Powrót Lwa - Nelson DeMille

-
Proszę czekać

1

Sie­dzę w su­vie che­vro­le­ta za­par­ko­wa­nym przy Trze­ciej Alei i cze­kam na cel, fa­ce­ta o na­zwi­sku Ko­me­ni We­enie, czy ja­koś tak. To Irań­czyk, któ­ry jest kimś w ro­dza­ju trze­cie­go za­stęp­cy am­ba­sa­do­ra Ira­nu przy ONZ. Do­kład­ne in­for­ma­cje na ten te­mat mogę prze­czy­tać w ra­por­cie, ale tyle pa­mię­tam bez spraw­dza­nia.

Je­śli cho­dzi o inne rze­czy, któ­re pa­mię­tam bez spraw­dza­nia, to na­zy­wam się John Co­rey i je­stem agen­tem Fe­de­ral­nej An­ty­ter­ro­ry­stycz­nej Gru­py Za­da­nio­wej - ATTF.

Kie­dyś by­łem de­tek­ty­wem w Wy­dzia­le Za­bójstw No­wo­jor­skiej Po­li­cji - NYPD, mu­sia­łem jed­nak odejść z po­wo­du in­wa­lidz­twa - pa­miąt­ka po ra­nie po­strza­ło­wej. Choć moja żona twier­dzi, że je­stem rów­nież mo­ral­nie upo­śle­dzo­ny. Za­czą­łem więc pra­co­wać jako agent kon­trak­to­wy dla fe­de­ral­nych, któ­rzy dys­po­nu­ją du­ży­mi pie­niędz­mi na wal­kę z ter­ro­ry­zmem, ale nie po­tra­fią ich wszyst­kich roz­sąd­nie wy­dać.

ATTF to tak na­praw­dę jed­nost­ka FBI. Pra­cu­ję więc w cen­trum, w biu­rze miesz­czą­cym się przy Fe­de­ral Pla­za 26, z ko­le­ga­mi z FBI, do któ­rych za­li­cza się tak­że moja żona. To cał­kiem nie­zła fu­cha, bywa na­wet in­te­re­su­ją­ca, choć służ­ba w jed­nost­kach rzą­do­wych - zwłasz­cza FBI - to spo­re wy­zwa­nie.

Sko­ro mowa o FBI i wy­zwa­niach, dziś moim kie­row­cą jest agent­ka spe­cjal­na Lisa Sims. Wła­śnie ukoń­czy­ła aka­de­mię FBI w Qu­an­ti­co i przy­je­cha­ła z East Whe­at­field, znaj­du­ją­cym się gdzieś w sta­nie Iowa, więc naj­wyż­sza bu­dow­la, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła w ży­ciu, to si­los zbo­żo­wy. Poza tym nie po­tra­fi pro­wa­dzić sa­mo­cho­du po uli­cach Man­hat­ta­nu, ale gar­nie się do na­uki. Dla­te­go sie­dzi na moim miej­scu.

- Jak dłu­go bę­dzie­my cze­kać na tego fa­ce­ta? - za­py­ta­ła pan­na Sims.

- Aż wyj­dzie z bu­dyn­ku.

- Ja­kie ma pla­ny?

- Je­ste­śmy tu po to, żeby się tego do­wie­dzieć.

- Cho­dzi mi o to, co na nie­go mamy? Dla­cze­go go ob­ser­wu­je­my?

- Spraw­dza­my, czy jego po­cho­dze­nie czy­ni z nie­go prze­stęp­cę.

Brak re­ak­cji.

Chcia­łem być ko­le­żeń­ski, więc do­da­łem:

- To irań­ski ofi­cer służb spe­cjal­nych dzia­ła­ją­cy pod przy­kryw­ką, pra­cu­je jako dy­plo­ma­ta. Mamy in­for­ma­cje, że od trzy­na­stej za­re­zer­wo­wał sa­mo­chód z kie­row­cą. To wszyst­ko, co wie­my.

- Ro­zu­miem.

Lisa Sims wy­glą­da­ła na by­strą i wie­dzia­ła, kie­dy nie na­le­ży za­da­wać wię­cej py­tań. To była ta chwi­la. Była też atrak­cyj­ną mło­dą ko­bie­tą. Na tę ak­cję ubra­ła się dość swo­bod­nie w dżin­sy, spor­to­we buty i li­mo­no­wy T-shirt, któ­ry le­d­wie za­kry­wał pi­sto­let glock ka­li­ber czter­dzie­ści, spo­czy­wa­ją­cy w ka­bu­rze typu mo­tyl. Ja też mia­łem na so­bie buty spor­to­we - nig­dy nie wia­do­mo, kie­dy trze­ba bę­dzie biec sprin­tem - dżin­sy, czar­ny T-shirt i nie­bie­ską, spor­to­wą kurt­kę, pod któ­rą mia­łem pi­sto­let glock ka­li­ber dzie­więć, ra­dio, kie­szon­ko­wy grze­bień i mię­tów­ki. To lep­sze roz­wią­za­nie niż te sto­so­wa­ne przez agent­kę Sims, czy­li no­sze­nie to­reb­ki.

W każ­dym ra­zie był ład­ny, ma­jo­wy dzień. Wiel­ki, zdo­bio­ny ze­gar po dru­giej stro­nie uli­cy wy­bił pięt­na­stą sie­dem­na­ście. Cze­ka­li­śmy na tego typa już od dwóch go­dzin.

Am­ba­sa­da Ira­nu przy ONZ mie­ści się na wyż­szych kon­dy­gna­cjach trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­pię­tro­we­go biu­row­ca przy Trze­ciej Alei, mię­dzy 40. i 41. uli­cą. Po­nie­waż na Man­hat­ta­nie znaj­du­je się sie­dzi­ba ONZ, ta więc dziel­ni­ca to za­głę­bie po­nad stu za­gra­nicz­nych am­ba­sad, kon­su­la­tów i sie­dzib róż­nych or­ga­ni­za­cji, a nie ze wszyst­ki­mi z tych kra­jów się kum­plu­je­my. Wie­lu kiep­skich ak­to­rów uda­je tu dy­plo­ma­tów, a my mu­si­my ich ob­ser­wo­wać, co jest upier­dli­we. Po­win­ni prze­nieść sie­dzi­bę ONZ do Iowa. Nie będę jed­nak na­rze­kać - prze­cież ob­ser­wo­wa­niem zło­czyń­ców za­ra­biam na chleb.

Dziś ja do­wo­dzi­łem na­szym ze­spo­łem, a to gwa­ran­tu­je suk­ces. W ak­cji bra­li tak­że udział czte­rej agen­ci w te­re­nie i trzy sa­mo­cho­dy - jesz­cze je­den suv che­vro­le­ta i mi­ni­van do­dge. W każ­dym z tych trzech sa­mo­cho­dów sie­dział agent FBI i de­tek­tyw z NYPD, co zna­czy, że przy­najm­niej jed­na oso­ba w po­jeź­dzie wie­dzia­ła, co ro­bić. Prze­pra­szam. To nie było miłe. No i mu­si­cie wie­dzieć, że każ­dy sa­mo­chód jest od­po­wied­nio wy­po­sa­żo­ny: ma mi­ga­ją­ce świa­tła za­mon­to­wa­ne we wlo­cie po­wie­trza, ko­gu­ta, przy­ciem­nia­ne szy­by itd. We wszyst­kich po­jaz­dach są cy­fro­we zoo­my fir­my Ni­kon z obiek­ty­wem trzy­dzie­ści pięć mi­li­me­trów, ka­me­ry Sony osiem mi­li­me­trów, prze­no­śne ra­dia i dru­kar­ki. Wszy­scy mamy ze­staw ubrań na zmia­nę, ka­mi­zel­ki ku­lo­od­por­ne, te­le­fo­ny ko­mór­ko­we Ne­xtel z wbu­do­wa­ną funk­cją wal­kie-tal­kie, cza­sem ka­ra­bin z ce­low­ni­kiem i, w za­leż­no­ści od przy­dzie­lo­ne­go za­da­nia, rów­nież inny sprzęt. Na przy­kład taki mały ga­dżet, z któ­re­go po­mo­cą wy­kry­wa się sub­stan­cje ra­dio­ak­tyw­ne, o czym nie chcę na­wet my­śleć.

Je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na każ­dą oko­licz­ność. Tak jest od 11 wrze­śnia 2001 roku. Ale wia­do­mo, że gów­nia­na sy­tu­acja może ci się przy­tra­fić, na­wet je­śli masz an­ty­gów­nia­ną tar­czę.

Zo­staw­my su­per­no­wo­cze­sne za­baw­ki, bo i tak naj­waż­niej­szy jest czuj­ny umysł i pi­sto­let.

Gdy by­łem gli­ną, czę­sto zaj­mo­wa­łem się in­wi­gi­la­cją, więc zdą­ży­łem przy­wyk­nąć do pro­ce­dur, ale agent­ka spe­cjal­na Sims za­czy­na­ła się nie­cier­pli­wić.

- Może go nie za­uwa­ży­li­śmy - po­wie­dzia­ła.

- Nie są­dzę.

- Może zmie­nił pla­ny.

- Cza­sem tak ro­bią.

- Na pew­no ro­bią to spe­cjal­nie.

- Bywa i tak.

Mi­nę­ło pięt­na­ście mi­nut, któ­re agent­ka Sims wy­ko­rzy­sta­ła na stu­dio­wa­nie mapy ulic i me­tra na Man­hat­ta­nie.

- Gdzie pan miesz­ka? - za­py­ta­ła.

- Tu­taj, przy Wschod­niej 72 - po­wie­dzia­łem, wska­zu­jąc pal­cem miej­sce na ma­pie.

- To nie­da­le­ko stąd - za­uwa­ży­ła, zer­ka­jąc przez szy­bę.

- Zga­dza się. Ma pani mapę Iowa? Mógł­bym zo­ba­czyć, gdzie jest pani dom.

Za­śmia­ła się.

- Za nami jest Au Bon Pain, co to za miej­sce? - za­py­ta­ła po chwi­li.

- Ka­wiar­nia. Sie­ciów­ka.

- Mogę po­biec po muf­fin­kę?

Wpraw­dzie mia­ła na no­gach buty do bie­ga­nia, ale od­po­wiedź i tak brzmia­ła "nie", choć może, gdy­by pan­na Sims wy­sia­dła z suva, a Ko­me­ni We­enie wy­szedł­by z bu­dyn­ku i wsiadł do swo­je­go sa­mo­cho­du, mógł­bym za nim po­je­chać, a ją zgu­bić.

- John? - za­trzesz­cza­ło ra­dio.

- Tak?...

- Cel opusz­cza ob­ser­wo­wa­ny obiekt od stro­ny dzie­dziń­ca i prze­miesz­cza się - usły­sza­łem głos jed­ne­go z agen­tów w te­re­nie.

- Pew­nie, niech pani leci - zwró­ci­łem się do Sims.

- Ale czy on wła­śnie nie po­wie­dział, że?...

- Mo­ment.

Spoj­rza­łem na dzie­dzi­niec, le­żą­cy mię­dzy ob­ser­wo­wa­nym bu­dyn­kiem a są­sied­nim wie­żow­cem, gdzie dwóch z mo­ich lu­dzi po­ma­ga­ło utrzy­my­wać Nowy Jork w czy­sto­ści, zbie­ra­jąc śmie­ci.

- Cel zmie­rza w stro­nę Trze­ciej Alei. Ra­dio za­trzesz­cza­ło po­now­nie i ode­zwał się sprzą­tacz nu­mer je­den.

Zo­ba­czy­łem, że nasz cel prze­cho­dzi przez dzie­dzi­niec, a na­stęp­nie idzie da­lej pod zdo­bio­nym łu­kiem, na któ­rym znaj­du­je się ze­gar. Męż­czy­zna był wy­so­ki, bar­dzo szczu­pły i miał na so­bie do­brze skro­jo­ny gar­ni­tur w pa­ski. Zwy­kle na­szym ce­lom na­da­je­my ksyw­ki lub kryp­to­ni­my, a po­nie­waż nos tego fa­ce­ta przy­po­mi­nał dziób i krę­cił gło­wą jak ptak, przez ra­dio po­wie­dzia­łem: - Od tej pory cel to Wiel­ki Ptak.

Wiel­ki Ptak stał na chod­ni­ku. Na­gle pod­szedł do nie­go fa­cet, praw­do­po­dob­nie po­cho­dzą­cy z Bli­skie­go Wscho­du. Nie wie­dzia­łem, kim jest ten nowy, ale Wiel­ki Ptak go znał. Wy­glą­da­li na ucie­szo­nych i jed­no­cze­śnie za­sko­czo­nych przy­pad­ko­wym spo­tka­niem, co oczy­wi­ście było cał­ko­wi­tą bzdu­rą. Uści­snę­li so­bie dło­nie i mia­łem wra­że­nie, że coś so­bie prze­ka­za­li. A może tyl­ko uści­snę­li ręce. Nig­dy nie wia­do­mo. Oni wie­dzą lub po­dej­rze­wa­ją, że są śle­dze­ni i cza­sa­mi po­gry­wa­ją z nami.

W każ­dym ra­zie Wiel­ki Ptak ma im­mu­ni­tet dy­plo­ma­tycz­ny i na pew­no nie przy­mknie­my go za uścisk dło­ni z pa­nem z Bli­skie­go Wscho­du. Wła­ści­wie, to mu­si­my ob­ser­wo­wać te­raz dwie oso­by.

Wiel­ki Ptak i nie­zna­jo­my po­że­gna­li się i ten dru­gi ru­szył na pół­noc w stro­nę Trze­ciej Alei, a nasz cel stał da­lej. Oczy­wi­ście całe zda­rze­nie za­re­je­stro­wa­ły ka­me­ry, więc być może w biu­rze wie­dzie­li już, kim jest ten dru­gi fa­cet.

- Trój­ka i Czwór­ka śledź­cie nie­zna­jo­me­go i spró­bu­je­cie usta­lić jego toż­sa­mość - po­wie­dzia­łem przez ra­dio.

Po­twier­dzi­li.

- To chy­ba nie było przy­pad­ko­we spo­tka­nie - za­uwa­ży­ła pan­na Sims.

Nie za­fun­do­wa­łem jej sar­ka­stycz­nej od­po­wie­dzi ani na­wet nie prze­wró­ci­łem ocza­mi.

- My­ślę, że ma pani ra­cję - od­par­łem.

Wie­dzia­łem już, że to bę­dzie dłu­gi dzień.

Po chwi­li wiel­ki sza­ry mer­ce­des za­trzy­mał się obok Wiel­kie­go Pta­ka. Zo­ba­czy­łem nie­bie­sko-bia­łe, dy­plo­ma­tycz­ne ta­bli­ce, na któ­rych przed czte­ro­cy­fro­wym nu­me­rem wid­nia­ły dwie li­te­ry: DM. Z nie­zro­zu­mia­łe­go dla mnie po­wo­du, we­dług De­par­ta­men­tu Sta­nu, ozna­cza­ją one Iran, ko­lej­ne D, ozna­cza dy­plo­ma­tycz­ny, i to jest już dla mnie lo­gicz­ne.

Kie­row­ca, tak­że Irań­czyk, wy­sko­czył z sa­mo­cho­du, a na­stęp­nie obiegł go do­oko­ła, jak­by ucie­kał przed izra­el­ski­mi ko­man­do­sa­mi. Ukło­nił się ni­sko - mój kie­row­ca też po­wi­nien tak ro­bić - otwo­rzył drzwi i Wiel­ki Ptak wśli­zgnął się na tyl­ne sie­dze­nie.

- Wiel­ki Ptak jest mo­bil­ny - krzyk­ną­łem przez ra­dio.

Po­da­łem mar­kę i ko­lor sa­mo­cho­du, a tak­że nu­mer re­je­stra­cyj­ny. Dwój­ka przy­ję­ła do wia­do­mo­ści. Tak na mar­gi­ne­sie, Dwój­ka to nie­bie­ski mi­ni­van do­dge, pro­wa­dzo­ny przez mo­je­go zna­jo­me­go, Mela Ja­cob­sa, de­tek­ty­wa jed­nost­ki spe­cjal­nej NYPD. Ja­cobs jest Ży­dem, na­wet tro­chę mówi po he­braj­sku, co przy­da­je się w trak­cie prze­słu­chań po­dej­rza­nych z kra­jów arab­skich. Kom­plet­nie wa­riu­ją, gdy sły­szą he­braj­ski i wi­dzą jego Gwiaz­dę Da­wi­da, co jest do­syć za­baw­ne.

Dziś part­ne­rem Mela jest Geo­r­ge Fo­ster, agent spe­cjal­ny FBI, z któ­rym kie­dyś pra­co­wa­łem. Lu­bię go, bo ra­zem nam się zna­ko­mi­cie współ­dzia­ła­ło i wie, że je­stem świet­ny.

Mer­ce­des je­chał Trze­cią Ale­ją, kie­ru­jąc się na pół­noc.

- Mam za nim je­chać? - za­py­ta­ła agent­ka spe­cjal­na Sims.

- Do­bry po­mysł.

