Powrót do Tsugaru - Osamu Dazai

Kup ebooka

47.00 zł
25.85 zł (25,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Pew­nej wio­sny od­by­łem, ku czemu nie mia­łem ni­gdy wcze­śniej oka­zji, trwa­jącą około trzech ty­go­dni po­dróż po pół­wy­spie Tsu­garu, wy­su­nię­tym da­leko na pół­noc za­kątku wy­spy Hon­siu. Był to je­den z istot­niej­szych epi­zo­dów mo­jego trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niego ży­wota. Choć w Tsu­garu przy­sze­dłem na świat, tam też się wy­cho­wa­łem i ży­łem do dwu­dziestki, zna­łem je­dy­nie Ka­nagi, Go­sho­ga­warę, Aomori, Hi­ro­saki, Asa­mu­shi i ?wani - o in­nych mia­stach i mia­stecz­kach nie mia­łem naj­mniej­szego po­ję­cia.

Ka­nagi to moje mia­sto ro­dzinne. Po­ło­żone nie­mal do­kład­nie po­środku rów­niny Tsu­garu, li­czące pięć, może sześć ty­sięcy miesz­kań­ców, po­zba­wione cech szcze­gól­nych, lecz z lekko wiel­ko­miej­ską pre­ten­sją. Mó­wiąc ład­nie: miej­sce przy­jem­nie bez­barwne jak woda, mó­wiąc bru­tal­nie: mie­ścina płyt­kich ka­bo­ty­nów. Trzy ri[2] na po­łu­dnie, nad rzeką Iwaki, leży Go­sho­ga­wara. Cen­trum han­dlu i dys­try­bu­cji pro­duk­tów lo­kal­nego wy­twór­stwa z po­nad dzie­się­cioma ty­sią­cami miesz­kań­ców. W żad­nej in­nej miej­sco­wo­ści re­gionu, wy­łą­czyw­szy Aomori i Hi­ro­saki, po­pu­la­cja nie prze­kra­cza tej gra­nicy. Jest to miej­sce tęt­niące ener­gią - albo zwy­czaj­nie ha­ła­śliwe, za­leży, czy chcemy być mili. Nie czuć tam at­mos­fery rol­ni­czej wio­ski, prze­ciw­nie, na­wet na ulice tak nie­wiel­kiego prze­cież mia­sta za­kra­dła się już owa przy­pra­wia­jąca o dresz­cze sa­mot­ność wła­ściwa wiel­kim me­tro­po­liom. Je­śli po­rów­nać je - prze­sad­ność tej ana­lo­gii mnie sa­memu od­biera mowę - do To­kio, Ka­nagi by­łoby Ko­ishi­gawą, a Go­sho­ga­wa­rze od­po­wia­da­łaby Asa­kusa. Tu wła­śnie mieszka moja cio­cia. Jako dziecko ko­cha­łem ją bar­dziej niż ro­dzoną matkę, czę­sto więc u niej by­wa­łem. Można po­wie­dzieć, że aż do mo­mentu roz­po­czę­cia na­uki w gim­na­zjum oprócz tych dwóch miej­sco­wo­ści nie wie­dzia­łem pra­wie nic o ca­łej resz­cie Tsu­garu. Wy­jazd na eg­za­miny wstępne do Aomori wy­dał mi się nie­zwy­kłą, wielką wy­prawą, choć po­dróż trwała za­le­d­wie trzy czy cztery go­dziny; eks­cy­ta­cję, jaka mi wtedy to­wa­rzy­szyła, opi­sa­łem, nieco co prawda ko­lo­ry­zu­jąc, w jed­nym z mo­ich opo­wia­dań. Nie wszystko w tej re­la­cji wier­nie od­po­wiada rze­czy­wi­sto­ści, pełno w niej bła­zeń­skich wy­my­słów, są­dzę jed­nak, że cał­kiem do­brze od­daje moje emo­cje.

Strój, w któ­rym wy­ru­szył do nie­wiel­kiego mia­sta z sie­dzibą władz pre­fek­tury, naj­pierw w trzę­są­cym się kon­nym wo­zie, po­tem dzie­sięć ri po­cią­giem pa­ro­wym, by przy­stą­pić do eg­za­mi­nów wstęp­nych do gim­na­zjum, był do­prawdy dzi­waczny - nad swą opła­kaną ele­gan­cją pra­co­wał rok po roku w ta­jem­nicy przed wszyst­kimi. Oczy­wi­ście nie omiesz­kał za­ło­żyć bia­łej fla­ne­lo­wej ko­szuli, którą wprost uwiel­biał, tym ra­zem miał przy niej wielki koł­nierz ni­czym mo­tyle skrzy­dła, który wy­pu­ścił na wierzch ki­mona, tak jak wy­pusz­cza się roz­pięty koł­nie­rzyk let­niej ko­szuli na ma­ry­narkę. Wy­glą­dało to tro­chę jak śli­nia­czek. On jed­nak, trwa­jąc w chmur­nym na­pię­ciu, był prze­ko­nany, że pre­zen­tuje się ni­czym pa­nicz z wyż­szych sfer. Do ki­mona z ku­ru­me­ga­suri[3] za­ło­żył krót­kie ha­kama w bia­ławe pasy, dłu­gie skar­pety i sznu­ro­wane czarne buty wy­pa­sto­wane na wy­soki po­łysk. I pe­le­rynę na wierzch. Jego oj­ciec już nie żył, a matka była chora, dla­tego mło­dzie­niec we wszyst­kim po­le­gał na życz­li­wo­ści swo­jej szwa­gierki o do­brym sercu. Spryt­nie wy­pro­sił u niej, by prze­ro­biła mu koł­nierz, a gdy za­re­ago­wała śmie­chem, zde­ner­wo­wał się zu­peł­nie na po­waż­nie - nikt nie ro­zu­miał jego es­te­tyki, co wzbu­dzało w nim go­rycz przy­pra­wia­jącą o łzy. Wy­twor­ność i gra­cja: na tym opie­rała się cała jego fi­lo­zo­fia piękna. Ba, nie tylko ona, ale też całe ży­cie, cel jego ist­nie­nia. Pe­le­ryny ce­lowo nie za­pi­nał, przez co cały czas wy­glą­dała, jakby za­raz miała zsu­nąć się z jego wą­skim ra­mion, i wie­rzył, że to nie­zwy­kle sty­lowy szcze­gół. Skąd się tego wszyst­kiego na­uczył? In­stynkt ele­ganta prze­ja­wia się chyba sa­mo­czyn­nie, na­wet je­śli nie ma przy­kła­dów, na któ­rych czło­wiek mógłby się wzo­ro­wać. Pierw­szy raz w ży­ciu miał oka­zję po­sta­wić stopę w mie­ście z praw­dzi­wego zda­rze­nia, dla­tego też wy­stroił się jak ni­gdy przed­tem. Był tak wielce prze­jęty, że gdy tylko do­tarł na miej­sce - do owej mie­ściny na naj­dal­szej pół­nocy Hon­siu - zmie­nił na­wet spo­sób mó­wie­nia. Za­czął uży­wać dia­lektu to­kij­skiego, któ­rego wy­uczył się z cza­so­pism dla chłop­ców. Szybko jed­nak prze­żył drobne roz­cza­ro­wa­nie, bo­wiem już w pen­sjo­na­cie usły­szał, że tam­tej­sze słu­żące mó­wią w dia­lek­cie Tsu­garu, do­kład­nie ta­kim, ja­kiego uży­wano w jego ro­dzin­nych stro­nach. Nic zresztą dziw­nego, skoro od­da­lił się od nich na nie­spełna dzie­sięć ri[4].

Ta mie­ścina nad brze­giem mo­rza to Aomori. Wła­śnie tam za­ło­żono główny port Tsu­garu, za­rządca So­to­ga­hamy roz­po­czął bu­dowę w pierw­szym roku ery Kan'ei - około trzy­stu dwu­dzie­stu lat temu. Po­noć już wtedy stało tam aż ty­siąc do­mostw. Roz­po­częto że­glugę mię­dzy no­wym por­tem a ?mi, Echi­zen, Echigo, Kagą, Noto, Wa­kasą oraz in­nymi miej­sco­wo­ściami. Mia­sto roz­kwi­tało, aż stało się naj­bar­dziej ru­chli­wym por­tem ca­łej pro­win­cji; gdy w czwar­tym roku ery Me­iji zli­kwi­do­wano sys­tem lenn feu­dal­nych zwa­nych ha­nami, usta­no­wiono je sto­licą nowo utwo­rzo­nej pro­win­cji Aomori, a obec­nie, co wszy­scy do­sko­nale wie­dzą, broni pół­noc­nego krańca wy­spy Hon­siu i łą­czy ją pro­mem ko­le­jo­wym z Ha­ko­date na Hok­ka­ido. Li­czy te­raz po­nad dwa­dzie­ścia ty­sięcy go­spo­darstw do­mo­wych i prze­szło sto ty­sięcy miesz­kań­ców, lecz na przy­jezd­nych nie wy­wiera do­brego wra­że­nia. Trudno wi­nić mia­sto za liczne po­żary, z po­wodu któ­rych bu­dynki przy­brały swój nędzny wy­gląd, nie zmie­nia to jed­nak faktu, że po­dróżny nie jest w sta­nie na­wet zgad­nąć, gdzie kon­kret­nie leży cen­trum; w rzę­dach po­zba­wio­nych wy­razu, osma­lo­nych do­mów nie ma ni­czego, co pró­bo­wa­łoby przy­cią­gnąć jego uwagę. Przy­bysz z ze­wnątrz, nie mo­gąc uspo­koić my­śli, czym prę­dzej opusz­cza mia­sto. Ja na­to­miast spę­dzi­łem w Aomori cztery lata. Był to w moim ży­ciu nie­zwy­kle istotny okres. Szcze­gó­łowo opi­sa­łem tamte dni we Wspo­mnie­niach, mo­jej wcze­snej no­weli.

