Powrót do źródeł - Frédérick D'Onaglia

-
Proszę czekać

1

Pomimo oślepiającego słońca Agn?s z wprawą prowadziła samochód po wyjątkowo niebezpiecznej, górskiej drodze. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Obok niej, ze słuchawkami do empetrójki na uszach, siedziała jej dwunastoletnia córka Lise, podróżując po swoim muzycznym świecie. Na tylnym siedzeniu range-rovera bliźniaki doszły w końcu do porozumienia w sprawie wyboru jednego spośród dwunastu filmów na DVD. W samochodzie zapadła wreszcie cisza i Agn?s zatopiła się w myślach.

Gdy w Zielone Świątki planowała wyjazd w Alpy Wysokie[1], jej życie toczyło się spokojnym rytmem. Od czternastu lat poświęcała się dla rodziny, szczególnie dla męża, bez szemrania wypełniając obowiązki ciążące na małżonce błyskotliwego biznesmena. Do tej roli wychowali ją rodzice, a ona naturalnie uwierzyła, że jest do niej stworzona. Od najmłodszych lat uczyła się reguł życia towarzyskiego. Dorastała w eleganckiej, zachodniej dzielnicy Lyonu, zamieszkanej przez prawników, lekarzy i przedsiębiorców. Wszyscy oni obracali się we własnym gronie i obnosili z oznakami szczęścia, jakie powinien im dać sukces zawodowy. Agn?s była córką notariusza, miała bajeczne, kolorowe dzieciństwo, tym bardziej, że matka nie pracowała i zajmowała się córką, otaczając ją troskliwą opieką. Jej obecność była miła, przydatna i nigdy nie uciążliwa. Gdy więc Agn?s poznała Floriana Daurela, ani przez chwilę nie brała pod uwagę możliwości, że jej małżeństwo mogłoby nie powielić schematu małżeństwa jej rodziców. Wyszła za mąż z miłości i spełniała swój obowiązek zgodnie z zasadami, które jej wpojono.

Agn?s interesowała się ludźmi, w których towarzystwie bywała, i nigdy nie zapominała o niczyich urodzinach. Obdarzona fenomenalną pamięcią, zapamiętywała anegdotki, które w stosownym momencie wykorzystywała w rozmowie. To robiło wrażenie, zwłaszcza że zazwyczaj Agn?s widywała ludzi tylko raz czy dwa razy w życiu, na wernisażu lub gali charytatywnej. Do perfekcji opanowała sztukę podejmowania gości. Jej słynne w lyońskim towarzystwie obiady czwartkowe były tego najlepszym dowodem. W dodatku była nie tylko perfekcyjną panią domu, ale też świetną kucharką. Mieszkanie państwa Daurelów na pierwszym piętrze mieszczańskiej kamienicy w szóstej dzielnicy uważano w zamkniętym kręgu elit Lyonu za wzór doskonałości.

Agn?s rzuciła okiem w lusterko wsteczne, żeby upewnić się, czy Louis i Augustin wciąż są pochłonięci filmem. Była wdzięczna Johnny'emu Weissmullerowi, Tarzanowi, człowiekowi małpie i jego szympansicy Cheecie za zainteresowanie, jakie wzbudzali u jej dzieci. Odruchowo przejrzała się w lusterku. Ani jeden niesforny kosmyk nie burzył fryzury, równo obcięte blond włosy przytrzymywała dyskretna opaska w kolorze lilaróż; żaden grymas nie zniekształcał ust podkreślonych delikatnym, bladoróżowym błyszczykiem; ani jedno, nawet najmniejsze, drgnienie nie poruszało sznurem pereł zawieszonym w wycięciu jedwabnej bluzki w kolorze kości słoniowej; nic w jej twarzy nie zdradzało oznak niepokoju, nic, oprócz zamglonych smutkiem błękitnych oczu, wpatrzonych w drogę.