Wrzu­ci­ła bieg, ru­szy­li­śmy za ce­lem i prze­bi­ja­li­śmy się przez po­tęż­ny ko­rek. No­wo­jor­scy kie­row­cy dzie­lą się na do­brych i mar­twych. Dar­wi­nizm. Pan­na Sims albo za­cznie ewo­lu­ować, albo wy­gi­nie. Sie­dząc na fo­te­lu pa­sa­że­ra, będę ob­ser­wo­wał jed­no lub dru­gie.

Irań­ski szo­fer, któ­re­go już kie­dyś chy­ba śle­dzi­łem, za­cho­wy­wał się nie­obli­czal­nie i nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć, czy je­dzie tak, bo chce nas zgu­bić, czy po pro­stu fa­tal­nie pro­wa­dzi. Tak jak­by prze­siadł się do sa­mo­cho­du pro­sto z wiel­błą­da.

Tym­cza­sem bro­da agent­ki spe­cjal­nej Sims wy­sta­wa­ła po­nad kie­row­ni­cą, któ­rą kur­czo­wo trzy­ma­ła, a jej pra­wa sto­pa ska­ka­ła z ha­mul­ca na pe­dał gazu, jak­by cier­pia­ła na ze­spół nie­spo­koj­nych nóg.

Mer­ce­des skrę­cił gwał­tow­nie w 51. uli­cę, Sims je­cha­ła za nim.

Dwój­ka po­ru­sza­ła się Trze­cią Ale­ją, po czym skrę­ci­ła w lewo, w 53. uli­cę i je­cha­ła te­raz rów­no­le­gle do nas, do chwi­li, gdy mo­głem im po­wie­dzieć, co robi mer­ce­des. Pa­ra­da sa­mo­cho­dów ja­dą­cych za ce­lem jest nie­wska­za­na, do­brze jest wpro­wa­dzić nie­co za­mie­sza­nia.

Kie­ro­wa­li­śmy się na za­chód, mi­nę­li­śmy ka­te­drę św. Pa­try­ka i prze­cię­li­śmy Pią­tą Ale­ję. Ob­ser­wo­wa­ny po­jazd je­chał cią­gle przed sie­bie, o czym po­in­for­mo­wa­łem Dwój­kę.

Nie mia­łem po­ję­cia, do­kąd zmie­rzał Wiel­ki Ptak, ale kie­ro­wał się w stro­nę dziel­ni­cy te­atral­nej i Ti­mes Squ­are. To tam zwy­kle jeź­dzi­li ci fa­ce­ci, by po­zna­wać ame­ry­kań­ską kul­tu­rę, na przy­kład w noc­nych klu­bach i ba­rach ze strip­ti­zem. W koń­cu w swo­im piasz­czy­stym kra­ju nie mogą li­czyć na ta­kie roz­ryw­ki. Nie­praw­daż?

Na Siód­mej Alei mer­ce­des prze­je­chał na zie­lo­nym świe­tle, my nie, więc utknę­li­śmy za trze­ma in­ny­mi sa­mo­cho­da­mi. Stra­ci­łem go z oczu, ale zdą­ży­łem za­uwa­żyć, że cały czas je­chał pro­sto 51. uli­cą. Włą­czy­łem ko­gu­ta i sy­re­nę. Po­jaz­dy sto­ją­ce przed nami roz­su­nę­ły się, a pan­na Sims prze­ci­snę­ła się mię­dzy nimi na czer­wo­nym świe­tle i prze­cię­ła ko­rek na Siód­mej Alei.

Gdy prze­je­cha­li­śmy przez skrzy­żo­wa­nie, wy­łą­czy­łem świa­tła i sy­re­nę, nadal by­li­śmy na 51. uli­cy.

Agent­ka Sims spoj­rza­ła na mnie tak, jak­by ocze­ki­wa­ła na po­chwa­łę.

- Do­bra ro­bo­ta - wy­mam­ro­ta­łem.

Po­wia­do­mi­łem Dwój­kę o na­szej po­zy­cji.

- Ob­ser­wo­wa­ny po­jazd w za­się­gu wzro­ku - do­da­łem.

Je­cha­li­śmy przez oko­li­cę zwa­ną Pie­kiel­ną Kuch­nią, gdzie kie­dyś były cał­kiem przy­jem­ne slum­sy, któ­re wraz z na­pły­wem mło­dych yup­pies ze­szły na psy. Nie mia­łem po­ję­cia, do­kąd je­dzie Wiel­ki Ptak, ale je­śli nadal bę­dzie zmie­rzał na za­chód, to pew­nie kie­ru­je się na most na rze­ce Hud­son.

- Może je­dzie do New Jer­sey - po­wie­dzia­łem.

Ski­nę­ła gło­wą.

Praw­da jest taka, że dzie­więć­dzie­siąt pro­cent ta­kich ak­cji do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. Ab­dul po pro­stu urzą­dził so­bie małą wy­ciecz­kę albo sta­ra się od­wró­cić na­szą uwa­gę od in­nych wy­da­rzeń. A może tyl­ko ćwi­czy tech­ni­ki kontr­in­wi­gi­la­cji.

Cza­sa­mi jed­nak tra­fia­my na trop, na przy­kład wte­dy, gdy ob­ser­wo­wa­ny dy­plo­ma­ta spo­ty­ka się z ja­kimś zło­czyń­cą. Głów­nie zaj­mu­je­my się ob­ser­wa­cją, rzad­ko aresz­tu­je­my czy prze­słu­chu­je­my, a to dla­te­go, że wię­cej do­wia­du­je­my się, ma­jąc ich na oku, niż sami po­wie­dzie­li­by nam w po­ko­ju prze­słu­chań. Zresz­tą dy­plo­ma­tów i tak nie wol­no nam prze­słu­chi­wać. Lu­dzie za­ra­bia­ją­cy znacz­nie wię­cej niż ja mogą się do nich do­brać.

Nie­kie­dy zda­rza się, że ko­goś aresz­tu­je­my, wte­dy pro­wa­dzi­my prze­słu­cha­nie, co jest o wie­le za­baw­niej­sze niż śle­dze­nie tych klau­nów. To zna­czy, chcia­łem po­wie­dzieć, że ja się do­brze ba­wię, oni nie.

Wy­zna­czy­li­śmy so­bie cel: nie mo­że­my do­pu­ścić do ko­lej­ne­go 11 wrze­śnia albo i na­wet cze­goś gor­sze­go. Na ra­zie się uda­je. Ale już zbyt dłu­go jest spo­koj­nie. Od tam­tych wy­da­rzeń mi­nę­ło pół­to­ra roku. Mamy szczę­ście, czy je­ste­śmy do­brzy? Wiem jed­no, zło­czyń­cy jesz­cze się nie pod­da­li, za­tem zo­ba­czy­my.

Mer­ce­des je­chał w kie­run­ku rów­no­le­głej do rze­ki Hud­son Dwu­na­stej Alei, któ­ra pro­wa­dzi do New Jer­sey, czy­li tam, gdzie koń­czy się cy­wi­li­za­cja. Nie chcę ura­zić miesz­kań­ców tego sta­nu, ale w tym roku nie szcze­pi­łem się jesz­cze na ma­la­rię.

Po­in­for­mo­wa­łem Dwój­kę o na­szym po­ło­że­niu i po­wie­dzia­łem, że kie­ru­je­my się na po­łu­dnie.

W tej oko­li­cy znaj­du­ją się głów­nie ma­ga­zy­ny i pir­sy, a więc ko­rek jest znacz­nie mniej­szy i dla­te­go mer­ce­des przy­spie­szył, Sims dys­kret­nie je­cha­ła za nim.

Mer­ce­des mi­nął zjazd pro­wa­dzą­cy do tu­ne­lu Lin­col­na i zmie­rzał na po­łu­dnie, w stro­nę Dol­ne­go Man­hat­ta­nu.

- Do­kąd on je­dzie, we­dług pana? - za­py­ta­ła moja part­ner­ka.

- Może na je­den z pir­sów. Może umó­wił się na małe ren­dez-vous na sau­dyj­skim jach­cie, któ­ry prze­wo­zi broń ją­dro­wą.

- O kur­cze!

- Pro­szę nie prze­kli­nać.

- Ja­sna cho­le­ra!

- Te­raz le­piej.

Mie­li­śmy cał­kiem nie­zły czas, ja­dąc wzdłuż Dwu­na­stej. W lu­ster­ku bocz­nym zo­ba­czy­łem Dwój­kę i na­wią­za­li­śmy kon­takt wzro­ko­wy. Irań­ski kie­row­ca po­wi­nien już zo­rien­to­wać się, że go śle­dzi­my, ale ci ko­le­sie są tak dur­ni, że na­wet sie­bie nie wi­dzą w lu­ster­ku, a co do­pie­ro ogon.

Chy­ba jed­nak zbyt po­chop­nie oce­ni­łem szo­fe­ra, bo na­gle zwol­nił, a pan­na Sims nie do­sto­so­wa­ła pręd­ko­ści, z jaką je­cha­li­śmy - by­li­śmy więc tuż za mer­ce­de­sem. Wi­dzia­łem gło­wę Wiel­kie­go Pta­ka sie­dzą­ce­go na tyl­nym sie­dze­niu. Roz­ma­wiał przez ko­mór­kę. W pew­nej chwi­li kie­row­ca chy­ba coś mu po­wie­dział, bo od­wró­cił się, po­pa­trzył na nas, uśmiech­nął się i po­ka­zał nam środ­ko­wy pa­lec. Od­wza­jem­ni­łem się tym sa­mym. Ku­tas.

- Prze­pra­szam - rze­kła agent­ka Sims, zwal­nia­jąc.

- Trze­ba ob­ser­wo­wać świa­tła ha­mo­wa­nia - po­ra­dzi­łem.

- Do­brze.

Je­śli cel cię za­uwa­ży, to jesz­cze nie ko­niec świa­ta. To się zda­rza w po­ło­wie przy­pad­ków, gdy je­dziesz za kimś sa­mo­cho­dem, rza­dziej, gdy je­steś na no­gach.

Wte­dy za­wsze mamy plan B, więc po­in­for­mo­wa­łem Dwój­kę, że je­ste­śmy spa­le­ni. Ka­za­łem Sims zo­sta­wić ich, a Dwój­ce prze­jąć cel.

Te­raz za mer­ce­de­sem je­cha­ły już dwa sa­mo­cho­dy, Dwój­kę mia­łem cały czas w za­się­gu wzro­ku.

Mógł­bym po­pro­sić o przy­sła­nie ko­lej­ne­go po­jaz­du, ale Irań­czy­cy nie pró­bo­wa­li uciec ani nas zgu­bić, więc po­sta­no­wi­łem po­cze­kać i zo­ba­czyć, co się bę­dzie dzia­ło. Na pew­no nas nie zgu­bią, a je­śli uda­ło mi się cho­ciaż po­krzy­żo­wać ich pla­ny, to dzi­siej­szy dzień mogę za­li­czyć do uda­nych.

Zje­cha­li­śmy na dół do West Vil­la­ge i Dwój­ka zgło­si­ła, że obiekt skrę­cił w uli­cę Za­chod­nią.

- Chy­ba nas za­uwa­żył - do­dał Ja­cobs.

- To pod­jedź i po­każ mu pa­lec.

- Słu­cham?

- Po­ka­zał mi środ­ko­wy pa­lec.

Przez ra­dio do­biegł mnie śmiech.

- Obiekt skrę­ca na wjazd do tu­ne­lu Hol­lan­da - zgło­si­ła Dwój­ka.

- Przy­ją­łem.

Po chwi­li wjeż­dża­li­śmy już do tu­ne­lu.

Ja­dąc w tym kie­run­ku, nie trze­ba za­trzy­my­wać się przy punk­tach opłat, bo ich tam nie ma, więc sa­mo­cho­dy po­ru­sza­ły się dość szyb­ko. Po­sta­no­wi­łem po­dzie­lić się z pan­ną Sims pew­ną cie­ka­wost­ką.

- Więk­szość dy­plo­ma­tów nie ma kar­ty prze­jaz­du - nie chcą, by po ich po­dró­żach po­zo­sta­wał ślad - więc je­śli mu­szą prze­je­chać przez punkt opłat, za­wsze usta­wia­ją się w ko­lej­ce do kasy go­tów­ko­wej, któ­ra po­ru­sza się bar­dzo wol­no. Je­śli usta­wi się pani na pa­sie do czyt­ni­ka kart, to bę­dzie pani przed nimi, a to by­ło­by nie­po­żą­da­ne.

Ski­nę­ła.

Wje­cha­li­śmy do tu­ne­lu za Dwój­ką.

- Do­kąd on je­dzie, we­dług pana? - po­now­nie za­py­ta­ła pan­na Sims, gdy wje­cha­li­śmy do tu­ne­lu.

Tym ra­zem wie­dzia­łem.

- Do New Jer­sey. Ten tu­nel pro­wa­dzi wła­śnie tam - wy­ja­śni­łem.

Nie za­re­ago­wa­ła na tę małą pró­bę wy­mą­drza­nia.

- Irań­scy dy­plo­ma­ci mogą po­ru­szać się je­dy­nie w pro­mie­niu czter­dzie­stu ki­lo­me­trów od Man­hat­ta­nu - po­wie­dzia­ła.

- Zga­dza się. - Wie­dzia­łem o tym.

Nie mia­ła nic wię­cej do po­wie­dze­nia, więc da­lej je­cha­li­śmy w mil­cze­niu. Tu­ne­le pod rze­ka­mi opły­wa­ją­cy­mi wy­spę Man­hat­tan były dla na­szych przy­ja­ciół z Bli­skie­go Wscho­du ce­lem nu­mer je­den, ale mnie się nie wy­da­je, żeby Wiel­ki Ptak chciał się tu wy­sa­dzić w po­wie­trze. Prze­cież wte­dy nie za­ło­żył­by ta­kie­go po­rząd­ne­go gar­ni­tu­ru. Poza tym, żeby za­lać tu­nel trze­ba mieć fur­go­net­kę wy­peł­nio­ną ma­te­ria­ła­mi wy­bu­cho­wy­mi. Praw­da?

Wy­je­cha­li­śmy z tu­ne­lu i chwi­lę trwa­ło, za­nim moje oczy przy­wy­kły do ja­sne­go świa­tła. Nie wi­dzia­łem mer­ce­de­sa, ale za­uwa­ży­łem Dwój­kę i po­ka­za­łem sa­mo­chód na­szych ko­le­gów agent­ce Sims, któ­ra ru­szy­ła jego śla­dem. Dwój­ka po­in­for­mo­wa­ła, że cel znaj­du­je się w za­się­gu wzro­ku.

Do­je­cha­li­śmy do Jer­sey City, wje­cha­li­śmy na most Pu­ła­skie­go, skąd mo­gli­śmy po­dzi­wiać bu­cha­ją­ce dy­mem ko­mi­ny.

- Do­kąd on je­dzie we­dług pani? - za­py­ta­łem pan­nę Sims.

- Skąd mam wie­dzieć? - od­par­ła, uśmie­cha­jąc się.

Zbli­ży­li­śmy się do skrzy­żo­wa­nia z 95. Mię­dzy­sta­no­wą.

- Dzie­sięć do­lców, że po­je­dzie na po­łu­dnie. Na lot­ni­sko Ne­wark - do­da­łem.

- A co jest na pół­no­cy? - za­py­ta­ła.

- Bie­gun Pół­noc­ny. No jak, za­kła­da się pani?

- Co praw­da, od ja­kie­goś cza­su je­dzie na po­łu­dnie, ale nie ma przy so­bie wa­li­zek, chy­ba że scho­wał je w ba­gaż­ni­ku - od­po­wie­dzia­ła po chwi­li na­my­słu.

- Sta­wia pani na pół­noc?

- Nie. Moim zda­niem je­dzie na po­łu­dnie, ale nie na lot­ni­sko. Ra­czej do Atlan­tic City.

Nie na­dą­ża­łem za to­kiem my­śle­nia, któ­ry po­pro­wa­dził pan­nę Sims do Atlan­tic City.

- Do­bra. Dzie­sięć do­lców - od­par­łem.

- Pięć­dzie­siąt.

- Za­kład stoi.

- Cel kie­ru­je się do wjaz­du na 95. w kie­run­ku po­łu­dnio­wym - usły­sza­łem przez ra­dio.

- Przy­ją­łem.

Za­tem albo lot­ni­sko Ne­wark, albo Atlan­tic City. Ci go­ście czę­sto jeź­dzi­li do Atlan­tic City, żeby upra­wiać ha­zard, pić i za­ba­wiać się z pa­nien­ka­mi. Nie, że­bym sam wie­dział coś na ten te­mat. Ale już nie­raz je­cha­łem tam za ja­kimś Ab­du­lem.

Dwój­ka sta­le była w za­się­gu mo­je­go wzro­ku, a oni z ko­lei mie­li na oku ob­ser­wo­wa­ny po­jazd.

- Cel mi­nął zjazd na lot­ni­sko - usły­sza­łem głos Ja­cob­sa.

- Może mi pan już wy­pła­cić pie­nią­dze - rze­kła pan­na Sims.

- Może je­dzie do Fort Dix - po­wie­dzia­łem. - Bę­dzie szpie­go­wał woj­sko­we obiek­ty. Prze­cież pra­cu­je dla wy­wia­du - przy­po­mi­na­łem.