Nie mia­łem zbyt do­brych ocen na świa­dec­twie, ale wio­sną pod­sze­dłem do eg­za­mi­nów wstęp­nych i zo­sta­łem przy­jęty do gim­na­zjum. Wło­ży­łem nowe pli­so­wane ha­kama, czarne skar­pety i sznu­ro­wane buty, fil­cową pe­le­rynę - koc, któ­rym do tej pory na­kry­wa­łem się w po­dróży, zo­sta­wi­łem w domu - za­rzu­ci­łem na ra­miona, nie za­pi­na­jąc gu­zika, jak na mod­ni­sia przy­stało, i ru­szy­łem w drogę do nie­wiel­kiego nad­mor­skiego mia­sta. Po­dróż za­koń­czy­łem przed skle­pem z tka­ni­nami, który na­le­żał do mo­ich da­le­kich krew­nych. Wła­śnie tam, w tym domu z wy­strzę­pio­nym, sta­rym no­re­nem wi­szą­cym nad wej­ściem, mia­łem za­miesz­kać.

Z na­tury wpa­da­łem w eu­fo­rię pod byle pre­tek­stem, ale wtedy, za­raz po roz­po­czę­ciu na­uki w no­wej szkole, prze­cho­dzi­łem sa­mego sie­bie; za­kła­da­łem ha­kama i uczniow­ską czapkę, na­wet kiedy sze­dłem tylko do łaźni. Ba, na­wet kła­nia­łem się lekko z uśmie­chem na ustach, wi­dząc swoje od­bi­cie w mi­ja­nych po dro­dze oknach.

Mimo to szkoła była zu­peł­nie nie­cie­kawa. Le­żała na obrze­żach mia­sta, bu­dynki po­ma­lo­wano na biało, a za­raz za nimi roz­cią­gał się pła­ski park wy­cho­dzący na mo­rze - szum fal i sze­lest so­sen sły­szało się na­wet pod­czas lek­cji, ko­ry­ta­rze były sze­ro­kie, su­fity w sa­lach wy­so­kie, sło­wem, wszystko spra­wiało jak naj­lep­sze wra­że­nie, ale tam­tejsi na­uczy­ciele bez­li­to­śnie mnie prze­śla­do­wali.

Je­den, który uczył gim­na­styki, ude­rzył mnie już pierw­szego dnia. Po­noć by­łem bez­czelny. Po­czu­łem się bo­le­śnie zra­niony przede wszyst­kim dla­tego, że to wła­śnie on prze­pro­wa­dzał mój eg­za­min ustny pod­czas re­kru­ta­cji i po­wie­dział wtedy z wielką tro­ską, że pew­nie nie mo­głem się przy­go­to­wać tak, jak bym chciał, ze względu na odej­ście ojca, a ja schy­li­łem przed nim głowę. Póź­niej bili mnie też inni na­uczy­ciele. Za uśmie­cha­nie się, za zie­wa­nie, z róż­nych po­wo­dów. Raz usły­sza­łem na­wet, że je­stem sławny w po­koju na­uczy­ciel­skim, bo tak sze­roko zie­wam pod­czas za­jęć. Po­my­śla­łem wtedy, że pro­fe­so­rom chyba coś się po­my­liło, że roz­ma­wiają ze sobą o ta­kich głu­po­tach.

Pe­wien uczeń, który po­cho­dził z tej sa­mej miej­sco­wo­ści co ja, za­wo­łał mnie kie­dyś za wy­dmę na te­re­nie szkoły. "Słu­chaj, ty na­prawdę spra­wiasz strasz­nie bez­czelne wra­że­nie. Jak tak da­lej pój­dzie i będą cię tylko cią­gle bili, nie zdasz do na­stęp­nej klasy" - ostrzegł mnie lo­jal­nie. By­łem w szoku. Tam­tego dnia wró­ci­łem do domu plażą, sam. Sze­dłem, wzdy­cha­jąc głę­boko, a fale ob­my­wały po­de­szwy mo­ich bu­tów. Kiedy otar­łem pot z czoła rę­ka­wem szkol­nego mun­durka, za­ska­ku­jąco wielki ża­giel w my­sim ko­lo­rze prze­mknął mi przed oczami, ko­ły­sząc się[5].

Tamto gim­na­zjum do dziś tak jak daw­niej stoi na wschod­nim krańcu mia­sta. Pła­ski park, o któ­rym mowa, to park Gappo. Le­żał tak bli­sko szkoły, że bez prze­sady można go było uznać za jej część. Za­wsze - chyba że ze­rwała się śnie­życa - zmie­rza­łem do szkoły i wra­ca­łem do domu brze­giem mo­rza, wcho­dząc bądź wy­cho­dząc wła­śnie przez ów park. Była to swego ro­dzaju tajna ścieżka, mało kto jej uży­wał. Moim zda­niem bar­dzo przy­jemna. Szcze­gól­nie ran­kiem wcze­snym la­tem. Na­to­miast sklep z tka­ni­nami, przy któ­rym miesz­ka­łem, na­le­żał do pań­stwa Toy­odów z dziel­nicy Te­ra­ma­chi; in­te­res dzia­ła­jący od nie­mal dwu­dzie­stu po­ko­leń, je­den z naj­star­szych i naj­lep­szych za­kła­dów w ca­łym mie­ście. Mój krewny, ów­cze­sna głowa ro­dziny, który nie­stety już zmarł, trak­to­wał mnie le­piej niż syna. Ni­gdy go nie za­po­mnę. Od­wie­dzi­łem Aomori dwa czy trzy razy w ciągu ostat­nich paru lat, ni­gdy nie za­po­mi­na­jąc, by do­peł­nić mo­jego zwy­czaju: pójść na jego grób, a noc spę­dzić u Toy­odów.

Pew­nego ranka w trze­ciej kla­sie za­trzy­ma­łem się na mo­ście po dro­dze do szkoły, opar­łem o okrą­głą, cy­no­brową belkę i po­grą­ży­łem się w my­ślach. Po­ni­żej wolno pły­nęła rzeka sze­roka jak to­kij­ska Su­mida. Aż do tam­tej pory ni­gdy nie po­zwa­la­łem so­bie na roz­tar­gnie­nie, przez które stra­cił­bym kon­takt ze świa­tem. Za­wsze mia­łem wra­że­nie, że gdzieś za mną ktoś jest i mnie ob­ser­wuje, za­wsze przy­bie­ra­łem ja­kąś pozę. Do każ­dego, na­wet naj­drob­niej­szego ge­stu do­da­wa­łem w gło­wie di­da­ska­lia: "zdez­o­rien­to­wany, pa­trzy na swoją dłoń", "mówi, dra­piąc się za uchem" - za­cho­wa­nia, przy któ­rych mo­głoby stać "od­ru­chowo" czy "nie­świa­do­mie", dla mnie nie ist­niały. Kiedy ock­ną­łem się z za­my­śle­nia, serce aż za­drżało mi z sa­mot­no­ści. W ta­kich mo­men­tach za­wsze my­śla­łem o prze­szło­ści i przy­szło­ści. Sze­dłem, stu­ka­jąc bu­tami o de­ski mo­stu, i przy­po­mi­na­łem so­bie różne wy­da­rze­nia. Znów po­grą­ży­łem się w roz­my­śla­niach. Na ko­niec wes­tchną­łem ciężko: "Czy na pewno zdo­łam zo­stać kimś wiel­kim? [...] Na­prawdę się uczy­łem - co prawda ze względu na gra­ni­czące z przy­mu­sem prze­ko­na­nie, że co by się nie działo, mu­szę być naj­lep­szy ze wszyst­kich, ale i tak. Od trze­ciego roku cały czas zaj­mo­wa­łem pierw­szą lo­katę w kla­sie. Trudno było tego do­ko­nać, nie otrzy­mu­jąc przy oka­zji łatki ku­jona, ale ze mnie nikt się tak nie wy­śmie­wał, ba, sztukę zjed­ny­wa­nia so­bie ko­le­gów opa­no­wa­łem do per­fek­cji. Na­wet ka­pi­tan szkol­nej re­pre­zen­ta­cji judo, zwany Ośmior­nicą, był mi po­słuszny. Cza­sem wska­zy­wa­łem na dużą wazę sto­jącą w rogu, do któ­rej wrzu­cało się pa­piery, i mó­wi­łem do niego: "Ośmior­nica, a zmie­ścisz się tam?". Wtedy on wsa­dzał głowę do środka i śmiał się, a jego śmiech re­zo­no­wał we­wnątrz na­czy­nia, two­rząc prze­dziwny dźwięk. Kla­sowe przy­stoj­niaki też za­zwy­czaj do mnie lgnęły. Mógł­bym przyjść do szkoły z prysz­czami po­ob­kle­ja­nymi trój­ką­ci­kami, sze­ścio­ką­tami i kwiat­kami wy­cię­tymi z pla­strów, a i tak nikt by się nie śmiał.

