Powrót Lwa - Nelson DeMille

Reflow text when sidebars are open.
Siedzę w suvie chevroleta zaparkowanym przy Trzeciej Alei i czekam na cel, faceta o nazwisku Komeni Weenie, czy jakoś tak. To Irańczyk, który jest kimś w rodzaju trzeciego zastępcy ambasadora Iranu przy ONZ. Dokładne informacje na ten temat mogę przeczytać w raporcie, ale tyle pamiętam bez sprawdzania.
Jeśli chodzi o inne rzeczy, które pamiętam bez sprawdzania, to nazywam się John Corey i jestem agentem Federalnej Antyterrorystycznej Grupy Zadaniowej - ATTF.
Kiedyś byłem detektywem w Wydziale Zabójstw Nowojorskiej Policji - NYPD, musiałem jednak odejść z powodu inwalidztwa - pamiątka po ranie postrzałowej. Choć moja żona twierdzi, że jestem również moralnie upośledzony. Zacząłem więc pracować jako agent kontraktowy dla federalnych, którzy dysponują dużymi pieniędzmi na walkę z terroryzmem, ale nie potrafią ich wszystkich rozsądnie wydać.
ATTF to tak naprawdę jednostka FBI. Pracuję więc w centrum, w biurze mieszczącym się przy Federal Plaza 26, z kolegami z FBI, do których zalicza się także moja żona. To całkiem niezła fucha, bywa nawet interesująca, choć służba w jednostkach rządowych - zwłaszcza FBI - to spore wyzwanie.
Skoro mowa o FBI i wyzwaniach, dziś moim kierowcą jest agentka specjalna Lisa Sims. Właśnie ukończyła akademię FBI w Quantico i przyjechała z East Wheatfield, znajdującym się gdzieś w stanie Iowa, więc najwyższa budowla, jaką kiedykolwiek widziała w życiu, to silos zbożowy. Poza tym nie potrafi prowadzić samochodu po ulicach Manhattanu, ale garnie się do nauki. Dlatego siedzi na moim miejscu.
- Jak długo będziemy czekać na tego faceta? - zapytała panna Sims.
- Aż wyjdzie z budynku.
- Jakie ma plany?
- Jesteśmy tu po to, żeby się tego dowiedzieć.
- Chodzi mi o to, co na niego mamy? Dlaczego go obserwujemy?
- Sprawdzamy, czy jego pochodzenie czyni z niego przestępcę.
Brak reakcji.
Chciałem być koleżeński, więc dodałem:
- To irański oficer służb specjalnych działający pod przykrywką, pracuje jako dyplomata. Mamy informacje, że od trzynastej zarezerwował samochód z kierowcą. To wszystko, co wiemy.
- Rozumiem.
Lisa Sims wyglądała na bystrą i wiedziała, kiedy nie należy zadawać więcej pytań. To była ta chwila. Była też atrakcyjną młodą kobietą. Na tę akcję ubrała się dość swobodnie w dżinsy, sportowe buty i limonowy T-shirt, który ledwie zakrywał pistolet glock kaliber czterdzieści, spoczywający w kaburze typu motyl. Ja też miałem na sobie buty sportowe - nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie biec sprintem - dżinsy, czarny T-shirt i niebieską, sportową kurtkę, pod którą miałem pistolet glock kaliber dziewięć, radio, kieszonkowy grzebień i miętówki. To lepsze rozwiązanie niż te stosowane przez agentkę Sims, czyli noszenie torebki.
W każdym razie był ładny, majowy dzień. Wielki, zdobiony zegar po drugiej stronie ulicy wybił piętnastą siedemnaście. Czekaliśmy na tego typa już od dwóch godzin.
Ambasada Iranu przy ONZ mieści się na wyższych kondygnacjach trzydziestodziewięciopiętrowego biurowca przy Trzeciej Alei, między 40. i 41. ulicą. Ponieważ na Manhattanie znajduje się siedziba ONZ, ta więc dzielnica to zagłębie ponad stu zagranicznych ambasad, konsulatów i siedzib różnych organizacji, a nie ze wszystkimi z tych krajów się kumplujemy. Wielu kiepskich aktorów udaje tu dyplomatów, a my musimy ich obserwować, co jest upierdliwe. Powinni przenieść siedzibę ONZ do Iowa. Nie będę jednak narzekać - przecież obserwowaniem złoczyńców zarabiam na chleb.
Dziś ja dowodziłem naszym zespołem, a to gwarantuje sukces. W akcji brali także udział czterej agenci w terenie i trzy samochody - jeszcze jeden suv chevroleta i minivan dodge. W każdym z tych trzech samochodów siedział agent FBI i detektyw z NYPD, co znaczy, że przynajmniej jedna osoba w pojeździe wiedziała, co robić. Przepraszam. To nie było miłe. No i musicie wiedzieć, że każdy samochód jest odpowiednio wyposażony: ma migające światła zamontowane we wlocie powietrza, koguta, przyciemniane szyby itd. We wszystkich pojazdach są cyfrowe zoomy firmy Nikon z obiektywem trzydzieści pięć milimetrów, kamery Sony osiem milimetrów, przenośne radia i drukarki. Wszyscy mamy zestaw ubrań na zmianę, kamizelki kuloodporne, telefony komórkowe Nextel z wbudowaną funkcją walkie-talkie, czasem karabin z celownikiem i, w zależności od przydzielonego zadania, również inny sprzęt. Na przykład taki mały gadżet, z którego pomocą wykrywa się substancje radioaktywne, o czym nie chcę nawet myśleć.
Jesteśmy przygotowani na każdą okoliczność. Tak jest od 11 września 2001 roku. Ale wiadomo, że gówniana sytuacja może ci się przytrafić, nawet jeśli masz antygównianą tarczę.
Zostawmy supernowoczesne zabawki, bo i tak najważniejszy jest czujny umysł i pistolet.
Gdy byłem gliną, często zajmowałem się inwigilacją, więc zdążyłem przywyknąć do procedur, ale agentka specjalna Sims zaczynała się niecierpliwić.
- Może go nie zauważyliśmy - powiedziała.
- Nie sądzę.
- Może zmienił plany.
- Czasem tak robią.
- Na pewno robią to specjalnie.
- Bywa i tak.
Minęło piętnaście minut, które agentka Sims wykorzystała na studiowanie mapy ulic i metra na Manhattanie.
- Gdzie pan mieszka? - zapytała.
- Tutaj, przy Wschodniej 72 - powiedziałem, wskazując palcem miejsce na mapie.
- To niedaleko stąd - zauważyła, zerkając przez szybę.
- Zgadza się. Ma pani mapę Iowa? Mógłbym zobaczyć, gdzie jest pani dom.
Zaśmiała się.
- Za nami jest Au Bon Pain, co to za miejsce? - zapytała po chwili.
- Kawiarnia. Sieciówka.
- Mogę pobiec po muffinkę?
Wprawdzie miała na nogach buty do biegania, ale odpowiedź i tak brzmiała "nie", choć może, gdyby panna Sims wysiadła z suva, a Komeni Weenie wyszedłby z budynku i wsiadł do swojego samochodu, mógłbym za nim pojechać, a ją zgubić.
- John? - zatrzeszczało radio.
- Tak?...
- Cel opuszcza obserwowany obiekt od strony dziedzińca i przemieszcza się - usłyszałem głos jednego z agentów w terenie.
- Pewnie, niech pani leci - zwróciłem się do Sims.
- Ale czy on właśnie nie powiedział, że?...
- Moment.
Spojrzałem na dziedziniec, leżący między obserwowanym budynkiem a sąsiednim wieżowcem, gdzie dwóch z moich ludzi pomagało utrzymywać Nowy Jork w czystości, zbierając śmieci.
- Cel zmierza w stronę Trzeciej Alei. Radio zatrzeszczało ponownie i odezwał się sprzątacz numer jeden.
Zobaczyłem, że nasz cel przechodzi przez dziedziniec, a następnie idzie dalej pod zdobionym łukiem, na którym znajduje się zegar. Mężczyzna był wysoki, bardzo szczupły i miał na sobie dobrze skrojony garnitur w paski. Zwykle naszym celom nadajemy ksywki lub kryptonimy, a ponieważ nos tego faceta przypominał dziób i kręcił głową jak ptak, przez radio powiedziałem: - Od tej pory cel to Wielki Ptak.
Wielki Ptak stał na chodniku. Nagle podszedł do niego facet, prawdopodobnie pochodzący z Bliskiego Wschodu. Nie wiedziałem, kim jest ten nowy, ale Wielki Ptak go znał. Wyglądali na ucieszonych i jednocześnie zaskoczonych przypadkowym spotkaniem, co oczywiście było całkowitą bzdurą. Uścisnęli sobie dłonie i miałem wrażenie, że coś sobie przekazali. A może tylko uścisnęli ręce. Nigdy nie wiadomo. Oni wiedzą lub podejrzewają, że są śledzeni i czasami pogrywają z nami.
W każdym razie Wielki Ptak ma immunitet dyplomatyczny i na pewno nie przymkniemy go za uścisk dłoni z panem z Bliskiego Wschodu. Właściwie, to musimy obserwować teraz dwie osoby.
Wielki Ptak i nieznajomy pożegnali się i ten drugi ruszył na północ w stronę Trzeciej Alei, a nasz cel stał dalej. Oczywiście całe zdarzenie zarejestrowały kamery, więc być może w biurze wiedzieli już, kim jest ten drugi facet.
- Trójka i Czwórka śledźcie nieznajomego i spróbujecie ustalić jego tożsamość - powiedziałem przez radio.
Potwierdzili.
- To chyba nie było przypadkowe spotkanie - zauważyła panna Sims.
Nie zafundowałem jej sarkastycznej odpowiedzi ani nawet nie przewróciłem oczami.
- Myślę, że ma pani rację - odparłem.
Wiedziałem już, że to będzie długi dzień.
Po chwili wielki szary mercedes zatrzymał się obok Wielkiego Ptaka. Zobaczyłem niebiesko-białe, dyplomatyczne tablice, na których przed czterocyfrowym numerem widniały dwie litery: DM. Z niezrozumiałego dla mnie powodu, według Departamentu Stanu, oznaczają one Iran, kolejne D, oznacza dyplomatyczny, i to jest już dla mnie logiczne.
Kierowca, także Irańczyk, wyskoczył z samochodu, a następnie obiegł go dookoła, jakby uciekał przed izraelskimi komandosami. Ukłonił się nisko - mój kierowca też powinien tak robić - otworzył drzwi i Wielki Ptak wślizgnął się na tylne siedzenie.
- Wielki Ptak jest mobilny - krzyknąłem przez radio.
Podałem markę i kolor samochodu, a także numer rejestracyjny. Dwójka przyjęła do wiadomości. Tak na marginesie, Dwójka to niebieski minivan dodge, prowadzony przez mojego znajomego, Mela Jacobsa, detektywa jednostki specjalnej NYPD. Jacobs jest Żydem, nawet trochę mówi po hebrajsku, co przydaje się w trakcie przesłuchań podejrzanych z krajów arabskich. Kompletnie wariują, gdy słyszą hebrajski i widzą jego Gwiazdę Dawida, co jest dosyć zabawne.
Dziś partnerem Mela jest George Foster, agent specjalny FBI, z którym kiedyś pracowałem. Lubię go, bo razem nam się znakomicie współdziałało i wie, że jestem świetny.
Mercedes jechał Trzecią Aleją, kierując się na północ.
- Mam za nim jechać? - zapytała agentka specjalna Sims.
- Dobry pomysł.