- To po co mu przy­kryw­ka w po­sta­ci szo­fe­ra i mer­ce­de­sa?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

Je­cha­li­śmy dro­gą Ro­ute 95., tu­taj na­zy­wa­ną New Jer­sey Turn­pi­ke, z pręd­ko­ścią oko­ło stu trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę.

- Znaj­du­je się już po­nad czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od Man­hat­ta­nu, prze­kro­czył gra­ni­cę - oznaj­mi­ła moja part­ner­ka.

- Świet­nie. To co, bę­dzie­my go śle­dzić, czy od razu go za­bi­je­my?

- Tyl­ko stwier­dzi­łam fakt.

- Za­no­to­wa­łem.

- Chy­ba po­wi­nie­nem we­zwać wspar­cie z po­wie­trza - ode­zwa­łem się po chwi­li.

Nie za­re­ago­wa­ła, więc za­czą­łem wy­ja­śniać.

- Mamy do dys­po­zy­cji sa­mo­lot ob­ser­wa­cyj­ny, któ­ry uła­twia nam pra­cę.

Za­czą­łem zmie­niać czę­sto­tli­wość ra­dio­wą, ale pan­na Sims mi prze­rwa­ła.

- Za­re­zer­wo­wał po­kój w ho­te­lu Taj Ma­hal.

- Skąd pani wie? - za­py­ta­łem, zdej­mu­jąc dłoń z po­krę­tła ra­dia.

- Do­sta­li­śmy cynk.

- Kie­dy za­mie­rza­ła mnie pani o tym po­in­for­mo­wać? - za­py­ta­łem.

- Za­raz po ku­pie­niu muf­fin­ki.

Tro­chę mnie wku­rzy­ła. Na­wet bar­dzo.

- I co, nie bę­dzie się pan te­raz do mnie od­zy­wał? - za­py­ta­ła po chwi­li.

Zga­dła, więc nie od­po­wie­dzia­łem.

- Mu­si­my za nim je­chać, żeby upew­nić się, czy fak­tycz­nie wszedł do ho­te­lu i się za­mel­do­wał - rze­kła. - Nasi lu­dzie już tam na nie­go cze­ka­ją, więc jak go przej­mą mo­że­my wra­cać do mia­sta - do­da­ła.

Mil­cza­łem.

- Nie musi mi pan od­da­wać tych pięć­dzie­się­ciu do­la­rów - po­wie­dzia­ła. - Wła­ści­wie, to ja za­pra­szam na drin­ka.

- Dzię­ku­ję - od­po­wie­dzia­łem, bo prze­cież nie war­to się zbyt dłu­go gnie­wać.

To ty­po­we w FBI. Na­wet gdy­by pa­lił ci się ty­łek i tak by ci nie po­wie­dzie­li. A ko­bie­ty, ta­kie jak pan­na Sims i moja żona, nie tyl­ko są agent­ka­mi, ale tak­że praw­nicz­ka­mi. Nic do­dać, nic ująć.

Prze­ka­za­łem Dwój­ce naj­now­sze in­for­ma­cje i po­pro­si­łem Mela i Geo­r­ge'a, żeby trwa­li na po­ste­run­ku w ra­zie, gdy­by się oka­za­ło, że Wiel­ki Ptak jed­nak je­dzie w inne miej­sce.

- Skąd o tym wiesz? - za­py­tał Mel.

- Póź­niej ci po­wiem.

- Bę­dzie­my tu jesz­cze ze dwie go­dzi­ny. Pro­szę mi po­wie­dzieć wszyst­ko na te­mat in­wi­gi­la­cji, cze­go na­uczył się pan, przez ostat­nie czter­dzie­ści lat - po­wie­dzia­ła po chwi­li pan­na Sims.

Moja ka­rie­ra trwa­ła kró­cej i je­stem pe­wien, że wie­dzia­ła o tym, po­sta­no­wi­ła po pro­stu za­żar­to­wać z mo­je­go wie­ku. Trze­ba przy­znać, że mia­ła, po­czu­cie hu­mo­ru, co jest rzad­ko­ścią w tym śro­do­wi­sku.

- Do­brze. Ja mó­wię, pani słu­cha. Py­ta­nia po skoń­czo­nym wy­kła­dzie - od­par­łem, by jej po­ka­zać, że do­bry ze mnie ko­le­ga i że w po­łą­czo­nych si­łach FBI i NYPD pa­nu­je do­bry na­strój.

- A bę­dzie eg­za­min?

- Co­dzien­nie.

Ski­nę­ła gło­wą.

Roz­sia­dłem się wy­god­nie i po­dzie­li­łem się z nią moją roz­le­głą wie­dzą na te­mat tech­nik in­wi­gi­la­cji. Wy­kład prze­pla­ta­łem naj­róż­niej­szy­mi aneg­dot­ka­mi i oso­bi­sty­mi hi­sto­ryj­ka­mi, nie po­mi­ja­jąc ak­cji, któ­re za­koń­czy­ły się fia­skiem.

Prze­stęp­cy, któ­rym dep­ta­łem po pię­tach przez wie­le lat, byli dur­ni, ale gdy tra­fi­łem do sił an­ty­ter­ro­ry­stycz­nych, śle­dze­ni prze­ze mnie fa­ce­ci - dy­plo­ma­ci i ter­ro­ry­ści - oka­za­li się nie­co spryt­niej­si. To zna­czy, oczy­wi­ście nie są by­strzy, ale ule­ga­ją pew­nej pa­ra­noi, po czę­ści dla­te­go, że po­cho­dzą z państw po­li­cyj­nych, a wo­bec tego zda­ją so­bie spra­wę, że są ob­ser­wo­wa­ni.

Zgod­nie z obiet­ni­cą pan­na Sims nie prze­ry­wa­ła, sie­dzia­ła jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, słu­cha­jąc mo­ich opo­wie­ści. Na­praw­dę nie lu­bię się prze­chwa­lać, ale nie­kie­dy nie da się tego unik­nąć. Poza tym, jak już mó­wi­łem, o po­raż­kach też wspo­mnia­łem.

Sko­ro mó­wi­my o by­strych zło­czyń­cach, to przez trzy lata pra­cy w si­łach an­ty­ter­ro­ry­stycz­nych na mo­jej dro­dze po­ja­wi­li się tyl­ko dwaj ge­nial­ni zło­czyń­cy. Je­den z nich był Ame­ry­ka­ni­nem, dru­gi Li­bij­czy­kiem pa­ła­ją­cym nie­na­wi­ścią do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ten czło­wiek był nie tyl­ko zły i in­te­li­gent­ny, lecz tak­że był spraw­ną ma­szy­ną do za­bi­ja­nia. Star­cie z tym zło­czyń­cą nie po­le­ga­ło na in­wi­gi­la­cji, wte­dy obo­wią­zy­wa­ła za­leż­ność: my­śli­wy i jego zwie­rzy­na. Cza­sa­mi sam nie wie­dzia­łem, czy je­stem jed­nym czy dru­gim.

Ten epi­zod nie za­koń­czył się po­myśl­nie i na­wet je­śli wy­cią­gnę­li­śmy z tego wnio­ski i dzie­li­li­śmy się do­świad­cze­nia­mi, to i tak spra­wa zo­sta­ła za­kla­sy­fi­ko­wa­na jako ści­śle taj­na. Obo­wią­zu­je za­sa­da ogra­ni­czo­ne­go do­stę­pu do in­for­ma­cji, co ozna­cza, że w żad­nym wy­pad­ku nie mo­głem opo­wie­dzieć o tym pan­nie Sims ani ni­ko­mu in­ne­mu. Nie sta­no­wi­ło to dla mnie pro­ble­mu.

Wie­dzia­łem jed­nak, że pew­ne­go dnia na­dej­dzie czas ze­msty. Obie­cał mi to.

5

Fa­rid Man­sur pod­je­chał pod drzwi wej­ścio­we ho­te­lu Best We­stern, znaj­du­ją­ce­go się kil­ka ki­lo­me­trów od San­ta Bar­ba­ra.

Na­stęp­nie skie­ro­wał sa­mo­chód na tyły ho­te­lu, gdzie za­par­ko­wał.

- Pro­szę otwo­rzyć ba­gaż­nik - po­wie­dział Kha­lil, wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du.

Man­sur wy­ko­nał proś­bę, Kha­lil zaj­rzał do środ­ka. Na dnie ba­gaż­ni­ka, w bre­zen­to­wym wor­ku le­żał fu­te­rał, któ­ry otwo­rzył. W środ­ku znaj­do­wał się łom i rzeź­nic­ka piła do kro­je­nia ko­ści. Kha­lil do­tknął jej ostrych, wy­szczer­bio­nych zę­bów i się uśmiech­nął.

Trza­snął kla­pą ba­gaż­ni­ka.

- Pro­szę za­mknąć sa­mo­chód - rzekł do Man­su­ra.

Kie­row­ca za­mknął pi­lo­tem po­jazd, Kha­lil wziął od nie­go klu­czy­ki i ru­szy­li w stro­nę ho­te­lu.

Man­sur otwo­rzył tyl­ne drzwi kar­tą i obaj we­szli do środ­ka. Skrę­ci­li w ko­ry­tarz i po chwi­li kie­row­ca za­trzy­mał się przy po­ko­ju nu­mer 140. Na klam­ce wi­docz­na była wy­wiesz­ka nie prze­szka­dzać. Męż­czy­zna otwo­rzył drzwi za po­mo­cą kar­ty i ustą­pił miej­sca go­ścio­wi, lecz ten ru­chem dło­ni za­pro­sił go do środ­ka. Gdy we­szli, Kha­lil za­trza­snął drzwi, wziął od Man­su­ra kar­tę i scho­wał do kie­sze­ni.

To był cał­kiem przy­jem­ny po­kój z dwo­ma sze­ro­ki­mi łóż­ka­mi. Na jed­nym z nich le­ża­ły dwa ba­ga­że - czar­na wa­liz­ka i czar­ny wo­rek woj­sko­wy.

- Od kie­dy po­kój jest wy­na­ję­ty? - za­py­tał Kha­lil.

- Od trze­ciej, pro­szę pana. Na dwie noce. Trze­ba się wy­mel­do­wać po­ju­trze o trzy­na­stej.

- A te ba­ga­że sam pan tu przy­niósł?

- Oczy­wi­ście. Za­par­ko­wa­łem wte­dy w tym sa­mym miej­scu, co te­raz i stam­tąd je przy­nio­słem.

Kha­lil pod­szedł do ba­ga­ży, z port­fe­la wy­jął dwa klu­czy­ki, któ­re wrę­czo­no mu w Ka­irze.

Prze­krę­cił klu­czyk, a na­stęp­nie roz­piął za­mek tor­by. W środ­ku, poza ubra­nia­mi na zmia­nę, znaj­do­wa­ły się przed­mio­ty, o któ­re pro­sił w związ­ku ze swo­ją mi­sją.

Fa­rid Man­sur pod­szedł do okna i pa­trzył na par­king ho­te­lo­wy.

Kha­lil za­piął za­mek tor­by i prze­krę­cił klu­czyk, po czym otwo­rzył wa­liz­kę. W środ­ku znaj­do­wa­ły się inne rze­czy nie­zbęd­ne do prze­pro­wa­dze­nia ak­cji - tro­chę go­tów­ki, kar­ty kre­dy­to­we, pod­ro­bio­ne pasz­por­ty i inne do­ku­men­ty, kil­ka map, lor­net­ka, te­le­fon ko­mór­ko­wy i ła­do­war­ka. Był tam rów­nież eg­zem­plarz Ko­ra­nu.

Z wa­liz­ki wy­jął mniej­szą tor­bę po­dróż­ną, któ­rą otwo­rzył. Zna­lazł w niej śmier­cio­no­śne na­rzę­dzia - au­to­ma­tycz­ny pi­sto­let ka­li­ber czter­dzie­ści pięć z do­dat­ko­wy­mi ma­ga­zyn­ka­mi, wiel­ki, do­brze na­ostrzo­ny nóż rzeź­nic­ki i kil­ka mniej­szych noży. Oprócz tego w tor­bie były skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki, ga­ro­ta i szpi­ku­lec do lodu.

Za­do­wo­lo­ny, że za­mó­wie­nie zo­sta­ło do­kład­nie zre­ali­zo­wa­ne, spoj­rzał na ple­cy Man­su­ra, za­ło­żył skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki i wy­jął z tor­by ga­ro­tę wy­ko­na­ną ze stru­ny for­te­pia­no­wej.

- Pro­szę za­su­nąć za­sło­ny - zwró­cił się do kie­row­cy.

Męż­czy­zna wy­ko­nał po­le­ce­nie. Stał ty­łem do Li­bij­czy­ka.

Kha­lil pod­szedł do nie­go nie­po­strze­że­nie.

- Pro­szę bar­dzo - rzekł Man­sur.

Kha­lil szyb­kim ru­chem za­ło­żył pę­tlę na szy­ję Man­su­ra i moc­no ją za­ci­snął. Stru­na za­cie­śnia­ła się, Man­sur pró­bo­wał ją chwy­cić i zdjąć z szyi, wy­do­by­wa­jąc z sie­bie pi­skli­wy wrzask. Kha­lil za­cie­śnił pę­tlę, Man­sur za­chwiał się i upadł na twarz. Kha­lil jesz­cze przez chwi­lę trzy­mał na­prę­żo­ną lin­kę na szyi kie­row­cy, na któ­rej te­raz po­ja­wi­ła się czer­wo­na prę­ga, a z miej­sca, gdzie stru­na we­rż­nę­ła się w cia­ło, są­czy­ła się krew.

Ofia­ra kil­ka­krot­nie kop­nę­ła no­ga­mi, po czym za­czę­ła puch­nąć. Po chwi­li kie­row­ca le­żał już bez ru­chu.

Kha­lil, sie­dząc okra­kiem na Man­su­rze, po mi­nu­cie roz­luź­nił uchwyt.

- Nie­chaj anio­ły mają cię w swo­jej opie­ce - rzekł.

Kha­lil klęk­nął obok cia­ła, prze­wró­cił zmar­łe­go na ple­cy i wy­cią­gnął port­fel z jego kie­sze­ni. Oczy Fa­ri­da Man­su­ra nie­ru­cho­mo pa­trzy­ły na Asa­da Kha­li­la, a jego usta były otwar­te w nie­mym krzy­ku.

Gdy Li­bij­czyk prze­szu­ki­wał kie­sze­nie ofia­ry, za­uwa­żył, że kie­row­ca się zmo­czył. Pu­ści­ły mu tak­że zwie­ra­cze, przez co od tej chwi­li w po­ko­ju za­pa­no­wał nie­przy­jem­ny za­pach, któ­ry draż­nił Kha­li­la.

Zdjął ga­ro­tę i prze­to­czył cia­ło pod jed­no z sze­ro­kich łó­żek.

Wy­jął z wa­liz­ki na­krę­ca­ny bu­dzik i usta­wił go na dru­gą trzy­dzie­ści w nocy. Miał przed sobą czte­ry go­dzi­ny od­po­czyn­ku, co w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło.

Z tor­by po­dróż­nej wy­jął pi­sto­let au­to­ma­tycz­ny colt ka­li­ber czter­dzie­ści pięć. Spraw­dził ma­ga­zy­nek, na­ła­do­wał go i wsa­dził za pa­sek.

Z wa­liz­ki wy­jął Ko­ran, wy­łą­czył wszyst­kie świa­tła, zo­sta­wił je­dy­nie małą lamp­kę na sto­licz­ku, po czym po­ło­żył się w ubra­niu na łóż­ku. Otwo­rzył Ko­ran i prze­czy­tał je­den wer­set dla zmar­łe­go spo­czy­wa­ją­ce­go pod łóż­kiem: "Gdzie­kol­wiek bę­dzie­cie, Bóg po­pro­wa­dzi was ku zmar­twych­wsta­niu".

Na­stęp­nie prze­czy­tał jesz­cze kil­ka zdań, zga­sił świa­tło i za­mknął oczy.

Wy­da­wa­ło mu się, że usły­szał ja­kiś ha­łas do­cho­dzą­cy spod łóż­ka, ale praw­do­po­dob­nie były to tyl­ko gazy uwal­nia­ne przez mar­twe cia­ło.

Przez chwi­lę my­ślał jesz­cze o po­przed­niej wi­zy­cie w Sta­nach i o tym, jak po­zba­wio­no go moż­li­wo­ści ze­msz­cze­nia się na ostat­nim ży­ją­cym pi­lo­cie bio­rą­cym udział w bom­bar­do­wa­niu Try­po­li­su. Tym ra­zem ani Chip Wig­gins, ani John Co­rey - czło­wiek, któ­ry unie­moż­li­wił mu ze­mstę - nie uciek­ną przed swym lo­sem.

Inni też nie.

Asad Kha­lil nie spał. Le­żał na łóż­ku, jego cia­ło od­po­czy­wa­ło, a zmy­sły były roz­bu­dzo­ne jak u lwa - zwie­rzę­cia, któ­re­mu za­wdzię­czał swój przy­do­mek. Przy­po­mniał so­bie sta­re, arab­skie przy­sło­wie: "W dniu zwy­cię­stwa nikt nie jest zmę­czo­ny".