Prysz­cze były źró­dłem mo­ich nie­ustan­nych cier­pień. W tam­tym cza­sie ro­biło się ich co­raz wię­cej; każ­dego ranka po prze­bu­dze­niu prze­su­wa­łem pal­cami po twa­rzy, żeby spraw­dzić, czy przy­było no­wych. Pró­bo­wa­łem róż­nych le­karstw, ale żadne nie dzia­łało. Kiedy sze­dłem do ap­teki, py­ta­łem o dany spe­cy­fik, czy­ta­jąc jego na­zwę ze skrawka pa­pieru, jakby ktoś inny mnie po niego wy­słał - nie po­tra­fi­łem ina­czej. Uwa­ża­łem prysz­cze za oznakę mo­jej nie­za­spo­ko­jo­nej żą­dzy, dla­tego na samą myśl o nich ro­biło mi się ciemno przed oczami ze wstydu. Cza­sem stwier­dza­łem na­wet, że wo­lał­bym już umrzeć. Wśród ro­dziny opi­nie na te­mat mo­jego wy­glądu się­gnęły dna. Naj­star­sza sio­stra, która żyła już w domu swo­jego męża, po­noć po­wie­działa na­wet, że ni­gdy nie znajdę so­bie żony. Tym su­mien­niej sma­ro­wa­łem się ma­ściami.

Młod­szy brat też się mar­twił sta­nem mo­jej twa­rzy i czę­sto cho­dził do ap­teki za mnie. Od dziecka za sobą nie prze­pa­da­li­śmy - do tego stop­nia, że kiedy zda­wał do gim­na­zjum, ży­czy­łem mu po­rażki, ale gdy obaj za­miesz­ka­li­śmy z dala od domu, za­czą­łem do­strze­gać co­raz wię­cej do­brych stron jego cha­rak­teru. Z wie­kiem ro­bił się ma­ło­mówny i skryty. Cza­sem za­miesz­czał ja­kieś dro­bia­zgi w na­szym cza­so­pi­śmie, ale jego tek­stom bra­ko­wało ener­gii, śmia­ło­ści. Bez prze­rwy za­mar­twiał się, że nie idzie mu w szkole tak do­brze, jak mnie. Pró­bo­wa­łem go po­cie­szać, ale wtedy wpa­dał w jesz­cze gor­szy hu­mor. Do tego roz­pa­czał, że li­nia wło­sów nad czo­łem układa mu się w trój­kątny kształt góry Fuji, jak u ko­biety. "Mam małe czoło, dla­tego je­stem taki głupi" - świę­cie w to wie­rzył. Jemu jed­nemu ni­czego nie od­ma­wia­łem. W tam­tym okre­sie pod­cho­dzi­łem do lu­dzi tylko na dwa spo­soby: albo ukry­wa­łem przed nimi wszystko, albo nic. Z bra­tem nie mie­li­śmy przed sobą żad­nych se­kre­tów.

Pew­nego bez­k­się­ży­co­wego wie­czora na po­czątku je­sieni po­szli­śmy na molo, gdzie przy­jemny wiatr znad mo­rza ło­po­tał na­szymi ubra­niami, i roz­ma­wia­li­śmy o czer­wo­nej nici. Na­uczy­ciel ja­poń­skiego opo­wie­dział o niej kie­dyś na lek­cji: każdy z nas ma za­wią­zaną u ma­łego palca pra­wej stopy nie­wi­dzialną czer­woną nitkę, która cią­gnie się bar­dzo długa, a jej drugi ko­niec jest przy­wią­zany do palca dziew­czyny, która jest nam prze­zna­czona na żonę. Nić się nie prze­rwie, nie­ważne, jak wielka dzieli nas od­le­głość; nie za­pląta się, na­wet je­śli przej­dziemy obok sie­bie na ulicy. Bar­dzo się prze­ją­łem, kiedy po raz pierw­szy usły­sza­łem tę hi­sto­rię - opo­wie­dzia­łem o wszyst­kim bratu, jak tylko wró­ci­łem do domu. Wła­śnie o tym roz­ma­wia­li­śmy tam­tego wie­czoru, wsłu­chu­jąc się w szum fal i pisk mew. "Jak my­ślisz, co te­raz robi twoja żona?" - za­py­ta­łem. On chwy­cił po­ręcz obiema rę­kami i po­trzą­snął nią parę razy. "Spa­ce­ruje po ogro­dzie" - od­po­wie­dział zmie­szany. Dziew­czyna w wy­so­kich san­da­łach, oglą­da­jąca kwiaty wie­siołka z wa­chla­rzem w ręku bar­dzo do niego pa­so­wała. Na­de­szła moja ko­lej, ale ja wy­du­si­łem tylko, że moja ma na so­bie czer­wony pas, i za­mil­kłem ze wzro­kiem wbi­tym w czarną po­wierzch­nię mo­rza. Prom pły­nący z cie­śniny wy­nu­rzył się zza ho­ry­zontu, ko­ły­sany przez fale, jak wielki za­jazd z mnó­stwem oświe­tlo­nych na żółto ka­jut[6].

Lu­bi­li­śmy z bra­tem - który zmarł dwa czy trzy lata póź­niej - cho­dzić na to molo. Na­wet w śnieżne zi­mowe wie­czory spa­ce­ro­wa­li­śmy tam ra­zem pod pa­ra­so­lem. To coś wspa­nia­łego, jak śnieg bez­gło­śnie pada pro­sto w głę­boką wodę portu. Te­raz statki aż się tam tło­czą, z molo nie spo­sób już po­dzi­wiać wi­do­ków. "Rzeka sze­roka jak to­kij­ska Su­mida" to Tsut­sumi, która pły­nie przez wschod­nią część Aomori i szybko wpada do za­toki. Tuż przed uj­ściem do mo­rza jest na rzece ta­kie miej­sce, gdzie nurt zwal­nia, wy­gląda wręcz, jakby woda wa­hała się i za­wra­cała. Wpa­try­wa­łem się w nie jak za­hip­no­ty­zo­wany. Je­śli po­ku­sić się o pre­ten­sjo­nalną me­ta­forę, moja mło­dość także miała za­raz spły­nąć do mo­rza. Można chyba po­wie­dzieć, że owe cztery lata, które spę­dzi­łem w Aomori, to nie­za­po­mniany czas. Tak jak na za­wsze po­zo­staną we mnie wspo­mnie­nia ży­cia w tym mie­ście, tak ni­gdy nie opusz­czą mej pa­mięci go­rące źró­dła w od­da­lo­nym stam­tąd o trzy ri nad­mor­skim Asa­mu­shi. We Wspo­mnie­niach, a jakże, znaj­duje się na­stę­pu­jący ustęp:

Je­sie­nią wzią­łem brata i wy­bra­li­śmy się do uzdro­wi­ska z go­rą­cymi źró­dłami nad mo­rzem, około trzy­dzie­stu mi­nut jazdy po­cią­giem od mia­sta, gdzie cho­dzi­li­śmy do szkoły. Matka wy­na­jęła tam dom i za­ży­wała zdro­wot­nych ką­pieli ra­zem z naj­młod­szą z mo­ich star­szych sióstr, która od­zy­ski­wała siły po cho­ro­bie. Za­miesz­ka­łem u nich i kon­ty­nu­owa­łem na­ukę do eg­za­mi­nów wstęp­nych. Mu­sia­łem do­stać się do li­ceum za­raz po czwar­tej kla­sie gim­na­zjum, rok wcze­śniej niż więk­szość - wy­ma­gało tego miano ge­niu­sza, któ­rym chcąc nie chcąc by­łem skrę­po­wany. W tam­tym cza­sie moja nie­chęć do szkoły jesz­cze bar­dziej przy­brała na sile, ale mimo wszystko uczy­łem się pil­nie, choć nie­ustan­nie czu­łem ja­kąś pre­sję. Do szkoły do­jeż­dża­łem po­cią­giem. Przy­ja­ciele od­wie­dzali mnie w każdą nie­dzielę. Uda­wa­li­śmy, że ża­den z nas nie pa­mięta już o spra­wie z Miyo. Za­wsze wy­cho­dzi­łem z nimi na pik­nik - roz­kła­da­li­śmy się na pła­skich ska­łach nad mo­rzem, ro­bi­li­śmy ko­cio­łek z mię­sem i pi­li­śmy wino. Młod­szy brat miał ładny głos i znał wiele no­wych pio­se­nek, więc pro­si­li­śmy, żeby nas ich uczył, a po­tem śpie­wa­li­śmy wszy­scy ra­zem. Za­sy­pia­li­śmy, wy­czer­pani za­bawą, a kiedy się bu­dzi­li­śmy, skały do tej pory po­łą­czone z lą­dem nie wia­domo kiedy prze­mie­niały się w wy­spę; mie­li­śmy wra­że­nie, jak­by­śmy wciąż śnili[7].

