Powrót Karmazynowej Gwardii. Imperium Malazańskie. Tom 2 - Ian C. Esslemont

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (49,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dramatis personae

W Uncie

Imperialne Dowództwo Naczelne

Laseen: cesa­rzowa

Wielka pięść Anand: dowódca mala­zań­skiej Czwar­tej Armii (Quon Tali)

Havva Gulen: nowy wielki mag impe­rialny

Kor­bolo Dom: wielka pięść i Miecz Impe­rium

Opos: mistrz Szponu (impe­rial­nych skry­to­bój­ców)

Mal­lick Rel: radca i rzecz­nik Zgro­ma­dze­nia

Untańska Straż Portowa

Ate­len Bla­charz: sier­żant dru­żyny

Rigit Rączka: kapral dru­żyny

Nait: sabo­ta­ży­sta dru­żyny

Heuk: mag kadrowy

Mio­dzio Chło­pak: żoł­nierz

Naj­mniej­szy: żoł­nierz, pół­krwi Bar­ghast

Inni w Uncie

Spi­rala: szpon wyso­kiej rangi

Pani Bate­vari: jasno­wi­dząca i wróżka z Daru­dży­stanu

Oryan: mag z Sied­miu Miast, ochro­niarz Mal­licka Rela

Taya Radok: tan­cerka i skry­to­bój­czyni z Daru­dży­stanu

W Li Heng

Armia malaza?ska

Har­min Els D'Shil: kapi­tan z gar­ni­zonu

Guj­ran: kapi­tan z gar­ni­zonu

Banath: sier­żant z gar­ni­zonu

Odłóg: uzdro­wi­ciel z gar­ni­zonu

Drużyna Storo Matasha

Storo Matash: kapi­tan kom­pa­nii sabo­ta­ży­stów, wete­ran z Trze­ciej Armii

Drżączka: star­szy rangą sabo­ta­ży­sta

Rzut: sabo­ta­ży­sta

Sło­neczko: sabo­ta­ży­sta

Jedwab: kapral i mag kadrowy dru­żyny

Jalor: rekrut z Sied­miu Miast

Rell: rekrut z Gena­bac­kis

Cywile z Li Heng

Sędzia Ehr­lann: czło­nek Rzą­dzą­cej Rady Sędziów

Jamaer: słu­żący Ehr­lanna

Sędzia Plen­gyl­len: czło­nek Rzą­dzą­cej Rady Sędziów

Liss: miej­ski mag

Ahl: miej­ski mag (z braćmi Tha­lem i Larem)

W Cawn

Nevall Od'Orr: główny fak­tor Cawn

Gro­ten: oso­bi­sty straż­nik Nevalla

Na Równinach Seti

Toc Star­szy: wódz wojenny Seti, czło­nek mala­zań­skiej "Sta­rej Gwar­dii"

Dzi­kus: obrońca Seti, znany także jako "Ody­niec", Słodka Trawa

Imo­tan: sza­man Związku Sza­kali

Hipal: sza­man Związku Fre­tek

Kapi­tan Mech: ofi­cer mala­zań­skiej kawa­le­rii

Red­den Zła­mana Noga: ata­man (wódz) Zgro­ma­dze­nia Rów­nin­nych Lwów

Ortal: ata­man (wódz) Zgro­ma­dze­nia Czar­nych Fre­tek

Na pograniczu wicka?skim

Armia malaza?ska

Ril­lish Jal Keth: porucz­nik mala­zań­skiej Czwar­tej Armii

Żyłka: sier­żant kom­pa­nii

Talia: mala­zań­ska wete­ranka

Wickanie

Czy­sta Woda: wic­kań­ski sza­man

Nul: wic­kań­ski czar­no­księż­nik, wete­ran kam­pa­nii w Sied­miu Mia­stach

Nadir: wic­kań­ska cza­row­nica, wete­ranka kam­pa­nii w Sied­miu Mia­stach

Grzywa: młoda wic­kań­ska wojow­niczka

Udep: wic­kań­ski het­man (wódz)

W Jamie

Ho (Hotha­lar): mag z Li Heng

Yathen­gar Amal: kapłan ("fala­dan") z Sied­miu Miast

Ses­sin: oso­bi­sty straż­nik Yathen­gara

Smę­tek: nowy wię­zień

Fry­kas: nowy wię­zień

Deva­leth: korel­rij­ska wiedźma mor­ska i nowa więź­niarka

Su: wic­kań­ska cza­row­nica

W Prowincji Quon Tali

Ghe­lel Rhik Tay­liin: diu­szesa, ostatni oca­lały poto­mek rodu Tay­lii­nów

Ama­ron: czło­nek mala­zań­skiej "Sta­rej Gwar­dii", były dowódca pazu­rów

Choss: czło­nek mala­zań­skiej "Sta­rej Gwar­dii", daw­niej wielka pięść

Mar­kiz Jhar­din: dowódca Straży Pogra­nicz­nej

Rot­mistrz Razala: kapi­tan kawa­le­rii

Molk: agent Ama­rona

Karmazynowa Gwardia

Ocalali Nazwani Zaprzysiężeni

Kazz D'Avore: dowódca, noszący roz­ma­ite tytuły

Pierwsza Kompania

Oprawca: kapi­tan

Mara: mag kom­pa­nii

Gwynn: mag kom­pa­nii

Pła­tek: mag kom­pa­nii

Kalt: porucz­nik

Farese

Hist

Shi­jel

Czarny Mniej­szy

Druga Kompania

Blask: kapi­tan

Cze­piec: wielki mag i mistrz skry­to­bój­ców (welo­nów)

Prze­chył: mistrz oblę­żeń Gwar­dii

Dymek: mag kom­pa­nii

Shel­larr (Shell): mag kom­pa­nii

Blues: mag i fecht­mistrz kom­pa­nii

Pal­czak: mag kom­pa­nii

Opal: mag kom­pa­nii

Isha: skry­to­bój­czyni (welon)

Keitil: skry­to­bójca (welon)

Cole

Fry­kas

Tępy

Trzcina

Amatt

Sept

Lazar

Pół­dan

Chuda

Inese

Tur­gal

Trzecia Kompania

Tar­khan: kapi­tan i skry­to­bójca (welon)

Lor-Sinn: mag kom­pa­nii

Kwa­śny: mag kom­pa­nii

Toby: mag kom­pa­nii

Bal­kin: skry­to­bójca (welon)

Koronka

Czarny

Pie­karz

Janeth

Łupek

Altana

Szczę­ściarz

Czwarta Kompania

Cal-Brinn: kapi­tan i mag kom­pa­nii

Żela­zna Krata

Jup Alant

Z Pierwszego Poboru

Sier­żant Okop

Corlo

Voss

Ambrose

Palla

Z Drugiego Poboru

Lurg­man Par­sell ("Krę­tacz")

Jaris

Piel­grzym

Ogi­lvy

Bakar

Tolt

Cichy

Har­man

Grere

Ged­din

Boll

Z Trzeciego Poboru

Skra­dacz

Głu­sza

Weszka

Kyle

W Lidze Talia?skiej

Urko Crust: dowódca sił falar­skich, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii", znany jako "Zgnia­tacz"

V'thell: dowódca sił Zło­tych Moran­thów

Choss: dowódca sił taliań­skich, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Toc Star­szy: wódz wojenny Seti, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Ama­ron: szef wywiadu, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Ullen Kha­deve: prawa ręka i szef sztabu Urka, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Bala Jes­selt: mag kadrowy, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Ese­len Ton­ley: kapi­tan falar­skiej kawa­le­rii

Orlat Kep­ten: kapi­tan sił taliań­skich, czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Inni

Lios­ser­cal: Ascen­dent noszący tytuł Syna Świa­tła, znany też jako Osserc albo Osric

Ano­man­da­ris: Ascen­dent noszący tytuł Syna Ciem­no­ści

Jhest Golan­jar: mag z Jacu­ruku

Shen: czar­no­księż­nik

Tay­schrenn: wielki mag impe­rialny

D'Ebbin: dowódca mala­zań­skiej Czwar­tej Armii, "pięść"

Wyłam Ząb: mala­zań­ski star­szy sier­żant szta­bowy

Har­cik: mala­zań­ski star­szy sier­żant

Kwiat: ofi­cer Zło­tych Moran­thów

Tur­ma­lin: sier­żant pie­choty Zło­tych Moran­thów

Car­tha­ron Crust: kapi­tan Utka­nego Szma­tami, ponoć czło­nek "Sta­rej Gwar­dii"

Denuth: pra­dawny, jeden z pier­wo­rod­nych Matki Ziemi

Dra­co­nus: pra­dawny bóg

Ereko: pra­stary włó­częga

Szara Grzywa: daw­niej mala­zań­ska pięść, obec­nie wyjęty spod prawa

Lim Tal: była pry­watna straż­niczka untań­skiego szlach­cica

Wędro­wiec: włó­częga mie­sza­nej, dal­hoń­sko-quoń­skiej krwi

Szma­ciarz/Prze­bie­ra­niec: podróż­nik po Gro­cie Impe­rial­nej

Pra­dawna era Czas nie­zmie­rzony

Erup­cja zra­niła świat. Denuth, Dziecko Ziemi, pierw­szy prze­nik­nął przez zasłonę uno­szą­cych się na wie­trze popio­łów i odna­lazł kra­ter. Pośrodku sze­ro­kiej na wiele mil niecki gro­ma­dziła się szara, paru­jąca woda. Nagie, skalne zbo­cze opa­dało ku mil­czą­cemu wybrzeżu. Wokół pano­wał bez­ruch, popiół pokry­wał zie­mię na podo­bień­stwo śniegu. Uwagę Denu­tha przy­cią­gnęło jed­nak jakieś poru­sze­nie. Pod­szedł do brzegu i ujrzał tam jeste­stwo o postaci podob­nej do jego wła­snej. Miało dwie ręce i dwie nogi, nazna­czyły je jed­nak strasz­liwe rany. Skórę istoty pokry­wała czarna sko­rupa zakrze­płej krwi, nada­ją­cej wodzie ciemny kolor.

Denuth deli­kat­nie odwró­cił leżą­cego na plecy i pode­rwał się zdu­miony.

- Lios­ser­calu! Pier­wo­rodny synu Ojca! Kto na cie­bie napadł?

Ranny odsło­nił tępe jak u psa kły w okrut­nym uśmie­chu.

- Ależ nikt. Zapy­taj lepiej, na kogo ja napa­dłem. Czy nie ma tu innych?

- Nikogo nie widzia­łem.

Uśmiech prze­ro­dził się w zło­wrogi gry­mas.

- A więc wszy­scy zgi­nęli. Pochło­nął ich wybuch.

- Wybuch? - Denuth przy­mru­żył powieki, przy­pa­tru­jąc się obcej mocy. Tak jest, obcej, któż bowiem potra­fiłby zgłę­bić umysł tego, kto zro­dził się wraz z pierw­szą erup­cją Świa­tła? - Co tu wła­ści­wie się stało?

Lios­ser­cal skrzy­wił się z bólu, wysu­wa­jąc się z objęć Denu­tha. Sie­dział zgar­biony, opla­ta­jąc się cia­sno rękoma, jakby chciał uchro­nić swe ciało przed roz­pa­dem. Z głę­bo­kich ran wypły­wała gęsta, ciemna krew.

- To był eks­pe­ry­ment. Próba. Atak. Możesz to nazwać, jak chcesz.

- Atak? Na co? Nie było tu nic oprócz... - Głos Denu­tha umilkł nagle niczym gęste od popiołu wody. - Matko, broń nas! Azath! - Spoj­rzał na ogromny kra­ter, pró­bu­jąc uzmy­sło­wić sobie skalę kata­strofy.

Wszy­scy cier­pimy z jej powodu!

- Ty głup­cze! Czy nie cof­niesz się przed niczym, by speł­nić swą misję?

Jasna głowa unio­sła się, w bursz­ty­no­wych oczach zapło­nął ogień.

- Czy­nię, co uznam za sto­sowne.

Denuth wzdry­gnął się.

Zaiste. Na tym wła­śnie pole­gał dyle­mat. Trzeba było pod­jąć jakieś dzia­ła­nia w spra­wie tych sta­ro­żyt­nych mocy, nim ich anta­go­ni­zmy i nie­ogra­ni­czone ambi­cje po raz kolejny znisz­czą wszelki ład. Roz­wią­za­nie pro­po­no­wane przez Dra­co­nusa prze­raża, zbli­żam się jed­nak do zro­zu­mie­nia podob­nego... rady­ka­li­zmu. W końcu, czyż wieczne uwię­zie­nie nie jest lep­sze od podob­nego poten­cjału znisz­cze­nia?

Lios­ser­cal pod­niósł się sztywno na nogi, sycząc z bólu w wielu ranach. Denu­tha nawie­dziła strasz­liwa pokusa. Nie sły­szał dotąd żad­nej opo­wie­ści, w któ­rej ta istota byłaby tak bar­dzo osła­biona i nara­żona na atak. Jed­no­po­chwy­cony, Ele­int, cóż zna­czyły podobne okre­śle­nia dla mocy, która mogła wędro­wać przez Świa­tło, nim jesz­cze poznało Ciem­ność? Teraz jed­nak Lios­ser­cal był ranny i strasz­liwe wycień­czony. Czy Denuth powi­nien ude­rzyć? Czy kto­kol­wiek będzie jesz­cze kie­dyś miał taką szansę?

Lios­ser­cal uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc ster­czące ku górze kły, jakby śle­dził tok myśli Dziecka Ziemi.

- Niech cię nie kusi, Denuth. Dra­co­nus to głu­piec. Jego kon­klu­zje są błędne. Sztyw­ność nie sta­nowi roz­wią­za­nia.

- A co je sta­nowi?

Lios­ser­cal skrzy­wił się, doty­ka­jąc deli­kat­nie pal­cami głę­bo­kiej rany na policzku.

- Bada­łem alter­na­tywne moż­li­wo­ści.

- To badaj je gdzie indziej.

Roz­bły­snął biały gniew, ale natych­miast zgasł.

- Słusz­nie, Dziecko Ziemi. On się zbliża, prawda?

- Tak. I nie­sie ze sobą swą odpo­wiedź.

- Lepiej będzie, jak się oddalę.

- Zaiste.

Lios­ser­cal uniósł ręce nad głowę. Jego syl­wetka się zama­zała. Zaczął zmie­niać postać, lecz w poło­wie tego pro­cesu wes­tchnął nagle, ryk­nął z bólu i zwa­lił się na zie­mię. Srebrno-złoty smok wił się na kru­chych ska­łach u stóp Denu­tha, który odsu­nął się pośpiesz­nie. Skrzy­dła poru­szały się z wysił­kiem, strą­ca­jąc głazy do jeziora. Wresz­cie ogromne ciel­sko wzbiło się ciężko w powie­trze i smok odle­ciał. Jego długi ogon sma­gnął na poże­gna­nie dymiące wody w kra­te­rze.

***

Denuth został na miej­scu. Stał nie­ru­chomo. Taflę ospa­łego jeziora prze­bie­gały drob­niut­kie zmarszczki. Sypiący się z nieba popiół pla­mił matową czerń bazaltu ramion Dziecka Ziemi. Wresz­cie, na spę­ka­nej skale zachrzę­ściły kroki. Denuth poczuł u swego boku ciem­ność, prze­raź­li­wie zimną, jak pustka roz­cią­ga­jąca się ponoć mię­dzy gwiaz­dami. Pokło­nił się, nie spo­glą­da­jąc na przy­by­sza.

- Witaj, Dra­co­nu­sie, Mał­żonku Ciem­no­ści i Suze­re­nie Nocy.

- Już nie jestem Mał­żon­kiem - odparł Dra­co­nus suchym, chra­pli­wym gło­sem. - A moją wła­dzę Suze­rena dawno pod­wa­żono. Nie­mniej dzię­kuję ci.

Denuth na­dal stał sztywno, nie chcąc spoj­rzeć na potężną, sta­ro­żytną istotę i rów­nie nie­po­ko­jącą ciem­ność, jaką nosiła u swego boku. Jak wielu już pochło­nęła owa Pustka i jaki prze­ra­ża­jący kształt przy­bie­rze po ostat­nim wyku­ciu? Tak eks­tre­malne roz­wią­za­nia budziły w nim odrazę.

- Ach - wydy­szał Dra­co­nus. - To był sam Bękart Świa­tła. I to osła­biony. Jego esen­cja będzie bar­dzo cen­nym dodat­kiem.

W Denu­thu zadrżało to, co uwa­żał za swą duszę.

- On nie jest dla cie­bie.

Poczuł, że padło nań zimne spoj­rze­nie, naka­zał sobie jed­nak nie patrzeć.

- Czy to Jej prze­po­wied­nia? - padło po chwili pyta­nie.

- Tylko moje skromne moce adepta. Podej­rze­wam, że może pew­nego dnia zna­leźć, czego szuka.

- To zna­czy co?

- To, czego wszy­scy pra­gniemy. Unię z Jed­nią.

***

Mijał czas. Denuth czuł, że jeste­stwo u jego boku myśli inten­syw­nie. Gdy skrzy­żo­wało ramiona, usły­szał zgrzyt trą­cych o sie­bie łusek, któ­rych nie wyko­nano z metalu. Potem nad­szedł prze­cią­gły wydech.

- Nie­mniej jed­nak będę go ści­gał. W końcu mam do zaofe­ro­wa­nia wła­sną wer­sję unii, czyż nie tak?

Raczej jej paro­dię.

Denuth nie ode­zwał się jed­nak ani sło­wem. Wie­dział, że lepiej nie zadzie­rać z tą mocą, która mogła pozba­wić go życia, gdyby tylko zapra­gnęła. Rękę sta­ro­żyt­nej istoty powstrzy­my­wała jedy­nie nie­chęć do anta­go­ni­zo­wa­nia jego Matki, rodzi­cielki wszyst­kich, któ­rzy wywo­dzili się z Ziemi.

- Może Ano­man­da­ris... - zaczął Denuth.

- Nie mów mi o tym ple­be­ju­szu - wychry­piał Dra­co­nus. - Wkrótce się z nim poli­czę.

Mam nadzieję, że gdy doj­dzie do tego spo­tka­nia, będę daleko...

Moc się poru­szyła, roz­po­starła ramiona.

- Pro­szę bar­dzo, Dziecko Ziemi, zosta­wię cię two­jej... hmm, kon­tem­pla­cji. Ten świat jest nie­po­ko­jącą mani­fe­sta­cją bytu. Wszystko jest tu płynne. Mimo to wydaje mi się dziw­nie atrak­cyjne. Być może zostanę tu na pewien czas.

Ta per­spek­tywa spra­wiła, że Denuth zaci­snął ze zgrzy­tem kamienne dło­nie.

Nie padły już inne słowa. Po chwili zimna, para­li­żu­jąca duszę ciem­ność sku­piła się, zawi­ro­wała i Denuth znowu został sam na posęp­nym brzegu. Nasu­nęła mu się myśl, że nikt nie zdoła odna­leźć pokoju, dopóki istoty podobne do tych dwóch będą cho­dziły po powierzchni świata, pochło­nięte swymi pra­daw­nymi wen­de­tami, kon­flik­tami oraz nie­okieł­zna­nymi ambi­cjami. Być może, gdy ostat­nia z nich wycofa się w nie­prze­rwany sen - jak uczy­niło bar­dzo wiele z nich - bądź też zosta­nie zabita albo pogrze­bana, ci, któ­rzy będą żyli w owej odle­głej epoce, poznają w końcu smak zgody.

Albo i nie. Denuth nie był prze­ko­nany. Jeśli obser­wa­cja nie­ustan­nych walk cze­goś go nauczyła, to tego, że nowe poko­le­nia nie­wol­ni­czo kopiują cele i uprze­dze­nia poprzed­ni­ków. To była smutna zapo­wiedź na przy­szłość. Sie­dział na brzegu ze skrzy­żo­wa­nymi nogami - bryła skały niczym się nie­róż­niąca od ota­cza­ją­cych go gła­zów. Odwieczna walka wszyst­kich prze­ciw wszyst­kim przy­pra­wiała go o znu­że­nie. Dla­czego musieli być tak swar­liwi? Czy rze­czy­wi­ście winne były jedy­nie małost­ko­wość i dzie­cinna draż­li­wość, jak suge­ro­wała Kil­man­da­ros? Zasta­nowi się, co mogłoby wresz­cie poło­żyć kres odwiecz­nym cyklom prze­mocy. Pora­dzi się też Matki. Przy­pusz­czał, że minie długi czas, nim uda się zna­leźć odpo­wiedź. O ile ist­niała.

Rozdział I

Mędrcy powia­dają, że kto składa śluby, zbiera owoce zro­dzone z ich tre­ści. Prze­ko­na­łem się, że to prawda.

Książę Kazz D'Avore Zało­ży­ciel Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Rów­niny Łez Sub­kon­ty­nent Bael 1165 rok snu Pożogi 11 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen 99 rok Ślu­bów Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Na szczy­cie kry­tego dachówką dachu roz­bito mały namiot, łopo­czący na pory­wi­stym wie­trze. Była to wła­ści­wie tylko pele­ryna z impre­gno­wa­nej tka­niny, wsparta na kiju, led­wie zapew­nia­jąca osłonę przed naj­gor­szą ulewą. Sie­dzący pod nią mło­dzie­niec wytę­żał wzrok, wpa­tru­jąc się w gęst­nie­jącą ciem­ność. Od czasu do czasu dostrze­gał ota­cza­jące go ruiny znisz­czo­nych przez oblę­że­nie budyn­ków, a jeśli przyj­rzał się wystar­cza­jąco dokład­nie, mógł wypa­trzyć maja­czącą w górze syl­wetkę wynio­słej Ostrogi.

Zada­wał sobie pyta­nie, po co wła­ści­wie stać na straży, jeśli i tak ni cho­lery nie widać.

Samotna Ostroga wzno­siła się setki stóp nad powierzch­nię rów­nin. Miej­scowa legenda mówiła, że zbu­do­wała ją sta­ro­żytna moc, gdy świat był jesz­cze młody. Być może był to czar­no­księż­nik Shen, który obec­nie ją zamiesz­ki­wał. Kyle nie potra­fił tego stwier­dzić. Wie­dział tylko, że Gwar­dia oblega skałę już od z górą roku i na­dal nie zbli­żyła się do jej zdo­by­cia. Co wię­cej, zda­wał też sobie sprawę, że sie­dzący w ulo­ko­wa­nej na szczy­cie for­tecy Shen może sta­wić czoło całemu kom­pa­nij­nemu kor­pu­sowi magów jed­no­cze­śnie, a po walce wszy­scy będą dyszeć ze zmę­cze­nia i gapić się przed sie­bie z sza­leń­stwem w oczach. Był bar­dzo potężny. Prze­chył powie­dział mło­dzień­cowi, że w takiej wła­śnie sytu­acji do akcji muszą wkro­czyć kopa­cze.

Prze­chył był sabo­ta­ży­stą i żył już na świe­cie tyle lat, że powi­nien wie­dzieć lepiej. Tru­dził się teraz w piw­nicy, wyma­chu­jąc kilo­fem. Nie był przy tym sam, towa­rzy­szyła mu reszta Dzie­wią­tego Ostrza, wraz z paroma innymi ludźmi wska­za­nymi przez sier­żanta Okopa. Wszy­scy tłu­kli w kamienną pod­łogę mło­tami albo kilo­fami.

Wicher sma­gnął nagle twarz Kyle'a strugą wody. Chło­pak zadrżał. Jego zda­niem postą­pili głu­pio, nie wspo­mi­na­jąc o tym nikomu.

- Nie chcie­li­by­śmy, by ktoś ogra­bił nas z chwały - wyja­śnił mu Prze­chył, uśmie­cha­jąc się jak kre­tyn.

Ale prze­cież wszy­scy uśmie­chali się w ten spo­sób, gdy Skra­dacz przed­sta­wił Oko­powi swój plan. Ufali jego zna­jo­mo­ści oko­licy, ponie­waż pocho­dził z tego brzegu Głębi Poszu­ki­wa­cza, podob­nie jak Kyle. Skra­dacza zwer­bo­wano przed kilku laty, gdy Gwar­dia migro­wała przez region. Znał miej­scowe dia­lekty i wie­rze­nia. Kyle wie­dział, że tego wła­śnie ocze­kuje się od zwia­dowcy.

Gwar­dzi­ści wyku­pili go z nabra­jań­skiej kolumny nie­wol­ni­ków, by stał się dla nich prze­wod­ni­kiem na ste­pach. On jed­nak nie mówił połu­dnio­wymi języ­kami. Jego współ­ple­mieńcy czę­ściej napa­dali na Nabra­jan, niż z nimi roz­ma­wiali.

Otu­lił się szczel­niej płasz­czem. Ojczy­sty język gwar­dzi­stów, taliań­ski, rów­nież chciałby poznać lepiej. Gdy Prze­chył, Okop i Skra­dacz się nara­dzali, pod­czoł­gał się bli­sko, by ich pod­słu­chać. Trudno mu jed­nak było zro­zu­mieć dia­lekt, jakim się posłu­gi­wali. Musiał długo obra­cać słowa w gło­wie, by nabrały dla niego sensu. Wyglą­dało na to, że Skra­dacz zło­żył w całość dwie legendy: o sta­ro­żyt­nym Ascen­den­cie, który ponoć wzniósł Ostrogę, dając począ­tek zło­temu wie­kowi, i tę nową, o "Kró­le­stwie Nocy" i pozo­sta­łych po nim ruinach. Od tej pory wszy­scy sie­dzieli pod zie­mią, roz­bi­ja­jąc mury i kamienną pod­łogę. Prze­chył z pew­no­ścią mam­ro­tał pod nosem o tej cho­ler­nej "ukra­dzio­nej chwale". Kyle odmó­wił krótką modli­twę do Ojca Wia­tru, ducha prze­wod­niego jego ludu. Doszedł do wnio­sku, że jeśli się uda, zdo­będą wię­cej chwały, niżby chcieli.

Docho­dziła też kwe­stia rywa­li­za­cji i zazdro­ści w "sta­rej gwar­dii". Kyle nie potra­fił tego zro­zu­mieć, choć słu­żył z nimi już bli­sko rok. Tra­dy­cja Gwar­dii utrzy­my­wała, że Dzie­wiąte Ostrze jest jed­nym z tych legen­dar­nych, zało­żono je przed stu­le­ciem, a jego pierw­szym dowódcą była legen­darna postać imie­niem Oprawca. Prze­chył przy­wią­zy­wał do tych opo­wie­ści wielką wagę. Przy­tu­py­wał z nie­cier­pli­wo­ści na myśl, że prze­wyż­szą kor­pus magów Gwar­dii i jej dzia­ła­ją­cych pota­jem­nie welo­nów.

Deszcz lał coraz gwał­tow­niej. Poja­wiły się w nim kulki gradu. Pociem­niałe niebo cał­ko­wi­cie prze­sło­niły skłę­bione chmury, jed­nak uwagę Kyle'a przy­cią­gnął jakiś ruch. W chmu­rach prze­su­wały się mroczne syl­wetki. Skrzy­dlate biesy przy­wo­łane przez Shena. Choć wokół roz­bły­ski­wały ośle­pia­jące wyła­do­wa­nia, istoty koło­wały leni­wie, opa­da­jąc powoli ku ziemi. Kyle uniósł wzrok, przy­glą­da­jąc się sze­roko roz­po­star­tym skrzy­dłom i gore­ją­cym śle­piom. Modlił się do Wia­tru, by stwo­rze­nia pole­ciały dalej.

Nagle pierw­sze z nich roz­sz­cze­piło się od pasz­czy aż po pachwinę, jakby roz­ciął je nie­wi­dzialny miecz, i roz­pa­dło się, two­rząc chmurę ciem­nego jak inkaust dymu. Jego towa­rzy­sze wrza­snęli trwoż­nie i pochy­lili jed­no­cze­śnie skrzy­dła, zwra­ca­jąc się w stronę, z któ­rej przy­szło ude­rze­nie. Kyle wymam­ro­tał kolejną modli­twę, tym razem dzięk­czynną. Z pew­no­ścią służbę miał dziś Cze­piec. Tylko pierw­szy mag kom­pa­nii potra­fiłby wypro­wa­dzić tak mor­der­czy atak.

Kyle ziew­nął i prze­cią­gnął się, choć w górze trwała walka. Mokre ubra­nie przy­le­gało mu do skóry, spra­wia­jąc, że drżał z zimna. Przed rokiem, widząc coś podob­nego, natych­miast by zwiał. Na oczach Kyle'a ożyły naj­strasz­liw­sze legendy opo­wia­dane przez jego lud: biesy gra­su­jące w nocy; ludzie, któ­rzy wła­dali mocą sza­ma­nów, ale zwró­cili się ku złu, czar­no­księż­nicy. Wów­czas skryłby się trwoż­nie pod znisz­czo­nym dachem. Teraz, po zale­d­wie kilku mie­sią­cach obser­wa­cji strasz­li­wych, magicz­nych starć, zobo­jęt­niał na nie cał­ko­wi­cie. Fajer­werki trwały pół dzwonu. Fajer­werki - kolejne poję­cie nie­znane Kyle'owi przed wcie­le­niem do Gwar­dii. Obser­wo­wał zie­lono-różowy nimb spo­wi­ja­jący jeden z budyn­ków w dziel­nicy kupiec­kiej, jakby wido­wi­sko urzą­dzono dla jego roz­rywki. Biesy zato­czyły krąg nad świa­tłami, krzy­cząc ochry­ple, nie­mal wyzy­wa­jąco, a potem rzu­ciły się do ataku. Zni­kały jeden po dru­gim - uni­ce­stwione, wygnane albo zmu­szone do odwrotu na ciemne niebo. Potem nie było już nic poza szu­mem desz­czu i nie­ustan­nym, niskim łosko­tem gro­mów. Kyle'owi chciało się od tego spać.

Ock­nął się, sły­sząc kroki zbli­ża­jące się od strony wieży w naroż­niku dachu. Na górę wszedł Skra­dacz. W stoż­ko­wa­tym heł­mie ople­cio­nym sza­me­ro­wa­nym, jedwab­nym sznur­kiem wyda­wał się wyż­szy, a nawet wyglą­dał ele­gancko. Zamiast płasz­cza nosił dziś kar­ma­zy­nową gwar­dyj­ską opoń­czę, narzu­coną na bry­gan­tynę z utwar­dza­nej skóry nabi­janą żela­znymi ćwie­kami. I jak zwy­kle, wło­żył się­ga­jące kolan moka­syny. Przy­mru­żył powieki i pową­chał deszcz. Osło­nięte jasnymi wąsami usta roz­cią­gał w leni­wym uśmieszku. Uśmie­chy Skra­dacza zawsze nie­po­ko­iły Kyle'a, być może dla­tego, że usta zwia­dowcy wyraź­nie do nich nie przy­wy­kły, a do tego weso­łość ni­gdy nie obej­mo­wała jego piw­nych oczu.

- Wszystko w porządku - oznaj­mił męż­czy­zna, nie wycho­dząc na deszcz. - Zbie­ramy się na dole.

Kyle pozwo­lił, by pele­ryna opa­dła mu z głowy, a potem ruszył przed sie­bie po popę­ka­nych dachów­kach, mię­dzy któ­rymi było pełno dziur. Skra­dacz szedł już w dół krę­tymi scho­dami, więc mło­dzie­niec podą­żył za nim. Dopiero w poło­wie drogi przy­szło mu do głowy, że gdy zwia­dowca się uśmiech­nął, patrzył na Ostrogę.

***

Piw­nica była jedy­nie małą jaski­nią o kopu­la­stym skle­pie­niu. Około trzy­dzie­stu uzbro­jo­nych, zaku­tych w zbroje ludzi stało w niej obok sie­bie. Kyle nie znał nawet połowy z nich. Z nie­któ­rych syl­we­tek buchała para, mie­sza­jąca się z czar­nym dymem lamp i pochodni. Oczy mło­dzieńca zaszły od tego łzami. Potarł je grzbie­tem dłoni i odkaszl­nął.