2

Trzy go­dzi­ny po nie­uda­nej pró­bie na­by­cia muf­fin­ki w ka­wiar­ni na Man­hat­ta­nie, je­cha­li­śmy dłu­gą ale­ją pro­wa­dzą­cą do luk­su­so­we­go ho­te­lu Trump Taj Ma­hal. Po obu stro­nach alei try­ska­ły fon­tan­ny. Bu­dy­nek ho­te­lu był upstrzo­ny bul­wia­sty­mi ko­pu­ła­mi i mi­na­re­ta­mi, więc być może Wiel­ki Ptak są­dził, że to me­czet.

Agent­ka Sims uprze­dzi­ła na­szych lu­dzi cze­ka­ją­cych na miej­scu, że cel jest już nie­da­le­ko, żeby mo­gli za­jąć po­zy­cję w po­bli­żu re­cep­cji. Opi­sa­ła tak­że jego strój.

- Kryp­to­nim po­dej­rza­ne­go to Wiel­ki Ptak - do­da­ła.

- Mo­że­cie już je­chać - po­in­for­mo­wa­łem przez ra­dio Dwój­kę, któ­rej sa­mo­chód stał w pew­nej od­le­gło­ści od wej­ścia.

Mel Ja­cobs i Geo­r­ge Fo­ster zde­cy­do­wa­li jed­nak, że zo­sta­ną - co wy­kra­cza­ło poza ich obo­wiąz­ki.

- Jak chce­cie - rze­kłem. - To wasz pry­wat­ny czas.

Ta pra­ca i ta jed­nost­ka mają to do sie­bie, że wszy­scy so­bie ufa­my i wie­rzy­my, że każ­dy po­dej­mu­je wła­ści­we de­cy­zje. Oczy­wi­ście, są za­sa­dy, ale dzia­ła­my dość swo­bod­nie i nie przej­mu­je­my się biu­ro­kra­tycz­ny­mi pier­do­ła­mi, któ­re tyl­ko wstrzy­mu­ją pra­cę. Moim zda­niem, nasz ze­spół tak do­brze się zgrał, po­nie­waż po­ło­wa agen­tów to po­li­cjan­ci z NYPD, któ­rzy tak jak ja prze­szli w stan spo­czyn­ku. A to ozna­cza, że nie za­le­ży nam już na ka­rie­rze, dla­te­go mo­że­my im­pro­wi­zo­wać i nie przej­mo­wać się tym, że prze­kra­cza­my ja­kieś gra­ni­ce. No i oczy­wi­ście wno­si­my do gru­py ulicz­ny spryt, na­by­ty pod­czas pra­cy w no­wo­jor­skich dziel­ni­cach. Efek­ty ta­kich dzia­łań by­wa­ją róż­ne, ale zwy­kle osią­ga­my za­mie­rzo­ny cel.

Kie­row­ca mer­ce­de­sa od­je­chał bez Wiel­kie­go Pta­ka, któ­ry wszedł do ho­te­lu, z tor­bą po­dróż­ną. Nie mo­gli­śmy po­wie­rzyć suva z po­li­cyj­nym sprzę­tem par­kin­go­we­mu, więc za­mknę­li­śmy sa­mo­chód i sta­nę­li­śmy przy wej­ściu.

- Spra­wa służ­bo­wa. Pro­szę mieć oko na sa­mo­chód - po­wie­dzia­łem, po­ka­zu­jąc od­zna­kę. Wrę­czy­łem par­kin­go­we­mu dwie dy­chy.

- Oczy­wi­ście - od­parł.

We­szli­śmy do prze­stron­ne­go luk­su­so­we­go hal­lu z mar­mu­ro­wy­mi wy­koń­cze­nia­mi. Wiel­ki Ptak stał przy re­cep­cji dla VIP-ów, za­uwa­ży­łem tak­że dwóch lu­dzi z Od­dzia­łu do Za­dań Spe­cjal­nych. Na­wią­za­li­śmy kon­takt wzro­ko­wy, czym za­sy­gna­li­zo­wa­li, że przej­mu­ją spra­wę.

Wspa­nia­ła wia­do­mość. Już moż­na się na­pić.

Nie są­dzi­łem, żeby Wiel­ki Ptak nas roz­po­znał, jako że ta krót­ka wy­mia­na uprzej­mo­ści mię­dzy nami od­by­ła się w pew­nej od­le­gło­ści, więc ra­zem z pan­ną Sims prze­szli­śmy obok re­cep­cji, przy któ­rej stał nasz cel. Wie­dział, że ktoś go śle­dził, ale się nie oglą­dał. Nie po­wi­nien znaj­do­wać się tak da­le­ko od Trze­ciej Alei, ale zwy­kle nie ro­bi­my z tego pro­ble­mu, chy­ba że ktoś w Wa­szyng­to­nie zde­cy­du­je in­a­czej. Dy­plo­ma­ci z róż­nych kra­jów mogą swo­bod­nie po­dró­żo­wać po Sta­nach, ale nie­któ­rzy, na przy­kład Ku­bań­czy­cy, nie mogą opusz­czać No­we­go Jor­ku, a inni, jak Irań­czy­cy, mogą po­ru­szać się w usta­lo­nym pro­mie­niu. Gdy­bym to ja mógł de­cy­do­wać, to wszy­scy miesz­ka­li­by i pra­co­wa­li w Iowa. Wra­ca­jąc do sed­na spra­wy, z Irań­czy­ka­mi nie łą­czą nas dy­plo­ma­tycz­ne sto­sun­ki od cza­su, gdy prze­ję­li na­szą am­ba­sa­dę, a jej pra­cow­ni­cy sta­li się za­kład­ni­ka­mi. Te­raz jed­nak są tu­taj, bo na­le­żą do ONZ. Poza tym, po­nie­waż nie wy­sła­li­śmy do Ira­nu na­szych dy­plo­ma­tów, mo­że­my so­bie z nimi swo­bod­nie po­gry­wać, bo w ra­zie cze­go nie mają na kim wziąć od­we­tu. Choć wła­ści­wie... nig­dy nic nie wia­do­mo.

Wra­ca­jąc do te­ma­tu, każ­de z nas uda­ło się na stro­nę, a na­stęp­nie we­szli­śmy do ho­te­lo­we­go ka­sy­na.

- Chce pani muf­fin­kę? - za­py­ta­łem.

- Mia­łam panu po­sta­wić drin­ka.

Ru­szy­łem w kie­run­ku prze­stron­nej i bar­dzo kom­for­to­wej sali w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji, w któ­rej noc­ną porą rzą­dzi przede wszyst­kim li­bi­do go­ści. Usie­dli­śmy przy ba­rze.

- Był pan tu już kie­dyś? - za­py­ta­ła pan­na Sims.

- Chy­ba kie­dyś przy­je­cha­łem tu w in­te­re­sach.

Bar­man, wła­ści­wie bar­man­ka, z wiel­ki­mi... ocza­mi za­py­ta­ła, cze­go się na­pi­je­my. Agent­ka Sims za­mó­wi­ła lamp­kę bia­łe­go wina, a ja, jak zwy­kle, whi­sky De­war's z wodą.

Stuk­nę­li­śmy się szklan­ka­mi, usły­sza­łem "na zdro­wie!" i prze­szli­śmy na "ty".

- Po co tu przy­szli­śmy? - za­py­ta­ła.

- Żeby się upew­nić, że Wiel­ki Ptak jest tu po to, by od­dać się ha­zar­do­wi, a nie po to, żeby się z kimś spo­tkać.

- Ale prze­cież nasi lu­dzie tu są - przy­po­mnia­ła mi. - A poza tym, je­śli WP za­pro­si ko­goś do swo­je­go po­ko­ju, to na­wet nie bę­dzie­my o tym wie­dzieć.

- Ci od za­dań spe­cjal­nych będą wie­dzieć - od­par­łem. Do­brze jest być tam, gdzie coś się może wy­da­rzyć. To nie przy­pa­dek, że znaj­du­jesz się w od­po­wied­nim miej­scu i od­po­wied­nim cza­sie.

- Słu­cha­łaś tego, co mó­wi­łem? - za­py­ta­łem.

- Bar­dzo uważ­nie.

- Spie­szysz się do­kądś?

- Nie.

- Świet­nie. Po­cze­kaj­my jesz­cze go­dzi­nę.

Wła­ści­wie poza tym, że mu­sia­łem się na­pić, nie było po­wo­du, że­by­śmy tam sie­dzie­li. Oprócz tego by­łem wku­rzo­ny na Wiel­kie­go Pta­ka za to, że po­ka­zał mi środ­ko­wy pa­lec. To nie było dy­plo­ma­tycz­ne za­gra­nie. W koń­cu prze­by­wa w moim kra­ju. Zga­dza się? On jest go­ściem. A ja go tu nie za­pra­sza­łem.

- John, prze­pra­szam cię za to, że się z tobą nie po­dzie­li­łam moją wie­dzą. Chcie­li, żeby to wy­glą­da­ło na ty­po­wą ak­cję ob­ser­wa­cyj­ną, pod­czas któ­rej cel nie może się zo­rien­to­wać, że wie­my do­kąd zmie­rza - wy­ja­śni­ła. - Tyl­ko ja o tym wie­dzia­łam, na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by­śmy go zgu­bi­li - do­da­ła.

- Do­bra, nie­waż­ne.

Nie mia­łem po­ję­cia, kto wpadł na taki świet­ny po­mysł, ale mo­głem się do­my­ślić, że ma­czał w tym pal­ce agent spe­cjal­ny FBI Tom Walsh, do­wód­ca no­wo­jor­skiej An­ty­ter­ro­ry­stycz­nej Gru­py Za­da­nio­wej. Walsh ba­lan­su­je na gra­ni­cy mię­dzy ge­niu­szem a idio­tą, a gra­ni­ca ta jest płyn­na. Poza tym jest fa­nem opo­wie­ści z krę­gu płasz­cza i szpa­dy i dla­te­go nie do koń­ca ro­zu­mie stan­dar­do­we po­li­cyj­ne pro­ce­du­ry. Gdy by­łem gli­ną, ta­kie ta­jem­ni­ce w ze­spo­le były nie­do­pusz­czal­ne. Ale to zu­peł­nie nowa rze­czy­wi­stość i nowa pra­ca, więc nie bio­rę tego do sie­bie.

- Za­dzwoń do lu­dzi od za­dań spe­cjal­nych i do­wiedz się, gdzie te­raz jest Wiel­ki Ptak - po­wie­dzia­łem, zmie­nia­jąc te­mat.

Wszy­scy mamy te­le­fo­ny fir­my Ne­xtel, dzię­ki któ­rym, jak już wspo­mnia­łem, moż­na się łą­czyć dro­gą ra­dio­wą - ta­kie wal­kie-tal­kie - więc pan­na Sims po­łą­czy­ła się z jed­nym z lu­dzi z Od­dzia­łu do Za­dań Spe­cjal­nych i po­in­for­mo­wa­ła, że sie­dzi­my przy ba­rze. Po­pro­si­ła, żeby we­zwa­no nas, je­śli Wiel­ki Ptak opu­ści po­kój i pój­dzie w kie­run­ku ka­sy­na albo gdzie­kol­wiek.

Sie­dzie­li­śmy i ga­da­li­śmy, głów­nie o tym, jak jej się żyje w No­wym Jor­ku, któ­re­go pry­wat­nie nie lu­bi­ła, za to do­ce­nia­ła moż­li­wo­ści za­wo­do­we. Lisa Sims w pew­nym sen­sie przy­po­mi­na­ła mi moją żonę, Kate May­field, któ­rą po­zna­łem trzy lata temu, pro­wa­dząc wspo­mnia­ną już spra­wę li­bij­skie­go dup­ka. Kate też przy­je­cha­ła do No­we­go Jor­ku z od­le­głych stron i na po­cząt­ku wca­le nie była tym mia­stem za­chwy­co­na, ale po­tem po­zna­ła mnie i te­raz nie wy­obra­ża so­bie ży­cia w in­nym miej­scu. Po 11 wrze­śnia chcia­ła się stąd wy­pro­wa­dzić, ale gdy pierw­szy szok mi­nął - obo­je by­li­śmy na miej­scu zda­rze­nia - zda­ła so­bie spra­wę, że nie mo­gła­by wy­je­chać. Do­brze się zło­ży­ło, bo ja nie za­mie­rza­łem się stąd ru­szać.

Za­mó­wi­łem ko­lej­ne­go drin­ka, a pan­na Sims - te­raz już Lisa - prze­rzu­ci­ła się na ga­zo­wa­ną wodę mi­ne­ral­ną, po tym jak jej po­wie­dzia­łem, że w dro­dze po­wrot­nej to ona bę­dzie pro­wa­dzić sa­mo­chód.

Ode­zwa­ła sie jej ko­mór­ka, więc ode­bra­ła i słu­cha­ła uważ­nie.

- Do­brze, my już chy­ba bę­dzie­my je­chać - od­po­wie­dzia­ła. - Wiel­ki Ptak sie­dzi sam przy sto­le do ru­let­ki - rze­kła, roz­łą­cza­jąc się.

- Jak mu idzie?

- Nie py­ta­łam. - Po­pro­si­ła o ra­chu­nek, za­pła­ci­ła i wy­szli­śmy z baru.

Skrę­ci­ła w stro­nę re­cep­cji.

- Chcę mu się przyj­rzeć - po­wie­dzia­łem.

Przez chwi­lę się wa­ha­ła, ale naj­wi­docz­niej od­wo­ła­ła się do mo­je­go do­świad­cze­nia za­wo­do­we­go i w koń­cu przy­tak­nę­ła.

Ru­szy­li­śmy w kie­run­ku ogrom­ne­go ka­sy­na. Lisa skon­tak­to­wa­ła się z czło­wie­kiem z od­dzia­łu spe­cjal­ne­go, żeby do­wie­dzieć się, gdzie jest Wiel­ki Ptak.

Po chwi­li za­uwa­ży­li­śmy go z drin­kiem w dło­ni, sie­dzą­ce­go przy ru­let­ce.

Nie in­te­re­so­wa­ło mnie nie­mo­ral­ne za­cho­wa­nie Irań­czy­ka - ka­me­ry wszyst­ko za­re­je­stro­wa­ły, kie­dyś może się to przy­dać - są­dzę jed­nak, że ci lu­dzie mają nie­rów­no pod su­fi­tem - tra­cą kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku? - za­py­ta­ła Lisa. - Wi­dzę go. Chodź­my.

- Sza­tan opę­tał jego du­szę - za­uwa­ży­łem.

- Wła­śnie wi­dzę.

- Mu­szę mu po­móc.

- John...

- Ku­pię tro­chę że­to­nów i za­gra­my.

- John...

- No chodź. - Wzią­łem ją pod rękę i uda­li­śmy się do kasy, gdzie po­pro­si­łem o sto że­to­nów, każ­dy o war­to­ści jed­ne­go do­la­ra i za­pła­ci­łem moją rzą­do­wą kar­tą kre­dy­to­wą - w księ­go­wo­ści będą mie­li nie­zły ubaw - po czym ru­szy­li­śmy w stro­nę au­to­ma­tów do gry, skąd mo­gli­śmy ob­ser­wo­wać ple­cy Wiel­kie­go Pta­ka.

Usie­dli­śmy obok sie­bie przed au­to­ma­tem do gry w po­ke­ra.

- Gra­łaś w to kie­dyś? - za­py­ta­łem.

- Nie.

- A umiesz grać w po­ke­ra?

- Tak.

Po­dzie­li­łem srebr­ne mo­ne­ty, po­krót­ce ob­ja­śni­łem Li­sie za­sa­dy dzia­ła­nia au­to­ma­tu i za­czę­li­śmy grać. Ktoś po­wi­nien wy­my­ślić au­to­mat do gry o na­zwie "Fra­jer". Je­śli tra­fi­ło­by się pię­ciu fra­je­rów z rzę­du, au­to­mat da­wał­by im kop­nia­ka w przy­ro­dze­nie i za­bie­rał­by wszyst­kie pie­nią­dze.

Obo­je się­gnę­li­śmy po kie­lisz­ki, któ­re kel­ner­ka nio­sła na tacy, a ja do­dat­ko­wo za­cią­ga­łem się dy­mem pa­pie­ro­so­wym wy­dy­cha­nym przez gru­bą ka­ta­to­nicz­kę sie­dzą­cą przy au­to­ma­cie obok mnie.

W każ­dym ra­zie szło nam raz le­piej, raz go­rzej i gra za­czy­na­ła wcią­gać Lisę, któ­ra mia­ła na­dzie­ję na wiel­ką wy­gra­ną. Tym­cza­sem z każ­dym okrą­że­niem koła ru­let­ki Wiel­ki Ptak wpa­dał w co­raz to niż­sze krę­gi pie­kła. Mu­sia­łem go ra­to­wać.

Mi­nę­ło pół go­dzi­ny i Wiel­ki Ptak wy­mie­nił że­to­ny na pie­nią­dze i wstał od sto­łu.

Szedł w kie­run­ku sto­li­ków do blac­kjac­ka, ale zmie­nił zda­nie i po­szedł w dru­gą stro­nę.