Aż chce się za­żar­to­wać, że oto moja mło­dość na­resz­cie do­pły­nęła do celu, prawda? Mo­rze w Asa­mu­shi było zimne i przej­rzy­ste, zu­peł­nie nie naj­gor­sze, ale o tam­tej­szych pen­sjo­na­tach nie­ła­two po­wie­dzieć do­bre słowo. Trudno ocze­ki­wać wię­cej po ry­bac­kiej osa­dzie mroź­nego T?hoku[8], kry­tyka by­łaby nie na miej­scu, ale czy ja je­dyny wy­czu­wam tu iry­tu­jącą, ma­łost­kową aro­gan­cję żaby, która mieszka w studni i nie wie nic o wiel­kim mo­rzu? Nie szczę­dzę ostrych słów, bo to za­ką­tek mo­ich ro­dzin­nych stron - Asa­mu­shi leży na pro­win­cji, a jed­nak po­zba­wione jest wiej­skiej nie­win­no­ści, przy­pra­wia o dziw­nego ro­dzaju nie­po­kój. Nie mia­łem ostat­nio oka­zji za­trzy­mać się tam na noc, je­stem jed­nak pe­wien, że je­śli ceny za noc­leg nie przy­pra­wiają o za­wrót głowy, to tylko za sprawą nad­zwy­czaj szczę­śli­wego zrzą­dze­nia losu. Ow­szem, prze­sa­dzam. Nie ba­wi­łem w Asa­mu­shi, oglą­da­łem domy owego ku­rortu je­dy­nie z okna po­ciągu, prze­ma­wia przeze mnie nie­wiele warta in­tu­icja bied­nego ar­ty­sty, nie mam żad­nych in­nych pod­staw, dla­tego też nie chcę na­rzu­cać czy­tel­ni­kom mo­ich prze­czuć. Ba, praw­do­po­dob­nie le­piej by­łoby, gdyby wcale nie da­wali im wiary. Asa­mu­shi z pew­no­ścią za­częło wszystko na nowo i jest te­raz skrom­nym uzdro­wi­skiem. To tylko ga­da­nina zu­bo­ża­łego li­te­rata, który ostat­nimi czasy czę­sto mi­jał w po­ciągu ową miej­sco­wość ze swo­ich wspo­mnień, ale nie wy­siadł tam ani razu - po­dróż­nego o skrzy­wio­nym cha­rak­te­rze, któ­rego umysł spo­wija wąt­pli­wość, czy za sprawą peł­nych mło­dzień­czego wi­goru ele­gan­tów z Aomori ten mroźny ku­rort nie na­brał w pew­nym mo­men­cie wy­gó­ro­wa­nego mnie­ma­nia o sa­mym so­bie, czy tu­tej­szych go­spo­dyń nie opa­no­wały nie­do­rzeczne złu­dze­nia, że ich kryte strze­chą pen­sjo­naty do­rów­nują sław­nym przy­byt­kom w Atami i Yuga­wa­rze.

Asa­mu­shi to naj­sław­niej­sze go­rące źró­dła w Tsu­garu, na­to­miast dru­gie miej­sce zaj­muje chyba ?wani. Znaj­duje się w po­łu­dnio­wej czę­ści re­gionu, przy gra­nicy z pre­fek­turą Akita, sama miej­sco­wość w kraju bar­dziej jest chyba znana jako ku­rort nar­ciar­ski. Pen­sjo­naty z go­rą­cymi źró­dłami leżą u stóp góry. Za­cho­wały się tam ślady daw­nych dzie­jów pro­win­cji Tsu­garu. Moi krewni czę­sto jeź­dzili w te strony za­ży­wać ką­pieli, dla­tego też sam by­wa­łem tam jako dziecko; z jed­nej strony nie utkwiło mi ono w pa­mięci tak wy­raź­nie, z dru­giej strony jed­nak wspo­mnie­nia z Asa­mu­shi są żywe, lecz nie wszyst­kie na­zwał­bym przy­jem­nymi, na­to­miast te z ?wani są co prawda za­mglone, ale dro­gie mo­jemu sercu. Może to kwe­stia róż­nicy mię­dzy mo­rzem a gó­rami? Nie wi­dzia­łem ?wani od bli­sko dwu­dzie­stu lat - czy gdy­bym je te­raz od­wie­dził, spra­wi­łoby wra­że­nie po­dobne do Asa­mu­shi, czyli mie­ściny, która upiła się reszt­kami z wiel­kiego mia­sta i trwa te­raz ska­co­wana i zgorzk­niała? Nie po­tra­fię po­rzu­cić na­dziei, że jed­nak nie. Z To­kio pro­wa­dzą tu drogi o wiele gor­sze niż do Asa­mu­shi - to pierw­sza z prze­sła­nek, które po­zwa­lają mi za­cho­wać opty­mizm. Drugą jest fakt, że nie­opo­dal leży Ika­ri­ga­seki, miej­sce daw­nego po­ste­runku gra­nicz­nego mię­dzy Tsu­garu a Akitą, w związku z czym cała oko­lica ob­fi­tuje w za­bytki, a tra­dy­cyjny styl ży­cia po­zo­staje mocno za­ko­rze­niony. Dla­tego nie są­dzę, by mia­stowe zwy­czaje tak ła­two pod­biły tę oko­licę. Szcze­gól­nie że - to ostat­nie źró­dło mo­jego opty­mi­zmu - le­d­wie trzy ri na pół­noc stoi za­mek Hi­ro­saki z wciąż nie­na­ru­szo­nym don­żo­nem, który co roku na wio­snę z dumą pre­zen­tuje swą do­sko­nałą formę wśród kwit­ną­cych wi­śni. Pra­gnę wie­rzyć, że póki trwa za­mek Hi­ro­saki, ?wani nie upije się do nie­przy­tom­no­ści męt­nymi reszt­kami z wiel­kich miast.

Za­mek Hi­ro­saki. To cen­trum hi­sto­rii daw­nego hanu[9] Tsu­garu. Jego pierw­szy władca, ?ura Ta­me­nobu[10], wsparł To­ku­ga­wów w bi­twie pod Se­ki­ga­harą, a gdy w 1603 roku Iey­asu To­ku­gawa otrzy­mał z rąk ce­sa­rza ty­tuł sio­guna, Ta­me­nobu zo­stał pa­nem feu­dal­nym z rocz­nym przy­cho­dem czter­dzie­stu sied­miu ty­sięcy koku[11] ryżu. Na­tych­miast za­czął wy­ty­czać plany pod za­mek i fosę w ów­cze­snej Ta­ka­oce. Bu­dowę ukoń­czono za pa­no­wa­nia jego na­stępcy, Tsu­garu No­bu­hiry. Tak po­wstał za­mek Hi­ro­saki. Słu­żył za sie­dzibę ko­lej­nym wład­com; za cza­sów czwar­tego, No­bu­masy, w Ku­ro­ishi utwo­rzono osobną ga­łąź rodu z jego krew­nym No­bu­fusą na czele, w ten spo­sób dzie­ląc re­gion na dwa hany. Re­formy No­bu­masy, uzna­nego pierw­szym spo­śród Sied­miu Słyn­nych Pa­nów epoki Gen­roku[12], w wiel­kim stop­niu pod­nio­sły pre­stiż Tsu­garu, jed­nak za pa­no­wa­nia No­buy­asu, siód­mego władcy, dwie plagi głodu - z okre­sów H?reki i Ten­mei - prze­mie­niły całą kra­inę w pie­kło, czy­niąc także spu­sto­sze­nie w skarbcu. Ko­lejni pa­no­wie na tych zie­miach, No­bu­haru i Yasu­chika, mimo dra­ma­tycz­nej sy­tu­acji ro­bili wszystko co w ich mocy, by przy­wró­cić re­gio­nowi dawną świet­ność. Za cza­sów je­de­na­stego, Yukit­sugu, z tru­dem udało się za­że­gnać kry­zys, zaś dwu­na­sty, Tsu­gu­akira, zwró­cił zie­mie ce­sa­rzowi wraz z li­kwi­da­cją sys­temu do­men feu­dal­nych. Wtedy po­wstała obecna pre­fek­tura Aomori. Tak oto w wiel­kim skró­cie przed­sta­wia się hi­sto­ria zamku Hi­ro­saki i ca­łego Tsu­garu. Na dal­szych stro­nach za­mie­rzam po­świę­cić wię­cej miej­sca dzie­jom tego re­gionu, te­raz jed­nak po­zwolę so­bie za­koń­czyć ni­niej­sze wpro­wa­dze­nie kil­koma wspo­mnie­niami z Hi­ro­saki.