W ści­śle do sie­bie przy­le­ga­ją­cych kamien­nych blo­kach pod­łogi wybito dziurę. Kyle widział w niej bie­gnące w dół schody. Zadrżał, gdy po szyi spły­nęła mu zimna kro­pla. Wszy­scy naj­wy­raź­niej na coś cze­kali. Zaka­słał w dłoń, prze­bie­ra­jąc mokrymi nogami. Nie­opo­dal jakiś potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna roz­ma­wiał z sier­żan­tem Oko­pem. Nagle zwró­cił się w stronę Kyle'a. Chło­pak wcią­gnął powie­trze z wra­że­nia, pozna­jąc spłasz­czony nos, grube usta oraz głę­boko osa­dzone, sza­ro­nie­bie­skie oczy. Porucz­nik Szara Grzywa. Nie był człon­kiem praw­dzi­wej elity Gwar­dii, ale nie­wiele mu do niej bra­ko­wało. Wska­zał otwór skrytą w pan­cer­nej ręka­wicy dło­nią i chu­der­lawy osob­nik o sza­lo­nej, czar­nej czu­pry­nie, odziany w brą­zową szatę z samo­działu, ruszył w dół pierw­szy. Kyle przy­po­mniał sobie, że męż­czy­zna nazywa się Dymek. Był magiem, jed­nym z Zaprzy­się­żo­nych. W kom­pa­nii zostało jesz­cze około dwu­dzie­stu męż­czyzn i kobiet, któ­rzy zło­żyli Śluby wiecz­nej wier­no­ści jej zało­ży­cie­lowi, księ­ciu Kaz­zowi D'Avore.

Ludzie ruszyli gęsiego na dół: naj­pierw Szara Grzywa, a za nim sier­żant Okop, Garm, Cichy, Har­man, Grere, Piel­grzym, Bia­łas, Ambrose i inni, któ­rych Kyle nie znał. Gdy chciał sta­nąć w kolejce, Skra­dacz poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

- My dwaj będziemy tylną strażą.

- Świet­nie.

Rzecz jasna, jako zwia­dowcy Dzie­wią­tego Ostrza tam wła­śnie powinni się zna­leźć, bio­rąc pod uwagę, co leżało przed nimi. Zbyt długo już obser­wo­wali fajer­werki. Cały kom­pa­nijny kor­pus magów był zmu­szony przejść do defen­sywy. Kyle cie­szył się, że może zosta­wić kon­fron­ta­cję cięż­ko­zbroj­nym żoł­nie­rzom zmie­rza­ją­cym przo­dem.

Schody pro­wa­dziły do dłu­giego kory­ta­rza, zala­nego stę­chłą wodą głę­boką na stopę. Po kamien­nych ścia­nach ście­kały stru­myki. W wodzie pły­wały pisz­czące w panice szczury. Żoł­nie­rze odko­py­wali je na bok, prze­kli­na­jąc pod nosem. O ile chło­pak mógł się zorien­to­wać w pół­mroku, tunel wiódł pro­sto do Ostrogi.

Wyobra­ził sobie, że sze­reg mrocz­nych postaci to zgraja duchów - znu­żo­nych widm brną­cych przez pełen wody kory­tarz na spo­tka­nie z losem.

Wró­cił myślą do mło­dzień­czych spa­ce­rów po wojen­nej ścieżce. Bra­cia, sio­stry i przy­ja­ciele mie­rzyli się z mło­dymi wojow­ni­kami z sąsied­nich kla­nów. Cho­dziło głów­nie o kra­dzież tro­feów, mającą być dowo­dem doro­sło­ści. Teraz mógł już też przy­znać, że nie mieli wiele wię­cej do roboty. Nabra­ja­nie nie­ustan­nie naci­skali na ich zie­mie. Zakła­dane przez nich osady były jedy­nie sku­pi­skami chat, ale nie­ustan­nie rosły. Jego ostat­nia wyprawa zakoń­czyła się, gdy z braćmi i sio­strami natra­fili na coś, na co nie mieli nazwy: gar­ni­zon.

Kolumna zatrzy­mała się rap­tow­nie i Kyle wpadł na krę­pego, łysego męż­czy­znę idą­cego przed nim. Nie­zna­jomy odwró­cił się z nagłym uśmie­chem. Jego krzywe zęby błysz­czały w ciem­no­ści.

- Jestem Ogi­lvy - przed­sta­wił się gło­sem tak ochry­płym, że nie­mal nie­sły­szal­nym. - Trzy­dzie­ste Dru­gie Ostrze.

- Kyle. Dzie­wiąte.

Ogi­lvy ski­nął głową, zer­k­nął na Skra­da­cza i powtó­rzył ten gest.

- Będziemy tym razem mieli magika. Szara Grzywa ścią­gnie tu Czepca.

Cze­piec był Zaprzy­się­żo­nym, nie tylko naj­strasz­liw­szym magiem w kom­pa­nii, lecz rów­nież zastępcą Blask oraz komen­dan­tem welo­nów, bez­li­to­snych zabój­ców, jakich przed rokiem Kyle nawet nie potra­fiłby sobie wyobra­zić. Widział oboje dowód­ców tylko z daleka i wolałby, żeby tak zostało.

Skra­dacz zmarsz­czył brwi z nie­do­wie­rza­niem.

- Lepiej, by Szara Grzywa rze­czy­wi­ście był taki dobry, jak wszy­scy mówią.

Ogi­lvy zachi­cho­tał. W jego oczach roz­bły­sła nagła weso­łość.

- Korel­rij­czycy zaofe­ro­wali nagrodę za jego głowę. Mala­zań­czycy rów­nież. Zdra­dził i jed­nych, i dru­gich. Zwą go Kamien­nym Wojow­ni­kiem. Sły­sza­łem, że jest wart beczułkę czar­nych pereł.

- Dla­czego? - zain­te­re­so­wał się Kyle.

Ogi­lvy wzru­szył potęż­nymi ramio­nami.

- Zdra­dził obie strony, tak? Mam nadzieję pew­nego dnia się dowie­dzieć, jak wła­ści­wie to zro­bił. - Mru­gnął zna­cząco do Kyle'a. - Jeste­ście tutejsi, zga­dza się?

Kyle ski­nął głową. Skra­dacz tego nie zro­bił. W ogóle nie ruszył się z miej­sca.

Ogi­lvy potarł dło­nią bli­zny na łysej czaszce.

- Ja służę w Gwar­dii już dzie­sięć lat. Zacią­gną­łem się na Gena­bac­kis.

Mło­dzie­niec wiele sły­szał o tym kontr­ak­cie. To było ostat­nie więk­sze zada­nie kom­pa­nii, ale zakoń­czyło się przed kilku laty, gdy mala­zań­ska ofen­sywa się zała­mała. Wszy­scy wete­rani narze­kali, że Impe­rium Mala­zań­skie nie jest już takie, jak kie­dyś. Choć nie­chęt­nie mówili o prze­szło­ści swo­jej i Gwar­dii, Kyle zdo­łał się zorien­to­wać, że czę­sto się mie­rzyli z owymi Mala­zań­czy­kami.

- To cho­ler­nie dziwny kon­trakt - cią­gnął Ogi­lvy. - My tylko sta­ramy się kryć, tak? A tym­cza­sem kor­pus magów ćwi­czy pusz­cza­nie dymu z dupy. To nie w stylu Gwar­dii. - Popa­trzył na nich wymow­nie. - Zacią­gnąłem się, by tro­chę się poru­szać.

Kolumna znowu ruszyła i Ogi­lvy odda­lił się, plu­ska­jąc gło­śno.

- O co tu cho­dziło? - zapy­tał Kyle Skra­da­cza.

- Nie mam poję­cia. Ogi­lvy służy w Gwar­dii już dzie­sięć lat i nawet on nic nie wie. Słu­cham uważ­nie, co ludzie mówią, i wygląda na to, że w kom­pa­nii jest podział. Sta­rzy prze­ciwko nowym.

Wysoki, chudy zwia­dowca zła­pał Kyle'a za ramię. Palce wpiły się w ciało niczym zęby psa. Zatrzy­mali się obaj. Mło­dzie­niec odno­sił wra­że­nie, że cisza dzwoni mu w uszach.

- Coś ci powiem - zaczął Skra­dacz, pochy­la­jąc się. Twarz skry­wały mu cie­nie. - W Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii są tacy, któ­rzy wędrują po świe­cie już od bar­dzo dawna. Zgro­ma­dzili mnó­stwo mocy i wie­dzy. Nie wie­rzę, by chcieli się tego wszyst­kiego wyrzec. To stara histo­ria. Mia­łem nadzieję, że zosta­wi­łem ją już za sobą.

Puścił ramię Kyle'a i ruszył w dal­szą drogę, zosta­wia­jąc chło­paka samego w ciem­nym, cichym tunelu. Mło­dzie­niec stał przez chwilę, zasta­na­wia­jąc się, co o tym wszyst­kim sądzić, aż wresz­cie ośmie­lone szczury zaczęły mu się wdra­py­wać na nogi.

***

Zna­lazł Skra­da­cza pod wyła­maną żela­zną bramą, z pew­no­ścią zamy­ka­jącą ongiś kory­tarz. Pochy­lony zwia­dowca przy­glą­dał się jej uważ­nie, trzy­ma­jąc w dłoni nie­mal cał­ko­wi­cie wypa­loną świecę.

- Co to jest? - wyszep­tał Kyle.

- Szczątki. Ważne pyta­nie brzmi jed­nak nie "co?", tylko "kiedy?". Nie­dawno. Żelazo jesz­cze nie osty­gło. Sły­sza­łeś coś?

- Tak mi się zda­wało... przed­tem.

- Ehe. Ja rów­nież. - Popa­trzył przed sie­bie w sła­bym, zło­ci­stym bla­sku. Tył idą­cej naprzód kolumny nik­nął powoli w mroku. Zła­pał za skó­rzany wore­czek wiszący na szyi i potarł go. Chło­pak już przed­tem zauwa­żył u niego ten nawyk. - Sły­sza­łem, co mówią o Sza­rej Grzy­wie. Ponoć jest kimś znacz­nie wię­cej, niż się wydaje...

Kyle przyj­rzał się roz­bi­tej, powy­gi­na­nej bra­mie. Pręty były o połowę grub­sze od jego nad­garstka. Czyżby zwia­dowca suge­ro­wał, że to Szara Grzywa ją wyła­mał? Prych­nął pogar­dli­wie. To było śmieszne!

Skra­dacz skie­ro­wał na niego błysz­czące w bla­sku świecy oczy.

- Nie śpiesz się z osą­dem. Wal­czy­łem już z naj­róż­niej­szymi prze­ciw­ni­kami i widzia­łem wiele rze­czy, w które na­dal nie potra­fię uwie­rzyć.

Kyle miał ochotę zapy­tać go o te dawne wojny, ale męż­czy­zna spra­wiał wra­że­nie, że coś go gry­zie. Zer­k­nął na mło­dzieńca jesz­cze dwa razy. W jego oczach wid­niał błysk nie­po­koju, jakby żało­wał, że powie­dział, co myśli.

W świe­tle trzy­ma­nej przez Skra­da­cza świecy Kyle ujrzał krót­kie schody, zaczy­na­jące się tuż za bramą. Były ciemne. To był czarny bazalt, skała Ostrogi. Pośrodku wytar­tych stopni utwo­rzyły się zagłę­bie­nia. Wypro­sto­wał się, jego dłoń odru­chowo zna­la­zła ręko­jeść tul­wara. Zwia­dowca zga­sił świecę i chło­pak ujrzał przed nimi świa­tło lampy.

Dogo­nili Ogi­lvy'ego, który wska­zał w górę, gwiż­dżąc z uzna­niem. Tunel prze­cho­dził w okrą­głą kom­natę, wykutą w tej samej skale, co schody. Czarny bazalt, macie­rzy­sta skała Ostrogi. Kyle'a nie­po­ko­iły roz­miary komory, po chwili uświa­do­mił sobie jed­nak, że sta­nowi ona pod­stawę szybu scho­dów, wzno­szą­cych się cia­sną spi­ralą po wewnętrz­nej ścia­nie pomiesz­cze­nia. U ich pod­nóża migo­tały pochod­nie. Kyle wytę­żył wzrok i zoba­czył, że kolumna posuwa się powoli w górę. Szli teraz dwój­kami, Dymek i Szara Grzywa na czele. Wyszedł na śro­dek kom­naty i uniósł wzrok. Wysoko w górze mgiełkę desz­czu roz­ja­śniały kaskady ciem­no­nie­bie­skiego świa­tła. Wil­goć muskała zwró­coną ku górze twarz mło­dzieńca. Wypa­trzył w bla­sku bły­ska­wic maleńki jak moneta dysk na samym szczy­cie wydrą­żo­nego w skale szybu. Zakrę­ciło mu się w gło­wie. Dopa­dły go mdło­ści. Musiał się oprzeć o zimną, śli­ską ścianę. Wysoko nad nim wiatr wył jak pies na łań­cu­chu. Od czasu do czasu było też sły­chać łoskot pio­ru­nów.

Skra­dacz wszedł bez słowa na schody, nie zdej­mu­jąc dłoni z ręko­je­ści mie­cza. Moka­syny pozwa­lały mu poru­szać się zupeł­nie bez­gło­śnie. Ogi­lvy klep­nął Kyle'a w plecy.

- Chodź, chłop­cze. Jesz­cze tylko krótka prze­chadzka i będziemy mieli noc za sobą - stwier­dził, chi­cho­cząc.

***

Po dwu­dzie­stym peł­nym obro­cie scho­dów Kyle przyj­rzał się uważ­nie sym­bo­lom wyry­tym nie­równo w skale na wyso­ko­ści jego barku. Ich sze­reg piął się w górę razem ze scho­dami i tu i ówdzie - tam, gdzie strą­cono mech i paję­czyny - można je było odczy­tać. Kyle nie znał jed­nak tych zna­ków. Roz­po­zna­wał tylko jeden: zwi­niętą spi­ralę Wia­tru, totem swego ludu.

Po pew­nym cza­sie nogi zupeł­nie mu zdrę­twiały. Oddy­chał z wysił­kiem. Kto czeka na nich na górze? I - co waż­niej­sze - jak Dymek i Szara Grzywa zamie­rzali sobie z nim pora­dzić? Idący przed nim Ogi­lvy postę­ki­wał i dyszał gło­śno. Wete­ran utrzy­my­wał mia­rowy krok, mimo że dźwi­gał pełen kol­czy cze­piec, koszulę i far­tuch, sze­lesz­czące przy każ­dym kroku. Zbroja Kyle'a - zło­żona z frag­men­tów nie­po­trzeb­nych nikomu innemu - ocie­rała mu szyję i piła bole­śnie w ramiona. Skła­dała się z za dużej bry­gan­tyny z frag­men­tów lakie­ro­wa­nego rogu i kości, nało­żo­nej na prze­szy­wa­nicę, ręka­wów z mięk­kiej skóry wyszy­wa­nych sta­lo­wymi pier­ście­niami - wielu bra­ko­wało - nabi­ja­nego ćwie­kami far­tucha wło­żo­nego na skó­rzane noga­wice, oraz nagiego, żela­znego hełmu z nosa­lem tak wiel­kim, że pra­wie doty­kał piersi chło­paka. Kyle wło­żył do środka szmatę, żeby hełm lepiej paso­wał. Cały ten cię­żar zmie­nił wspi­naczkę w tor­turę. A prze­cież przed rokiem, tego ranka, gdy Prze­chył zwa­lił mu frag­menty zbroi na kolana, Kyle był gotowy się uznać za naj­bo­gat­szego czło­wieka w całym Baelu. Nawet wódz wojenny ich ple­mie­nia nie mógł się pochwa­lić taką kolek­cją. Teraz czuł się jak kom­pa­nijny głu­pek i żebrak.

Sku­pił się na tym, gdzie sta­wia nogi, sta­ra­jąc się zapo­mnieć o prze­szy­wa­ją­cym uda bólu, otar­tych ramio­nach i ogniu wypeł­nia­ją­cym płuca. Wśród braci i kuzy­nów ucho­dził za jed­nego z naj­lep­szych bie­ga­czy. Potra­fił prze­truch­tać cały dzień, od wschodu do zachodu słońca. Nie pozwoli, by stary wete­ran zosta­wił go z tyłu.

Z góry dobiegł krzyk. Kyle przy­sta­nął. Sły­szał dźwięk odle­głych cio­sów i krzyki zaalar­mo­wa­nych ludzi. Broń wysu­nęła się ze świ­stem z pochew. Chło­pak wychy­lił się w bok, by zoba­czyć, co się dzieje na górze, ale nic nie zoba­czył. Spoj­rzał pyta­jąco na Ogi­lvy'ego, lecz wete­ran uci­szył go, uno­sząc dłoń. Jego oczy błysz­czały w ciem­no­ści. Miecz trzy­mał przed sobą. Maska żar­tow­ni­sia znik­nęła, odsła­nia­jąc twarz zim­no­krwi­stego zabójcy. Uśmiech prze­ro­dził się w dra­pieżny gry­mas. Ta trans­for­ma­cja mro­ziła krew w żyłach.

Kolumna znowu ruszyła przed sie­bie, stal pobrzę­ki­wała o kamień. Po trzech kolej­nych obro­tach Kyle dotarł do płyt­kiej niszy w ścia­nie. Leżały pod nią zakute w zbroje szczątki kogoś mar­twego już od wie­ków. Zmu­mi­fi­ko­wane ciało miało ciem­no­brą­zową barwę. Kyle gapił się na trupa, aż wresz­cie Ogi­lvy popchnął go naprzód.

- Co to było, w imię Wia­tru? - wyszep­tał chło­pak.

Wete­ran chciał wzru­szyć ramio­nami, powstrzy­mał się jed­nak i splu­nął do szybu.

- Straż­nik. Oży­wie­niec. Sły­sza­łem o nich.

Kyle uświa­do­mił sobie ze zdzi­wie­niem, że trzyma w ręce tul­war. Nie przy­po­mi­nał sobie, w któ­rej chwili go wycią­gnął.

- Czy był... mar­twy?

Ogi­lvy prze­szył go spoj­rze­niem.

- Teraz już jest. Bądź cicho i miej oczy otwarte. Zaraz się zaczną kło­poty.

- Skąd wiesz?

- Jak ryby w beczce. - Wska­zał głową za sie­bie. - Poru­szy­li­śmy alarm. Shen będzie na nas cze­kał. Tak przy­naj­mniej sądzę. Trzy­maj się mię­dzy mną a ścianą, dobra?

To brzmiało nie­źle. Kyle chciał już zapy­tać dla­czego, gdy na górze roz­bły­sło ośle­pia­jące świa­tło. Potem schody prze­szył potężny wstrząs. Ogi­lvy zła­pał chło­paka za rękaw i odcią­gnął od kra­wę­dzi. Nad­szedł gwał­towny powiew i szy­bem pole­ciało w dół coś wiel­kiego. Ciszę, która nastała po wstrzą­sie, zmą­cił krzyk. Kyle odzy­skał wzrok aku­rat na czas, by ujrzeć spa­da­ją­cego w ciem­ność Gwar­dzi­stę. Jego głowa i szyja zmie­niły się w krwawą mia­zgę.

- Zała­twia nas jed­nego po dru­gim! - wście­kał się Ogi­lvy. - Gdzie Szary?

Kyle wytę­żył wzrok, spo­glą­da­jąc w górę. Widział już, że zbli­żają się do szczytu, gdzie strugi desz­czu roz­ja­śniał blask księ­życa oraz bły­ska­wic. Uno­siła się tam jakaś mroczna syl­wetka. Czar­no­księż­nik, Shen. Gwar­dzi­ści wyma­chi­wali pochod­niami i mie­czami, pró­bu­jąc go dosię­gnąć. Stał wypro­sto­wany, spo­wity w migo­tliwe cie­nie. Jego dło­nie wyglą­dały jak wiel­kie, białe szpony. Się­gnął jed­nym z nich po kolej­nego Gwar­dzi­stę, ale ten zdo­łał spa­ro­wać atak. Shen wark­nął i ski­nął ręką. Roz­bły­sło błę­kitne świa­tło. Gwar­dzi­sta zgiął się wpół, jak ude­rzony mie­czem w brzuch, zachwiał się i runął do szybu, tak bli­sko ściany, że omal nie ude­rzył butami w zwró­coną ku górze twarz Kyle'a.

Gwar­dzi­ści zawyli z wście­kło­ści. Rzu­cana broń i bełty z kusz odbi­jały się od smu­kłej syl­wetki. Czar­no­księż­nik wybuch­nął śmie­chem, prze­no­sząc spoj­rze­nie na następ­nego prze­ciw­nika. Kyle wychy­lił się tak daleko, jak tylko śmiał, wrzesz­cząc z bez­sil­nego gniewu i stra­chu.

- Niech Kap­tur ścią­gnie cię w dół, ty kupo nie­ludz­kiego gówna! - ryk­nął Ogi­lvy, potrzą­sa­jąc pię­ścią.

Dymek pochy­lił się ku She­nowi, roz­po­ście­ra­jąc dło­nie na wyso­ko­ści żołądka. Gwar­dzi­ści sto­jący na scho­dach odwró­cili się, zasła­nia­jąc twa­rze ramio­nami.

- Kryj się! - wark­nął Ogi­lvy, pocią­ga­jąc Kyle'a do tyłu za kol­czugę.

W szy­bie eks­plo­do­wały pło­mie­nie, parząc mło­dzieńca niczym płynny metal. Osło­nił twarz, wcią­ga­jąc w płuca roz­grzane powie­trze. Otwo­rzył się przed nim piec garn­car­ski. Ogień wypeł­niał mu uszy, parzył grzbiety dłoni. Nagle nad­szedł powiew. Chło­pa­kowi strze­liło w uszach i pożar zgasł. Kyle dyszał spa­zma­tycz­nie. Wokół uno­siły się kłęby dymu, śmier­dzą­cego spa­lo­nymi wło­sami i osma­loną, gar­bo­waną skórą.

- Na zęby Togga, Dymek, przy­ha­muj tro­chę - wychry­piał Ogi­lvy.

Obaj spoj­rzeli w górę, wypa­tru­jąc czar­no­księż­nika. Skłę­bione opary sku­piły się, jak wessane przez nagły wiatr, i znik­nęły, odsła­nia­jąc uno­szą­cego się w powie­trzu Shena. Naj­wy­raź­niej nic mu się nie stało. Czar­no­księż­nik skie­ro­wał na Dymka spoj­rze­nie bursz­ty­no­wych oczu, wycią­ga­jąc bladą, szpo­nia­stą dłoń. Kyle pra­gnął być na górze, pomóc Dym­kowi, jedy­nemu magowi towa­rzy­szą­cemu ich gru­pie. Uświa­do­mił sobie, że prze­ciw­nik oka­zał się sta­now­czo za silny.

Czar­no­księż­nik wycią­gnął rękę do Dymka i ski­nął na niego pal­cem. Gwar­dzi­ści sto­jący bli­sko mach­nęli mie­czami, ale bez­sku­tecz­nie. Nagle poja­wiła się potężna postać Sza­rej Grzywy. Porucz­nik wystą­pił z cieni i pchnął przed sie­bie sze­ro­kim, dwu­ręcz­nym mie­czem. Klinga wbiła się w ciało Shena. Zdu­miony czar­no­księż­nik wytrzesz­czył oczy. Otwo­rzył usta i wydał z sie­bie prze­szy­wa­jący wrzask, a potem zła­pał obiema rękami za miecz i sko­czył do tyłu, zsu­wa­jąc się z ostrza. Nim Szara Grzywa zdą­żył pchnąć po raz drugi, czar­no­księż­nik umknął przez otwór.

Sto­jący obok Kyle'a Ogi­lvy podra­pał się po pod­bródku, spo­glą­da­jąc z namy­słem w górę.

- I co, nie było tak źle? - zapy­tał, mru­ga­jąc zna­cząco.

Kyle zanie­mó­wił. Potrzą­snął głową, prze­ra­żony i pełen ulgi. Nagle jed­nak się pode­rwał. Coś sobie przy­po­mniał.

- Skra­dacz!

Prze­szu­kał wzro­kiem sze­reg Gwar­dzi­stów i wypa­trzył Skra­da­cza bli­sko Sza­rej Grzywy. Spoj­rzeli na sie­bie, a potem zwia­dowca odwró­cił oczy, błysz­czące jasno na tle ciem­nej twa­rzy.

Ogi­lvy pocią­gnął nosem i scho­wał miecz.

- Ehe, pro­sił mnie, żebym miał na cie­bie oko. Jak byli­śmy na dole.

- Nie potrze­buję niczy­jej opieki.

- Jeśli chcesz zacho­wać życie w tym fachu, musisz się nauczyć jed­nego. - Wete­ran zaka­słał i splu­nął do szybu. - Zawsze się zga­dzaj, kiedy ktoś chce ci pomóc, bo to się zda­rza rzadko.

Kolumna znowu ruszyła w górę.

***

Wyszli z naroż­nej wieży na pro­sto­kątny, oto­czony murami dzie­dzi­niec. Deszcz siekł ich z boku, nie­siony wichrem jak pia­sek na pustyni. Ludzie zbi­jali się w grupy, gdy tylko zna­leźli osłonę. Kyle wcią­gnął skó­rzaną pele­rynę, pod­biegł do się­ga­ją­cego mu pasa murku ota­cza­ją­cego prze­le­wa­jący się staw i przy­cup­nął za nim. Osła­nia­jące szczyt Ostrogi chmury spo­wi­jały go gęstą mgłą. Zawo­dze­nie wia­tru i łoskot pio­ru­nów były tak gło­śne, że ludzie sto­jący obok sie­bie musieli krzy­czeć sąsia­dom do uszu, by ci ich usły­szeli. W nie­mal cią­głym świe­tle bły­ska­wic Kyle zauwa­żył, że jest to nie tyle for­teca, ile oto­czona murem rezy­den­cja. Cen­tralny dzie­dzi­niec, mury, ławy, budynki - wszystko to wykuto z czar­nego bazaltu Ostrogi. Zdu­mie­wała go myśl, ile pracy z pew­no­ścią w to wło­żono.

Tylko Szara Grzywa stał pro­sto. Sze­roko roz­sta­wił grube jak pnie drzew nogi. Wiatr szar­pał dłu­gimi, siwymi wło­sami, wysu­wa­ją­cymi się spod hełmu porucz­nika. Gestami zaku­tych w pan­cerne ręka­wice dłoni podzie­lił swych ludzi na oddziały. Kyle zasta­na­wiał się, co rene­gat zro­bił z dwu­ręcz­nym mie­czem, któ­rym prze­bił Shena. Nie miał pochwy, w któ­rej mogłaby się pomie­ścić taka broń, tylko wąski, jed­no­ręczny miecz wiszący u pasa.

Nagle poja­wił się Dymek. Mag pomknął w stronę Kyle'a jak nie­siona wichrem wrona. Prze­mo­czone szaty przy­le­gały do jego chu­dego ciała. Czarne włosy, pozle­piane od desz­czu, nada­wały wąskiej twa­rzy wyraz prze­ra­żo­nego, pod­to­pio­nego szczura.

- Ty jesteś zwia­dowca Kyle?! - wrza­snął mag ochry­ple.

Mło­dzie­niec ski­nął głową.

Mag zadrżał, skrzy­wił się bole­śnie i otu­lił szczel­niej mokrym stro­jem. Po twa­rzy spły­wały mu stru­mie­nie wody. Wska­zał czte­rech męż­czyzn sto­ją­cych obok Kyle'a. Wszy­scy poki­wali gło­wami. Chło­pak znał tylko jed­nego z nich, potęż­nie zbu­do­wa­nego rębajłę imie­niem Ged­din. Ucie­szył się z jego towa­rzy­stwa.

Dymek zbli­żył usta do ucha zwia­dowcy. Choć lał deszcz i mag prze­mókł do suchej nitki, z jakie­goś powodu na­dal biła od niego woń drzew­nego dymu i gorą­cego metalu. Wska­zał sęka­tym pal­cem na odci­nek muru, wzdłuż któ­rego bie­gła długa kolum­nada w cało­ści wykuta z czar­nego bazaltu: dach, filary oraz mroczne wej­ścia do poło­żo­nych dalej pomiesz­czeń.

- Spraw­dzimy te pokoje. Wy pój­dzie­cie na szpicy.

Mag zauwa­żył reak­cję Kyle'a i ryk­nął śmie­chem, który zaraz prze­ro­dził się w gwał­towny kaszel.

Mło­dzie­niec wycią­gnął tul­war i spoj­rzał we wska­za­nym kie­runku, szu­ka­jąc po dro­dze jakiejś osłony. Na szpicy. Rewe­la­cja.

- Zacze­kaj.

Dymek zła­pał go za prawą rękę.

Kyle omal mu się nie wyrwał, przy­po­mniał sobie jed­nak słowa Ogi­lvy'ego. Mag zmarsz­czył brwi, przy­glą­da­jąc się jego broni. Chło­pak cze­kał, nie wie­dząc, o co tu cho­dzi. Deszcz siekł jego ramiona. Dłoń Dymka była nie­przy­jem­nie gorąca. Mag odwró­cił się, spo­glą­da­jąc na Szarą Grzywę i grupkę towa­rzy­szą­cych mu ludzi. Kyle dostrze­gał za stru­gami desz­czu tylko nie­wy­raźne syl­wetki. Dymek pod­niósł rękę mło­dzieńca razem z mie­czem, uno­sząc brwi w nie­wy­po­wie­dzia­nym pyta­niu. Kyle wytę­żał wzrok, ale nie był w sta­nie zoba­czyć twa­rzy ani gestów Sza­rej Grzywy. Mag chrząk­nął, naj­wy­raź­niej zauwa­żyw­szy jakąś odpo­wiedź, i wycią­gnął spod szaty cienką sta­lową igłę. Zaczął nią dra­pać po zakrzy­wio­nej klin­dze.

- Mam wyskro­bać coś szcze­gól­nego? Twoje imię? Łaska­wość Oponn? Może Ogień?

- Wiatr - odpo­wie­dział Kyle, myśląc o swym tote­mie.

Igła znie­ru­cho­miała. Kro­ple desz­czu tłu­kły o ramiona chło­paka z siłą poci­sków z procy. Dymek przyj­rzał się jego twa­rzy, mru­żąc powieki, a potem uśmiech­nął się poro­zu­mie­waw­czo.

- Ty też widzia­łeś te histo­rie po dro­dze, hę? Celny wybór.

Wydra­pał na klin­dze spi­ralę Wia­tru. O dziwo, har­to­wane żelazo topiło się pod jego naci­skiem jak wosk. Uchwyt zro­bił się gorący w uści­sku Kyle'a. Kro­ple desz­czu pada­jące na klingę paro­wały z sykiem. Mag zwol­nił uścisk. O co mu cho­dziło z tym Wia­trem? Jak to mawiał ojciec chło­paka...

"Wszy­scy są zdani na łaskę Wia­tru".

Kyle uniósł wzrok. Mag ski­nął nie­cier­pli­wie dło­nią, każąc mu ruszać.

***

Wykute w litym bazal­cie pokoje były puste. Kyle odtrą­cał nogą zbu­twiałe liście oraz szczątki drew­nia­nych mebli. Ogar­nęło go roz­cza­ro­wa­nie, ale ku swemu wsty­dowi czuł rów­nież ulgę. Miał wra­że­nie, że jest odsło­nięty, cał­ko­wi­cie bez­radny. Jakie miałby szanse w walce z czar­no­księż­ni­kiem? W żołądku czuł kwa­śny ucisk, koń­czyny drżały mu nie­po­wstrzy­ma­nie.

Przed nim zawo­dził wicher, a do środka wpa­dały kro­ple desz­czu, zdra­dza­jąc loka­li­za­cję wyj­ścia. Kyle wszedł do pokoju o trzech ścia­nach, wycho­dzą­cego na kra­wędź Ostrogi. Wiatr szar­pał nim gwał­tow­nie i mło­dzie­niec musiał się zła­pać ścian. W pomiesz­cze­niu znaj­do­wała się wielka klatka z drewna i sznu­rów, wisząca na drew­nia­nym ramie­niu, które naj­wy­raź­niej dawało się wysu­wać na zewnątrz. Lina bie­gła od klatki do wnęki w sufi­cie, a z tyłu pokoju opa­dała znowu ku bęb­nowi wcią­garki wiel­ko­ści wzro­stu męż­czy­zny.

Dymek zaj­rzał do środka przez ramię Kyle'a i pokle­pał go po ple­cach.

- To nasza droga na dół.