Li­sie tra­fi­li się czte­rej kró­lo­wie, au­to­mat oznaj­mił wy­gra­ną i wy­pluł z sie­bie mo­rze mo­net.

- Wiel­ki Ptak wy­cho­dzi - po­wie­dzia­łem. - Zo­stań tu i do­kończ za mnie grę. Za­wia­dom od­dział spe­cjal­ny, że go przej­mu­ję.

Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, jak­by do­pie­ro za­uwa­ży­ła, gdzie się znaj­du­je.

- Do­brze - od­par­ła.

Prze­sze­dłem przez śro­dek sali, li­cząc na to, że Wiel­ki Ptak kie­ru­je się w stro­nę wind, mę­skiej to­a­le­ty albo pro­me­na­dy - gdzie mo­gli­by­śmy w spo­ko­ju po­roz­ma­wiać.

Szedł, tak jak­by mu­siał się od­lać, więc pew­nie zmie­rzał w stro­nę to­a­let.

Po­sze­dłem za nim i wi­dzia­łem, jak wcho­dzi przez drzwi mę­skiej to­a­le­ty. Wsze­dłem do środ­ka. Ci fa­ce­ci nie ko­rzy­sta­ją z pi­su­arów - gdy przy­cho­dzi do wy­cią­ga­nia wac­ków ce­nią so­bie pry­wat­ność, dla­te­go też Wiel­ki Ptak był te­raz w ka­bi­nie. W środ­ku przy pi­su­arach sta­li dwaj męż­czyź­ni, trze­ci mył ręce przy umy­wal­ce. Po ci­chu, i wręcz dy­plo­ma­tycz­nie, po­ka­za­łem im moją od­zna­kę, pro­sząc, by na­tych­miast opu­ści­li po­miesz­cze­nie. Jed­ne­mu z nich zle­ci­łem, żeby sta­nął przed drzwia­mi i pil­no­wał, by nikt nie wszedł do ła­zien­ki.

Gdy wy­szli, sta­ną­łem przy umy­wal­ce i spoj­rza­łem w lu­stro. Drzwi ka­bi­ny otwo­rzy­ły się, ale nie sły­sza­łem od­gło­su spusz­cza­nej wody. Wiel­ki Ptak nie pod­szedł na­wet do umy­wa­lek.

Gdy się od­wró­ci­łem, spoj­rzał na mnie i wie­dzia­łem już, że mnie nie roz­po­znał. I wte­dy na­gle wy­ko­nał ruch. Pod­szedł do mnie szyb­kim kro­kiem i zu­peł­nie nie wiem, jak to się sta­ło, ale jego klej­no­ty wy­lą­do­wa­ły w mo­jej gar­ści. Za­sko­czył mnie, więc cof­ną­łem się i wte­dy wy­ko­nał ko­lej­ny agre­syw­ny ruch, a mia­no­wi­cie upadł na ko­la­na i za­czął wy­da­wać z sie­bie prze­raź­li­we jęki. Jego oczy przy­po­mi­na­ły zmie­nia­ją­ce się sym­bo­le w jed­no­rę­kim ban­dy­cie. Po chwi­li osu­nął się na zie­mię, cięż­ko od­dy­chał, go­to­wy do po­wtór­ne­go ata­ku. Nie chcia­łem wy­wo­łać mię­dzy­na­ro­do­we­go skan­da­lu, więc wy­co­fa­łem się grzecz­nie, mó­wiąc - Pieprz się!

Wy­sze­dłem na ko­ry­tarz, zwol­ni­łem mego po­moc­ni­ka i wró­ci­łem do ka­sy­na, gdzie na­tkną­łem się na Lisę nio­są­cą pla­sti­ko­wy ku­be­czek z że­to­na­mi.

- Gdzie by­łeś? - za­py­ta­ła.

- W mę­skim.

- Gdzie jest Wiel­ki...

- Czas na nas.

Po­szli­śmy w kie­run­ku hal­lu.

- Co mam zro­bić z tymi że­to­na­mi? - za­py­ta­ła.

- Za­nieś do księ­go­wo­ści.

Gdy wy­szli­śmy z ho­te­lu, ru­szy­łem w stro­nę sa­mo­cho­du.

- Co tam się wy­da­rzy­ło - za­py­ta­ła Lisa. - Gdzie jest Wiel­ki Ptak?

- W mę­skim - Im mniej wie­dzia­ła, tym le­piej dla niej.

- Kto go ob­ser­wu­je? Prze­miesz­cza się?

- Yyy... ra­czej nie.

- John.

- Po­wia­dom od­dział spe­cjal­ny o jego ostat­nim po­ło­że­niu.

Gdy do­tar­li­śmy do sa­mo­cho­du, zde­cy­do­wa­łem, że będę pro­wa­dził. Lisa po­da­ła mi klu­czy­ki, wsie­dli­śmy do środ­ka i od­je­cha­łem.

Agent­ka Sims po­in­for­mo­wa­ła na­szych lu­dzi w ho­te­lu o tym, że zo­sta­wi­łem Wiel­kie­go Pta­ka w mę­skiej to­a­le­cie, o czym zresz­tą już wie­dzie­li. Lisa wy­słu­cha­ła spra­woz­da­nia i się roz­łą­czy­ła.

- Wiel­ki Ptak miał ja­kiś wy­pa­dek, chy­ba się prze­wró­cił.

- Mo­kra pod­ło­ga bywa śli­ska.

Kie­ro­wa­łem się na au­to­stra­dę Jer­sey Turn­pi­ke.

- Coś się wy­da­rzy­ło mię­dzy tobą a Wiel­kim Pta­kiem? - ode­zwa­ła się po kil­ku mi­nu­tach.

- Hej, jak nam po­szło na au­to­ma­tach? Co tam masz?

Zer­k­nę­ła na ku­be­czek sto­ją­cy na wy­cie­racz­ce.

- Wy­gra­li­śmy ja­kieś dzie­sięć do­lców - po­wie­dzia­ła.

- Nie­źle, jak na go­dzin­ną grę.

Po chwi­li mil­cze­nia się ode­zwa­ła.

- Cóż, zna­lazł się w nie­cie­ka­wym po­ło­że­niu, więc ra­czej nie zło­ży skar­gi. Nie za­re­ago­wa­łem.

Je­cha­li­śmy te­raz na pół­noc, au­to­stra­dą pro­wa­dzą­cą do No­we­go Jor­ku, od któ­re­go dzie­li­ło nas mniej wię­cej dwie­ście ki­lo­me­trów, czy­li je­śli do­ci­snę pe­dał gazu bę­dzie­my na miej­scu za dwie go­dzi­ny. Słoń­ce znik­nę­ło za ho­ry­zon­tem i nie­bo na za­cho­dzie po­grą­ża­ło się w ciem­no­ści.

- Czy my tak jak­by ucie­ka­my? - za­py­ta­ła Lisa.

- Nie. Prze­cież re­pre­zen­tu­je­my pra­wo.

- No tak. Po­wie­dzia­no mi, że wie­le się od cie­bie na­uczę - do­da­ła.

- Czy sta­łem się już le­gen­dą?

- W swo­im wła­snym mnie­ma­niu na pew­no. Wy­glą­dasz na po­rząd­ne­go fa­ce­ta i je­steś by­stry - za­uwa­ży­ła. - Ale masz też dru­gą twarz.

Mil­cza­łem.

- Za­wład­nę­ła tobą żą­dza ze­msty - do­da­ła.

- Je­śli masz ra­cję, to pra­cu­ję w od­po­wied­niej bran­ży.

Nie sko­men­to­wa­ła mo­jej od­po­wie­dzi, więc je­cha­li­śmy da­lej w ci­szy.

- Je­śli ktoś bę­dzie py­tał o dzi­siej­sze wy­da­rze­nia, to cały czas by­łeś w za­się­gu mo­je­go wzro­ku - po­wie­dzia­ła po chwi­li.

- Nikt nie bę­dzie o nic py­tał - za­pew­ni­łem ją. - Ale dzię­ki.

- Może kie­dyś zro­bisz dla mnie to samo.

- Je­śli o to cho­dzi, "może" nie ist­nie­je.

Spoj­rza­ła na mnie, a po­tem skie­ro­wa­ła swój wzrok na ciem­ną dro­gę przed nami.

- Cięż­ki za­wód - po­wie­dzia­ła, jak­by do sie­bie.

Do­pie­ro te­raz na to wpa­dła?

- Co­raz cięż­szy - od­par­łem.

- Zga­dza się - przy­tak­nę­ła.

Za­trzy­ma­li­śmy się na po­sto­ju, gdzie Lisa Sims wresz­cie ku­pi­ła muf­fin­kę, ja uzu­peł­ni­łem bak i obo­je wzię­li­śmy kawę na wy­nos.

W po­wrot­nej dro­dze roz­ma­wia­li­śmy głów­nie o tym, jak się żyje w No­wym Jor­ku, opo­wia­da­łem też tro­chę o dniu, w któ­rym ru­nę­ły wie­że. By­łem wte­dy w środ­ku. Ta­kie do­świad­cze­nie zmie­nia czło­wie­ka. Wi­dok ty­się­cy umie­ra­ją­cych lu­dzi zmie­nia czło­wie­ka.

Wje­cha­li­śmy do tu­ne­lu Hol­lan­da pro­wa­dzą­ce­go na Man­hat­tan, na­stęp­nie pod­rzu­ci­łem ją do biu­ra, bo mia­ła jesz­cze tro­chę ro­bo­ty.

- Od­daj wy­gra­ną księ­go­wym - przy­po­mnia­łem.

Po­tem po­je­cha­łem do mo­je­go miesz­ka­nia, przy Wschod­niej 72. Drzwi do domu otwo­rzy­łem tuż po dzie­sią­tej wie­czo­rem.

Kate była już w domu, oglą­da­ła wia­do­mo­ści.

- Jak po­szło? - za­py­ta­ła.

- W po­rząd­ku. Cel po­je­chał do Atlan­tic City, a my za nim.

- Drin­ka?

- Ja­sne. Jak ci mi­nął dzień? - za­py­ta­łem.

- Spę­dzi­łam go w biu­rze.

Przy­go­to­wa­li­śmy drin­ki, stuk­nę­li­śmy się kie­lisz­ka­mi, da­li­śmy so­bie po bu­zia­ku i obej­rze­li­śmy wia­do­mo­ści.

Cze­ka­łem na ma­te­riał o irań­skim dy­plo­ma­cie z ONZ, zna­le­zio­nym na pod­ło­dze mę­skiej ubi­ka­cji w ka­sy­nie Taj Ma­hal, z klej­no­ta­mi w gar­dle, ale naj­wi­docz­niej nie był to in­te­re­su­ją­cy news.

Wy­łą­czy­łem te­le­wi­zor i po­ga­da­li­śmy z Kate o ko­lej­nym dniu wy­peł­nio­nym wal­ką z ter­ro­ry­zmem.

Gdy już wy­czer­pa­li­śmy ten te­mat, przy­po­mnia­ła mi, że na week­end za­pla­no­wa­li­śmy wy­pra­wę za mia­sto - sko­ki spa­do­chro­no­we.

To nie była moja ulu­bio­na roz­ryw­ka, ale Kate spra­wia­ła ogrom­ną przy­jem­ność.

Oprócz tego, że nie prze­pa­dam za drze­wa­mi, la­sa­mi, niedź­wie­dzia­mi i in­ny­mi atrak­cja­mi na pół­noc od Bro­nxu, wiem na pew­no, że nie lu­bię wy­ska­ki­wać z sa­mo­lo­tów. Nie mam lęku wy­so­ko­ści, śmier­ci też się nie boję, ale nie wi­dzę po­wo­du, żeby na­ra­żać się na nie­bez­pie­czeń­stwo dla przy­jem­no­ści. Moja pra­ca jest wy­star­cza­ją­co nie­bez­piecz­na. I przy­jem­na za­ra­zem. Tak jak na przy­kład dziś.

Ale po­rząd­ny ze mnie fa­cet i do­bry mąż, więc za­ją­łem się spa­do­chro­niar­stwem. W du­chu quid pro quo - jak ma­wia­ją dy­plo­ma­ci - Kate za­ję­ła się sek­sem oral­nym. To dzia­ła.

Po­tem wy­sze­dłem na ta­ras znaj­du­ją­cy się na trzy­dzie­stym czwar­tym pię­trze i spoj­rza­łem na po­łu­dnie, na wy­spę Man­hat­tan. Co za wi­dok! Bra­ko­wa­ło w nim je­dy­nie dwóch wież. W miej­scu, gdzie kie­dyś sta­ły, wi­dzia­łem te­raz moje dwa pal­ce unie­sio­ne w ge­ście wik­to­rii. Zwy­cię­stwo i po­kój. Już nie za mo­je­go ży­cia, ale może kie­dyś. A na ra­zie gra, o któ­rej wspo­mnia­ła Lisa Sims, na­zy­wa się "ze­msta".

4

Asad Kha­lil szedł przez hall ho­te­lu Be­ver­ly Hills z kwia­tem, któ­ry za­brał z po­ko­ju. Za­uwa­żył kil­ku Ara­bów, któ­rzy ubio­rem i za­cho­wa­niem sta­ra­li się na­śla­do­wać Ame­ry­ka­nów i Eu­ro­pej­czy­ków. Wie­dział, że ci męż­czyź­ni byli więk­szym za­gro­że­niem dla is­la­mu niż nie­wier­ni. Roz­pra­wi się z nimi w na­stęp­nej ko­lej­no­ści bez­li­to­śnie.

Kha­lil wy­szedł z ho­te­lu i odźwier­ny za­py­tał, czy po­trze­bu­je tak­sów­ki. Trzy lata temu, pod­czas po­przed­niej wi­zy­ty, Kha­lil za­uwa­żył, że w tym mie­ście nikt i nig­dzie nie prze­miesz­cza się pie­szo. Lu­dzie ko­rzy­sta­li z sa­mo­cho­dów, na­wet gdy cel ich po­dró­ży znaj­do­wał się dwie prze­czni­ce da­lej. Wła­ści­wie był zdzi­wio­ny, że ho­tel nie za­pew­nił go­ściom wy­bie­ra­ją­cym się na ba­sen lek­tyk. Rzym­skie świ­nie.

- Cze­kam na sa­mo­chód - od­po­wie­dział odźwier­ne­mu.

- Oczy­wi­ście.

Po chwi­li pod­je­chał nie­bie­ski ford tau­rus, któ­ry od ja­kie­goś cza­su stał przed ho­te­lem. Kie­row­ca nie wy­siadł z sa­mo­cho­du, za to dał znak Kha­li­lo­wi. Wsko­czył na miej­sce pa­sa­że­ra, po czym od­je­cha­li.

- Do­bry wie­czór panu - po­wie­dział kie­row­ca, któ­re­go Kha­lil znał jako Gab­ba­ra.

Kha­lil nie od­po­wie­dział.

Je­cha­li dłu­gą ale­ją.

- Za­re­zer­wo­wa­łem po­kój na moje na­zwi­sko w ho­te­lu Best We­stern w San­ta Bar­ba­ra.

Kha­lil kiw­nął gło­wą.

- A jak pan się na­zy­wa?

- Fa­rid Man­sur, pro­szę pana - od­parł kie­row­ca, nie py­ta­jąc o praw­dzi­wą toż­sa­mość pa­sa­że­ra.

- Czym się pan tu­taj zaj­mu­je, pa­nie Man­sur? - za­py­tał Kha­lil.

- Do­star­czam pacz­ki, pro­szę pana.

- Świet­nie. A ma pan moje pacz­ki?

- Tak, pro­szę pana. Zgod­nie z in­struk­cja­mi, są w moim po­ko­ju ho­te­lo­wym. Dwa za­mknię­te ba­ga­że, do któ­rych nie mam klu­cza - do­dał. - Zga­dza się, pro­szę pana? - za­py­tał.

Kha­lil przy­tak­nął.

- Czy ma pan dwie do­dat­ko­we rze­czy, o któ­re pro­si­łem?

- Oczy­wi­ście. Są w ba­gaż­ni­ku.

- A kar­ta?

Man­sur bez sło­wa po­dał Kha­li­lo­wi pla­sti­ko­wą kar­tę.

Kha­lil uważ­nie ją obej­rzał. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa na kar­cie wy­dru­ko­wa­no nie­wie­le in­for­ma­cji - nie było na­wet na­zwy lot­ni­ska, na któ­rym moż­na było jej użyć, ani sym­bo­lu drzwi, któ­re otwie­ra­ła. Wy­dru­ko­wa­no na niej je­dy­nie ja­kieś cy­fry.

- Jak pan ją zdo­był? - za­py­tał Kha­lil.

- Szcze­rze mó­wiąc, nie mu­sia­łem jej zdo­by­wać, pro­szę pana - od­parł Man­sur. - Do­sta­łem od na­sze­go wspól­ne­go zna­jo­me­go. Pro­sił, że­bym prze­ka­zał panu, że sam po­ży­czył ją od in­ne­go wy­znaw­cy na­szej wia­ry, któ­ry nie bę­dzie jej po­trze­bo­wał przez dwa dni - do­dał. - Po tym cza­sie będę mu­siał zwró­cić kar­tę na­sze­mu wspól­ne­mu zna­jo­me­mu, by ten od­dał ją wła­ści­cie­lo­wi. Nie mam po­ję­cia, o któ­re lot­ni­sko cho­dzi ani do­kąd moż­na wejść za jej po­mo­cą, ale pan na pew­no wie - do­dał, pod­kre­śla­jąc w ten spo­sób brak wie­dzy na te­mat spra­wy.