Spę­dzi­łem w owym zam­ko­wym mie­ście trzy lata. Uczęsz­cza­łem wtedy do tam­tej­szego li­ceum i wprost sza­la­łem na punk­cie tra­dy­cyj­nej re­cy­ta­cji gi­day?. Było to do­prawdy prze­dziwne. Cho­dzi­łem na lek­cje do pew­nej mi­strzyni w dro­dze ze szkoły; zdą­ży­łem już za­po­mnieć, czego na­uczyła mnie w pierw­szej ko­lej­no­ści, może Asa­gao-nikki? W każ­dym ra­zie opa­no­wy­wa­łem po­tem wszystko po ko­lei: No­zaki-mura, Tsu­bo­saka, na­wet Shin­j?ten no Ami­jima. Dla­czego pod­ją­łem tak oso­bliwe za­ję­cie, które prze­cież wcale do mnie nie pa­so­wało? Nie mam za­miaru zrzu­cać ca­łej winy na miej­sce mo­jego po­bytu, ale mimo wszystko część od­po­wie­dzial­no­ści po­winno wziąć na sie­bie Hi­ro­saki. Trudno w to uwie­rzyć, ale gi­day? cie­szyło się tam wielką po­pu­lar­no­ścią. Cza­sem or­ga­ni­zo­wano wy­stępy ama­to­rów w miej­skim te­atrze; pew­nego razu po­sze­dłem po­słu­chać. Pa­trzę, a tam miej­scowi dżen­tel­meni w ele­ganc­kich stro­jach re­cy­tują zu­peł­nie na po­waż­nie. Ża­den nie był szcze­gól­nie do­bry, ale też nikt nie po­zo­wał ani nie uda­wał, wszy­scy sta­rali się szcze­rze i z peł­nym za­an­ga­żo­wa­niem. Trudno na­zwać ich ko­ne­se­rami sztuki, na tych ni­gdy tu nie zby­wało, nie­któ­rzy ćwi­czyli jed­nak krót­kie mi­ło­sne pie­śni hauta po to tylko, by słu­chać kom­ple­men­tów od gejsz, a inni, ci prze­bie­glejsi, chcieli uży­wać swego oby­cia z kul­turą jako broni w oso­bi­stych czy biz­ne­so­wych przed­się­wzię­ciach - wszy­scy wy­le­wali siódme poty, zgłę­bia­jąc nudną prze­cież sztukę tra­dy­cyj­nej re­cy­ta­cji, po­ża­ło­wa­nia godni je­go­mo­ście, któ­rzy aku­rat w Hi­ro­saki wy­stę­po­wali wy­jąt­kowo licz­nie. In­nymi słowy, po dziś dzień nie bra­kuje tam naj­praw­dziw­szych głup­ców. W Eikei-gunki, opo­wie­ści wo­jen­nej sprzed po­nad dwóch wie­ków, mo­żemy prze­czy­tać: "Miesz­kańcy obu pro­win­cji ?u za­twar­dzia­łego są cha­rak­teru, nie znają po­słu­szeń­stwo wo­bec wy­żej od sie­bie po­sta­wio­nych. "To nasz wróg od po­ko­leń! A tam­ten ni­skiego jest uro­dze­nia, tylko łut szczę­ścia spra­wił, że zdo­był swą po­zy­cję!" - po­wia­dają i ani my­ślą się uko­rzyć". Miej­scowi ce­chują się tego ro­dzaju głu­pim upo­rem, mogą do­sta­wać łup­nia raz za ra­zem, ale nie ze­gną karku przed sil­niej­szym od sie­bie - za­miast tego będą za wszelką cenę bro­nić swej wy­nio­słej od­ręb­no­ści, z któ­rej są tak dumni, przy oka­zji sta­jąc się po­śmie­wi­skiem dla wszyst­kich wo­kół. Sam za sprawą owych trzech lat, ja­kie tu spę­dzi­łem, na­bra­łem sła­bo­ści do wszyst­kiego co dawne, stra­ci­łem głowę dla gi­day? i za­czą­łem także prze­ja­wiać pew­nego ro­dzaju ro­man­tyzm, co do­brze wi­dać w po­niż­szym frag­men­cie z opo­wia­da­nia, które na­pi­sa­łem dawno temu. Rzecz żar­to­bliwa i zmy­ślona od po­czątku do końca, ale mu­szę wy­ja­wić - nie bez wy­mu­szo­nego uśmie­chu - że je­śli cho­dzi o at­mos­ferę tam­tych mo­ich dni, nie ma w nim krztyny fał­szu.

Było do­brze, póki tylko po­pi­jał wino w ka­wiar­niach, nie­ba­wem jed­nak na­uczył się za­cho­dzić non­sza­lancko do ele­ganc­kich re­stau­ra­cji i ja­dać z gej­szami. Młody czło­wiek nie uwa­żał, by było to coś szcze­gól­nie złego. Wie­rzył, że nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści w naj­lep­szym gu­ście jest ma­niera męż­czy­zny oby­tego w przy­jem­no­ściach, który nie­wielką wagę przy­wią­zuje do kon­we­nan­sów. Po dwóch czy trzech wi­zy­tach w sta­rych, za­cisz­nych re­stau­ra­cjach przy­zam­ko­wego mia­sta znów do­szedł do głosu jego in­stynkt mod­ni­sia - z ka­ta­stro­fal­nym skut­kiem. Za­pra­gnął ubrać się jak je­den ze stra­ża­ków z Wiel­kiej zwady bry­gady M, którą nie­dawno wi­dział w te­atrze, za­siąść ni­czym pa­ni­sko w re­stau­ra­cji, w salce wy­cho­dzą­cej na ogród, i rzu­cić to­nem praw­dzi­wego by­walca: "Hej, złotko, świet­nie dziś wy­glą­dasz". Z ser­cem bi­ją­cym z prze­ję­cia po­czął przy­go­to­wy­wać strój. Naj­pierw gra­na­towy far­tuch - ten ele­ment zdo­był bez trudu. Gdy cho­dził tak, do du­żej kie­szeni na brzu­chu wsu­nąw­szy sta­ro­modny port­fel, a ręce scho­waw­szy za pa­zu­chą, wy­glą­dał wy­pisz wy­ma­luj jak praw­dziwy yakuza. Ku­pił też sztywny pas kaku-obi. Z Ha­katy, taki co skrzypi przy wią­za­niu. Za­mó­wił też ki­mono bez pod­szewki z ba­weł­nia­nej tka­niny t?zan w cien­kie pa­ski. Czyj miał być to strój, stra­żaka? Ha­zar­dzi­sty? A może eks­pe­dienta? Trudno orzec. Zu­pełny misz-masz. Mimo wszystko wy­glą­dał jed­nak jak ko­stium po­staci ze sztuki te­atral­nej, więc młody czło­wiek czuł się usa­tys­fak­cjo­no­wany. A że na­de­szło lato, no­sił do tego ko­nopne san­dały na bo­sych sto­pach. I wszystko by­łoby do­brze - ale na­gle przy­szła mu do głowy sza­lona myśl. Otóż cho­dziło o spodnie. Wy­stę­pu­jący w Wiel­kiej zwa­dzie bry­gady M stra­żacy no­sili ob­ci­słe mata-hiki - ta­kich wła­śnie za­pra­gnął nasz bo­ha­ter. W pew­nej sce­nie je­den z nich mó­wił: "Śmiało, błaź­nie, po­każ, co po­tra­fisz!"- i za­ka­sał poły ki­mona, pre­zen­tu­jąc wi­downi po­śladki. Trwało to se­kundę, ale nie dało się ode­rwać oczu od gra­na­to­wych mata-hiki, któ­rymi były opięte. Zwy­czajna bie­li­zna nie wcho­dziła w grę. Prze­mie­rzył zam­kowe mia­steczko wzdłuż i wszerz, pró­bu­jąc zdo­być po­dobne spodnie, ale bez skutku. "Wie pan, tyn­ka­rze ta­kie no­szą, ob­ci­słe i nie­bie­skie" - wy­ja­śniał za­afe­ro­wany u han­dla­rzy odzieżą i w skle­pach z tabi[13] - "Nie ma pan ta­kich?". Eks­pe­dienci krę­cili gło­wami, nie mo­gąc po­wstrzy­mać uśmie­chu: "Przy­kro mi, aku­rat te­raz nie...". Młody czło­wiek szu­kał da­lej, zlany po­tem, gdyż upały za­go­ściły już na do­bre, aż wresz­cie pe­wien skle­pi­karz dał mu cenną wska­zówkę:

- Ja nie­stety nie po­mogę, ale nie­da­leko jest sklep z wy­po­sa­że­niem stra­żac­kim, wy­star­czy skrę­cić w boczną uliczkę. Pro­szę tam pójść, może jak raz będą wie­dzieć.