- Nie przy tym wie­trze - poskar­żył się jeden z męż­czyzn cze­ka­ją­cych za magiem. - Roz­trza­ska nas na kawałki.

Dymek skrzy­wił się wście­kle, spo­glą­da­jąc na Gwar­dzi­stę - być może jedy­nego niż­szego niż on żoł­nie­rza w całej kom­pa­nii.

- Zawsze musisz narze­kać, Mło­dziak?

Pod­łogę prze­szył nagły wstrząs, kła­dąc kres roz­mo­wom. Od odle­głych ech pęka­ją­cych skał Kyle'a roz­bo­lały zęby. Dymek odzy­skał rów­no­wagę i zachi­cho­tał.

- Sta­ru­szek Szary go wyło­wił!

Skałą wstrzą­snął kolejny wybuch. Kyle mógłby przy­siąc, że zadrżała cała Ostroga. Roz­sta­wił sze­roko nogi. Klatka z drewna i sznu­rów zako­ły­sała się ze skrzy­pie­niem i łosko­tem. Z twa­rzy maga znik­nął uśmiech.

- Tak mi się zdaje - uści­ślił, ocie­ra­jąc wodę z twa­rzy.

- Wra­cajmy - zasu­ge­ro­wał kolejny Gwar­dzi­sta. Kyle go nie znał. Mówił po taliań­sku, w ojczy­stym języku kom­pa­nii. - Bra­cisz­ko­wie się nie­po­koją.

Dymek chrząk­nął na znak zgody, popra­wia­jąc prze­mo­czone szaty. Kyle przyj­rzał się nie­zna­nemu Gwar­dzi­ście. Męż­czy­zna powie­dział "Bra­cisz­ko­wie". Chło­pak sły­szał już przed­tem to słowo. Miało coś wspól­nego z elitą Gwar­dii, pierw­szymi Gwar­dzi­stami, Zaprzy­się­żo­nymi. Być może tak nazy­wali się mię­dzy sobą? Na­dal spo­glą­dał z ukosa na męż­czy­znę. Miał na sobie poob­tłu­ki­waną łuskową zbroję, na ple­cach nosił wielką tar­czę, a u pasa miecz w pochwie. Rów­nie dobrze mógł być Zaprzy­się­żo­nym. Oni nie nosili obrę­czy ani epo­le­tów. Nie spo­sób ich było odróż­nić od innych gwar­dzi­stów. Prze­chył tłu­ma­czył mu, że robią to celowo.

"Cho­dzi o strach. Prze­ciw­nik nie wie, z kim się mie­rzy. To skła­nia do zasta­no­wie­nia".

***

Gdy wró­cili do wewnętrz­nych poko­jów, roiło się w nich od Gwar­dzi­stów. Naj­wy­raź­niej tu wła­śnie wyzna­czono punkt zborny. Kyle obser­wo­wał scho­dzą­cych się najem­ni­ków przez łuki mię­dzy kolum­nami. Ludzie śli­zgali się na gła­dzo­nych, mokrych od desz­czu kamie­niach. Spoj­rzał na niskiego najem­nika sto­ją­cego obok.

- Co jest grane, Mło­dziak?

W widocz­nych pod brze­giem owi­nię­tego w mokrą tka­ninę hełmu oczach męż­czy­zny poja­wił się błysk gniewu.

- Nie nazy­wam się Mło­dziak - wysy­czał Gwar­dzi­sta przez zaci­śnięte zęby.

Kyle prze­klął wła­sną głu­potę i te dzi­waczne, cudzo­ziem­skie imiona.

- Prze­pra­szam. Dymek tak do cie­bie mówił...

- Dymek może każ­dego nazy­wać, jak mu się podoba. Ty lepiej okaż tro­chę sza­cunku...

- Prze­pra­szam, nie...

Ktoś pocią­gnął Kyle'a za kol­czugę. Chło­pak odwró­cił się i zoba­czył Prze­chyła. Stary saper mru­gnął do niego zna­cząco.

- Nie zawra­cajmy naszemu przy­ja­cie­lowi Bol­lowi głowy pyta­niami. On nie zwykł nikomu poma­gać.

Boll zaci­snął wargi jesz­cze moc­niej, wykrzy­wia­jąc je w gniew­nym gry­ma­sie. Pozdro­wił Prze­chyła pochy­le­niem głowy, ode­pchnął się od ściany i wmie­szał w tłum Gwar­dzi­stów.

- Co tu się dzieje? - wyszep­tał Kyle.

- Nie jestem pewien - przy­znał szcze­rze wete­ran. - Zacze­kamy, to się dowiemy. No wiesz, w takich spra­wach tak to naj­czę­ściej wygląda.

Kyle omal nie zapy­tał: "W jakich spra­wach?", ale wszy­scy sta­nęli nagle na bacz­ność, pre­zen­tu­jąc broń. Zdzi­wiony chło­pak rozej­rzał się wokół. Co tu było grane? Dla­czego zawsze dowia­dy­wał się o wszyst­kim ostatni? Odniósł wra­że­nie, że żoł­nie­rze wypro­sto­wali się jed­no­cze­śnie, jak mario­netki na sznurku. Może wete­ra­nów Gwar­dii łączył jakiś bez­gło­śny język albo instynkt, któ­rego on nie miał? Mnó­stwo razy, gdy sie­dział w pokoju, przy­glą­da­jąc się grze w karty, albo drze­mał sobie spo­koj­nie w kosza­rach, był świad­kiem tego, jak wszy­scy zry­wają się nagle, jakby usły­szeli wer­bel. W takich przy­pad­kach nie­dawno zwer­bo­wani zawsze przy­go­to­wy­wali się ostatni i zamy­kali kolumnę.

Tym razem mło­dzie­niec zauwa­żył, że ośrod­kiem uwagi zgro­ma­dzo­nych jest otwarte wej­ście do głów­nego budynku, poło­żo­nego po dru­giej stro­nie dacho­wego ogrodu. Ludzie sto­jący pod kolum­nadą unie­śli nała­do­wane kusze, kie­ru­jąc je ku drzwiom. Pierw­szy sze­reg uklęk­nął, a drugi stał za nim. Kyle'owi nie dano tego rodzaju broni, bo kom­pa­nia miała jej za mało.

- Idą - wyszep­tał Prze­chył.

W stru­gach desz­czu poja­wiła się wycho­dząca z budynku dru­żyna żoł­nie­rzy. Szara Grzywa szedł na końcu. W poje­dynkę prze­su­nął kamienną płytę drzwi, zamy­ka­jąc je za sobą. Ludzie prze­bie­gli truch­tem przez przy­le­ga­jące do sie­bie ogrody i patia, kry­jąc się za ław­kami i kamien­nymi doni­cami ogro­do­wymi, w któ­rych pozo­stały już tylko ogo­ło­cone przez deszcz, mar­twe krzewy. Ci żoł­nie­rze celo­wali w drzwi, pod­czas gdy ich towa­rzy­sze prze­bie­gli do innej czę­ści dzie­dzińca. Był wśród nich uno­szący wysoko kuszę Skra­dacz. Szara Grzywa zamy­kał kolumnę. Kro­czył powoli i ciężko, jakby był pogrą­żony w zamy­śle­niu. Ani razu się nie obej­rzał. O dziwo, strugi nie­sio­nego wia­trem desz­czu powie­wały za nim na podo­bień­stwo cho­rą­gwi.

Gwar­dzi­ści dotarli do kolum­nady. Gdy Szara Grzywa wychy­nął zza zasłony desz­czu, Kyle zauwa­żył, że pokrywa go war­stwa lodu. Z far­tu­cha zbroi mala­zań­skiego rene­gata zwi­sały sople. Strą­cał je, sypiąc odłam­kami na kamienną powierzch­nię. Para buchała z niego jak kłęby dymu. Ku zdu­mie­niu mło­dzieńca nikt nie sko­men­to­wał tego ani sło­wem.

Dymek pod­szedł do porucz­nika.

- Nie możemy opu­ścić klatki! - zawo­łał. - Wiatr jest za silny.

Szara Grzywa ski­nął ze znu­że­niem głową.

- Schody na nic się nam nie zda­dzą. Shen już się o to posta­rał.

Lita skała pod sto­pami Kyle'a pod­sko­czyła nagle, jakby ktoś ją kop­nął. Jedna z kolumn pękła, roz­sz­cze­pia­jąc się jak suchy pień drzewa. Ludzie uchy­lali się przed odłam­kami. Noz­drza mło­dzieńca wypeł­niła ostra woń skal­nego pyłu.

- Ock­nął się - rzekł Szara Grzywa, odpo­wia­da­jąc na bez­gło­śne pyta­nie Dymka. - Lada chwila tu będzie. - Zwró­cił się w stronę głów­nego budynku, dłu­giego, niskiego, czar­nego bun­kra pozba­wio­nego okien i ozdób. - Shen go obu­dził, nim zdą­ży­łem temu zapo­biec. Prze­klęta gro­towa pijawka.

Sto­jący obok sier­żant Okop ski­nął na ludzi, każąc im roz­cią­gnąć sze­reg. Prze­su­nęli się w obie strony, szu­ka­jąc kry­jó­wek. Kusze cały czas kie­ro­wali ku drzwiom.

Dymek potarł szczu­rze wąsiki, przy­gry­za­jąc dolną wargę.

- Może powin­ni­śmy spro­wa­dzić Czepca - zasu­ge­ro­wał.

W jasno­nie­bie­skich oczach Sza­rej Grzywy poja­wił się błysk. Porucz­nik potarł je urę­ka­wicz­nioną dło­nią i wes­tchnął.

- Nie. Jesz­cze nie. - Skrzy­żo­wał ręce na piersi. - Prze­ko­najmy się, co obu­dzi­li­śmy.

Kyle omal nie zapy­tał, co się dzieje. Wyglą­dało na to, że ci dwaj zapro­wa­dzili wszyst­kich w miej­sce, skąd nie było ucieczki. Co było nie tak ze scho­dami? Prze­chył spoj­rzał chło­pa­kowi w oczy, jakby czy­tał w jego myślach, i popa­trzył zna­cząco na tylne pokoje. Kyle ski­nął głową.

Spo­tkał się ze zwia­dowcą przy ostat­nim wej­ściu, z któ­rego było widać dzie­dzi­niec. Ludzie kucali albo wychy­lali się zza kolumn, uno­sząc gotowe do strzału kusze. Roz­ma­wiali cicho, spo­glą­da­jąc ze znu­że­niem na Szarą Grzywę. Kyle usły­szał nawet śmiech prze­bi­ja­jący się przez ude­rze­nia pio­ru­nów i szum desz­czu. Zadał sobie pyta­nie, czy naj­waż­niej­sza w zaję­ciu najem­nika nie jest przy­pad­kiem umie­jęt­ność oka­zy­wa­nia obo­jęt­no­ści w obli­czu zagra­ża­ją­cej śmierci.

Prze­chył uśmiech­nął się doń zachę­ca­jąco, pocie­ra­jąc udo otwartą dło­nią.

- O co cho­dzi, chłop­cze? Wyglą­dasz, jakby przed chwilą padł twój ulu­biony koń.

Kyle mimo woli par­sk­nął krót­kim śmie­chem. Niech go Wielki Wiatr ma w swo­jej opiece! Czyżby był sza­lony?

- Jeste­śmy tu uwię­zieni, prawda? Nie mamy drogi ucieczki i tylko Bliź­nia­czy Kpia­rze wie­dzą, co przyj­dzie nas zeżreć.

Prze­chył uniósł brwi, ścią­gnął cza­peczkę z utwar­dza­nej skóry słu­żącą mu jako hełm i podra­pał się po gło­wie.

- A niech to, ależ ze mnie głąb. No wiesz, czło­wiek zapo­mina, że prze­słu­żył już tyle lat w tym samym oddziale, że pra­wie potrafi czy­tać w ich myślach. - Poma­cał gra­nicę ostrzy­żo­nych na jeża wło­sów i zmiaż­dżył coś mię­dzy pal­cami. Popa­trzył na Kyle'a. Oczy miał tak jasne, że wyda­wały się nie­mal bez­barwne. - Prze­pra­szam, chłop­cze. Zapo­mnia­łem, że jesteś zupeł­nie zie­lony. A prze­cież to ja odbie­ra­łem twoją przy­sięgę. Ale się naro­biło.

Zachi­cho­tał i odwró­cił wzrok.

- I co dalej? - nie ustę­po­wał Kyle.

- Ach! No tak, chłop­cze. Posłu­chaj, Shen, ten czar­no­księż­nik, nie żyje. Szara Grzywa go wykoń­czył. Ale Cze­piec i Dymek oba­wiali się, że coś tu jest, i oka­zało się, że to prawda. Shen cały czas kar­mił się jego mocą, a przed śmier­cią go obu­dził. Jest potężny i cho­ler­nie sta­ro­żytny.

- Kto to taki?

- Jakiś potężny mag. Magus, może nawet Ascen­dent. Mistrz groty Serc.

Ascen­dent. Kyle sły­szał już kil­ka­krot­nie tę nazwę. Ktoś, kto włada potężną mocą? Znał ple­mienne okre­śle­nia grot - nie­któ­rzy starcy na­dal upar­cie zwali je "Twier­dzami" - nie wie­dział jed­nak, jak się nazy­wają po taliań­sku.

- Serc. Która to grota?

- Nieba.

Kyle poczuł się, jakby zawo­dzący wokół wicher porwał go nagle w górę i poniósł na łeb na szyję. Głos wichury prze­ro­dził się w grzmiący śmiech. Łoskot gro­mów wypeł­nił głowę chło­paka, prze­ga­nia­jąc wszel­kie myśli. Przy­po­mniał sobie, jak ojciec mu mówił, że pio­runy to głos Wia­tru śmie­ją­cego się z zaro­zu­mia­łych ludzi i ich absur­dal­nych wysił­ków. Pole widze­nia chło­paka zacie­śniło się, prze­cho­dząc w wąski tunel, jakby znowu miał przed oczyma klatkę scho­dową Ostrogi. Zamru­gał i potrzą­snął głową. Na­dal mu się w niej krę­ciło.

Prze­chył odwró­cił wzrok. Jego uwagę przy­cią­gnęło coś innego.

- Muszę już iść, chłop­cze.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, stary sabo­ta­ży­sta klep­nął Kyle'a w bark i wró­cił do towa­rzy­szy.

Chło­pak oparł się o ścianę. Kolana mu zdrę­twiały. Uniósł tul­war, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. Z sym­bolu Wia­tru wytra­wio­nego w klin­dze spły­wały kro­pelki wody. Czy to moż­liwe? Czy ta istota była jed­nym z nich? Zało­ży­cie­lem ich ple­mie­nia? Bło­go­sła­wio­nym Duchem Wia­tru?

Deszcz zaczy­nał słab­nąć. Kyle wbił wzrok w litą ścianę chmur. Wyglą­dało to, jakby szczyt Ostrogi się­gał do jakie­goś innego kró­le­stwa, świata peł­nego ciem­no­sza­rych chmur i bez­li­to­snego wia­tru. Wichura prze­ro­dziła się nagle w hura­gan, roz­bry­zgu­jąc kałuże. Wszy­scy scho­wali się pośpiesz­nie, tylko Szara Grzywa stał z roz­sta­wio­nymi sze­roko nogami, osła­nia­jąc twarz zaku­tym w zbroję ramie­niem.

Drzwi głów­nego budynku wypa­dły nagle na zewnątrz, jak wysa­dzone poci­skiem Moran­thów, o któ­rych opo­wia­dano Kyle'owi. Roz­pa­dły się na kawałki, odbi­ja­jące się z trza­skiem od kolumn i murów jak wystrze­lone z kuszy bełty. Chło­pak wzdry­gnął się, gdy jeden z nich ska­le­czył go w nogę. Jakiś Gwar­dzi­sta zwa­lił się na plecy. Padł tak sztywno, że nikomu nawet nie chciało się spraw­dzać, czy żyje.

Z drzwi wyło­nił się męż­czy­zna. Kyle'a zdu­miało, jak bar­dzo masywny się wydaje, choć sze­ro­ko­ścią w barach ustę­po­wał Sza­rej Grzy­wie. Włosy miał gęste, białe jak kość i sple­cione w war­ko­czyki. Wiatr w ogóle nimi nie poru­szał. Cera nie­zna­jo­mego była biała jak śnieg. Ozdo­bione frędz­lami weł­niane szaty opa­dały mu z ramion aż do stóp. One rów­nież w ogóle się nie poru­szały na wie­trze. Był oazą spo­koju pośród burzy.

Wodził gore­ją­cym srebr­nym bla­skiem spoj­rze­niem od twa­rzy do twa­rzy. Gdy zatrzy­mał je na Kyle'u, chło­pak był zmu­szony odwró­cić wzrok. Te oczy go prze­ra­żały, gro­ziły opę­ta­niem. Poczuł, że twarz zapło­nęła mu wsty­dem, jakby z jakie­goś powodu nie był ich godny. Wiatr uspo­koił się nagle, zawo­dze­nie uci­chło. Gęste, skłę­bione chmury wyco­fały się, jakby zbie­rały siły przed ostat­nim ata­kiem.

W tę ciszę wkro­czył Dymek. Jego san­dały klą­skały na mokrej skale dachu. Magus - Kyle nie wąt­pił, że istota ma co naj­mniej taką rangę - obser­wo­wał niskiego czło­wieczka z wyraź­nym roz­ba­wie­niem. Dymek uklęk­nął i prze­su­nął ręce nad kamienną nawierzch­nią. Z jego dłoni try­snęły pło­mie­nie. W stronę jeste­stwa pomknęła wijąca się jak wąż linia ognia. Magus przy­glą­dał się temu cier­pli­wie i z zacie­ka­wie­niem. Pochy­lił nieco głowę, śle­dząc wzro­kiem trasę pło­mie­nia.

Linia zbli­żyła się do obu­tych w san­dały stóp i podzie­liła na dwie gałę­zie, ota­cza­jąc magusa krę­giem. Istota prze­nio­sła spoj­rze­nie na Dymka, który wzdry­gnął się pod jego cię­ża­rem. Magus strze­lił pal­cami i pro­mie­nie roz­pry­sły się na wszyst­kie strony niczym stłu­czona szyba. Dymek padł na plecy jak ude­rzony i prze­su­nął się kawa­łek po mokrym kamie­niu, zatrzy­mu­jąc się u stóp Sza­rej Grzywy.

- Cze­goś takiego nie ogląda się co dzień - wydy­szał czło­wie­czek.

Magus stał nie­ru­chomo, ale Szara Grzywa nie ode­rwał od niego wzroku, by spraw­dzić co z Dym­kiem.

- Powin­ni­śmy wezwać jego - stwier­dził cza­ro­dziej, pod­no­sząc się z dachu.

Magus roz­po­starł powoli ramiona, jakby był pta­kiem goto­wym się zerwać do lotu. Szara Grzywa zaczerp­nął tchu, chcąc coś powie­dzieć, powstrzy­mał się jed­nak i spoj­rzał w bok. Wzdłuż kolum­nady zbli­żały się trzy syl­wetki odziane w ciemne, tar­gane wia­trem płasz­cze - dwóch męż­czyzn i jedna kobieta. Kyle był pewien, że nie przy­szli tu z ich grupą. Szara Grzywa zaklął pod nosem. Dymek dmuch­nął w dło­nie i splótł je mocno.

Gwar­dzi­ści scho­dzili z drogi trojgu przy­by­szom. Kyle wie­dział, że pierw­szy z nich to Cze­piec. Miał twarz o ostrych rysach, nie­bie­skie spi­rale tatu­aży na pod­bródku i gęstą siatkę blizn od noża na szyi. Dru­gim zapewne był Keitil. Sma­gło­licy męż­czy­zna był koczow­ni­kiem, podob­nie jak Kyle, choć pocho­dził z kra­iny zwa­nej Rów­niną Wic­kań­ską. Trze­cią była Isha, masywna kobieta o sze­ro­kich bio­drach i dłu­gich, ciem­nych wło­sach sple­cio­nych w poje­dyn­czy war­kocz. Wszy­scy troje byli welo­nami - najem­nymi skry­to­bój­cami.

Szara Grzywa zer­k­nął pyta­jąco na Dymka.

- Na pewno zwró­cili się do niego Bra­cisz­ko­wie - stwier­dził mag, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Widzę, że osią­gnę­li­ście pewne postępy! - zawo­łał do Sza­rej Grzywy Cze­piec.

Rene­gat zgar­bił się, nie odpo­wia­da­jąc ani sło­wem.

- Nie pro­si­li­śmy o waszą pomoc - wykrztu­sił po chwili.

Cze­piec mach­nął urę­ka­wicz­nioną dło­nią.

- Pro­szę bar­dzo, zakończ­cie to sami. Jeśli potra­fi­cie.

Szara Grzywa znowu spoj­rzał na nie­ru­cho­mego magusa.

- Wy zawsze sto­su­je­cie to samo roz­wią­za­nie. Nie trzeba się zasta­na­wiać...

- Coś się dzieje - ostrzegł go Dymek.

Magus odchy­lił głowę, spo­glą­da­jąc na chmury. Wypro­sto­wał ramiona jesz­cze bar­dziej, otwo­rzył dło­nie i roz­po­starł palce. Grube weł­niane rękawy opa­dły, odsła­nia­jąc nie­bie­skie tatu­aże w kształ­cie spi­ral i fal, ota­cza­jące obie koń­czyny od dłoni aż po barki. Sym­bole Wia­tru.

- Nie! - wykrztu­sił Kyle.

Duch Wia­tru! To z pew­no­ścią był on. Bło­go­sła­wiony Przo­dek, według nauk jego ple­mie­nia. Chło­pak pochy­lił się i otwo­rzył usta gotowy coś wykrzyk­nąć. Ostrze­że­nie? Bła­ga­nie?

- Kryć się! - zawo­łał Cze­piec.

Magus uniósł ręce nad głowę, jakby chciał się­gnąć ku chmu­rom. Zaci­snął dło­nie w pię­ści i opu­ścił gwał­tow­nie ręce.

Na Ostrogę spa­dła kano­nada bły­ska­wic. Kamień trząsł się pod ich cio­sami. Ludzie wrzesz­czeli prze­raź­li­wie gło­sami zała­mu­ją­cymi się z prze­ra­że­nia. Kyle padł na drżącą powierzch­nię. Ośle­piały go nie­ustanne bły­ska­wice. Osło­nił głowę ramio­nami. Z jego ust wyrwał się nie­ar­ty­ku­ło­wany krzyk. Kiedy to się skoń­czy?

Burza minęła. Kyle sły­szał jesz­cze huk gro­mów dobie­ga­jący z odle­głych o wiele mil rów­nin. Uniósł się i zamru­gał. Czuł się, jakby zbito go drew­nia­nymi pał­kami. Wszy­scy Gwar­dzi­ści pod­no­sili się z wysił­kiem, jęczeli i chwiali się na nogach. O dziwo, Szara Grzywa wciąż stał. Chło­pak zadał sobie pyta­nie, czy cokol­wiek mogłoby zwa­lić rene­gata z nóg. Jed­nakże nawet on krzy­wił się z bólu i pochy­lał głowę, by osło­nić oczy. Dymek leżał nie­ru­chomo u jego stóp. Prze­chył trzy­mał w obję­ciach jego głowę, przy­glą­da­jąc się z uwagą oczom.

Magus nie ruszył się z miej­sca. Krzy­żo­wał teraz ręce na pier­siach.

Kyle pod­czoł­gał się do Prze­chyła.

- Nic mu się nie stało?

Sabo­ta­ży­sta trzep­nął maga w poli­czek.

- Chyba nic. To twarda sztuka.

Chło­pak się rozej­rzał. Cze­piec znik­nął razem z dwoj­giem swo­ich ludzi.

- Gdzie są welony?

- Wzięli się do roboty.

- Jak to do roboty? - zapy­tał Kyle, pro­stu­jąc się nagle.

Stary sabo­ta­ży­sta wska­zał głową magusa.

- Nie!

Kyle wstał.

- Chłop­cze? - Prze­chył przyj­rzał mu się z uwagą. - O co cho­dzi, chłop­cze?

- Nie mogą tego zro­bić! Nie mogą...

Prze­chył zła­pał go za ramię.

- Ten bies jest groźbą dla wszyst­kich. Mie­li­śmy swój udział w jego przy­wo­ła­niu, więc...

- Nie! Nie gro­ził nikomu.

- Przy­kro mi, ale nie tak się to robi - odparł Prze­chył, krę­cąc głową. - Nie możemy podej­mo­wać podob­nego ryzyka.

Kyle wyrwał mu się i wyszedł chwiej­nym kro­kiem na dzie­dzi­niec.

- Chłop­cze!

Zerwał się do biegu, choć krzy­wił się z bólu przy każ­dym kroku. Był prze­ko­nany, że zaraz ude­rzy pio­run, zmie­nia­jąc go w zwę­glo­nego trupa. Nic się jed­nak nie stało. Nie roz­bły­sła bły­ska­wica, nie obe­rwał beł­tem z kuszy - oba­wiał się rów­nież, że Gwar­dia natych­miast uka­rze go za nie­wy­ko­na­nie roz­kazu. Sły­szał krzyki zagłu­szane przez wycie wia­tru. Magus na­dal stał nie­ru­chomo, jak zdo­biące dzie­dzi­niec kamienne posągi. Prze­chy­lił głowę o potęż­nych łukach brwio­wych, jakby nasłu­chi­wał jakie­goś odle­głego prze­kazu.

Kyle prze­ska­ki­wał przez ławki, prze­bie­gał po mozai­kach z bia­łych i różo­wych kostek. W pew­nej chwili wycią­gnął miecz. Zapewne nie było to naj­roz­sąd­niej­sze pocią­gnię­cie, gdy biegł w stronę magusa, czy może nawet Ascen­dentu, ale musiałby się zatrzy­mać, by scho­wać broń, a nie potra­fił się zdo­być na to, by ją wyrzu­cić. Gdzieś w pobliżu czaił się Cze­piec z dwójką swych welo­nów.

- Pra­stary! - zawo­łał. - Uwa­żaj!

Istota roz­pro­sto­wała ręce. Krzywy gry­mas na jej twa­rzy prze­ro­dził się w sze­roki uśmiech. Za jej ple­cami zni­kąd poja­wił się Cze­piec. Kyle potknął się o coś i runął na kamień, śli­zga­jąc się naprzód. Cze­piec zamach­nął się obiema rękami i ude­rzył.

Chło­pak wrza­snął z gniewu i fru­stra­cji. Świat roz­padł się na odłamki bia­łego świa­tła. Roz­legł się wybuch. Kyle nie prze­sta­wał spa­dać. Huk odbi­jał się kolej­nymi echami, prze­cho­dząc w prze­ra­ża­jący śmiech, wstrzą­sa­jący wszyst­kim. Śmiech nie milkł, a chło­pak leciał na łeb na szyję, prze­ra­żony, że to się ni­gdy nie skoń­czy albo że za chwilę roz­trza­ska się o skały.

Przez ten ryk prze­bił się głos kobiety, mówią­cej w ojczy­stym języku Gwar­dii:

- Co to było, na uśmiech Cie­nia?

- Nie jestem pewien - odpo­wie­dział męż­czy­zna.

- Tra­fi­łeś?

- O dziwo, tak. Był mate­rialny. Ale pod koniec wra­że­nie zro­biło się jakieś dziwne. Tak czy ina­czej, jestem pewien, że pozby­li­śmy się go na dobre.

- A co z tym tutaj? - zapy­tała kobieta. Tym razem jej głos był bli­żej.

- Żyje. Wygląda na to, że miecz pochło­nął więk­szą część podmu­chu.

Chłodna, wil­gotna dłoń ujęła Kyle'a za pod­bró­dek i poru­szyła jego głową w przód i w tył.

- Sły­szysz mnie? - zapy­tała kobieta.

Nie był w sta­nie jej odpo­wie­dzieć. Miał wra­że­nie, że cał­ko­wi­cie utra­cił kon­takt z cia­łem. Ciem­ność sku­piła się powoli wokół niego. Miękka, puszy­sta ciem­ność, tłu­miąca wszelką świa­do­mość. Kobieta znowu coś powie­działa, ale jej głos był jedy­nie szep­tem. Potem zapa­dła cisza.

***

Obu­dził go ból. Strasz­liwy ogień tra­wiący prawą dłoń. Uniósł ją ospale do oczu i zoba­czył, że jest owi­nięta szma­tami. Zmarsz­czył brwi, pró­bu­jąc coś sobie przy­po­mnieć.

- Wró­ci­łeś do nas, hej? - usły­szał zna­jomy ochry­pły głos.

Kyle podźwi­gnął z wysił­kiem głowę. Syk­nął, czu­jąc ból pul­su­jący pod czaszką. Prze­chył sie­dział obok niego. Znaj­do­wali się w jed­nym z poko­jów wyku­tych w czar­nym bazal­cie. Pod ścianą za sabo­ta­ży­stą spo­czy­wał jakiś Gwar­dzi­sta. Twarz miał owi­niętą szma­tami, było widać tylko jedno brą­zowe oko, przy­glą­da­jące się mu niczym odle­głe świa­tło prze­wod­nie zapa­lone nocą na rów­ni­nach.

Kyle odwró­cił wzrok. Prze­łknął ślinę, by zła­go­dzić suchość w gar­dle.

- Co... co się stało?

Prze­chył wzru­szył ramio­nami. Wycią­gnął z woreczka u pasa gli­nianą fajkę.

- Cze­piec pchnął nożem magusa, Ascen­dent, czy kim on tam, na Kult Tra­ge­dii, wła­ści­wie był. Roz­bły­sły bły­ska­wice, jakby nad­szedł koniec świata, jaki zapo­wia­dają nie­które reli­gie. Kiedy się uspo­ko­iły, na miej­scu została tylko trójka welo­nów. Skur­wy­syn znik­nął bez śladu. Zamie­nił się w popiół. Masz cho­lerne szczę­ście, że żyjesz. Ale twoja łapa wygląda jak pie­czona kuro­pa­twa.

Kyle znowu przyj­rzał się zaban­da­żo­wa­nej ręce. Znik­nął? Zgi­nął?

- Jak to moż­liwe?

Prze­chył wepchnął kciu­kiem rdzawy liść do fajki.

- Och, nie znasz Czepca tak dobrze, jak ja. Jeśli coś żyje, on potrafi to zabić. - Prze­chył pochy­lił się. - Powie­dzia­łem im, że chcia­łeś sam go zała­twić. No wiesz, okryć się chwałą i zdo­być dla sie­bie imię. Na przy­kład Cho­lerny Dureń z Przy­pa­loną Łapą. Coś w tym stylu. Kapu­jesz?

Kyle par­sk­nął śmie­chem, lecz zaraz zła­pał się z jękiem za bolącą głowę.

- Ehe, kapuję. I co teraz?

Prze­chył wsu­nął ust­nik mię­dzy zęby.

- Teraz musimy zacze­kać. Wiatr już się uspo­kaja. Wkrótce będziemy mogli bez­piecz­nie opu­ścić kosz. Kon­trakt jest wyko­nany.

- I udało wam się?

Prze­chył zmarsz­czył krza­cza­ste brwi.

- Co miało nam się udać?

- Ukraść chwałę.

Stary sabo­ta­ży­sta wyjął z wes­tchnie­niem fajkę z ust i scho­wał ją z powro­tem do woreczka.

- Posłu­chaj, chłop­cze, niech ci się nie...

- Wie­dzie­li­ście, że ktoś, czy może coś, tu będzie, tak? Od samego początku. - Wsparł się na łok­ciu i spró­bo­wał się pod­nieść na kolano. Prze­chył ujął go pod ramię i posta­wił na nogi. Chło­pak oparł się o ścianę i jej chłód przy­wró­cił mu siły. Dotknął lewą dło­nią czoła, chcąc powstrzy­mać zawroty głowy. - Dla­tego wła­śnie tu przy­szli­ście, prawda? Dla­tego przy­ję­li­ście ten kon­trakt, mimo że to nie jest typowe zada­nie dla Gwar­dii?

Prze­chył przy­sta­nął obok Kyle'a, gotów go pod­trzy­mać, gdyby chło­pak zemdlał.

- Nie musisz się tak eks­cy­to­wać. Pew­nie, że podej­rze­wa­li­śmy, że będzie tu coś god­nego naszej uwagi. W prze­ciw­nym razie po pro­stu poma­sze­ro­wa­li­by­śmy przed sie­bie. Przy­kro mi, że ślu­bo­wał Wia­trowi, tak samo jak ty.