Wrzuciła bieg, ruszyliśmy za celem i przebijaliśmy się przez potężny korek. Nowojorscy kierowcy dzielą się na dobrych i martwych. Darwinizm. Panna Sims albo zacznie ewoluować, albo wyginie. Siedząc na fotelu pasażera, będę obserwował jedno lub drugie.
Irański szofer, którego już kiedyś chyba śledziłem, zachowywał się nieobliczalnie i nie potrafiłem powiedzieć, czy jedzie tak, bo chce nas zgubić, czy po prostu fatalnie prowadzi. Tak jakby przesiadł się do samochodu prosto z wielbłąda.
Tymczasem broda agentki specjalnej Sims wystawała ponad kierownicą, którą kurczowo trzymała, a jej prawa stopa skakała z hamulca na pedał gazu, jakby cierpiała na zespół niespokojnych nóg.
Mercedes skręcił gwałtownie w 51. ulicę, Sims jechała za nim.
Dwójka poruszała się Trzecią Aleją, po czym skręciła w lewo, w 53. ulicę i jechała teraz równolegle do nas, do chwili, gdy mogłem im powiedzieć, co robi mercedes. Parada samochodów jadących za celem jest niewskazana, dobrze jest wprowadzić nieco zamieszania.
Kierowaliśmy się na zachód, minęliśmy katedrę św. Patryka i przecięliśmy Piątą Aleję. Obserwowany pojazd jechał ciągle przed siebie, o czym poinformowałem Dwójkę.
Nie miałem pojęcia, dokąd zmierzał Wielki Ptak, ale kierował się w stronę dzielnicy teatralnej i Times Square. To tam zwykle jeździli ci faceci, by poznawać amerykańską kulturę, na przykład w nocnych klubach i barach ze striptizem. W końcu w swoim piaszczystym kraju nie mogą liczyć na takie rozrywki. Nieprawdaż?
Na Siódmej Alei mercedes przejechał na zielonym świetle, my nie, więc utknęliśmy za trzema innymi samochodami. Straciłem go z oczu, ale zdążyłem zauważyć, że cały czas jechał prosto 51. ulicą. Włączyłem koguta i syrenę. Pojazdy stojące przed nami rozsunęły się, a panna Sims przecisnęła się między nimi na czerwonym świetle i przecięła korek na Siódmej Alei.
Gdy przejechaliśmy przez skrzyżowanie, wyłączyłem światła i syrenę, nadal byliśmy na 51. ulicy.
Agentka Sims spojrzała na mnie tak, jakby oczekiwała na pochwałę.
- Dobra robota - wymamrotałem.
Powiadomiłem Dwójkę o naszej pozycji.
- Obserwowany pojazd w zasięgu wzroku - dodałem.
Jechaliśmy przez okolicę zwaną Piekielną Kuchnią, gdzie kiedyś były całkiem przyjemne slumsy, które wraz z napływem młodych yuppies zeszły na psy. Nie miałem pojęcia, dokąd jedzie Wielki Ptak, ale jeśli nadal będzie zmierzał na zachód, to pewnie kieruje się na most na rzece Hudson.
- Może jedzie do New Jersey - powiedziałem.
Skinęła głową.
Prawda jest taka, że dziewięćdziesiąt procent takich akcji do niczego nie prowadzi. Abdul po prostu urządził sobie małą wycieczkę albo stara się odwrócić naszą uwagę od innych wydarzeń. A może tylko ćwiczy techniki kontrinwigilacji.
Czasami jednak trafiamy na trop, na przykład wtedy, gdy obserwowany dyplomata spotyka się z jakimś złoczyńcą. Głównie zajmujemy się obserwacją, rzadko aresztujemy czy przesłuchujemy, a to dlatego, że więcej dowiadujemy się, mając ich na oku, niż sami powiedzieliby nam w pokoju przesłuchań. Zresztą dyplomatów i tak nie wolno nam przesłuchiwać. Ludzie zarabiający znacznie więcej niż ja mogą się do nich dobrać.
Niekiedy zdarza się, że kogoś aresztujemy, wtedy prowadzimy przesłuchanie, co jest o wiele zabawniejsze niż śledzenie tych klaunów. To znaczy, chciałem powiedzieć, że ja się dobrze bawię, oni nie.
Wyznaczyliśmy sobie cel: nie możemy dopuścić do kolejnego 11 września albo i nawet czegoś gorszego. Na razie się udaje. Ale już zbyt długo jest spokojnie. Od tamtych wydarzeń minęło półtora roku. Mamy szczęście, czy jesteśmy dobrzy? Wiem jedno, złoczyńcy jeszcze się nie poddali, zatem zobaczymy.
Mercedes jechał w kierunku równoległej do rzeki Hudson Dwunastej Alei, która prowadzi do New Jersey, czyli tam, gdzie kończy się cywilizacja. Nie chcę urazić mieszkańców tego stanu, ale w tym roku nie szczepiłem się jeszcze na malarię.
Poinformowałem Dwójkę o naszym położeniu i powiedziałem, że kierujemy się na południe.
W tej okolicy znajdują się głównie magazyny i pirsy, a więc korek jest znacznie mniejszy i dlatego mercedes przyspieszył, Sims dyskretnie jechała za nim.
Mercedes minął zjazd prowadzący do tunelu Lincolna i zmierzał na południe, w stronę Dolnego Manhattanu.
- Dokąd on jedzie, według pana? - zapytała moja partnerka.
- Może na jeden z pirsów. Może umówił się na małe rendez-vous na saudyjskim jachcie, który przewozi broń jądrową.
- O kurcze!
- Proszę nie przeklinać.
- Jasna cholera!
- Teraz lepiej.
Mieliśmy całkiem niezły czas, jadąc wzdłuż Dwunastej. W lusterku bocznym zobaczyłem Dwójkę i nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Irański kierowca powinien już zorientować się, że go śledzimy, ale ci kolesie są tak durni, że nawet siebie nie widzą w lusterku, a co dopiero ogon.
Chyba jednak zbyt pochopnie oceniłem szofera, bo nagle zwolnił, a panna Sims nie dostosowała prędkości, z jaką jechaliśmy - byliśmy więc tuż za mercedesem. Widziałem głowę Wielkiego Ptaka siedzącego na tylnym siedzeniu. Rozmawiał przez komórkę. W pewnej chwili kierowca chyba coś mu powiedział, bo odwrócił się, popatrzył na nas, uśmiechnął się i pokazał nam środkowy palec. Odwzajemniłem się tym samym. Kutas.
- Przepraszam - rzekła agentka Sims, zwalniając.
- Trzeba obserwować światła hamowania - poradziłem.
- Dobrze.
Jeśli cel cię zauważy, to jeszcze nie koniec świata. To się zdarza w połowie przypadków, gdy jedziesz za kimś samochodem, rzadziej, gdy jesteś na nogach.
Wtedy zawsze mamy plan B, więc poinformowałem Dwójkę, że jesteśmy spaleni. Kazałem Sims zostawić ich, a Dwójce przejąć cel.
Teraz za mercedesem jechały już dwa samochody, Dwójkę miałem cały czas w zasięgu wzroku.
Mógłbym poprosić o przysłanie kolejnego pojazdu, ale Irańczycy nie próbowali uciec ani nas zgubić, więc postanowiłem poczekać i zobaczyć, co się będzie działo. Na pewno nas nie zgubią, a jeśli udało mi się chociaż pokrzyżować ich plany, to dzisiejszy dzień mogę zaliczyć do udanych.
Zjechaliśmy na dół do West Village i Dwójka zgłosiła, że obiekt skręcił w ulicę Zachodnią.
- Chyba nas zauważył - dodał Jacobs.
- To podjedź i pokaż mu palec.
- Słucham?
- Pokazał mi środkowy palec.
Przez radio dobiegł mnie śmiech.
- Obiekt skręca na wjazd do tunelu Hollanda - zgłosiła Dwójka.
- Przyjąłem.
Po chwili wjeżdżaliśmy już do tunelu.
Jadąc w tym kierunku, nie trzeba zatrzymywać się przy punktach opłat, bo ich tam nie ma, więc samochody poruszały się dość szybko. Postanowiłem podzielić się z panną Sims pewną ciekawostką.
- Większość dyplomatów nie ma karty przejazdu - nie chcą, by po ich podróżach pozostawał ślad - więc jeśli muszą przejechać przez punkt opłat, zawsze ustawiają się w kolejce do kasy gotówkowej, która porusza się bardzo wolno. Jeśli ustawi się pani na pasie do czytnika kart, to będzie pani przed nimi, a to byłoby niepożądane.
Skinęła.
Wjechaliśmy do tunelu za Dwójką.
- Dokąd on jedzie, według pana? - ponownie zapytała panna Sims, gdy wjechaliśmy do tunelu.
Tym razem wiedziałem.
- Do New Jersey. Ten tunel prowadzi właśnie tam - wyjaśniłem.
Nie zareagowała na tę małą próbę wymądrzania.
- Irańscy dyplomaci mogą poruszać się jedynie w promieniu czterdziestu kilometrów od Manhattanu - powiedziała.
- Zgadza się. - Wiedziałem o tym.
Nie miała nic więcej do powiedzenia, więc dalej jechaliśmy w milczeniu. Tunele pod rzekami opływającymi wyspę Manhattan były dla naszych przyjaciół z Bliskiego Wschodu celem numer jeden, ale mnie się nie wydaje, żeby Wielki Ptak chciał się tu wysadzić w powietrze. Przecież wtedy nie założyłby takiego porządnego garnituru. Poza tym, żeby zalać tunel trzeba mieć furgonetkę wypełnioną materiałami wybuchowymi. Prawda?
Wyjechaliśmy z tunelu i chwilę trwało, zanim moje oczy przywykły do jasnego światła. Nie widziałem mercedesa, ale zauważyłem Dwójkę i pokazałem samochód naszych kolegów agentce Sims, która ruszyła jego śladem. Dwójka poinformowała, że cel znajduje się w zasięgu wzroku.
Dojechaliśmy do Jersey City, wjechaliśmy na most Pułaskiego, skąd mogliśmy podziwiać buchające dymem kominy.
- Dokąd on jedzie według pani? - zapytałem pannę Sims.
- Skąd mam wiedzieć? - odparła, uśmiechając się.
Zbliżyliśmy się do skrzyżowania z 95. Międzystanową.
- Dziesięć dolców, że pojedzie na południe. Na lotnisko Newark - dodałem.
- A co jest na północy? - zapytała.
- Biegun Północny. No jak, zakłada się pani?
- Co prawda, od jakiegoś czasu jedzie na południe, ale nie ma przy sobie walizek, chyba że schował je w bagażniku - odpowiedziała po chwili namysłu.
- Stawia pani na północ?
- Nie. Moim zdaniem jedzie na południe, ale nie na lotnisko. Raczej do Atlantic City.
Nie nadążałem za tokiem myślenia, który poprowadził pannę Sims do Atlantic City.
- Dobra. Dziesięć dolców - odparłem.
- Pięćdziesiąt.
- Zakład stoi.
- Cel kieruje się do wjazdu na 95. w kierunku południowym - usłyszałem przez radio.
- Przyjąłem.
Zatem albo lotnisko Newark, albo Atlantic City. Ci goście często jeździli do Atlantic City, żeby uprawiać hazard, pić i zabawiać się z panienkami. Nie, żebym sam wiedział coś na ten temat. Ale już nieraz jechałem tam za jakimś Abdulem.
Dwójka stale była w zasięgu mojego wzroku, a oni z kolei mieli na oku obserwowany pojazd.
- Cel minął zjazd na lotnisko - usłyszałem głos Jacobsa.
- Może mi pan już wypłacić pieniądze - rzekła panna Sims.
- Może jedzie do Fort Dix - powiedziałem. - Będzie szpiegował wojskowe obiekty. Przecież pracuje dla wywiadu - przypominałem.
