Powrót do źródeł - Małgorzata Kasprzyk

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERWSZA - ROK 1889

Partyjka wista dobiegła końca tuż przed północą. Antoni Baranowski jak zwykle wygrał, pożegnał się ze znajomymi i wyszedł. Dopiero na ulicy sprawdził, ile tego wieczoru zyskał. Sto pięćdziesiąt sześć rubli... Nieźle. Będzie mógł przez najbliższy tydzień dobrze się bawić.

Już od dłuższego czasu uważał grę w karty za źródło dochodu, a nie za przyjemność - jak kiedyś. Jego sytuacja życiowa uległa zmianie po śmierci ojca, który wprawdzie zostawił majątek, ale prawo do dysponowania wszystkimi funduszami powierzył żonie. Antoni i jego brat Franciszek mieli uzyskać nad nimi kontrolę dopiero wówczas, gdy założą własne rodziny. Po otwarciu testamentu obaj byli rozczarowani. Oczywiście zrozumieliby, gdyby ojciec kazał im czekać do osiągnięcia pełnoletności, ale konieczność czekania do ślubu uznali za przesadę. Poza tym taki warunek dawał matce prawie nieograniczoną władzę nad ich życiem. To ona decydowała, ile pieniędzy mogą przeznaczać na swoje potrzeby, co mają robić, z kim się spotykać... W rezultacie obydwaj bardzo szybko się zbuntowali - każdy na swój sposób. Franciszek, starszy z braci, nadal mieszkał w ich rodzinnej posiadłości na Podlasiu, zajmował się gospodarstwem i... nigdzie nie bywał. Powiedział matce, że nie zamierza na siłę szukać żony. Natomiast Antoni postanowił zdobyć zawód, który dałby mu niezależność, więc wyjechał na studia do Warszawy. Zamieszkał u kuzyna swego ojca - zatwardziałego starego kawalera, który popierał nieprzejednaną postawę braci wobec małżeństwa.

- Kobieta to tylko kłopot - mówił często. - Na przykład wasza matka. Przed ślubem była słodka jak miód, a po ślubie zmieniła się w wiedźmę. Jestem pewien, że to ona namówiła Henryka, żeby postawił taki warunek w testamencie. Chciała wami rządzić, tak jak rządziła nim...

Obaj bracia się z nim zgadzali, chociaż nie przyznawali tego głośno. Nie lubili swojej despotycznej matki, więc nie palili się do małżeństwa i związania swoich losów z kobietami, które być może też chciałyby nimi rządzić. Franciszek uzupełniał swoje dochody, handlując po cichu z właścicielem oberży w pobliskim miasteczku, a Antoni - grywając w karty. Jego powodzenie skwitował kiedyś cierpko jeden z partnerów:

- Pamiętaj: kto ma szczęście w kartach, ten nie ma szczęścia w miłości.

Młodszy z braci Baranowskich tylko wzruszył ramionami, gdy to usłyszał. Zasadniczo podzielał pogląd swego wuja odnośnie do kobiet: lubił przelotne romanse, ale wiązać się na stałe nie miał ochoty, gdyż cenił sobie niezależność. Niebawem kończył studia i liczył na to, że dyplom pozwoli mu znaleźć intratne zajęcie, dzięki któremu zapewni sobie wygodne życie, do czasu gdy wreszcie przejmie należną mu część majątku. Kuratela matki miała bowiem ustać w momencie jej śmierci - wtedy każdy z braci uzyska samodzielność w dysponowaniu rodzinnymi finansami, nawet jeśli nie będzie jeszcze żonaty.

Antoni myślał o tym bez większych emocji. Właściwie nie czuł się związany z matką, która zawsze faworyzowała jego starszego brata. On bardziej kochał swoją nianię, być może dlatego, że zajmowała się nim praktycznie od urodzenia. Straciła wtedy własnego synka, który zmarł na koklusz i chyba na Antoniego przelała wszystkie macierzyńskie uczucia...

Natomiast z bratem łączyła go mocna więź, chociaż istniało między nimi jedynie fizyczne podobieństwo: obaj byli dość wysocy, mieli ciemnoblond włosy i szare oczy. Jednak pomimo różnic w charakterze rozumieli się znakomicie i wspierali w czasie różnych kłopotów. Razem też zbuntowali się przeciw decyzji ojca. Matka, jako kobieta, nie była w stanie zniszczyć tego porozumienia. Jej próby skłócenia braci zawsze kończyły się fiaskiem.

Jednak teraz, jadąc dorożką do mieszkania wuja, Antoni myślał, że w ich życiu zachodzą zmiany. Kiedy Franciszek odwiedził go w czasie ostatniego karnawału, wybrali się razem na bal do resursy. Tam jego spokojny, nieśmiały brat poznał pannę Teresę Orzechowską i chyba jego serce wreszcie zabiło mocniej. Złożył jeszcze dwie wizyty w domu jej krewnych, u których mieszkała od śmierci rodziców, co stanowiło wyraźny dowód zaangażowania. Oczywiście został tam przyjęty bardzo życzliwie. Zwłaszcza ciotka panny Teresy okazywała mu swoje względy, wychodząc ze słusznego założenia, że jako starszy syn bogatego zi