Kyle znowu par­sk­nął śmie­chem. Ślu­bo­wał!

- To pech, nic wię­cej. Żoł­nie­rze muszą się przy­zwy­czaić do takich rze­czy. Połowa ludzi, któ­rych zabi­łem, przy­się­gała Tog­gowi, tak samo jak ja. To nic nie zna­czy, chłop­cze.

Kyle potrzą­snął głową.

- Nic nie rozu­miesz.

Jak ktoś, kto nie pocho­dził z jego ludu, mógłby pojąć, że ta istota z pew­no­ścią była samym Duchem Wia­tru? A oni go zabili. Jak Cze­piec, zwy­kły śmier­tel­nik, mógł uśmier­cić ducha? To z pew­no­ścią było nie­moż­liwe.

- No cóż, może rze­czy­wi­ście tego nie rozu­miemy. W końcu tylko prze­cho­dzimy przez zie­mie Baelu. To prawda. Jest jed­nak coś, co my rozu­miemy, a ty nie. - Prze­chył wska­zał na zachód. - Gwar­dia toczy bój na śmierć i życie z wielką potęgą, chłop­cze. Potęgą zdolną spu­sto­szyć całą tę kra­inę tylko po to, by się do nas dobrać.

- Z Mala­zań­czy­kami.

- Masz rację. Cie­szę się, że słu­cha­łeś, co do cie­bie mówimy. No więc... potęga to potęga. Wiemy, że ten czar­no­księż­nik, Shen, miał za mało mocy, by wywo­łać taką burzę. Zakłó­cił pogodę na całym sub­kon­ty­nen­cie. Na waszych rów­ni­nach zapa­no­wała susza, bo ścią­gnął wszyst­kie desz­cze tutaj, na wschod­nie wybrzeże. Mie­li­śmy nadzieję, że to będzie coś, co mogli­by­śmy wyko­rzy­stać w woj­nie z prze­klę­tymi Mala­zań­czy­kami, ale, jak sam widzia­łeś, to był tylko cho­lerny magus snów.

- Snów?

- Ehe. Cze­piec mówi, że całą tę burzę wezwały i pod­trzy­my­wały tylko sny magusa. Wyobra­żasz to sobie, hej?

Kyle omal nie rzu­cił się na sabo­ta­ży­stę.

Wy dur­nie! Zabi­li­ście boga naszego ludu!

Czaszkę roz­sa­dzał mu jed­nak ośle­pia­jący ból. Zawzię­cie potarł czoło zdrową ręką.

- Dobrze się czu­jesz, chłop­cze?

Ski­nął ener­gicz­nie głową.

- Przy­da­łoby mi się tro­chę świe­żego powie­trza.

Prze­chył ujął go za ramię i wypro­wa­dził do kory­ta­rza. Na zewnątrz, za kolum­nadą, gwar­dzi­ści sie­dzieli na ław­kach i doni­cach ogro­do­wych, roz­ma­wia­jąc, odpo­czy­wa­jąc, sma­ru­jąc broń i zbroje. Sabo­ta­ży­sta posa­dził chło­paka na szczy­cie sze­ro­kich scho­dów opa­da­ją­cych na poło­żone niżej patio, które prze­ro­dziło się teraz w cuch­nącą sadzawkę, pełną gni­ją­cych liści i gałęzi. Szczyt Ostrogi na­dal krył się w chmu­rach. Kyle przy­pusz­czał, że nie zmieni się to jesz­cze przez pewien czas, burza już jed­nak minęła. Pio­runy nie ude­rzały o wierz­cho­łek ani nie nio­sły się echem na rów­ni­nach na dole. Wysoko w górze roz­ja­rzały się jesz­cze bez­gło­śne bły­ska­wice.

To nie mogło się stać. Jak coś takiego mogło być moż­liwe? Kyle doszedł do wnio­sku, że nic już go w życiu nie poru­szy. Nie mógł jed­nak zaprze­czyć, że coś się wyda­rzyło. Przyj­rzał się swej zaban­da­żo­wa­nej dłoni. Nie czuł w niej nic poza tępym, nie­usta­ją­cym bólem. Na pewno posma­ro­wali mu ją maścią. Zauwa­żył też, że jakaś życz­liwa dusza scho­wała jego tul­war do pochwy. Wycią­gnął broń lewą ręką. Skóra uchwytu przy­po­mi­nała w dotyku suchą korę. Kyle strzep­nął spa­loną powłokę, odsła­nia­jąc osma­lony trzpień. Klinga była jed­nak czy­sta i nie­na­ru­szona. Tań­czyły wzdłuż niej spi­rale i łuki Wia­tru. Kyle odwró­cił zakrzy­wiony oręż i pode­rwał się nagle. Nie przy­po­mi­nał sobie, by Dymek wyrył znaki po obu stro­nach.

Dotknął zimną klingą czoła i odmó­wił modli­twę do Wia­tru. Będzie musiał zro­bić nowy uchwyt. Nada broni nazwę Tcharka, Dar Wia­tru. Ni­gdy nie zapo­mni, co się dziś wyda­rzyło.

- Odpocz­nij chwilę - pora­dził mu Prze­chył. - Mamy jesz­cze czas.

Kyle pozwo­lił, by głowa opa­dła mu na kamienny mur. Spo­glą­da­jąc spod przy­mknię­tych powiek, zauwa­żył Skra­da­cza. Zwia­dowca przy­kuc­nął obok dwóch Gwar­dzi­stów, któ­rych chło­pak nie znał. Jeden z nich był wyjąt­kowo kudłaty i nazna­czyły go strasz­liwe bli­zny, drugi zaś był męż­czy­zną w star­szym wieku, o bro­dzie sple­cio­nej w drobne war­ko­czyki. Obaj mieli sma­głą skórę i potężną budowę godną niedź­wie­dzi. Przy­po­mi­nali Kyle'owi ludzi z Gór Kamien­nych, poło­żo­nych daleko na zachód od jego ojczy­zny. Prze­chył skie­ro­wał na chło­paka spoj­rze­nie lśnią­cych, brą­zo­wych oczu, szep­cząc coś do towa­rzy­szy. Wyczer­pany Kyle zasnął w podmu­chach słab­ną­cego wia­tru.

***

Tuż przed świ­tem Kyle docze­kał się wresz­cie swej kolejki, by zje­chać na dół. Wsiadł z czte­rema towa­rzy­szami do skle­co­nego z wikliny, sznu­rów i drewna kosza koły­szą­cego się nad prze­pa­ścią. Żela­zne ramiona wcią­garki obra­cało ośmiu Gwar­dzi­stów. Pory­wi­sty wiatr tar­gał wło­sami trzy­ma­ją­cego hełm pod pachą chło­paka.

- A jak oni zejdą na dół? - zapy­tał towa­rzy­szą­cego mu w koszu męż­czy­zny, gdy Gwar­dzi­ści wyko­nali pierw­szy obrót.

Męż­czy­zna zer­k­nął leni­wie na tru­dzą­cych się przy wcią­garce ludzi. Na jego ustach poja­wił się blady, okrutny uśmie­szek.

- Skur­wy­syny mają pecha. Lepiej oni niż my. Będą musieli zejść po linach.

Gdy kosz zbli­żył się do nagiego urwi­ska, wiatr wzmógł się nagle. Koły­sał wątłą kon­struk­cją i szar­pał kar­ma­zy­nową opoń­czą Kyle'a. Gwar­dzi­sta powie­dział "my". Chło­pak uświa­do­mił sobie, że stał się teraz jed­nym z nich, choć ni­gdy nie będzie nale­żał do nich w pełni. Był człon­kiem brac­twa, ale to brac­two zabiło kogoś, kto był dla niego czymś w rodzaju boga. Jed­nego z przod­ków, prze­wod­ni­ków albo obroń­ców jego ludu, być może nawet awa­tar wiel­kiego Ojca Wia­tru. Wie­dział, że od tej chwili łatwiej mu będzie robić uży­tek z broni, którą miał u boku. Patrzeć obo­jęt­nym wzro­kiem na śmierć i zabi­ja­nie. Robić to, co konieczne. Przyj­rzał się ludziom towa­rzy­szą­cym mu w krót­kiej podróży, która mogła się dla nich zakoń­czyć śmier­cią. Dwaj spo­glą­dali na chmury, być może wypa­tru­jąc oznak zmiany pogody. Trzeci kie­ro­wał wzrok w dół - zapewne zasta­na­wiał się, gdzie wylą­dują. Ostatni gapił się przed sie­bie, w pustkę. Ich oto­czone drob­nymi zmarszcz­kami oczy były cał­ko­wi­cie pozba­wione wyrazu. To byli ci, któ­rych nic już nie mogło dotknąć. Kyle'a coś do nich cią­gnęło. Miał wra­że­nie, że zamiesz­kał wraz z nimi w mar­twym świe­cie. Obser­wo­wał ich spo­cone, ogo­rzałe, nazna­czone bli­znami twa­rze i czuł, że jego obli­cze rów­nież upo­dab­nia się do tej maski. Mógł teraz patrzeć na każ­dego, żywego lub umar­łego, i nic nie widzieć.

Rozdział II

Od poko­leń bie­gu­nami quon­ta­liań­skiego kon­ty­nentu były pro­win­cja untań­ska na wscho­dzie oraz pro­win­cja Quon Tali (od któ­rej pocho­dzi nazwa lądu) na zacho­dzie. Na zmianę przej­mo­wały one domi­na­cję nad szla­kami kupiec­kimi, sta­ra­jąc się zmiaż­dżyć odle­głego rywala, pod­czas gdy pomniej­sze pań­stwa - Itko Kan, Cawn, Gris i Dal Hon - plą­sały w tańcu nie­zli­czo­nych soju­szy, unii han­dlo­wych i tro­jek two­rzo­nych prze­ciwko jed­nemu z owych bie­gu­nów. Któż mógłby prze­wi­dzieć, że obie wiel­kie sto­lice szybko padną ofiarą najeźdźcy, pod­czas gdy bied­niej­sze pro­win­cje będą sta­wiać opór przez wiele lat?

Kro­ni­karz Deno­shen Pustel­nie połu­dnio­wego Kan

Było połu­dnie i tłum prze­py­cha­jący się w palą­cych pro­mie­niach słońca ulicą Opa­lową w Uncie gęst­niał z każdą chwilą, two­rząc nie­ru­chomą, zgieł­kliwą masę. Ulica wycho­dziła na plac Się­ga­cza. Dobie­ga­jący stam­tąd zwie­rzęcy ryk dzie­sią­tek tysięcy gapiów ude­rzał w pró­bu­ją­cych dołą­czyć do nich ludzi. Wycho­dzące na ulicę bal­kony na pierw­szym pię­trze ugi­nały się pod cię­ża­rem nie­roz­sąd­nie licz­nych pła­cą­cych gości.

Sfru­stro­wani oby­wa­tele uwię­zieni na ulicy nie mogli już posu­wać się dalej, ale Opos bez trudu poru­szał się pośród tłumu, prze­ska­ku­jąc od jed­nej luki do dru­giej. Tu posłu­gi­wał się muśnię­ciem, ówdzie cel­nym ude­rze­niem łok­cia. Tych, któ­rzy wyko­ny­wali jego zawód, uczono wyko­rzy­sty­wa­nia tłu­mów. Mię­dzy innymi dla­tego tak bar­dzo je lubił. Był prze­ko­nany, że gęsta ciżba zapew­nia mu ano­ni­mo­wość, a do tego miał niską opi­nię o natu­rze ludz­kiej i sądził, że w tak licz­nej rze­szy nikt niczego nie zor­ga­ni­zuje.

Wyszedł na zaśmie­coną, wykła­daną cegłami nawierzch­nię placu Się­ga­cza i ujrzał przed sobą falu­jący tłum oby­wa­teli impe­rium. Dzi­siaj był dzień egze­ku­cji. Cesa­rzowa pozby­wała się wro­gów w tak okrutny spo­sób i na oczach tak wielu świad­ków, jak to tylko moż­liwe. Miało się to stać zba­wien­nym ostrze­że­niem dla wszyst­kich, któ­rzy roz­wa­żali popeł­nie­nie podob­nych zbrodni, i, rzecz jasna, rów­nież dostar­czyć roz­rywki masom wier­nych pod­da­nych. Opos posu­wał się naprzód brze­giem olbrzy­miego placu, tuż pod ota­cza­ją­cym go murem. Według jego oceny zebrało się tu około pięć­dzie­się­ciu tysięcy ludzi. Wszy­scy sku­pili uwagę na cen­tral­nym pod­wyż­sze­niu, gdzie wielu pomniej­szych prze­stęp­ców spo­tkała już deka­pi­ta­cja, wypru­cie trzewi bądź wbi­cie na pal.

W tym mie­siącu tłum był ponad­prze­cięt­nie liczny. Opos nie wąt­pił, że nad­licz­bo­wych gapiów przy­cią­gnął tu naja­trak­cyj­niej­szy wię­zień, cze­ka­jący dziś na krwawy i okrutny kres: Janul z pro­win­cji Gris, mag i w swoim cza­sie rów­nież wielka pięść, który pod­czas nie­daw­nych zabu­rzeń ogło­sił się tyra­nem Delanssu. Stłu­mie­nie buntu wyma­gało wiel­kiego nakładu środ­ków. Z tego powodu Janul zasłu­żył sobie na gniew cesa­rzo­wej oraz publiczną kaźń. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że wszy­scy ci tło­czący się na placu oby­wa­tele - Opos przy­zna­wał, że on rów­nież - zada­wali sobie pyta­nie, czy za tą egze­ku­cją nie kryje się rów­nież inny powód. Janul był ongiś człon­kiem dobo­ro­wej kadry cesa­rza. Jed­nym ze Sta­rej Gwar­dii.

Prze­my­ka­jący za ple­cami zebra­nych Opos usły­szał nagle czyjś głos. Samo w sobie nie było to niczym nie­zwy­kłym. Grota Moc­kra zmie­niła jego wygląd tylko w mini­mal­nym stop­niu. Zado­wo­lił się prze­bra­niem za zwy­kłego robot­nika. W gęstej ciż­bie ludzie plot­ko­wali, ofe­ro­wali na sprze­daż roz­ma­ite towary i zakła­dali się o los ska­zań­ców. Ten głos dobie­gał jed­nak ze Ście­żek Kap­tura. Opos wypro­sto­wał się i rozej­rzał. Nikt nie poświę­cał mu zbyt­niej uwagi.

- Na górze - sły­szał znie­cier­pli­wiony głos. - Na górze.

Opos uniósł wzrok. Gładki mur zbu­do­wano z cia­sno uło­żo­nych kamien­nych blo­ków, upstrzo­nych pla­mami ple­śni i poro­stów. Na samym szczy­cie, pra­wie cztery wzro­sty męż­czy­zny nad zie­mią, cią­gnął się sze­reg kul, paro­dia blan­ków godna jed­nego z bła­znów Oponn. Ludz­kie głowy nadziane na szpi­kulce.

Męż­czy­zna odwró­cił się i rozej­rzał wokół. Czy to moż­liwe?

- Tak. Na górze.

Opos oparł się o mur, kie­ru­jąc twarz ku ple­com tłumu.

- Sły­szysz mnie? - wyszep­tał.

- Mam uszy.

- I nie­wiele wię­cej.

Skry­to­bójca poczuł napły­wa­jącą z dru­giej strony Ście­żek Kap­tura iry­ta­cję.

- Świet­nie. Zała­twmy wszyst­kie jak naj­szyb­ciej.

- O czym ty gadasz?

- O dow­ci­pach o gło­wach. Czuję, że masz ochotę jakiś powie­dzieć. Na przy­kład: "głowa do góry", tak?

Opos par­sk­nął śmie­chem. Kilka osób popa­trzyło w jego stronę. Zaka­słał, zebrał flegmę w ustach i splu­nął.

- Kap­tu­rze, broń! To byłby zupełny brak wraż­li­wo­ści.

- Gadaj zdrów. Nie tkwię tu od wczo­raj.

- Dla­czego wła­ści­wie roz­ma­wiamy? Masz na górze kiep­skie towa­rzy­stwo? Wrony zja­dły im języki?

- Mam dla cie­bie wia­do­mość.

Opos zesztyw­niał rap­tow­nie, choć zawsze świet­nie nad sobą pano­wał. Tego typu wia­do­mość mogła pocho­dzić tylko z jed­nego źró­dła.

- Słu­cham - wykrztu­sił jesz­cze cich­szym gło­sem.

- Wra­cają.

- Kto wraca?

- Ci, któ­rzy oszu­kali śmierć. Rebe­lianci. Wszy­scy zawłasz­cza­cze i uzur­pa­to­rzy.

- Kto?

- O, wła­śnie nad­cho­dzi jedna z nich.

Opos odsu­nął się nagle od muru. Przy­kuc­nął, a w jego dło­niach zna­la­zły się noże. Przyj­rzał się ple­com naj­bliż­szych ludzi. Kto? O kim mówił duch? Z tłumu wyło­niła się niska, atle­tycz­nie zbu­do­wana kobieta o krót­kich, roz­czo­chra­nych wło­sach upstrzo­nych plam­kami siwi­zny. Nosiła ubiór słu­żą­cej: pro­stą koszulę i wystrzę­pione, płó­cienne spodnie. Stopy miała bose i brudne.

To była jego zwierzch­niczka, cesa­rzowa Laseen.

- Nie sądzi­łem, że tu przyj­dziesz - powie­dział Opos, pro­stu­jąc się.

Popa­trzyła nań spod opa­da­ją­cych powiek.

- Z kim przed chwilą roz­ma­wia­łeś?

- Z nikim. Mówi­łem do sie­bie.

- Doprawdy? To bar­dzo nudne zaję­cie.

Przed oczyma Oposa roz­bły­sły plamy gniewu. Wypu­ścił powie­trze z płuc i roz­pro­sto­wał ramiona.

W swoim cza­sie. Wszystko w swoim cza­sie.

Laseen na­dal przy­glą­dała mu się leni­wie. Opos jak zawsze odno­sił wra­że­nie, że cesa­rzowa pod­daje go osą­dowi. Jak daleko mogła się posu­nąć? Jak bar­dzo się jej bał?

Nagle par­sk­nęła śmie­chem.

- Biedny Urdren. Tak łatwo cię przej­rzeć.

Zdu­miony Opos wytrzesz­czył oczy. Urdren? Skąd znała jego pierw­sze imię? Zosta­wił je za sobą razem z tru­pem ojca.

Cesa­rzowa odwró­ciła się od niego.

- Ona tu jest. Nie wąt­pię w to. Miej oczy otwarte. Będę krą­żyła w tłu­mie.

Opos omal się nie pokło­nił, zdą­żył się jed­nak powstrzy­mać na czas. Laseen znik­nęła w ciż­bie. Męż­czy­zna znowu oparł się o mur.

- Mówił, że nic jej nie powiesz.

- Kto ci to mówił?

Z dru­giej strony dobie­gło wes­tchnie­nie.

- Zasta­nów się.

- O co cho­dziło z tym oszu­ki­wa­niem śmierci?

- Skąd mam wie­dzieć? Jestem tylko posłań­cem, chłop­cze.

- A co...

- Oto on. Główna atrak­cja.

Przez tłum prze­biegł nie­cier­pliwy szmer, prze­ra­dza­jący się powoli w ogłu­sza­jący ryk. Opos stał na samym końcu i w ogóle nie widział pod­wyż­sze­nia.

- Masz stam­tąd dobry widok?

- To naj­lep­sze miej­sce na widowni.

Przed­sta­wie­nie wła­ści­wie nie obcho­dziło Oposa. Nie dla niego tu przy­był. Przy­glą­dał się tyłom głów gapiów, wypa­tru­jąc jakie­goś ruchu albo roz­bły­sku magii grot.

- I co tam się dzieje? - zapy­tał.

- Wypro­wa­dzili Janula. Chyba go przed­tem tor­tu­ro­wali. Zwią­zali mu ręce za ple­cami, ubra­nie ma podarte. Może czymś go oszo­ło­mili. Tak robi­li­śmy w daw­nych cza­sach, przed nadej­ściem cesa­rza. Ale z dru­giej strony nie przy­po­mi­nam sobie, by kie­dyś stra­cono tu talent. Jak wła­ści­wie to robią?

- Pył ota­ta­ra­lowy.

- Aha. Rozu­miem.

- A co z tobą? Nie­wąt­pli­wie jesteś talen­tem. Czy cię nie stra­cili?

- My na tym murze jeste­śmy wszyst­kim, co pozo­stało z ostat­niej rady rzą­dzą­cej Unty.

Opos był pod wra­że­niem. To wyda­rzyło się na długo przed jego naro­dzi­nami.

- Gdy flota Kel­la­nveda zdo­była port, ucie­kłem w głąb lądu z połową miej­skiego skarbca. Konie wpa­dły w panikę i cho­lerna kareta się prze­wró­ciła. Zła­ma­łem sobie kark.

Tłum zary­czał. Wszy­scy krzy­czeli jed­no­cze­śnie, potrzą­sa­jąc unie­sio­nymi pię­ściami.

- Co się dzieje?

- Odczy­tują zarzuty. Usta­wili pie­cyk kok­sowy. Ostrzą noże. Chyba ugo­tują Janu­lowi wnętrz­no­ści na jego oczach, utrzy­mu­jąc go przy życiu, jak długo się da. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby to się udało.

- Tym razem się uda.

- A dla­czego?

- Zaj­mie się nim uzdro­wi­ciel wła­da­jący Denul.

- A co z ota­ta­ra­lem?

- Użyto go bar­dzo nie­wiele. Rzecz jasna, kon­flikt mocy ota­ta­ralu i uzdra­wia­ją­cej magii w końcu zabije Janula. O ile pożyje tak długo.

- Rozu­miem. Przy­trzy­mują go, pochy­lają mu głowę, żeby musiał patrzeć. Zerwali z niego koszulę. Przecięli mu nisko brzuch, z boku na bok. Dru­gie cię­cie, tym razem pio­nowe. Przy­sunęli pie­cyk bli­żej. A teraz...

Tłum zary­czał gło­śno. Opos sły­szał w tym gło­sie mie­szankę obrzy­dze­nia, stra­chu, bojaźni i fascy­na­cji. Tłusz­cza cisnęła się w stronę pod­wyż­sze­nia, potwier­dza­jąc opi­nię Oposa o ludz­kiej natu­rze.

- Rzu­cili jego trze­wia na gorące węgle, a on na­dal stoi! Nie mam pew­no­ści, czy cią­gle jest przy­tomny. A co to? Wielki topór?

- Teraz go poćwiar­tują, poczy­na­jąc od dłoni, przy­że­ga­jąc kikuty.

- Muszę przy­znać, że Mala­zań­czycy urzą­dzają lep­sze przed­sta­wie­nia od nas. Już po ręce. Na pewno jest nie­przy­tomny, pod­trzy­mują go pomoc­nicy kata. Ale nie, widzę, że poru­sza ustami. Idzie następna rebe­liantka.

Zasko­czony Opos odsu­nął się od muru i przy­kuc­nął, wodząc wzro­kiem po ple­cach gapiów. Z tłumu wyło­niła się kolejna kobieta i spoj­rzała na niego. Nie przy­po­mi­nała drob­nej, atle­tycz­nej cesa­rzo­wej. Była star­sza, masyw­nie zbu­do­wana i siwo­włosa. Zaci­skała mocno usta i marsz­czyła brwi w wyra­zie dez­apro­baty. To był jego dzi­siej­szy cel: sio­stra i wspól­niczka Janula, Janelle.

- To ty - wark­nęła. - Pie­sek poko­jowy. Mia­łam nadzieję spo­tkać panią.

- Lubię się uwa­żać za poko­jo­wego psa obron­nego - odparł z uśmie­chem Opos.

- Daruj sobie te kiep­skie dow­cipy. - Kobieta wypro­sto­wała się, zapla­ta­jąc ręce na piersi. - Wiem, czego chcesz, i nie dam ci tego.

Opos wysu­nął nogę naprzód, przy­glą­da­jąc się z uwagą kobie­cie. Była nie­bez­piecz­nym magiem, adeptką groty D'riss. Dwoje bliź­nia­ków wyko­nało razem wiele ryzy­kow­nych misji dla Kel­la­nveda. Nie wykry­wał jed­nak aktyw­nej magii. Co tu było grane?

Wypu­ściła powie­trze przez zaci­śnięte zęby.

- Pośpiesz się, do cho­lery - wysy­czała. - Bo stracę odwagę.

Opos rzu­cił się na kobietę, objął ją i wbił jej w brzuch długi szty­let, uno­sząc ostrze ku górze. Ucze­piła się go mocno ze zdzi­wio­nym wyra­zem twa­rzy, jaki zawsze poja­wia się w chwili, gdy zimna stal wnika w serce.

- Przy­naj­mniej potra­fisz pchnąć pro­sto - wyszep­tała mu ochry­ple do ucha.

Sto­jący w pobliżu ludzie zwra­cali się ku nim.

- To przez upał - wyja­śnił Opos. - Biedna kobieta. - Ludzie odwró­cili spoj­rze­nia. Przy­su­nął twarz do jej ucha. - Dla­czego?

Twarz Janelle przy­brała rzewny wyraz.

- To on, będą mówili - wyszep­tała. - Zała­twił Janelle, będą mówili... ale ty będziesz wie­dział. Będziesz wie­dział to, co zawsze wie­działeś. - Z jej ust wyrwało się drżące, wil­gotne wes­tchnie­nie. - Że jesteś tylko... oszu­stem.

Opos poło­żył kobietę na ziemi i uklęk­nął nad nią.

Prze­klęta suka! To nie tak miało być!

Odsu­nął się od ciała i wmie­szał w tłum gapiów, posu­wa­jąc się ku wylo­towi Opa­lo­wej. Roz­luź­nił mię­śnie, pozwa­la­jąc, by ponio­sła go fala opusz­cza­ją­cych plac ludzi. Za jego ple­cami mięso, jesz­cze do nie­dawna będące Janu­lem, rąbano na kawałki, które następ­nie rzu­cano do ognia, by spło­nęło na popiół. Póź­niej wrzuci się go do Zatoki Untań­skiej.

Opos stał się jed­nym z tłumu. Prze­py­chał się wśród ciżby, zwie­sza­jąc nisko głowę. Cały czas jed­nak zasta­na­wiał się nad żela­znym opa­no­wa­niem, jakiego wyma­gało obró­ce­nie śmierci w zwy­cię­stwo w chwili, gdy nie zostało już nic. Czy potrafi zro­bić to samo, kiedy nadej­dzie jego czas? Odmó­wić swemu zabójcy wszyst­kiego, nawet pro­fe­sjo­nal­nej satys­fak­cji? Nie potra­fił sobie tego wyobra­zić. Głu­piec mógłby zlek­ce­wa­żyć jej uczy­nek jako akt roz­pa­czy, Opos jed­nak rozu­miał, że to był poli­czek. Czyżby róż­nica mię­dzy nimi była tak mała, że zale­żała wyłącz­nie od punktu widze­nia?

Poznał bose, brudne, stward­niałe stopy, które nagle poja­wiły się obok. Wypro­sto­wał się wyrwany z zadumy.

Laseen rów­nież mil­czała. Dło­nie splo­tła za ple­cami. Opos przy­pusz­czał, że ona także myśli o zabi­tej kobie­cie. Zabi­tej towa­rzyszce, popra­wił się. Skoro już o tym mowa, jak długo znało się tych troje? Doszedł do wnio­sku, że powi­nien o tym pamię­tać.

Rozej­rzał się i zauwa­żył, że podą­żają za nimi straż­nicy oso­bi­ści.

Straż­nicy wyzna­czeni przeze mnie po tym, jak klę­ska Perły w Mala­zie pochło­nęła tak wielu.

Po chwili Laseen ski­nęła głową, jakby zakoń­czyła wewnętrzny dia­log. Odchrząk­nęła.

- Chcę, żebyś oso­bi­ście zajął się kil­koma spra­wami, które ostat­nio mnie nie­po­koją. Cho­dzi o lokalne zabu­rze­nia. Pogło­ski o zwięk­szo­nych aspi­ra­cjach pro­win­cji.

- I znik­nię­cia w Cesar­skiej Gro­cie...?

W sze­re­gach Szponu roz­ma­wiano o tym bar­dzo czę­sto.

- Nie. Nie wyślę już wię­cej ludzi w tę otchłań.

- Jestem prze­ko­nany, że coś w niej stra­szy. Prawdę mówiąc, nie wiemy o niej pra­wie nic.

- Zawsze była nie­pewna. Naj­bar­dziej nie­po­koją mnie te pogło­ski z pro­win­cji. Czy za tymi wszyst­kimi kło­po­tami ktoś stoi? Kto? Skie­ruj do tej sprawy tylu ludzi, ilu będzie trzeba. Muszę się dowie­dzieć, kto jest odpo­wie­dzialny.

Opos pochy­lił lekko głowę. A więc doszło do wewnętrz­nych zabu­rzeń. W sze­re­gach urzęd­ni­ków impe­rium nara­stała korup­cja, być może nawet poja­wiły się wen­dety. Tu głosy ośmie­lo­nych nacjo­na­li­stów, ówdzie zakro­jone na dużą skalę ataki koczow­ni­ków. Dawne kon­flikty mię­dzy ple­mio­nami oży­wały na nowo. A Cesar­ska Grota sta­wała się coraz bar­dziej nie­bez­pieczna. Czy to wszystko się ze sobą łączyło? Kto był tym połą­cze­niem? Laseen jest zanie­po­ko­jona. Zadaje pyta­nia. Czy to mogą być oni? Po tak dłu­gim cza­sie? Dla­tego, że została sama?

A może, pomy­ślał Opos, uśmie­cha­jąc się szy­der­czo w duchu, po pro­stu dla­tego, że się nudzą?

Laseen zwol­niła nagle i przy­sta­nęła. On rów­nież się zatrzy­mał. Spoj­rzała na niego.

- No wiesz, były­śmy kie­dyś przy­ja­ciół­kami - ode­zwała się. - Myśla­łam, że się rozu­miemy...

Odwró­ciła wzrok. W kąci­kach jej oczu poja­wiły się zmarszczki.

Dla­czego więc to zro­biła? Dla­czego cię zdra­dziła? Czy nad tym się zasta­na­wiasz? A może nad tym, czy wie­dzieli o czymś, o czym ty nie wiesz?

Laseen zaci­snęła zęby.

- A więc ją zała­twi­łeś. Zna­ko­mi­cie. Nie sądzi­łam...

- Że potra­fię to zro­bić?

Zamru­gała.

- Że zgi­nie tak łatwo.

Opos wzru­szył ramio­nami.

- Zasko­czy­łem ją.

Spoj­rzała na niego z ukosa. Opos udał, że tego nie zauwa­żył. Niech sobie myśli, co chce. Czyż nie była kie­dyś prawą ręką tam­tego? A czy teraz on nie zaj­mo­wał tej pozy­cji u jej boku? Niech się zasta­na­wia.

Cesa­rzowa ruszyła bez słowa naprzód. Opos podą­żył za nią.

***

Czaszka nadziana na szpi­ku­lec na szczy­cie muru ota­cza­ją­cego plac Się­ga­cza roze­śmiała się, ale nikt tego nie sły­szał.

***

Ereko i Wędro­wiec zosta­wili góry za sobą i dotarli do cią­gną­cego się nie­zli­czo­nymi milami, wiecz­nie zie­lo­nego lasu leżą­cego na połu­dniu. Tam wła­śnie napo­tkali pierw­szych ban­dy­tów. Ereko nie zdzi­wił się, gdy wdali się w roz­mowę z Wędrow­cem, bo choć byli zbój­cami i mor­der­cami, byli też ludźmi i pra­gnęli towa­rzy­stwa oraz wie­ści z sze­ro­kiego świata, rzadko docie­ra­ją­cych do ich gór­skich kry­jó­wek.

Byli odziani w butwie­jące futra i resztki noga­wic oraz koszul z utwar­dza­nej nad ogniem skóry. Mieli też bez­ład­nie dobrane frag­menty zra­bo­wa­nych zbroi oraz uzbro­je­nia. Ereko odno­sił wra­że­nie, że na tej odlud­nej prze­łę­czy trudno o łupy. Dla jego wraż­li­wego nosa śmier­dzieli gorzej od zwie­rząt. Wędro­wiec przy­kuc­nął przy ich ogni­sku, by wymie­nić wie­ści.