"No tak! Sklep stra­żacki, że też o tym nie po­my­śla­łem!" - za­raz wstą­piły w niego nowe siły. Po­pę­dził pod wska­zany ad­res, a tam - pompy. Duże i małe. A także ozdobne pro­porce bry­gad stra­żac­kich. Nasz bo­ha­ter po­smut­niał, ale mimo wszystko ze­brał się na od­wagę i za­py­tał:

- Są może mata-hiki?

- Oczy­wi­ście. - Od­po­wiedź pa­dła na­tych­miast.

Przy­nie­siono mu gra­na­towe, ob­ci­słe spodnie z ba­wełny, z po­zoru do­kład­nie to, czego szu­kał, tyle że miały wszyty gruby czer­wony lam­pas, znak roz­po­znaw­czy stra­ża­ków. Mu­siał zre­zy­gno­wać z wy­ma­rzo­nego stroju - gdyż na­wet on nie miał aż tyle śmia­ło­ści, by pa­ra­do­wać po mie­ście w czymś ta­kim.

Na­wet w owej sto­licy głup­ców trudno by­łoby zna­leźć dru­giego ta­kiego dur­nia. Od sa­mego prze­pi­sy­wa­nia ogar­nęło mnie, au­tora, lek­kie przy­gnę­bie­nie. Jak się zwało ha­na­ma­chi[14] z re­stau­ra­cją, w któ­rej mło­dzian jadł z gej­szami? Czy nie przy­pad­kiem Za­ułek Wią­zow­ców? Mi­nęło bli­sko dwa­dzie­ścia lat, wspo­mnie­nia tam­tych cza­sów stają mi przed oczami za­mglone i nie­wy­raźne, ale to pa­mię­tam: Za­ułek Wią­zow­ców, u stóp stro­mej drogi wio­dą­cej do świą­tyni. Na­to­miast oko­lica, gdzie zlany po­tem krą­żył w po­szu­ki­wa­niu gra­na­to­wych mata-hiki, to Bul­war, naj­gwar­niej­sza aleja han­dlowa w ca­łym mie­ście. Dla po­rów­na­nia za­ką­tek gejsz w Aomori na­zywa się ma­chi[15] Pia­skowe. Moim zda­niem na­zwa co­kol­wiek po­zba­wiona cha­rak­teru. Tam­tej­szy od­po­wied­nik Bul­waru to ulica Sze­roka - rów­nież nie robi wra­że­nia. Skoro już przy tym je­ste­śmy, po­zwolę so­bie po­dać garść nazw z Hi­ro­saki, a na­stęp­nie z Aomori. Ta­kie ze­sta­wie­nie za­dzi­wia­jąco wy­raź­nie uka­zuje róż­nicę, która dzieli te dwa nie­wiel­kie mia­sta. A więc w Hi­ro­saki są na przy­kład: Główne Ma­chi Ko­wali, ma­chi Za­rząd­ców Miej­sco­wych, Bul­war, Su­miy­oshi, ma­chi Bed­na­rzy, ma­chi Lu­dwi­sa­rzy, Plan­ta­cja Her­ba­ciana, ma­chi Gu­ber­na­tora, ma­chi Trzciny, ma­chi Stu Koku, Górne Ma­chi Po­chwia­rzy, Dolne Ma­chi Po­chwia­rzy, ma­chi Rusz­ni­ka­rzy, ma­chi Wa­kat?[16], ma­chi Po­słu­ga­czy, ma­chi So­kol­ni­ków, ma­chi Pięć­dzie­się­ciu Koku oraz ma­chi Far­bia­rzy. Na­to­miast w Aomori: ma­chi Pia­skowe, Nowe Ma­chi Pia­skowe, ulica Sze­roka, ma­chi Ry­żowe, ma­chi Nowe, ma­chi Wierz­bowe, ma­chi Świą­tynne, Wał, ma­chi Solne, ma­chi Shi­jimi[17], Nowe Ma­chi Shi­jimi, ma­chi Tylne, Fa­lo­wi­sko, ulica Bo­gata.

Mimo wszystko w ża­den spo­sób nie uwa­żam Hi­ro­saki za lep­sze, a Aomori za gor­sze mia­sto. Na­zwy bu­dzące no­stal­gię za daw­nymi cza­sami, jak ma­chi So­kol­ni­ków czy Far­bia­rzy, nie są cha­rak­te­ry­styczne dla tego pierw­szego, prze­ciw­nie, znaj­dziemy je w każ­dym przy­zam­ko­wym mie­ście Ja­po­nii. Ow­szem, góra Iwaki pięk­niej­sza jest niż ma­syw Hak­k?da w Aomori. Lecz - jak Zenz? Ka­sai, słynny pi­sarz z Tsu­garu, mó­wił do swych młod­szych kra­jan - "Nie daj­cie się po­nieść. Iwaki dla­tego tak wspa­niale wy­gląda, że nie ma wo­kół niej in­nych wy­so­kich gór. Wy­bierz­cie się do in­nych krain. Po­dob­nych szczy­tów tam w bród. Wy­gląda tak, że wdzięcz­ność w sercu, bo wy­ra­sta sama bez wznie­sień wkoło. Nie daj­cie się po­nieść".

W ca­łej Ja­po­nii mnó­stwo jest miast przy­zam­ko­wych o bo­ga­tej hi­sto­rii, można na­wet po­wie­dzieć, że bez liku, czemu więc miesz­kańcy Hi­ro­saki z ta­kim upo­rem cheł­pią się jego feu­dal­nym ro­do­wo­dem? Wąt­pię, by trzeba było o tym przy­po­mi­nać, lecz w po­rów­na­niu z Kiu­siu, Si­koku czy Yamato cały re­gion Tsu­garu to dzi­kie zie­mie, na które cy­wi­li­za­cja za­wi­tała do­piero w nie­da­le­kiej prze­szło­ści. Jaka tu hi­sto­ria, którą można by chwa­lić się przed resztą kraju? Weźmy cho­ciażby nie tak dawną Re­stau­ra­cję Me­iji - ja­kich wy­bit­nych orę­dow­ni­ków po­wrotu wła­dzy ce­sar­skiej wy­dały tu­tej­sze rody? Ja­kie sta­no­wi­sko za­jęli rzą­dzący? Czy nie do­sto­so­wali się tylko do są­sied­nich ha­nów, za­cho­wu­jąc się jak, mó­wiąc bez ogró­dek, ta mu­cha, która za­wę­dro­wała da­lej, niż by zdo­łała o wła­snych si­łach, bo ucze­piła się koń­skiego ogona? Ja­kie tu tra­dy­cje, które na­peł­nia­łyby dumą? A jed­nak miesz­kańcy Hi­ro­saki upar­cie za­dzie­rają nosa. Nie ma dla nich zna­cze­nia, jak bar­dzo ktoś ich prze­wyż­sza, za­raz mó­wią: ni­skiego jest uro­dze­nia, tylko łut szczę­ścia spra­wił, że zdo­był swą po­zy­cję! I ani my­ślą się uko­rzyć.

Po­noć ge­ne­rał Ichi­nohe Hy­?hei, uro­dzony w Tsu­garu, na od­wie­dziny w ro­dzin­nych stro­nach za­wsze za­kła­dał tra­dy­cyjny strój z ser­żo­wymi spodniami ha­kama. Wie­dział, że gdyby przy­je­chał w ge­ne­ral­skim mun­du­rze, miej­scowi za­raz by za­częli, chwy­ta­jąc się dum­nie pod boki: Też mi wielki pan, szczę­ście miał po pro­stu! Dla­tego wła­śnie, i wielce mą­drze, wra­cał tu za­wsze tylko po cy­wil­nemu - tak przy­naj­mniej sły­sza­łem. I na­wet je­śli nie jest to do końca prawda, rze­czy­wi­ście wy­daje się, że hi­ro­sa­kiń­czycy ce­chują się nie­wia­do­mego po­cho­dze­nia prze­korą za­twar­działą na tyle, by po­dobne aneg­doty brzmiały wielce praw­do­po­dob­nie. Zresztą nie ma co się kryć: ja także no­szę w so­bie po­dobną krnąbr­ność, i choć nie jest ona je­dy­nym po­wo­dem, rów­nież przez nią wciąż nie po­tra­fię wy­zwo­lić się od tego ży­cia z dnia na dzień w naj­tań­szej kwa­te­rze na wy­na­jem. Kilka lat temu re­dak­cja pew­nego pi­sma zwró­ciła się do mnie o "Kilka słów dla ziemi ro­dzin­nej". Od­po­wie­dzia­łem:

"Jakże cię ko­cham, jakże nie­na­wi­dzę".