Tyle się zmieniło od Zielonych Świątek... Florian od trzech tygodni był całkowicie pochłonięty swoją sytuacją zawodową, która nurtowała go do tego stopnia, że zamknął się w sobie i popadł w osobliwe milczenie. Agn?s wielokrotnie próbowała z nim porozmawiać. Ale on w mniej lub bardziej delikatny sposób dał jej do zrozumienia, że nie powinny jej obchodzić jego problemy. Agn?s nie poznawała go. Jej mąż odpowiadał ideałowi, o jakim zawsze marzyła. Razem tworzyli idealną parę. I nagle zdała sobie sprawę, że jej szczęście było tylko iluzją, że zbudowała życie na ułudzie. Wbrew temu, co dotychczas sądziła, nie tworzyli z Florianem zgranej ekipy; w rzeczywistości on sam był sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jego kariera to jego sprawa. Egoista! Udział Agn?s okazał się ograniczony do minimum. Poczuła się wywłaszczona. Dzień wcześniej, podczas kolacji ze znajomymi bankierami i parą właścicieli sławnej galerii, Florian utwierdził ją w tym przekonaniu. W lekceważących słowach zrobił jej niewyobrażalny dla pani domu afront.

- Jutro wyjeżdżam z dziećmi do ciotki Aude - oznajmiła z niewzruszonym spokojem, kładąc się do łóżka.

Florian puścił jej słowa mimo uszu. A gdy nazajutrz Agn?s obudziła się wcześnie rano, jego już nie było w mieszkaniu. Rozumiała to jako ucieczkę. Nie próbowała skontaktować się z nim przez telefon ani zmienić swojej decyzji. Może dzięki temu Florian zda sobie sprawę z konsekwencji takiego postępowania. Liczyła na to dla dobra wszystkich. Bo tym, co charakteryzowało Agn?s Daurel, była siła charakteru. I choć potrafiła ustępować w wielu sprawach, nie zgadzała się na kompromis, gdy w grę wchodziła jej koncepcja małżeństwa. U jego podstaw leżały miłość, wzajemna pomoc, szacunek i wsparcie. Należało przywołać Floriana do porządku. Agn?s zamierzała dać mu trochę czasu do namysłu, żeby zrozumiał swój błąd.

Ciotka Aude, siostra matki Agn?s, prowadziła hotel w wiosce Chameyer-les-Alpes, gdzie Agn?s spędziła najpiękniejsze lata dzieciństwa. Przyjeżdżała na wakacje do babci, mamy swojej mamy. Luna Saint-Alban była osobą, która wywarła bez wątpienia największy wpływ na życie Agn?s. Żywiołowa i nieobliczalna ciotka Aude nie zważała na konwenanse, była jak wolny elektron w rodzinie, która jednomyślnie uważała ją za dziwaczkę. Wiele lat temu członkowie rodziny Saint-Alban umieścili ją, zagorzałą feministkę, na czarnej liście. A Agn?s zgodnie im wtórowała. Ciotka nie pasowała do wizerunku, z którym mogłaby się identyfikować. Daurelowie byli u niej trzy razy z wizytą, z czystego poczucia obowiązku. W maju Agn?s zadzwoniła do ciotki z okazji jej sześćdziesiątych szóstych urodzin i uzgodniły, że rodzina Daurelów przyjedzie w odwiedziny pod koniec czerwca. Poprzedniego dnia, po wyjściu gości, Agn?s zatelefonowała, żeby zapytać, czy może przyspieszyć przyjazd o tydzień. Ciotka z radością się zgodziła.

Lise siedziała na siedzeniu pasażera i na każdym zakręcie żołądek skręcał jej się w supeł. Film skończył się i bliźniacy kłócili się teraz o pilot do odtwarzacza DVD.

- Proszę was, nie kłóćcie się.

Głos Agn?s nie przywrócił spokoju. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Augustin ugryzł brata w rękę, Louis mu oddał.

- Jeżeli nie przestaniecie, nie dostaniecie deseru.

Ostrzeżenie pozostało bez odzewu, krzyki się wzmogły.

- Takimi argumentami do gnomów nie przemówisz - powiedziała Lise, która robiła się coraz bardziej zielona.

- Masz rację - przyznała Agn?s i zmieniła strategię. - Jeżeli się nie uspokoicie, będziecie spać w pokoju razem z ciocią Aude.

Przez krótką chwilę sądziła, że wygrała partię. Ale gdy w lusterku wstecznym napotkała buntownicze spojrzenie Augustina, zrozumiała, że zwycięstwo było krótkotrwałe.