Ereko trzy­mał się na ubo­czu, sto­jąc z rękoma skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Wędro­wiec powie­dział mu, że w tej pozie wygląda szcze­gól­nie impo­nu­jąco. Olbrzym widział, że zbójcy przy­glą­dają mu się z uwagą. Miał nadzieję, że robi na nich wra­że­nie jego wzrost. Był co naj­mniej dwu­krot­nie wyż­szy od krę­pych, nie­do­ży­wio­nych ban­dy­tów. Wędro­wał już jed­nak wśród ludzi od bar­dzo dawna i znał ich spo­sób myśle­nia. Ich wymie­niane z ukosa spoj­rze­nia wyra­żały myśl, że każdy, nawet zdu­mie­wa­jąco wielki przed­sta­wi­ciel nie­zna­nej rasy, pad­nie tru­pem, jeśli zro­bić w nim wystar­cza­jąco wiele dziur.

- To późna pora dla wędrow­ców scho­dzą­cych z Juori­lanu - zauwa­żył herszt o twa­rzy czar­nej od brudu i tłusz­czu. Jego natłusz­czoną brodę upstrzyły nitki siwi­zny. Dłu­gie czarne włosy miał zacze­sane do góry i u szczytu głowy zwią­zane rze­mie­niem. - Czy Rada na­dal włada Jas­sto­nem i odma­wia wszyst­kim dostępu do Zatoki Damos?

- Tak - potwier­dził Wędro­wiec.

- A kim jest ten twój towa­rzysz? - zapy­tał herszt, wska­zu­jąc Ereka naostrzo­nym nożem, który obra­cał w rękach. - Widzia­łem już The­lo­me­nów. Nawet Tobla­kai. On nie jest jed­nym z nich. Jest sta­now­czo za wysoki. Kim w takim razie jest?

Wędro­wiec obej­rzał się. Ereko nie dostrze­gał w ciem­no­nie­bie­skich oczach towa­rzy­sza weso­ło­ści, choć ostat­nio czę­sto się skar­żył na ludzką igno­ran­cję i uprze­dze­nia.

- Zapy­taj go - odparł Wędro­wiec. - On umie mówić.

- Tak? - Herszt zbój­ców uniósł głowę, spo­glą­da­jąc na olbrzyma. - Jak się nazywa twój lud?

Choć Wędro­wiec był odwró­cony do niego ple­cami, Ereko zauwa­żył, że wzdry­gnął się pod licz­nymi war­stwami koszul, zbroi i futer, usły­szaw­szy te słowa. Olbrzym podzię­ko­wał mu w duchu za ten gest empa­tii.

- Jeste­śmy kuzy­nami. Ci, któ­rych wymie­ni­łeś, i ja. Można powie­dzieć, że jeste­śmy kuzy­nami.

Herszt chrząk­nął z zado­wo­le­niem i odkroił sobie pas mięsa z dzi­czego udźca pie­ką­cego się nad węgiel­kami.

- A co z Mala­zań­czy­kami? Kupcy mówili, że przez całe lato sie­dzieli cicho jak kamie­nie.

- To prawda. Koby­la­nie i Korel­rij­czycy uwię­zili ich w Pię­ści i tam sobie gniją.

Herszt klep­nął się z rado­ścią w udo.

- Świet­nie!

Ereko cały czas obser­wo­wał las. Czy herszt grał na zwłokę, by jego hołota mogła zamknąć pier­ścień wokół nich? Mię­dzy mizer­nymi świer­kami i niskimi sosnami rzadko pora­sta­ją­cymi nie­mal nagą skałę nikt się jed­nak nie poru­szał. Herszt wyszedł im na spo­tka­nie w towa­rzy­stwie sze­ściu męż­czyzn. Dwóch z nich wyglą­dało na jego synów. Ereko widział, że mają ochotę zabić obu przy­by­szy. Spoj­rze­nie herszta bar­dzo czę­sto wędro­wało ku smu­kłemu mie­czowi wiszą­cemu na ple­cach Wędrowca. Spo­kojne zacho­wa­nie wła­ści­ciela oręża hamo­wało jed­nak zbój­ców, na spółkę ze wzro­stem Ereka i jesz­cze więk­szą dłu­go­ścią jego włóczni.

- Mówię, że to świet­nie, bo wszy­scy tu jeste­śmy czy­stej krwi potom­kami Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. Wie­dzia­łeś o tym, przy­ja­cielu?

Wędro­wiec poki­wał głową.

- Tak jest - cią­gnął herszt coraz dono­śniej­szym gło­sem. Wska­zał ota­cza­jący ich las. - Mala­zań­czycy boją się tu przy­cho­dzić, bo tych lasów strzegą kości Gwar­dzi­stów. Ja jestem potom­kiem Hapa Star­szego, sier­żanta słu­żą­cego pod roz­ka­zami porucz­nika Mło­teczka. W tych pół­noc­nych lasach spo­czy­wają szczątki wielu Gwar­dzi­stów. No wiesz, mamy też taką sta­ro­żytną legendę. Pro­roc­two. Zapo­wiedź, że jeśli Mala­zań­czycy kie­dyś tu wrócą, Gwar­dzi­ści powstaną z gro­bów, żeby ich zmiaż­dżyć. Dla­tego wła­śnie ni­gdy nie przy­by­wają do naszej kra­iny. Boją się. Raz już ich poko­na­li­śmy.

- To prawda - zgo­dził się Wędro­wiec. - Raz ich poko­na­li­ście.

- A ty, przy­ja­cielu? Wśród Mala­zań­czy­ków jest wielu czar­no­skó­rych ludzi. Wśród Korel­rij­czy­ków też można ich spo­tkać. Ale ty nie jesteś Korel­rij­czy­kiem. Dobrze mówisz po taliań­sku.

Wędro­wiec wzru­szył ramio­nami ukry­tymi pod kosma­tym niedź­wie­dzim futrem.

- Ja uro­dzi­łem się w Jakata. Mój towa­rzysz, jak widzisz, pocho­dzi z bar­dziej odle­głych stron. Zmie­rzamy na połu­dnie, w poszu­ki­wa­niu miej­sca, gdzie można by wybu­do­wać sta­tek. Mój towa­rzysz chce popły­nąć do Pół­noc­nej Cyta­deli i dalej na wschód, omi­ja­jąc Przy­lą­dek.

Herszt uśmiech­nął się, jakby spo­dzie­wał się podob­nej odpo­wie­dzi.

- Potrzeba sporo złota, by wybu­do­wać sta­tek albo zapła­cić za prze­wóz. Kupcy wędru­jący co rok przez tę prze­łęcz wiozą ze sobą wiele bogactw potrzeb­nych wła­śnie w tym celu.

Wędro­wiec roze­śmiał się swo­bod­nie, nie zwa­ża­jąc na zło­wrogą groźbę.

- Ci ludzie to majętni kupcy. Mogą sobie pozwo­lić na wyna­ję­cie wielu straż­ni­ków, czyż nie tak? Nam nie towa­rzy­szą straż­nicy, ponie­waż nie mamy bogactw wyma­ga­ją­cych ochrony. Zbu­duję sta­tek wła­snymi rękami. Mój przy­ja­ciel zamie­rza zapła­cić pracą za podróż na wschód. Jest bar­dzo uży­teczny na morzu.

Herszt roze­śmiał się razem z Wędrow­cem, wpy­cha­jąc do ust kolejne kęsy tłu­stego dzi­czego mięsa.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. Udaj­cie się na wybrzeże, jeśli chce­cie. Cie­kawe, czy wam się tam spodoba.

Znowu się roze­śmiał.

Wędro­wiec podał mu bukłak nad ogni­skiem. Ereko skrzy­wił się, widząc, że to jedno z ich trzech naczyń z jouri­lań­ską brandy. Ban­dyta prze­łknął tru­nek bez słowa komen­ta­rza i rzu­cił pusty pojem­nik za plecy. Olbrzym jęk­nął w duchu. Czyżby Wędro­wiec chciał, by herszt myślał, że się boją i pró­bują go prze­ku­pić?

- Korel­rij­czycy ponoć opo­wia­dają, że Mala­zań­czycy zawarli nie­go­dziwy pakt z Lodo­wymi Demo­nami. Co sądzisz na ten temat?

Wędro­wiec odpo­wie­dział, że nie widział ani nie sły­szał nic, co mogłoby potwier­dzić takie pogło­ski. Obaj męż­czyźni wymie­nili jesz­cze tro­chę wie­ści doty­czą­cych Rady Wybra­nych, moż­li­wo­ści, że nad­cho­dząca zima okaże się surowa, i tak dalej. Jak zwy­kle, gdy mówiono o płyt­kich, szybko się zmie­nia­ją­cych spra­wach, takich jak ludzka poli­tyka, Ereko zaraz się znu­dził. Sze­ściu ban­dy­tów odzia­nych w skó­rzane, wysa­dzane ćwie­kami bry­gan­tyny, zardze­wiałe żela­zne hełmy oraz kol­cze koszule nie spusz­czało wzroku z dwóch przy­by­szów. Gdy prze­no­sili spoj­rze­nia mię­dzy Wędrow­cem a olbrzy­mem w ich oczach błysz­czały chci­wość, znu­dze­nie, fascy­na­cja oraz tępy gniew.

Posi­łek się prze­cią­gał. Dawno już minęło połu­dnie, a Wędro­wiec na­dal nie zamie­rzał się poże­gnać. Ereko zdu­mie­wał się tą nie­zwy­kłą dla jego towa­rzy­sza cier­pli­wo­ścią. Na ogół to Wędro­wiec pra­gnął jak naj­szyb­ciej ruszyć dalej, iry­to­wały go wszel­kie prze­szkody na ich dro­dze. Z pew­no­ścią dostrze­gał, że herszt pró­buje zyskać na cza­sie. Być może wysłał kogoś po resztę swych ludzi i teraz cze­kał na ich przy­by­cie.

Roz­mowa prze­szła na temat fra­pu­jący wszyst­kich miesz­kań­ców poło­żo­nego na pół­nocy kon­ty­nentu: stan Sztor­mo­wego Muru, siłę oddzia­łów Wybra­nych oraz pyta­nie, czy Korel­rij­czycy zdo­łają zimą ode­przeć kolejny atak Jeźdź­ców. W ostat­nich latach spe­ku­la­cje sta­wały się coraz bar­dziej ner­wowe, ponie­waż Mala­zań­czycy odcią­gnęli z Korelu znaczną część sił.

Ereko obser­wo­wał z uwagą herszta, wypa­tru­jąc jakie­goś znaku, świad­czą­cego, że wie­dział - że wia­do­mość dotarła do niego za pośred­nic­twem kup­ców wędru­ją­cych tędy przed nimi. Wie­ści o dwóch cudzo­ziem­cach, któ­rych ogło­szono dezer­te­rami z Muru. Na pół­nocy prze­ciwko zdraj­com ska­za­nym przez Radę Wybra­nych pod­no­siły się wszyst­kie dło­nie i mie­cze. Nie dostrze­gał jed­nak w oczach męż­czy­zny podob­nej wie­dzy. Czaił się w nich zwie­rzęcy spryt, tak jest, ale nie towa­rzy­szyły mu satys­fak­cja i poczu­cie triumfu pły­nące z posia­da­nia ukry­tej prze­wagi.

W końcu, po dłu­gim cza­sie, cha­otyczna roz­mowa dobie­gła końca. Herszt wstał, stę­ka­jąc gło­śno i mam­ro­cząc coś pod nosem. Jego ludzie rów­nież się pod­nie­śli. Ich ręce powę­dro­wały ku ręko­je­ściom noży i topor­ków. Wszy­scy spo­glą­dali na swego wodza, cze­ka­jąc na wska­zówki. Wędro­wiec odsu­nął się tyłem od ognia.

- Ser­decz­nie dzię­kuję za gościn­ność.

Herszt roze­śmiał się z prze­sadną weso­ło­ścią.

- Tak, tak. Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. - Ode­słał ski­nie­niem dłoni swych ludzi. - Życzę szczę­śli­wej podróży. Na wybrzeże. Ha!

Ereko i Wędro­wiec odsu­wali się tyłem jesz­cze przez pewien czas, po czym wró­cili na ścieżkę i podą­żyli na połu­dniowy zachód. Szli bez słowa, wytę­ża­jąc słuch. Dotarli do wąskiego stru­mie­nia, spły­wa­ją­cego na zachód ze stro­mego, usia­nego gła­zami urwi­ska, i Wędro­wiec skie­ro­wał się w dół szem­rzą­cego potoku.

- Chyba jest ich dwóch - ode­zwał się po chwili.

- Tak. To pew­nie będą ci naj­młodsi.

- Zacze­kają do nocy.

- Tak. Jak myślisz, ilu?

- Na pewno wię­cej niż sze­ściu.

Prze­dzie­rali się przez gąszcz paproci, zwa­lo­nych pni i suchych gałęzi, prze­ska­ku­jąc z kamie­nia na kamień.

- Dla­czego nie prze­rwa­łeś tego wcze­śniej?

Wędro­wiec wykrzy­wił ciemną twarz w bole­snym gry­ma­sie.

- Mia­łem nadzieję zade­mon­stro­wać mu, że nie boimy się podró­żo­wać sami. Skło­nić go do zasta­no­wie­nia się nad impli­ka­cjami. - Potrzą­snął głową. - Ale ten dureń nie wyglą­dał na skłon­nego do reflek­sji.

- Być może wie.

Wędro­wiec spoj­rzał nagle na towa­rzy­sza.

- W takim przy­padku nic ich nie powstrzyma przed zaata­ko­wa­niem nas nocą.

***

Roz­bili obóz na osy­pi­sku gła­zów. Wędro­wiec roz­pa­lił małe ogni­sko, ale usiadł zwró­cony do niego ple­cami. Ereko zajął miej­sce po dru­giej stro­nie. Cza­sami wpa­try­wał się w ciem­ność, a w innych chwi­lach spo­glą­dał na przy­ja­ciela. Wędro­wiec trzy­mał na kola­nach scho­wany w pochwie miecz. Cze­kał. Ereko po raz kolejny zasta­no­wił się nad tym męż­czy­zną, który potra­fił oka­zać tak wiele dobroci oraz tego, co zwano ogól­nie czło­wie­czeń­stwem, a mimo to nie wahał się przed zaszlach­to­wa­niem grupy mar­nie uzbro­jo­nych i kiep­sko wyszko­lo­nych zbi­rów, wśród któ­rych byli rów­nież mło­dzi chłopcy. Żaden z nich nie miał szans w star­ciu z nim.

- Po pro­stu się nie zatrzy­mujmy - nale­gał Ereko. - Nie musimy tego robić.

- Nie mam zamiaru oglą­dać się za sie­bie przez całą drogę do Pół­noc­nej Cyta­deli. Każdy głu­piec może cza­sem tra­fić z łuku.

Olbrzym przyj­rzał się przy­ja­cie­lowi ze zdzi­wioną miną. W jego przy­padku z pew­no­ścią była to prawda. Choć sta­rzał się bar­dzo powoli, na­dal mógł go zabić zwy­kły fizyczny uraz. Co jed­nak z Wędrow­cem? Czy nie zosta­wił już takich spraw za sobą? Naj­wy­raź­niej nie. Na­dal był czło­wie­kiem. Na­dal żył i oba­wiał się nie­spo­dzie­wa­nej strzały w ple­cach. Bez względu na nie­zwy­kłą - czy w jego przy­padku nad­zwy­czaj­nie cudowną - umie­jęt­ność wła­da­nia mie­czem, przy­pad­kowy bełt albo strzała wciąż mogły poło­żyć kres jego życiu.

Ereko roz­cią­gnął swą świa­do­mość w ota­cza­ją­cej ich ziemi i wyczuł zbój­ców. Garstka ludzi zebrała się w dole stru­mie­nia. Być może wahali się jesz­cze, ponie­waż Wędro­wiec nie chciał zasnąć. Czy będą cze­kali, aż obaj to zro­bią? Modlił się, by tak nie postą­pili. Zwłoka już przy­pra­wiała go o cier­pie­nie.

Obej­rzał się na sie­dzą­cego po dru­giej stro­nie ogni­ska Wędrowca i zauwa­żył, że jego przy­ja­ciel doszedł do tego samego wnio­sku. Owi­nął się niedź­wie­dzim futrem i uda­wał, że śpi. Olbrzym podą­żył za jego przy­kła­dem. Osu­nął się na skałę, o którą się opie­rał, i - choć nie czuł cie­pła i zimna tak ostro, jak ludzie - pod­cią­gnął zszyte z wielu skór futro i opu­ścił głowę.

Cze­kali. Wysoko w górach zawył wilk. Ereko zasta­na­wiał się, czy to jeden ze stada kudła­tych dra­pież­ni­ków, które podą­żały za nimi przez skute lodem pust­ko­wia na pół­noc od gór. Ode­zwały się sowy, a potem usły­szał jesz­cze bar­dziej odle­gły łoskot scho­dzą­cej lawiny lub pól lodo­wych pęka­ją­cych gdzieś pośród gór­skich sto­ków.

Zza gęstych chmur wyło­nił się bli­ski pełni księ­życ. Ereko wyczuł, że zbójcy się zbli­żają. Cze­kali, aż zrobi się jaśniej. Prze­klął się za to, że o tym nie pomy­ślał.

***

Wędro­wiec rzu­cił się na bok. Strzały i bełt z kuszy ude­rzyły z łosko­tem w jego posła­nie. Ereko zdą­żył się już prze­to­czyć w cie­nie i przy­kuc­nąć. Uno­sił włócz­nię tępym koń­cem do przodu, gdyż nie potra­fił jesz­cze zapo­mnieć o lito­ści.

W zim­nym noc­nym powie­trzu poniósł się zdu­miony krzyk. Głos umilkł jed­nak nie­mal natych­miast i olbrzym zro­zu­miał, że to Wędro­wiec wpadł mię­dzy napast­ni­ków. Nie mogło już być mowy o zasko­cze­niu, wszę­dzie więc roz­brzmiały nawo­ły­wa­nia.

- Gdzie on się podział?

- Pul­len? Widzisz go?

San­dały szu­rały o kamie­nie. Gałę­zie trza­skały pod sto­pami. W srebr­nym bla­sku księ­życa poja­wił się zarys głowy. Ereko ude­rzył tępym koń­cem włóczni i usły­szał głu­chy łoskot. Żelazo szczęk­nęło o kamień. Zadźwię­czała kusza i nagły ból pozba­wił go tchu w pier­siach. Olbrzym zako­ły­sał się i runął na plecy. Leżąc, bło­go­sła­wił sku­tecz­ność ludz­kiej kol­czugi, któ­rej nauczył się uży­wać, i prze­kli­nał rów­nież wyna­le­zione przez ludzi łuki oraz kusze. Ta broń była praw­dziwą plagą.

Ktoś sta­nął nad nim. Ereko ujrzał w bla­sku księ­życa, że to jeden z mło­dzień­ców. Wycią­gnął rękę, zwa­lił go z nóg, a potem zamknął mu dło­nią usta.

- Psst! - wyszep­tał i znie­ru­cho­miał ukryty w cie­niu.

Ktoś pod­szedł do doga­sa­ją­cego ogni­ska i zatrzy­mał się przy nim. W migo­tli­wym świe­tle Ereko zoba­czył, że to Wędro­wiec. Świet­nie się pre­zen­to­wał w bla­sku czer­wo­nego koloru wojny. W jed­nej ręce trzy­mał miecz o mokrej, błysz­czą­cej klin­dze. Zrzu­cił futra, odsła­nia­jąc obci­słą, poczer­nianą kol­czą koszulę. Pod­szedł do olbrzyma i dotknął szty­chem mie­cza piersi chło­paka. Krew, czarna w mroku, spły­wała po ostrzu, gro­ma­dząc się na nie­wy­pra­wio­nych skó­rach. Mło­dzie­niec wyba­łu­szył oczy. Jego gorący oddech ogrze­wał dłoń olbrzyma. Ereko czuł się, jakby trzy­mał drżą­cego, przed chwilą naro­dzo­nego źre­baka.

- Co z resztą? - zapy­tał.

- Jeden uciekł.

Wędro­wiec cały czas patrzył na mło­dzieńca. Opu­ścił sztych mie­cza, prze­bi­ja­jąc futro.

- Nie. Nie pozwa­lam.

- Wróci. On i jego kum­ple pójdą za nami. Będą cze­kali na szansę zemsty.

- Nie. Nie mogę na to pozwo­lić. To tylko dziecko.

W oczach Wędrowca poja­wił się błysk. Całun szału bojo­wego znik­nął, odsła­nia­jąc coś, co kryło się pod spodem. Ereko spu­ścił wzrok. Męż­czy­zna się odwró­cił.

- Zabierz mi go z oczu.

- Ucie­kaj - wyszep­tał olbrzym. - Nie zatrzy­muj się nawet na chwilę.

Chło­pak pognał przed sie­bie. Jego spa­zma­tyczny oddech prze­cho­dził w łka­nie.

Wędro­wiec zwa­lił się na niedź­wie­dzie futro. Ereko leżał nie­ru­chomo, nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem, jakby dźwięk albo ruch mogły spra­wić, że czar pry­śnie. Po chwili męż­czy­zna zasnął, jego oddech się uspo­koił. Olbrzym wytę­żał słuch, pró­bu­jąc okre­ślić nastrój panu­jący w tej oko­licy. Odno­sił wra­że­nie, że to nastrój ocze­ki­wa­nia. Zadał sobie pyta­nie, czy ból, jaki dostrzegł w oczach towa­rzy­sza, można będzie kie­dy­kol­wiek uzdro­wić. Być może nie sta­nie się to ni­gdy. On powi­nien wie­dzieć naj­le­piej.

***

Przed nasta­niem nowiu Ereko i Wędro­wiec wspięli się na pagó­rek i ujrzeli przed sobą zale­sione wybrzeże, zale­wane pły­wami błota, oraz ocean cią­gnący się aż po zachodni hory­zont. Olbrzym wie­dział, że nie­któ­rzy ludzie zwą go Morzem Podróż­nika, ponie­waż zostało na nim jesz­cze bar­dzo wiele do odkry­cia. Inni nazy­wali go Oce­anem Bia­łych Wież, z uwagi na wyspy pły­wa­ją­cego lodu sta­no­wiące zagro­że­nie dla mary­na­rzy. Jego rasa, Thel Akai, uży­wała nazwy Gal-Eresh, Lodowy Tan­cerz.

- I co teraz? - zapy­tał Wędrowca.

Przy­kuc­nięty męż­czy­zna wyjął z ust gałązkę sosny i wzru­szył ramio­nami.

- Pój­dziemy wzdłuż wybrzeża. Znaj­dziemy jakąś osadę.

- Na połu­dnie? Idziemy na połu­dnie?

- Na razie.

Czło­wiek ruszył w dół zale­sio­nego stoku. Ereko podą­żył za nim, wzdy­cha­jąc z iry­ta­cją. Och, bogini, dla­czego powie­dzia­łaś mi o tym naj­trud­niej­szym z ludzi? Dla­czego po raz pierw­szy od stu­leci prze­rwa­łaś mil­cze­nie, gdy przy­wle­czono go w łań­cu­chach na Sztor­mowy Mur, by oznaj­mić: "Oto ten, który przy­nie­sie ci wol­ność".

Ereko dawno już stra­cił rachubę lat, które spę­dził na Sztor­mo­wym Murze. Korel­rij­skie zimy przy­cho­dziły i odcho­dziły jedna po dru­giej. Towa­rzy­szące Jeźdź­com gwał­towne sztormy przy­no­siły pełne kry fale oraz ognie mocy, migo­czące na noc­nym nie­bie niczym zorze. Wicher zawsze dął jed­no­staj­nie z połu­dniowo-połu­dnio­wego zachodu, przy­no­sząc chłód wni­ka­jący nawet w kości olbrzyma. Nocą wszystko pokry­wał szron, błysz­czący w świe­tle poranka na kamien­nych blan­kach. Pod­czas naj­gor­szych sztor­mów mur zasy­py­wały śnie­życe, a Jeźdźcy zawsze zja­wiali się wkrótce po nich.

Mala­zań­scy żoł­nie­rze - zakuci w łań­cu­chy jeńcy wojenni - tra­fiali na mur już od kilku lat. Korel­rij­scy straż­nicy rzu­cali im broń dopiero na krótko przed zja­wie­niem się Jeźdź­ców. Spi­sy­wali się dobrze. Naj­od­waż­niejsi i naj­spryt­niejsi z nich zwra­cali broń prze­ciwko sobie, two­rząc w ten spo­sób lukę w szyku do chwili spro­wa­dze­nia zastępcy. Nie­liczni kulili się trwoż­nie albo pła­kali, gdy poja­wiali się Jeźdźcy mknący na grzbie­tach upstrzo­nych lodem fal, by zaata­ko­wać mur. Od czasu do czasu zda­rzało się to nawet wyszko­lo­nym Wybra­nym, któż bowiem mógłby się przy­go­to­wać na podobny widok? To była koli­zja kró­lestw, jeśli wie­rzyć nie­któ­rym uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w teur­gii. Potężna fala nie­sa­mo­wi­tych, obcych cza­rów powstrzy­my­wana jedy­nie przez zwy­kły upór, odwagę i bru­talną walecz­ność.

- Kto to jest? - zapy­tał korel­rij­skich straż­ni­ków.

Odpo­wia­dali mu bez opo­rów, ponie­waż stał na murze od cza­sów, gdy nie­któ­rych z nich nie było jesz­cze na świe­cie.

- Podobno to mala­zań­ski dezer­ter - wyja­śnili. - Koby­lań­ska pie­chota mor­ska zła­pała go na statku pró­bu­ją­cym się prze­drzeć przez blo­kadę. Koby­la­nie mówią, że wal­czył jak tygrys. Musieli pod­pa­lić sta­tek, żeby go wyku­rzyć. Dopiero to prze­mó­wiło mu do roz­sądku. Sko­czył do morza i popły­nął do nich, a oni prze­ka­zali go na mur.

Powle­kli Mala­zań­czyka na puste miej­sce, kil­ka­set jar­dów od Ereka, przy­kuli mu nogi do zardze­wia­łych żela­znych pier­ścieni wpra­wio­nych w gra­nit, a potem uwol­nili ręce. Ereko spoj­rzał na łań­cu­chy u swych nóg i wytę­żył słuch, pra­gnąc usły­szeć cichy głos Cza­ro­dziejki. Ale bogini mil­czała. Nie dała mu już wię­cej wska­zó­wek.

Posta­no­wił, że podej­mie próbę, gdy tylko nadej­dzie spo­kojna noc. Nie docze­kał się jej jed­nak, a po kilku tygo­dniach przy­były sztormy i Jeźdźcy. Mur gęsto obsa­dzili korel­rij­scy żoł­nie­rze.

***

Szli połu­dnio­wym skra­jem lasu. Wie­czo­rami scho­dzili na ska­li­sty lub piasz­czy­sty brzeg, by zbie­rać małże. Pierw­szymi śla­dami ludz­kiego osad­nic­twa, na jakie natra­fili, były osma­lone, zaro­śnięte ziel­skiem ruiny fortu: zasy­pana fosa, znisz­czone, nad­pa­lone kłody, a za nimi dzie­dzi­niec, na któ­rym stały resztki spa­lo­nego dłu­giego domu, zapewne słu­żą­cego jako koszary, oraz zaczątki don­żonu z połą­czo­nych zaprawą kamieni. Jego budowę jed­nak zarzu­cono. Poło­żyli się spać, owi­nięci w futra, na suchym, poro­śnię­tym trawą dzie­dzińcu. Ogień rzu­cał słaby blask na pokryty pną­czami mur don­żonu.

- Byli tutaj - oznaj­mił Wędro­wiec. Oparł się o futra, kie­ru­jąc posępne spoj­rze­nie na ruiny wieży.

Ereko ode­rwał spoj­rze­nie od swej por­cji ryby zła­pa­nej w nad­mor­skiej kałuży.

- Kto? Kto tu był?

- Kar­ma­zy­nowi Gwar­dzi­ści. Stary ban­dyta miał rację. To ich robota.

- Kiedy?

- Ponad pół wieku temu.

- Zna­łeś ich?

Wędro­wiec zer­k­nął na niego nad ogni­skiem. Olbrzyma prze­szył dreszcz, jakiego ni­gdy nie wzbu­dził w nim żaden czło­wiek. Jak to moż­liwe, że spoj­rze­nie tego męż­czy­zny miało cię­żar i bole­sną głę­bię godną sta­ro­żyt­nych? Czyżby zasta­na­wiał się, czy zabić mnie za moją cie­ka­wość? Strasz­liwa roz­pacz widoczna w tych oczach przy­po­mniała olbrzy­mowi nie­szczę­snego Togga, któ­rego spo­tkał ongiś w innej lesi­stej kra­inie, albo jego towa­rzyszkę, zwaną przez nie­któ­rych Fan­de­ray. Nie widział jej już od bar­dzo dawna.

Wędro­wiec opu­ścił wzrok.

- Tak. Zna­łem ich. To może być Sosnowy Fort, ich naj­da­lej wysu­nięta na pół­noc pla­cówka na tym wybrzeżu Stra­temu. Następną osadą powinna być Pół­nocna Cyta­dela, ale ona leży spory kawał drogi na połu­dnie, a poza tym moje infor­ma­cje są prze­sta­rzałe. Mam nadzieję, że spo­tkamy kogoś wcze­śniej.

- Co się z nimi stało?

- Naprawdę nie znasz tej opo­wie­ści?

- Wiem tylko to, co usły­sza­łem od Korel­rij­czy­ków. Wspo­mi­nali o woj­nie w taliań­skich kra­inach na pół­nocy.

- Tak. Ta wojna cią­gnęła się przez dzie­się­cio­le­cia, aż wresz­cie Kel­la­nved pod­bił cały kon­ty­nent. Dokąd­kol­wiek poma­sze­ro­wały jego oddziały, opór sta­wiały im kon­tyn­genty Gwar­dii. Od Kan po Tali, a nawet na rów­ni­nach Seti najemne kom­pa­nie Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii wal­czyły pod cho­rą­gwiami ze srebr­nym smo­kiem prze­ciwko berłu wid­nie­ją­cemu na sztan­da­rach mala­zań­skich najeźdź­ców. W końcu jed­nak, po kil­ku­dzie­się­ciu latach, padła ostat­nia z ich rodo­wych twierdz, for­teca rodziny D'Avore w Górach Fen­nów, zwana Cyta­delą. Kel­la­nved znisz­czył ją trzę­sie­niem ziemi, zabi­ja­jąc przy tym tysiące wła­snych ludzi.

Wędro­wiec umilkł, wpa­tru­jąc się w ogień. Otwo­rzył się z jakie­goś nie­zna­nego powodu i ostat­nio powie­dział Ere­kowi wię­cej niż pod­czas wszyst­kich spę­dzo­nych razem mie­sięcy.

- Sły­sza­łem wiele opo­wie­ści o tym cesa­rzu - ode­zwał się cicho olbrzym po chwili ocze­ki­wa­nia. - Dla­czego nie rzu­cił prze­ciwko Gwar­dii swych strasz­li­wych Imas­sów?

Wędro­wiec wpa­try­wał się w ogień tak inten­syw­nie - być może przy­wo­łu­jąc dawne wspo­mnie­nia - że Ereko był prze­ko­nany, że nie usły­szy odpo­wie­dzi.

- Sły­sza­łeś o Ślu­bach K'azza? - zapy­tał jed­nak męż­czy­zna, nie rusza­jąc się z miej­sca.

- Wiem, że poprzy­siągł wal­czyć z Mala­zań­czy­kami.

- To i wię­cej. Znacz­nie wię­cej. Wieczna walka aż do chwili upadku impe­rium. Przy­sięga połą­czyła sze­ściu­set męż­czyzn i kobiet w jedną całość. Podej­rze­wam, że te więzy oka­zały się sil­niej­sze, niż tego ocze­ki­wali. Kel­la­nved roz­ka­zał Imas­som ich zmiaż­dżyć, ale oni odmó­wili.

To zasko­czyło Ereka.

- Dla­czego mie­liby tak postą­pić?

Nie­wiele rze­czy na świe­cie w tej mło­dej epoce budziło w nim strach, a jedną z nich była ta armia mar­twia­ków.