- Dla­cze­go uwa­ża pan, że cho­dzi o lot­ni­sko? - za­py­tał Kha­lil.

Fa­rid Man­sur zo­rien­to­wał się, że po­peł­nił błąd i te­raz sta­rał się go za­tu­szo­wać.

- Nasz wspól­ny zna­jo­my... chy­ba użył ta­kie­go sło­wa... ale mo­głem coś źle usły­szeć albo.

- Nie­waż­ne.

- Tak jest, pro­szę pana.

Kha­lil wło­żył kar­tę do kie­sze­ni.

Zna­leź­li się u wy­lo­tu dro­gi do­jaz­do­wej do cen­trum.

- Ży­czy pan so­bie je­chać te­raz do San­ta Bar­ba­ra? - za­py­tał kie­row­ca.

- Tak.

Man­sur usta­wił się na pa­sie do skrę­tu w stro­nę Bul­wa­ru Za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca, ale Kha­lil ka­zał mu je­chać pro­sto.

Kie­row­ca mi­nął bul­war i je­chał da­lej uli­cą Ca­non Dri­ve, na któ­rej sta­ły oka­za­łe wil­le.

Kha­lil zer­k­nął w bocz­ne lu­ster­ko, ale nie za­uwa­żył żad­nych po­dej­rza­nych po­jaz­dów.

- To jest sa­mo­chód z wy­po­ży­czal­ni, zga­dza się? - za­py­tał Man­su­ra.

- Tak jest, pro­szę pana. Wy­na­ją­łem go na trzy dni, zgod­nie z in­struk­cja­mi - do­dał.

- Świet­nie.

Za­tem do po­nie­dział­ku nikt go nie bę­dzie szu­kał.

Kha­lil ga­pił się przez szy­bę.

- Żyją w luk­su­sie - ode­zwał się Man­sur. - Te wszyst­kie gwiaz­dy fil­mo­we i inni z bran­ży.

- W tym miej­scu za grzech spo­ty­ka ich na­gro­da - za­uwa­żył Kha­lil.

Od­po­wiedź Man­su­ra była zgod­na z ocze­ki­wa­nia­mi Kha­li­la.

- Tu­taj może tak. Ale w pie­kle za­pła­cą za to wy­so­ką cenę.

Kha­lil nie sko­men­to­wał wy­po­wie­dzi Man­su­ra.

- Z któ­re­go re­gio­nu Li­bii pan po­cho­dzi? - za­py­tał.

- Z Ben­ga­zi, pro­szę pana.

- Dla­cze­go pan tu przy­je­chał?

Man­sur lek­ko się za­wa­hał, a na­stęp­nie od­parł:

- Chcia­łem za­ro­bić pie­nią­dze dla mo­ich ro­dzi­ców i ro­dzi­ców żony, któ­rzy zo­sta­li w Ben­ga­zi. Ma­rzę o po­wro­cie do kra­ju - do­dał szyb­ko.

- Kie­dyś pan wró­ci.

- Oczy­wi­ście.

- A pań­ska żona? Przy­je­cha­ła z pa­nem?

- Oczy­wi­ście. I czwór­ka na­szych dzie­ci.

- Świet­nie. Czy zo­sta­ły wy­cho­wa­ne w na­szej wie­rze?

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Czy­ta­ją Ko­ran w szko­le przy me­cze­cie.

- Wspa­nia­le. A pań­ska żona wie, że przez naj­bliż­sze dwa, może trzy dni nie wró­ci pan do domu?

- Owszem.

Męż­czyź­ni za­mil­kli. Fa­rid Man­sur zdał so­bie spra­wę z fak­tu, że pa­sa­żer wpro­wa­dzał ner­wo­wą at­mos­fe­rę. Spo­ty­kał ta­kich lu­dzi w Li­bii, tu­taj cza­sa­mi też, w me­cze­cie. Wy­zna­wa­li tę samą wia­rę, ale ro­bi­li to w inny spo­sób. Ten czło­wiek... jego głos, jego za­cho­wa­nie, oczy... ten czło­wiek był inny, na­wet od tych, któ­rzy byli inni, ten czło­wiek go prze­ra­żał. Fa­rid Man­sur nie wie­dział, do­kąd jadą, ale po­dej­rze­wał, że jego pa­sa­żer nie­po­ko­ił się, że ktoś może ich śle­dzić, więc skrę­cił kil­ka razy w przy­pad­ko­we uli­ce.

Wje­cha­li na uli­cę, wzdłuż któ­rej są luk­su­so­we skle­py.

- Je­ste­śmy na Ro­deo Dri­ve, pro­szę pana - rzekł Man­sur. - Tyl­ko naj­bo­gat­si tu ku­pu­ją.

Kha­lil mil­czał.

- San­ta Bar­ba­ra - rzekł Kha­lil, gdy zna­leź­li się na jej koń­cu.

Man­sur skrę­cił w pra­wo w Wil­shi­re Bo­ule­vard i skie­ro­wa­li­śmy się na za­chód, w stro­nę słoń­ca cho­wa­ją­ce­go się za ho­ry­zon­tem.

Je­cha­li te­raz uli­cą, na któ­rej było wie­le skle­pów, apar­ta­men­tow­ców i biu­row­ców. Ruch był duży i sa­mo­cho­dy po­ru­sza­ły się wol­no.

- Wie­le sa­mo­cho­dów - za­uwa­żył Man­sur.

- Wy­sy­sa­ją ropę z zie­mi - od­parł Kha­lil.

- I pła­cą za to wy­so­ką cenę - Man­sur po­zwo­lił so­bie na uśmiech.

- To praw­da. Od jak daw­na pan tu miesz­ka? - za­py­tał Kha­lil.

Man­sur za­wa­hał się.

- Od ośmiu lat - od­parł. - Zbyt dłu­go - do­dał.

- Zga­dza się. Był pan w Ben­ga­zi, gdy Ame­ry­ka­nie zbom­bar­do­wa­li mia­sto? - za­py­tał Kha­lil.

- Tak. Do­brze pa­mię­tam tę noc. Pięt­na­sty kwiet­nia ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku. By­łem wte­dy ma­łym chłop­cem.

- Bał się pan?

- Oczy­wi­ście.

- Zmo­czył się pan, pa­nie Man­sur?

- Słu­cham?

- Ja się zmo­czy­łem.

Fa­rid Man­sur nie wie­dział, jak od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, więc za­milkł.

- Ja też by­łem wte­dy ma­łym chłop­cem. Miesz­ka­łem w Al Azi­zi­ja, nie­da­le­ko Try­po­li­su - kon­ty­nu­ował Kha­lil. - Je­den z bom­bow­ców prze­le­ciał tuż nad da­chem, pod któ­rym sta­łem, i zrzu­cił bom­bę. Nic mi się nie sta­ło. Ale się zmo­czy­łem.

- Al­lah był li­to­ści­wy, pro­szę pana - zdą­żył po­wie­dzieć Fa­rid Man­sur.

- Tak. Ale tam­tej nocy moja mat­ka, dwaj bra­cia i dwie sio­stry uda­li się do raju.

Man­sur wziął głę­bo­ki od­dech.

- Niech po wsze cza­sy żyją wśród anio­łów - po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem.

- Tak wła­śnie bę­dzie.

Je­cha­li w mil­cze­niu, w koń­cu ode­zwał się Kha­lil.

- Dla­cze­go pan to robi?

Fa­rid Man­sur za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią. Gdy­by po­wie­dział, że robi to dla kra­ju lub wia­ry, zdra­dził­by, że zda­je so­bie spra­wę, iż nie jest tyl­ko zwy­kłym kie­row­cą i prze­wod­ni­kiem po mie­ście opie­ku­ją­cym się ro­da­kiem. Fa­rid Man­sur nie zro­bił ni­cze­go, co by­ło­by nie­zgod­ne z pra­wem - no może poza prze­ka­za­niem pla­sti­ko­wej kar­ty - i je­śli czło­wiek sie­dzą­cy na miej­scu pa­sa­że­ra za­mie­rzał zła­mać pra­wo, nie chciał o tym wie­dzieć.

- Pa­nie Man­sur? Za­da­łem panu py­ta­nie.

- Tak, oczy­wi­ście... po­pro­szo­no mnie, bym po­mógł ro­da­ko­wi i...

- Czy wła­dze kie­dy­kol­wiek się pa­nem in­te­re­so­wa­ły?

- Nie, pro­szę pana. Pro­wa­dzę spo­koj­ne, ro­dzin­ne ży­cie.

- A pań­ska żona? Czym się zaj­mu­je?

- Tym, czym każ­da po­rząd­na ko­bie­ta. Dba o dom i ro­dzi­nę.

- Świet­nie. Pew­nie przy­da­ły­by się wam do­dat­ko­we pie­nią­dze?

- Owszem.

- Ceny ropy zno­wu po­szły w górę.

- Zga­dza się, pro­szę pana - Man­sur po­zwo­lił so­bie na uśmiech.

- Z tego co wiem, nasz wspól­ny zna­jo­my za­pła­cił panu ty­siąc do­la­rów.

- Zga­dza się.

- Dam panu ko­lej­ny ty­siąc.

- Dzię­ku­ję panu.

- A to kwiat dla pań­skiej żony. Kha­lil po­ło­żył raj­ski kwiat na de­sce roz­dziel­czej.

- Dzię­ku­ję.

Man­sur wje­chał na au­to­stra­dę Pa­ci­fic Co­ast pro­wa­dzą­cą do San­ta Bar­ba­ra.

- Po­dróż do ho­te­lu po­win­na nam za­jąć ja­kieś dwie go­dzi­ny - po­in­for­mo­wał pa­sa­że­ra.

Kha­lil zer­k­nął na ze­gar na ta­bli­cy roz­dziel­czej. Do­cho­dzi­ła dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści i słoń­ce za­nu­rza­ło się w oce­anie. Na wzgó­rzach, po jego pra­wej stro­nie, sta­ły wiel­kie wil­le.

- Na tej tra­sie do San­ta Bar­ba­ra roz­po­ście­ra się ma­low­ni­czy wi­dok - rzekł Fa­rid Man­sur. - Je­śli pan so­bie ży­czy, w nie­dzie­lę mo­że­my wró­cić zwy­kłą au­to­stra­dą.

Sce­ne­ria zu­peł­nie nie in­te­re­so­wa­ła Kha­li­la, a poza tym ani on, ani Fa­rid Man­sur w nie­dzie­lę nie będą wra­cać do Be­ver­ly Hills.

- Jak pan woli - po­wie­dział, by uspo­ko­ić kie­row­cę. - Od­da­ję się w pań­skie ręce - do­dał.

- Do­brze, pro­szę pana.

- A obaj je­ste­śmy w rę­kach Boga.

- Zga­dza się, pro­szę pana.

Kha­lil po­my­ślał, że wła­ści­wie pan Man­sur sta­nie przed ob­li­czem Al­la­ha w cią­gu naj­bliż­szych dwóch go­dzin i na­resz­cie od­naj­dzie swo­ją dro­gę do domu.

A je­śli cho­dzi o Chi­pa Wig­gin­sa, któ­ry sie­dem­na­ście lat temu jako pi­lot brał udział w bom­bar­do­wa­niu Try­po­li­su i praw­do­po­dob­nie to wła­śnie on zrzu­cił bom­bę na dom Kha­li­la, za­bi­ja­jąc jego ro­dzi­nę, to przed wscho­dem słoń­ca tra­fi do pie­kła.

A po­tem trze­ba bę­dzie wy­rów­nać ra­chun­ki w No­wym Jor­ku.

6

Ze­gar go nie obu­dził, nie spał - po­in­for­mo­wał go tyl­ko, że wy­bi­ła dru­ga trzy­dzie­ści.

Asad Kha­lil wy­sko­czył z łóż­ka, sko­rzy­stał z to­a­le­ty, na­pił się wody i wy­szedł z po­ko­ju, upew­nia­jąc się, że na klam­ce znaj­du­je się wy­wiesz­ka: nie prze­szka­dzać. Gdy cia­ło Man­su­ra znaj­dzie sprzą­tacz­ka lub ko­lej­ny gość, on bę­dzie już da­le­ko poza Ka­li­for­nią.

Wy­szedł z ho­te­lu, była zim­na, ciem­na noc, wsiadł do sa­mo­cho­du i od­je­chał z par­kin­gu. Po dro­dze, wy­cią­gnąw­szy uprzed­nio pie­nią­dze, wy­rzu­cił port­fel Man­su­ra do ście­ków, ra­zem z kwia­tem, któ­ry wcze­śniej po­ło­żył na de­sce roz­dziel­czej.

Ruch był nie­wiel­ki, dla­te­go po dzie­się­ciu mi­nu­tach zbli­żał się już do lot­ni­ska w San­ta Bar­ba­ra od stro­ny pół­noc­no-wschod­niej. Ta część lot­ni­ska, od­da­lo­na od głów­ne­go ter­mi­na­lu, była za­re­zer­wo­wa­na dla pry­wat­nych sa­mo­lo­tów, firm czar­te­ro­wych i sa­mo­lo­tów to­wa­ro­wych.

Po­wie­dzia­no mu, że musi uwa­żać na sa­mo­chód pa­tro­lu­ją­cy lot­ni­sko, któ­ry co ja­kiś czas ob­jeż­dża te­ren do­oko­ła. Te­raz jed­nak ża­den po­jazd nie prze­miesz­czał się wzdłuż pło­tu oka­la­ne­go dru­tem kol­cza­stym. Wje­chał przez otwar­tą bra­mę na dłu­gi i wą­ski par­king. Wo­kół nie­go, na ty­łach pły­ty po­sto­jo­wej dla sa­mo­lo­tów, sta­ły ni­skie bu­dyn­ki. Więk­szość z nich nie była oświe­tlo­na, na jed­nym po­wie­szo­no neon fir­my czar­te­ru­ją­cej sa­mo­lo­ty ster­ling - air char­ters. Tam póź­niej skie­ru­je swo­je kro­ki.

Mi­nął kil­ka na­stęp­nych bu­dyn­ków, na par­kin­gu sta­ły trzy sa­mo­cho­dy. Nie było ży­wej du­szy ani ża­den sa­mo­chód o tej po­rze nie po­ru­szał się po par­kin­gu. Jak na ra­zie in­for­ma­cje, któ­re po­sia­dał, po­twier­dzi­ły się. Al Ka­ida w Ame­ry­ce nie po­no­si­ła od­po­wie­dzial­no­ści za jego mi­sję - tak oni sami twier­dzi­li. Mu­siał jed­nak przy­znać, że uła­twi­li mu za­da­nie. Asad Kha­lil "Lew" bez ni­czy­jej po­mo­cy za­bił już wie­lu wro­gów is­la­mu w Eu­ro­pie i w Sta­nach i Al Ka­ida za­ofe­ro­wa­ła mu wspar­cie w prze­pro­wa­dze­niu jego pry­wat­nej mi­sji w za­mian za wy­ko­na­nie za­da­nia w No­wym Jor­ku. Speł­ni obiet­ni­cę, ale naj­pierw zaj­mie się swo­ją oso­bi­stą ze­mstą.

W od­le­gło­ści mniej wię­cej dwu­stu me­trów od bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ła się sie­dzi­ba Ster­ling Air Char­ters, znaj­do­wał się pod­świe­tlo­ny neon AL­PHA AIR FRE­IGNT - fir­my zaj­mu­ją­cej się trans­por­tem lot­ni­czym. Tu pra­co­wał Chip Wig­gins. Kha­lil spo­strzegł ciem­ne­go for­da explo­re­ra za­par­ko­wa­ne­go przed biu­rem, do­kład­nie ta­kie­go, ja­kie­go wi­dział na zdję­ciach, w Try­po­li­sie. Pan Wig­gins - były po­rucz­nik Sił Po­wietrz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych - zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi naj­wy­raź­niej był w pra­cy. Był pią­tek i we­dług pla­nu ko­lej­ny lot Wig­gin­sa miał się od­być w nocy z nie­dzie­li na po­nie­dzia­łek, ale fak­tycz­nie dziś w pra­cy bę­dzie po raz ostat­ni.

Kha­lil za­par­ko­wał for­da tau­ru­sa na­prze­ciw­ko Al­pha Air Fre­ight, obok sa­mo­cho­du Wig­gin­sa. Wy­łą­czył świa­tła i zga­sił sil­nik, po czym wy­siadł z sa­mo­cho­du i spraw­dził ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne explo­re­ra, by upew­nić się, że po­jazd na­le­ży do Wig­gin­sa. Otwo­rzył ba­gaż­nik i wy­jął bre­zen­to­wy wo­rek, w któ­rym znaj­do­wał się fu­te­rał z ło­mem i rzeź­nic­ką piłą. Za­rzu­cił fu­te­rał na ra­mię.

Szyb­kim kro­kiem prze­szedł przez par­king. Mię­dzy biu­rem prze­woź­ni­ka to­wa­ro­we­go i są­sied­nim bu­dyn­kiem znaj­do­wał się wy­so­ki płot i bra­ma pro­wa­dzą­ca na pły­tę lot­ni­ska. Kha­lil otwo­rzył ją kar­tą, któ­rą do­stał od Fa­ri­da Man­su­ra - niech Bóg wy­na­gro­dzi go w raju, za jego po­świę­ce­nie - po czym wśli­zgnął się na strze­żo­ny te­ren.

Miej­sce, w któ­rym te­raz stał, było sła­bo oświe­tlo­ne, więc po­ru­szał się w cie­niu, bli­sko ścia­ny bu­dyn­ku na­le­żą­ce­go do fir­my Al­pha. Gdy do­szedł do kon­te­ne­ra na od­pa­dy, klęk­nął i uważ­nie się ro­zej­rzał.

Na pły­cie po­sto­jo­wej, za rzę­dem bu­dyn­ków, sta­ło kil­ka ma­łych i śred­nich ma­szyn. Na ty­łach biu­ra Al­phy znaj­do­wa­ły się dwa nie­wiel­kie dwu­sil­ni­ko­we sa­mo­lo­ty z fir­mo­wym logo na ogo­nach. Wie­dział, że były to dwa z trzech sa­mo­lo­tów na­le­żą­cych do fir­my i że zwy­kle wra­ca­ły na pły­tę mię­dzy pół­no­cą a pierw­szą w nocy. Tak jak i tej dzi­siej­szej. Trze­cim, bra­ku­ją­cym, sa­mo­lo­tem we flo­cie Al­phy była bia­ła, dwu­sil­ni­ko­wa ces­sna pi­lo­to­wa­na przez Wig­gin­sa, któ­ry zwy­kle wra­cał ze swej tra­sy oko­ło trze­ciej, czwar­tej nad ra­nem. Kha­lil po­pa­trzył na pod­świe­tlo­ną tar­czę ze­gar­ka, była dru­ga pięć­dzie­siąt osiem. Miał na­dzie­ję, że pan Wig­gins miło spę­dził czas i wkrót­ce wy­lą­du­je.

Ukuc­nął w cie­niu wiel­kie­go kon­te­ne­ra na od­pad­ki i pa­trzył na lot­ni­sko. Da­le­ko ma­ja­czy­ły świa­tła głów­ne­go ter­mi­na­lu i świa­teł­ka roz­sta­wio­ne wzdłuż pasa star­to­we­go. O tej po­rze nie­wie­le sa­mo­lo­tów wzno­si­ło się w po­wie­trze, nie­wie­le lą­do­wa­ło, wi­dział jed­nak świa­tła ma­łej ma­szy­ny ob­ni­ża­ją­cej lot nad naj­bliż­szym pa­sem star­to­wym.

Sa­mo­lot wy­lą­do­wał i po chwi­li Kha­lil zo­ba­czył dwa sno­py bia­łych świa­teł prze­ci­na­ją­ce ciem­ność i oświe­tla­ją­ce dro­gę ko­ło­wa­nia.

Za­stygł w nie­ru­cho­mej po­zy­cji, na­słu­chu­jąc, czy w po­bli­żu nikt się nie krę­ci. Gdy­by ktoś się na nie­go na­tknął, miał dwa wyj­ścia: łom lub pi­sto­let. Uciecz­ka nie wcho­dzi­ła w grę. Dłu­go cze­kał na tę chwi­lę, Wig­gins był ostat­nim z ośmiu pi­lo­tów ste­ru­ją­cych ma­szy­na­mi, któ­re zbom­bar­do­wa­ły dziel­ni­cę Al Azi­zi­ja w Try­po­li­sie, gdzie miesz­kał i gdzie zgi­nę­ła jego ro­dzi­na.

Dwu­sil­ni­ko­wy sa­mo­lot ko­ło­wał, Kha­lil mo­dlił się, aby to była ta ma­szy­na, na któ­rą cze­kał. Gdy sa­mo­lot pod­je­chał bli­żej, wi­dział już, że był bia­ły i na jego ogo­nie wid­nia­ło logo fir­my Al­pha. Otwo­rzył wo­rek, w któ­rym le­żał fu­te­rał i wy­jął cięż­ki łom.

Sa­mo­lot wje­chał na pły­tę po­sto­jo­wą i za­trzy­mał się w od­le­gło­ści oko­ło dzie­się­ciu me­trów od Kha­li­la. Po chwi­li świa­tła ma­szy­ny zga­sły, uci­chły oba sil­ni­ki, noc zno­wu była ciem­na i ci­cha.

Kha­lil pa­trzył i cze­kał. Usły­szał kil­ka zgrzy­tów i trza­sków do­cho­dzą­cych z sa­mo­lo­tu, po czym po le­wej stro­nie ka­dłu­ba opa­dły scho­dy. Po chwi­li w drzwiach po­ja­wił się męż­czy­zna, któ­ry na­stęp­nie zszedł po scho­dach.

Pły­ta była sła­bo oświe­tlo­na, więc Kha­lil nie był pe­wien, czy z sa­mo­lo­tu wy­siadł Wig­gins, miał jed­nak pew­ność, że ma­szy­na na­le­ża­ła do nie­go, a na par­kin­gu stał jego sa­mo­chód. Go­dzi­na lą­do­wa­nia tak­że się zga­dza­ła.

Asad Kha­lil nie prze­jął­by się, gdy­by za­bił nie tego czło­wie­ka, na któ­rym mu za­le­ża­ło, ale wzbu­dzi­ło­by to po­dej­rze­nia Wig­gin­sa i władz. Na pew­no by się do­my­śli­li, że Asad Kha­lil wró­cił.

Pi­lot niósł kli­ny pod koła przy­wią­za­ne do lin. Po chwi­li od­wró­cił się, po­chy­lił i je­den z nich po­ło­żył za le­wym ko­łem sa­mo­lo­tu.

Kha­lil chwy­cił wo­rek z fu­te­ra­łem i ru­szył do przo­du tak szyb­ko, że za­le­d­wie w kil­ka se­kund zdo­łał po­ko­nać dzie­się­cio­me­tro­wą od­le­głość.

Pi­lot był za­ję­ty umiesz­cza­niem na­stęp­ne­go kli­na z przo­du le­we­go koła, gdy na­gle usły­szał ja­kiś dźwięk. Od­wró­cił się i znie­ru­cho­miał.

Tuż przed nim stał Kha­lil, któ­ry na­tych­miast roz­po­znał twarz Chi­pa Wig­gin­sa, gdyż wcze­śniej wi­dział ją na fo­to­gra­fiach.

Wig­gins wpa­try­wał się w męż­czy­znę.

- Kim pan?...

Kha­lil upu­ścił bre­zen­to­wy wo­rek i te­raz w obu dło­niach trzy­mał łom. Wziął duży za­mach i ude­rzył Wig­gin­sa w lewe ra­mię, miaż­dżąc oboj­czyk.

Wig­gins krzyk­nął prze­raź­li­wie z bólu, za­chwiał się i upadł na zie­mię.

Kha­lil za­mach­nął się po­now­nie, tym ra­zem roz­trza­skał rzep­kę ko­la­na i zmiaż­dżył lewą kość pisz­cze­lo­wą. Ostat­ni cios zła­mał pra­wy oboj­czyk.

Po­twor­ne jęki Wig­gin­sa ci­chły, męż­czy­zna tra­cił przy­tom­ność.

Kha­lil ro­zej­rzał się, po czym wrzu­cił łom i wo­rek z piłą do ka­bi­ny. Klęk­nął przy swej ofie­rze i, cią­gnąc za koł­nierz ko­szu­li pi­lo­ta, pod­niósł go do po­zy­cji sie­dzą­cej. Na­stęp­nie prze­rzu­cił pół­przy­tom­ne­go męż­czy­znę przez ra­mię, wy­pro­sto­wał się i wszedł po scho­dach do sa­mo­lo­tu. Za­mknął za sobą drzwi.

W ka­bi­nie to­wa­ro­wej było ciem­no, su­fit znaj­do­wał się bar­dzo ni­sko, więc Kha­lil po­ru­szał się przy­gar­bio­ny ku ty­ło­wi sa­mo­lo­tu, gdzie po­sa­dził Wig­gin­sa, opie­ra­jąc go ple­ca­mi o ścia­nę.

Wziął rzeź­nic­ką piłę i klęk­nął mię­dzy no­ga­mi pi­lo­ta. Wy­jął z kie­sze­ni am­puł­kę z amo­nia­kiem, uła­mał ko­niu­szek i pod­sta­wił pod nos ofia­ry. Męż­czy­zna na­gle po­ru­szył gło­wą, Kha­lil ude­rzył go w oba po­licz­ki.

Wig­gins za­ję­czał i otwo­rzył oczy.

Kha­lil zbli­żył twarz do swo­jej ofia­ry.

- To ja, pa­nie Wig­gins. Asad Kha­lil, czło­wiek, na któ­re­go cze­kał pan od trzech lat.

Wig­gins otwo­rzył sze­ro­ko oczy i w mil­cze­niu wpa­try­wał się w Kha­li­la.

Li­bij­czyk zbli­żył usta do ucha Wig­gin­sa.

- Ty lub któ­ryś z two­ich ko­le­gów za­bi­li­ście moją mat­kę, bra­ci i sio­stry. Wiesz, po co tu je­stem - wy­szep­tał.

Cof­nął się nie­co i pa­trzył te­raz na swo­ją ofia­rę. Wig­gins wpa­try­wał się nie­ru­cho­mo w prze­strzeń, po jego po­licz­kach pły­nę­ły łzy.

- Wi­dzę, że ża­łu­jesz tego, co zro­bi­łeś - rzekł Kha­lil. - A może po pro­stu pła­czesz z bólu. Na pew­no nig­dy nie bo­la­ła cię du­sza. Ja do­świad­czam tego od cza­sów, gdy by­łem chłop­cem. Oczy­wi­ście nig­dy też nie do­świad­czy­łeś bólu fi­zycz­ne­go, jaki się od­czu­wa, le­żąc bez du­cha pod ru­ina­mi swe­go domu.

Wig­gins po­ru­szył usta­mi, ale dało się sły­szeć je­dy­nie ci­chy jęk, któ­ry na­stęp­nie prze­ro­dził się w sko­wyt.

Kha­lil wi­dział, że męż­czy­zna za chwi­lę po­now­nie ze­mdle­je, więc moc­no go ude­rzył.

- Słu­chaj, co do cie­bie mó­wię! - krzyk­nął. - Raz już przede mną ucie­kłeś, ale tym ra­zem za­pla­no­wa­łem dla cie­bie bar­dzo nie­przy­jem­ną śmierć i za­le­ży mi na tym, że­byś był przy­tom­ny.

3

Asad Kha­lil, li­bij­ski ter­ro­ry­sta, po­dró­żu­ją­cy z pod­ro­bio­nym egip­skim pasz­por­tem, szedł szyb­kim kro­kiem przez rę­kaw lot­ni­czy łą­czą­cy sa­mo­lot li­nii Air Fran­ce, z któ­re­go wła­śnie wy­siadł, z Ter­mi­na­lem 2. na mię­dzy­na­ro­do­wym lot­ni­sku w Los An­ge­les.

Lot z Ka­iru do Pa­ry­ża od­był się bez nie­spo­dzia­nek, po­dob­nie jak po­dróż z Pa­ry­ża do Los An­ge­les. W Ka­irze na­wet z ła­two­ścią do­stał się na po­kład sa­mo­lo­tu, a to dzię­ki po­mo­cy wy­so­ko po­sta­wio­nych przy­ja­ciół, któ­rzy umoż­li­wi­li mu szyb­kie przej­ście przez egip­ską kon­tro­lę pasz­por­to­wą. W Pa­ry­żu miał dwu­go­dzin­ną prze­rwę w po­dró­ży, któ­rą spę­dził w po­cze­kal­ni tran­zy­to­wej, więc nie mu­siał po­wtór­nie prze­cho­dzić przez kon­tro­lę, co mo­gło­by oka­zać się pro­ble­ma­tycz­ne. Był już w Ame­ry­ce. Pra­wie.

Kha­lil szedł ra­zem ze współ­pa­sa­że­ra­mi w stro­nę okie­nek kon­tro­li pasz­por­to­wej. Więk­szość osób po­dró­żu­ją­cych tym sa­mym sa­mo­lo­tem było fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia, było też wie­lu mu­zuł­ma­nów z fran­cu­skim oby­wa­tel­stwem. Mniej wię­cej jed­ną czwar­tą pa­sa­że­rów sta­no­wi­li Egip­cja­nie, któ­rzy, tak jak on, wsie­dli na po­kład w Ka­irze, a na­stęp­nie cze­ka­li w po­cze­kal­ni tran­zy­to­wej na lot­ni­sku De Gaul­le'a na bez­po­śred­ni lot bo­ein­giem 777 do Los An­ge­les. W każ­dym ra­zie Kha­lil był prze­ko­na­ny, że nie wy­róż­nia się spe­cjal­nie z tłu­mu, w do­dat­ku jego przy­ja­cie­le z Al Ka­idy za­pew­ni­li go, że na tej tra­sie bez pro­ble­mów do­trze tu, gdzie się wła­śnie znaj­do­wał. Mu­siał tyl­ko po­myśl­nie przejść przez ame­ry­kań­ską kon­tro­lę pasz­por­to­wą, po­ka­zu­jąc pod­ro­bio­ny do­ku­ment, we­dług któ­re­go jest Egip­cja­ni­nem. Od­pra­wa cel­na nie sta­no­wi­ła pro­ble­mu, nie miał nic do ocle­nia i poza ogrom­ną nie­na­wi­ścią do Ame­ry­ki, ale to z ła­two­ścią był w sta­nie ukryć, ni­cze­go ze sobą nie prze­wo­ził.

Miał do wy­bo­ru dzie­sięć okie­nek, w któ­rych cel­ni­cy spraw­dza­li pasz­por­ty, sta­nął więc w ko­lej­ce do jed­ne­go z nich. Zer­k­nął na ze­ga­rek, któ­ry wcze­śniej prze­sta­wił na lo­kal­ny czas. Sie­dem­na­sta czter­dzie­ści - go­dzi­na szczy­tu, taki był plan.

Asad Kha­lil miał na so­bie szy­te na za­mó­wie­nie gra­na­to­wą, spor­to­wą ma­ry­nar­kę, ja­sno­brą­zo­we spodnie, dro­gie skó­rza­ne mo­ka­sy­ny i ko­szu­lę z wi­docz­nym splo­tem i przy­pi­na­nym koł­nie­rzy­kiem - strój, dzię­ki któ­re­mu wy­glą­dał jak męż­czy­zna z kla­sy śred­niej. Praw­do­po­dob­nie uczęsz­czał do do­brych szkół i nie sta­no­wił za­gro­że­nia dla ni­ko­go, no może poza kum­pla­mi od kie­lisz­ka i swo­je­go do­rad­cy fi­nan­so­we­go. Po­da­wał się za zeu­ro­pe­izo­wa­ne­go egip­skie­go tu­ry­stę o na­zwi­sku Mu­sta­fa Ha­she­em. W kie­sze­ni miał po­twier­dze­nie re­zer­wa­cji po­ko­ju w ho­te­lu Be­ver­ly Hills, a w tor­bie prze­wod­nik po Los An­ge­les wy­daw­nic­twa Fo­dors w ję­zy­ku an­giel­skim, któ­rym po­słu­gi­wał się wła­ści­wie płyn­nie.

Przyj­rzał się cel­ni­kom z na­dzie­ją, że nie ma wśród nich Ara­ba uro­dzo­ne­go w Ame­ry­ce. Tacy lu­dzie mo­gli­by sta­no­wić pro­blem. Zwłasz­cza, je­śli chcie­li­by uciąć so­bie z nim na po­zór przy­ja­zną po­ga­węd­kę. "W któ­rej dziel­ni­cy Ka­iru pan miesz­ka, pa­nie Ha­she­em"? A gdy­by jesz­cze przy­ja­zna po­ga­węd­ka pro­wa­dzo­na była w ję­zy­ku arab­skim, jego li­bij­ski ak­cent mógł­by być pro­ble­mem.

Asad Kha­lil, wzo­ru­jąc się na więk­szo­ści pa­sa­że­rów, pod­szedł szyb­kim kro­kiem do pierw­sze­go, wol­ne­go okien­ka. Cel­nik w śred­nim wie­ku wy­glą­dał na znu­dzo­ne­go i zmę­czo­ne­go, ale jed­no­cze­śnie spra­wiał wra­że­nie czuj­ne­go i go­to­we­go do dzia­ła­nia. Męż­czy­zna po­pro­sił Kha­li­la o pasz­port, wizę i for­mu­larz zgło­sze­nia cel­ne­go, po czym za­czął się w nie wpa­try­wać. Prze­kart­ko­wał pasz­port, otwo­rzył go na stro­nie ze zdję­ciem i zer­kał to na zdję­cie, to na męż­czy­znę sto­ją­ce­go przed nim. Kha­lil uśmiech­nął się. W po­dob­nej sy­tu­acji po­dróż­ni za­cho­wy­wa­li się zwy­kle wła­śnie w taki spo­sób.