- Akurat.

W chmurze pyłu range rover zatrzymał się na poboczu. Lise pospiesznie wysiadła z samochodu, Agn?s odwróciła się do Augustina.

- Nie tylko będziesz spał w pokoju z ciocią Aude, ale jeżeli natychmiast się nie uspokoisz, ciocia będzie cię kąpała przez cały pobyt!

Obaj bliźniacy równocześnie zbledli na wspomnienie sprzed dwóch lat, gdy z powodu kapryśnej instalacji wodociągowej w hotelu ciotki zmuszeni byli myć się w ciasnej klitce na parterze prymitywnej ubikacji, za pomocą desek zamienionej w natrysk. Było to dla nich traumatyczne doświadczenie, tym bardziej że pomieszczenie to obrał za miejsce zakwaterowania mały pajączek. Potraktowali więc ultimatum poważnie i skinęli głowami na znak kapitulacji.

Agn?s podeszła do córki, która stała z opuszczoną głową, oparta o jodłę.

- Wszystko w porządku? - zapytała z niepokojem w głosie.

Natychmiast pożałowała, że nie potrafiła lepiej panować nad swoimi emocjami. Córce udzielił się jej niepokój. Agn?s opiekowała się każdym ze swoich dzieci z jednakową miłością, ale wciąż miała przykre wrażenie, że gdy chodziło o Lise, nie stanęła na wysokości zadania. Od roku nastolatka cierpiała na ataki epilepsji; były to potężne napady młodzieńczej padaczki mioklonicznej. Lisa mogła upaść zawsze i wszędzie, wstrząsana straszliwymi drgawkami, od których spinały się mięśnie kończyn, zamieniając zwinną, młodą dziewczynę w kamienny posąg. Daurelowie zgłaszali się do najlepszych specjalistów, próbowali nowych zabiegów medycznych. Drgawki zniknęły, ale podstępna choroba mogła pojawiać się w postaci napadów "nieświadomości". Lise odpowiadała na zadawane jej pytania ze wzrokiem wbitym w gałkę od prysznica, jeżeli akurat się myła, albo w talerz, jeżeli jadła; traciła wszelki kontakt z otoczeniem. Potem wymiotowała i padała nieprzytomna. Dochodziła do siebie trzy lub cztery godziny później, zupełnie zdezorientowana, tym bardziej że leżała w sali szpitalnej. Agn?s nie mogła pogodzić się z bezradnością wobec tragedii córki. Jak okiełznać chorobę, której gwałtowne objawy pojawiały się w dowolnej chwili i bez ostrzeżenia, utrudniając życie córce i nie pozwalając jej korzystać z uroków młodości? Niepokój towarzyszył jej na każdym kroku. Po zakończonych lekcjach Agn?s dzwoniła do niej raz, potem drugi w drodze do domu. Zresztą gdyby nie nalegania Floriana, który uważał, że nie należy pogłębiać różnic między Lise a resztą uczniów, Agn?s najchętniej odbierałaby córkę sprzed drzwi gimnazjum, do którego chodziła. Koalicja między ojcem i córką zwyciężyła i teraz Lise wracała z dzielnicy Croix-Rousse sama.

Lise podniosła zmęczone oczy.

- Mieliśmy wyjechać w przyszłym tygodniu. Dlaczego wszystko poprzewracałaś do góry nogami? To bez sensu. Miałam w planach kilka imprez, a przez ciebie wszystko przegapię!

Agn?s poczuła się winna, że pozbawia córkę kontaktów z przyjaciółmi. A co gorsza, odsuwa ją od życia towarzyskiego, do którego sama rościła sobie prawo. Jednak dzięki temu Lise uniknie błysków świateł stroboskopowych, ogłuszającego hałasu z głośników, nie mówiąc już o niebezpieczeństwie, jakie stanowiły dla niej kieliszek alkoholu czy pierwszy papieros, wypalony dla towarzystwa. Epilepsja kazała trzymać się od tego wszystkiego z daleka.

- Jeszcze masz na to czas.

Lise wzruszyła ramionami, a gdy Agn?s chciała wziąć ją za rękę, odwróciła się.

- Kochanie, przecież wiesz, że migające światła ci szkodzą.