- To po co mu przykrywka w postaci szofera i mercedesa?
Nie odpowiedziałem.
Jechaliśmy drogą Route 95., tutaj nazywaną New Jersey Turnpike, z prędkością około stu trzydziestu kilometrów na godzinę.
- Znajduje się już ponad czterdzieści kilometrów od Manhattanu, przekroczył granicę - oznajmiła moja partnerka.
- Świetnie. To co, będziemy go śledzić, czy od razu go zabijemy?
- Tylko stwierdziłam fakt.
- Zanotowałem.
- Chyba powinienem wezwać wsparcie z powietrza - odezwałem się po chwili.
Nie zareagowała, więc zacząłem wyjaśniać.
- Mamy do dyspozycji samolot obserwacyjny, który ułatwia nam pracę.
Zacząłem zmieniać częstotliwość radiową, ale panna Sims mi przerwała.
- Zarezerwował pokój w hotelu Taj Mahal.
- Skąd pani wie? - zapytałem, zdejmując dłoń z pokrętła radia.
- Dostaliśmy cynk.
- Kiedy zamierzała mnie pani o tym poinformować? - zapytałem.
- Zaraz po kupieniu muffinki.
Trochę mnie wkurzyła. Nawet bardzo.
- I co, nie będzie się pan teraz do mnie odzywał? - zapytała po chwili.
Zgadła, więc nie odpowiedziałem.
- Musimy za nim jechać, żeby upewnić się, czy faktycznie wszedł do hotelu i się zameldował - rzekła. - Nasi ludzie już tam na niego czekają, więc jak go przejmą możemy wracać do miasta - dodała.
Milczałem.
- Nie musi mi pan oddawać tych pięćdziesięciu dolarów - powiedziała. - Właściwie, to ja zapraszam na drinka.
- Dziękuję - odpowiedziałem, bo przecież nie warto się zbyt długo gniewać.
To typowe w FBI. Nawet gdyby palił ci się tyłek i tak by ci nie powiedzieli. A kobiety, takie jak panna Sims i moja żona, nie tylko są agentkami, ale także prawniczkami. Nic dodać, nic ująć.
Przekazałem Dwójce najnowsze informacje i poprosiłem Mela i George'a, żeby trwali na posterunku w razie, gdyby się okazało, że Wielki Ptak jednak jedzie w inne miejsce.
- Skąd o tym wiesz? - zapytał Mel.
- Później ci powiem.
- Będziemy tu jeszcze ze dwie godziny. Proszę mi powiedzieć wszystko na temat inwigilacji, czego nauczył się pan, przez ostatnie czterdzieści lat - powiedziała po chwili panna Sims.
Moja kariera trwała krócej i jestem pewien, że wiedziała o tym, postanowiła po prostu zażartować z mojego wieku. Trzeba przyznać, że miała, poczucie humoru, co jest rzadkością w tym środowisku.
- Dobrze. Ja mówię, pani słucha. Pytania po skończonym wykładzie - odparłem, by jej pokazać, że dobry ze mnie kolega i że w połączonych siłach FBI i NYPD panuje dobry nastrój.
- A będzie egzamin?
- Codziennie.
Skinęła głową.
Rozsiadłem się wygodnie i podzieliłem się z nią moją rozległą wiedzą na temat technik inwigilacji. Wykład przeplatałem najróżniejszymi anegdotkami i osobistymi historyjkami, nie pomijając akcji, które zakończyły się fiaskiem.
Przestępcy, którym deptałem po piętach przez wiele lat, byli durni, ale gdy trafiłem do sił antyterrorystycznych, śledzeni przeze mnie faceci - dyplomaci i terroryści - okazali się nieco sprytniejsi. To znaczy, oczywiście nie są bystrzy, ale ulegają pewnej paranoi, po części dlatego, że pochodzą z państw policyjnych, a wobec tego zdają sobie sprawę, że są obserwowani.
Zgodnie z obietnicą panna Sims nie przerywała, siedziała jak zahipnotyzowana, słuchając moich opowieści. Naprawdę nie lubię się przechwalać, ale niekiedy nie da się tego uniknąć. Poza tym, jak już mówiłem, o porażkach też wspomniałem.
Skoro mówimy o bystrych złoczyńcach, to przez trzy lata pracy w siłach antyterrorystycznych na mojej drodze pojawili się tylko dwaj genialni złoczyńcy. Jeden z nich był Amerykaninem, drugi Libijczykiem pałającym nienawiścią do Stanów Zjednoczonych. Ten człowiek był nie tylko zły i inteligentny, lecz także był sprawną maszyną do zabijania. Starcie z tym złoczyńcą nie polegało na inwigilacji, wtedy obowiązywała zależność: myśliwy i jego zwierzyna. Czasami sam nie wiedziałem, czy jestem jednym czy drugim.
Ten epizod nie zakończył się pomyślnie i nawet jeśli wyciągnęliśmy z tego wnioski i dzieliliśmy się doświadczeniami, to i tak sprawa została zaklasyfikowana jako ściśle tajna. Obowiązuje zasada ograniczonego dostępu do informacji, co oznacza, że w żadnym wypadku nie mogłem opowiedzieć o tym pannie Sims ani nikomu innemu. Nie stanowiło to dla mnie problemu.
Wiedziałem jednak, że pewnego dnia nadejdzie czas zemsty. Obiecał mi to.
Farid Mansur podjechał pod drzwi wejściowe hotelu Best Western, znajdującego się kilka kilometrów od Santa Barbara.
Następnie skierował samochód na tyły hotelu, gdzie zaparkował.
- Proszę otworzyć bagażnik - powiedział Khalil, wysiadając z samochodu.
Mansur wykonał prośbę, Khalil zajrzał do środka. Na dnie bagażnika, w brezentowym worku leżał futerał, który otworzył. W środku znajdował się łom i rzeźnicka piła do krojenia kości. Khalil dotknął jej ostrych, wyszczerbionych zębów i się uśmiechnął.
Trzasnął klapą bagażnika.
- Proszę zamknąć samochód - rzekł do Mansura.
Kierowca zamknął pilotem pojazd, Khalil wziął od niego kluczyki i ruszyli w stronę hotelu.
Mansur otworzył tylne drzwi kartą i obaj weszli do środka. Skręcili w korytarz i po chwili kierowca zatrzymał się przy pokoju numer 140. Na klamce widoczna była wywieszka nie przeszkadzać. Mężczyzna otworzył drzwi za pomocą karty i ustąpił miejsca gościowi, lecz ten ruchem dłoni zaprosił go do środka. Gdy weszli, Khalil zatrzasnął drzwi, wziął od Mansura kartę i schował do kieszeni.
To był całkiem przyjemny pokój z dwoma szerokimi łóżkami. Na jednym z nich leżały dwa bagaże - czarna walizka i czarny worek wojskowy.
- Od kiedy pokój jest wynajęty? - zapytał Khalil.
- Od trzeciej, proszę pana. Na dwie noce. Trzeba się wymeldować pojutrze o trzynastej.
- A te bagaże sam pan tu przyniósł?
- Oczywiście. Zaparkowałem wtedy w tym samym miejscu, co teraz i stamtąd je przyniosłem.
Khalil podszedł do bagaży, z portfela wyjął dwa kluczyki, które wręczono mu w Kairze.
Przekręcił kluczyk, a następnie rozpiął zamek torby. W środku, poza ubraniami na zmianę, znajdowały się przedmioty, o które prosił w związku ze swoją misją.
Farid Mansur podszedł do okna i patrzył na parking hotelowy.
Khalil zapiął zamek torby i przekręcił kluczyk, po czym otworzył walizkę. W środku znajdowały się inne rzeczy niezbędne do przeprowadzenia akcji - trochę gotówki, karty kredytowe, podrobione paszporty i inne dokumenty, kilka map, lornetka, telefon komórkowy i ładowarka. Był tam również egzemplarz Koranu.
Z walizki wyjął mniejszą torbę podróżną, którą otworzył. Znalazł w niej śmiercionośne narzędzia - automatyczny pistolet kaliber czterdzieści pięć z dodatkowymi magazynkami, wielki, dobrze naostrzony nóż rzeźnicki i kilka mniejszych noży. Oprócz tego w torbie były skórzane rękawiczki, garota i szpikulec do lodu.
Zadowolony, że zamówienie zostało dokładnie zrealizowane, spojrzał na plecy Mansura, założył skórzane rękawiczki i wyjął z torby garotę wykonaną ze struny fortepianowej.
- Proszę zasunąć zasłony - zwrócił się do kierowcy.
Mężczyzna wykonał polecenie. Stał tyłem do Libijczyka.
Khalil podszedł do niego niepostrzeżenie.
- Proszę bardzo - rzekł Mansur.
Khalil szybkim ruchem założył pętlę na szyję Mansura i mocno ją zacisnął. Struna zacieśniała się, Mansur próbował ją chwycić i zdjąć z szyi, wydobywając z siebie piskliwy wrzask. Khalil zacieśnił pętlę, Mansur zachwiał się i upadł na twarz. Khalil jeszcze przez chwilę trzymał naprężoną linkę na szyi kierowcy, na której teraz pojawiła się czerwona pręga, a z miejsca, gdzie struna werżnęła się w ciało, sączyła się krew.
Ofiara kilkakrotnie kopnęła nogami, po czym zaczęła puchnąć. Po chwili kierowca leżał już bez ruchu.
Khalil, siedząc okrakiem na Mansurze, po minucie rozluźnił uchwyt.
- Niechaj anioły mają cię w swojej opiece - rzekł.
Khalil klęknął obok ciała, przewrócił zmarłego na plecy i wyciągnął portfel z jego kieszeni. Oczy Farida Mansura nieruchomo patrzyły na Asada Khalila, a jego usta były otwarte w niemym krzyku.
Gdy Libijczyk przeszukiwał kieszenie ofiary, zauważył, że kierowca się zmoczył. Puściły mu także zwieracze, przez co od tej chwili w pokoju zapanował nieprzyjemny zapach, który drażnił Khalila.
Zdjął garotę i przetoczył ciało pod jedno z szerokich łóżek.
Wyjął z walizki nakręcany budzik i ustawił go na drugą trzydzieści w nocy. Miał przed sobą cztery godziny odpoczynku, co w zupełności wystarczyło.
Z torby podróżnej wyjął pistolet automatyczny colt kaliber czterdzieści pięć. Sprawdził magazynek, naładował go i wsadził za pasek.
Z walizki wyjął Koran, wyłączył wszystkie światła, zostawił jedynie małą lampkę na stoliczku, po czym położył się w ubraniu na łóżku. Otworzył Koran i przeczytał jeden werset dla zmarłego spoczywającego pod łóżkiem: "Gdziekolwiek będziecie, Bóg poprowadzi was ku zmartwychwstaniu".
Następnie przeczytał jeszcze kilka zdań, zgasił światło i zamknął oczy.
Wydawało mu się, że usłyszał jakiś hałas dochodzący spod łóżka, ale prawdopodobnie były to tylko gazy uwalniane przez martwe ciało.
Przez chwilę myślał jeszcze o poprzedniej wizycie w Stanach i o tym, jak pozbawiono go możliwości zemszczenia się na ostatnim żyjącym pilocie biorącym udział w bombardowaniu Trypolisu. Tym razem ani Chip Wiggins, ani John Corey - człowiek, który uniemożliwił mu zemstę - nie uciekną przed swym losem.
Inni też nie.
Asad Khalil nie spał. Leżał na łóżku, jego ciało odpoczywało, a zmysły były rozbudzone jak u lwa - zwierzęcia, któremu zawdzięczał swój przydomek. Przypomniał sobie stare, arabskie przysłowie: "W dniu zwycięstwa nikt nie jest zmęczony".