- Nikt nie wie na pewno. Sły­sza­łem jed­nak...

Wędro­wiec umilkł, pogrą­ża­jąc się w zamy­śle­niu.

- Tak? Co sły­sza­łeś?

Męż­czy­zna skrzy­wił się, być może uwa­ża­jąc, że powie­dział już za wiele. Poła­mał gałązkę na kawa­łeczki, rzu­ca­jąc je kolejno do ognia.

- Sły­sza­łem tylko, że oznaj­mili, że nie godzi się im sprze­ci­wiać takim Ślu­bom. Jestem jed­nak pewien, że w tej chwili wszy­scy, któ­rzy je zło­żyli, uwa­żają je raczej za klą­twę.

***

Po trzech dniach natknęli się na pierw­szą osadę. Nędzną wio­skę rybacką. Wędro­wiec kazał Ere­kowi scho­wać się w lesie i ruszył sam do osady, by nie wywo­ły­wać paniki. Oka­zało się jed­nak, że widok samot­nego czło­wieka wyła­nia­ją­cego się z lasu i tak ją spo­wo­do­wał. Z chat wybie­gli starcy i mło­dzieńcy, uzbro­jeni we włócz­nie, oszczepy oraz łuki. Wędro­wiec per­trak­to­wał z nimi na skraju wio­ski, gdzie spo­mię­dzy drzew wypły­wał stru­mień, prze­ci­na­jący błota i wpa­da­jący do oce­anu.

Wró­cił sam.

- To nie­ufna zgraja. Boją się tego co zawsze. Nie jestem pewien, czy zdo­ła­łem ich uspo­koić. Ruszajmy dalej na połu­dnie. Miej oko na dobre drzewa.

- Drzewa? A więc rze­czy­wi­ście chcesz zbu­do­wać łódź.

- Tak.

- I co potem?

- Potem zacze­kamy.

Ruszył przed sie­bie. Ereko omal nie roze­śmiał się w głos z wła­snej fru­stra­cji. Roz­mowa z tym czło­wie­kiem była nie­mal tak samo trudna, jak nego­cja­cje z naj­bar­dziej izo­la­cjo­ni­styczną z ras, Assa­ilami. Pokrę­cił głową i podą­żył za towa­rzy­szem. I pomy­śleć, że przez całe swoje nie­zwy­kle dłu­gie życie szczy­cił się wła­sną cier­pli­wo­ścią!

Wędro­wiec brnął przez gęste zaro­śla, od czasu do czasu zatrzy­mu­jąc się, by wska­zać jakieś drzewo i wyli­czyć jego zalety. Po chwili olbrzym przy­łą­czył się do tych spe­ku­la­cji i zaczęli się wymie­niać wie­dzą na temat sztuki wybie­ra­nia drzew do budowy moc­nych, ale ela­stycz­nych stat­ków oce­anicz­nych.

Doszedł do wnio­sku, że Wędro­wiec wie na ten temat cał­kiem sporo jak na czło­wieka.

***

Zapłata za nabra­jań­ski kon­trakt przy­była pod posta­cią ekwi­punku i broni, gar­bo­wa­nych skór, żela­znych sztab oraz zwie­rząt jucz­nych. Domy kupiec­kie, tra­dy­cyj­nie zaj­mu­jące się han­dlem nie­wol­ni­kami, z rado­ścią pła­ciły też żywym towa­rem, a Blask przyj­mo­wała tę walutę bez oporu. Masze­ro­wali na wschód, w dół rzeki, przez pagór­ko­wate tereny rol­ni­cze, cią­gnące się aż do wybrzeża. Gdy dotarli do traktu han­dlo­wego wio­dą­cego do nad­mor­skiego mia­sta Kurzan, któ­rego ist­nie­nie było dla ple­mie­nia Kyle'a jedy­nie pogło­ską, Blask roz­ka­zała zebrać nie­wol­ni­ków na błot­ni­stym polu.

Osło­nięta od szyi po łydki lśniącą kol­czugą kobieta trzy­mała hełm pod pachą, a jej dłu­gie czarne włosy powie­wały na wie­trze.

- My, Gwar­dzi­ści, nie uzna­jemy nie­wol­nic­twa - oznaj­miła zebra­nym. - I w związku z tym uwol­nimy was wszyst­kich.

Odpo­wie­działa jej pełna zdu­mie­nia cisza. Nawet współ­ple­mieńcy Kyle'a łypali na kobietę z nie­uf­no­ścią i nie­do­wie­rza­niem. Chło­pak wsty­dził się za nich.

- Ci, któ­rzy wybiorą to zaję­cie i z wła­snej woli zgo­dzą się słu­żyć w Gwar­dii, niech uda­dzą się pod sztan­dar celem prze­ba­da­nia i zaprzy­się­że­nia. Reszta może odejść swo­bod­nie.

Męż­czyźni i kobiety pra­gnący się zacią­gnąć do Gwar­dii stali w kolejce przez cały dzień. Ci, któ­rych odrzu­cono z powodu zaawan­so­wa­nego wieku albo złego stanu zdro­wia, wra­cali do cze­ka­ją­cych na uwol­nie­nie towa­rzy­szy. Gdy wresz­cie zapadł zmierzch, przy­ję­tym do służby ochot­ni­kom kazano odma­sze­ro­wać.

Nie potrzeba doda­wać, że pozo­sta­łych wcale nie uwol­niono. Z powro­tem zakuto ich w kaj­dany i odpro­wa­dzono. Nawet się zbyt­nio nie skar­żyli. Byli tak stłam­szeni, że praw­do­po­dob­nie sądzili, że wszystko to był jedy­nie pod­stęp, by wybrać naj­sil­niej­szych i naj­młod­szych i sprze­dać ich gdzie indziej. Być może w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tak było.

Zło­żona z bli­sko sied­miu tysięcy żoł­nie­rzy armia masze­ro­wała na wschód wzdłuż Wąskiej Rzeki. Po dwóch tygo­dniach Gwar­dia roz­biła obóz na wybrzeżu, na połu­dnie od Kurzanu, nad Prze­smy­kiem Anati, gdzie statki kotwi­czyły na spo­koj­nych, osło­nię­tych wodach. Na pół­nocy Kyle dostrze­gał blade zarysy szaro-brą­zo­wych wież por­to­wych murów.

- Statki! - zawo­łał Prze­chył, kle­piąc Kyle'a po ple­cach. - Statki - powtó­rzył, napa­wa­jąc się brzmie­niem tego słowa.

- Statki - powtó­rzył chło­pak. Znał je dotąd tylko z opo­wie­ści. Nie podo­bała mu się myśl o wej­ściu do brzu­cha jed­nego z nich. To wyda­wało się nie­na­tu­ralne. - I co teraz?

- Roz­bi­jemy obóz. Będziemy ćwi­czyć. I cze­kać.

- Co się dzieje?

Prze­chył popra­wił skó­rzaną cza­peczkę i podra­pał się po sza­rej szcze­ci­nie pora­sta­ją­cej mu twarz.

- Trwają nego­cja­cje, Kyle. Blask roz­ma­wia w mie­ście o wyna­ję­ciu stat­ków. - Stary sabo­ta­ży­sta skrzy­wił się, miaż­dżąc coś mię­dzy paznok­ciami. - Powiedz mi, chłop­cze, co sądzisz o pły­wa­niu?

- To nie­na­tu­ralne, żeby ludzie wcho­dzili do wody.

- No cóż, będziesz miał oka­zję się nauczyć.

***

W następ­nym tygo­dniu Kyle dołą­czył do grupy około czter­dzie­stu rekru­tów obojga płci, zmu­sza­nych do zanu­rza­nia się w błot­ni­stych wodach jed­nej z szer­szych odnóg delty Wąskiej Rzeki. Wete­rani nad­zo­ru­jący naukę tłu­mili wszel­kie oznaki buntu za pomocą pałek. Kyle cza­sami widział Prze­chyła, który sie­dział na brzegu, paląc fajkę, i doda­wał ćwi­czą­cym odwagi gło­śnymi okrzy­kami.

Już pierw­szego dnia prak­tyki Kyle prze­ko­nał się, że pil­nu­jący ich Gwar­dzi­ści mają też inne zada­nie. Nagle roz­legł się krzyk i ku ciem­nej tafli pomknęły bełty. Wody spie­niły się nagle i wynu­rzyła się potężna, długa bestia, kła­piąca pasz­czą i ude­rza­jąca dłu­gim, pokry­tym łuską ogo­nem. Wszy­scy pły­wacy pomknęli panicz­nie ku brze­gowi. Gdy bestia znik­nęła w głę­bi­nie, ci sami żoł­nie­rze zago­nili pał­kami rekru­tów z powro­tem do wody. Trzech mło­dzień­ców, któ­rzy kate­go­rycz­nie odmó­wili wej­ścia do niej, pobito do nie­przy­tom­no­ści i powle­czono gdzieś na bok.

Kyle zde­cy­do­wał, że nie podda się bez walki. Gdy żoł­nierka imie­niem Jaris, wete­ranka z Gena­bac­kis, spró­bo­wała go wepchnąć do błot­ni­stego kanału, pocią­gnął ją za sobą. Oboje zsu­nęli się ze skarpy i wpa­dli do wody. Sto­jący na brzegu i na pły­ci­znach żoł­nie­rze śmiali się i krzy­czeli, gdy Kyle i Jaris mio­tali się w męt­nej wodzie. Miał szczę­ście i udało mu się zajść kobietę od tyłu. Oto­czył jej szyję ramie­niem i myślał już, że uda mu się ją zmu­sić do zaję­cia jego miej­sca. Gdy jed­nak spró­bo­wał zanu­rzyć jej głowę, coś zim­nego i ostrego ukłuło go w kro­cze. Szarp­nął się, pró­bu­jąc wspiąć się na palce.

- Tak jest, chłop­cze - rze­kła ze śmie­chem Jaris. - W rzece jest też inny kąsacz i chce się dobrać do two­jej małej rybki. - Znowu ukłuła go w kro­cze. - To jak będzie? Chcesz poczuć jego uką­sze­nie?

Kyle puścił kobietę. Odsu­nęła się od niego, brnąc w się­ga­ją­cej pasa wodzie. Unio­sła szty­let o groź­nym wyglą­dzie.

- Mądra decy­zja, chłop­cze. Ale głupi pomysł. Są tu tacy, któ­rzy pchnę­liby cię tylko za to, że ich zamo­czy­łeś.

W końcu Kyle'a przy­dzie­lono do oddziału. Wydano im pły­waki z nadmu­cha­nych, pokry­tych smołą skór i kazano wio­sło­wać po rzece przez wiele godzin dzien­nie. Gwar­dzi­ści obser­wo­wali ich z brzegu i z wyso­kich, bagien­nych traw.

***

Ósmego dnia Kyle poznał kolejne zada­nie wyko­ny­wane przez pil­nu­ją­cych ich Gwar­dzi­stów. Z brzegu błot­ni­stej wyspy pośrodku odnogi dobie­gły nagle krzyki. Zewsząd zbie­gali się najem­nicy. Bro­dzili przez mroczne pły­ci­zny, a potem wpa­dali w wysoką trawę. Kyle i pozo­stali pły­wacy zatrzy­mali się, by zoba­czyć, co się dzieje.

Poja­wił się chło­piec w podar­tej blu­zie, wypło­szony z traw i rogoży. Wypadł boso na błot­ni­sty brzeg, oczy wypeł­niało mu prze­ra­że­nie. Jeden z Gwar­dzi­stów wysko­czył z ukry­cia i wepchnął go do wody. Obaj znik­nęli pod brą­zową powierzch­nią. Kyle pły­nął ku nim tak szybko, jak tylko mógł.

Najem­nik wynu­rzył się i wycią­gnął na brzeg bez­władne ciało. Kyle dopły­nął do brzegu i zoba­czył krew, która spla­miła błoto i pierś chło­paka. Zabójcą był niski wete­ran, Boll, ten sam, przed któ­rym ostrze­gał go Prze­chył. Mimo to Kyle pognał ku niemu przez płytką wodę. Uniósł głowę mar­twego chło­paka.

- Dla­czego musia­łeś go zabić?

Wete­ran zaczął czy­ścić i oli­wić nóż, igno­ru­jąc Kyle'a.

- To był tylko dzie­ciak. Dla­czego musia­łeś go zabić?

- Zamknij się. To roz­kaz. Nie tole­ru­jemy szpie­gów.

- Szpie­gów? - Kyle nie wie­rzył wła­snym uszom. - Szpie­gów? Może chciał tylko popa­trzeć? Może był cie­kawy? Każdy by się zain­te­re­so­wał.

- Uwa­żaj, co mówisz. Ja nie jestem taki miły, jak ta gena­bac­kań­ska krowa, Jaris.

Kyle omal nie rzu­cił się na krę­pego nożow­nika, pocho­dzą­cego ponoć z jakie­goś miej­sca zwa­nego Ehr­li­ta­nem. Boll jed­nak na­dal trzy­mał w rękach nóż, on zaś miał tylko ten śmieszny pęcherz z koziej skóry. Uniósł go nad głowę.

- Jesteś jak ten worek, Boll. Tak samo nadęty. - Chło­pak roze­rwał zamknięty smołą otwór. Stru­mień powie­trza wydo­stał się na zewnątrz z odgło­sem przy­po­mi­na­ją­cym pierd­nię­cie. - I też robisz mnó­stwo hałasu.

Boll wyrwał mu pęcherz z rąk.

- Nie pro­wo­kuj mnie. To nie zabawa.

Poja­wili się inni Gwar­dzi­ści i prze­go­nili Kyle'a gestami. Chło­pak poszedł poszu­kać nowego pęche­rza, a najem­nicy cisnęli ciało w gęstą, bagienną trawę.

***

W następ­nym tygo­dniu ktoś obu­dził Kyle'a kop­nia­kiem w samym środku nocy. Chło­pak wpa­trzył się w ciem­ność. Noc była bez­k­się­ży­cowa i led­wie zdo­łał doj­rzeć syl­wetkę sto­ją­cego nad nim męż­czy­zny.

- Wsta­waj. Zbiórka na plaży. Bie­giem.

To był Okop, jego sier­żant.

- Tak jest.

Zebrał zbroję i ekwi­pu­nek w sła­bym bla­sku węgiel­ków, a potem poszedł na plażę. Zgro­ma­dziła się tam mie­sza­nina rekru­tów i wete­ra­nów zbi­tych w małe grupki. Okop, ubrany tylko w pan­ta­lony i skó­rzaną kami­zelkę, wyrwał chło­pa­kowi z rąk ładu­nek.

- Nie będziesz tego potrze­bo­wał.

Sier­żant ruszył ku pozo­sta­łym rekru­tom. Skra­dacz pod­szedł do Kyle'a i uklęk­nął obok, by pomóc mu przej­rzeć rynsz­tu­nek.

- Zabierz nóż - wyszep­tał. - Owiąż sznu­rek cia­sno wokół szyi. - Prze­rzu­cił nie­do­brane frag­menty zbroi. - Włóż samą skórę, bez wyściółki. Far­tuch jest w porządku. Idź boso.

- Co jest grane?

- Pły­niemy do stat­ków. Sły­sza­łem, że nego­cja­cje zakoń­czyły się nie­spo­dzie­wa­nym fia­skiem.

Kyle wło­żył skó­rzane frag­menty zbroi.

- Nie­spo­dzie­wa­nym? Mam wra­że­nie, że tę akcję przy­go­to­wy­wano już od dłuż­szego czasu.

- To była jedna z opcji. Muszę przy­znać, że Blask wygląda na sprytną.

Kyle spoj­rzał na morze, ale nic tam nie zoba­czył. Wody Prze­smyku były spo­kojne i gład­kie. Nie czuł nawet śladu wia­tru, ale pano­wały tu ciem­no­ści jak w jaskini.

- Ni cho­lery nie widzę.

- Nie przej­muj się. Będziemy mieli świa­tło.

Chło­pak wziął w rękę tul­war. Oręż ważył z górą kamień.

- Zostaw go - pora­dził Skra­dacz.

- Chcę go zabrać.

- To cho­ciaż pozbądź się tej cho­ler­nej pochwy. Zawieś go sobie na szyi. Jeśli okaże się za ciężki, prze­tnij rze­mień.

- Ni­gdy się z nim nie roz­stanę.

Po czole Skra­da­cza prze­biegł spazm iry­ta­cji.

- A niech cię Mroczny Łowca porwie! To twój pogrzeb.

Wysoki zwia­dowca odda­lił się ze zło­ścią. Kyle zna­lazł w koszach pęche­rze. Żoł­nie­rze i żoł­nierki przy­tra­czali je sobie do piersi. Chło­pak owią­zał rze­mień wokół nowego uchwytu tul­wara, prze­ło­żył go przez ramię i zawie­sił na szyi. Najem­nicy prze­py­chali się obok niego, zanu­rza­jąc stopy w nie­mal cał­ko­wi­cie nie­ru­cho­mej wodzie.

- Dokąd pły­niemy? - zapy­tał Kyle.

- Cisza - wysy­czał ktoś.

- Niech Kap­tur połknie ci język.

Chło­pak prze­łknął ripo­stę i dołą­czył do sze­regu pra­wie zupeł­nie nagich męż­czyzn i kobiet wcho­dzą­cych do wody.

Oka­zała się prze­ra­ża­jąco zimna. Palce jego nóg i rąk nie­mal natych­miast wypeł­niło mro­wie­nie. Co mu przyj­dzie z broni, jeśli po dopły­nię­ciu na sta­tek będzie zbyt odrę­twiały, by jej użyć? Czy ktoś o tym pomy­ślał?

Zatrzy­mał się, gdy woda się­gnęła mu pasa. Odwró­cił się, chcąc kogoś zapy­tać, co dalej, ale go popchnięto.

- Ruszajmy.

- Nie zostało nam wiele czasu.

- Do czego? - wysy­czał.

Łapa wiel­ko­ści łopaty zła­pała go za kol­czugę i pocią­gnęła do tyłu. Chło­pak odwró­cił się i ujrzał w mroku potężną syl­wetkę Sza­rej Grzywy. Ni­gdy dotąd nie widział go bez zbroi. Rene­gat wyglą­dał bez niej chyba jesz­cze bar­dziej impo­nu­jąco. Potężną pierś pora­stały mu siwe, pozle­piane od wody włosy. Na musku­lar­nych ramio­nach były czarne.

- Płyń do czwar­tego statku - mruk­nął basem, potrzą­sa­jąc Kyle'em.

- Czwar­tego?

- Czwar­tego od końca, chłop­cze.

- Aha. Tak. A co z zim­nem?

Rene­gat zamru­gał, wyraź­nie zdzi­wiony.

- Jakim zim­nem?

Niech go Wiatr ma w swej opiece.

- A ty do któ­rego statku pły­niesz?

- Statku? Na zęby Tre­acha, ni­gdzie nie płynę.

- Nie?

- Nie. Woda i ja nie zga­dzamy się ze sobą.

Rene­gat popchnął Kyle'a naprzód, nim chło­pak zdą­żył zadać sobie pyta­nie, czy mówił poważ­nie. Pły­nął, poru­sza­jąc mia­rowo nogami, jak go uczono. Trzy­mał pęcherz przy piersi, ale nie naci­skał na niego mocno, nie wytę­żał mię­śni rąk i nóg, oszczę­dza­jąc siły. Wkrótce oto­czyła go ciem­ność. Gwiazdy wypeł­niały cały fir­ma­ment, odbi­ja­jąc się w nie­sa­mo­wi­cie spo­koj­nej tafli zatoki. Ludzie poru­szali gwał­tow­nie nogami, roz­pry­sku­jąc wodę. Ze wszyst­kich stron dobie­gały go prze­kleń­stwa i wes­tchnie­nia. Kyle wytę­żał wzrok, ale nie widział ani jed­nego statku, nie wspo­mi­na­jąc już o czte­rech.

Nie prze­sta­wał poru­szać nogami. Zimno wni­kało mu w koń­czyny, wywo­łu­jąc nara­sta­jące odrę­twie­nie. Zadał sobie pyta­nie, czy nie pływa wkoło. Jak mógłby się zorien­to­wać? On albo kto­kol­wiek z nich? Nie miał jed­nak sił, by zawo­łać towa­rzy­szy. Zęby mu dzwo­niły, a w mię­śniach ramion chwy­tały go kur­cze.

Usły­szał nie­zbyt odle­głe woła­nie. Bła­ga­nie o pomoc. Rekrut - głos brzmiał młodo. Wpadł w panikę albo dopa­dły go kur­cze. Roz­legł się plusk, a po nim nagłe wes­tchnie­nie. Potem zapa­dła prze­ra­ża­jąco długa cisza. Kyle prze­stał poru­szać nogami. Uno­sił się na wodzie, wytę­ża­jąc słuch. Bogo­wie, wszę­dzie wokół. Do jakiego brac­twa wstą­pił? Czy... czy mogli zabić jed­nego ze swo­ich?

Ktoś na niego wpadł. Chło­pak się wzdry­gnął, pęcherz omal nie wyśli­znął mu się z rąk, jak wysma­ro­wana tłusz­czem świ­nia. Mało bra­ko­wało, a krzyk­nąłby: "Nie!".

- Ruszaj się.

Kyle nie znał tego głosu, choć pozna­wał pół­noc­no­ge­na­bac­kań­ski akcent.

- Ni cho­lery nie widzę - wysa­pał.

- Nie­ważne. Ruszaj się, żeby się ogrzać.

Z tym nie spo­sób było się spie­rać. Mroczna syl­wetka go wyprze­dziła. Zaczął poru­szać nogami, sta­ra­jąc się nie stra­cić Gwar­dzi­sty z oczu.

Dolną połową jego ciała zawład­nęło zimno. Tak przy­naj­mniej się czuł; lodo­waty uścisk wody prze­ciął jego ciało w pasie. Na­dal poru­szał dol­nymi koń­czy­nami, choć w ogóle już ich nie czuł. Przy­ci­ska­jące pęcherz do piersi ręce rów­nież odrę­twiały mu cał­ko­wi­cie. Cię­żar wiszą­cego z lewej strony mie­cza cią­gnął go w głę­binę. Zęby dzwo­niły mu bez ustanku.

- Już bli­sko - wyszep­tał ktoś za nim. Kyle mógł jedy­nie chrząk­nąć w odpo­wie­dzi. - W prawo.

- Czwarty sta­tek? - wyją­kał chło­pak.

- Niech to Kap­tur całuje. To sta­tek, tak? No to wła­zimy! Teraz skręć. Wycią­gnij rękę.

Kyle uniósł odrę­twiałą koń­czynę i poczuł zimne, śli­skie deski.

- Jak...?

- Tam jest dra­binka.

Prze­su­nął się naprzód i zdo­łał zaha­czyć rękę o dra­binkę sznu­rową. Powoli wspiął się na pierw­sze drew­niane szcze­ble. Z góry wysu­nęły się pomocne ręce i wcią­gnęły go na pokład. Leżał na cie­płych deskach, oddy­cha­jąc z wysił­kiem.

- Jest jesz­cze jeden... pomóż­cie mu.

Mroczna syl­wetka wychy­liła się za burtę.

- Nie ma tam nikogo - stwier­dził męż­czy­zna i odda­lił się bez­gło­śnie.

***

Oka­zało się, że sta­tek już zdo­byto. Kyle grzał się przy pie­cyku kok­so­wym usta­wio­nym na śród­o­krę­ciu. Obok prze­bie­gli dwaj Gwar­dzi­ści.

- Odpły­wamy? - zapy­tał jed­nego z nich chło­pak.

Najem­nik zatrzy­mał się, omia­ta­jąc go wzro­kiem.

- Jesteś nowy, hej?

- Tak.

- Kto ode­brał twoją przy­sięgę?

- Prze­chył.

Męż­czy­zna ski­nął głową. To imię zro­biło na nim wra­że­nie. Kyle zadał sobie pyta­nie, co jest tak impo­nu­ją­cego w sta­rym, jed­no­rę­kim sabo­ta­ży­ście.

- Wiesz coś o stat­kach?

- Nie.

- W takim razie od tej chwili ofi­cjal­nie jesteś w pie­cho­cie mor­skiej. Znajdź sobie jakąś zbroję i broń, przede wszyst­kim coś do strze­la­nia. Przy­go­tuj się do blo­kady.

- Blo­kady?

- Ehe. Musimy im zabrać wszyst­kie statki.

Kyle stłu­mił śmiech nie­do­wie­rza­nia.

- To całe mia­sto!

Gwar­dzi­sta uśmiech­nął się. Białe zęby bły­snęły w ciem­no­ści.

- No to wystar­czą nam naj­lep­sze. - Uśmiech znik­nął. - Zejdź pod pokład po ekwi­pu­nek.

- Tak jest.

Kyle spo­dzie­wał się zoba­czyć na dole krwawą jatkę, szedł więc po stro­mych schod­kach bar­dzo powoli. To, co tam ujrzał, zanie­po­ko­iło go jed­nak znacz­nie bar­dziej. Wszyst­kie ładow­nie i kory­ta­rze z kojami pod ścia­nami były puste. Nie było tu nikogo, żywego ani mar­twego. Gdzie się wszy­scy podziali? Co tu się wyda­rzyło? Ni­gdzie nie zna­lazł też broni ani zbroi.

Wtem od strony rufy dobiegł szczęk metalu. Kyle uniósł tul­war i ruszył w tamtą stronę. Wąski kory­tarz koń­czył się pomiesz­cze­niem zapcha­nym ławami i sto­łami. Otwarte drzwi pro­wa­dziły dalej. Meta­liczny odgłos nie cichł. Chło­pak zaj­rzał za nie i zoba­czył plecy bosego męż­czy­zny w mokrej koszuli i spodniach, szar­pią­cego się z zamknię­tymi na rygiel i łań­cuch drzwiami szafki.

- Chwi­leczkę - rzekł męż­czy­zna po taliań­sku, nie odwra­ca­jąc się.

Kyle zadał sobie pyta­nie, skąd mógł wie­dzieć o jego obec­no­ści. Był pewien, że skrzy­pie­nie koły­szą­cego się statku zagłu­szyło jego kroki.

- Dobra.

Znowu roz­legł się grze­chot i łań­cuch opadł.

- Ha! - Męż­czy­zna otwo­rzył drzwi.

W środku znaj­do­wały się półki z włócz­niami, łukami i mie­czami.

- Pomóż mi wnieść to na górę.

- Gdzie są wszy­scy? To zna­czy załoga.

Gwar­dzi­sta zajął się otwie­ra­niem kolej­nych zam­ków. Kyle zauwa­żył, że ma wielki pier­ścień z klu­czami.

- Kupcy - stwier­dził z wes­tchnie­niem. - Zamy­kają broń, ale doma­gają się ochrony przez cały czas. - Jego czarne, krótko obcięte włosy błysz­czały jak mokre futro. Głę­bo­kie bruzdy na twa­rzy spra­wiały wra­że­nie goto­wych prze­ro­dzić się w per­ma­nentny uśmiech. - Załoga? Została tylko sym­bo­liczna wachta. Nie­któ­rzy wal­czyli, inni wysko­czyli za burtę.

- Jak wygląda plan?

Męż­czy­zna znie­ru­cho­miał, zmarsz­czył brwi, a potem znowu się uśmiech­nął.

- Plan? Aha, jesteś nowy. Mamy zdo­być statki.

- Rozu­miem. Zdo­być statki.

Gdzieś, nie­byt daleko, zahu­czał grom. Sta­tek zako­ły­sał się gwał­tow­nie. Kyle zasę­pił się zdzi­wiony. W uśmie­chu Gwar­dzi­sty poja­wiła się nuta nie­cier­pli­wo­ści.

- Zaczęło się. Ruszajmy - rzekł, uno­sząc narę­cze broni.

***

Na pokład padała słaba, poma­rań­czowa łuna. Kurzań­skie nabrzeże stało w pło­mie­niach. Na oczach Kyle'a jedną z por­to­wych wież wstrzą­snęła eks­plo­zja żółto-bia­łego ognia. Budowla pochy­liła się, a potem runęła na zie­mię ze strasz­liwą, powolną gra­cją. W zatoce roz­legł się kolejny wybuch.

- Coś wpie­niło Dymka - wyszep­tał Gwar­dzi­sta.

- Co będzie ze stat­kami?

- Nie martw się. Cze­piec by go zabił.

- Zbli­żają się! - zawo­łał ktoś na dzio­bie.

- Widzisz? - zapy­tał ze śmie­chem Gwar­dzi­sta. - Potrze­bo­wali tylko odro­biny zachęty.

- A co mamy zro­bić, jak już się zja­wią? - zapy­tał mło­dzie­niec.

Najem­nik popa­trzył nań z zasko­cze­niem.

- Prze­pra­szam, cią­gle zapo­mi­nam. Nam, wete­ra­nom, trudno o tym pamię­tać. Nazy­wam się Cole. A ty?

- Kyle. Czy jesteś... Zaprzy­się­żony?

- Tak. - Cole wska­zał dwóch sto­ją­cych obok Gwar­dzi­stów. - Ja będę bro­nił pokładu. Wy osła­niaj­cie mnie z flank. Umiesz strze­lać z łuku? - zapy­tał, wska­zu­jąc Kyle'a.

- Tak.

- Świet­nie. Dołącz do czło­wieka sto­ją­cego na for­deku. Słu­chaj jego roz­ka­zów.

- Tak jest.

Kyle zebrał tyle strzał, ile zdo­łał udźwi­gnąć.

Męż­czy­zna sto­jący na wysoko unie­sio­nym pokła­dzie dzio­bo­wym był chudy i blady. Miał na sobie mokrą płó­cienną koszulę i spodnie z nie­gar­bo­wa­nej skóry. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że mar­z­nie strasz­li­wie, bo oplótł się rękoma i tupał w pokład.

- Jesteś łucz­ni­kiem? - zapy­tał Kyle'a, mówiąc po taliań­sku z wyraź­nym akcen­tem.

- Umiem strze­lać.

- Dobra. Wypró­buj te łuki. Znajdź jakiś, który ci odpo­wiada.

Chło­pak nacią­gnął cię­ciwę i oddał próbny strzał w ciem­ność. Łuk był słaby, ale celny.

- Jak wygląda plan?

- Ja wybie­ram cele. Ty w nie tra­fiasz.

- Dobra.

Chcąc lepiej poznać łuk, Kyle oddał jesz­cze kilka prób­nych strza­łów.

- Jesteś miej­sco­wym rekru­tem? - zapy­tał męż­czy­zna.

- Tak. Nazy­wam się Kyle. A ty?

- Par­sell. Lurg­man Par­sell. Pocho­dzę z Gena­bac­kis. - Męż­czy­zna spoj­rzał na ciemną zatokę. W jej spo­koj­nych wodach odbi­jał się blask pło­mieni. - Nie­spełna trzy mile! - zawo­łał do ludzi na śród­o­krę­ciu.

- Widzę ich! - odkrzyk­nął Cole.

Kyle wytę­żył wzrok. Led­wie mógł wypa­trzyć mroczne syl­wetki i jasne linie na dzio­bach. O zauwa­że­niu celów nie było mowy. Jak miał w cokol­wiek tra­fić?

- Hmm, jest pewien pro­blem. Nic nie widzę.

- Nie widzisz? - Lurg­man wes­tchnął, się­gnął pod koszulę, wydo­był stam­tąd skó­rzany wore­czek i wycią­gnął z niego kawa­łek naoli­wio­nej szmatki. - Spró­buj, może coś jesz­cze zostało.

- Co mam z tym zro­bić?

- Potrzyj sobie oczy. Tylko ich nie zamy­kaj. Muszą być otwarte.

- Czy to boli?

- Jak­byś jeź­dził pil­ni­kiem.

Kyle przyj­rzał się szmatce z nie­pewną miną.

- Muszę to zro­bić?

Nad zatoką poniósł się echem łoskot odle­głych strza­łów z kusz i kata­pult. Zapa­la­jące poci­ski pomknęły wysoko w noc. Gdy opa­dały, ujrzeli w ich świe­tle dzie­siątki zbli­ża­ją­cych się okrę­tów.

- Nie ma wyboru.

Kyle otwo­rzył sze­roko oko i przy­ci­snął do niego szmatkę. Wzdry­gnął się, war­cząc i prze­kli­na­jąc, gdy poczuł dzia­ła­nie kwasu.