- Jaki jest cel pań­skiej wi­zy­ty? - ode­zwał się męż­czy­zna, któ­ry, we­dług Kha­li­la, był La­ty­no­sem.

"Za­bój­stwo" - po­my­ślał.

- Cel tu­ry­stycz­ny - od­po­wie­dział.

Męż­czy­zna zer­k­nął na zgło­sze­nie cel­ne Kha­li­la.

- Za­trzy­ma się pan w ho­te­lu Be­ver­ly Hills? - za­py­tał.

- Zga­dza się.

- Przy­je­chał pan na dwa ty­go­dnie?

- Tak.

- Do­kąd pan się uda po­tem?

"Do domu albo do raju".

- Do domu - od­po­wie­dział.

- Ma pan bi­let po­wrot­ny?

Bi­let miał, ale nie za­mie­rzał z nie­go sko­rzy­stać.

- Tak - od­parł.

- Ma pan po­twier­dze­nie re­zer­wa­cji w ho­te­lu Be­ver­ly Hills?

Miał, ale pa­mię­tał o tym, żeby go nie po­ka­zy­wać, je­śli cel­nik o to nie po­pro­si.

- Tak - rzekł.

Cel­nik pod­czas wie­lu lat pra­cy wi­dział i sły­szał nie­jed­no. Po­pa­trzył w głę­bo­ko osa­dzo­ne, ciem­ne oczy Kha­li­la i te­raz w jego umy­śle ro­dzi­ły się po­dej­rze­nia, któ­re w trak­cie na­stęp­nych kil­ku se­kund kon­tak­tu wzro­ko­we­go mo­gły wzro­snąć. Kha­lil wie­dział o tym, na­wet nie drgnął nie wy­glą­dał na zde­ner­wo­wa­ne­go ani znie­cier­pli­wio­ne­go.

Męż­czy­zna prze­niósł wzrok na mo­ni­tor kom­pu­te­ra i za­czął wy­stu­ki­wać coś na kla­wia­tu­rze, raz po raz zer­kał w pasz­port Kha­li­la.

Kha­lil cze­kał. Wie­dział, że pasz­port jest wia­ry­god­ny, zo­stał od­po­wied­nio pod­nisz­czo­ny, było w nim kil­ka stem­pli z kra­jów eu­ro­pej­skich i taka sama licz­ba stem­pli wjaz­do­wych do Ka­iru. Ale in­for­ma­cje za­war­te w pasz­por­cie były nie­praw­dzi­we. Jego przy­ja­cie­le z Al-Ka­idy zna­li się na pro­ce­du­rach bez­pie­czeń­stwa obo­wią­zu­ją­cych na ame­ry­kań­skich lot­ni­skach, ale, nie­ste­ty, nie­wie­le wie­dzie­li na te­mat kom­pu­te­ro­we­go ban­ku da­nych ani też tego, co kom­pu­ter mógł wy­śle­dzić, a na­wet ja­kie po­dej­rze­nia wzbu­dzić. Jak za­wsze, wszyst­ko za­le­ża­ło od czło­wie­ka.

Cel­nik od­wró­cił się od mo­ni­to­ra, spoj­rzał po­now­nie na egip­skie­go tu­ry­stę, lek­ko się za­wa­hał, ale po chwi­li otwo­rzył pasz­port i przy­ło­żył pie­cząt­kę.

- Wi­ta­my w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, pa­nie Ha­she­em - po­wie­dział. - Ży­czę uda­nej wi­zy­ty.

- Dzię­ku­ję.

Męż­czy­zna od­ha­czył okien­ko na zgło­sze­niu cel­nym, Kha­lil ode­brał swe do­ku­men­ty i ru­szył w kie­run­ku taśm ba­ga­żo­wych.

Był już o krok od bra­mek bez­pie­czeń­stwa, znaj­du­ją­cych się tuż za stre­fą od­pra­wy cel­nej.

Sta­nął przy ta­śmie ba­ga­żo­wej i cze­kał aż ta zo­sta­nie wpra­wio­na w ruch, wie­dział, że on i jego współ­pa­sa­że­ro­wie z sa­mo­lo­tu li­nii Air Fran­ce są ob­ser­wo­wa­ni przez ka­me­ry mo­ni­to­ru­ją­ce cały te­ren. To wła­śnie tu lu­dzie zwy­kle się ujaw­nia­li, nie wie­dząc lub nie pa­mię­ta­jąc, że są ob­ser­wo­wa­ni. Kha­lil wziął przy­kład z trzech zmę­czo­nych pa­sa­że­rów cze­ka­ją­cych na ba­gaż i stał nie­ru­cho­mo wbi­ja­jąc wzrok w ta­śmę.

Szcze­rze mó­wiąc, gdy stał przy okien­ku kon­tro­li pasz­por­to­wej, jego ser­ce za­czę­ło bić moc­niej, co za­sko­czy­ło go i jed­no­cze­śnie zi­ry­to­wa­ło. Już od daw­na uczył się i tre­no­wał swój umysł - jak w każ­dej sy­tu­acji za­cho­wać spo­kój. Jego cia­ło było po­słusz­ne, nie po­cił się, nie ro­bi­ło mu się su­cho w ustach, na twa­rzy nie było wi­dać stra­chu, a mię­śnie były roz­luź­nio­ne. Jed­nak nie miał wła­dzy nad swo­im ser­cem, któ­re, gdy­by moż­na je było zo­ba­czyć i usły­szeć, zdra­dzi­ło­by wszyst­ko to, nad czym umysł sta­rał się za­pa­no­wać. In­te­re­su­ją­ce, po­my­ślał, i może na­wet le­piej, że tak jest, bo gdy­by do­szło do wal­ki i mu­siał­by za­bić, to jego ser­ce było go­to­we ni­czym od­bez­pie­czo­ny pi­sto­let.

Na­gle usły­szał ostry dźwięk, zo­ba­czył czer­wo­ne świa­teł­ko, to znak, że ta­śma ba­ga­żo­wa ru­szy­ła. Po pię­ciu mi­nu­tach się­gnął po śred­niej wiel­ko­ści wa­liz­kę na kół­kach i po­cią­gnął ją za sobą do sta­no­wi­ska kon­tro­li cel­nej.

Wy­brał bram­kę z cel­ni­kiem, któ­ry - we­dług nie­go - nie naj­le­piej znał się na utrzy­ma­niu bez­pie­czeń­stwa. Pod­szedł więc do mło­de­go męż­czy­zny - nie na­le­ży wy­bie­rać ko­biet, zwłasz­cza atrak­cyj­nych - i po­dał mu swo­je zgło­sze­nie cel­ne. Chło­pak po­pa­trzył na nie­go.

- Czy ma pan coś do ocle­nia? - za­py­tał.

- Nie.

Męż­czy­zna spoj­rzał na czar­ną wa­liz­kę sto­ją­cą za Kha­li­lem.

- Czy gdy­bym do niej zaj­rzał, zna­la­zł­bym coś, cze­go nie po­wi­nien pan prze­wo­zić?

- Nie - zgod­nie z praw­dą od­po­wie­dział Asad Kha­lil.

- Może ha­szysz? - za­żar­to­wał mło­dzie­niec.

Kha­lil od­wza­jem­nił uśmiech.

- Nie - od­parł.

- Dzię­ku­ję.

Kha­lil ru­szył da­lej. Bram­ki bez­pie­czeń­stwa znaj­do­wa­ły się w od­le­gło­ści dzie­się­ciu me­trów od nie­go. Wie­dział, że je­śli gdzieś go za­trzy­ma­ją, to wła­śnie tu. Mimo że oczy­wi­ście nie miał przy so­bie bro­ni, czuł się pew­nie, po­nie­waż wie­dział, że nie­wie­lu jest lu­dzi, któ­rych nie zdo­łał­by obez­wład­nić i po­zba­wić bro­ni, poza tym był na tyle bli­sko drzwi wyj­ścio­wych, że w każ­dej chwi­li mógł­by uciec i wmie­szać się w tłum. Być może uciecz­ka by się nie po­wio­dła, ale gdy­by wy­rwał któ­re­muś ze straż­ni­ków pi­sto­let, mógł­by za­bić kil­ku z nich i po­strze­lić pa­sa­że­rów. Nie bał się śmier­ci, bał się nie­wo­li. Drżał na samą myśl o nie­po­wo­dze­niu swo­jej ak­cji.

Kha­lil za­trzy­mał się kil­ka me­trów przed drzwia­mi, pu­ścił rącz­kę wa­liz­ki i za­czął uda­wać, że szu­ka w kie­sze­niach do­ku­men­tów i port­fe­la. Pa­sa­że­ro­wie czę­sto się tak za­cho­wu­ją przed opusz­cze­niem stre­fy bez­pie­czeń­stwa. Je­śli ktoś go ob­ser­wo­wał, wy­raź­nie wi­dział, że nie spie­szy mu się do wyj­ścia. Mógł się też ro­zej­rzeć i spraw­dzić, czy ktoś się nim za­in­te­re­so­wał. Wie­dział, że Ame­ry­ka­nie, zwłasz­cza FBI, nie aresz­tu­ją lu­dzi zbyt po­chop­nie. Zwy­kle naj­pierw ob­ser­wu­ją, dłu­go ob­ser­wu­ją. Spraw­dza­ją z kim się spo­ty­kasz, do­kąd cho­dzisz, co ro­bisz. A po ty­go­dniu, cza­sem po mie­sią­cu, aresz­tu­ją cię, "dzię­ku­jąc" za współ­pra­cę.

Asad Kha­lil prze­szedł przez bram­ki bez­pie­czeń­stwa i zna­lazł się na za­tło­czo­nym ter­mi­na­lu.

Mała grup­ka lu­dzi cze­ka­ła przy wyj­ściu na przy­ja­ciół i krew­nych. Inna gru­pa, kie­row­cy w li­be­riach, sta­li w rzę­dzie, trzy­ma­jąc ta­blicz­ki z na­zwi­ska­mi ocze­ki­wa­nych go­ści. Kha­lil mi­nął ich i, pa­trząc na zna­ki in­for­ma­cyj­ne, za­czął iść w stro­nę po­sto­ju tak­só­wek. Wy­szedł z Ter­mi­na­la 2. i sta­nął w krót­kiej ko­lej­ce. Tak­sów­ki pod­jeż­dża­ły jed­na za dru­gą i za­bie­ra­ły ko­lej­nych pa­sa­że­rów. Po kil­ku mi­nu­tach sie­dział już w sa­mo­cho­dzie.

- Po­pro­szę do ho­te­lu Be­ver­ly Hills - zwró­cił się do kie­row­cy.

Gdy tak­sów­ka wy­jeż­dża­ła z te­re­nu lot­ni­ska, Kha­lil za­uwa­żył, że dzień był wy­jąt­ko­wo pięk­ny. W Los An­ge­les był po raz dru­gi i po­now­nie znaj­do­wał się na pół­noc od cen­trum. Pod­czas po­przed­niej wi­zy­ty po­go­da tak­że była pięk­na. Z ja­kie­go in­ne­go po­wo­du lu­dzie chcie­li­by tu miesz­kać?

- Pierw­szy raz w LA? - za­py­tał kie­row­ca.

- Nie.

- Po­do­ba się tu panu?

- Prze­cież wró­ci­łem.

- W in­te­re­sach czy dla przy­jem­no­ści?

Za­bi­cie pana Chi­pa Wig­gin­sa na­le­ża­ło za­rów­no do in­te­re­sów, jak i do przy­jem­no­ści.

- I to, i to - od­parł.

- Ży­czę uda­nych trans­ak­cji i do­brej za­ba­wy.

- Dzię­ku­ję.

Kha­lil wy­jął z tor­by po­dróż­nej prze­wod­nik i za­czął uda­wać, że czy­ta, więc kie­row­ca za­milkł.

Po chwi­li Li­bij­czyk ukrad­kiem wy­cią­gnął lu­ster­ko, któ­re scho­wał za książ­ką, i trzy­mał te­raz na wy­so­ko­ści nosa. Ob­ser­wo­wał po­jaz­dy ja­dą­ce za nimi. Gdy wjeż­dża­li na au­to­stra­dę w stro­nę Be­ver­ly Hills, stwier­dził, że ża­den sa­mo­chód go nie śle­dził.

Po pół­go­dzin­nej po­dró­ży do­tar­li do dłu­giej, ob­sa­dzo­nej pal­ma­mi alei pro­wa­dzą­cej do ho­te­lu na wzgó­rzu, ozdo­bio­ne­go ró­żo­wą sztu­ka­te­rią.

Kha­lil zwró­cił uwa­gę na buj­ną ro­ślin­ność. Tego pięk­ne­go, ma­jo­we­go dnia kwi­tły ty­sią­ce kwia­tów. Wy­obra­żał so­bie, że wła­śnie tak wy­glą­dał raj­ski ogród. Z tą róż­ni­cą, że tu­taj węży było bez liku, a ob­na­żo­ne cia­ła ni­ko­go nie krę­po­wa­ły.

Kha­lil za­pła­cił kie­row­cy, po­zwo­lił por­tie­ro­wi, za­brać wa­liz­kę, ale tor­bę po­dróż­ną niósł już sam. Wszedł do ho­te­lo­we­go hal­lu i za­mel­do­wał się pod przy­bra­nym na­zwi­skiem. Mło­da re­cep­cjo­nist­ka po­in­for­mo­wa­ła go, że wszel­kie opła­ty, rów­nież do­dat­ko­we, zo­sta­ły z góry uisz­czo­ne przez jego fir­mę z Ka­iru i dla­te­go kar­ta kre­dy­to­wa nie bę­dzie po­trzeb­na. Po­wie­dział, że praw­do­po­dob­nie nie wró­ci na noc i nie po­trze­bu­je skła­da­nia po­ście­li, bu­dze­nia na te­le­fon ani po­ran­nej ga­ze­ty pod drzwia­mi. Wła­ści­wie nie po­trze­bo­wał ni­cze­go, poza pry­wat­no­ścią.

Za­pro­wa­dzo­no go do sło­necz­ne­go, prze­stron­ne­go apar­ta­men­tu z wi­do­kiem na ba­sen, któ­ry znaj­do­wał się w głów­nym bu­dyn­ku.

Asad Kha­lil stał te­raz na nie­wiel­kim bal­ko­nie i spo­glą­dał w dół na ba­sen, gdzie męż­czyź­ni i ko­bie­ty spę­dza­li wol­ny czas i za­sta­na­wiał się, jak to moż­li­we, że nie­któ­rzy fa­ce­ci po­zwa­la­ją, by ich pół­na­gie żony pa­ra­do­wa­ły przed ocza­mi in­nych męż­czyzn. Nie dzi­wi­ły go ko­bie­ty, któ­re nie mia­ły wsty­du, bo z ko­bie­ta­mi tak jest, że gdy się im na to po­zwo­li, sta­ją się bez­wstyd­ne.

Pod­nie­cał go ich wi­dok i gdy za­dzwo­nił dzwo­nek, mu­siał zdjąć ma­ry­nar­kę. Otwie­ra­jąc drzwi, trzy­mał ją przed sobą. Tak, to ko­lej­na rzecz, któ­rej nie kon­tro­lo­wał jego umysł. Do po­ko­ju wszedł boj ho­te­lo­wy z jego wa­liz­ką. Chło­pak za­py­tał, czy po­kój po­do­ba się go­ścio­wi i czy ma wszyst­ko, cze­go mu trze­ba.

Kha­lil za­pew­nił boja, że ni­cze­go nie po­trze­bu­je i gdy ten wy­szedł, po­wie­sił na klam­ce wy­wiesz­kę z na­pi­sem nie prze­szka­dzać, a po­tem się roz­pa­ko­wał. Usiadł przy biur­ku, na któ­rym sta­ła woda mi­ne­ral­na w bu­tel­ce, i cze­kał na te­le­fon.

- Ha­she­em - ode­brał te­le­fon.

- Tu Gab­bar - ode­zwał się głos po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki. - Czy u pana wszyst­ko w po­rząd­ku?

- Owszem. A jak się mie­wa pań­ski oj­ciec?

- Nie naj­go­rzej, dzię­ku­ję.

Ha­sło i od­zew zo­sta­ły wy­mie­nio­ne.

- Pięć mi­nut - rzekł Kha­lil do Gab­ba­ra. - Mam kwiat dla pań­skiej żony.

- Oczy­wi­ście.

Kha­lil odło­żył słu­chaw­kę i po­now­nie wy­szedł na bal­kon. Za­uwa­żył, że u boku gru­bych męż­czyzn krę­ci­ły się mło­de ko­bie­ty. Kel­ne­rzy z na­po­ja­mi na ta­cach pod­cho­dzi­li do le­ża­ków i sto­li­ków. Na­de­szła pora na wie­czor­ne drin­ki, czas by odu­rzyć umysł al­ko­ho­lem. Asad Kha­lil przy­po­mniał so­bie ru­iny rzym­skich bu­dow­li w jego oj­czy­stej Li­bii i wy­obra­ził tłu­stych Rzy­mian pła­wią­cych się w pu­blicz­nych łaź­niach, pi­ją­cych wino na­le­wa­ne przez nie­wol­ni­ce.

- Świ­nie - po­wie­dział na głos. - Gru­be świ­nie z prze­zna­cze­niem na rzeź.