Trzy godziny po nieudanej próbie nabycia muffinki w kawiarni na Manhattanie, jechaliśmy długą aleją prowadzącą do luksusowego hotelu Trump Taj Mahal. Po obu stronach alei tryskały fontanny. Budynek hotelu był upstrzony bulwiastymi kopułami i minaretami, więc być może Wielki Ptak sądził, że to meczet.
Agentka Sims uprzedziła naszych ludzi czekających na miejscu, że cel jest już niedaleko, żeby mogli zająć pozycję w pobliżu recepcji. Opisała także jego strój.
- Kryptonim podejrzanego to Wielki Ptak - dodała.
- Możecie już jechać - poinformowałem przez radio Dwójkę, której samochód stał w pewnej odległości od wejścia.
Mel Jacobs i George Foster zdecydowali jednak, że zostaną - co wykraczało poza ich obowiązki.
- Jak chcecie - rzekłem. - To wasz prywatny czas.
Ta praca i ta jednostka mają to do siebie, że wszyscy sobie ufamy i wierzymy, że każdy podejmuje właściwe decyzje. Oczywiście, są zasady, ale działamy dość swobodnie i nie przejmujemy się biurokratycznymi pierdołami, które tylko wstrzymują pracę. Moim zdaniem, nasz zespół tak dobrze się zgrał, ponieważ połowa agentów to policjanci z NYPD, którzy tak jak ja przeszli w stan spoczynku. A to oznacza, że nie zależy nam już na karierze, dlatego możemy improwizować i nie przejmować się tym, że przekraczamy jakieś granice. No i oczywiście wnosimy do grupy uliczny spryt, nabyty podczas pracy w nowojorskich dzielnicach. Efekty takich działań bywają różne, ale zwykle osiągamy zamierzony cel.
Kierowca mercedesa odjechał bez Wielkiego Ptaka, który wszedł do hotelu, z torbą podróżną. Nie mogliśmy powierzyć suva z policyjnym sprzętem parkingowemu, więc zamknęliśmy samochód i stanęliśmy przy wejściu.
- Sprawa służbowa. Proszę mieć oko na samochód - powiedziałem, pokazując odznakę. Wręczyłem parkingowemu dwie dychy.
- Oczywiście - odparł.
Weszliśmy do przestronnego luksusowego hallu z marmurowymi wykończeniami. Wielki Ptak stał przy recepcji dla VIP-ów, zauważyłem także dwóch ludzi z Oddziału do Zadań Specjalnych. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, czym zasygnalizowali, że przejmują sprawę.
Wspaniała wiadomość. Już można się napić.
Nie sądziłem, żeby Wielki Ptak nas rozpoznał, jako że ta krótka wymiana uprzejmości między nami odbyła się w pewnej odległości, więc razem z panną Sims przeszliśmy obok recepcji, przy której stał nasz cel. Wiedział, że ktoś go śledził, ale się nie oglądał. Nie powinien znajdować się tak daleko od Trzeciej Alei, ale zwykle nie robimy z tego problemu, chyba że ktoś w Waszyngtonie zdecyduje inaczej. Dyplomaci z różnych krajów mogą swobodnie podróżować po Stanach, ale niektórzy, na przykład Kubańczycy, nie mogą opuszczać Nowego Jorku, a inni, jak Irańczycy, mogą poruszać się w ustalonym promieniu. Gdybym to ja mógł decydować, to wszyscy mieszkaliby i pracowali w Iowa. Wracając do sedna sprawy, z Irańczykami nie łączą nas dyplomatyczne stosunki od czasu, gdy przejęli naszą ambasadę, a jej pracownicy stali się zakładnikami. Teraz jednak są tutaj, bo należą do ONZ. Poza tym, ponieważ nie wysłaliśmy do Iranu naszych dyplomatów, możemy sobie z nimi swobodnie pogrywać, bo w razie czego nie mają na kim wziąć odwetu. Choć właściwie... nigdy nic nie wiadomo.
Wracając do tematu, każde z nas udało się na stronę, a następnie weszliśmy do hotelowego kasyna.
- Chce pani muffinkę? - zapytałem.
- Miałam panu postawić drinka.
Ruszyłem w kierunku przestronnej i bardzo komfortowej sali w hotelowej restauracji, w której nocną porą rządzi przede wszystkim libido gości. Usiedliśmy przy barze.
- Był pan tu już kiedyś? - zapytała panna Sims.
- Chyba kiedyś przyjechałem tu w interesach.
Barman, właściwie barmanka, z wielkimi... oczami zapytała, czego się napijemy. Agentka Sims zamówiła lampkę białego wina, a ja, jak zwykle, whisky Dewar's z wodą.
Stuknęliśmy się szklankami, usłyszałem "na zdrowie!" i przeszliśmy na "ty".
- Po co tu przyszliśmy? - zapytała.
- Żeby się upewnić, że Wielki Ptak jest tu po to, by oddać się hazardowi, a nie po to, żeby się z kimś spotkać.
- Ale przecież nasi ludzie tu są - przypomniała mi. - A poza tym, jeśli WP zaprosi kogoś do swojego pokoju, to nawet nie będziemy o tym wiedzieć.
- Ci od zadań specjalnych będą wiedzieć - odparłem. Dobrze jest być tam, gdzie coś się może wydarzyć. To nie przypadek, że znajdujesz się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
- Słuchałaś tego, co mówiłem? - zapytałem.
- Bardzo uważnie.
- Spieszysz się dokądś?
- Nie.
- Świetnie. Poczekajmy jeszcze godzinę.
Właściwie poza tym, że musiałem się napić, nie było powodu, żebyśmy tam siedzieli. Oprócz tego byłem wkurzony na Wielkiego Ptaka za to, że pokazał mi środkowy palec. To nie było dyplomatyczne zagranie. W końcu przebywa w moim kraju. Zgadza się? On jest gościem. A ja go tu nie zapraszałem.
- John, przepraszam cię za to, że się z tobą nie podzieliłam moją wiedzą. Chcieli, żeby to wyglądało na typową akcję obserwacyjną, podczas której cel nie może się zorientować, że wiemy dokąd zmierza - wyjaśniła. - Tylko ja o tym wiedziałam, na wszelki wypadek, gdybyśmy go zgubili - dodała.
- Dobra, nieważne.
Nie miałem pojęcia, kto wpadł na taki świetny pomysł, ale mogłem się domyślić, że maczał w tym palce agent specjalny FBI Tom Walsh, dowódca nowojorskiej Antyterrorystycznej Grupy Zadaniowej. Walsh balansuje na granicy między geniuszem a idiotą, a granica ta jest płynna. Poza tym jest fanem opowieści z kręgu płaszcza i szpady i dlatego nie do końca rozumie standardowe policyjne procedury. Gdy byłem gliną, takie tajemnice w zespole były niedopuszczalne. Ale to zupełnie nowa rzeczywistość i nowa praca, więc nie biorę tego do siebie.
- Zadzwoń do ludzi od zadań specjalnych i dowiedz się, gdzie teraz jest Wielki Ptak - powiedziałem, zmieniając temat.
Wszyscy mamy telefony firmy Nextel, dzięki którym, jak już wspomniałem, można się łączyć drogą radiową - takie walkie-talkie - więc panna Sims połączyła się z jednym z ludzi z Oddziału do Zadań Specjalnych i poinformowała, że siedzimy przy barze. Poprosiła, żeby wezwano nas, jeśli Wielki Ptak opuści pokój i pójdzie w kierunku kasyna albo gdziekolwiek.
Siedzieliśmy i gadaliśmy, głównie o tym, jak jej się żyje w Nowym Jorku, którego prywatnie nie lubiła, za to doceniała możliwości zawodowe. Lisa Sims w pewnym sensie przypominała mi moją żonę, Kate Mayfield, którą poznałem trzy lata temu, prowadząc wspomnianą już sprawę libijskiego dupka. Kate też przyjechała do Nowego Jorku z odległych stron i na początku wcale nie była tym miastem zachwycona, ale potem poznała mnie i teraz nie wyobraża sobie życia w innym miejscu. Po 11 września chciała się stąd wyprowadzić, ale gdy pierwszy szok minął - oboje byliśmy na miejscu zdarzenia - zdała sobie sprawę, że nie mogłaby wyjechać. Dobrze się złożyło, bo ja nie zamierzałem się stąd ruszać.
Zamówiłem kolejnego drinka, a panna Sims - teraz już Lisa - przerzuciła się na gazowaną wodę mineralną, po tym jak jej powiedziałem, że w drodze powrotnej to ona będzie prowadzić samochód.
Odezwała sie jej komórka, więc odebrała i słuchała uważnie.
- Dobrze, my już chyba będziemy jechać - odpowiedziała. - Wielki Ptak siedzi sam przy stole do ruletki - rzekła, rozłączając się.
- Jak mu idzie?
- Nie pytałam. - Poprosiła o rachunek, zapłaciła i wyszliśmy z baru.
Skręciła w stronę recepcji.
- Chcę mu się przyjrzeć - powiedziałem.
Przez chwilę się wahała, ale najwidoczniej odwołała się do mojego doświadczenia zawodowego i w końcu przytaknęła.
Ruszyliśmy w kierunku ogromnego kasyna. Lisa skontaktowała się z człowiekiem z oddziału specjalnego, żeby dowiedzieć się, gdzie jest Wielki Ptak.
Po chwili zauważyliśmy go z drinkiem w dłoni, siedzącego przy ruletce.
Nie interesowało mnie niemoralne zachowanie Irańczyka - kamery wszystko zarejestrowały, kiedyś może się to przydać - sądzę jednak, że ci ludzie mają nierówno pod sufitem - tracą kontakt z rzeczywistością.
- Wszystko w porządku? - zapytała Lisa. - Widzę go. Chodźmy.
- Szatan opętał jego duszę - zauważyłem.
- Właśnie widzę.
- Muszę mu pomóc.
- John...
- Kupię trochę żetonów i zagramy.
- John...
- No chodź. - Wziąłem ją pod rękę i udaliśmy się do kasy, gdzie poprosiłem o sto żetonów, każdy o wartości jednego dolara i zapłaciłem moją rządową kartą kredytową - w księgowości będą mieli niezły ubaw - po czym ruszyliśmy w stronę automatów do gry, skąd mogliśmy obserwować plecy Wielkiego Ptaka.
Usiedliśmy obok siebie przed automatem do gry w pokera.
- Grałaś w to kiedyś? - zapytałem.
- Nie.
- A umiesz grać w pokera?
- Tak.
Podzieliłem srebrne monety, pokrótce objaśniłem Lisie zasady działania automatu i zaczęliśmy grać. Ktoś powinien wymyślić automat do gry o nazwie "Frajer". Jeśli trafiłoby się pięciu frajerów z rzędu, automat dawałby im kopniaka w przyrodzenie i zabierałby wszystkie pieniądze.
Oboje sięgnęliśmy po kieliszki, które kelnerka niosła na tacy, a ja dodatkowo zaciągałem się dymem papierosowym wydychanym przez grubą katatoniczkę siedzącą przy automacie obok mnie.
W każdym razie szło nam raz lepiej, raz gorzej i gra zaczynała wciągać Lisę, która miała nadzieję na wielką wygraną. Tymczasem z każdym okrążeniem koła ruletki Wielki Ptak wpadał w coraz to niższe kręgi piekła. Musiałem go ratować.
Minęło pół godziny i Wielki Ptak wymienił żetony na pieniądze i wstał od stołu.
Szedł w kierunku stolików do blackjacka, ale zmienił zdanie i poszedł w drugą stronę.