- Niech cię Wiatr porwie! Bogo­wie, czło­wieku! Bogo­wie!

- Teraz dru­gie. Szybko!

- Pozbądź­cie się tych dwóch galer! - ryk­nął Cole. - Nie chcemy ich tutaj.

- Tak jest.

Kyle zamru­gał. Oczy zaszły mu łzami. Wypro­sto­wał się i ujrzał przed sobą nie­mal mono­chro­ma­tyczny obraz. Pożary gorzały ośle­pia­ją­cym bla­skiem, gwiazdy były palą­cymi punk­tami na noc­nym nie­bie. Wyraź­nie widział zbli­ża­jące się powoli galery. Z oddali dobiegł łoskot walki. Okręty zwarły się ze sobą.

Lurg­man stę­kał i syczał z wysiłku. Zaci­snął powieki, wycią­ga­jąc ręce przed sie­bie. Wło­ski na karku i rękach Kyle'a sta­nęły nagle dęba. Chło­pak uświa­do­mił sobie, że jego towa­rzysz jest magiem, być może kolej­nym Zaprzy­się­żo­nym.

- Czy są w zasięgu? - wykrztu­sił Lurg­man przez zaci­śnięte zęby.

Dwie naj­bliż­sze galery, statki kupiec­kie o sze­ro­kich kadłu­bach, pró­bo­wały ich wymi­nąć z dwóch stron. Obie utra­ciły całą pręd­kość i koły­sały się na wodzie, jakby nagle stały się nie­ste­rowne. Na ich pokła­dach roiło się od żoł­nie­rzy. Kyle ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że wszyst­kie wio­sła są wypa­czone i powy­gi­nane. Nie nada­wały się już do niczego.

- Teraz tak.

Posy­pały się na nich strzały. Kyle skrył się za nad­bur­ciem, lecz Lurg­man nie ruszał się z miej­sca.

- Wstań. Nie tra­fią w nas. - Nagle wzdry­gnął się jak ude­rzony. - Strzeż się maga! - ryk­nął.

W tej samej chwili na pokład spa­dła kula gore­ją­cej jaskra­wym bla­skiem ener­gii. Krą­żyła bez­ład­nie, aż wresz­cie odbiła się ryko­sze­tem od masztu i tra­fiła w beczkę, pochła­nia­jąc ją w ogłu­sza­ją­cej eks­plo­zji.

- Zała­tw­cie go! - wrza­snął obu­rzony Cole.

- Tak jest - odpo­wie­dział Lurg­man. Przyj­rzał się z uwagą obu nie­przy­ja­ciel­skim gale­rom.

Na nad­bur­cia spa­dły haki abor­da­żowe. Statki zbli­żały się do nich z obu stron. Za nimi dwie wojenne galery, z jakie­goś nie­do­strze­gal­nego dla Kyle'a powodu zaczęły nagle pogrą­żać się w sto­sun­kowo spo­koj­nych falach. Żoł­nie­rze wyle­gli na pokłady, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zrzu­cić zbroje. Nie­któ­rzy wypa­dali za burtę, by natych­miast znik­nąć w mor­skich odmę­tach. Chło­pak po raz pierw­szy poczuł się bez­piecz­nie w cien­kim, skó­rza­nym stroju.

- Tam! - zawo­łał Lurg­man, łapiąc go za ramię. - Na rufie. Stary facet w ciem­nym kape­lu­szu przy­po­mi­na­ją­cym kap­tur. Ma na szyi złoty łań­cuch.

Kyle zauwa­żył go, wyce­lo­wał i wystrze­lił. Strzała zawi­sła na moment w ciem­no­ści, a potem wbiła się w gar­dło męż­czy­zny sto­ją­cego obok maga. Ten skie­ro­wał wzrok na Kyle'a. Jego oczy zamie­niły się w świe­tli­ste szparki. Uniósł dło­nie i wyko­nał kilka gestów. Na pal­cach lśniły mu klej­noty i złoto.

- Uwa­żaj na plecy! - krzyk­nął ktoś za Kyle'em.

Chło­pak odwró­cił się i zoba­czył na dru­gim końcu pokładu ciem­nie­jącą plamę, kłę­biącą się jak ole­isty dym.

- Lurg­man! - ostrzegł towa­rzy­sza.

Mag odwró­cił się i roz­dzia­wił usta z wra­że­nia.

- Niech to Kap­tur prze­klnie! Cole! Przy­wo­ła­nie!

Kyle zer­k­nął na śród­o­krę­cie i zoba­czył, że Cole'a i jego dwóch towa­rzy­szy oto­czyło morze kurzań­skich żoł­nie­rzy.

Mag pocią­gnął chło­paka do przodu.

- Daj mi tro­chę czasu. Czasu!

Z por­talu groty wyło­niła się szpo­nia­sta, pokryta łuską stopa. Potem wyj­rzała z niej długa twarz, rów­nież pokryta oliw­kową łuską, jak u owada. Kyle uniósł tul­war i przy­ci­snął klingę do ust.

Niech mnie Wiatr ma w swo­jej opiece!

Ruszył przed sie­bie. Zgar­bił się gotowy na potężne ciosy.

Demon, przy­wo­ła­niec, czy co to wła­ści­wie było, wycią­gnął rękę, jakby chciał po pro­stu zła­pać chło­paka w szpo­nia­stą dłoń. Kyle zamach­nął się tul­wa­rem. Broń gładko prze­cięła przed­ra­mię i dłoń runęła na pokład. Mon­strum wrza­snęło. Na mło­dzieńca try­snął stru­mień gorą­cej posoki. Popa­rzony chło­pak odsko­czył do tyłu. Zamru­gał, by oczy­ścić oczy.

Na scho­dach wio­dą­cych na for­dek poja­wili się kurzań­scy żoł­nie­rze, cof­nęli się jed­nak na widok trwa­ją­cej tam walki.

Bestia zła­pała się za koniec przed­ra­mie­nia. Z rany buch­nął dym. Bies cof­nął rękę, odsła­nia­jąc pokryty stward­niałą bli­zną kikut. Poru­szył szczę­kami, wyda­jąc serię trza­sków i zgrzy­tów. Kyle w jakiś spo­sób zro­zu­miał słowa.

- Kim jesteś, że mi to uczy­ni­łeś?

- Tylko żoł­nie­rzem - odpo­wie­dział. Sam nie miał poję­cia, co się wła­ści­wie przed chwilą stało.

Posy­pały się na nich strzały, ale coś je odbi­jało. Wodę pokryły pło­mie­nie, ogar­nia­jąc galerę, która sta­ra­no­wała sta­tek sąsia­du­jący ze stat­kiem Kyle'a. Stwór się wypro­sto­wał.

- Nie ostrze­żono mnie, że czeka tu ktoś tak wyso­kiej rangi. Spró­bujmy się więc.

Nagle bies zaczął top­nieć. Mło­dzie­niec nie potra­fił opi­sać tego ina­czej. Jego kera­ty­nowe łuski, szkie­let zewnętrzny, czy może zbroja, odkształ­cały się i spły­wały w dół. Istota zwa­liła się na kolana. Nim jej czaszka zapa­dła się niby sto­piony wosk, Kyle zdą­żył ujrzeć w czar­nych oczach coś, co uznał za grozę i zdu­mie­nie.

Chło­pak wró­cił do burty i zoba­czył, że Lurg­man osu­nął się na pokład z jedną ręką prze­wie­szoną przez nad­bur­cie. Pomógł mu wstać.

- Jak to zro­bi­łeś? - wyszep­tał zdu­miony.

- Mógł­bym o to samo zapy­tać cie­bie - odparł mag ochry­płym gło­sem.

Z nosa cie­kła mu krew. Jego oczy przy­brały kar­mi­nową barwę. Przy­mru­żył powieki i zwró­cił się w stronę wody. Kyle spoj­rzał w tym samym kie­runku. Kurzań­skiego maga pod­trzy­my­wało kilku ludzi. Kape­lusz spadł mu z głowy, odsła­nia­jąc błysz­czącą łysinę.

- A więc zostaje nam bru­talna siła - wark­nął pod nosem Lurg­man. - Czy rzu­casz lepiej, niż strze­lasz?

- Z tej odle­gło­ści tak.

- To rzuć tym.

Mag wrę­czył mu kulkę przy­po­mi­na­jącą kamień do procy. Kyle zwa­żył ją w ręce i ski­nął głową. Wyce­lo­wał, zamach­nął się sze­roko i rzu­cił. Kamyk wylą­do­wał nie­po­strze­że­nie gdzieś obok maga. Sto­jący na pokła­dzie rufo­wym ludzie zła­pali się nagle za twa­rze. Roz­dzia­wili usta wyglą­da­jące jak ciemne owale. Wyba­łu­szyli oczy. Wbi­jali zakrzy­wione palce we wła­sne ciała, aż wresz­cie wszy­scy runęli na pokład. Mag rów­nież. Kyle odwró­cił się. Poczuł, że żołą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła. Lurg­man usiadł zwró­cony tyłem do wody.

Chło­pak osu­nął się na pokład obok niego. Koń­czyny drżały mu z nad­miaru nie­wy­ko­rzy­sta­nej ener­gii.

- A więc tak Zaprzy­się­żeni zwy­kli koń­czyć spory.

- Zaprzy­się­żony? Ja? Bogo­wie, nie. Nie mam tak wyso­kiej rangi. Zresztą jestem z Gena­bac­kis. Żaden Zaprzy­się­żony nie pocho­dzi stam­tąd.

Kurzań­scy żoł­nie­rze ruszyli ostroż­nie w górę. Lurg­man uniósł rękę w groź­nym geście i cof­nęli się trwoż­nie.

- Ja byłem tylko uzdro­wi­cie­lem w Kocie, gdy na mia­sto napa­dli Mala­zań­czycy. Zwali nas kost­nymi magami. Byłem w tym cho­ler­nie dobry. Leczy­łem zła­ma­nia, pro­sto­wa­łem kości, usu­wa­łem zaka­że­nia. Jak sam widzia­łeś, nie jestem praw­dzi­wym magiem bojo­wym.

- Mógł­byś mnie nabrać.

Brzęk stali i szczęk zbroi na dol­nym pokła­dzie uci­chły.

Lurg­man zer­k­nął z ukosa na Kyle'a.

- A co z tobą? Jak brzmi opo­wieść o tym mie­czu?

Chło­pak wzru­szył ramio­nami.

- Dymek umie­ścił na nim inskryp­cję, jeśli o to pytasz.

Na szczy­cie scho­dów poja­wił się Cole. Bluza zwi­sała mu w krwa­wych strzę­pach wokół pasa. Na ramio­nach i piersi miał pełno płyt­kich ran. Z mokrych wło­sów spły­wał pot. Rozej­rzał się po for­deku i zmarsz­czył brwi.

- Myśla­łem, że demon was zeżarł.

- Mie­li­śmy farta - odparł Lurg­man.

- No to złaź­cie na dół, Krę­tacz. Trzeba uzdro­wić moich pomoc­ni­ków, zbli­żają się też kolejne okręty.

Kyle pomógł Lurg­ma­nowi wstać.

- Krę­tacz?

Mag uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- Krę­tacz - potwier­dził. - Uparli się tak mnie nazy­wać.

***

Nocą, w jało­wej, kamie­ni­stej doli­nie pło­nęło ogni­sko. Sie­dział przy nim męż­czy­zna opa­tu­lony w gruby płaszcz. Skalne urwi­ska lśniły w migo­tli­wym bla­sku pło­mieni. Męż­czy­zna nasłu­chi­wał odle­głego szumu fal, rzu­ca­jąc patyki do ognia. Wtem nad doliną roz­legł się fur­kot. Czło­wiek wstał i wpa­trzył się w nocne niebo.

Pośród krza­ków i kamieni nie­opo­dal wylą­do­wał skrzy­dlaty owad przy­po­mi­na­jący gigan­tyczną ważkę. Zsia­dła zeń zakuta w zbroję postać, poru­sza­jąca się sztywno i powoli.

Męż­czy­zna zrzu­cił płaszcz i pod­szedł do przy­by­sza. Dłu­gie, potęż­nie umię­śnione ręce zwi­sały mu luźno u boków. Stara, ogo­rzała twarz zmarsz­czyła się z rado­ści.

- Spóź­ni­łeś się, Hun­chell! - zawo­łał. - Ale i tak serce mi się raduje na twój widok.

Zbroja przy­by­sza lśniła złoto w bla­sku ogni­ska.

- Mój ojciec, Hun­chell, jest już za stary na takie loty, Zgnia­tacz. Nie­mniej przy­syła ci pozdro­wie­nia i zapew­nia o swej wier­no­ści. Jestem V'thell, jego pier­wo­rodny syn.

- Witaj na mojej skrom­nej wyspie.

Męż­czyźni uści­snęli sobie przed­ra­miona.

- To ma być nasz punkt zborny?

- Tak. Wyspa jest bez­pieczna. Będzie jed­nym z naszych skła­dów i punk­tów eta­po­wych.

- Rozu­miem.

Złoty Moranth, który przy­był tu z odle­głej pół­noc­nej Gena­bac­kis, przy­glą­dał się przez chwilę męż­czyź­nie, nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem. Z chi­ty­no­wej zasłony jego hełmu nie spo­sób było nic wyczy­tać.

- No dobra, zapy­taj o to - wychry­piał męż­czy­zna.

- Pro­szę bar­dzo. Dla­czego pod­ję­li­ście taką decy­zję? Ryzy­ku­je­cie znisz­cze­nie... wszyst­kiego.

- Nie możemy już dłu­żej przy­glą­dać się bier­nie, V'thell. Wszystko, co pró­bo­wa­li­śmy zbu­do­wać, stop­niowo się roz­pada. Ona nie rozu­mie, jak powinna funk­cjo­no­wać maszyna, którą stwo­rzy­li­śmy.

- Prze­cież sama uczest­ni­czyła w jej budo­wie.

Męż­czy­zna zaci­snął mocno usta.

- Ehe, masz rację. Nie twier­dzi­łem, że to było łatwe. - Zbył tę kwe­stię mach­nię­ciem ręki. - A co ze Srebr­nymi? Czy będą z nami?

- Tak.

- Tak. Możemy liczyć na eska­drę Srebr­nych. Przy­łą­czyła się też do nas garstka Zie­lo­nych. Jeśli zaś cho­dzi o Czar­nych i Czer­wo­nych... no cóż, zoba­czymy. Nie­bie­scy zawie­rają umowy trans­por­towe z każ­dym. Podej­rze­wam, że to oni naj­wię­cej sko­rzy­stają na tym inte­re­sie.

- Czyż nie jest tak zawsze? Odpocz­niesz chwilę?

- Nie, muszę zaraz lecieć.

- Pozdrów ode mnie ojca. Powiedz mu, że trzeba zacząć trans­por­to­wać ekwi­pu­nek. Wynaj­mij­cie tyle stat­ków Nie­bie­skich, ile tylko się da.

V'thell pochy­lił skrytą pod heł­mem głowę.

- Pro­szę bar­dzo.

Złoty Moranth wspiął się na sio­dło. Skrzy­dła quorla poru­szyły się, prze­ra­dza­jąc się w zama­zaną plamę. Męż­czy­zna pochy­lił głowę, by się osło­nić przed pia­skiem i pyłem wzbi­tym przez star­tu­jące stwo­rze­nie. Quorl znik­nął w ciem­no­ściach nocy. Po pew­nym cza­sie z mroku wyło­niła się kolejna postać, odziana w długi ciemny płaszcz z kap­tu­rem.

- Możemy im ufać?

Męż­czy­zna nazwany przez Moran­tha Zgnia­ta­czem par­sk­nął ochry­płym śmie­chem.

- Ehe, dopóki zacho­wamy szansę zwy­cię­stwa. Potem rene­go­cjują poro­zu­mie­nie. A co z tobą?

- Z moją wier­no­ścią? Czy moimi wie­ściami?

Zgnia­tacz uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

- Krążą pogło­ski o powro­cie Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii - oznaj­mił przy­bysz.

Męż­czy­zna prych­nął pogar­dli­wie.

- Sły­szymy je co roku. Zwłasz­cza gdy czasy są złe. Nie przy­wią­zy­wał­bym do tego wagi.

Przy­bysz uniósł głowę, ale pod kap­tu­rem na­dal pano­wała nie­prze­nik­niona ciem­ność.

- Czy roz­wa­ża­łeś moż­li­wość, że mogą rze­czy­wi­ście wró­cić? W końcu są wśród nich tacy, któ­rych imiona wciąż niosą się kosz­mar­nym echem.

- Wśród nas też.

- Kogo masz na myśli, mówiąc o nas? Das­sem odszedł. Kel­la­nved i Tan­cerz rów­nież. Któż z pozo­sta­łych zdoła się im oprzeć?

- Zawsze zwy­cię­ża­li­śmy w star­ciu z nimi.

- Jak dotąd.

Zgnia­tacz potarł kark.

- Jeśli pra­gniesz zapew­nień, ja ci ich nie udzielę. Rzu­camy kości, a Bliź­niaki decy­dują.

- Nie chcę nic zosta­wiać przy­pad­kowi.

- Zawsze o wszyst­kim decy­duje przy­pa­dek. Jeśli na­dal tego nie rozu­miesz, pew­nie już nic cię nie zmieni.

- Co mia­łoby mnie zmie­nić, jeśli nic nie zosta­wiam przy­pad­kowi?

- Jest coś jesz­cze?

- Nie. Prze­ko­na­łeś mnie w spra­wie Moran­thów. Złożę sto­sowny mel­du­nek.

- Zrób to.

Zakap­tu­rzona postać pochy­liła głowę.

- Będziemy w kon­tak­cie przez zwy­cza­jowe kanały.

- Ehe. Przez nie.

Męż­czy­zna - a może kobieta? - odda­lił się w noc.

Zgnia­tacz wpa­try­wał się w pło­mie­nie jesz­cze przez pewien czas. Wresz­cie wes­tchnął i strze­lił pal­cami. Roz­mowy ze zdraj­cami zawsze go iry­to­wały. Zwłasz­cza zdraj­cami ze Szponu. Ale z dru­giej strony sam teraz zali­czał się do tej kate­go­rii. Pamię­tał swe pierw­sze kon­takty z Moran­thami. Zmiaż­dżył wów­czas w uści­sku tuło­wiową zbroję jed­nego z nich. Wtedy wła­śnie nadali mu to śmieszne imię. Pro­ściej by było, gdyby mówili na niego "Crust" albo "Urko".

Wró­cił w myślach do obaw zdra­dziec­kiego szpona. W jego umy­śle poja­wiła się wizja Oprawcy, który kro­czył przez usiane tru­pami pole bitwy i odpie­rał wszel­kie moż­liwe ataki, nie prze­sta­jąc zabi­jać. Zadrżał. Niech Kap­tur jej pomoże, jeśli Oprawca wróci. Ale nie, wszel­kie ana­lizy wska­zy­wały, że po pro­stu wysła­łaby prze­ciwko nim cały stan Szponu, aż wresz­cie zosta­liby tylko regu­larni żoł­nie­rze. To może ją kosz­to­wać setki ofiar, ale w końcu zade­cy­duje prze­waga liczebna.

Tak czy ina­czej, muszą dzia­łać. To było twarde i okrutne, ale zamie­rzali zwy­cię­żyć, a to będzie naj­lep­sza szansa w tym poko­le­niu. Ponie­kąd było mu jej żal. Stała się więź­niem kosz­maru, który sama stwo­rzyła. Na Otchłań, może nawet im za to podzię­kuje. Był prze­ko­nany, że Laseen w końcu zro­zu­mie ich decy­zję. Zawsze wie­działa, co zna­czy koniecz­ność.

***

- Nie wytrzyma.

- Pew­nie, że wytrzyma.

- Nie. Ma za słabe wspar­cie z pra­wej. Mur z tej strony się zała­mie i całość runie.

- Nie runie. Cia­sno je uło­ży­li­śmy. Prze­ciw­na­prę­że­nie jest wystar­cza­jąco silne.

Dwoje żoł­nie­rzy mala­zań­skiej pie­choty mor­skiej sie­działo na ster­cie cegieł pod zwró­coną na wschód bramą Li Heng, zwaną Bramą Świtu, przy­glą­da­jąc się wynio­słemu zewnętrz­nemu łukowi masyw­nej wieży bram­nej. Na pół­noc i na połu­dnie od niej cią­gnęły się legen­darne mury kur­ty­nowe mia­sta: wyso­kie na dzie­sięć wzro­stów męż­czy­zny i nie­mal nie­znisz­czalne.

Z cie­ni­stej bramy - tak sze­ro­kiej, że mogłyby nią prze­je­chać obok sie­bie cztery rydwany - wyło­nił się męż­czy­zna w dłu­gich sza­tach. Rozej­rzał się, osła­nia­jąc oczy dło­nią, i zauwa­żył dwoje żoł­nie­rzy. Odwró­cił się i wrza­snął coś. Aku­styka dłu­giego tunelu spra­wiła, że jego słowa ponio­sły się echem, prze­cho­dząc w nie­ar­ty­ku­ło­wany ryk. Z tunelu wypadł drugi męż­czy­zna. Pod­biegł do pierw­szego i uniósł nad jego głową para­sol. Ten pierw­szy popra­wił szaty o sze­ro­kich ręka­wach i ruszył ku Mala­zań­czy­kom. Drugi dotrzy­my­wał mu kroku, uno­sząc wysoko para­sol.

- Hej, wy! Gdzie wasz dowódca?

Żoł­nie­rze popa­trzyli po sobie. Kobieta dotknęła pal­cem sfa­ty­go­wa­nej skó­rza­nej cza­peczki.

- Sędzio Ehr­lann, cóż cię spro­wa­dza na budowę, którą kie­ru­jesz? Idę o zakład, że to złe wie­ści.

Ehr­lann otarł twarz białą jedwabną chu­s­teczką, uśmie­cha­jąc się blado.

- Już dawno zauwa­ży­łem, że wy, hmm, sape­rzy, nie potra­fi­cie oka­zać sza­cunku. Jestem prze­ko­nany, że wyrok sądowy poprawi wasze maniery.

- Sły­sza­łeś, Sło­neczko? - zapy­tała kobieta. - Jeste­śmy sape­rami. Jak mamy budo­wać wam mury, jeśli nas ska­żesz?

- Pew­nie w łań­cu­chach - odparł z uśmie­chem sędzia. - Gdzie wasz dowódca?

- Pra­cuje.

Ehr­lann mach­nął ręką, odga­nia­jąc muchy.

- Chcia­łaś powie­dzieć, że jest pijany. Jamaer! Mio­tełkę!

- Skąd ci wezmę mio­tełkę? - zapy­tał Sło­neczko.

- Nie mówi­łem do was, dur­nie.

Słu­żący uniósł wolną ręką kij zakoń­czony pękiem wło­sów bhe­de­rin. Ehr­lann wziął od niego mio­tełkę i zaczął nią machać przed twa­rzą.

- Nie zada­waj­cie sobie trudu. Sam go znajdę.

Sędzia ruszył naprzód, poty­ka­jąc się o wala­jące się na ziemi cegły i kamie­nie. Jamaer kon­se­kwent­nie podą­żał za nim, uno­sząc para­sol.

Żoł­nie­rze popa­trzyli na sie­bie.

- Mamy za nim iść? - zapy­tała sabo­ta­żystka, popra­wia­jąc cza­peczkę na krótko obcię­tych kasz­ta­no­wych wło­sach.

- Storo może go zabić. To by źle wyglą­dało w sądzie.

- Masz rację.

Ruszyli za Ehr­lan­nem.

***

Sędzia zatrzy­mał się przed czymś w rodzaju mar­kizy, zro­bio­nej z woj­sko­wego płasz­cza zwi­sa­ją­cego ze szczytu wynio­słego bloku wapie­nia, do połowy pogrze­ba­nego w ziemi. Spod zasłony wyło­nił się męż­czy­zna. Wypro­sto­wał się chwiej­nie, zaka­słał i wytarł dło­nie o luźną, brudną kurtkę.

Dwoje sape­rów zasa­lu­to­wało dziar­sko.

- Mel­du­jemy się na roz­kaz, kapi­ta­nie Storo!

Storo prze­szył ich zło­wro­gim spoj­rze­niem, prze­łknął ślinę i skrzy­wił się, poczuw­szy jej smak.

- Sier­żan­cie. Co się znowu stało, Ehr­lann?

- Przy­sze­dłem zażą­dać otwar­cia Bramy Świtu. Zażą­dać, dowódco. Nasi budow­ni­czo­wie zapew­niają, że reno­wa­cja dawno już się skoń­czyła, a kon­struk­cja jest bez­pieczna. Naj­wyż­szy czas otwo­rzyć bramę dla kup­ców.

Storo podra­pał się po pożół­kłych, poro­śnię­tych szcze­ciną policz­kach. Uniósł rękę, osła­nia­jąc oczy przed słoń­cem.

- Czy to ci sami budow­ni­czo­wie, któ­rych pięść roz­ka­zała ci zwol­nić za przy­my­ka­nie oczu na kra­dzież budulca z muru?

- To był dro­biazg. Winne są te nie­po­żą­dane ele­menty.

Sędzia wska­zał mio­tełką obóz uchodź­ców roz­cią­ga­jący się po obu stro­nach wschod­niego traktu.

Storo spoj­rzał w tamtą stronę.

- Oni miesz­kają w namio­tach, Ehr­lann.

- Tak czy ina­czej, nie będzie­cie dłu­żej zwle­kać. Prace przy bra­mie dobie­gły końca. Jeśli okaże się to konieczne, Rada zawia­domi wielką pięść Ananda, że nie potrze­bu­jemy już usług jego sape­rów, a for­ty­fi­ka­cje Li Heng odzy­skały swą sta­ro­żytną chwałę.

Na Ehr­lanna padły pro­mie­nie słońca. Sędzia skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Wyżej, ty dur­niu! - wark­nął.

Jamaer uniósł para­sol.

- Możesz go zawia­da­miać, o czym chcesz - odparł ze spo­ko­jem Storo. Przy­kuc­nął, by unieść leżący pod bal­da­chi­mem hełm, i go zało­żył. - Anand i tak wysłu­cha tylko mojego raportu.

Ehr­lann otarł kro­pelki potu per­lące mu się na twa­rzy. Zła­pał się od przodu za szaty.

- Nie zmu­szaj Rady Sędziów do posta­wie­nia for­mal­nych zarzu­tów, kapi­ta­nie.

- Na przy­kład jakich? - zapy­tał Storo, mru­żąc powieki.

- Zda­rzyły się przy­padki ata­ków na oby­wa­teli, dowódco. Nęka­nia urzęd­ni­ków wyko­nu­ją­cych swe obo­wiązki.

Storo prych­nął pogar­dli­wie.

- Na twoim miej­scu nie pró­bo­wał­bym aresz­to­wać żad­nego z moich ludzi, Ehr­lann. Na przy­kład Jalor pocho­dzi z jed­nego z ple­mion z Sied­miu Miast. To by mu się nie spodo­bało. A Rell... - Storo pokrę­cił głową. - Wolę nie myśleć, co on by zro­bił. Zresztą pięść Rhe­ena nie uzna waszych cywil­nych naka­zów.

- Uzna. Miej­ski gar­ni­zon was nie poprze, dowódco.

- Chcesz powie­dzieć, że ich prze­ku­pi­łeś?

- Dowódco! Pro­te­stuję prze­ciwko takim insy­nu­acjom!

- Nie zada­waj sobie trudu, Ehr­lann. Rzut, Sło­neczko, jak brzmi wasza opi­nia na temat wieży bram­nej, tunelu i łuków?

- Spo­koj­nie wytrzy­mają pięć­dzie­siąt lat - zapew­niła Rzut.

- Wkrótce się zawalą. Raczej prę­dzej niż póź­niej - sprze­ci­wił się Sło­neczko.

- Sam widzisz - oznaj­mił sędziemu Storo.

Ehr­lann mach­nął mio­tełką przed twa­rzą, spo­glą­da­jąc na roz­mówcę.

- To zna­czy...?

- To zna­czy, że dosta­niesz swoją bramę. Jutro może­cie ją otwo­rzyć dla ruchu.

Sędzia się roz­pro­mie­nił. Roz­po­starł sze­roko ramiona, jakby miał zamiar uści­skać Stora.

- To wspa­niale, dowódco. Wie­dzia­łem, że dasz sobie prze­mó­wić do roz­sądku. Muszę przy­znać, że per­trak­ta­cje z wete­ra­nami, takimi jak wy, były dla nas cenną lek­cją. Tu, w głębi lądu, nie spo­ty­kamy takich ludzi zbyt czę­sto. Powiedz mi, jak to się nazywa ten kon­ty­nent, który pod­bi­li­ście ku chwale cesa­rzo­wej? Gan­ga­baka? Bena-gagan?

- Gena­bac­kis - odparł z wes­tchnie­niem Storo. - Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy pracy.

Ehr­lann zmarsz­czył brwi w gry­ma­sie nie­uf­no­ści.

- Słu­cham, dowódco?

- Cho­dzi o tamto wzgó­rze.

Storo uniósł pod­bró­dek, wska­zu­jąc nim na pół­noc.

- Tak? Wzgó­rze Katow­skie?

- Chcę je obni­żyć o jeden wzrost męż­czy­zny...

- Dwa wzro­sty - wtrą­ciła Rzut.

- Tak jest. O dwa.

Mio­tełka znie­ru­cho­miała.

- Chyba żar­tu­jesz, dowódco. - Ehr­lann wska­zał mio­tełką wzgó­rze. - Tam wła­śnie tra­cimy prze­stęp­ców. Tam mia­sto wymie­rza spra­wie­dli­wość. To sta­ro­żytna tra­dy­cja. Nie może­cie w nią inge­ro­wać. To po pro­stu nie­moż­liwe.

- Wcale nie jest taka sta­ro­żytna.

- Kto tak powie­dział?

- Mój mag Jedwab. Mówi, że ta tra­dy­cja ma tylko sie­dem­dzie­siąt lat, i jego słowa w zupeł­no­ści mi wystar­czają. Zresztą może­cie sobie garo­to­wać gło­du­ją­cych nędza­rzy gdzie indziej, Ehr­lann. Jak już dacie nam robot­ni­ków, któ­rzy obniżą wzgó­rze, zaczniemy kopać fosę.

- Fosę? Fosę? A gdzież ona ma prze­bie­gać?

- Wła­śnie tu, gdzie sto­isz. - Storo pod­niósł pas z mie­czem i zaku­rzoną kol­czugę. - Życzę dobrego dnia, sędzio. Rzut, Sło­neczko, muszę się napić.

Sędzia Ehr­lann odpro­wa­dzał wzro­kiem zmie­rza­ją­cych ku Bra­mie Świtu wete­ra­nów. Potem spoj­rzał na luźną zie­mię, cegły oraz zdep­tane śmieci, które miał pod nogami. Wzdry­gnął się, gdy czubka jego głowy dotknęły pro­mie­nie słońca.

- Jamaer! Para­sol!

***

Gru­bas w sza­tach błę­kit­nej barwy oce­anu zmie­rzał Zauł­kiem Wróż­bi­tów - untań­ską ulicą, przy któ­rej rezy­do­wali inter­pre­ta­to­rzy Talii Smo­ków, woskowe wiedźmy i gro­towi jasno­wi­dze - z cier­pli­wo­ścią poszu­ki­wa­cza wypa­tru­ją­cego skar­bów na bez­lud­nej plaży. Zaułek nie był jed­nak by­naj­mniej bez­ludny. Unta, sto­lica impe­rium, była magne­sem, ośrod­kiem przy­cią­ga­ją­cym wszel­kiego rodzaju talenty, legalne i nie. Byli wśród nich mago­wie, użyt­kow­nicy roz­ma­itych grot, lecz rów­nież posia­da­cze pomniej­szych talen­tów, inter­pre­ta­to­rzy Talii Smo­ków, praw­do­mówcy, wszel­kiego rodzaju wróże posił­ku­jący się zwie­rzę­cymi wnętrz­no­ściami albo odczy­tu­jący regu­lar­no­ści dostrze­żone w dymie, pęk­nię­ciach spa­lo­nej kości bądź też ukła­dzie rzu­co­nych paty­ków.