- No, wiem. Przez to cholerstwo...

- Lise! - oburzyła się Agn?s. - Nie bądź wulgarna.

- Daj spokój, mamo. To jest niesprawiedliwe. Nie zasłużyłam na tę chorobę. Ja ją odziedziczyłam. Nikt mnie nie pytał o zdanie.

Co mogła odpowiedzieć? Oczywiście, nic. Po pierwszym ataku Agn?s z rozpaczy pokłóciła się z Florianem. Padaczka występowała w rodzinie ojca Lise jako dziedziczna wada wrodzona. Florian też był nią dotknięty, chociaż nie w takim stopniu jak Lise; jedyny atak, jaki miał od czasu znajomości z Agn?s, nastąpił na początku ich małżeństwa. Wówczas sądził, że to dolegliwość spowodowana przepracowaniem. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby się odbić na jej dzieciach. Co ciekawe, Agn?s ani trochę nie martwiła się o bliźniaków; wiedziała, że byli bardziej odporni. Ale Lise była taka podobna do ojca!

- A właściwie dlaczego tata z nami nie jedzie?

Pytanie, którego Agn?s się nie spodziewała, przynajmniej na razie, spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Agn?s unikała konfliktów. Szybko doszła do wniosku, że są bezużyteczne i uważała je za objaw prostactwa. Wolała dyplomatyczną uprzejmość, była bardziej w jej stylu. Chcąc pokryć zmieszanie, podała córce chusteczkę do nosa.

- Mamo? Dlaczego? - nalegała Lise. - Chcecie się rozwieść, tak?

- Co ci przyszło do głowy?

- To dlaczego tak nagle wyjechaliśmy?

Agn?s niechętnie mówiła o sobie, ale nie chciała okłamywać dzieci, nawet dla ich dobra. Lise była już na tyle duża, że mogła zrozumieć pewne sprawy. Zresztą, już nieraz dała dowód prawdziwej dojrzałości.

- Moje kochanie - szepnęła i pogładziła córkę po policzku z nieskończoną czułością. - Czasem zdarza się, że dorośli nie zgadzają się ze sobą. Wtedy muszą się rozstać i każdy idzie w swoją stronę.

- Ale my nie mamy nic wspólnego z waszą kłótnią!

- Wiem, dziecko. Wiem.

Lise odsunęła się o krok do tyłu.

- Po co nas tam zabierasz? Nie mamy ochoty zaszyć się w Chameyer. To dziura zabita dechami!

- Lise... - podjęła Agn?s. - Ciocia Aude tak rzadko nas widuje.

- No właśnie. Dlaczego musimy do niej jechać? Tata mówi, że jest kompletnie stuknięta.

- Niech twój tata już lepiej nic nie mówi.

Agn?s przeklęła w duchu pochopne sądy Floriana.

- Cóż, przyznaję, że ciocia Aude jest nieco ekscentryczna. Ale nie daj się zwieść pozorom. Jestem pewna, że ją polubisz, to bardzo miła osoba, przekonasz się.

- Właśnie że nie mam zamiaru się przekonywać! - krzyknęła Lise ze złością. - Dlaczego nie możemy wynająć willi w Marbelli albo w Syrakuzach, tak jak w poprzednich latach? Tam było ekstra. Nie mam ochoty gnić w tej dziurze.

- Nie możesz tak do tego podchodzić. Jestem pewna, że będziesz się dobrze bawić. Góry mają wiele zalet.

- Tak? Na przykład jakich?

- Świeże powietrze, długie spacery po lesie, zdrowy sen. To idealne miejsce na wypoczynek.

- Daruj sobie - westchnęła Lise i wróciła do samochodu.

Agn?s zamilkła. Była rozdarta między potrzebą usprawiedliwienia swojej decyzji i oszczędzenia córce przykrości. Ruszyli w dalszą drogę. Agn?s kurczowo ściskała kierownicę. Ostre serpentyny nie były tego jedynym powodem. Myślała o swoim przeszłym życiu. Zakochała się we Florianie od pierwszego wejrzenia i zrobiła wszystko, żeby go sobą zainteresować. Podobnie jak wiele innych dziewcząt, nie mogła oprzeć się jego urokowi i dwóm dołeczkom, które robiły mu się w policzkach, gdy się uśmiechał. Również ona wpadła w oko przystojnemu studentowi i dwa lata później wzięli ślub. Florian był cudownym mężem, bardzo w niej zakochanym. Gdy przeprowadzili się do przestronnego mieszkania na lewym brzegu Rodanu, urodziła się ich córka, Lise. Potem krąg rodzinny powiększył się o Louisa i Augustina. Agn?s, spełniona żona i matka, miała wkrótce obchodzić trzydzieste czwarte urodziny.

U podnóży błękitnych gór rozciągały się złociste łąki Champsaur. Na przełęczy Bayard Agn?s zwolniła, żeby dać odpocząć żołądkowi Lise. Zwolniła nawet trochę za bardzo, sądząc po liczbie samochodów, które ją wyprzedziły, gdy tylko Droga Napoleona rozszerzyła się do dwóch pasów przy zjeździe w stronę Gap.

- Tą samą drogą jechał kiedyś cesarz...

Agn?s próbowała wzbudzić zainteresowanie córki, znając jej zamiłowanie do historii.

- Tędy?

- Tak. Dokładnie tędy, w 1815 roku, gdy powracał z wyspy Elby.

Agn?s wróciła wspomnieniami do historii swojej rodziny, rojalistów przywiązanych do władzy Burbonów.

- W tym regionie Napoleon cieszył się dużą popularnością. W Gap i Corps, gdzie zatrzymał się na nocleg, przyjęto go jak władcę. Kiedy byłam w twoim wieku, mój tata opowiadał mi, że "Uzurpatora", jak go nazywał, ani trochę nie obchodził los Francji. Sto Dni miały na celu tylko jedno: odzyskanie cesarskiej szkatułki, wspaniałego skarbu, ukrytego w Pałacu Tuileries. Ale znasz dziadka, nie ma większego rojalisty niż on. Potrafi przerobić fakty historyczne na własny użytek.

Jechali, podziwiając krajobrazy. Góra przed nimi wyglądała jak czapka dziewiętnastowiecznego żandarma. Wszystkich bardzo to rozbawiło. Przy trzecim wirażu Lise znowu zbladła. Agn?s otworzyła okna. Bliźniacy, którzy zasnęli w idealnie symetrycznych pozycjach, teraz się obudzili. Jęczeli chórem, gdy samochód utknął w korku przy wjeździe do Gap; marudzili na drodze do Briançon; potem popłakiwali na zmianę, a gdy dostrzegli jezioro Serre-Ponçon, oświadczyli, że chcą się wykąpać. Agn?s rozpaczliwie próbowała odwieść ich od tego pomysłu, gdy wtem, na widok wyspy Saint-Michel w dole, przyszła jej do głowy pewna myśl.

- Wiecie, chłopcy, że na dnie jeziora leży wioska...?

- Naprawdę? - zapytał Louis.

- Tak, spójrzcie na prawo, widać tylko kaplicę.

- Czy ktoś tam umarł? - zainteresował się Augustin.

- O tak, na pewno.

Korzystając z płynnego przejazdu przez most Savines, Agn?s rzuciła spojrzenie w lusterko wsteczne. Bliźniacy z lekkim przestrachem przyglądali się turkusowej tafli jeziora.

- Patrzcie! Patrzcie! Ruiny wieży... - wyjąkał cienkim głosikiem Louis.

- To ruiny kościoła. Gdy poziom wody w jeziorze się obniża, ukazuje się dawna wioska. Mówiłam wam...

- Zalali całą wioskę? - zapytał Augustin.

- Tak, ale odbudowali ją nieco wyżej.

- A domy? - zaniepokoił się Louis.

- No cóż, domy zostały pod wodą - rzuciła Lise, której powoli zaczynały powracać kolory.

- A ludzie? Zostali?

- No coś ty, głupolu!

- Nie byłabym tego taka pewna, Lise - wtrąciła Agn?s tajemniczym tonem.

Zrobiła krótką pauzę, aby przykuć uwagę chłopców, po czym podjęła cicho:

- Niektórzy nie chcieli opuścić swoich domów.

Zachwycona wrażeniem, jakie wywarła, mówiła dalej:

- Powstał film, który opowiada o tej historii, pod tytułem Żywa woda. Jeśli chcecie, możemy go obejrzeć. Często puszczają go w kinach w tym regionie.

Aby nie zepsuć efektu, nie wspomniała jednak o tym, że film był czarno-biały. To było sprytne posunięcie, bo temat zaabsorbował dzieci i pozwolił jej przejechać w spokoju przez całe Embrun.

Za zakrętem drogi ich oczom ukazała się góra, którą trudno było pomylić z jakąkolwiek inną - trzy głębokie bruzdy wyrzeźbione w masywnym zboczu, u którego podnóża koryto rzeki Durance zwęża się na lewo. Góra Questre, bo tak się nazywała, nieodłącznie kojarzyła się Agn?s ze wspomnieniami z dzieciństwa. Dawne dobre czasy wakacji u babci Luny... To tam stawiała swoje pierwsze kroki, śmiała się do łez i całowała pierwszy raz w życiu. Potem Luna dołączyła do grona aniołów. Agn?s nigdy już nie wróciła. A jednak w chwili, gdy szukała ucieczki od Floriana, mały zakątek w Alpach Wysokich uznała za najlepsze schronienie. Zdawała sobie sprawę, że dotychczas po prostu grała rolę damy z towarzystwa. Zniewaga, jakiej doświadczyła przy wczorajszej kolacji, wywołała u niej wstrząs, który miał zbawienną moc. Nagle poczuła palącą potrzebę powrotu do korzeni.

Agn?s zaparkowała luksusową terenówkę na dziedzińcu Hotelu U Źródeł i przypomniała bliźniakom zasady zachowywania się w towarzystwie osób starszych. Wysiadła z samochodu, wygładziła spodnie i omiotła tkliwym spojrzeniem stojącą przed nią potężną wiejską posiadłość. Był to stary budynek, wysoki i kwadratowy, o solidnych kamiennych murach, z czterospadowym, bardzo stromym dachem. Gdy właścicielką została ciotka Aude, przekształciła go w hotel. Czasy świetności miał już dawno za sobą, bo od kiedy wyznaczono objazd dla drogi krajowej, turyści jeździli nową trasą przez dolinę i nie wjeżdżali do Chameyer-les-Alpes. Hotel stanowił nieco już wypłowiałą oazę spokoju. Domostwo charakteryzował artystyczny nieład. Dach wymagał natychmiastowego remontu, w wielu miejscach odpadał tynk. Na łące, opadającej tarasem ku głównej drodze, w najprzeróżniejszych ceramicznych naczyniach rosło w radosnym rozgardiaszu mnóstwo roślin ozdobnych, ziół leczniczych i aromatycznych przypraw. Roślinność pozostawiono samej sobie, nigdy nie tknęła jej ludzka ręka. Pomiędzy dwoma dostojnymi cedrami libańskimi, pozostałymi z czasów, gdy próbowano nadać ogrodowi pozory parku, ciotka Aude urządziła sobie swój kącik. Niezwykły, tak jak ona sama. Ponad falującą, długą i gęstą trawą kołysał się hamak, ciężki od koców i ozdobnych poduszek. Skrzynka, pierwotnie przeznaczona do transportu gruszek, służyła jako stolik; była pokryta zeschniętym woskiem, który skapał z niezliczonej ilości świeczek wypalonych w ciocinym kąciku. Na zdezelowanym krześle leżała rzucona niedbale książka, dzwoneczek o krystalicznym dźwięku dzwonił przy najlżejszym podmuchu wiatru. Nieco dalej, w sadzie rosnącym na zboczu, które opadało łagodnie w stronę rzeki Durance, drzewa uginały się już pod ciężarem owoców.

- Masakra - zawyrokowała Lise bez cienia wyrozumiałości.

Agn?s oburzyła się. Krytykować Chameyer-les-Alpes to tak, jakby wyprzeć się jakiejś części babci Luny, a więc i jej samej. Jak jej córka mogła wydawać ocenę, skoro nawet nie zadała sobie trudu, żeby poznać to miejsce? Agn?s miała nadzieję, że Lise uda się pokonać uprzedzenia. Nagle bliźniacy z wrzaskiem uczepili się nóg matki na widok dziwnego stwora pędzącego w ich stronę. Jego nieproporcjonalnie wielka głowa miała w sobie coś z ducha i coś z ufoludka, a szeroko rozłożone ramiona wyglądały, jakby chciały złapać wszystko, co znajdowało się w ich zasięgu. "Stwór" zatrzymał się w odległości metra od nowo przybyłych gości. Wydobył z siebie przenikliwy kwik. Bliźniacy zamknęli oczy. Gdy otworzyli je z powrotem, ujrzeli z bliska "obcego", który teraz wyglądał jak siwowłosa kobieta.

- Moje biedne dzieciątka, przestraszyłyście się stroju pszczelarza? Tak mi przykro. Chodźcie, niech was uściskam.

Louis i Augustin, skamieniali ze strachu, bali się puścić matkę.

- Nie bójcie się, nie zjem was. Pracowałam przy pszczołach, to one dają nam miód. Jeśli chcecie, będziecie mogli skosztować.

Agn?s kazała synom podejść do ciotki Aude.

- Przywitam się z tobą - ostrzegł Louis - ale obiecaj, że nie będziesz spać ze mną w pokoju.

- I że nie będziesz mnie kąpać - dodał równie podejrzliwy Augustin.

Agn?s zauważyła zdziwienie w oczach ciotki, ale Aude odparła wesoło:

- Jeszcze żaden mężczyzna mi tego nie powiedział. Wręcz przeciwnie, wszyscy wręcz o tym marzyli!

- Ciociu Aude! - obruszyła się Agn?s.

Ciotka, zaśmiewając się ze swojego żartu, pozbywała się odzieży ochronnej. Miała teraz na sobie osobliwe, fioletowe wdzianko: za duża bluzka opadała na bufiaste spodnie, spięte w połowie łydki wielkimi guzikami z bambusa.

Na początku lat siedemdziesiątych Odette Saint-Alban spaliła swoje imię wraz ze stanikiem, uważając zarówno jedno, jak i drugie za zbyt konserwatywne. Z czasów "peace and love" pozostała jej niezwykła otwartość umysłu. Kochała swoich bliźnich, łamała wszelkie tabu i odnosiła się z szacunkiem do środowiska naturalnego, z którego kruchości zdała sobie sprawę na długo przed tym, zanim do słowników trafiło słowo "ekologia". Dziś głupotą wydawało jej się promowanie samochodów hybrydowych, których baterie zanieczyszczają planetę. Za równie idiotyczne uważała pedałowanie na rowerze na siłowni; ten prosty środek transportu pozwolił jej zachować dobre zdrowie i kondycję dzięki przyjemnym przejażdżkom na świeżym powietrzu.

Podstaw pszczelarstwa ciotka Aude nauczyła się w młodości spędzonej w komunie hipisowskiej. Teraz miała dwadzieścia uli, które stały w głębi sadu, a zbiory miodu pozwalały jej na uzupełnienie comiesięcznych dochodów. Nie bez kokieterii poprawiła bezkształtny kok i wykrzyknęła na widok Lise:

- Boskie objawienie!

Pełnym łagodności gestem musnęła twarz nastolatki, ale nie dotknęła jej, trzymała ręce w odległości kilku centymetrów.

- Masz wspaniałą aurę, moje dziecko. Stwórca wejrzał na ciebie. Jesteś błogosławiona!

Przerażona Lise rzuciła matce wściekłe spojrzenie.

- Bardzo dobrze wyglądasz, ciociu Aude - wtrąciła się Agn?s, żeby wybawić córkę z zakłopotania.

- To są dobrodziejstwa medytacji...

Słysząc te słowa, Lise wzniosła oczy do nieba. Agn?s ujęła ciotkę pod ramię i zaprowadziła na bok.

Słabo ją znała. Aude zawsze trzymała się z boku i nie była zbyt przywiązana do rodziny. Bliscy mieli jej za złe zbyt częste wyjazdy za granicę. Nigdy nie wyszła za mąż, ale zawsze otaczał ją wianuszek wielbicieli. No i nie było jej u boku babci Luny w czasie jej choroby. Z takim obrazem ciotki dorastała Agn?s. Dwa lata temu, podczas dwutygodniowego pobytu, tego, który wywołał u dzieci bolesne wspomnienia, przeprowadziły rozmowę, po której Agn?s zmieniła o niej zdanie.