Lisie trafili się czterej królowie, automat oznajmił wygraną i wypluł z siebie morze monet.
- Wielki Ptak wychodzi - powiedziałem. - Zostań tu i dokończ za mnie grę. Zawiadom oddział specjalny, że go przejmuję.
Rozejrzała się dookoła, jakby dopiero zauważyła, gdzie się znajduje.
- Dobrze - odparła.
Przeszedłem przez środek sali, licząc na to, że Wielki Ptak kieruje się w stronę wind, męskiej toalety albo promenady - gdzie moglibyśmy w spokoju porozmawiać.
Szedł, tak jakby musiał się odlać, więc pewnie zmierzał w stronę toalet.
Poszedłem za nim i widziałem, jak wchodzi przez drzwi męskiej toalety. Wszedłem do środka. Ci faceci nie korzystają z pisuarów - gdy przychodzi do wyciągania wacków cenią sobie prywatność, dlatego też Wielki Ptak był teraz w kabinie. W środku przy pisuarach stali dwaj mężczyźni, trzeci mył ręce przy umywalce. Po cichu, i wręcz dyplomatycznie, pokazałem im moją odznakę, prosząc, by natychmiast opuścili pomieszczenie. Jednemu z nich zleciłem, żeby stanął przed drzwiami i pilnował, by nikt nie wszedł do łazienki.
Gdy wyszli, stanąłem przy umywalce i spojrzałem w lustro. Drzwi kabiny otworzyły się, ale nie słyszałem odgłosu spuszczanej wody. Wielki Ptak nie podszedł nawet do umywalek.
Gdy się odwróciłem, spojrzał na mnie i wiedziałem już, że mnie nie rozpoznał. I wtedy nagle wykonał ruch. Podszedł do mnie szybkim krokiem i zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale jego klejnoty wylądowały w mojej garści. Zaskoczył mnie, więc cofnąłem się i wtedy wykonał kolejny agresywny ruch, a mianowicie upadł na kolana i zaczął wydawać z siebie przeraźliwe jęki. Jego oczy przypominały zmieniające się symbole w jednorękim bandycie. Po chwili osunął się na ziemię, ciężko oddychał, gotowy do powtórnego ataku. Nie chciałem wywołać międzynarodowego skandalu, więc wycofałem się grzecznie, mówiąc - Pieprz się!
Wyszedłem na korytarz, zwolniłem mego pomocnika i wróciłem do kasyna, gdzie natknąłem się na Lisę niosącą plastikowy kubeczek z żetonami.
- Gdzie byłeś? - zapytała.
- W męskim.
- Gdzie jest Wielki...
- Czas na nas.
Poszliśmy w kierunku hallu.
- Co mam zrobić z tymi żetonami? - zapytała.
- Zanieś do księgowości.
Gdy wyszliśmy z hotelu, ruszyłem w stronę samochodu.
- Co tam się wydarzyło - zapytała Lisa. - Gdzie jest Wielki Ptak?
- W męskim - Im mniej wiedziała, tym lepiej dla niej.
- Kto go obserwuje? Przemieszcza się?
- Yyy... raczej nie.
- John.
- Powiadom oddział specjalny o jego ostatnim położeniu.
Gdy dotarliśmy do samochodu, zdecydowałem, że będę prowadził. Lisa podała mi kluczyki, wsiedliśmy do środka i odjechałem.
Agentka Sims poinformowała naszych ludzi w hotelu o tym, że zostawiłem Wielkiego Ptaka w męskiej toalecie, o czym zresztą już wiedzieli. Lisa wysłuchała sprawozdania i się rozłączyła.
- Wielki Ptak miał jakiś wypadek, chyba się przewrócił.
- Mokra podłoga bywa śliska.
Kierowałem się na autostradę Jersey Turnpike.
- Coś się wydarzyło między tobą a Wielkim Ptakiem? - odezwała się po kilku minutach.
- Hej, jak nam poszło na automatach? Co tam masz?
Zerknęła na kubeczek stojący na wycieraczce.
- Wygraliśmy jakieś dziesięć dolców - powiedziała.
- Nieźle, jak na godzinną grę.
Po chwili milczenia się odezwała.
- Cóż, znalazł się w nieciekawym położeniu, więc raczej nie złoży skargi. Nie zareagowałem.
Jechaliśmy teraz na północ, autostradą prowadzącą do Nowego Jorku, od którego dzieliło nas mniej więcej dwieście kilometrów, czyli jeśli docisnę pedał gazu będziemy na miejscu za dwie godziny. Słońce zniknęło za horyzontem i niebo na zachodzie pogrążało się w ciemności.
- Czy my tak jakby uciekamy? - zapytała Lisa.
- Nie. Przecież reprezentujemy prawo.
- No tak. Powiedziano mi, że wiele się od ciebie nauczę - dodała.
- Czy stałem się już legendą?
- W swoim własnym mniemaniu na pewno. Wyglądasz na porządnego faceta i jesteś bystry - zauważyła. - Ale masz też drugą twarz.
Milczałem.
- Zawładnęła tobą żądza zemsty - dodała.
- Jeśli masz rację, to pracuję w odpowiedniej branży.
Nie skomentowała mojej odpowiedzi, więc jechaliśmy dalej w ciszy.
- Jeśli ktoś będzie pytał o dzisiejsze wydarzenia, to cały czas byłeś w zasięgu mojego wzroku - powiedziała po chwili.
- Nikt nie będzie o nic pytał - zapewniłem ją. - Ale dzięki.
- Może kiedyś zrobisz dla mnie to samo.
- Jeśli o to chodzi, "może" nie istnieje.
Spojrzała na mnie, a potem skierowała swój wzrok na ciemną drogę przed nami.
- Ciężki zawód - powiedziała, jakby do siebie.
Dopiero teraz na to wpadła?
- Coraz cięższy - odparłem.
- Zgadza się - przytaknęła.
Zatrzymaliśmy się na postoju, gdzie Lisa Sims wreszcie kupiła muffinkę, ja uzupełniłem bak i oboje wzięliśmy kawę na wynos.
W powrotnej drodze rozmawialiśmy głównie o tym, jak się żyje w Nowym Jorku, opowiadałem też trochę o dniu, w którym runęły wieże. Byłem wtedy w środku. Takie doświadczenie zmienia człowieka. Widok tysięcy umierających ludzi zmienia człowieka.
Wjechaliśmy do tunelu Hollanda prowadzącego na Manhattan, następnie podrzuciłem ją do biura, bo miała jeszcze trochę roboty.
- Oddaj wygraną księgowym - przypomniałem.
Potem pojechałem do mojego mieszkania, przy Wschodniej 72. Drzwi do domu otworzyłem tuż po dziesiątej wieczorem.
Kate była już w domu, oglądała wiadomości.
- Jak poszło? - zapytała.
- W porządku. Cel pojechał do Atlantic City, a my za nim.
- Drinka?
- Jasne. Jak ci minął dzień? - zapytałem.
- Spędziłam go w biurze.
Przygotowaliśmy drinki, stuknęliśmy się kieliszkami, daliśmy sobie po buziaku i obejrzeliśmy wiadomości.
Czekałem na materiał o irańskim dyplomacie z ONZ, znalezionym na podłodze męskiej ubikacji w kasynie Taj Mahal, z klejnotami w gardle, ale najwidoczniej nie był to interesujący news.
Wyłączyłem telewizor i pogadaliśmy z Kate o kolejnym dniu wypełnionym walką z terroryzmem.
Gdy już wyczerpaliśmy ten temat, przypomniała mi, że na weekend zaplanowaliśmy wyprawę za miasto - skoki spadochronowe.
To nie była moja ulubiona rozrywka, ale Kate sprawiała ogromną przyjemność.
Oprócz tego, że nie przepadam za drzewami, lasami, niedźwiedziami i innymi atrakcjami na północ od Bronxu, wiem na pewno, że nie lubię wyskakiwać z samolotów. Nie mam lęku wysokości, śmierci też się nie boję, ale nie widzę powodu, żeby narażać się na niebezpieczeństwo dla przyjemności. Moja praca jest wystarczająco niebezpieczna. I przyjemna zarazem. Tak jak na przykład dziś.
Ale porządny ze mnie facet i dobry mąż, więc zająłem się spadochroniarstwem. W duchu quid pro quo - jak mawiają dyplomaci - Kate zajęła się seksem oralnym. To działa.
Potem wyszedłem na taras znajdujący się na trzydziestym czwartym piętrze i spojrzałem na południe, na wyspę Manhattan. Co za widok! Brakowało w nim jedynie dwóch wież. W miejscu, gdzie kiedyś stały, widziałem teraz moje dwa palce uniesione w geście wiktorii. Zwycięstwo i pokój. Już nie za mojego życia, ale może kiedyś. A na razie gra, o której wspomniała Lisa Sims, nazywa się "zemsta".
Asad Khalil szedł przez hall hotelu Beverly Hills z kwiatem, który zabrał z pokoju. Zauważył kilku Arabów, którzy ubiorem i zachowaniem starali się naśladować Amerykanów i Europejczyków. Wiedział, że ci mężczyźni byli większym zagrożeniem dla islamu niż niewierni. Rozprawi się z nimi w następnej kolejności bezlitośnie.
Khalil wyszedł z hotelu i odźwierny zapytał, czy potrzebuje taksówki. Trzy lata temu, podczas poprzedniej wizyty, Khalil zauważył, że w tym mieście nikt i nigdzie nie przemieszcza się pieszo. Ludzie korzystali z samochodów, nawet gdy cel ich podróży znajdował się dwie przecznice dalej. Właściwie był zdziwiony, że hotel nie zapewnił gościom wybierającym się na basen lektyk. Rzymskie świnie.
- Czekam na samochód - odpowiedział odźwiernemu.
- Oczywiście.
Po chwili podjechał niebieski ford taurus, który od jakiegoś czasu stał przed hotelem. Kierowca nie wysiadł z samochodu, za to dał znak Khalilowi. Wskoczył na miejsce pasażera, po czym odjechali.
- Dobry wieczór panu - powiedział kierowca, którego Khalil znał jako Gabbara.
Khalil nie odpowiedział.
Jechali długą aleją.
- Zarezerwowałem pokój na moje nazwisko w hotelu Best Western w Santa Barbara.
Khalil kiwnął głową.
- A jak pan się nazywa?
- Farid Mansur, proszę pana - odparł kierowca, nie pytając o prawdziwą tożsamość pasażera.
- Czym się pan tutaj zajmuje, panie Mansur? - zapytał Khalil.
- Dostarczam paczki, proszę pana.
- Świetnie. A ma pan moje paczki?
- Tak, proszę pana. Zgodnie z instrukcjami, są w moim pokoju hotelowym. Dwa zamknięte bagaże, do których nie mam klucza - dodał. - Zgadza się, proszę pana? - zapytał.
Khalil przytaknął.
- Czy ma pan dwie dodatkowe rzeczy, o które prosiłem?
- Oczywiście. Są w bagażniku.
- A karta?
Mansur bez słowa podał Khalilowi plastikową kartę.
Khalil uważnie ją obejrzał. Ze względów bezpieczeństwa na karcie wydrukowano niewiele informacji - nie było nawet nazwy lotniska, na którym można było jej użyć, ani symbolu drzwi, które otwierała. Wydrukowano na niej jedynie jakieś cyfry.
- Jak pan ją zdobył? - zapytał Khalil.
- Szczerze mówiąc, nie musiałem jej zdobywać, proszę pana - odparł Mansur. - Dostałem od naszego wspólnego znajomego. Prosił, żebym przekazał panu, że sam pożyczył ją od innego wyznawcy naszej wiary, który nie będzie jej potrzebował przez dwa dni - dodał. - Po tym czasie będę musiał zwrócić kartę naszemu wspólnemu znajomemu, by ten oddał ją właścicielowi. Nie mam pojęcia, o które lotnisko chodzi ani dokąd można wejść za jej pomocą, ale pan na pewno wie - dodał, podkreślając w ten sposób brak wiedzy na temat sprawy.
- Dlaczego uważa pan, że chodzi o lotnisko? - zapytał Khalil.
Farid Mansur zorientował się, że popełnił błąd i teraz starał się go zatuszować.
- Nasz wspólny znajomy... chyba użył takiego słowa... ale mogłem coś źle usłyszeć albo.
- Nieważne.
- Tak jest, proszę pana.
Khalil włożył kartę do kieszeni.
Znaleźli się u wylotu drogi dojazdowej do centrum.
- Życzy pan sobie jechać teraz do Santa Barbara? - zapytał kierowca.
- Tak.
Mansur ustawił się na pasie do skrętu w stronę Bulwaru Zachodzącego Słońca, ale Khalil kazał mu jechać prosto.
Kierowca minął bulwar i jechał dalej ulicą Canon Drive, na której stały okazałe wille.
Khalil zerknął w boczne lusterko, ale nie zauważył żadnych podejrzanych pojazdów.
- To jest samochód z wypożyczalni, zgadza się? - zapytał Mansura.
- Tak jest, proszę pana. Wynająłem go na trzy dni, zgodnie z instrukcjami - dodał.
- Świetnie.
Zatem do poniedziałku nikt go nie będzie szukał.
Khalil gapił się przez szybę.
- Żyją w luksusie - odezwał się Mansur. - Te wszystkie gwiazdy filmowe i inni z branży.
- W tym miejscu za grzech spotyka ich nagroda - zauważył Khalil.
Odpowiedź Mansura była zgodna z oczekiwaniami Khalila.
- Tutaj może tak. Ale w piekle zapłacą za to wysoką cenę.
Khalil nie skomentował wypowiedzi Mansura.
- Z którego regionu Libii pan pochodzi? - zapytał.
- Z Bengazi, proszę pana.
- Dlaczego pan tu przyjechał?
Mansur lekko się zawahał, a następnie odparł:
- Chciałem zarobić pieniądze dla moich rodziców i rodziców żony, którzy zostali w Bengazi. Marzę o powrocie do kraju - dodał szybko.
- Kiedyś pan wróci.
- Oczywiście.
- A pańska żona? Przyjechała z panem?
- Oczywiście. I czwórka naszych dzieci.
- Świetnie. Czy zostały wychowane w naszej wierze?
- Oczywiście, proszę pana. Czytają Koran w szkole przy meczecie.
- Wspaniale. A pańska żona wie, że przez najbliższe dwa, może trzy dni nie wróci pan do domu?
- Owszem.
Mężczyźni zamilkli. Farid Mansur zdał sobie sprawę z faktu, że pasażer wprowadzał nerwową atmosferę. Spotykał takich ludzi w Libii, tutaj czasami też, w meczecie. Wyznawali tę samą wiarę, ale robili to w inny sposób. Ten człowiek... jego głos, jego zachowanie, oczy... ten człowiek był inny, nawet od tych, którzy byli inni, ten człowiek go przerażał. Farid Mansur nie wiedział, dokąd jadą, ale podejrzewał, że jego pasażer niepokoił się, że ktoś może ich śledzić, więc skręcił kilka razy w przypadkowe ulice.
Wjechali na ulicę, wzdłuż której są luksusowe sklepy.
- Jesteśmy na Rodeo Drive, proszę pana - rzekł Mansur. - Tylko najbogatsi tu kupują.
Khalil milczał.
- Santa Barbara - rzekł Khalil, gdy znaleźli się na jej końcu.
Mansur skręcił w prawo w Wilshire Boulevard i skierowaliśmy się na zachód, w stronę słońca chowającego się za horyzontem.
Jechali teraz ulicą, na której było wiele sklepów, apartamentowców i biurowców. Ruch był duży i samochody poruszały się wolno.
- Wiele samochodów - zauważył Mansur.
- Wysysają ropę z ziemi - odparł Khalil.
- I płacą za to wysoką cenę - Mansur pozwolił sobie na uśmiech.
- To prawda. Od jak dawna pan tu mieszka? - zapytał Khalil.
Mansur zawahał się.
- Od ośmiu lat - odparł. - Zbyt długo - dodał.
- Zgadza się. Był pan w Bengazi, gdy Amerykanie zbombardowali miasto? - zapytał Khalil.
- Tak. Dobrze pamiętam tę noc. Piętnasty kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Byłem wtedy małym chłopcem.
- Bał się pan?
- Oczywiście.
- Zmoczył się pan, panie Mansur?
- Słucham?
- Ja się zmoczyłem.
Farid Mansur nie wiedział, jak odpowiedzieć na to pytanie, więc zamilkł.
- Ja też byłem wtedy małym chłopcem. Mieszkałem w Al Azizija, niedaleko Trypolisu - kontynuował Khalil. - Jeden z bombowców przeleciał tuż nad dachem, pod którym stałem, i zrzucił bombę. Nic mi się nie stało. Ale się zmoczyłem.
- Allah był litościwy, proszę pana - zdążył powiedzieć Farid Mansur.
- Tak. Ale tamtej nocy moja matka, dwaj bracia i dwie siostry udali się do raju.
Mansur wziął głęboki oddech.
- Niech po wsze czasy żyją wśród aniołów - powiedział spokojnym głosem.
- Tak właśnie będzie.
Jechali w milczeniu, w końcu odezwał się Khalil.
- Dlaczego pan to robi?
Farid Mansur zastanawiał się nad odpowiedzią. Gdyby powiedział, że robi to dla kraju lub wiary, zdradziłby, że zdaje sobie sprawę, iż nie jest tylko zwykłym kierowcą i przewodnikiem po mieście opiekującym się rodakiem. Farid Mansur nie zrobił niczego, co byłoby niezgodne z prawem - no może poza przekazaniem plastikowej karty - i jeśli człowiek siedzący na miejscu pasażera zamierzał złamać prawo, nie chciał o tym wiedzieć.
- Panie Mansur? Zadałem panu pytanie.
- Tak, oczywiście... poproszono mnie, bym pomógł rodakowi i...
- Czy władze kiedykolwiek się panem interesowały?
- Nie, proszę pana. Prowadzę spokojne, rodzinne życie.
- A pańska żona? Czym się zajmuje?
- Tym, czym każda porządna kobieta. Dba o dom i rodzinę.
- Świetnie. Pewnie przydałyby się wam dodatkowe pieniądze?
- Owszem.
- Ceny ropy znowu poszły w górę.
- Zgadza się, proszę pana - Mansur pozwolił sobie na uśmiech.
- Z tego co wiem, nasz wspólny znajomy zapłacił panu tysiąc dolarów.
- Zgadza się.
- Dam panu kolejny tysiąc.
- Dziękuję panu.
- A to kwiat dla pańskiej żony. Khalil położył rajski kwiat na desce rozdzielczej.
- Dziękuję.
Mansur wjechał na autostradę Pacific Coast prowadzącą do Santa Barbara.
- Podróż do hotelu powinna nam zająć jakieś dwie godziny - poinformował pasażera.
Khalil zerknął na zegar na tablicy rozdzielczej. Dochodziła dziewiętnasta trzydzieści i słońce zanurzało się w oceanie. Na wzgórzach, po jego prawej stronie, stały wielkie wille.
- Na tej trasie do Santa Barbara rozpościera się malowniczy widok - rzekł Farid Mansur. - Jeśli pan sobie życzy, w niedzielę możemy wrócić zwykłą autostradą.
Sceneria zupełnie nie interesowała Khalila, a poza tym ani on, ani Farid Mansur w niedzielę nie będą wracać do Beverly Hills.
- Jak pan woli - powiedział, by uspokoić kierowcę. - Oddaję się w pańskie ręce - dodał.
- Dobrze, proszę pana.
- A obaj jesteśmy w rękach Boga.
- Zgadza się, proszę pana.
Khalil pomyślał, że właściwie pan Mansur stanie przed obliczem Allaha w ciągu najbliższych dwóch godzin i nareszcie odnajdzie swoją drogę do domu.
A jeśli chodzi o Chipa Wigginsa, który siedemnaście lat temu jako pilot brał udział w bombardowaniu Trypolisu i prawdopodobnie to właśnie on zrzucił bombę na dom Khalila, zabijając jego rodzinę, to przed wschodem słońca trafi do piekła.
A potem trzeba będzie wyrównać rachunki w Nowym Jorku.
Zegar go nie obudził, nie spał - poinformował go tylko, że wybiła druga trzydzieści.
Asad Khalil wyskoczył z łóżka, skorzystał z toalety, napił się wody i wyszedł z pokoju, upewniając się, że na klamce znajduje się wywieszka: nie przeszkadzać. Gdy ciało Mansura znajdzie sprzątaczka lub kolejny gość, on będzie już daleko poza Kalifornią.
Wyszedł z hotelu, była zimna, ciemna noc, wsiadł do samochodu i odjechał z parkingu. Po drodze, wyciągnąwszy uprzednio pieniądze, wyrzucił portfel Mansura do ścieków, razem z kwiatem, który wcześniej położył na desce rozdzielczej.
Ruch był niewielki, dlatego po dziesięciu minutach zbliżał się już do lotniska w Santa Barbara od strony północno-wschodniej. Ta część lotniska, oddalona od głównego terminalu, była zarezerwowana dla prywatnych samolotów, firm czarterowych i samolotów towarowych.
Powiedziano mu, że musi uważać na samochód patrolujący lotnisko, który co jakiś czas objeżdża teren dookoła. Teraz jednak żaden pojazd nie przemieszczał się wzdłuż płotu okalanego drutem kolczastym. Wjechał przez otwartą bramę na długi i wąski parking. Wokół niego, na tyłach płyty postojowej dla samolotów, stały niskie budynki. Większość z nich nie była oświetlona, na jednym powieszono neon firmy czarterującej samoloty sterling - air charters. Tam później skieruje swoje kroki.
Minął kilka następnych budynków, na parkingu stały trzy samochody. Nie było żywej duszy ani żaden samochód o tej porze nie poruszał się po parkingu. Jak na razie informacje, które posiadał, potwierdziły się. Al Kaida w Ameryce nie ponosiła odpowiedzialności za jego misję - tak oni sami twierdzili. Musiał jednak przyznać, że ułatwili mu zadanie. Asad Khalil "Lew" bez niczyjej pomocy zabił już wielu wrogów islamu w Europie i w Stanach i Al Kaida zaoferowała mu wsparcie w przeprowadzeniu jego prywatnej misji w zamian za wykonanie zadania w Nowym Jorku. Spełni obietnicę, ale najpierw zajmie się swoją osobistą zemstą.
W odległości mniej więcej dwustu metrów od budynku, w którym mieściła się siedziba Sterling Air Charters, znajdował się podświetlony neon ALPHA AIR FREIGNT - firmy zajmującej się transportem lotniczym. Tu pracował Chip Wiggins. Khalil spostrzegł ciemnego forda explorera zaparkowanego przed biurem, dokładnie takiego, jakiego widział na zdjęciach, w Trypolisie. Pan Wiggins - były porucznik Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych - zgodnie z przewidywaniami najwyraźniej był w pracy. Był piątek i według planu kolejny lot Wigginsa miał się odbyć w nocy z niedzieli na poniedziałek, ale faktycznie dziś w pracy będzie po raz ostatni.
Khalil zaparkował forda taurusa naprzeciwko Alpha Air Freight, obok samochodu Wigginsa. Wyłączył światła i zgasił silnik, po czym wysiadł z samochodu i sprawdził tablice rejestracyjne explorera, by upewnić się, że pojazd należy do Wigginsa. Otworzył bagażnik i wyjął brezentowy worek, w którym znajdował się futerał z łomem i rzeźnicką piłą. Zarzucił futerał na ramię.
Szybkim krokiem przeszedł przez parking. Między biurem przewoźnika towarowego i sąsiednim budynkiem znajdował się wysoki płot i brama prowadząca na płytę lotniska. Khalil otworzył ją kartą, którą dostał od Farida Mansura - niech Bóg wynagrodzi go w raju, za jego poświęcenie - po czym wślizgnął się na strzeżony teren.
Miejsce, w którym teraz stał, było słabo oświetlone, więc poruszał się w cieniu, blisko ściany budynku należącego do firmy Alpha. Gdy doszedł do kontenera na odpady, klęknął i uważnie się rozejrzał.
Na płycie postojowej, za rzędem budynków, stało kilka małych i średnich maszyn. Na tyłach biura Alphy znajdowały się dwa niewielkie dwusilnikowe samoloty z firmowym logo na ogonach. Wiedział, że były to dwa z trzech samolotów należących do firmy i że zwykle wracały na płytę między północą a pierwszą w nocy. Tak jak i tej dzisiejszej. Trzecim, brakującym, samolotem we flocie Alphy była biała, dwusilnikowa cessna pilotowana przez Wigginsa, który zwykle wracał ze swej trasy około trzeciej, czwartej nad ranem. Khalil popatrzył na podświetloną tarczę zegarka, była druga pięćdziesiąt osiem. Miał nadzieję, że pan Wiggins miło spędził czas i wkrótce wyląduje.
Ukucnął w cieniu wielkiego kontenera na odpadki i patrzył na lotnisko. Daleko majaczyły światła głównego terminalu i światełka rozstawione wzdłuż pasa startowego. O tej porze niewiele samolotów wznosiło się w powietrze, niewiele lądowało, widział jednak światła małej maszyny obniżającej lot nad najbliższym pasem startowym.
Samolot wylądował i po chwili Khalil zobaczył dwa snopy białych świateł przecinające ciemność i oświetlające drogę kołowania.
Zastygł w nieruchomej pozycji, nasłuchując, czy w pobliżu nikt się nie kręci. Gdyby ktoś się na niego natknął, miał dwa wyjścia: łom lub pistolet. Ucieczka nie wchodziła w grę. Długo czekał na tę chwilę, Wiggins był ostatnim z ośmiu pilotów sterujących maszynami, które zbombardowały dzielnicę Al Azizija w Trypolisie, gdzie mieszkał i gdzie zginęła jego rodzina.
Dwusilnikowy samolot kołował, Khalil modlił się, aby to była ta maszyna, na którą czekał. Gdy samolot podjechał bliżej, widział już, że był biały i na jego ogonie widniało logo firmy Alpha. Otworzył worek, w którym leżał futerał i wyjął ciężki łom.
Samolot wjechał na płytę postojową i zatrzymał się w odległości około dziesięciu metrów od Khalila. Po chwili światła maszyny zgasły, ucichły oba silniki, noc znowu była ciemna i cicha.
Khalil patrzył i czekał. Usłyszał kilka zgrzytów i trzasków dochodzących z samolotu, po czym po lewej stronie kadłuba opadły schody. Po chwili w drzwiach pojawił się mężczyzna, który następnie zszedł po schodach.
Płyta była słabo oświetlona, więc Khalil nie był pewien, czy z samolotu wysiadł Wiggins, miał jednak pewność, że maszyna należała do niego, a na parkingu stał jego samochód. Godzina lądowania także się zgadzała.
Asad Khalil nie przejąłby się, gdyby zabił nie tego człowieka, na którym mu zależało, ale wzbudziłoby to podejrzenia Wigginsa i władz. Na pewno by się domyślili, że Asad Khalil wrócił.
Pilot niósł kliny pod koła przywiązane do lin. Po chwili odwrócił się, pochylił i jeden z nich położył za lewym kołem samolotu.
Khalil chwycił worek z futerałem i ruszył do przodu tak szybko, że zaledwie w kilka sekund zdołał pokonać dziesięciometrową odległość.
Pilot był zajęty umieszczaniem następnego klina z przodu lewego koła, gdy nagle usłyszał jakiś dźwięk. Odwrócił się i znieruchomiał.
Tuż przed nim stał Khalil, który natychmiast rozpoznał twarz Chipa Wigginsa, gdyż wcześniej widział ją na fotografiach.
Wiggins wpatrywał się w mężczyznę.
- Kim pan?...
Khalil upuścił brezentowy worek i teraz w obu dłoniach trzymał łom. Wziął duży zamach i uderzył Wigginsa w lewe ramię, miażdżąc obojczyk.
Wiggins krzyknął przeraźliwie z bólu, zachwiał się i upadł na ziemię.
Khalil zamachnął się ponownie, tym razem roztrzaskał rzepkę kolana i zmiażdżył lewą kość piszczelową. Ostatni cios złamał prawy obojczyk.
Potworne jęki Wigginsa cichły, mężczyzna tracił przytomność.
Khalil rozejrzał się, po czym wrzucił łom i worek z piłą do kabiny. Klęknął przy swej ofierze i, ciągnąc za kołnierz koszuli pilota, podniósł go do pozycji siedzącej. Następnie przerzucił półprzytomnego mężczyznę przez ramię, wyprostował się i wszedł po schodach do samolotu. Zamknął za sobą drzwi.
W kabinie towarowej było ciemno, sufit znajdował się bardzo nisko, więc Khalil poruszał się przygarbiony ku tyłowi samolotu, gdzie posadził Wigginsa, opierając go plecami o ścianę.
Wziął rzeźnicką piłę i klęknął między nogami pilota. Wyjął z kieszeni ampułkę z amoniakiem, ułamał koniuszek i podstawił pod nos ofiary. Mężczyzna nagle poruszył głową, Khalil uderzył go w oba policzki.
Wiggins zajęczał i otworzył oczy.
Khalil zbliżył twarz do swojej ofiary.
- To ja, panie Wiggins. Asad Khalil, człowiek, na którego czekał pan od trzech lat.
Wiggins otworzył szeroko oczy i w milczeniu wpatrywał się w Khalila.
Libijczyk zbliżył usta do ucha Wigginsa.
- Ty lub któryś z twoich kolegów zabiliście moją matkę, braci i siostry. Wiesz, po co tu jestem - wyszeptał.
Cofnął się nieco i patrzył teraz na swoją ofiarę. Wiggins wpatrywał się nieruchomo w przestrzeń, po jego policzkach płynęły łzy.
- Widzę, że żałujesz tego, co zrobiłeś - rzekł Khalil. - A może po prostu płaczesz z bólu. Na pewno nigdy nie bolała cię dusza. Ja doświadczam tego od czasów, gdy byłem chłopcem. Oczywiście nigdy też nie doświadczyłeś bólu fizycznego, jaki się odczuwa, leżąc bez ducha pod ruinami swego domu.
Wiggins poruszył ustami, ale dało się słyszeć jedynie cichy jęk, który następnie przerodził się w skowyt.
Khalil widział, że mężczyzna za chwilę ponownie zemdleje, więc mocno go uderzył.
- Słuchaj, co do ciebie mówię! - krzyknął. - Raz już przede mną uciekłeś, ale tym razem zaplanowałem dla ciebie bardzo nieprzyjemną śmierć i zależy mi na tym, żebyś był przytomny.
Asad Khalil, libijski terrorysta, podróżujący z podrobionym egipskim paszportem, szedł szybkim krokiem przez rękaw lotniczy łączący samolot linii Air France, z którego właśnie wysiadł, z Terminalem 2. na międzynarodowym lotnisku w Los Angeles.
Lot z Kairu do Paryża odbył się bez niespodzianek, podobnie jak podróż z Paryża do Los Angeles. W Kairze nawet z łatwością dostał się na pokład samolotu, a to dzięki pomocy wysoko postawionych przyjaciół, którzy umożliwili mu szybkie przejście przez egipską kontrolę paszportową. W Paryżu miał dwugodzinną przerwę w podróży, którą spędził w poczekalni tranzytowej, więc nie musiał powtórnie przechodzić przez kontrolę, co mogłoby okazać się problematyczne. Był już w Ameryce. Prawie.
Khalil szedł razem ze współpasażerami w stronę okienek kontroli paszportowej. Większość osób podróżujących tym samym samolotem było francuskiego pochodzenia, było też wielu muzułmanów z francuskim obywatelstwem. Mniej więcej jedną czwartą pasażerów stanowili Egipcjanie, którzy, tak jak on, wsiedli na pokład w Kairze, a następnie czekali w poczekalni tranzytowej na lotnisku De Gaulle'a na bezpośredni lot boeingiem 777 do Los Angeles. W każdym razie Khalil był przekonany, że nie wyróżnia się specjalnie z tłumu, w dodatku jego przyjaciele z Al Kaidy zapewnili go, że na tej trasie bez problemów dotrze tu, gdzie się właśnie znajdował. Musiał tylko pomyślnie przejść przez amerykańską kontrolę paszportową, pokazując podrobiony dokument, według którego jest Egipcjaninem. Odprawa celna nie stanowiła problemu, nie miał nic do oclenia i poza ogromną nienawiścią do Ameryki, ale to z łatwością był w stanie ukryć, niczego ze sobą nie przewoził.
Miał do wyboru dziesięć okienek, w których celnicy sprawdzali paszporty, stanął więc w kolejce do jednego z nich. Zerknął na zegarek, który wcześniej przestawił na lokalny czas. Siedemnasta czterdzieści - godzina szczytu, taki był plan.
Asad Khalil miał na sobie szyte na zamówienie granatową, sportową marynarkę, jasnobrązowe spodnie, drogie skórzane mokasyny i koszulę z widocznym splotem i przypinanym kołnierzykiem - strój, dzięki któremu wyglądał jak mężczyzna z klasy średniej. Prawdopodobnie uczęszczał do dobrych szkół i nie stanowił zagrożenia dla nikogo, no może poza kumplami od kieliszka i swojego doradcy finansowego. Podawał się za zeuropeizowanego egipskiego turystę o nazwisku Mustafa Hasheem. W kieszeni miał potwierdzenie rezerwacji pokoju w hotelu Beverly Hills, a w torbie przewodnik po Los Angeles wydawnictwa Fodors w języku angielskim, którym posługiwał się właściwie płynnie.
Przyjrzał się celnikom z nadzieją, że nie ma wśród nich Araba urodzonego w Ameryce. Tacy ludzie mogliby stanowić problem. Zwłaszcza, jeśli chcieliby uciąć sobie z nim na pozór przyjazną pogawędkę. "W której dzielnicy Kairu pan mieszka, panie Hasheem"? A gdyby jeszcze przyjazna pogawędka prowadzona była w języku arabskim, jego libijski akcent mógłby być problemem.
Asad Khalil, wzorując się na większości pasażerów, podszedł szybkim krokiem do pierwszego, wolnego okienka. Celnik w średnim wieku wyglądał na znudzonego i zmęczonego, ale jednocześnie sprawiał wrażenie czujnego i gotowego do działania. Mężczyzna poprosił Khalila o paszport, wizę i formularz zgłoszenia celnego, po czym zaczął się w nie wpatrywać. Przekartkował paszport, otworzył go na stronie ze zdjęciem i zerkał to na zdjęcie, to na mężczyznę stojącego przed nim. Khalil uśmiechnął się. W podobnej sytuacji podróżni zachowywali się zwykle właśnie w taki sposób.