Wróż­biar­stwo było w impe­rium naj­now­szym krzy­kiem mody. Gdy upał mijał, a niebo przy­bie­rało gra­na­tową barwę, w zaułku zja­wiały się tłumy ludzi o naj­róż­niej­szych pozy­cjach spo­łecz­nych. Wszy­scy szu­kali infor­ma­cji o kapry­sach Bliź­nia­ków Oponn - pchnię­ciach Chło­paka i pocią­gnię­ciach Pani - albo ochrony przed nimi. Tłum sprze­daw­ców cudow­nych przed­mio­tów zachwa­lał swe grze­cho­czące reli­kwie, ikony oraz amu­lety. Wła­ści­ciele stra­ga­nów zacze­piali prze­chod­niów.

- Dowiedz się, co ci przy­nie­sie for­tuna, szla­chetny!

- Obej­rzyj mapę wpły­wów Wielu Kró­lestw na swą ścieżkę!

- Poznaj tajem­nice ascen­den­cji, wiel­możny panie!

- Ota­cza cię mnó­stwo wro­gów.

Tłu­sty męż­czy­zna w nie­bie­skich sza­tach sta­nął jak wryty. Spoj­rzał na brud­nego ulicz­nika, tylko nieco niż­szego niż on.

- Ryzy­ku­jesz wszystko - cią­gnął chło­pak, zaci­ska­jąc powieki. - Ale w zamian za nagrodę, która wykra­cza poza twoje wyobra­że­nie.

Męż­czy­zna uniósł brwi i zaci­snął pulchne wargi, a potem odrzu­cił głowę do tyłu i ryk­nął gło­śnym śmie­chem. Pokryte blak­ną­cymi zie­lo­nymi pla­mami zęby robiły wra­że­nie brud­nych i nie­zdro­wych.

- Oczy­wi­ście! - zgo­dził się. - Ależ oczy­wi­ście! Traf­nie prze­wi­dzia­łeś przy­szłość. Wielki talent twój jest, chłop­cze. - Pogła­skał mło­dzieńca po brud­nych wło­sach i wrę­czył mu monetę. Potem ski­nął dło­nią do pobli­skiego stra­ga­nia­rza. - Wielką przy­szłość prze­po­wia­dam temu śmia­łemu chłopcu! - zawo­łał i ruszył w dal­szą drogę.

Zdzi­wiony zapo­wia­dacz wizyt Umar­łej Poliel wpa­trzył się w tłum.

***

Pod­su­wali mu swe towary sprze­dawcy Talii Smo­ków. Spo­glą­dał na wszyst­kich tole­ran­cyj­nym okiem. Spraw­dzał zalety każ­dej sta­ro­żyt­nej, owi­nię­tej w aksa­mit kolek­cji kart, aż wresz­cie nabył jedną z nich, ofe­ro­waną na sprze­daż za wyjąt­kowo niską sumę z powodu nagłych nie­szczęść, jakie spa­dły na rodzinę, w któ­rej posia­da­niu znaj­do­wała się od poko­leń.

Mija­jąc stra­gan z reli­kwiami, nasy­coną biżu­te­rią i sto­sami amu­le­tów, zatrzy­mał się nagle i odwró­cił. Sie­dzący za ladą męż­czy­zna wstał ze stołka, zauwa­żyw­szy, że spoj­rze­nie gru­basa w dro­gich sza­tach padło na zestaw naszyj­ni­ków. Uśmiech­nął się z mądrą miną.

- Tak. Masz dobry gust, szla­chetny panie. - Zdjął sple­cione naszyj­niki i pod­su­nął je męż­czyź­nie, który cof­nął się nagle. - Spójrz na ogniwa, panie, to minia­tu­rowe łań­cu­chy. A wisiorki! To gwa­ran­to­wane odpry­ski kości nie­szczę­snych ofiar śmier­tel­nego mar­szu tego dia­bła Col­ta­ine'a. - Gru­bas wyba­łu­szył rap­tow­nie oczy. Prze­łknął z wysił­kiem ślinę. - Znasz histo­rię tego smut­nego epi­zodu, panie?

Mal­lick Rel wziął się w garść.

- Tak - zdo­łał wychry­pieć.

- Czyż to nie haniebna tra­ge­dia?

Mal­lick roz­pro­sto­wał ramiona. Roz­cią­gnął usta, odsła­nia­jąc pokryte kolo­ro­wymi pla­mami zęby.

- Tak. To było strasz­liwe nie­po­wo­dze­nie. Jego wspo­mnie­nia po dziś dzień wra­cają do mnie niczym fale.

- Dzię­kujmy mądro­ści cesa­rzo­wej, która wezwała cały Quon do zemsty na zdra­dziec­kich Wic­ka­nach.

- Tak. Dzię­kujmy jej.

- Musisz nabyć tę reli­kwię, panie. Oby­śmy wszy­scy nauczyli się cze­goś z tego, co ona zawiera.

Sprze­dawca pokło­nił się i nie zauwa­żył, że spoj­rze­nie oczu Mal­licka, ukry­tych głę­boko w fał­dach tłusz­czu, nabrało dziw­nej inten­syw­no­ści.

- Tak - potwier­dził gru­bas. - O tej lek­cji warto pamię­tać. - Uśmiech­nął się błogo. - Z pew­no­ścią kupię twą zna­ko­mitą reli­kwię. A czy to, co widzę obok, to amu­let chro­niący przed wiecz­nym gło­dem Kap­tura?

***

Gdy wie­czór prze­szedł w noc i poja­wiły się ćmy oraz nie­to­pe­rze, słu­żący zapa­lili lampy przed skle­pami naj­bar­dziej pra­co­wi­tych wróż­bi­tów i inter­pre­ta­to­rów. Mal­lick wszedł do lokalu będą­cego wła­sno­ścią nie­ja­kiej pani Bate­vari. Kobieta ta przy­była do sto­licy dopiero nie­dawno, lecz w bar­dzo krót­kim cza­sie okryła się wielką sławą dzięki swej nie­zwy­kłej wraż­li­wo­ści na znaki i zapo­wie­dzi przy­szło­ści, jakie można było dostrzec we wpły­wie wywie­ra­nym przez groty. Na uli­cach znano ją jako wielką kapłankę Kró­lo­wej Snów, ale jej ofi­cjalna pozy­cja w kul­cie pozo­sta­wała nie­pewna. Pani Bate­vari i Wielka Świą­ty­nia na Ron­dzie Bogów z deter­mi­na­cją igno­ro­wały się nawza­jem. Nie­któ­rzy zapew­niali, że kobieta jest szar­la­tanką, zauwa­ża­jąc, że choć twier­dziła, iż pocho­dzi z Daru­dży­stanu, nikt, kto był w tym mie­ście, nie sły­szał, by wspo­mi­nano tam jej imię. Inni zapew­niali, że jest auten­tyczną kapłanką kultu, trak­tu­jąc jako dowód jej nie­za­prze­czal­nie trafne pro­roc­twa i prze­po­wied­nie. Obie strony sporu uwa­żały sym­pa­tię oka­zy­waną kobie­cie przez Mal­licka Rela za potwier­dze­nie słusz­no­ści wła­snego sta­no­wi­ska.

Mal­lick - który nic nie wie­dział o tej deba­cie, albo może wie­dział o niej bar­dzo wiele - wszedł do holu. Spo­tkał go tam sługa ubrany w tra­dy­cyjne noga­wice i tunikę miesz­kańca Pale, mia­sta w pół­noc­nej Gena­bac­kis. Ostat­nio w boga­tych domach zapa­no­wała moda na zatrud­nia­nie emi­gran­tów oraz uchodź­ców z pod­bi­tych przez impe­rium kra­jów jako loka­jów, straż­ni­ków oraz panny do towa­rzy­stwa. Gość wrę­czył męż­czyź­nie szaty podróżne koloru morza. Lokaj pokło­nił się i wska­zał ręką drogę do salonu.

W wej­ściu Mal­lick zamarł w bez­ru­chu, krzy­wiąc się z bólu. Jego zmy­sły zaata­ko­wał fan­ta­sma­go­ryczny zestaw mebli, tka­nin i dzieł sztuki ze wszyst­kich pro­win­cji impe­rium, a także ziem poło­żo­nych poza jego gra­ni­cami. Gdyby cyklon - jeden z tych, jakie nie­kiedy ata­ko­wały jego falar­ską ojczy­znę - spu­sto­szył Wielki Bazar w Are­nie, tak wła­śnie mogłyby wyglą­dać ślady jego przej­ścia. Uśmiech­nął się szy­der­czo na widok falar­skiego dywanu - taniej szmaty dla tury­stów - pową­chał bar­gha­scki totem - oczy­wi­sty fal­sy­fi­kat - i skrzy­wił się na widok przy­kładu lethe­ryj­skiego malar­stwa desko­wego - wyjąt­kowo nie­uda­nej kopii.

- Czy to ty, młody Mal­licku? - dobiegł z wnę­trza drżący głos sta­rej kobiety.

Odwró­cił się i zoba­czył siwą sta­ruszkę o paty­ko­wa­tych koń­czy­nach, jesz­cze niż­szą od niego. Młode dziew­czątko w bia­łych sza­tach tan­cerki, Taya, trzy­mało ją pod rękę. Mal­lick pokło­nił się z sza­cun­kiem.

- Witaj, pani.

Taya popro­wa­dziła panią Bate­vari do naj­wy­god­niej­szego fotela i usia­dła na dywa­nie obok niej, kry­jąc stopy pod obszerną szatą. Jej uma­lo­wane koh­lem oczy spo­glą­dały figlar­nie na Ral­licka spod prze­zro­czy­stego welonu tan­cerki. Lokaj przy­niósł tacę ze sło­dy­czami i winem w wyso­kich krysz­ta­ło­wych kie­li­chach. Mal­lick i pani Bate­vari wzięli je.

- Nie­po­koje w sze­re­gach tak zwa­nych bogów nie cichną, Mal­lick - oznaj­miła Bate­vari z wyraźną satys­fak­cją. - Rzecz jasna, towa­rzy­szą im ana­lo­giczne zabu­rze­nia w naszym kró­le­stwie śmier­tel­ni­ków.

Mal­lick roz­pro­mie­nił się.

- Z całą pew­no­ścią - wyszep­tał.

Wypro­sto­wała się, zaci­ska­jąc palce na porę­czach fotela niczym szpony.

- Pierz­chają jak szczury zasko­czone w domu ogar­nię­tym poża­rem!

Mal­lick zakrztu­sił się winem.

Bogo­wie, to cud, że wszy­scy klienci tej baby nie poszli się uto­pić w Zatoce Untań­skiej.

- Tak jest. Z pew­no­ścią! - zawo­łał, kasz­ląc.

Pani Bate­vari znowu usia­dła głę­biej w fotelu i opróż­niła kie­lich jed­nym, dłu­gim hau­stem. Taya mru­gnęła teatral­nie do Mal­licka.

- Powiedz, boha­te­rze stłu­mie­nia buntu w Sied­miu Mia­stach, co może ci zaofe­ro­wać to marne naczy­nie? - zain­to­no­wała sta­ruszka. Jej czarne oczy zmie­niły się w wąskie szparki. - Masz jesz­cze do poko­na­nia długą drogę, ale poko­nasz ją, Mal­lick. Zaj­dziesz bar­dzo wysoko. Powta­rza­łam ci to wiele razy...

- Jesteś bar­dzo uprzejma, pani.

- To nie była prze­po­wied­nia. - Uśmiech­nęła się szy­der­czo. - To prawda. Widzia­łam to.

Mal­lick wymie­nił spoj­rze­nie z Tayą, która unio­sła oczy ku niebu.

- To mnie uspo­kaja - rzekł, sta­ra­jąc się, by jego z natury cichy głos zabrzmiał jak naj­gło­śniej.

- Ale czy słusz­nie?

Mal­lick powstrzy­mał pra­gnie­nie spio­ru­no­wa­nia jej gniew­nym spoj­rze­niem.

- Tak czy ina­czej, mówi­li­śmy o tak zwa­nych bogach - cią­gnęła. Być może nie zauwa­żyła jego iry­ta­cji. Nagle wpa­trzyła się w dal i umil­kła na dłuż­szą chwilę.

Mal­lick przyj­rzał się twa­rzy sta­ruszki. Jej oczy nie­mal cał­ko­wi­cie nik­nęły w zmarszcz­kach. Czy cze­kała go kolejna por­cja jej nie­zno­śnego kabo­tyń­stwa?

- Widzę potężne star­cie prze­ciw­staw­nych dążeń, które nadej­dzie szyb­ciej, niż się komu­kol­wiek wydaje - zain­to­no­wała sen­nie. - Widzę spi­ski ukryte w spi­skach i pierz­cha­jące tłumy! Widzę, jak Nowe ściera się ze Sta­rym i z Uzur­pa­cją! Widzę odwró­ce­nie porządku! A gdy Domy się walą, moce zwra­cają się prze­ciwko sobie jak szczury, któ­rymi prze­cież są. Brat prze­ciwko sio­strze! Wszy­scy spo­glą­dają na ran­nego, ale on wcale nie jest naj­słab­szy. Nie, jego czas jesz­cze nadej­dzie. Ci, któ­rzy wydają się naj­sil­niejsi, są... Zbyt długo już nikt nie rzu­cił im wyzwa­nia! Jeden ukrywa się w ciem­no­ści, gdy oni wal­czą, ale czy widzi dokład­nie swą ścieżkę... czy w ogóle ją widzi? Naj­ciem­niej­szy... - Wcią­gnęła nagle powie­trze. Dopadł ją gwał­towny kaszel. - Jego zguba jest już bli­sko! Jeśli zaś cho­dzi o naj­ja­śniej­szego... zawsze jest naj­bar­dziej odsło­nięty. Ta, która obser­wuje, prze­gapi swą szansę i poja­wią się bestie, by ści­gać ostat­nią moż­li­wość prze­trwa­nia nad­cho­dzą­cej trans­for­ma­cji. Pan­teon czeka zagłada. A z popio­łów powsta­nie... powsta­nie...

Mal­lick nie spusz­czał z niej wzroku. Zapo­mniał o trunku, choć trak­to­wał słowa sta­ruszki z mak­sy­mal­nym scep­ty­cy­zmem.

- Tak? - zapy­tał, uno­sząc brwi. - Co powsta­nie?

Pani Bate­vari zamru­gała.

- No wła­śnie? Co? - Unio­sła pusty kie­lich i zmarsz­czyła brwi. - Her­non! Przy­nieś wię­cej poczę­stun­ków!

Mal­lick stłu­mił pra­gnie­nie udu­sze­nia sta­ru­chy. Cza­sami nawet on, choć powi­nien wie­dzieć lepiej niż kto­kol­wiek inny, zada­wał sobie pyta­nie... Zer­k­nął na Tayę. Dziew­czyna spo­glą­dała na panią Bate­vari z nie­zwy­kle zanie­po­ko­joną miną.

- Twoje prze­czu­cia i prze­po­wied­nie jak zwy­kle mnie zdu­mie­wają - oznaj­mił, gdy sługa, Her­non, napeł­nił pani kie­lich. - Na przy­kład pro­roc­twa doty­czące Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii - cią­gnął, spo­glą­da­jąc na opusz­cza­ją­cego salon lokaja. - Gwar­dzi­ści z pew­no­ścią są już bli­sko. Znacz­nie bli­żej, niż się komu­kol­wiek wydaje. Zgod­nie z two­imi prze­wi­dy­wa­niami. Potrzebna będzie silna ręka, by ich powstrzy­mać...

Pani Bate­vari znowu wypiła wino jed­nym hau­stem.

- Zgod­nie z moimi prze­wi­dy­wa­niami... - wyszep­tała sen­nym gło­sem. - A teraz... - Spró­bo­wała wstać z fotela i Taya pośpie­szyła jej z pomocą. - Zosta­wię was samych, byście mogli poroz­ma­wiać w cztery oczy. - Wycią­gnęła szpo­nia­stą dłoń do Mal­licka. - Znam praw­dziwe motywy, które skło­niły cię do odwie­dze­nia mojego skrom­nego domku na wygna­niu, Mal­licku, pogromco bun­tow­ni­ków.

Mal­lick rów­nież wstał i uśmiech­nął się bez wyrazu. Wymie­nili z Tayą pośpieszne, nie­spo­kojne spoj­rze­nia.

- Tak? Naprawdę?

Pochy­liła się ku niemu, uśmie­cha­jąc się lubież­nie.

- Chcesz mi ukraść ten młody kwia­tek, ty zbe­reź­niku! Tę towa­rzyszkę, która była dla mnie jedyną pocie­chą pod­czas wygna­nia z ośrodka cywi­li­za­cji, słod­kiego Daru­dży­stanu. - Unio­sła rękę. - Kimże jed­nak jestem, by sta­wać na prze­szko­dzie namięt­no­ści mło­dych?

Mal­lick pokło­nił się i mach­nął ręką, wyrze­ka­jąc się podob­nych inten­cji.

- Ni­gdy bym tego nie zro­bił, pani - zapew­nił.

- Tak tylko mówisz, krzy­żu­jący szyki bun­towi w Sied­miu Mia­stach. Ale nie ule­gaj roz­pa­czy. - Pani Bate­vari mru­gnęła zna­cząco. - Ona może jesz­cze ci ulec. Nie zwi­jaj oblę­że­nia.

Taya pochy­liła głowę, zasła­nia­jąc usta.

Mal­lick wie­dział, że dziew­czyna ukrywa śmiech, ale słowa sta­ruszki go ziry­to­wały.

- Wra­cam na swe pokoje, pome­dy­to­wać o nie­wy­sło­wio­nym. Her­non! Chodź!

Lokaj wró­cił i wypro­wa­dził panią Bate­vari z salonu. Mal­lick pokło­nił się, a Taya dygnęła.

- Pamię­taj, dziecko, Her­non będzie cze­kał pod drzwiami, na wypa­dek gdyby nasz gość się zapo­mniał i dał się ponieść namięt­no­ści! - zawo­łała z kory­ta­rza sta­ruszka.

Taya znowu zakryła usta, lecz tym razem nie udało się jej w pełni zama­sko­wać chi­chotu. Mal­lick zdzi­wił się spa­zmem gniewu, który nagle go dopadł. Gdyby tylko wie­dział na pewno czy to skle­roza, czy świa­doma obe­lga. Nalał sobie kolejny kie­lich bia­łego untań­skiego wina.

Taya osu­nęła się na krze­sło. Śmiała się gło­śno, zakry­wa­jąc twarz dłońmi.

Mal­lick zacze­kał chwilę, by mieć pew­ność, że sta­ru­cha sobie poszła. Zakrę­cił winem, obser­wu­jąc opa­da­jące na dno męty.

- Gdy­bym nie był tak bar­dzo pewien, że wody są płyt­kie - wydy­szał. - Obec­ność ukry­tych głę­bin cza­sami bym podej­rze­wał.

Taya uśmiech­nęła się figlar­nie, pod­ku­la­jąc nogi pod sie­bie.

- Jej praca wymaga ilu­zji głębi, Mal­lick. Naprawdę jest nie­zła, nie sądzisz?

Upił łyk wina. Było zbyt wytrawne jak na jego gust.

- A ta ostat­nia mowa? Te naj­now­sze pro­ro­cze oznaj­mie­nia?

- To jej aktu­alny tekst. - Dziew­czyna popra­wiła przej­rzy­sty strój tan­cerki, odsła­nia­jąc ramiona. - Nie ma w nim nic szcze­gól­nie śmia­łego, jeśli się nad tym zasta­no­wić. Fener upadł, Trake chce zająć jego miej­sce, w talii poja­wiły się nowe, ambitne Domy i mnó­stwo świe­żych kart. Wła­ści­wie to raczej kon­wen­cjo­nalne.

- Nie­mniej pewna nie­po­ko­jąca ele­gan­cja...

Taya odgar­nęła dłu­gie czarne włosy i zwią­zała je w węzeł.

- Mal­lick, mój drogi - rze­kła z uśmie­chem. - Jeśli jest tu jakaś ele­gan­cja, zawdzię­czamy ją tylko tobie.

Mal­lick pokło­nił się jej.

- Zatem... Kar­ma­zy­nowi Gwar­dzi­ści. - Taya pogła­skała koniusz­kami pal­ców obite plu­szem porę­cze fotela. - Oczy­wi­ście w Daru­dży­sta­nie wiele o nich sły­sza­łam. Bar­dzo wtedy pra­gnę­łam ich tam ujrzeć. A więc rze­czy­wi­ście nad­cho­dzą?

Mal­lick wydął usta. Zasta­no­wił się, czy usiąść naprze­ciwko dziew­czyny, i posta­no­wił tego nie robić. Spa­ce­ro­wał jesz­cze przez chwilę po pokoju, uda­jąc, że podzi­wia dzieła sztuki. Wresz­cie odchrząk­nął.

- Jak przy­pływ. Są już bli­sko i nie spo­sób ich powstrzy­mać. Śluby wciąż gnają ich naprzód. Jak zwy­kle są ich naj­więk­szą siłą i naj­więk­szą sła­bo­ścią. Dla­tego nie sądzę, by mieli się bier­nie przy­glą­dać.

Taya zer­k­nęła na niego.

- Przy­glą­dać się bier­nie czemu?

- Ależ aktu­al­nym trud­no­ściom, oczy­wi­ście - odparł, uśmie­cha­jąc się bez wyrazu.

Taya wydęła demon­stra­cyj­nie usta i zdmuch­nęła opa­da­jący na oczy kosmyk.

- Nie lubię, gdy coś przede mną ukry­wasz, Mal­lick. Nie­ważne. Mam swoje źró­dła i uważ­nie słu­cham wszyst­kich gości tego sta­rego bab­ska. Zdzi­wił­byś się, kto zwraca się do niej po radę. Ale z dru­giej strony pew­nie byś się nie zdzi­wił. Nikt z nich nic o tym nie wie. Nie mów, że masz infor­ma­to­rów w samej Gwar­dii.

Mal­lick uśmiech­nął się, jakby roz­ba­wiła go dzi­wacz­ność tej suge­stii. Pokrę­cił głową.

- Nie, dziecko. Gdy­byś coś o niej wie­działa, ni­gdy nie wpa­dła­byś na tę myśl. To nie­moż­liwe.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

- Każdą orga­ni­za­cję można spe­ne­tro­wać. Zwłasz­cza zło­żoną z najem­ni­ków.

Mal­lick zatrzy­mał się nagle i spoj­rzał na Tayę.

- Muszę pod­kre­ślić, że bar­dzo się mylisz. Ni­gdy nie uwa­żaj Gwar­dzi­stów za najem­ni­ków. To raczej woj­skowy zakon.

Taya wes­tchnęła, spo­glą­da­jąc ku sufi­towi.

- Bogo­wie, tylko nie taki, jak ci z Elin­gar­thu. To strasz­li­wie nudne. - Prze­cią­gnęła się, uno­sząc ręce nad głowę. Cienka tka­nina opa­dła jesz­cze bar­dziej, odsła­nia­jąc jasne, musku­larne barki. - Czemu mnie dziś odwie­dzi­łeś, Mal­lick? O kogo cho­dzi tym razem?

Mal­lick przy­glą­dał się, jak Taya wygina plecy coraz bar­dziej. Jej małe, ster­czące piersi roz­cią­gały przej­rzy­stą tka­ninę.

Ty rów­nież pró­bu­jesz ze mnie drwić, dziew­czyno? Potrze­buję twych nie­zrów­na­nych umie­jęt­no­ści, ale jestem jak głę­biny. Pamię­tam wszystko.

Odchrząk­nął, osu­szył kie­lich i usiadł.

- Depu­to­wany Imry, repre­zen­tu­jący Kon­fe­de­ra­cję Kań­ską, musi ustą­pić. Suge­ruję cho­robę, jego wła­sną albo w rodzi­nie...

- Nie ucz mnie, jak mam wyko­ny­wać swą pracę, Mal­lick. Ja ci nie mówię, jak mani­pu­lo­wać Zgro­ma­dze­niem.

- Ależ mówisz, naj­mil­sza - odparł gru­bas gło­sem tak cichym, że pra­wie nie było go sły­chać.

Zachi­cho­tała.

- To pre­ro­ga­tywa kobiety, Mal­lick.

Uniósł kie­li­szek, uzna­jąc praw­dzi­wość jej słów.

- Poseł Imry... to wymaga czasu.

- Bez­zwłocz­nie.

- Czasu - powtó­rzyła Taya. Nagły ostry ton w jej gło­sie zabrzmiał zaska­ku­jąco u tak drob­nego dziew­czątka.

Mal­lick uspo­koił ją, uno­sząc rękę.

- Pro­szę, kocha­nie. Wysłu­chaj mnie. Czasy sub­tel­no­ści i sprytu szybko mijają. Wody się pod­no­szą i wszystko wska­zuje, że nie­długo nadej­dzie chwila, by pozwo­lić prą­dowi wyda­rzeń ponieść nasz skromny sta­te­czek.

Taya odchy­liła się, sku­biąc białą, deli­katną jak piórko tka­ninę pokry­wa­jącą jej udo.

- Rozu­miem. Pro­szę bar­dzo, ale to nie będzie wyglą­dało przy­jem­nie. Mogą się poja­wić pyta­nia.

Mal­lick odsta­wił kie­li­szek i wstał.

- Nad­cho­dząca burza unie­sie je wszyst­kie ze sobą. Zosta­wię cię two­jej pracy.

- Mam zacząć już dzi­siaj? W takim stroju?

Roz­po­starła sze­roko ramiona.

Męż­czy­zna popa­trzył na nią obo­jęt­nie.

- Jeśli uwa­żasz, że tak będzie naj­le­piej. Ni­gdy bym nie śmiał cię pouczać, jak masz wyko­ny­wać swoją pracę.

Taya trzep­nęła dłońmi w obite plu­szem porę­cze.

- Obyś dzie­lił ból Przy­ku­tego, Mal­lick. Nie mam poję­cia, dla­czego cię tole­ruję.

Pokło­nił się jej.

- Być może dla­tego, że wyłącz­nie razem mamy szanse zre­ali­zo­wać swe ambi­cje.

Zbyła jego słowa mach­nię­ciem dłoni.

- Tak. Być może. W końcu tylko w ostat­nim mie­siącu zapo­bie­głam dwóm zama­chom na cie­bie. - Spoj­rzała na niego spod opa­da­ją­cych powiek. - To chyba zna­czy, że twoje wpływy rosną.

Mal­lick zawa­hał się pora­żony nagłą nie­pew­no­ścią. Czy to miało być zwy­kłe przy­po­mnie­nie, czy zawo­alo­wana groźba? Posta­no­wił, że pokłoni się jesz­cze raz. Ostroż­ność przede wszyst­kim. W końcu Taya była dla niego nie­zwy­kle cenna. Talent nie­znany nikomu poza nim w całej sto­licy.

- Jesteś dla mnie zbyt uprzejma. Pamię­taj, by przy­po­mnieć sta­ruszce o Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. I o tym, że potrzebna jest silna ręka. Musi wspo­mi­nać o tym czę­ściej.

Dziew­czyna ski­nęła głową.

- Tak, Mal­lick. Jak zwy­kle.

***

Wie­czór robił się chłodny i po wyj­ściu na dwór gru­bas otu­lił się szczel­niej sza­tami. Wydął mię­si­ste wargi. Przy­gnę­biała go myśl, że musi się zni­żać do próśb i obmier­z­łych pochlebstw, by osią­gnąć swój cel. Nie­mniej inwe­sty­cja oka­zała się opła­calna. Nikt, nawet Laseen i jej szpony, które ongiś trzy­mały całe mia­sto w gar­ści, nie mógł podej­rze­wać, kto ukrył się tak sku­tecz­nie w zasięgu ręki od Pałacu Cesar­skiego. Tylko szcze­gólne talenty dziew­czyny pozwo­liły Mal­lic­kowi ją wykryć. Taya Radok z Daru­dży­stanu. Córka samej Vor­can Radok, naj­lep­szej ze skry­to­bój­ców w owym mie­ście. Uczyła się od matki sztuki pota­jem­nego zada­wa­nia śmierci, nim jesz­cze posia­dła umie­jęt­ność cho­dze­nia. Przy­była do Unty, by zemścić się na impe­rium, które zabiło jej matkę. Ach, jakże cudowną zemstę razem wywrą - choć nie będzie ona wyglą­dała tak, jak mogłaby tego pra­gnąć dziew­czyna.

Wyszedł na gło­śną, jasno oświe­tloną latar­niami ulicę. Myśli o skry­to­bój­cach i eli­mi­na­cji przy­po­mniały mu o jego wła­snym bez­pie­czeń­stwie. Rozej­rzał się, wypa­tru­jąc swego stróża, uświa­do­mił sobie jed­nak, że oczy­wi­ście nie ma szans go zauwa­żyć. Nie­mniej wyczu­wał jego bli­skość. Kolejna sie­rota na jego usłu­gach. Miał chyba talent do ich wyszu­ki­wa­nia. Stary, wyta­tu­owany mag spę­dził wiele lat w areń­skim wię­zie­niu. Mal­lick bez trudu zaaran­żo­wał ucieczkę sta­ruszka, zdo­by­wa­jąc w ten spo­sób jego lojal­ność. I jakże uży­teczne oka­zały się - jakby to ująć - nie­kon­wen­cjo­nalne talenty Ory­ana.

Gru­bas wmie­szał się w tłum oby­wa­teli i słu­żą­cych wypeł­nia­jący Zaułek Wróż­bi­tów. Pozwo­lił sobie na lekki śmie­szek satys­fak­cji. Tylko dwa, naj­droż­sza Tayo? Stra­cił już rachubę cza­ro­dziej­skich ata­ków odpar­tych przez Ory­ana dzięki jego nie­zwy­kłej magii pra­daw­nych grot. Taya i Oryan, dwoje potęż­nych sług podob­nego rodzaju. Rzecz jasna, był też Mael - jego bóg, a także coś jesz­cze. Mogłoby się nie­mal zda­wać, że los wyty­czył dla niego ścieżkę pro­wa­dzącą aż do...

Zatrzy­mał się tak rap­tow­nie, że omal się nie prze­wró­cił - a razem z nim ci, któ­rzy szli przez ciżbę tuż za nim. Przy­po­mniał sobie bre­dze­nia sta­ruszki. Bogo­wie inge­rują? W jego sprawy? Nie. To nie­moż­liwe. Żaden z nich by się nie ośmie­lił. Nikt nie kie­ro­wał jego kro­kami.

Zła­pała go za łokieć twarda, powy­krę­cana reu­ma­ty­zmem dłoń. Spoj­rzały na niego oczy ciemne i matowe jak mokre kamyki. Oryan. Mal­lick odtrą­cił maga. To nie­moż­liwe. Musi zamie­nić słówko z Maelem. I to zaraz.

***

Ghe­lel po raz pierw­szy zwie­trzyła kło­poty, gdy Quinn, pra­cu­jący dla ich rodziny nauczy­ciel szer­mierki, uniósł dłoń, w któ­rej trzy­mał szty­let, zarzą­dza­jąc prze­rwę. Wyko­rzy­stała tę oka­zję, by zła­pać się za bok. Bolał ją z wysiłku tak bar­dzo, że omal nie zgięła się wpół.

- Czemu się zatrzy­ma­łeś? - Wydy­szała. - Mia­łeś mnie.

Wie­kowy męż­czy­zna zigno­ro­wał ją, pod­szedł do zamknię­tych drzwi stajni i uchy­lił je szty­chem noża.

- O co cho­dzi? Ojciec znowu jest nie­za­do­wo­lony, że mnie uczysz? - Usły­szała tętent koni i wypro­sto­wała się, poru­sza­jąc z bólu bar­kiem. - Kto to jest? Rodzina Ada­lów wró­ciła wcze­śniej z Tali? Powin­nam się prze­brać.

- Cicho, pani.

Scho­wała lewak i wąski miecz, a potem odgar­nęła włosy przy­le­pione do twa­rzy. Przód sznu­ro­wa­nej skó­rza­nej kami­zelki miała mokry od potu. Pod­nio­sła szmatę, by otrzeć twarz. Będą obu­rzeni i prze­ra­żeni, gdy zoba­czą ją w takim sta­nie. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie miało to jed­nak zna­cze­nia. Była tylko pod­opieczną Sel­la­thów, nie łączyły jej z nimi więzy krwi. Wypu­ściła z rąk szmatę, sły­sząc dobie­ga­jące z głów­nego budynku głosy. Krzyki?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki