnym, wiernym byłem.

Agatka.

Nie łudziłam się nigdy chciwością majątku, Chcę słuchać mego serca, i mego rozsądku, Miałam znaczne dość partje; wszak wiesz z tej tu włości Starał się o mnie długo ów pan Podstarości, Człek hoży, mający się wcale należycie; Lecz jakiż los mię czekał, jakie smutne życie? Mieć męża, co z urzędu daje ludziom plagi, I na znak dostojeństwa, i silnej powagi, Widzieć nad mojem łóżkiem kańczuk zawieszony: Nie chcę, by kto od męża mego był dręczony. Nie przypadł mi do serca urząd ni osoba, Ten będzie moim mężem kto mi się podoba;

(bierze go pod brodę)

A tak wiesz, jeźli do mej ręki masz już prawo,

(oglądając się)

Państwo nadchodzi, czas już pospieszyć się z kawą,

Bądź zdrów.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.