- Tak wiele przeżyłaś - mówiła. - Ty to masz szczęście.

- Szczęście! - zawołała ciotka Aude z goryczą w głosie. - Mężczyzna, który był jedyną prawdziwą miłością mojego życia, porzucił mnie. Musiałam zrezygnować z marzeń o dzieciach, których pragnęłam najbardziej na świecie, a których nie mogłam mieć, bo moje łono było suche jak piasek nad brzegiem Durance. Do tego jestem marną artystką. Fakt, poznałam wielu utalentowanych malarzy, muzyków, filmowców, niektórzy nawet zostali moimi przyjaciółmi. Dziś żadnego z nich już nie ma. W dodatku moja matka nigdy się nie dowie, jak bardzo ją kochałam. A moja rodzina...

Ciotka Aude zrobiła krótką, znacząca przerwę, po czym podjęła:

- Znalazłam schronienie w duchowości; wypełniłam nią tę przeklętą wolność, bo nie wiedziałam, co z nią począć. Trzeba wiedzieć, że wolność ma swoją cenę. Jest nią samotność.

- Właściwie nie wiem, jak długo zostaniemy - powiedziała nieśmiało Agn?s.

- Rozgośćcie się w pokojach, które wam się podobają. Nie ma tu nikogo innego. Nic, tylko wybierać. Ale polecam wam drugie piętro, jest w lepszym stanie, a poza tym, jak wiesz, rozciąga się z niego wspaniały widok na góry.

Agn?s z trójką dzieci weszła do domu. Na wstępie zaskoczył ich zapach, mieszanka kadzidła, drzewa sandałowego i paczuli. W pomieszczeniach, które mijali, połyskujące narzuty ukrywały pod orientalnymi wzorami stare, zużyte sofy. Nieco dalej jaskrawa, kanarkowożółta etażerka próbowała wbrew prawom grawitacji zasłonić pęknięcie w ścianie. Wszędzie pełno było trudnych do zidentyfikowania przedmiotów różnorakiego pochodzenia. Agn?s uśmiechnęła się na widok tego pstrokatego galimatiasu, świadka ciotczynych peregrynacji.

Dzieci nie podzielały jej entuzjazmu. Lise obeszła cały parter i nigdzie nie dostrzegła śladu komputera. Na piętrze otwierała gorączkowo każdy pokój, aż w końcu stanęła nieruchomo na środku korytarza i wymierzyła w matkę mordercze spojrzenie.

- O co chodzi, kochanie?

Lise zignorowała pytanie Agn?s i podeszła do okna.

- Ciociu Aude! - zawołała w stronę hamaka, układając dłonie w trąbkę. - Masz Internet, prawda?

Perlisty śmiech, który dał się słyszeć spod gałęzi cedru, doprowadził Lise do rozpaczy.

- Super. Nawet nie mogę czatować z koleżankami...

- Moje kochanie - zaczęła Agn?s, chcąc złagodzić gniew córki. - Powiedz, który pokój byś chciała?

- W dupie to mam! - odkrzyknęła Lise, zbiegając ze schodów.

- Lise, jak ty się wyrażasz?!

Dotąd córka była wzorowym dzieckiem, ale kilka miesięcy temu pani neurolog, która się nią zajmowała, zmieniła lekarstwa. Skutkiem ubocznym nowych środków było potęgowanie się agresji. Rzeczywiście, Agn?s zauważyła zmianę w zachowaniu córki. Co miała robić? Z zadumy wyrwały ją wrzaski nadbiegających bliźniaków.

- Beznadzieja, nie możemy nawet oglądać Simpsonów! W telewizji są tylko trzy kanały, nie ma naszego ulubionego.

Agn?s spojrzała na nich i zaproponowała:

- Moje aniołki, może pójdziecie zobaczyć, co jest w salonie? Wiem, że ciocia Aude ma całą kolekcję Sknerusa McKwaka.

Całe szczęście, że bliźniacy lubili komiksy.

Koniec wersji demonstracyjnej