Nie szczę­dzę Hi­ro­saki ostrej kry­tyki, jed­nak nie wy­nika ona z nie­chęci, a z re­flek­sji au­tora nad swoim po­stę­po­wa­niem. Je­stem czło­wie­kiem z Tsu­garu. Moi przod­ko­wie na­le­żeli do tu­tej­szego ludu. Można mnie na­zwać Tsu­ga­rań­czy­kiem czy­stej krwi. Wła­śnie dla­tego bez wa­ha­nia szar­gam do­bre imię tej kra­iny. Gdyby jed­nak miesz­kańcy in­nych re­gio­nów mieli z niej kpić pod wpły­wem mych słów, nie czuł­bym ra­do­ści. Co by nie mó­wić, ko­cham Tsu­garu.

Hi­ro­saki. Mia­sto li­czy obec­nie dzie­sięć ty­sięcy go­spo­darstw do­mo­wych, a po­pu­la­cja prze­kra­cza pięć­dzie­siąt ty­sięcy miesz­kań­ców. Za­mek Hi­ro­saki i pa­goda świą­tyni Sa­ish?in zo­stały wpi­sane na li­stę Skar­bów Na­ro­do­wych. Tay­ama Ka­tai po­noć za­rę­czał, że w ca­łej Ja­po­nii nie ma miej­sca pięk­niej­szego niż Park Hi­ro­saki w po­rze kwit­nie­nia wi­śni. W mie­ście znaj­duje się do­wódz­two Ósmej Dy­wi­zji. Co roku mię­dzy dwu­dzie­stym ósmym dniem siód­mego mie­siąca a pierw­szym dniem ósmego mie­siąca we­dług ka­len­da­rza księ­ży­co­wego ulice mia­sta tęt­nią nie­opi­sa­nym gwa­rem, gdy dzie­siątki ty­sięcy piel­grzy­mów zmie­rzają, tań­cząc, do świą­tyni na szczy­cie świę­tej góry Iwaki.

Ta­kie in­for­ma­cje można zna­leźć w prze­wod­ni­kach - moim zda­niem zu­peł­nie nie­wy­star­cza­jące, by w pełni uka­zać, ja­kim miej­scem jest Hi­ro­saki. Dla­tego spró­bo­wa­łem przy­wo­łać różne wspo­mnie­nia z lat mo­jej mło­do­ści, chcąc na­kre­ślić ob­raz, który uka­załby jego ob­li­cze w ży­wych bar­wach, lecz na próżno: wszyst­kie te hi­sto­rie wy­pa­dły ba­nal­nie, póź­niej spod mego pióra po­sy­pały się gorz­kie, nie­spo­dzie­wane na­wet dla mnie słowa kry­tyki. Skoń­czy­łem w roz­terce, nie wie­dząc, co da­lej. Zbyt wielką przy­kła­dam wagę do tego przy­zam­ko­wego mia­sta w daw­nym ha­nie Tsu­garu. Ono musi sta­no­wić klucz do zro­zu­mie­nia du­szy tu­tej­szych lu­dzi - ale po­wyż­sze wy­ja­śnie­nia to wciąż za mało, by wy­ja­śnić jego cha­rak­ter. Don­żon oto­czony kwit­ną­cymi wi­śniami to żadna hi­ro­sa­kiań­ska spe­cjal­ność, prze­cież te drzewa ro­sną wo­kół każ­dego sza­nu­ją­cego się zamku w Ja­po­nii. Nie jest też wcale po­wie­dziane, że ?wani za­cho­wało sznyt wła­ściwy dla Tsu­garu, bo leży tak bli­sko owego okwie­co­nego don­żonu. Do­piero co da­łem się po­nieść i na­pi­sa­łem, że nie upije się ono do nie­przy­tom­no­ści męt­nymi reszt­kami z wiel­kich miast, póki trwać bę­dzie za­mek Hi­ro­saki, ale po na­my­śle, po głę­bo­kim na­my­śle ogar­nia mnie wra­że­nie, że to par­tacki sen­ty­men­ta­lizm ubrany w pre­ten­sjo­nalny styl, nic wię­cej, wszystko na nic, tylko au­to­rowi smutno i źle. Zresztą Hi­ro­saki to też par­tac­kie mia­sto. Ma za­mek, w któ­rym przez po­ko­le­nia miesz­kali władcy hanu, a gdy stwo­rzono pre­fek­tury, dało so­bie ode­brać miano sto­licy in­nemu mia­stu. W ca­łej resz­cie kraju funk­cja ta przy­pa­dła zwy­kle daw­nym ośrod­kom wła­dzy feu­dal­nej. Uwa­żam, że na­sza pre­fek­tura wiele stra­ciła na tych wy­mu­szo­nych prze­no­si­nach. Nie cho­dzi o nie­chęć do Aomori, wcale ta­ko­wej nie ży­wię. Miło, jak nowe mia­sto w re­gio­nie tak pręż­nie się roz­wija. Ale zwy­czaj­nie drażni mnie, że Hi­ro­saki przyj­muje po­rażkę z miną, jak gdyby ni­gdy nic. Słab­szym chce się po­móc, to na­tu­ralny, ludzki od­ruch. Dla­tego ob­my­śli­łem ta­kie i owe wy­biegi i na­pi­sa­łem, co wi­dać po­wy­żej - choć to marna pi­sa­nina - chcąc wziąć stronę tej przy­zam­ko­wej mie­ściny, osta­tecz­nie jed­nak nie zdo­ła­łem uchwy­cić szcze­gól­nej mocy jej klu­czo­wego wa­loru: zamku. Po­wtó­rzę raz jesz­cze. To miej­sce jest fun­da­men­tem tsu­ga­rań­skiego du­cha. Coś musi się tu kryć. Ja­kaś wspa­niała, wy­jąt­kowa tra­dy­cja, któ­rej próżno by szu­kać w ca­łej Ja­po­nii. Prze­czu­wam jej ist­nie­nie, jed­nak nie po­tra­fię nadać jej kształtu i za­pre­zen­to­wać czy­tel­ni­kom w ca­łej oka­za­ło­ści, co bu­dzi we mnie żal nie do wy­trzy­ma­nia. Słowa nie są w sta­nie od­dać tej fru­stra­cji.

Pa­mię­tam, jak pew­nego razu od­wie­dzi­łem za­mek Hi­ro­saki - cho­dzi­łem wtedy do li­ceum, wio­senny dzień, słońce chy­liło się ku za­cho­dowi; sta­łem w rogu zam­ko­wego placu, spo­glą­da­jąc na górę Iwaki, gdy na­gle do­strze­głem, że u mych stóp roz­ciąga się oko­lica jak ze snów. Prze­biegł mnie dreszcz. Do tam­tej pory by­łem prze­ko­nany, że twier­dza stoi sa­mot­nie na skraju mia­sta, a tu pro­szę, patrz tylko: nie­wiele ni­żej uliczki pełne daw­nej gra­cji, nie­wiel­kie bu­dynki, ta­kie same jak przed kil­ku­set laty, stoją przy­cup­nięte je­den obok dru­giego, skryte, nie rzu­cają się w oczy. "Ach!" - wes­tchną­łem mimo woli, ja, młody chło­piec po­grą­żony jakby we śnie. Wy­dało mi się, że od­kry­łem je­den z tych "ukry­tych sta­wów", o któ­rych tak czę­sto mowa na przy­kład w Man'y?sh?[18]. Z ja­kie­goś po­wodu po­czu­łem wtedy, że po­ją­łem istotę Hi­ro­saki, istotę ca­łego Tsu­garu. Póki ist­nieją te uliczki - po­my­śla­łem - Hi­ro­saki nie bę­dzie prze­cięt­nym mia­stem. Sza­nowny czy­tel­nik za­pewne nie­wiele z tego zro­zu­mie, po aro­gancku czuję się prze­ko­nany wła­snym ar­gu­men­tem, lecz już za późno, nie mam wyj­ścia: mu­szę na­ci­skać choćby i przy­mu­sem, że ów "ukryty staw" zamku Hi­ro­saki czyni go wy­jąt­kową wa­row­nią o nie­zrów­na­nych wa­lo­rach. Gdy ro­snące nad sta­wem drzewa zwie­szają okwie­cone ga­łę­zie, a don­żon o bia­łych ścia­nach stoi w do­stoj­nym mil­cze­niu, do­prawdy nie ma na świe­cie pięk­niej­szego zamku. Także bi­jące nie­opo­dal go­rące źró­dła ni­gdy nie stracą swego nie­wy­szu­ka­nego uroku. Na tej pró­bie - uży­wa­jąc mod­nego ostat­nio ter­minu - "my­śle­nia ży­cze­nio­wego" po­że­gnam się z te­ma­tem mego uko­cha­nego zamku Hi­ro­saki.