- Jaki jest cel pańskiej wizyty? - odezwał się mężczyzna, który, według Khalila, był Latynosem.
"Zabójstwo" - pomyślał.
- Cel turystyczny - odpowiedział.
Mężczyzna zerknął na zgłoszenie celne Khalila.
- Zatrzyma się pan w hotelu Beverly Hills? - zapytał.
- Zgadza się.
- Przyjechał pan na dwa tygodnie?
- Tak.
- Dokąd pan się uda potem?
"Do domu albo do raju".
- Do domu - odpowiedział.
- Ma pan bilet powrotny?
Bilet miał, ale nie zamierzał z niego skorzystać.
- Tak - odparł.
- Ma pan potwierdzenie rezerwacji w hotelu Beverly Hills?
Miał, ale pamiętał o tym, żeby go nie pokazywać, jeśli celnik o to nie poprosi.
- Tak - rzekł.
Celnik podczas wielu lat pracy widział i słyszał niejedno. Popatrzył w głęboko osadzone, ciemne oczy Khalila i teraz w jego umyśle rodziły się podejrzenia, które w trakcie następnych kilku sekund kontaktu wzrokowego mogły wzrosnąć. Khalil wiedział o tym, nawet nie drgnął nie wyglądał na zdenerwowanego ani zniecierpliwionego.
Mężczyzna przeniósł wzrok na monitor komputera i zaczął wystukiwać coś na klawiaturze, raz po raz zerkał w paszport Khalila.
Khalil czekał. Wiedział, że paszport jest wiarygodny, został odpowiednio podniszczony, było w nim kilka stempli z krajów europejskich i taka sama liczba stempli wjazdowych do Kairu. Ale informacje zawarte w paszporcie były nieprawdziwe. Jego przyjaciele z Al-Kaidy znali się na procedurach bezpieczeństwa obowiązujących na amerykańskich lotniskach, ale, niestety, niewiele wiedzieli na temat komputerowego banku danych ani też tego, co komputer mógł wyśledzić, a nawet jakie podejrzenia wzbudzić. Jak zawsze, wszystko zależało od człowieka.
Celnik odwrócił się od monitora, spojrzał ponownie na egipskiego turystę, lekko się zawahał, ale po chwili otworzył paszport i przyłożył pieczątkę.
- Witamy w Stanach Zjednoczonych, panie Hasheem - powiedział. - Życzę udanej wizyty.
- Dziękuję.
Mężczyzna odhaczył okienko na zgłoszeniu celnym, Khalil odebrał swe dokumenty i ruszył w kierunku taśm bagażowych.
Był już o krok od bramek bezpieczeństwa, znajdujących się tuż za strefą odprawy celnej.
Stanął przy taśmie bagażowej i czekał aż ta zostanie wprawiona w ruch, wiedział, że on i jego współpasażerowie z samolotu linii Air France są obserwowani przez kamery monitorujące cały teren. To właśnie tu ludzie zwykle się ujawniali, nie wiedząc lub nie pamiętając, że są obserwowani. Khalil wziął przykład z trzech zmęczonych pasażerów czekających na bagaż i stał nieruchomo wbijając wzrok w taśmę.
Szczerze mówiąc, gdy stał przy okienku kontroli paszportowej, jego serce zaczęło bić mocniej, co zaskoczyło go i jednocześnie zirytowało. Już od dawna uczył się i trenował swój umysł - jak w każdej sytuacji zachować spokój. Jego ciało było posłuszne, nie pocił się, nie robiło mu się sucho w ustach, na twarzy nie było widać strachu, a mięśnie były rozluźnione. Jednak nie miał władzy nad swoim sercem, które, gdyby można je było zobaczyć i usłyszeć, zdradziłoby wszystko to, nad czym umysł starał się zapanować. Interesujące, pomyślał, i może nawet lepiej, że tak jest, bo gdyby doszło do walki i musiałby zabić, to jego serce było gotowe niczym odbezpieczony pistolet.
Nagle usłyszał ostry dźwięk, zobaczył czerwone światełko, to znak, że taśma bagażowa ruszyła. Po pięciu minutach sięgnął po średniej wielkości walizkę na kółkach i pociągnął ją za sobą do stanowiska kontroli celnej.
Wybrał bramkę z celnikiem, który - według niego - nie najlepiej znał się na utrzymaniu bezpieczeństwa. Podszedł więc do młodego mężczyzny - nie należy wybierać kobiet, zwłaszcza atrakcyjnych - i podał mu swoje zgłoszenie celne. Chłopak popatrzył na niego.
- Czy ma pan coś do oclenia? - zapytał.
- Nie.
Mężczyzna spojrzał na czarną walizkę stojącą za Khalilem.
- Czy gdybym do niej zajrzał, znalazłbym coś, czego nie powinien pan przewozić?
- Nie - zgodnie z prawdą odpowiedział Asad Khalil.
- Może haszysz? - zażartował młodzieniec.
Khalil odwzajemnił uśmiech.
- Nie - odparł.
- Dziękuję.
Khalil ruszył dalej. Bramki bezpieczeństwa znajdowały się w odległości dziesięciu metrów od niego. Wiedział, że jeśli gdzieś go zatrzymają, to właśnie tu. Mimo że oczywiście nie miał przy sobie broni, czuł się pewnie, ponieważ wiedział, że niewielu jest ludzi, których nie zdołałby obezwładnić i pozbawić broni, poza tym był na tyle blisko drzwi wyjściowych, że w każdej chwili mógłby uciec i wmieszać się w tłum. Być może ucieczka by się nie powiodła, ale gdyby wyrwał któremuś ze strażników pistolet, mógłby zabić kilku z nich i postrzelić pasażerów. Nie bał się śmierci, bał się niewoli. Drżał na samą myśl o niepowodzeniu swojej akcji.
Khalil zatrzymał się kilka metrów przed drzwiami, puścił rączkę walizki i zaczął udawać, że szuka w kieszeniach dokumentów i portfela. Pasażerowie często się tak zachowują przed opuszczeniem strefy bezpieczeństwa. Jeśli ktoś go obserwował, wyraźnie widział, że nie spieszy mu się do wyjścia. Mógł się też rozejrzeć i sprawdzić, czy ktoś się nim zainteresował. Wiedział, że Amerykanie, zwłaszcza FBI, nie aresztują ludzi zbyt pochopnie. Zwykle najpierw obserwują, długo obserwują. Sprawdzają z kim się spotykasz, dokąd chodzisz, co robisz. A po tygodniu, czasem po miesiącu, aresztują cię, "dziękując" za współpracę.
Asad Khalil przeszedł przez bramki bezpieczeństwa i znalazł się na zatłoczonym terminalu.
Mała grupka ludzi czekała przy wyjściu na przyjaciół i krewnych. Inna grupa, kierowcy w liberiach, stali w rzędzie, trzymając tabliczki z nazwiskami oczekiwanych gości. Khalil minął ich i, patrząc na znaki informacyjne, zaczął iść w stronę postoju taksówek. Wyszedł z Terminala 2. i stanął w krótkiej kolejce. Taksówki podjeżdżały jedna za drugą i zabierały kolejnych pasażerów. Po kilku minutach siedział już w samochodzie.
- Poproszę do hotelu Beverly Hills - zwrócił się do kierowcy.
Gdy taksówka wyjeżdżała z terenu lotniska, Khalil zauważył, że dzień był wyjątkowo piękny. W Los Angeles był po raz drugi i ponownie znajdował się na północ od centrum. Podczas poprzedniej wizyty pogoda także była piękna. Z jakiego innego powodu ludzie chcieliby tu mieszkać?
- Pierwszy raz w LA? - zapytał kierowca.
- Nie.
- Podoba się tu panu?
- Przecież wróciłem.
- W interesach czy dla przyjemności?
Zabicie pana Chipa Wigginsa należało zarówno do interesów, jak i do przyjemności.
- I to, i to - odparł.
- Życzę udanych transakcji i dobrej zabawy.
- Dziękuję.
Khalil wyjął z torby podróżnej przewodnik i zaczął udawać, że czyta, więc kierowca zamilkł.
Po chwili Libijczyk ukradkiem wyciągnął lusterko, które schował za książką, i trzymał teraz na wysokości nosa. Obserwował pojazdy jadące za nimi. Gdy wjeżdżali na autostradę w stronę Beverly Hills, stwierdził, że żaden samochód go nie śledził.
Po półgodzinnej podróży dotarli do długiej, obsadzonej palmami alei prowadzącej do hotelu na wzgórzu, ozdobionego różową sztukaterią.
Khalil zwrócił uwagę na bujną roślinność. Tego pięknego, majowego dnia kwitły tysiące kwiatów. Wyobrażał sobie, że właśnie tak wyglądał rajski ogród. Z tą różnicą, że tutaj węży było bez liku, a obnażone ciała nikogo nie krępowały.
Khalil zapłacił kierowcy, pozwolił portierowi, zabrać walizkę, ale torbę podróżną niósł już sam. Wszedł do hotelowego hallu i zameldował się pod przybranym nazwiskiem. Młoda recepcjonistka poinformowała go, że wszelkie opłaty, również dodatkowe, zostały z góry uiszczone przez jego firmę z Kairu i dlatego karta kredytowa nie będzie potrzebna. Powiedział, że prawdopodobnie nie wróci na noc i nie potrzebuje składania pościeli, budzenia na telefon ani porannej gazety pod drzwiami. Właściwie nie potrzebował niczego, poza prywatnością.
Zaprowadzono go do słonecznego, przestronnego apartamentu z widokiem na basen, który znajdował się w głównym budynku.
Asad Khalil stał teraz na niewielkim balkonie i spoglądał w dół na basen, gdzie mężczyźni i kobiety spędzali wolny czas i zastanawiał się, jak to możliwe, że niektórzy faceci pozwalają, by ich półnagie żony paradowały przed oczami innych mężczyzn. Nie dziwiły go kobiety, które nie miały wstydu, bo z kobietami tak jest, że gdy się im na to pozwoli, stają się bezwstydne.
Podniecał go ich widok i gdy zadzwonił dzwonek, musiał zdjąć marynarkę. Otwierając drzwi, trzymał ją przed sobą. Tak, to kolejna rzecz, której nie kontrolował jego umysł. Do pokoju wszedł boj hotelowy z jego walizką. Chłopak zapytał, czy pokój podoba się gościowi i czy ma wszystko, czego mu trzeba.
Khalil zapewnił boja, że niczego nie potrzebuje i gdy ten wyszedł, powiesił na klamce wywieszkę z napisem nie przeszkadzać, a potem się rozpakował. Usiadł przy biurku, na którym stała woda mineralna w butelce, i czekał na telefon.
- Hasheem - odebrał telefon.
- Tu Gabbar - odezwał się głos po drugiej stronie słuchawki. - Czy u pana wszystko w porządku?
- Owszem. A jak się miewa pański ojciec?
- Nie najgorzej, dziękuję.
Hasło i odzew zostały wymienione.
- Pięć minut - rzekł Khalil do Gabbara. - Mam kwiat dla pańskiej żony.
- Oczywiście.
Khalil odłożył słuchawkę i ponownie wyszedł na balkon. Zauważył, że u boku grubych mężczyzn kręciły się młode kobiety. Kelnerzy z napojami na tacach podchodzili do leżaków i stolików. Nadeszła pora na wieczorne drinki, czas by odurzyć umysł alkoholem. Asad Khalil przypomniał sobie ruiny rzymskich budowli w jego ojczystej Libii i wyobraził tłustych Rzymian pławiących się w publicznych łaźniach, pijących wino nalewane przez niewolnice.
- Świnie - powiedział na głos. - Grube świnie z przeznaczeniem na rzeź.