Opo­wia­dać o naj­bliż­szych krew­nych to naj­trud­niej­sze z za­dań - i jak się nad tym za­sta­no­wić, rów­nież nie­ła­two mó­wić o praw­dzi­wej na­tu­rze swo­ich ro­dzin­nych stron. Chwa­lić? Czy ga­nić? Nie wiem. W ni­niej­szym wpro­wa­dze­niu na te­mat Tsu­garu przy­wo­ła­łem moje mło­dzień­cze wspo­mnie­nia zwią­zane z Ka­nagi, Go­sho­ga­warą, Aomori, Hi­ro­saki, Asa­mu­shi i ?wani, od­da­jąc się po dro­dze aro­ganc­kiej kry­tyce na gra­nicy bluź­nier­stwa - czy zdo­ła­łem jed­nak wła­ści­wie opi­sać te miej­sca? Gdy za­daję so­bie to py­ta­nie, nie mam wyj­ścia, jak tylko po­paść w przy­gnę­bie­nie. Kto wie, czy owych słów peł­nych jadu nie po­wi­nie­nem przy­pła­cić ży­ciem po sto­kroć. Wspo­mniane miej­sco­wo­ści były mi naj­bliż­sze, ukształ­to­wały mój cha­rak­ter, wy­zna­czyły bieg mo­jego ży­cia, dla­tego pa­trzę na nie w pe­wien spo­sób za­śle­piony. Nie je­stem od­po­wied­nią osobą, by o nich mó­wić - te­raz zdaję so­bie z tego sprawę zu­peł­nie wy­raź­nie. Pra­gnę do­ło­żyć wszel­kich sta­rań, by w czę­ści głów­nej tej re­la­cji nie po­ru­szać ich te­matu. Opo­wiem o in­nych za­kąt­kach Tsu­garu.

"Pew­nej wio­sny od­by­łem, ku czemu nie mia­łem ni­gdy wcze­śniej oka­zji, trwa­jącą około trzech ty­go­dni po­dróż po pół­wy­spie Tsu­garu, naj­da­lej na pół­noc wy­su­nię­tym za­kątku wy­spy Hon­siu" - od tych słów roz­po­czą­łem ni­niej­szy wstęp i na­de­szła pora, by do nich wró­cić. Pod­czas tej wę­drówki pierw­szy raz w ży­ciu od­wie­dzi­łem inne mia­steczka i wsie mo­ich oj­czy­stych stron. Do tej pory na­prawdę zna­łem je­dy­nie sześć miej­sco­wo­ści wy­mie­nio­nych wcze­śniej. W szkole pod­sta­wo­wej od­wie­dzi­łem kilka wio­sek pod Ka­nagi w ra­mach wy­cie­czek kla­so­wych i tym po­dob­nych wy­jaz­dów, lecz nie zo­stały mi po nich w pa­mięci wy­raźne wspo­mnie­nia, ta­kie, do któ­rych bym wra­cał. Prze­rwę let­nią w gim­na­zjum spę­dza­łem roz­ło­żony na ka­na­pie w po­koju w stylu za­chod­nim, na pię­trze na­szego domu, po­pi­ja­jąc ga­zo­wany na­pój pro­sto z bu­telki i czy­ta­jąc z bi­blio­teczki braci, co tylko na­wi­nęło mi się pod rękę. Ni­g­dzie się nie ru­sza­łem. Na­to­miast w cza­sach li­ce­al­nych na każde dłuż­sze wolne wy­jeż­dża­łem do naj­młod­szego z mo­ich star­szych braci do To­kio (uczył się rzeźby na uczelni; zmarł w wieku dwu­dzie­stu sied­miu lat), a gdy tylko ukoń­czy­łem szkołę śred­nią, prze­pro­wa­dzi­łem się do sto­licy na stu­dia i przez na­stępne dzie­sięć lat nie wra­ca­łem do domu - dla­tego też nie mogę za­prze­czyć, że nie­dawna po­dróż do Tsu­garu była dla mnie szcze­gól­nym wy­da­rze­niem.

Nie mam za­miaru uda­wać spe­cja­li­sty i fe­ro­wać pseu­do­fa­cho­wych opi­nii na te­mat geo­gra­fii, geo­lo­gii, astro­no­mii, fi­nan­sów pu­blicz­nych, roz­woju, edu­ka­cji i wa­run­ków sa­ni­tar­nych miej­sco­wo­ści, które od­wie­dzi­łem. W moim wy­ko­na­niu by­łoby to zresztą pla­te­ro­wa­nie igno­ran­cji ża­ło­śnie cienką war­stwą wie­dzy zdo­by­tej po nocy po­spiesz­nej na­uki. Kto chciałby do­wie­dzieć się wię­cej na wy­mie­nione te­maty, niech za­pyta miej­sco­wych na­ukow­ców. Ja spe­cja­li­zuję się w in­nym przed­mio­cie. Ogół z braku lep­szego słowa na­zywa go mi­ło­ścią. Dzie­dzina ta bada, jak zbli­żają się do sie­bie ludz­kie serca. Owej ma­te­rii po­świę­ci­łem się w mo­jej po­dróży. Po­mi­ja­jąc już jed­nak, z ja­kiej per­spek­tywy po­sta­no­wi­łem zgłę­biać ro­dzinne strony, je­śli osta­tecz­nie ni­niej­sze za­pi­ski po­zwolą czy­tel­ni­kom zo­ba­czyć ak­tu­alną i żywą syl­wetkę tych ziem, ech, oso­bi­ście wąt­pię, aby zdały eg­za­min jako fu­doki[19] Tsu­garu na­szej ery, lecz mimo wszystko chciał­bym, by się udało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

[1] T?? - dosł. "Głę­boki Wschód", dawna na­zwa re­jonu od­po­wia­da­ją­cego dzi­siej­szej pre­fek­tu­rze Aomori (przy­pisy po­cho­dzą od tłu­ma­cza, chyba że za­zna­czono ina­czej).
[2] Tra­dy­cyjna jed­nostka od­le­gło­ści mie­rząca około 3,9 ki­lo­me­tra.
[3] Ro­dzaj tka­niny, któ­rej włókna są bar­wione przed tka­niem, tak by utwo­rzyły wzór; ta od­miana po­cho­dzi z mia­sta Ku­rume w pre­fek­tu­rze Fu­ku­oka (w pół­noc­nej czę­ści wy­spy Kiu­siu).
[4] Cy­tat z opo­wia­da­nia Oshare d?ji (Ele­gan­cik) z 1939 roku.
[5] O. Da­zai, Go­od­bye i wy­brane opo­wia­da­nia, tłum. D. La­toś, Wy­daw­nic­two Aka­de­mic­kie Dia­log, War­szawa 2020.
[6] Tamże.
[7] Tamże.
[8] Re­gion w pół­nocno-wschod­niej czę­ści wy­spy Hon­siu obej­mu­jący pre­fek­tury Aomori, Akita, Iwate, Yama­gata, Fu­ku­shima oraz Miy­agi.
[9] Han - lenno feu­dalne.
[10] W ca­łym tek­ście za­sto­so­wano ory­gi­nalną kon­wen­cję za­pisu, w któ­rej na­zwi­sko po­prze­dza imię.
[11] Tra­dy­cyjna miara ob­ję­to­ści (około 180 li­trów), uży­wana jako jed­nostka wy­pła­ca­nego w ryżu wy­na­gro­dze­nia, także do okre­śla­nia wiel­ko­ści plo­nów i ob­li­cza­nia ma­jątku.
[12] Lata 1688-1704.
[13] Skar­pety z osob­nym du­żym pal­cem, no­szone do tra­dy­cyj­nego obu­wia.
[14] Część mia­sta, w któ­rej miesz­kają i pra­cują gej­sze.
[15] Ma­chi to nie­po­sia­da­jące od­po­wied­nika w ję­zyku pol­skim okre­śle­nie czę­ści mia­sta, która może obej­mo­wać zróż­ni­co­wany ob­szar - od ma­łej dziel­nicy do jed­nej ulicy. (Tym sa­mym zna­kiem za­pi­suje się także ma­chi/ch?, dużo więk­szą jed­nostkę ad­mi­ni­stra­cyjną).
[16] Wa­kat? - ni­scy rangą wo­jow­nicy na służ­bie rodu sa­mu­raj­skiego.
[17] Shi­jimi - ga­tu­nek nie­wiel­kich sło­no­wod­nych małży po­pu­lar­nych w kuchni ja­poń­skiej.
[18] Dosł. "Dzie­sięć ty­sięcy li­ści", naj­star­sza za­cho­wana an­to­lo­gia po­ezji ja­poń­skiej skom­pi­lo­wana naj­praw­do­po­dob­niej m.in. przez ?tomo no Yaka­mo­chiego w II po­ło­wie VIII wieku.
[19] Dosł. "opisy ziem i oby­cza­jów" - opra­co­wane w VIII wieku opisy ów­cze­snych pro­win­cji: ich geo­gra­fii, eko­no­mii, kul­tury oraz folk­loru. Da­zai wy­ru­szył do Tsu­garu na zle­ce­nie wy­daw­nic­twa Oy­ama Sho­ten, które wy­da­wało se­rię Shin­fu­doki, czyli "Nowe fu­doki".